Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cangshan 苍山. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cangshan 苍山. Pokaż wszystkie posty

2020-04-07

Targowisko Trzeciego Miesiąca 三月街

W Dali to wcale nie obchody noworoczne robią największe wrażenie, a uroczystości, które się zaczynają piętnastego dnia trzeciego miesiąca księżycowego - czyli właśnie dzisiaj. Nazywają się - tłumacząc dosłownie z chińskiego - Ulica Trzeciego Miesiąca, ale chodzi tu o ulicę w znaczeniu targowiska - w yunnańskich dialektach uczestnictwo w dniach targowych zowie się 赶街 (wym. gangai) czyli dosłownie "spieszyć [na] ulicę" - bo rolnicy wystawiali produkty i stragany usługowe wzdłuż jednej, zazwyczaj najważniejszej, ulicy danej wioski - tak jak do dziś wygląda to w np. w Shaxi. Ciekawostką językową jest to, że dzisiejsi mieszkańcy sześciomilionowego Kunmingu kiedy idą na targ, też mówią, że idą gangai, choć idą na trwałe, codzienne targowisko, a nie stragany rozstawiane raz w tygodniu... Święto ma zresztą kilka nazw, m.in. targowisko Awalokiteśwary 观音市 - ale o tym później.
Wróćmy do Dali. Choć w samej nazwie jest targowisko - i faktycznie, szeroko pojęty handel jest immanentym elementem obchodów - to świąteczny czas jest jednocześnie  czasem występów artystycznych, spotkań towarzyskich i wielkiej radości - taki karnawał, trwający od siedmiu do nawet dziesięciu dni. Od 2008 roku Uroczystości Trzeciego Miesiąca znajdują się na krajowej liście niematerialnego dziedzictwa. Najwyższy czas, by tam trafiły, skoro zaczęły być popularne już w czasach Państwa Nanzhao, kiedy to w Chinach panowała dynastia Tang.

A było to tak:
Na brzegu Jeziora Erhai mieszkał młody rybak z grupy etnicznej Bai - nazwijmy go A-shan. Wieczorami łowił on ryby w świetle księżyca, a czas zabijał brzdąkając na sanxianie i śpiewając rybackie pieśni. Głos jego, słodki i mocny, niósł się aż do Smoczego Pałacu. Tam usłyszała go smocza córka A-xiang. Zachwycona, podpłynęła do łódki rybaka i tak oto A-shan znalazł żonę. Piętnastego dnia trzeciego miesiąca księżycowego, czyli w samą pełnię, na księżycu odbywa się wielkie targowisko, na którym spotykają się wszyscy bogowie i nieśmiertelni, przy okazji robiąc sprawunki. A-xiang chciała pokazać to cudne targowisko mężowi, więc, przemieniwszy się w żółtego smoka, wzięła go na swój grzbiet i pospieszyła na targ. Kiedy dotarli do Księżycowego Pałacu, wraz z Chang'e i Wu Gangiem wspólnie zwiedzili Targowisko Księżycowej Poświaty ocienione fikusami, pełne wszystkiego, czego dusza pragnie. Gdy wrócili do wioski, A-shan opowiedział o wszystkim swym bliskim, a oni postanowili, że zmałpują księżycowy zwyczaj. U podnóży Gór Błękitnych posadzili trzy wielkie fikusy i postanowili, że co roku piętnastego dnia trzeciego miesiąca będą urządzać jarmark.
Inna opowieść wiąże targowisko z buddyzmem i z podziękowaniem Awalokiteśwarze (Guanyin) za ocalenie Dali przed napaścią. Istnieje również wersja mówiąca, że Awalokiteśwara właśnie piętnastego dnia trzeciego miesiąca przybył do Dali przynosząc święte księgi - dlatego wszyscy dalijscy buddyści tego dnia modlą się, recytują sutry i składają ofiary, a we wszystkich świątyniach odbywają się odpusty 庙会. Początkowo tego dnia miały się tylko odbywać uroczystości religijne i składanie ofiar, ale z czasem przy okazji zaczęto prowadzić handel. 
Uroczystości te były tak interesujące, że pisali o nich wielcy chińscy podróżnicy, nawet Xu Xiake*. Nic dziwnego. To tutaj chińscy i birmańscy władcy zaopatrywali się w... konie. Miały mieć one solidne kopyta, mogły unosić wielkie ciężary, a i galop przychodził im z łatwością**. Sam cesarz Gaozong zaopatrywał się tu w setki koni - to na ich grzbietach pędziła cesarska armia przeciw Dżurdżenom. Można znaleźć notatkę, że razu pewnego cesarz Song nabył tu pięćset koni, z których trzysta podarował Yue Feiowi, a dwieście Zhang Junowi***. Nic więc dziwnego, że skoro takie handle na dużą skalę tu odchodziły, jedną z ważnych części obchodów były wyścigi konne i konne targowisko.
Za dynastii Qing targ Trzeciego Miesiąca był już tak znany, że pojawiali sie tu kupcy z bardzo wielu prowincji oraz z krajów ościennych, liczeni w setkach tysięcy ludzi. W sprzedaży oprócz koni były lekarstwa i zioła, a także herbata, jedwab, wełna, drewno, porcelana, metale...

