Jadę na pół roku na Tajwan. Panicznie się boję. Choć w przypływie zachwytu i euforii zdecydowałam, że spróbuję się nauczyć chińskiego, to tuż przed wylotem myślę tylko o moim kulawym angielskim, o tym, że będę pół świata dalej, że wprawdzie będę miała przy sobie Tatę, ale nikogo więcej. W moim domu rodzinnym nie było nawet wtedy internetu, więc prawie zero kontaktu z Mamą (telefony drogie), a z przyjaciółmi - tylko gadu-gadu. Zresztą - bałam się wszystkiego. A co, jeśli samolot spadnie do morza? A co, jeśli ludzi, których kocham, widzę właśnie po raz ostatni?
Jestem w Warszawie na parę dni; załatwiam wizę. Mieszkam u Brata; daję znać wszystkim warszawskim przyjaciołom i rodzinie, że jestem ostatnich parę dni, a potem nie będzie mnie już dłuuuuugo.
Z pięciu osób, do których się odezwałam, tylko jedna zechciała się ze mną spotkać.
Z tą jedną przyjaźnię się do dziś. Reszta... cóż.
*
Jestem na Tajwanie. Kocham go całym sercem, codziennie odkrywam setki nowości, nie nadążam za tempem tego miasta. A mimo to... tęsknię. Czasem nawet płaczę. Piszę listy, mejle, czyham na gadu-gadu, by choć przez chwilę pogadać po polsku, żeby ukoić tęsknotę. Po tym półroczu bez wyrzutów sumienia wyrzucam z listy tzw. przyjaciół większość ludzi. Tak naprawdę zostaje jedna koleżanka. Do tej pory była koleżanką. Ale ona jedna słuchała, kiedy MUSIAŁAM się wygadać. Więc awansowała na przyjaciółkę.
*
Wracam do Polski. Jest ciężko. Opiekuję się Mamą, wracam na studia, kursuję między Krakowem a domem. Gdy w końcu trochę ogarniam, próbuję nawiązać znów kontakty towarzyskie z "moją paczką" ze studiów. Pójdziemy na piwo? - A, wiesz, na dziś mam już inne plany". Mieli plany. Nie inne, tylko w innym towarzystwie - tzn. piwo, ale beze mnie.
*
Parter domu rodziców jest cudowny - cały otwarty, kuchnia, jadalnia, przedpokój i salon tworzą jeden wielki organizm. Jest tylko jeden mały szkopuł. Mała futrzasta kulka, z wenflonem, bo zjawiła się u nas mocno chora. Nie da się jej nigdzie zamknąć, więc przynosimy łóżko polowe, zastawiamy nim przejście między kuchnią a jadalnią i odtąd sypiam z psim dzieckiem. Które nocą, tęskniąc za mamą, żałośnie popiskuje. Wyciągam dłoń - psina ssie moje palce z rozkoszą i smacznie zasypia. Czego o mnie nie można niestety powiedzieć, ale niech już tam. Po jakimś czasie w końcu przyzwyczaja się, że to jest jej miejsce, przestaje sikać w każdym zakątku i wie, że za chwileczkę drzwi balkonowe zostaną otwarte.
Kolejne powroty do domu, nieubłagany upływ czasu. Z małej kulki zrobiła się wiejska dziewucha, która z wielkim problemem chodzi na smyczy, a kagańca szczerze nienawidzi. Później zaś - dojrzała kobieta, która lepiej od Ciebie wie, dokąd pójść. W końcu - staruszka z siwą brodą, ożywiająca się tylko w czasie meczu badmintona i Twojego obiadu. Jedno pozostało niezmienne - brak kontroli nad pęcherzem, kiedy wracałam do rodzinnego domu. Obojętnie czy trzymiesięczna, czy dwuletnia, czy siedmioletnia - szalała z radości i zawsze, zawsze musiała popuścić.
Jedyną wadą psów jest to, że tak krótko żyją.
*
Kraków, nowe studia, nowi znajomi, mój ukochany chór. Mało który wieczór spędzam sama - gotuję chińszczyznę, gramy w chińczyka, świetnie się rozumiemy, świetnie się bawimy. Myślę, że jesteśmy już na tyle dojrzali, by te przyjaźnie były świadome i w związku z tym - że mają szansę przetrwać wszystko.
*
Kunming. Mam nowych przyjaciół. Współlokatorka, Wietnamka, i jej koleżanki, Polka, której daję korki z chińskiego, Wietnamczyk, który zaprosi mnie do domu rodzinnego na wietnamski Nowy Rok (okaże się, że będą to wakacje mojego życia, bo z przyklaskiem całej wietnamskiej rodziny zostanę tam prawie cały miesiąc), koledzy od badmintona i biegania, koledzy od piwka i kart, cała masa różnych fajnych, pozytywnych ludzi. Tym razem nie tęsknię za domem aż tak.
