Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klub Polki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klub Polki. Pokaż wszystkie posty

2020-01-27

gościnnie

W Klubie Polki na Obczyźnie ukazały się dwa moje teksty. Jeden noworoczny, a drugi - część wpisu zbiorowego "droga do pracy".
Widok na wschód słońca ze szczytu Góry Yuantong. Tak wyglądała moja droga do pracy rok temu.

2018-11-01

herbaciane zakupy

Tym razem prośba przyszła ze strony zupełnie niespodziewanej. Sławna na cały świat autorka fantastyki, Monika Sokół, należy, tak samo jak ja, do mojego ukochanego Klubu Polki na Obczyźnie i... też kocha herbatę. Zapytała więc, czy mogłaby za moim pośrednictwem zrobić zakupy w Mieście Herbaty. Oczywiście! Uwielbiam takie prośby. Każdy pretekst, by pojechać na targ herbaciany, jest dobry. Obfotografowałam herbaty, posłałam zdjęcia z krótkim opisem i uzgodniłyśmy, ile czego. Takie zakupy to czysta przyjemność.
Parę tygodni później Monika dostała paczkę z trzema yunnańskimi czarnymi herbatami i wygląda na to, że przynajmniej jedna z nich spełniła oczekiwania :)
Chciałabym, żeby i na tym polegało moje życie zawodowe: ktoś pyta o herbatę, zastanawiamy się wspólnie, które liście mogą spełnić pokładane w nich nadzieje, a potem - zgrabna paczuszka i zaspokojenie herbacianego głodu. Och, kocham to!

2017-11-08

sto lat!

W listopadzie piąte urodziny obchodzi Klub Polki na Obczyźnie. Z tej okazji w projekcie późnojesiennym piszemy o naszym związku z Klubem i o tym, jak obecność w nim na nas wpływa - na ludzi, na blogerki, na kobiety. Pięć lat - pięć punktów.

  1. Nowi ludzie - bo gdzież indziej mogłabym znaleźć tak wielką i prężną grupę ludzi, z którymi łączy mnie tak wiele? Jesteśmy kobietami (no, z wyjątkiem naszego Rodzynka), jesteśmy emigrantkami, jesteśmy Polkami, jesteśmy blogerkami. To już cztery punkty wspólne. A z niektórymi przecież łączy mnie więcej: pochodzimy z tego samego regionu, lubimy te same filmy czy książki, interesuje nas podobny region świata, lubimy gotować, nie lubimy... no, tutaj nie będę się chwalić, niechęcią do czego zjednały sobie niektóre dziewczyny moją sympatię ;) Więcej nas łączy niż dzieli.
  2. Dużo czytania - bo dziewczyny chętnie dzielą się linkami do swych blogów i vlogów. Jeśli podczas mojej porannej kawy Tajfuniątko już śpi swą przedpołudniową drzemkę, zamiast przeglądać jakieś okropieństwa na stronach z wiadomościami ze świata i z Polski, skupiam się na miejscach, które dobrze znam, albo których jeszcze nie widziałam, na pochwale życia, na ciekawym przepisie i rewelacyjnych zdjęciach. Każda z dziewczyn ma w sobie coś, każdy blog jest szczególny. I choć oczywiście niektóre darzę większą sympatią niż inne, przyznać muszę, że chętnie klikam również na wpisy, których wyszukanie w innym wypadku nie wpadłoby mi do głowy.
  3. Pomysły - bo co parę miesięcy są nowe projekty o ciekawych tematach. Staram się brać w nich udział, choć oczywiście nie każdy projekt mnie do siebie przekonał ;) To jest zawsze wyzwanie - bo tematy projektów to coś, o czym pewnie nie pisałabym na blogu, a już na pewno nie w tej formie. Czyli ćwiczę pióro, ćwiczę sposób patrzenia na blog, a potem podglądam, jak do tematu podeszły inne klubowiczki - i czasem sporo się od nich uczę.
  4. Pogaduchy - czasem jest łatwiej zagaić, gdy na siebie nie patrzymy i nie siedzimy nad kawą. Niektóre pogawędki są kwintesencją szczęścia, niektóre ratują od czarnej rozpaczy. Ileż już razy dodawałyśmy sobie otuchy i dawałyśmy wsparcie w trudnych chwilach! Ileż razy rozśmieszałyśmy się do łez! Och, ta społeczność jest wprost fantastyczna!
  5. Książka - już parę razy zostałam wydana. Niestety, jak do tej pory moje publikacje cieszyły oczy niewielkiej grupy odbiorców, były to bowiem publikacje naukowe. Jednak dzięki naszej Matce-Założycielce stworzyłyśmy coś trwałego, a w każdym razie trwalszego niż blog. Jest to książka Świat według Polki, do której i ja dołożyłam swą małą cegiełkę. Zawsze wiedziałam, że lubię pisać. Jednak nigdy nie sądziłam, że tak bardzo polubię pisanie "do książki". Od tamtej pory, gdy zaczyna się wokół mnie dziać coś ciekawego, włącza mi się automatycznie czujnik "czy nadałoby się do książki, a jeśli tak, to jak to opisać". Może wreszcie kiedyś uda mi się skompletować tych historyjek wystarczająco dużo, by obdarować nimi jakiegoś szczęśliwego wydawcę? :)
Kochany Klubie! Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. I - sto lat!
(grafikę na piąte urodziny Klubu wykonała jedna z klubowiczek - Sylwia Rioux. Dziękujemy!)

2017-09-29

10 naj Yunnanu

W ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie dzielimy się tym, co w naszych krajach uważamy za NAJ. Jako, że o chińskich NAJ większość czytelników już coś wie, a także dlatego, że jestem patriotką lokalną, dziś będzie oczywiście o NAJ Yunnanu.







Najwyższe góry to oczywiście Ośnieżone Góry Wśród Śliw Meili xueshan 梅里雪山. Najwyższy szczyt znajduje się na wysokości 6740 m.n.p.m. i zwie się Kawagarbo 卡瓦格博. Nazwa to jednocześnie imię tybetańskiego bóstwa wojny, który ponoć właśnie tu ma swą siedzibę - dlatego góra wśród Tybetańczyków uchodzi za świętą. Ponoć bóg ten opuści Tybetańczyków, jeśli święte miejsce zostanie zbezczeszczone. Ilekroć więc rozmaici himalaiści podejmowali próby zdobycia któregoś szczytu, Tybetańczycy ostro protestowali. Być może właśnie nieprzyjazne usposobienie tego bóstwa powoduje, że dotychczas żadnej ekspedycji nie udało się zdobyć większości tych szczytów? Bo fakt faktem, kolejne ekspedycje kończyły się porażką albo wręcz wielkimi nieszczęściami (w trakcie ekspedycji w 1991 roku zginęło 17 uczestników wyprawy). W 2001 roku władze oficjalnie zakazały naruszania spokoju tych świętych terenów.

Najgłębszy wąwóz to Wąwóz Skaczącego Tygrysa Hutiaoxia 虎跳峡. Jego dnem płynie rzeka Jangcy, która w górnym biegu zwie się Rzeką Złotego Piasku 金沙江. Różnica wysokości między dnem wąwozu a szczytami okalających go gór sięga nawet 3790 metrów! Okolice są zamieszkałe przez lud Naxi, który całe szczęście nie uważa, by mieszkało tu jakieś nieprzyjazne bóstwo, w związku z czym wewnątrz wąwozu znajduje się kilka tras trekingowych i wiele przyjaznych hosteli/schronisk. Powiem szczerze, że obserwowanie rwącego nurtu w pięknym kanonie to jedno z moich najpiękniejszych yunnańskich wspomnień.

Największy i najstarszy park narodowy to oczywiście Park Narodowy Potatso o imponującej powierzchni 1300 km2. Piękne ukształtowanie terenu, krystalicznie czyste jeziora, bogata flora i fauna (wspomnę chociażby o cisie Wallicha oraz żurawiu czarnoszyim). a także dobrze zrobione trasy wycieczkowe sprawiają, że dość wysoka opłata za bilet wstępu wydaje się mimo wszystko sensowną inwestycją. Więcej o nim pisałam tutaj.


Najbardziej znana potrawa to bez wątpienia Kluski-Przechodzące-Przez-Most guoqiao mixian 过桥米线. Jest to w zasadzie rosół, jednak bardziej niż skład, oczywiście trochę inny niż skład polskiego rosołu, liczy się sposób podania. Gdy bowiem zamówimy to danie, dostaniemy wszystko podane osobno: w wielkiej misce wrzący rosół, na małych talerzykach rozmaity wsad: od cieniusieńkich plasterków surowego mięsa przez kwiaty, jajka przepiórcze a także wielką obfitość tutejszych warzyw; do tego jeszcze makaron ryżowy zwany misienami - trzeba wiedzieć, co w jakiej kolejności wrzucać do rosołku, by uzyskać upragniony efekt. Nazwa potrawy i sposób podania wiąże się z piękną legendą.