昔时繁盛几春秋,
Z dawien dawna kwitnie wiosną i jesienią
百万金钱似水流。
Miliony płyną jak woda.
川广苏杭精巧货,
Najdoskonalsze towary z całego kraju****
买卖商场冠亚洲。
na najlepszym targu Azji. 

Tak o tym targowisku pisał w Wierszu o Gałązce Bambusa podczas Targowiska Trzeciego Miesiąca 三月街竹枝词  Li Xiexi 李燮羲, poeta i muzyk, jeden z pierwszych Yunnańczyków, który pojechał na studia do Japonii. A wiedział, o czym pisze, bo sam był Bajem pochodzącym z Dali.
A potem nastał XX wiek. Tradycja zamarła. Zaczęła się odradzać - ale już jako ciekawostka turystyczna, a nie prawdziwe targowisko z wielkiego zdarzenia - w latach '90 XX wieku, gdy władze pozwoliły się miastu "otworzyć na świat" i gdy zaaprobowały wznowienie obchodów uroczystości Trzeciego Miesiąca.
Dziś w czasie obchodów nacisk jest oczywiście na sprzedawanie "techanów" 特产 czyli produktów lokalnych - ziół, srebra, cukrzonych płatków róż, szynki yunnańskiej, tutejszych herbat, bajskich farbowanych tkanin, marmuru, orzechów, "mlecznych wachlarzy", śliwek, jianchuańskich dzieł rzeźbionych w drewnie - ale też produktów z całych Chin, a nawet z innych krajów azjatyckich. 
Drugim ważnym aspektem są występy oraz zawody sportowe - poza wyścigami konnymi jest też strzelanie z łuku, zapasy, sztuki walki, sporty intelektualne czyli szachy i tego typu gry. Występy to przede wszystkim przedstawienia zespołów ludowych - tańce smoka czy lwa, śpiewy i tańce ludowe i tak dalej. 
Po trzecie: jest to nieustający piknik. Jeśli chcecie popróbować bajskiej herbaty, ryby z kamiennego gara, mlecznych wachlarzy, dalijskich "grawerowanych" śliwek, kurczaka smażonego z pigwowcem czy innych bajskich przysmaków, to jest najlepsza okazja.
Po czwarte: Dali jest przepięknie ozdobione - lampiony, kwiaty, co sobie wymarzycie. 
Dalijczycy z okazji tego święta mają aż pięć dni wolnego - więc na ulicach są tłumy, zarówno tubylców, jak i przyjezdnych. I to jest właśnie powód, dla którego - choć chciałabym pouczestniczyć w tych obchodach, pewnie nigdy się na to nie zdecyduję. Jak ja nienawidzę ścisku i hałasu!...

Na deser mam dla Was ciekawą legendę, która jeszcze inaczej tłumaczy, skąd się wzięło Targowisko Trzeciego Miesiąca.

Ponoć dawno temu żył sobie pewien tyran, który chciał osiągnąć nieśmiertelność. Uwierzył słudze, który twierdził, że jedynym sprawdzonym sposobem jest spożywanie ludzkich oczu - i odtąd codziennie zjadał parę gałek ocznych. Biada podwładnym! Nikt nie znał dnia ani godziny, gdy na życzenie tyrana zostanie oślepiony. Nieśmiertelności pewnie i tak by nie uzyskał, ale ludność musiałaby nadal cierpieć, gdyby nie śmiałek, który podstępem zaprowadził tyrana do podnóża Gór Błękitnych, a potem przywołał Boskiego Psa 神狗, który rozerwał tyranowi gardło, wypił jego krew do ostatniej kropli i przywrócił spokój i bezpieczeństwo ludowi Bai. Odtąd każdego roku od piętnastego do dwudziestego dnia trzeciego miesiąca księżycowego wszyscy zbierają się u podnóża Gór Błękitnych, by tańcem i śpiewem upamiętnić piękny czyn Boskiego Psa. Te właśnie obchody przerodziły się w nasze święto.
 
*wpis o nim już się pisze. 
**"蹄质坚实,善于驮负, 尤善驰骤"
***"以三百骑赐岳飞,二百骑赐张浚" 
****川广苏杭 czyli Sichuan, Kanton, Suzhou i Hangzhou.