*
Kunming. Akademik. Współlokatorka w drugim miesiącu nauki spada ze schodów - przez miesiąc nie może chodzić. Noszę ją na rękach do ubikacji fafnaście razy dziennie. Namawiam ją na powrót do domu i na lekarza. Ze współlokatorki awansuję na ukochaną Starszą Siostrę.
Pół roku później choruje na półpaśca. Źle się to dla mnie kończy - nigdy nie przechodziłam wietrznej ospy, więc się oczywiście zarażam. Przez prawie miesiąc nie jestem prawie w stanie wstać z łóżka - nie dość, że akurat miałam kontuzję kolana, to jeszcze gorączka dzień w dzień sięgała 40 stopni. Nawet nie wiedziałam, że wietrzna ospa przechodzona w dorosłości jest tak groźną i uciążliwą chorobą. Współlokatorka bała się, że ją zarażę (??!!!); wracała tylko, żeby się przespać, a i to nie zawsze, oczywiście zachowując bezpieczny dystans. Liczni koledzy, od Wietnamczyka poczynając, przez Polkę i właściwie całą resztę - nawet nie przychodzą zapytać, czy jeszcze żyję. W owym czasie nawet nie zwróciłam na to uwagi, byłam zajęta głównie majaczeniem w malignie.
Ale nagle okazuje się, że zyskuję
tajską starszą siostrzyczkę. Która wsadza mnie w taksówkę i wiezie do lekarza, a potem codziennie przychodzi podać tę przysłowiową szklankę wody. Że kolega Chińczyk, którego widziałam dotąd zaledwie parę razy w życiu, teraz trzy razy dziennie - przed pracą, w przerwie na lunch i po pracy - przyjeżdża do mnie z wałówką i pilnuje, żebym nie chodziła głodna. Przychodzą koledzy z siatkówki i tańców. Nawet nie sądziłam, że wiedzą, że jestem chora, a już tym bardziej nie wpadłam na to, że mogą wiedzieć, gdzie mieszkam.
*
Poznaję mojego Najlepszego Przyjaciela. Nikt mnie tak nie rozumie, nikt nie jest dla mnie taki dobry, nikt nie chwyta w lot półsłówek, nikt tak jak on nie odróżnia żartu od powagi, nikt tak jak on nie potrafi wypełnić mi świata. A przecież to Chińczyk! Co z tymi wszystkimi różnicami kulturowymi? Gdzież one się podziały? Stwierdzam, że życie bez Niego byłoby nieznośne, więc... wychodzę za niego za mąż. Jedna z cioć, gdy go już lepiej poznała, stwierdziła, że może i Chińczyk, ale ma "słowiańską duszę"...
*
Od czasu do czasu wracam do Polski. Rzadko, bo bilety drogie, bo pracuję i nie bardzo mam urlop... Powodów jest mnóstwo. Kiedy wracam, daję znać wszystkim.
Przyjaciółka od czasów liceum, setki listów w obie strony, nieskończona serdeczność. Jestem w Polsce miesiąc. Ostatniego dnia mojego pobytu dzwoni do mnie, że miała przyjechać, ale znajomej urodziły się kotki i jednak pojechała po kotka. I żebym wiedziała, jakie te kotki są słodziutkie, no po prostu nie do opisania! Następnym razem powinnam też pojechać zobaczyć takie śliczne kotki.
Przyjaciółka od czasów podstawówki. "Nie może być tak, że zawsze ja do Ciebie przyjeżdżam. Powinnaś Ty też przyjechać do mnie, żeby było sprawiedliwie". Nie mieszka w moim rodzinnym mieście i nie stara się zrozumieć, że ja pokonałam pół świata, żeby wrócić do Polski, a ona ma do mojego domu rodzinnego pół godziny drogi. Autobusami, na które, w przeciwieństwie do mnie, posiada bilet miesięczny. I do którego zna drogę. A, no i mały drobiazg. Ja u NIEJ już byłam. Ona u MNIE, w Kunmingu, nie była nigdy.