źródło
Najmniej liczna grupa etniczna to Drungowie, liczący sobie zaledwie 6-7 tysięcy ludzi. Niestety, nie miałam do tej pory okazji ujrzeć ich na żywo ani podziwiać pięknych tatuaży na twarzach staruszek (obecnie młodych dziewcząt już się tak nie tatuuje). Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś pojechać w region, w którym żyją - północny Yunnan, na pograniczu z Birmą. Żyje tam jeszcze całkiem sporo grup etnicznych Yunnanu, o kulturze tak różnej od tej ogólnochińskiej! Zresztą - Yunnan zamieszkuje 26 grup etnicznych (jeśli liczyć tylko te oficjalne), więc pod względem różnorodności kulturowej nie mamy na co narzekać.





źródło
Najdłuższy dwuwiersz to dwuwiersz Sun Ranwenga, opisujący piękny, rozpościerający się z Budynku Wielkiego Widoku, widok na Jezioro Dian i Zachodnie Góry. Tu trzeba powiedzieć, że ze względu na specyfikę języka chińskiego, w którym jeden znak to jedno słowo, a także ze względu na mnogość zasad, których podczas pisania dwuwierszy trzeba przestrzegać, stworzenie dwuwiersza na 180 znaków to nie byle co - zwłaszcza biorąc pod uwagę, że większość chińskich dwuwierszy liczy 8-14 znaków. Wprawdzie w dwudziestym wieku stworzono dłuższe dwuwiersze, ale ciiii! Nie będziemy o tym mówić, bo przecież liczy się tradycja ;) O dwuwierszu jako o formie poetyckiej pisałam już tutaj.



źródło
Najstarsza kolej to wybudowana przez... Francuzów kolej łącząca Yunnan z... Wietnamem, a konkretnie Kunming z Haifongiem - czyli kolej yunnańsko-tonkińska. Powstała w latach 1903-1910 ponad osiemsetkilometrowa trasa, zgodnie z retoryką chińską, miała służyć głównie temu, żeby Francuzom się w Chinach lepiej kradło robiło interesy. Nie da się jednak zaprzeczyć, że wybudowanie tej kolei w czasach, w których właściwie nie istniały w Yunnanie ogólnodostępne drogi i prowincja była raczej dzika i niedostępna, spowodowało nagłe przeniesienie regionu w XX wiek i wielki rozkwit prowincji.

Najpiękniejsze pismo to pismo Tomba/Dongba, używane przez lud Naxi. Powstało najprawdopodobniej około VII wieku, a w X wieku było w powszechnym użyciu. Niestety, po dojściu komunistów do władzy, niechętnie patrzono na wszelkie przejawy odrębności mniejszości etnicznych i dziś to pismo jest w zasadzie już tylko ciekawostką, choć od jakiegoś czasu władze centralne udają, że wspierają odbudowę kultur etnicznych, które sami zniszczyli. Pierwotnie mające znaczenie rytualne pismo trafiło pod strzechy - Lijiang i okolice są nim całe zapisane - pojawia się na ścianach budynków, w nazwach ulic, na breloczkach i innych drobiazgach kupowanych przez turystów. Można też kupić słowniczki dongba-chińsko-angielskie.

Najsłynniejszy las to Kamienny Las Shilin 石林. Są to piękne formacje wapienne liczące sobie ponad 270 milionów lat, zajmujące powierzchnię ponad 500 km2. Skały dają pole wyobraźni: niektóre wyglądają jak zastygli ludzie, niektóre jak zwierzęta (przysięgłabym, że widziałam słonia!); nawet najdłuższy spacer tym nietypowym "lasem" się nie nudzi. Od 2007 roku dwie partie Kamiennego Lasu znajdują się na liście UNESCO, niestety powodując wywindowanie cen biletów w kosmos. Ale - warto!

Najgłębsze jezioro to Jezioro Pieszczenia Nieśmiertelnych Fuxianhu 抚仙湖 - średnia głębokość to 95.2 metry, a w najgłębszym miejscu ma aż 158.9 metrów. W dodatku woda jest ponadprzeciętnie czysta, żyją w niej endemiczne gatunki ryb, a do tego na dnie jeziora znajdują się ruiny jednej z dawnych stolic Yunnanu, z czasów, gdy było tu samodzielne państwo. Więcej o tym przepięknym jeziorze pisałam tutaj.


 
I co? Które NAJ Yunnanu jest według Was tym naj-naj-NAJem? :)
PS. Jeśli chcecie poznać NAJ innych krajów, śledźcie rozwój projektu tutaj.

2017-06-04

Jak się zmieniło moje postrzeganie Chin?


W tym miesiącu wraz z innymi dziewczynami z Klubu Polki na Obczyźnie zastanawiamy się, jak i czy inaczej widzimy teraz kraj, w którym dane jest nam mieszkać. Serdecznie zachęcam do zapoznania się z innymi wpisami powstałymi w ramach projektu letniego; na pewno wiele rzeczy Was zaskoczy.
No pewnie, że widzę wszystko zupełnie inaczej. Nie wiem jednak, czy to tylko kwestia mieszkania tutaj tak długo, czy po prostu tego, że się zestarzałam... Tak czy inaczej, przypomniałam sobie własne reakcje w rozmaitych sytuacjach. Zmiana jest diametralna.

2008: stary Chińczyk odkrztusza głośno flegmę i spluwa gęstym charkiem na ulicę. Soczyście przeklinam po polsku; odechciewa mi się jeść na spory kawałek czasu. W dodatku takich Chińczyków spotykam dziennie kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu. Brrrr.
2017: kiedy słyszę charakterystyczny dźwięk oczyszczania dróg oddechowych, po prostu się szybko oddalam i odwracam głowę w drugą stronę.

2008: Chińczycy przejeżdżają przez skrzyżowania na czerwonym, NIGDY nie zatrzymują się przed przejściem dla pieszych i ustępują tylko pojazdom większym od siebie, bez względu na to, jak jest dane miejsce oznakowane. Parkują na środku wąskiej drogi. Jeżdżą pod prąd MASOWO. Trzeba mieć ośmioro oczu. Albo i szesnaścioro...
2017: Biały Mały Tajfun mknie drogami rowerem albo skuterem, a gdy widzi kolejną Sytuację na drodze, nawet mu ciśnienie nie rośnie. Omija i jedzie dalej, cudem unikając śmierci ;)

2008: Wchodzę do knajpy, bo ładnie pachnie. Siadam i przylepiam się do stołu, bo ta cerata zdecydowanie pamięta lepsze czasy. Nie zna za to wycierania. Wyobrażam sobie, jak wygląda kuchnia. Wychodzę.
2017: Jeśli kelnerzy są tak zajęci, że nie mają czasu przetrzeć stołu, to znaczy, że jest tu duży ruch i na pewno pyszne żarcie. Zostaję. Na wszelki wypadek przemywam otrzymane naczynia herbacianym wrzątkiem i pamiętam, żeby nie dotykać stołu.

2008: Jacy ci Chińczycy są kolorowi! A jak pstrokato poubierani!
2017: Jacy ci Polacy są szarzy...

2008: Jaki ten Kunming jest wielgachny!
2017: Jaka ta Warszawa jest maleńka...

2008: Dlaczego oni do wszystkiego dodają chilli?!
2017: Po pierwsze nie do wszystkiego, a po drugie - co komu to chilli przeszkadza? Przecież niedoprawione jedzenie jest niesmaczne!

2008: To straszne, oni bez przerwy żrą antybiotyki, które zresztą można bez recepty kupić w każdej aptece. Ja nie chcę! Ale co mam zrobić?...
2017: Zioła, akupunktura i masaże lecznicze to wspaniała sprawa, tym piękniejsza, że łatwo dostępna i tania. Jak ci Europejczycy mogą się truć chemikaliami?

2008: O! Tu się jada robaki, chwasty i rozmaite gatunki mięsa! To pewnie z biedy.
2017: Jaka szkoda, że polskie sklepy spożywcze są tak marnie zaopatrzone! Nic dziwnego, że Polska to taki biedny kraj...

2008: Nie lubię tej wódki, ale przecież chińska kultura picia zabrania odmawiać. Niech tam.
2017: Nie lubię tej wódki. Żaden dobrze wychowany Chińczyk nie próbowałby mnie zmusić do picia. Chcesz spróbować mnie zmusić? Spier...!

2008: Jak można makaron jeść pałeczkami?
2017: Jak można spaghetti jeść widelcem i łyżką? I to w dodatku z talerza?!

2008: Chiny to kraj rozwijający się, dlatego ta bieda tak kłuje w oczy.
2017: W Chinach nawet stare babcie na targu mają smartfony i oferują możliwość zapłaty bezgotówkowej. Polska jest biedna?...

2008: Herbata Lipton.
2017: To w końcu herbata czy Lipton?

2008: Jacy ci Chińczycy są pracowici!
2017: Jacy ci Chińczycy są niepozbierani!

Moje postrzeganie Chin zmieniło się tak samo mocno, jak ja sama. I pewnie zmieni się jeszcze pod wieloma, wieloma względami. Nowe sytuacje, zmieniające się czasy, opatrzona egzotyka zastąpiona mimo wszystko kolorową codziennością.
Nie zmienia się tylko jedno: Chiny nadal są dla mnie szalenie fascynujące!