2014-10-29

红山本主庙 Świątynia bendżu Czerwona Góra

W północnowschodniej części wybrzeża Jeziora Erhai mieści się małe miasteczko Dwie Werandy 双廊. Miasteczko jest niepozorne; właściwie niczym by się nie wyróżniało, gdyby nie było miejscem opatrzonym bodaj najpiękniejszym widokiem na Erhai i Góry Błękitne.
Być może właśnie ze względu na wspaniały widok Bajowie (nawet dziś stanowiący ponad 4/5 ludności) wybudowali tu wioskę.
Jak wiadomo, gdzie Bajowie, tam bendżu. Stąd w Shuanglang piękna świątynia bendżu, o miłej dla ucha nazwie Czerwona Góra. Świątynia ta ma trzech bendżu: dziadka, ojca i syna: Wang Shenga 王盛, Wang Le 王乐 i Wang Lekuana 王乐宽. Wszyscy trzej są bajskimi bohaterami z czasów Królestwa Nanzhao - walczyli bowiem z chińskimi najeźdźcami czyli generałami z czasów dynastii Tang: Xianyu Zhongtongiem 鲜于仲通 i Li Mi 李宓. Ponoć pierwszy z nich, Wang Sheng, który poświęcił życie, by bronić swego ludu, zmienił się po śmierci w zielonego węża ze znakiem Wang 王 na głowie. Niestety, nie wiadomo, kiedy powstała pierwsza świątynia bendżu pod tym wezwaniem. Możemy jednak przypuszczać że przez wieki samo ułożenie architektoniczne nie bardzo się zmieniło. Mamy więc w świątyni scenę nad bramą, skrzydło zachodnie i wschodnie, salę główną i salę wschodnią.
Wszystkie najważniejsze święta rybackie i bajskie to właśnie tutaj są obchodzone najhuczniej. Najwspanialszą zaś i najdłuższą imprezą jest Zabawa z Morzem (bardzo swobodne tłumaczenie 耍海会). Zabawa trwa cały miesiąc, od 23 dnia siódmego miesiąca księżycowego do 23 dnia ósmego miesiąca, czyli na przykład w tym roku - od 18 sierpnia do 16 września. Tak się złożyło, że i my trafiliśmy do Dali i okolic, gdy święto jeszcze trwało w najlepsze, a okoliczna ludność zawzięcie składała co dzień ofiary. Szkoda jednak, że nie wylądowaliśmy w Dali wcześniej, ósmego dnia ósmego miesiąca, kiedy odbywa się największa feta, na którą przybywają tysiące ludzi z okolicznych wiosek (plus stada reporterów - na przykład tutaj można pooglądać fotorelację). Naoglądalibyśmy się wtedy tańców, hulanek i swawoli, setek Bajów w ludowych strojach; pewnie nawet moglibyśmy się upić lokalną wódką, która się naonczas leje strumieniami. Kibicowalibyśmy też podczas regat - już za czasów dynastii Qing pisał Shi Fan, że "23 dnia siódmego miesiąca nad Jeziorem Er odbywają się Smocze Wyścigi; dnia tego z odległych o setki li wiosek przybywają łodzie, małe i duże, by pomodlić się w erhajskiej świątyni [...]. Pływają wszyscy, bez względu na pozycję społeczną, stan posiadania, wiek czy płeć". Czemu jednak to wszystko miało służyć? Ależ "otwarciu morza" - czyli inaczej rozpoczęciu sezonu rybackiego. W lecie pozwalano się rybom rozmnożyć i podrosnąć; nie bez znaczenia było to, że latem trzeba się było opiekować ziemią. Tuż po zbiorach można było rozpocząć połowy. Właśnie dlatego, o czym już wspominałam, składa się ofiary i dla bendżu, i dla jeziora.
My odwiedziliśmy świątynię, gdy obchody "otwarcia morza" miały się już ku końcowi. Zaledwie kilka osób przyszło do świątyni i na brzeg złożyć ofiarę.
Ciekawostką było dla mnie, że ofiary składano również w świątynnej bramie:
A bodaj najbardziej wzruszającymi elementami wyposażenia świątyni były:
czyli ślubna lektyka i stary stół do chińskich szachów...
Ciekawe, jak się tu ładnie splatają tradycje chińskie - lampiony, dachy - z tybetańskimi - kolorowe chorągiewki i rdzennie bajskimi. Chętnie bym poobserwowała taką świątynię dłużej, notując zawzięcie wpływy buddyjskie i rdzennie chińskie na lokalną tradycję...