Spotykam się z grupą przyjaciół. Niby wszystko jest po staremu, ale boli mnie, gdy sobie żartują z Chińczyków, nawet nie zauważając własnego rasizmu. Twierdzą, że w Polsce rasizmu nie ma - a ja tylko cieszę się w duchu, że mój mąż nie rozumie polskiego, inaczej przejście ulicą w małym mieście mogłoby go zrazić do mojej ojczyzny raz na zawsze. Irytuje mnie, gdy opowiadają o moim miejscu na ziemi słowami publicystów i podróżników, którzy o chińskiej kulturze wiedzą tyle co nic, którzy spędzili w Chinach tydzień/miesiąc/rok, a uważają się za ekspertów, którzy przewagę białego człowieka i kultury europejskiej traktują jak dogmat. Nagle okazuje się, że o niczym się nie da pogadać normalnie, bo już za bardzo się różnimy. Ja w międzyczasie pojechałam w parę różnych kulturowo miejsc i dużo się o tych miejscach nauczyłam, łącząc wiedzę kulturoznawczą ze studiów z kulturoznawczą praktyką - bo tym w istocie jest moje życie codzienne. Oni zostali w tym samym miejscu, w którym byli dziesięć lat temu, a kolejne podróże tylko utwierdzają ich w dawno wyrobionych poglądach. Całe szczęście - są wyjątki. Z tymi wyjątkami dogaduję się wcale nieźle i jesteśmy dla siebie nawzajem nadal ogromnym wsparciem.
Kiedy wracam, daję znać wszystkim. Tych "wszystkich" za każdym razem jest mniej. Ale czasem "mniej" znaczy "lepiej".
*
Skrzywdziłam ją. Na dobre wyszło, ale jednak skrzywdziłam. Myślałam, że tej znajomości nic nie uratuje. Ale kiedy nie ma mnie w internecie dłużej niż dobę, to właśnie Ona pyta, czy nic się nie stało. Wystarczy, że mruknę, że sobie nie radzę - i dostaję natychmiast wsparcie. Te kilometry, które nas dzielą, być może są potrzebne właśnie do tego, żeby sobie tę przyjaźń cenić bardziej niż wszystko.
Czy zawieranie przyjaźni na obczyźnie jest trudniejsze niż w kraju? I tak, i nie. Jestem inna, dziwna - ale to nie zawsze minus, niektórzy lubią takie "wyzwania". Różnice kulturowe mogą być przeszkodą, ale i katalizatorem. Szybciej orientujemy się, czy do siebie pasujemy, więcej rzeczy możemy siebie wzajemnie nauczyć. Usprawniamy komunikację - bo kody, które do tej pory załatwiały wszystko za nas, teraz są wzajemnie niezrozumiałe i trzeba wszystko tłumaczyć jak krowie na rowie. No chyba, że... różnice kulturowe nie istnieją, jak w wypadku moim i Najlepszego z Mężów.
Chyba najtrudniejszą rzeczą, jakiej się przez emigrację musiałam nauczyć, jest to, że niektóre przyjaźnie są tylko czasowe. Nie zawsze ma to związek z temperaturą wzajemnych uczuć. Nie zawsze z odległością stricte fizyczną. Nasze drogi się krzyżują, dajemy coś sobie wzajemnie, a potem - jak to ze skrzyżowanymi drogami bywa - idziemy w swoje strony. Mało czyja droga będzie cały czas wiodła równolegle do naszej. Czasem się uda i drogi skrzyżują się wielokrotnie. Czasem bardzo szybko zostaje tylko wspomnienie. Dotyczy to i nowych, emigracyjnych przyjaźni, i tych - wydawałoby się - sprawdzonych. Trzeba nauczyć się, że trzeba odpuszczać. Że przyjaźń, o którą trzeba walczyć, nie jest tego warta. Że jeśli ktoś chce opuścić moje życie, to zatrzymywanie go na siłę jest po prostu głupie. Że owszem - należy się starać. Ale tylko w takim zakresie, w jakim stara się również ta druga strona.
Drugą najtrudniejszą rzeczą, której te doświadczenia mnie nauczyły było to, by wspomnień nie zatruwać goryczą. Każda z tych osób dała mi coś cennego - swój czas, siebie, inny pogląd na świat. Choćby przez krótki czas. Coś pięknego po nich we mnie zostało. Czasem, na samym początku, płaczę. Z czasem uczę się wspominać tych ludzi, te przyjaźnie z uśmiechem. Dziękuję Bogu za każdą z osobna i wszystkie naraz. Mam nadzieję, że nigdy nie stracę ufności w ludzi. Że zawsze będę szła do przodu z uśmiechem, ciesząc się z krótszych bądź dłuższych obecności w moim życiu.
Dzisiejszy post powstał w ramach projektu o przyjaźni dla Klubu Polki na Obczyźnie. Jeśli chcecie więcej poczytać o przyjaźni z emigranckiej perspektywy, wchodźcie na naszą klubową stronę i na klubowy fanpejdż.