2017-04-05

Mój pierwszy dzień

Dzisiejszy wpis jest częścią wiosennego projektu Klubu Polki - opowiadamy o naszym pierwszym dniu w danym kraju. Ile emigrantek, tyle historii. Moja jest wieloetapowa.

Na początku był Tajwan. To znaczy: ja wiem, że na początku było Słowo, albo w ostateczności Polska, ale dla mnie początkiem Nowego była wizyta na Tajwanie. Tato, który wówczas tam pracował, ujął to tak: jak szybko skończysz licencjat, to możesz przyjechać na wakacje. W związku z tym obroniłam się pierwsza na roku. I pojechałam. Tata dużo opowiadał, przywoził prezenty, pokazywał zdjęcia. Ale to mi w ogóle nie dało wyobrażenia, jaka jest Azja.
Na początku - uderzenie lepkiego gorąca. Wakacje były na przełomie lipca i sierpnia, czyli chłodny wietrzyk zdarzał się tylko bezpośrednio przed tajfunem. Gdy tylko wyszłam z lotniska, włosy zakręciły mi się w maleńkie loczki i już tak zostały.
Później - zapach azjatyckiej ulicy. Wiecie - stragany z jedzeniem plus gorąco plus tłumy. Wydawałoby się, że musi być obrzydliwie. Nie było. Było fascynująco.
Dźwięki. Pierwszy raz zetknęłam się na żywo z językiem chińskim. Ni to śpiew, ni to krzyk. Nie potrafiłam podzielić zdań na wyrazy ani opanować niczego ze słuchu. Chodziłam zanurzona w dźwiękach - i zamarzyło mi się, by też tak śpiewać mówić.
Smaki. Wpadłam po uszy. Nocne targi z przekąskami, knajpki, w których za grosze można było się objeść pierożkami czy makaronami w pachnących sosach. Wystawne knajpy, do których trzeba było czekać półtorej godziny w kolejce. Żabie udka w panierce - prawie jak kurczak, wieprzowina w sosie słodko-kwaśnym zupełnie różna od tych pseudochińskich dań w polskich chińskich knajpach. Nowe owoce, warzywa, napoje.
Ludzie - serdeczność. Potem się miałam przekonać, że raczej powierzchowna, ale wtedy, za pierwszym razem, uderzyło mnie, że wszyscy się do mnie uśmiechają i chętnie ucinają sobie ze mną pogawędkę. Po szarej anonimowości Polski była to wspaniała odmiana.
Kolory. Mężczyźni w różowych koszulach (hetero!), panie pod pięćdziesiątkę w barwnych dresach, cekiny, kokardki, prążki, koronki. I nikt nie odwraca głowy z niesmakiem i nie twierdzi, że "nie wypada". To był mój pierwszy dzień na Tajwanie.
***
Udało się! Przyjechałam na pół roku na Tajwan, żeby nauczyć się szwargotać po mandaryńsku. Gdy wysiadałam z samolotu, było inaczej - bo luty, a nie lipiec. Reszta pozostała bez zmian, a ja każdego dnia tego półrocznego pobytu byłam szczęśliwa - bo byłam w swoim miejscu na ziemi. O łzach tęsknoty za przyjaciółmi i samotności w tłumie nie będę wspominać. Jak nie wspomnę, to znaczy, że się nie przydarzyły, prawda? To był drugi "pierwszy dzień" na Tajwanie.
***
Kiedy wysiadłam z samolotu w Kunmingu, poczułam rozczarowanie. Och, mózg wiedział, że to nie tropiki, że jestem daleko od morza i że wylądowałam w wysokich górach, ale serce nie mogło nic na to poradzić - nadal tęskniło za zapachem Azji, który miał być kubek w kubek taki, jak w Tajpej. Kunming jest suchy, spalony wysokogórskim słońcem, zapierający dech rozrzedzonym powietrzem. Odetchnęłam pełną piersią tym nowym zapachem Azji i poszłam szukać taksówki. Znalazłam. Nie zwróciłam uwagi na brak taksometru. Gdyby taksówkarz nie próbował mi kłaść ręki na kolanie, stwierdziłabym, że nawet dobrze trafiłam. Ale... okazało się, że nie tylko zapach i smak tutejszego powietrza różni się od tego tajpejskiego. Przyjechałam tu po kilku latach nauki mandaryńskiego, dość pewna siebie, by się w ogóle nie bać. Ja już umiałam nawet przez telefon i na skajpie godzinami gadać z azjatyckimi znajomymi, więc życie powinno być łatwe, prawda?
Nie zrozumiałam nic z tego, co powiedział do mnie taksówkarz. Zamiast ni xiang qu nali? wypowiedzianego miękkim głosem, z uśmiechem, do którego przywykłam na Tajwanie, usłyszałam ostre ke nadiar?!, które wprawiło mnie w nieliche osłupienie. Tak, czytałam, że mają tu własny dialekt, ale przewodniki twierdziły, że jest on bardzo zbliżony do mandaryńskiego. Tja. Dziś mieszkam w Kunmingu już osiem lat i nadal nie wszystko rozumiem.
Zapachy też nie te. Tutaj się zupełnie inaczej jada i człowiekowi prędzej zaczną łzawić oczy od zapachu wszechobecnego chilli niż go zemdli od tajwańskiego śmierdzącego tofu. Smrodku tofu mi akurat nie brakuje, ale - musiałam się nauczyć tych nowych zapachów. Zakurzonego, gorącego i suchego Kunmingu wypełnionego chilli i suszoną wołowiną. Kwiaty kwitnące o niespodziewanych porach roku, Szmaragdowozielone Jezioro w samym centrum - a wiecie, jak pachną jeziora w miastach. Zapach pieczonych batatów i ziemniaków. Pierwszego dnia jeszcze ich nie spróbowałam, ale chyba tak naprawdę powinnam zacząć od pierwszego prawdziwego dnia, a nie od tego, który spędziłam tylko w samolocie, taksówce i łóżku. Drugiego dnia zaczęłam eksplorację: piękne paifangi (coś między ozdobną bramą a łukiem triumfalnym) Złotego Konia i Szmaragdowego Koguta w centrum, ale poza tym zero tradycyjnej chińskiej zabudowy (szkoda!). Jedzenie uliczne z zupełnie innej niż w Tajpej bajki: wspomniane pieczone bulwy, placuszki kukurydziane, wszechobecne kluski ryżowe - misieny zamiast makaronu w wołowym rosole, pierożków i okonomiyaki na nocnym targu. A, właśnie. Od razu odkryłam, że nocą Kunming w zasadzie zamiera. W Tajpej wracałam do domu zazwyczaj grubo po północy, właśnie z nocnego targu. Tutaj zaczęłam wracać po północy dopiero, gdy zaczęłam pracować w herbaciarni, ale to już zupełnie inna historia.
Pierwszego dnia w Kunmingu udało mi się dojechać autobusem do Wallmartu, ale wrócić już nie dałam rady. Nie wiedziałam wówczas, że dużo ulic jest jednokierunkowych i że przystanek po drugiej stronie ulicy będzie obsługiwał zupełnie inne numery autobusów, bo ten mój tędy jedzie "do", ale już nie wraca...
Pierwszego dnia opanowałam drogę z hostelu na uniwerek i z powrotem nie wiedząc jeszcze, że właśnie przeszłam prawie całe centrum miasta. Wówczas jeszcze Kunming, trzy razy większy od Warszawy, wydawał mi się ogromny. Teraz sądzę, że jest malutki...
Tego dnia pierwszy raz ujrzałam staruszki odziane w stroje ludowe. Nie przebrane, a ubrane. Zaczęła się moja przygoda z 26 yunnańskimi grupami etnicznymi.
Zaczynałam przygodę życia, ale... przecież po roku miałam wrócić do Polski, względnie nadal knuć, jak tu wrócić na Tajwan. To miało być tylko roczne stypendium!
Taki był mój pierwszy dzień w Kunmingu.
***
Gdy po raz drugi lądowałam w Kunmingu, wiedziałam już, czego się spodziewać. Po pół roku pobytu w Polsce wiedziałam, że dłużej tego nie wytrzymam. Tęskniłam za Azją. Teraz już mi było obojętne, jak pachniał Kunming. Tęskniłam za miliardem rzeczy i za przynajmniej jedną szczególną osobą. W międzyczasie się okazało, że osoba jednak nieszczególna, a tęsknotę mogę o kant d... roztrzaść, ale pozostała tęsknota za Kunmingiem. I... strach. Trochę się bałam wybrać inne miejsce. Chciałam wrócić, a nie jechać w nieznane. A jednak - bałam się i tak. Czy sobie poradzę na studiach magisterskich prowadzonych w języku chińskim, czy serce puste jak orzeszek zapełni się jakąś miłą obecnością, czy... Tych "czy" było milion. Wielkim pocieszeniem dla strwożonego serca było wszystko to, co pozostało takie, jak pamiętałam. A pamiętałam dużo - przecież wyjechałam z Kunmingu ledwie rok wcześniej. Kolejne miejsca witałam z uśmiechem, jak starych znajomych. To nic, że nie chciano mi zapewnić akademika na ten pierwszy weekend, choć administracja uniwersytecka wiedziała, kiedy przyjadę (przysłali nawet szofera, do króćset!). To nic, że gdy w końcu weszłam do akademika, okazał się on być zapluskwioną i zakaraluszoną brudną ruderą pozbawioną ciepłej wody. To nic, że wszystko było inaczej, niż miało być. Znów byłam w Azji. Znów byłam u siebie.
Taki był drugi "pierwszy dzień" w Kunmingu.
***
Gdy po utracie stypendium przeniosłam się w yunnańskie tropiki za chlebem i po to, by po prostu przestać się dusić w Kunmingu, nie sądziłam, że do niego wrócę na stałe. Bardzo mnie to miasto bolało - wiele straconych nadziei, wiele przegranych przyjaźni i jeszcze złamane serce. Czy Wy chcielibyście wrócić do miasta, które tak Was potraktowało?
A jednak stałam teraz na dworcu PKS z trzydziestokilogramową walizką, opalenizną i kilkoma yuanami w kieszeni. Jeden z kolejnych swatanych mi facetów miał po mnie przyjechać. Jeszcze nie wiedziałam, że pół roku później ten facet zostanie moim mężem, ale już wiedziałam, że mogę na nim polegać - obojętnie, czy chodzi o podwózkę z dworca, znalezienie fajnej knajpy czy dotrzymanie towarzystwa na korcie badmintonowym. Wracałam - po raz pierwszy przyznaję to publicznie - głównie dla niego. Tak, praca w tropikach okazała się być niewypałem, bo szefostwo było nieuczciwe, ale gdyby nie on, pewnie pojechałabym gdzieś dalej, zamiast wracać wciąż i wciąż do tego nieszczęsnego Kunmingu. Gdy czekałam na dworcu, nie miałam motyli w brzuchu, ale i tak - z uśmiechem na twarzy i w sercu dawałam się porwać nowej przygodzie.
To był ostatni "pierwszy dzień" w Kunmingu. Bo później Kunming stał się moim domem i już zawsze tu wracam, a nie przyjeżdżam.