2014-10-28

Bendżu 本主

Dzisiaj opowiem Wam o bendżu*. Trzeba zwrócić uwagę na zapis w krzaczkach i wymowę: 本主 běnzhǔ, w żadnym wypadku nie 笨猪 bènzhū - to drugie samo wskakuje pod klawiaturę, ale oznacza głupią świnię, a nie rdzennego, lokalnego boga - bo tak należałoby przetłumaczyć to pierwsze. Nie jest to w dodatku byle jaki bóg, a bóg danej społeczności ludu Bai; społeczność ta to zazwyczaj mieszkańcy jednej lub kilku wiosek, przy czym na wioskę może przypadać jeden lub więcej bogów. Różna jest ich proweniencja: mogą to być dawni bajscy bohaterowie/królowie z czasów królestwa Nanzhao albo królestwa Dali; mogą to być bohaterowie legend, dobrzy synowie i wierne żony.
Dobry duch/dobre duchy, które mają przynosić szczęście i opiekować się daną wioską, "należą" do wszystkich - po dziś dzień modlą się do nich wszyscy mieszkańcy, bez względu na płeć, pozycję społeczną czy inne przekonania religijne (można być świetnym buddystą, a jednocześnie regularnie palić trociczki przed ołtarzykiem bendżu). Oczywiście w miastach te tradycje zanikają, ale wystarczy trochę zboczyć z utartego szlaku, by odkryć liczne świątynki lokalnych bóstw, rozsypane między wzgórzami.
Jednym z okołodalijskich bendżu jest na przykład Zhao Shanzheng 赵善政, twórca państwa Wzrost Wielkiego Nieba (大天兴). Państwo, powstałe trochę po Nanzhao i trochę przed Dali, przetrwało całe dwa lata (928-929), ale we wdzięcznej bajskiej pamięci jego twórca pozostał bohaterem. Zwłaszcza rejon dzisiejszego województwa Heqing umiłował sobie tego bohatera: aż cztery wioski obrały go sobie na opiekuńcze bóstwo. O tym, dlaczego w był czczony w paru miejscach, opowiada zabawna legenda. Wioska Południowe Dian 甸南 pyszniła się wspaniałą drewnianą rzeźbą Zhao Shanzhenga. Tak wielkim szacunkiem ją darzono, że nawet przybyli z daleka urzędnicy, mający objąć wysokie pozycje w Heqingu, przebywając pobliski Most Wielkiego Zielonego Drzewa 大青树桥, schodzili z koni i przechodzili most na piechotę. Kiedyś jednak niepokorny syn urzędniczy przegalopował most wte i wewte parę razy. Musiało się to bóstwu nie spodobać, bo synalkowy koń złamał nogę. Wzburzona urzędnicza rodzinka wrzuciła opiekuńcze bóstwo do rzeki. Ta zaś... zawróciła swój bieg i popłynęła na północ, wprost do wioski Północne Dian 甸北, gdzie stary rybak rzeźbę wyłowił i oddał pobliskiej świątyni, która tym samym zyskała nowego patrona.
Patronem innych dwóch okołodalijskich wiosek jest Mahakala - Wielki Czarny Bóg 大黑天神. Dlaczego? Otóż razu pewnego Nefrytowy Cesarz rozkazał mu zanieść na ziemię dżumę. Mahakala zlitował się nad ludźmi, rozkazu nie spełnił i sam połknął tę broń biologiczną. Gdy umarł w boleściach, wdzięczni ludzie wynieśli go na ołtarze i stał się lokalnym bendżu.
Nie tylko ludzie mogli stawać się bendżu. Jest też legenda o... pniaku. A było to tak: ze szczytów Gór Błękitnych spłynęła wielka woda. Ludzie zamieszkali w Słonecznej Wiosce u podnóża góry w panice zaczęli uciekać w górę, tam, gdzie woda nie mogła ich porwać i skrzywdzić. Nagle, ku ich najwyższemu zdumieniu, rwąca rzeka się cofnęła i do wioski nie dotarła. Okazało się, że ze szczytu góry spadł wielki pniak, a upadł tak szczęśliwie, że zatrzymał rzekę tworząc tamę. Ludzie wiedzieli, że to nie mógł być przypadek - na pewno pniak ów był dobrym opiekuńczym duchem - wznieśli więc dlań świątynię i uczynili go bendżu. To nie jest zresztą jedyny pniak, którego się czci w okolicy. Wieść gminna niesie, że w okolicy Eryuan 洱源, w wiosce Zbroja 铁甲村 pewna kobiecina chciała przytaskać z gór pniak, pewnie na opał. Nie mogąc dać mu rady, następnego dnia przyprowadziła męża z toporkiem. Po pierwszym uderzeniu z pniaka pociekła krew; przestraszone małżeństwo nie śmiało więc go więcej tknąć. Tej samej nocy pniak im się przyśnił, mówiąc, że jest bendżu wioski Zbroja - zamiast więc wsadzić go do pieca, wystawili mu świątynię.
Z czasem pierwotna religia związana z kultem bendżu wymieszała się z elementami buddyjskimi, kultem przodków i kij wie, czym jeszcze. Ku niepomiernemu zdziwieniu rdzennych Chińczyków, pewnego dnia wśród bajskich bendżu zjawił się chiński generał... Ale to już temat na osobną opowieść.
Dlaczego jednak w ogóle postanowiłam Wam o bendżu opowiedzieć?
Dlatego, moi mili, że w trakcie ostatniej wycieczki do Dali, zdarzyło nam się do dwóch świątyń bendżu podejść. I o tym - już wkrótce!