2016-12-07

Zwyczaje kulinarne Yunnanu

Winter is coming. A gdy robi się zimno, cóż można wymyślić lepszego niż miska ciepłej strawy, trochę alkoholu i pogaduchy o tym, jak to jest w Yunnanie? A skoro już siedzimy nad tą miską, zastanówmy się nad jej zawartością. Ta właśnie aromatyczna i apetyczna zawartość sprawiła, że pokochałam Yunnan z całego serca. No dobra, jest jeszcze historia, liczne grupy etniczne, muzyka, krajobrazy i czynnik ludzki, ale - zaczęło się oczywiście od żarcia. I w ramach projektu zimowego Klubu Polki na Obczyźnie o tym żarciu Wam opowiem. Część poniższych stwierdzeń można zastosować do kuchni Chin w ogólności, ale część jest stricte yunnańska.

"Jak jest zielone, jest warzywem. Jak się rusza, jest mięsem"

Powyższe powiedzonko dobrze obrazuje, co może wylądować na yunnańskim talerzu: cokolwiek! Gdy pierwszy raz poszłam na targ w Kunmingu, zdumiona zauważyłam, że nie rozróżniam dwóch trzecich asortymentu. Te biedne europejskie marchewki czy inne kartofle wyglądają na yunnańskich straganach jak ubodzy krewni. Cóż za feeria barw, zapachów, smaków! Powoli, powoli zaczęłam się uczyć, cóż to za wspaniałości. Dziś nie zdumiewa mnie na straganie ani paprotka, świetnie nadająca się do smażenia, ani płoczyniec, idealny w sałatkach, ani strzałka wodna, z której można zrobić genialne czipsy, ani złocień, idealny do sałatek i złocieniowej tempury.
Jednak cała ta bujna roślinność to pikuś w porównaniu z tym, co Yunnańczyk uważa za doskonały odpowiednik schabowego. Zaczynając od oczywistości: jeśli zwierzę poświęca życie, by Cię nakarmić, uszanuj to i nie marnuj żadnej części. Dlatego na straganach poza zupełnie zwykłym mięsem drobiowym, wieprzowym czy wołowym, pysznią się wspaniałe podroby, ogony, skóra (czasem opalana palnikiem, żeby pozbawić ją włosia, ale nie zawsze!), racice, łby, uszy, ścięgna... I nie są to potrawy dla biedoty! Eleganckie knajpy, raczej te z wyższej półki wręcz chlubią się gulaszem ogonowym, cynaderkami, flaczkami, świńskimi uszami na ostro czy prażoną, chrupiącą skórą. Przecież żadna sztuka przyrządzić smacznie kawałek mięsa, którego nie da się zepsuć. A żeby dobrze przyrządzić nereczki czy wątrobę wieprzową, trzeba się na tym naprawdę znać.
Drugą kwestią jest to, jak daleko rozciągnięta jest definicja mięsa. Bo to, że każde mięso jest jadalne to oczywista oczywistość. Na każdym większym targu ujrzymy więc oczywiście króliki, gołębie czy przepiórki. W knajpach - psinę, oślinę, wężowinę. Ale oprócz tego - przysmakami są żółwie i żółwiaki, żaby i kijanki, a idąc jeszcze dalej w miniaturyzacji - rozmaite owady, od koników polnych i szarańczy poczynając, poprzez robaki bambusowe aż po larwy szerszeni.
Trzecia rzecz to... hmmm... menu. Część knajp - i to nie tylko tych maleńkich, ulicznych straganów - po prostu jako menu wystawia mięsa/warzywa na zewnątrz. Możesz sobie wybrać właśnie tę sztukę bakłażana i właśnie te trzy pomidory - pokazać palcem, albo i wziąć do ręki, żeby sprawdzić, czy świeże. Jednak warzywa to pikuś. Na załączonym wyżej obrazku widzicie uliczny stragan z koźlimi szaszłyczkami. Kilka osób metodycznie obkrawa tuszkę kozy, wiszącej u daszku, a następnie "nawleka" mięso na szaszłykowe patyczki. Następnie właściciel to mięso przyprawia i opieka. Gdy obiorą już mięso z całej kozy, szkielet idzie do knajpy obok, w której gotuje się zupy na kościach, a nasz straganiarz z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i z pełną kiesą może iść do domu. Dla Yunnańczyka - no i dla mnie - tego typu "karta dań" jest rękojmią świeżości.


Surowe czy smażone? Oto jest pytanie!

Chińczycy generalnie nie przepadają za surowizną. Dotyczy to nie tylko mięsa (chińskie steki są w zasadzie zawsze wysmażone do bólu, a na samą wzmiankę o tatarze robią się zieloni), ale nawet warzyw. Pomidor - smażony z jajkiem. Marchewka - smażona lub gotowana. Zielony ogórek - dobry na zupę... Oczywiście, jak wszystkie generalizacje, i ta jest prawdziwa tylko w pewnym stopniu. I w Chinach istnieją sałatki z surowych warzyw, choć faktycznie są zazwyczaj dość dobrze ukryte w bogatych menu. Ale akurat w Yunnanie ogromną ilość zieleniny spożywa się w sałatkach - np. wspomniane już liście złocienia, ogórki, tamarillo i wiele innych warzyw Yunnańczycy spożywają na surowo. Jednak to mniej mnie w sumie dziwi niż parę surowych dań mięsnych. M.in. mniejszości etniczne Bai, Jingpo, Bulang i Dai jadają na surowo wieprzowinę bardzo drobno posiekaną/zmieloną, krew, skórę...


Mleko

W związku z genetycznie uwarunkowaną nietolerancją laktozy, która dotyka przeważającą większość chińskiego społeczeństwa (podobno ponad 90%!), w Chinach spożycie mleka i wszystkich produktów mleczarskich zawsze było znikome. Ostatnimi laty się to zmienia, ale asortyment w sklepikach mleczarskich nie poraża - parę rodzajów mleka w kartonie, masa słodkich i sztucznych jogurtów i... tyle. Po masło czy ser najlepiej się wybrać do sklepu z żywnością importowaną typu Metro albo Carrefour.
W Yunnanie można też pójść na targ. Na większości targów (no, może poza południowym i południowo-zachodnim Yunnanem) dostaniemy bez trudu dwa typy tradycyjnego yunnańskiego koziego sera: rubing i rushan (na zdjęciu u góry właśnie ten drugi, nawinięty na patyczki i pieczony na grillu). Oprócz tego w każdej porządnej tybetańskiej knajpie znajdziemy jaczy twaróg na słodko.


Posiłki

Choć przeciętny Chińczyk, w tym i Yunnańczyk, spożywa tak samo jak my trzy posiłki dziennie, tak naprawdę zgodnie z tradycją powinien ich jeść cztery. Ten czwarty to znany i drzewiej w Polszy podkurek, czyli obżarstwo w godzinach wieczornych. Czy Wy też macie wizję wykradania przysmaków z lodówki? Ech, to nie takie proste! Prawdziwy kunmiński podkurek jadało się zawsze na zewnątrz. Podkurki w starym Kunmingu to całe ulice i wielka ilość knajp, wprost zastawione jedzeniem aż do późnych godzin nocnych. Dziś jednak tradycyjne podkurkowe potrawy zostały zastąpione przez ogólnochińskie stragany z szaszłyczkami czy knajpy z tzw. gorącym kociołkiem. One bywają otwarte do 3-4 nad ranem. Raj dla łakomczucha! :)


Kieliszek czy miska?

Yunnańskie mniejszości etniczne słyną z barwnych strojów, ciekawej kultury, cudnej muzyki i... picia wódki. W porównaniu z etnicznymi Chińczykami - większością Han - są to zwykłe opoje. Zapewne w przeciwieństwie do Chińczyków ich wątroby nie przetwarzają alkoholu natychmiast w aldehyd octowy (to ciekawostka biologiczna, o której więcej przeczytacie tutaj)... Tak czy owak, kultura picia u wielu yunnańskich ludów polega na tym, że na dzień dobry domowy bimber/nalewka ląduje w miseczkach. Takich jak do ryżu. O pojemności sporego kubka. I tak, często wychyla się "do dna". Tak się nadal wita gości w większości yunnańskich wiosek... a potem jest jeszcze gorzej, bo odmowa to utrata twarzy dla częstującego...


Pałeczki? Nie zawsze!

Choć tradycyjnymi chińskimi sztućcami są tylko pałeczki i porcelanowa łyżka z płaskim dnem, część grup etnicznych z Yunnanu nadal jada na swój sposób - czyli na przykład palcami. W tutejszych tybetańskich knajpach dostaniemy oczywiście tradycyjną herbatę z masłem jaka oraz miseczkę z jęczmienną mąką tsampa. Te dwa składniki należy ręką zmiesić na ciasto i spożyć bez użycia sztućców. Nie inaczej jest w tradycyjnych knajpach dajskich (Dajowie to chińscy Tajowie). Jedną ze sztandarowych potraw jest tzw. posiłek ręką łapany - wielka taca z kleistym ryżem, na którym ułożone są dania właściwe. Z takiej tacy należy dłonią brać kuleczkę ryżu plus odrobinę sałatki/mięsa/kiszonki i wsadzać bezpośrednio do dzioba. Jako udogodnienie dla Chińczyków podaje się w takich knajpach również jednorazowe rękawiczki... Oczywiście, można poprosić o pałeczki (robi to nagminnie mój mąż...), ale jest to takie samo nieporozumienie, jak użycie zwykłego noża do ryby w kulturze polskiej.


Herbata

Yunnan słynie z herbaty. Największym hitem jest oczywiście pu'er, ale nie ustępuje jej też czarna, a za nimi ustawia się w kolejce zielona. Jednak nawet w niezłych restauracjach do obiadu/kolacji dostaniemy nie jakąś herbatę wysokiej jakości, a metalowy czajnik/termos, do którego wsypano garść kiepskich liści herbacianych i wlano litr albo i dwa litry wrzątku. W zależności od stopnia oszczędności kelnerek będzie to albo kwintesencja goryczy, albo niemal czysty wrzątek. Tak czy owak, kelnerzy będą mówić o niej raczej nie "herbata", a "herbaciana woda" 茶水. Jest podawana gratis i służy raczej przepłukaniu ust po mocno doprawionych potrawach i zaspokojeniu pragnienia niż rozkoszowaniu się smakiem. Po głębsze doznania herbaciane należy udać się do przybytku specjalnie do tego stworzonego, czyli herbaciarni.Tam herbata nie będzie wprawdzie darmowa, ale herbaciana ceremonia będzie warta swojej ceny :)


Chilli

Gdy po raz pierwszy przyjechałam do Yunnanu, miałam wrażenie, że chilli występuje w każdej potrawie. Każde mięso smażone z chilli, placki ziemniaczane z chilli, chilli w rosole. Chilli świeże, chilli suszone, chilli smażone. Pasta z chilli, chilli w oleju, chipsy z chilli. Czerwono się w oczach robiło... Cóż, Yunnańczycy bezsprzecznie kochają chilli, trzeba ten fakt zaakceptować. Później odkryłam jednak, że istnieje tu cała gama potraw, do których tylko kiepscy kucharze dodają chilli, by zakryć nędzny smak. Z lubością zajadam te potrawy i w knajpach, i w domu... a swoją drogą nauczyłam się kochać chilli i bez niego też już sobie stołu nie wyobrażam.

Mam nadzieję, że choć trochę Wam przybliżyłam yunnańskie kulinaria. Jeśli zaś jesteście łakomymi obieżyświatami, zapraszam do czytania o zwyczajach kulinarnych z innych miejsc świata - wpisy będą się pojawiać na blogach Klubu Polki na Ojczyźnie przez najbliższe dwa miesiące. Lista linków znajduje się tutaj i będzie regularnie uzupełniana o nowe wpisy.

2016-10-08

5 ważnych dla mnie miejsc

Klub Polki zaatakował mnie znienacka; właściwie nie chciałam pisać tego postu. Każde miejsce jest jakoś tam ważne. Niestety, nie zawsze pozytywnie...
Nie. Nie będę opowiadać o miejscach, które wykształciły we mnie kompleksy, o miejscach, w których więcej cierpiałam niż się radowałam, o miejscach, które mnie powoli niszczyły...
Hmmm. Muszę o nich napisać, bo to właśnie w tych miejscach zdarzyły mi się też najwspanialsze przyjaźnie, najpiękniejsze dni i najintensywniejsza młodość. Ale - skupię się na dobru. Jak zawsze.


KRAKÓW

To musiał być Kraków. Nie wyobrażałam sobie w ogóle, że miałabym pójść gdzieś indziej na studia. Kierunek tych studiów był absolutnie drugorzędny :D Zapatrzona w brata, który szlifował krakowskie bruki, bujając się między Piwnicą pod Baranami, Zielonym Szkiełkiem i Lochem Camelot, zazwyczaj odziany we frak czy inny estradowy strój - ja po prostu MUSIAŁAM tu być. Oddychać poezją, Gałczyński, Poświatowska, a w ogóle to na Brackiej pada deszcz. Rozumiecie. Zostałabym tam na zawsze, gdyby nie

TAJPEJ

To miały być miesięczne wakacje. Po miesiącu na Tajwanie wiedziałam jednak, że MUSZĘ wrócić do Azji. Nic to, że do tej pory Azja mogła dla mnie nie istnieć, że nie odróżniałam barów wietnamskich od kuchni chińskiej i że piłam herbatę rozwodnioną z esencji zaparzonej rano. To było dawniej, w tym innym życiu, w którym myślałam, że będę muzykologiem. Może krytykiem muzycznym, może edytorką w wydawnictwie muzycznym, może organizatorką krakowskiego bujnego życia muzycznego. W obecnym życiu zachłysnęłam się Azją i nie chcę już nigdy wracać do tego, co było. Zapach Azji, jeszcze bardziej kolorowy niż widok. Choć tyle już lat mieszkam w Kunmingu, to właśnie parne i gwarne Tajpej sprawiło, że zamarzyła mi się WIELKA ZMIANA.


Miasteczko na południu Yunnanu, przy granicy z Laosem. Spędziłam tam jeden semestr. Ten, kiedy zawaliło mi się wszystko i musiałam sobie życie poukładać od nowa. Straciłam stypendium - miałam mieć je dwa lata, a po roku obcięli za choroby. Zostałam bez grosza przy duszy. Ale nie to było najgorsze. Facet, który mi się podobał, okazał się mnie kochać jednak raczej jak siostrę, brak penisa dyskwalifikował mnie w jego oczach. Przyjaźnie, wystawione na ciężką próbę - moją miesięczną chorobę - nie przetrwały. W dodatku cały Kunming krzyczał do mnie tymi miejscami, w których nie zobaczę już właściwych ludzi; każdy spacer powodował płacz. Wyruszyłam więc tam, gdzie 365 dni w roku jest słońce... i spędzałam w pracy czas od rana do wieczora (9-20 z przerwami na jedzenie i dostanie się z punktu A do punktu B) przez 6 dni w tygodniu. Słońce oglądałam, gdy przemieszczałam się na rowerze z jednego miejsca pracy do drugiego. Co ciekawe - właśnie to mi pomogło. Po weekendach pełnych oglądania seriali, bo na nic innego nie miałam siły, po tygodniach nieuleczalnie opuchniętego gardła, po zarzynaniu się za śmieszne pieniądze - zrozumiałam, że ja po prostu ZAWSZE DAM RADĘ. Muszę. I tego będziemy się trzymać :)