PS. A szczegółowe informacje o bendżu wzięłam przede wszystkim z cudownego Słownika yunnańskiej kultury i sztuki 云南文化艺术词典. Ku mojemu zdumieniu, znalazłam również anglojęzyczną stronę w wiki, opisującą bendżuizm. Jednak przy wątpliwościach korzystałam raczej ze słownika niż z wiki...

*gdybym znała lepiej język bajski, opowiedziałabym Wam nie o bendżu, a o ngel zex, bo tak właśnie nazywają swych opiekunów/patronów Bajowie, ale jeszcze wiele wody w Mekongu upłynie, zanim zabiorę się za inne języki chińskie niż mandaryński...

2013-07-10

Opiekuńczy duch Błękitnej Góry 蒼山守護神

Było to w roku 1381. Zhu Yuanzhang (czyli cesarz Hongwu) wysłał swego przybranego syna i zaufanego generała w jednym, Mu Yinga, do Yunnanu, by przeszedł przez Błękitną Górę (蒼山) i zdobył dlań Królestwo Dali. Nie samego, oczywiście: pod rozkazami miał 300 tysięcy żołnierzy. Jednak gdy przeprawiał się on z wojskiem przez Staw Mycia Koni (洗馬潭), nagle z całego serca zapragnął zrzucić zbroję, znaleźć jakiś miły zakątek i uprawiać w spokoju ziemię, choćby i do końca życia. Nie zrobił tego; zarówno on, jak i jego potomstwo ustanawiali w Yunnanie prawo i porządek, pozostając wiernymi dynastii Ming. Ale może rządy byłyby cięższe, a Dali zostałoby rozniesione na strzępy, gdyby nie właśnie ten "duch opiekuńczy Błękitnej Góry", którego widok i mnie zawrócił w głowie?
Po bliższym przyjrzeniu się górze zobaczyłam, jak większość Chińczyków, wizerunek małpy... przepraszam, Małpiego Króla. Ciekawe, że małpa i wieprzek są najukochańszymi bohaterami Chińczyków...

2013-07-09

Cangshan 蒼山 - Błękitne Góry

Cangshan to nazwa pasma gór przy Dali. Są one częścią łańcucha gór Yunling (雲岭) czyli Gór Chmurnych, które się właśnie tu zaczynają, układając śliczną górską ścieżkę od Dali przez Lijiang aż po Tybet.
Na górze tej poznano się już za czasów, gdy Yunnan nie był jeszcze chiński - mianowicie za czasów Państwa Nanzhao - najwyższy szczyt uważano wtedy za świętą górę.
Na pasmo Cangshan składa się 19 szczytów powyżej 3500 m.n.p.m., przy czym Cangshan właściwe, czyli najwyższy szczyt Koniosmok (Malong 馬龍), sięga 4122 metrów. Żlebami płyną potoki, czasem maleńkie, czasem huczące wodospadami, zawsze groźne na wiosnę - ośnieżone szczyty zielenią się, a potoki kończą swój bieg, zasilając Jezioro Erhai.
Od naszych wysokich gór różni Cangshan różnorodna, obfita flora, na którą jako pierwszy zwrócił uwagę mój ulubieniec Delavay, jeszcze w XIX wieku.
Oczywiście strasznie żałuję, że przyjechałam o ponad 20 lat za późno. W 1991 roku dzikie ścieżki górskie, które musiały być marzeniem każdego taternika, zmienione zostały na spacerową trasę uzupełnioną wyciągiem - najpierw krzesełkowym, potem gondolkowym. Wraz z pojawieniem się tych udogodnień łażenie po Cangshan w zasadzie umarło. Po pierwsze: teraz trzeba zapłacić za wejście, bo oczywiście całe góry weszły w skład parku narodowego. Po drugie: na najwyższy szczyt można się dostać tylko gondolką; surowo zabroniona jest samodzielna wspinaczka. Po trzecie: cały szlak wypełniony jest panieneczkami na wysokich obcasach i chłopaczkami w japonkach, przez których są zamykane trasy. Dlaczego? Ano kilkoro głupków się zabiło, idąc w góry w takim obuwiu. I choć właściwie wszystkie trasy górskie są oschodowane i pozabezpieczane, przez tych kretynów trudniejszych szlaków już się nie udostępnia - pozarastały pokrzywami, nikt nie sprawdza obluzowanych kamieni, a wejście jest na własną odpowiedzialność - bo w tych górach nie ma GOPRu...
Mniejsza z tym. Ja akurat niewspinaczkowa jestem, żalę się tylko dlatego, żeby ci Czytelnicy, którzy mają zamiar odwiedzić Góry Cangshan, byli odpowiednio przygotowani.
Pięciogodzinny spacer, który odbyliśmy ścieżką spacerową, bardzo mi się podobał. Nie zmęczyłam się tak, żeby marudzić, chociaż byliśmy w wysokich górach. Nie bolały mnie nogi i na drugi dzień nie miałam zakwasów. Ku mojemu zdumieniu, ZB cierpiał. Łydki go bolały tak, że jęczał w trakcie prowadzenia samochodu. A taki niby wysportowany...
Zakochałam się w strumykach, wodospadach, a nawet w kamiennej ścieżce, która tak miło nas prowadziła.
Mniej zakochana jestem w jadowitych wężach, które owszem, zdarzają się tutaj.
Jeszcze mniej podobają mi się miejsca, w których spadające głazy zlikwidowały barierki
bądź widok głazów, które spaść mogą choćby i za chwilę, a które podparte są mocno prowizorycznie.
Cóż. Lęk wysokości powinien mnie skłonić do pozostania w Dali, zamiast wycieczek w góry, ale przecież nie będzie mi głupi lęk mówił, co mam robić, prawda? :)
Reasumując: choć chińskie zwyczaje taternicze różnią się w sposób mocno zauważalny od tych polskich, choć z dzikością to te góry mało mają wspólnego, i tak uważam, że warto tam pójść. Ba! Warto spędzić tam nie pięć godzin, a cały dzień. Dwa dni. Tydzień. Na wejściu na każdy pagórek, zamoczeniu stopy w każdym strumyku, na ochaniu i achaniu przy nieprawdopodobnych widokach. Na odkryciu, którędy można tam wejść nie płacąc za bilet. Na próbach wejścia na sam szczyt.
Marzy mi się widok na Yunnan z 4122 metrów. Może następnym razem nie będzie padać, a my będziemy mieć tydzień a nie dwa dni?