KUNMING

Gdy po raz pierwszy ubiegałam się o stypendium w Chinach i trzeba było wpisać miejsce, zerknęłam pobieżnie na mapę i wybrałam jedno z miejsc, które na tej mapie było najdalej od Pekinu, Szanghaju i innych Wielkich Miast. Nie wiedziałam wówczas, że Kunming, to prowincjonalne miasteczko, jest ze trzy razy większy od Warszawy, że przez rok nie uda mi się opanować szczątkowej wiedzy na temat tutejszych autobusów i... że przypadkiem odkryję moje miejsce na ziemi. Tu się pierwszy raz poważnie zakochałam. Za tym miastem tęskniłam po powrocie ze stypendium do Polski. Tu wróciłam na kolejne stypendium. Tu zrozumiałam, że wszyscy spotkani ludzie mają rolę do odegrania w moim życiu i że muszę nauczyć się brać to życie z uśmiechem. Tu poznałam miłość mojego życia. Wyszłam za tę miłość za mąż. Tu urodziłam wyczekaną i wyśnioną córeczkę. Kunming to jak dotąd najważniejsze miejsce w moim życiu.
Być może przemieszkam tu resztę życia. Nie obrażę się, ale... wątpię. Nie planuję intensywnie przeprowadzki, nie szukam okazji, by stąd wybyć, ale - jeśli to się zdarzy, to nowe miejsce powitam z ufnością. Co mi, Panie, dasz? Czego mnie będziesz chciał nauczyć? Przyjmę wyzwanie - postaram się nadal być szczęśliwa. A piąte najważniejsze miejsce oznaczę na razie znakiem zapytania.

2016-09-13

Skąd się wziął kształt kunmińskich murów miejskich?

Dziewczyny z Klubu Polki, moja nieustająca inspiracja, postanowiły, że na jesieni będziemy pisać na trzy tematy. Ja zdecydowałam się na pierwszy - o mitycznych/baśniowych stworzeniach naszych zakątków. W Yunnanie legendarnych zwierząt i postaci jest sporo - oczywiście smoki, takie jak ten ze Stawu Czarnego Smoka albo jak Złoty Koń i Szmaragdowozielony Kogut, na cześć których postawiono w Kunmingu paifangi. Dziś jednak opowiem o wężu i żółwiu. Za czasów, gdy Kunming posiadał jeszcze mury miejskie i fosę, kształt tych murów przypominał bowiem żółwia. Było to wyjątkowo niezgodne z tradycją chińską, według której miasta powstawały na planie kwadratu, z czterema bramami. U nas kształt był nieregularny, a bram było sześć - tworzyły łapki, głowę i ogon naszego żółwia. Ale... skąd się ten kształt w ogóle wziął? Ładnie opisano to w książce "Powrót do Starego Kunmingu" (重返老昆明).

Gdy otworzyć mapę starego Kunmingu, można odkryć, że miejskie mury wraz z fosą kropka w kropkę przypominają mitycznego żółwia, zdumiewająco potężnego. To dodawało staremu miastu tajemniczego uroku. "Jiaolong wznosi się ku niebu, a chmury mu domem, zaś Mityczny Żółw czai się na ziemi i nowa wiosna przychodzi". Jednak skąd się wziął akurat taki kształt murów miejskich Starego Kunmingu? O tym mówi legenda, powtarzana ustami kolejnych pokoleń babć i dziadków.
Za czasów cesarza Hongwu* w Yunnanie stacjonował wielki generał Mu Ying, który postanowił wybudować dla Yunnanu porządną stolicę. Jak jednak ją zbudować - nie bardzo wiedział. Kiedy właśnie frasował się tym zagadnieniem, wyśnił jednej nocy dziwny sen:
Wielki pyton, długi na dziesięć tysięcy zhangów** - jeśli widzisz jego głowę, to już nie ujrzysz ogona - ten właśnie wąż otwarł paszczę i pośpiesznie pożerał Kunming wraz ze wszystkimi drogocennymi dobrami, które miasto kryło. Mu Yinga widok ten straszliwie rozgniewał, zawołał on więc w głos: "Skąd przybywasz, diabelski wężu, i jak śmiesz pożerać bogactwa mego miasta i ściągać biedę na mój lud?!". Wąż odparł: "Mieszkam w górach na północ od miasta, głowę mam w Yunnanie, a ogon w Syczuanie. Jem Yunnan, a wydalam na Syczuan, co Tobie do tego?". Posłyszawszy to, Mu Ying rzucił się na węża z mieczem i go poszatkował. Jednak gdy szczątki węża opadły na ziemię, zmieniły się w ciemnoskórego wojownika, który zaczął z Mu Yingiem walczyć na śmierć i życie. Podczas, gdy walczyli oni zawzięcie, ze Stawu Dziewięciu Smoków (dzisiejsze Szmaragdowozielone Jezioro) wyłoniło się dziewięciu smoczych synów, dosiadających Boskiego Żółwia. Dopomogli oni w walce z wężem i Żółw w końcu zapanował nad wężem.
Gdy Mu Ying się obudził, miał dziwaczne wrażenie, że w historii tej kryje się drugie dno. Zaprosił więc najsławniejszego podówczas wróżbitę***, pana Wang, by wytłumaczył sen. Pan Wang zamyślił się na chwilę, policzył coś na palcach, aż w końcu przemówił: "Nawiedził Cię Długi Robak**** z gór na północ od miasta. Patrz - jego głowa znajduje się naprzeciw miasta Yunnan Fu*****, co wygląda zupełnie, jakby je pożerał". Zaskoczony Mu Ying poprosił o radę. Wróżbita odparł: "z dawien dawna najlepszą radą jest przekucie nieszczęścia w korzyść". I powiedział, jak on to widzi: Góry Długiego Robaka wiją się od północnego wschodu, co faktycznie nie wygląda pomyślnie. Jednak w moich oczach te góry przynoszą miastu bardzo pomyślną smoczą****** aurę - toć to przecież rzadko spotykana pozycja geologiczna zwana małym purpurowym smokiem! Wielki pyton jest długowiecznym stworzeniem, jednak przebiegłym i szatańskim a ciało jego jest delikatne i kobiece, jednym fochem może skrzywdzić wielu mieszkańców. Dlatego potrzebne nam inne boskie zwierzę, które będzie pomagać zmieniać i przezwyciężać węża. Ta rola winna przypaść tak samo długowiecznemu stworzeniu o twardym, męskim cielsku - Boskiemu Żółwiowi.
Słuchając rad starego wróżbity, Mu Ying zamknął miasto w kształcie żółwia. Wielka brama południowa to żółwia głowa, brama północna - ogon, a dwie bramy wschodnie i dwie zachodnie są czterema żółwimi łapami. W ten sposób położony u podnóża Gór Długiego Robaka ciągnących się na północy Kunming uzupełnia qi i puls tego miejsca, tworząc "spotkanie żółwia z wężem". W ten sposób Kunming zyskał wielkość wieczną jak góry i woda, harmonię dziesięciu tysięcy stworzeń w idealnym połączeniu woli Niebios z Ziemią. Pan Wang uśmiechnął się, stojąc na Górze Pięciu Wspaniałości i patrząc na wybudowane mury. Z nieukrywaną satysfakcją rzekł: mury i fosa dodały miastu smoczej witalności, wiatr i woda sprawią, że miasto będzie kwitło i się bogaciło, przynosząc szczęście i zamożność Yunnańczykom. Wierzę, że za pięćset lat Yunnan prześcignie Jiangnan*******!

Tak oto Boski Żółw pomógł okiełznać "długiego robaka" (każdy przyzwoity wąż powinien się za to miano obrazić ;)), który zagrażał pomyślności Yunnanu.
W tej legendzie podoba mi się idea, że przyjezdnemu generałowi, który ma tu rządzić, zależy nie na własnych zyskach, ale na tym, by stworzyć coś trwałego, co pomoże tutejszej ludności. Jest to koncepcja raczej obca dzisiejszym kacykom różnych szczebli. A szkoda.
Szkoda również, że z pięknych murów, które chroniły Kunming setki lat, po dojściu komunistów do władzy zostało tylko kilka głazów. Nie chcę być przesądna, ale śmiem twierdzić, że zburzenie tych murów dziwnym trafem zbiegło się z początkiem końca piękna tego miasta. Po Starym Kunmingu, w którym życie płynęło powoli, tanio i przyjemnie, pozostały tylko wspomnienia. Niestety, prześcignąć rejonu Jiangnan też się nie udało. Przynajmniej nie pod względami, o które chodzi przeciętnemu Chińczykowi - bo w moim sercu Yunnan jest oczywiście lepszy od stu Jiangnanów ;)

*czyli w drugiej połowie XIV wieku.
**zhang - dawna jednostka miary, długości ok. 3,3 metra.
***czyli "pana od fengshui" 風水先生.
****czyli węża.
*****dzisiejszy Kunming.
******smok i wąż są spokrewnione ;)
*******region w dolnym biegu Jangcy na jej południowym brzegu, z dawien dawna najlepiej prosperujący region Chin.