2013-07-07

Dali 大理

Wybraliśmy się na króciusieńką wycieczkę do Dali. Nie polowaliśmy na rzeczy niezwykłe, nie mieliśmy czasu na nawiązywanie nowych znajomości, to miał być odpoczynek połączony z wycieczką w góry.
Dali pamiętałam z wycieczki sprzed pięciu lat. Stare miasto z nowymi murami było ciche i pustawe; zapełniało się tylko w weekendy i wieczorami. Oczywiście wiedziałam, że już teraz jest zapchane turystami, ale nie zdawałam sobie sprawy, że jest ich więcej niż ludności rdzennej. Prawie poznikały prawdziwe bajskie restauracje, zastąpione kuchnią fusion łatwo przyswajalną przez turystów. W tzw. tybetańskiej knajpie poza nazwą i herbatą z masłem jaka nie ma nic tybetańskiego, a sprzedawcy na ulicach to ludzie z północnowschodnich Chin i... Polacy. Tak, trafiłam na sklep z bursztynem.
Oczywiście rozumiem, że każde atrakcyjne turystycznie miejsce czeka taki los. Oczywiście wiem, że na Rynku w Krakowie też częściej słychać angielski niż polski i że "krakowianki" i "górale" odstawiają hucpę tylko dlatego, że na tym zarabiają. Wiem to wszystko, ale i tak mi żal. Miałam nadzieję, że chociaż wycieczka do wiosek rybackich przy Jeziorze Erhai pokaże nam resztkę starej kultury ludu Bai. Pomyliliśmy się. Ale o tym kiedy indziej.
Jestem zwichrowana na punkcie zachowania kultury danego miejsca. Wiem jednak, że Dali wywiązało się z tego zadania i tak całkiem nieźle. Odbudowali mury miejskie, włączając w nie ładnie stare bramy. Zamiast burzyć stare miasto jak Kunmińczycy, stworzyli nowe miasto (Xiaguan 下關) wystarczająco daleko, by oba miejsca miały możliwość rozbudowy: stare w starym stylu dla turystów i nowe w nowym stylu dla mieszkańców. W starym mieście stworzono pożywkę dla miszmaszu kulturowego, który sprawia, że przybysz z każdego miejsca na świecie czuje się tutaj chciany i u siebie. Obcokrajowcy i Chińczycy z innych stron przyjeżdżają i zostają albo przyjeżdżają, wyjeżdżają i wracają. Do strumieni w środku miasta, do widoku na jezioro i na czterotysięczne góry, do kuchni z całego świata i ludzi z najdziwniejszych miejsc. Do wiatru zdmuchującego czapki z głów, do pól ryżowych na polderach, do azylu dla tych, którzy chcą widzieć piękno Yunnanu, nawet jeśli on powoli się globalizuje, a jego specyficzny urok umiera.
Ja też będę wracać. Żeby patrzyć, jak dalijski "batik" wypierany jest przez masówkę z Kantonu. Żeby widzieć jak zamiast dwóch klimatycznych knajp z muzyką na żywo powstaje takich knajp dwadzieścia, jedna koło drugiej, przez co hałas uniemożliwia cieszenie się pięknym wieczorem. Żeby narzekać, że nawet w Kunmingu łatwiej znaleźć tradycyjną kuchnię regionu - w dodatku taniej.
Ale widok na góry zapiera dech w piersiach a szeptu jeziora chce się słuchać. Czyli i tak warto wracać...
Tutaj znajduje się część zdjęć. Nie oddają piękna starych budynków ani leniwej atmosfery; może jednak pokażą Wam, dlaczego mimo wszystko pokochałam to miejsce...
Dla porównania: zdjęcia sprzed pięciu lat.

2012-09-07

白族歌舞茶道館 Droga Herbaty, Śpiew i Taniec mniejszości Bai

Zwiedzając Dali 大理 trudno nie wstąpić do Domu Rodziny Duan 《段氏家院》 na przedstawienie bajskiego „Mazowsza” i bajską herbatkę. Za jedyne 60 yuanów od osoby można obejrzeć program, o którym w tytule, napodziwiać się strojów mniejszości Bai, naoglądać tradycyjnych tańców, skosztować bajskiej herbaty i wyjść z poczuciem dogłębnego zrozumienia innej kultury. To znaczy, Chińczycy tak wychodzą. Ja... no cóż. Nauczyłam się parzyć bajską herbatę, co w późniejszej praktyce herbacianej bardzo mi się przydało, jednakowoż jarmarczna etniczność przedstawienia mnie trochę rozczarowała. Ale do rzeczy.
O herbacie, której piciem przetykane jest przedstawienie, trochę później, bo to coś, co naprawdę mi się spodobało. A przedstawienie? Po pierwsze: mieszają. Na przykład tańczą układy choreograficzne do yijskich zamiast bajskich piosenek, bo te yijskie są bardziej znane. Chcąc przedstawić „bogactwo kultury bajskiej”, zamiast się na niej skoncentrować, dokładają legendy i zwyczaje ludu Mosuo czy Naxi. W dodatku „aktorzy” urządzają sobie pogaduchy w trakcie, uczą się nawzajem kroków – mało profesjonalne i jeszcze mniej autentyczne to wszystko... Ja wcale nie wymagam, żeby cała bajska młodzież potrafiła tańczyć tańce ludowe – ja też nie umiem tańczyć kujawiaka. Tyle, że ja nie zarabiam forsy na folklorystycznych występach scenicznych, tfu, cholera...
Tym niemniej zdjęcia można pocykać; tak czy owak, jest to jedna z niewielu okazji, by pooglądać tradycyjne szmatki... ;)
A teraz o moim koniku, czyli herbacie.
Sławna na całym świecie... ekhm... znaczy, nawet w Chinach nie każdy o niej słyszał, a w samym Yunnanie choć wszyscy słyszeli, to niekoniecznie wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi... No, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi ;) Trochę znana tu i ówdzie bajska herbata, a dokładnie trzy drogi herbaty Bai 白族三道茶, to niespotykane połączenie trzech smaków: pierwszy gorzki, drugi słodki, a trzeci z nietypowym, ostrym posmakiem, które od czasów mingowskich cieszy gości bajskich gospodarzy.
Herbata pierwsza to czysta gorycz. Podobno w życiu też trzeba najpierw zaznać goryczy, żeby potem umieć docenić jego słodycz... Przyrządza się ją w sposób następujacy: rozgrzewamy gliniany garnuszek, a gdy jest już gorący, wsypujemy doń herbaty i, w trakcie jej podgrzewania na ogniu, cały czas garnuszkiem potrząsamy, żeby liście herbaty podpiekły się równomiernie. Gdy liście zaczynają wydawać dziwne odgłosy i zżółkną, a zapach stanie się bardzo intensywny, zalewamy je wrzątkiem. Wystarczy chwila i herbata jest gotowa. Kolor winien być podobny bursztynowi, ale tak naprawdę zależy to głównie od rodzaju użytej herbaty. Malutką czarką tego mocno gorzkiego napoju witamy gości, którzy powinni wypić napar jednym łykiem.
Druga herbata jest słodka. Nie dlatego, że ją jakoś inaczej parzymy – metoda jest taka sama, jak w wypadku herbaty gorzkiej – ale po pierwsze wrzucamy mniej liści, a po drugie do garnuszka dorzucamy kamiennego cukru, cynamonu, miodu i właściwie wszystkich słodkich produktów, jakie mamy pod ręką. Bajowie dorzucają nawet swój owczy ser, który jest niesolony i faktycznie słodkawy, ale moim zdaniem to już lekka przesada...
Herbata trzecia to według mnie już nie napar herbaciany, a raczej zupa. Albowiem do garnuszka dorzucić można oprócz słodkości ryżu dmuchanego, pieprzu syczuańskiego, orzechów, migdałów, imbiru, anyżu gwiazdkowego czy czarnego kardamonu. Taka „zupa herbaciana” jest słodko-gorzko-kwaśno-ostra – słowem, ma bardzo bogaty smak, przypominający i gorycz herbaty pierwszej, i słodycz herbaty drugiej, i jeszcze wiele, wiele innych smaków, cieszących nasze podniebienia w trakcie delektowania się spożywaniem tego boskiego napoju.