2016-07-14

Kunming TOP 10

Dzisiejszy post powstał oczywiście dla Klubu Polki na Obczyźnie. Kiedy jeszcze do Klubu nie należałam, powstał projekt Top 10 danego miasta; teraz mam okazję uzupełnić mój blog o wpis właśnie w ramach tego projektu. Co czynię skwapliwie, albowiem Czytelnicy też pytają, co w Kunmingu jest warte zobaczenia. Nie wiem wprawdzie jeszcze, jak się zmieszczę w marnej dziesiątce, ale niech tam :)

Świątynia Konfucjusza
A raczej marne pozostałości - pawilon, brama, mostek, trochę zieleni... Jednak nie z racji tradycyjnej architektury należy to miejsce odwiedzić, a dla... ludzi. To tu gromadzą się starzy kunmińczycy, by zagrać w chińskie szachy, w karty, by pośpiewać operę czy piosenki ludowe, by robić na drutach i wyszywać buciki. Jest to jedna z moich najukochańszych miejscówek. Więcej o Świątyni pisałam tutaj i tutaj.

Świątynia Prawdziwej Celebracji
Maleńki taoistyczny kompleks świątynny w sercu Kunmingu. Mingowsko-qingowskie budyneczki, mnisi uczący taichi i wróżący za drobną opłatą, ciekawe bóstwa, a przede wszystkim - schronienie przed miejskim hałasem. Więcej pisałam o niej tutaj.

Świątynia Yuantong
Najsłynniejsza yunnańska świątynia buddyzmu chan i jednocześnie jedyna stara świątynia ocalała w centrum Kunmingu. Pięknie położona, maleńka, spokojna - dobre miejsce do pooddychania senną, buddyjską atmosferą. Więcej pisałam o niej tutaj.

Kampus Uniwersytetu Yunnańskiego
To właściwie park. Najpiękniejszy gdy kwitną jabłonie albo miłorzęby, ale zawsze wart odwiedzenia - bo budynki uniwersyteckie mają już po sto lat i więcej, i są wybuchową mieszanką architektoniczną - od tradycyjnych budynków z kolorowymi chińskimi dachami po kolosy wsparte na greckich kolumnach...

Muzeum Kunmińskie
Na niepogodę albo na dwie godzinki nauki yunnańskiej historii - idealne miejsce, by lepiej zrozumieć to miasto i region. Więcej pisałam o nim tutaj.

Lotosowy Staw
W upalny dzień, gdy tylko bliskość wody ratuje nas przed szaleństwem, warto wybrać się do chińskiego parczku z pagodą i ślicznymi tradycyjnymi łódkami. O miejscu tym pisałam już tutaj.

Yunnańska Akademia Wojskowa
Znów gratka dla fanów historii - nie tylko ciekawe miejsce (koszary w centrum miasta :D), ale i muzeum z ładnie opowiedzianymi perypetiami XXwiecznego Yunnanu. Dobre miejsce na spacer w słoneczny dzień, ale dla znających chiński wizyta w muzeum też interesująca :) Pisałam już o tym miejscu tutaj, a o muzeum - tutaj.

Park Wielkiego Widoku
Park tuż przy Jeziorze Dian - ślicznie położony i całkiem atrakcyjny turystycznie, głównie ze względu na Budynek Wielkiego Widoku, który jest jego największą atrakcją, ale też z powodu przepięknego położenia i ładnej organizacji przestrzeni. Pisałam o nim więcej tutaj.

Miasto Herbaty
Po miejscach dla ducha czas na cielesne przyjemności. Targi herbaciane, na których można się zgubić, bo tak są ogromne; herbata sprzedawana na kilogramy, a nie saszetki, z obowiązkową - i jakże przyjemną! - degustacją. To trzeba zobaczyć! A pisałam o Mieście Herbaty tutaj.

Szmaragdowozielone Jezioro
Czyli kunmiński Central Park. Miejsce, którego nie można ominąć. Piękne zawsze - pod warunkiem, że nie ma się alergii na ludzi, których zawsze jest tu sporo. Miejsce piękne samo w sobie - bo woda, bo budyneczki w chińskim stylu, bo lotosy, ale też z powodu tańczących staruszek i kaligrafów z wielgachnymi pędzlami. Piękne za dnia i w nocy. Moje najukochańsze miejsce w Kunmingu. Więcej pisałam o nim tutaj.

Ech... Zanim się obejrzałam, jest już dziesięć miejsc, a przecież one wcale nie wyczerpują listy! Zaglądajcie do zakładki Kunming, bo to właśnie tam można znaleźć to, za co kocham moje miasto :)