A skąd tradycja trzech herbat się wzięła?
Dawno, dawno temu, w pobliżu Dali, u stóp Błękitnych Gór, mieszkał słynny cieśla. Miał on czeladnika, który po wielu latach żmudnej nauki nadal nie mógł zdobyć stopnia mistrza. Za każdym razem nagabywany przezeń mistrz powiadał: "Jeśli chcesz być cieślą, to, że umiesz rzeźbić i ciosać, stanowi zaledwie połowę Twego warsztatu".
W końcu pewnego dnia Mistrz rzekł: Dziś pójdziesz ze mną w góry, zetniesz drzewo i je potniesz na części takie, które będziesz mógł samemu zanieść do domu, by w końcu móc zrobić swój majstersztyk – i wtedy dopiero naprawdę staniesz się mistrzem. Uradowany czeladnik podążył w góry za mistrzem, znalazł sobie piękny orzech i zaczął z nim walczyć. Ale drzewo nie zaczęło się jeszcze dobrze chwiać, gdy czeladnikowi dech zaparło w piersiach, a usta wyschły na wiór. Chwil jeszcze kilka i pragnienie stało się nie do zniesienia; biedny czeladnik prosi więc mistrza: Pozwól mi, czcigodny, bym zszedł do naszej siedziby i przyniósł sobie coś do picia, żar płynący z nieba staje się nie do wytrzymania, w ustach mi zaschło, obawiam się, że nie zniosę długo takiej tortury. Mistrz spojrzał nań surowo i stwierdził, że oczywiście może zejść po wodę, ale musi się liczyć z tym, że następna okazja wyjścia w góry po drzewo może się przydarzyć za rok, za dwa, za pięć, albo i nigdy – wybór należy do niego. Poirytowany nieziemsko czeladnik oczywiście nie chciał zaprzepaścić tej szansy, więc chwycił kilka świeżych liści, wsadził je sobie do ust i, żując, zaczął wysysać z nich wszystką wilgoć. Mistrz uśmiechnął się spod wąsa do młodzieńca i pyta: jak Ci smakuje? Uczniowi nie do śmiechu było, ale odpowiedział tylko, że okropnie gorzkie. Mistrz odparł: chciałeś się nauczyć ciesiołki bez odrobiny wysiłku i goryczy?
Czeladnik pracował aż do zmierzchu. W końcu pociął drzewo. Cóż z tego, skoro, wyczerpany całodziennym wysiłkiem, bez jedzenia i wody, bez wytchnienia, nie daje rady unieść tego, co pociął? Wówczas mistrz wyciągnął zza pazuchy kawałek cukru i podał czeladnikowi ze słowami: To się nazywa najpierw gorycz, a potem słodycz. Zjadłszy cukier, pokrzepiony na ciele i duchu czeladnik zdołał znieść drewno do siedziby mistrza. Majstersztyk okazał się być piękny i nic już nie stało na przeszkodzie, by uczeń opuścił wreszcie mistrza. Na pożegnanie mistrz zaparzył dla czeladnika herbatę. Dodał do niej miodu i liści pieprzu syczuańskiego, a gdy czeladnik wychylił czarkę, mistrz spytał: herbata gorzka jest czy słodka? Uczeń odparł: jest słodka, ale też gorzka i pikantna, ma w sobie wszystkie smaki. Mistrz zaśmiał się serdecznie i mówi: Ta herbata obrazuje Twoją naukę. Czy uczysz się fachu, czy uczysz się, jak być dobrym człowiekiem, logika jest taka sama. Trzeba zaznać goryczy, żeby docenić słodycz, a w końcu trzeba to sobie przypomnieć i wyciągnąć wnioski, które wzbogacą naszą sztukę czy nasze życie wszystkimi innymi smakami.
Od tej pory trzy drogi herbaty stały się sposobem na wskazanie drogi młodemu pokoleniu czy uczniom, na dobrą wróżbę przy zakładaniu własnego biznesu jak i przy wkraczaniu na nową drogę życia. Powszechna wśród ludu Bai tradycja stała się wkrótce ich wizytówką, a z czasem i sposobem witania gości. Zgodnie z pierwotną tradycją, to starsi parzyli taką herbatę dla młodszych, bo to starszym przypada rola pokazania młodym życia. Teraz jednak ten sens się zatracił i młodzież też parzy taką herbatę dla starszych.
Zgodnie z tradycją, powinno się używać yunnanskich herbat puer, ale można też użyć herbaty zielonej, czarnej, czy nawet czarnosmoczej. Najważniejsze jest przecież, żeby było gorzko, słodko i ostro, a nie, jak wyglądają liście...
A to ja, przebrana za Bajkę, parząca herbatę, dawno, dawno temu ;)