2016-04-10

Przyjaźń

Jadę na pół roku na Tajwan. Panicznie się boję. Choć w przypływie zachwytu i euforii zdecydowałam, że spróbuję się nauczyć chińskiego, to tuż przed wylotem myślę tylko o moim kulawym angielskim, o tym, że będę pół świata dalej, że wprawdzie będę miała przy sobie Tatę, ale nikogo więcej. W moim domu rodzinnym nie było nawet wtedy internetu, więc prawie zero kontaktu z Mamą (telefony drogie), a z przyjaciółmi - tylko gadu-gadu. Zresztą - bałam się wszystkiego. A co, jeśli samolot spadnie do morza? A co, jeśli ludzi, których kocham, widzę właśnie po raz ostatni?
Jestem w Warszawie na parę dni; załatwiam wizę. Mieszkam u Brata; daję znać wszystkim warszawskim przyjaciołom i rodzinie, że jestem ostatnich parę dni, a potem nie będzie mnie już dłuuuuugo.
Z pięciu osób, do których się odezwałam, tylko jedna zechciała się ze mną spotkać.
Z tą jedną przyjaźnię się do dziś. Reszta... cóż.
*
Jestem na Tajwanie. Kocham go całym sercem, codziennie odkrywam setki nowości, nie nadążam za tempem tego miasta. A mimo to... tęsknię. Czasem nawet płaczę. Piszę listy, mejle, czyham na gadu-gadu, by choć przez chwilę pogadać po polsku, żeby ukoić tęsknotę. Po tym półroczu bez wyrzutów sumienia wyrzucam z listy tzw. przyjaciół większość ludzi. Tak naprawdę zostaje jedna koleżanka. Do tej pory była koleżanką. Ale ona jedna słuchała, kiedy MUSIAŁAM się wygadać. Więc awansowała na przyjaciółkę.
*
Wracam do Polski. Jest ciężko. Opiekuję się Mamą, wracam na studia, kursuję między Krakowem a domem. Gdy w końcu trochę ogarniam, próbuję nawiązać znów kontakty towarzyskie z "moją paczką" ze studiów. Pójdziemy na piwo? - A, wiesz, na dziś mam już inne plany". Mieli plany. Nie inne, tylko w innym towarzystwie - tzn. piwo, ale beze mnie.
*
Parter domu rodziców jest cudowny - cały otwarty, kuchnia, jadalnia, przedpokój i salon tworzą jeden wielki organizm. Jest tylko jeden mały szkopuł. Mała futrzasta kulka, z wenflonem, bo zjawiła się u nas mocno chora. Nie da się jej nigdzie zamknąć, więc przynosimy łóżko polowe, zastawiamy nim przejście między kuchnią a jadalnią i odtąd sypiam z psim dzieckiem. Które nocą, tęskniąc za mamą, żałośnie popiskuje. Wyciągam dłoń - psina ssie moje palce z rozkoszą i smacznie zasypia. Czego o mnie nie można niestety powiedzieć, ale niech już tam. Po jakimś czasie w końcu przyzwyczaja się, że to jest jej miejsce, przestaje sikać w każdym zakątku i wie, że za chwileczkę drzwi balkonowe zostaną otwarte.
Kolejne powroty do domu, nieubłagany upływ czasu. Z małej kulki zrobiła się wiejska dziewucha, która z wielkim problemem chodzi na smyczy, a kagańca szczerze nienawidzi. Później zaś - dojrzała kobieta, która lepiej od Ciebie wie, dokąd pójść. W końcu - staruszka z siwą brodą, ożywiająca się tylko w czasie meczu badmintona i Twojego obiadu. Jedno pozostało niezmienne - brak kontroli nad pęcherzem, kiedy wracałam do rodzinnego domu. Obojętnie czy trzymiesięczna, czy dwuletnia, czy siedmioletnia - szalała z radości i zawsze, zawsze musiała popuścić.
Jedyną wadą psów jest to, że tak krótko żyją.
*
Kraków, nowe studia, nowi znajomi, mój ukochany chór. Mało który wieczór spędzam sama - gotuję chińszczyznę, gramy w chińczyka, świetnie się rozumiemy, świetnie się bawimy. Myślę, że jesteśmy już na tyle dojrzali, by te przyjaźnie były świadome i w związku z tym - że mają szansę przetrwać wszystko.
*
Kunming. Mam nowych przyjaciół. Współlokatorka, Wietnamka, i jej koleżanki, Polka, której daję korki z chińskiego, Wietnamczyk, który zaprosi mnie do domu rodzinnego na wietnamski Nowy Rok (okaże się, że będą to wakacje mojego życia, bo z przyklaskiem całej wietnamskiej rodziny zostanę tam prawie cały miesiąc), koledzy od badmintona i biegania, koledzy od piwka i kart, cała masa różnych fajnych, pozytywnych ludzi. Tym razem nie tęsknię za domem aż tak.
*
Kunming. Akademik. Współlokatorka w drugim miesiącu nauki spada ze schodów - przez miesiąc nie może chodzić. Noszę ją na rękach do ubikacji fafnaście razy dziennie. Namawiam ją na powrót do domu i na lekarza. Ze współlokatorki awansuję na ukochaną Starszą Siostrę.
Pół roku później choruje na półpaśca. Źle się to dla mnie kończy - nigdy nie przechodziłam wietrznej ospy, więc się oczywiście zarażam. Przez prawie miesiąc nie jestem prawie w stanie wstać z łóżka - nie dość, że akurat miałam kontuzję kolana, to jeszcze gorączka dzień w dzień sięgała 40 stopni. Nawet nie wiedziałam, że wietrzna ospa przechodzona w dorosłości jest tak groźną i uciążliwą chorobą. Współlokatorka bała się, że ją zarażę (??!!!); wracała tylko, żeby się przespać, a i to nie zawsze, oczywiście zachowując bezpieczny dystans. Liczni koledzy, od Wietnamczyka poczynając, przez Polkę i właściwie całą resztę - nawet nie przychodzą zapytać, czy jeszcze żyję. W owym czasie nawet nie zwróciłam na to uwagi, byłam zajęta głównie majaczeniem w malignie.
Ale nagle okazuje się, że zyskuję tajską starszą siostrzyczkę. Która wsadza mnie w taksówkę i wiezie do lekarza, a potem codziennie przychodzi podać tę przysłowiową szklankę wody. Że kolega Chińczyk, którego widziałam dotąd zaledwie parę razy w życiu, teraz trzy razy dziennie - przed pracą, w przerwie na lunch i po pracy - przyjeżdża do mnie z wałówką i pilnuje, żebym nie chodziła głodna. Przychodzą koledzy z siatkówki i tańców. Nawet nie sądziłam, że wiedzą, że jestem chora, a już tym bardziej nie wpadłam na to, że mogą wiedzieć, gdzie mieszkam.
*
Poznaję mojego Najlepszego Przyjaciela. Nikt mnie tak nie rozumie, nikt nie jest dla mnie taki dobry, nikt nie chwyta w lot półsłówek, nikt tak jak on nie odróżnia żartu od powagi, nikt tak jak on nie potrafi wypełnić mi świata. A przecież to Chińczyk! Co z tymi wszystkimi różnicami kulturowymi? Gdzież one się podziały? Stwierdzam, że życie bez Niego byłoby nieznośne, więc... wychodzę za niego za mąż. Jedna z cioć, gdy go już lepiej poznała, stwierdziła, że może i Chińczyk, ale ma "słowiańską duszę"...
*
Od czasu do czasu wracam do Polski. Rzadko, bo bilety drogie, bo pracuję i nie bardzo mam urlop... Powodów jest mnóstwo. Kiedy wracam, daję znać wszystkim.
Przyjaciółka od czasów liceum, setki listów w obie strony, nieskończona serdeczność. Jestem w Polsce miesiąc. Ostatniego dnia mojego pobytu dzwoni do mnie, że miała przyjechać, ale znajomej urodziły się kotki i jednak pojechała po kotka. I żebym wiedziała, jakie te kotki są słodziutkie, no po prostu nie do opisania! Następnym razem powinnam też pojechać zobaczyć takie śliczne kotki.
Przyjaciółka od czasów podstawówki. "Nie może być tak, że zawsze ja do Ciebie przyjeżdżam. Powinnaś Ty też przyjechać do mnie, żeby było sprawiedliwie". Nie mieszka w moim rodzinnym mieście i nie stara się zrozumieć, że ja pokonałam pół świata, żeby wrócić do Polski, a ona ma do mojego domu rodzinnego pół godziny drogi. Autobusami, na które, w przeciwieństwie do mnie, posiada bilet miesięczny. I do którego zna drogę. A, no i mały drobiazg. Ja u NIEJ już byłam. Ona u MNIE, w Kunmingu, nie była nigdy.
Spotykam się z grupą przyjaciół. Niby wszystko jest po staremu, ale boli mnie, gdy sobie żartują z Chińczyków, nawet nie zauważając własnego rasizmu. Twierdzą, że w Polsce rasizmu nie ma - a ja tylko cieszę się w duchu, że mój mąż nie rozumie polskiego, inaczej przejście ulicą w małym mieście mogłoby go zrazić do mojej ojczyzny raz na zawsze. Irytuje mnie, gdy opowiadają o moim miejscu na ziemi słowami publicystów i podróżników, którzy o chińskiej kulturze wiedzą tyle co nic, którzy spędzili w Chinach tydzień/miesiąc/rok, a uważają się za ekspertów, którzy przewagę białego człowieka i kultury europejskiej traktują jak dogmat. Nagle okazuje się, że o niczym się nie da pogadać normalnie, bo już za bardzo się różnimy. Ja w międzyczasie pojechałam w parę różnych kulturowo miejsc i dużo się o tych miejscach nauczyłam, łącząc wiedzę kulturoznawczą ze studiów z kulturoznawczą praktyką - bo tym w istocie jest moje życie codzienne. Oni zostali w tym samym miejscu, w którym byli dziesięć lat temu, a kolejne podróże tylko utwierdzają ich w dawno wyrobionych poglądach. Całe szczęście - są wyjątki. Z tymi wyjątkami dogaduję się wcale nieźle i jesteśmy dla siebie nawzajem nadal ogromnym wsparciem.
Kiedy wracam, daję znać wszystkim. Tych "wszystkich" za każdym razem jest mniej.  Ale czasem "mniej" znaczy "lepiej".
*
Skrzywdziłam ją. Na dobre wyszło, ale jednak skrzywdziłam. Myślałam, że tej znajomości nic nie uratuje. Ale kiedy nie ma mnie w internecie dłużej niż dobę, to właśnie Ona pyta, czy nic się nie stało. Wystarczy, że mruknę, że sobie nie radzę - i dostaję natychmiast wsparcie. Te kilometry, które nas dzielą, być może są potrzebne właśnie do tego, żeby sobie tę przyjaźń cenić bardziej niż wszystko.


Czy zawieranie przyjaźni na obczyźnie jest trudniejsze niż w kraju? I tak, i nie. Jestem inna, dziwna - ale to nie zawsze minus, niektórzy lubią takie "wyzwania". Różnice kulturowe mogą być przeszkodą, ale i katalizatorem. Szybciej orientujemy się, czy do siebie pasujemy, więcej rzeczy możemy siebie wzajemnie nauczyć. Usprawniamy komunikację - bo kody, które do tej pory załatwiały wszystko za nas, teraz są wzajemnie niezrozumiałe i trzeba wszystko tłumaczyć jak krowie na rowie. No chyba, że... różnice kulturowe nie istnieją, jak w wypadku moim i Najlepszego z Mężów.
Chyba najtrudniejszą rzeczą, jakiej się przez emigrację musiałam nauczyć, jest to, że niektóre przyjaźnie są tylko czasowe. Nie zawsze ma to związek z temperaturą wzajemnych uczuć. Nie zawsze z odległością stricte fizyczną. Nasze drogi się krzyżują, dajemy coś sobie wzajemnie, a potem - jak to ze skrzyżowanymi drogami bywa - idziemy w swoje strony. Mało czyja droga będzie cały czas wiodła równolegle do naszej. Czasem się uda i drogi skrzyżują się wielokrotnie. Czasem bardzo szybko zostaje tylko wspomnienie. Dotyczy to i nowych, emigracyjnych przyjaźni, i tych - wydawałoby się - sprawdzonych. Trzeba nauczyć się, że trzeba odpuszczać. Że przyjaźń, o którą trzeba walczyć, nie jest tego warta. Że jeśli ktoś chce opuścić moje życie, to zatrzymywanie go na siłę jest po prostu głupie. Że owszem - należy się starać. Ale tylko w takim zakresie, w jakim stara się również ta druga strona.
Drugą najtrudniejszą rzeczą, której te doświadczenia mnie nauczyły było to, by wspomnień nie zatruwać goryczą. Każda z tych osób dała mi coś cennego - swój czas, siebie, inny pogląd na świat. Choćby przez krótki czas. Coś pięknego po nich we mnie zostało. Czasem, na samym początku, płaczę. Z czasem uczę się wspominać tych ludzi, te przyjaźnie z uśmiechem. Dziękuję Bogu za każdą z osobna i wszystkie naraz. Mam nadzieję, że nigdy nie stracę ufności w ludzi. Że zawsze będę szła do przodu z uśmiechem, ciesząc się z krótszych bądź dłuższych obecności w moim życiu.

Dzisiejszy post powstał w ramach projektu o przyjaźni dla Klubu Polki na Obczyźnie. Jeśli chcecie więcej poczytać o przyjaźni z emigranckiej perspektywy, wchodźcie na naszą klubową stronę i na klubowy fanpejdż.