Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 圓通寺 Swiątynia Yuantong. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 圓通寺 Swiątynia Yuantong. Pokaż wszystkie posty

2020-04-13

kościół przy ulicy Pingzheng 平政街教堂

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, enesaj.pl oraz kirgiski.pl czyli w ramach Unii Azjatyckiej.

W obrębie kunmińskiego starego miasta, niedaleko Świątyni Yuantong, znajduje się ulica Pingzheng czyli Ulica Pokojowej Polityki. Czyż może istnieć lepsze miejsce dla kościoła? Ulica ta łączy się z ulicą Huashan Wschodnią; gdyby nie tabliczki, nie byłoby wiadomo, gdzie kończy się jedna ulica, a zaczyna druga. Za Mingów i Qingów niedaleko Świątyni Wielkiej Cnoty z Dwiema Pagodami znajdowała się świątynia Yongning, wzniesiona ku czci znanego już Wam Yue Feia; dziś ani jednej, ani drugiej świątyni już nie ma, a pagody straszą zardzewiałymi rusztowaniami. Uliczka nie jest długa - zaledwie kilkaset metrów. Na tę właśnie uliczkę w 1821 roku jeden z urzędników państwowych przeniósł najpierw rodowe świątynie dwóch wielkich ludzi Yunnanu: Ajjal Shams al-Din Omara (już niedługo o nim opowiem, bo to szalenie barwna postać) oraz Mu Yinga. Obaj rządzili Yunnanem w sposób pokojowy, z głową i z sercem, tolerancyjnie, dlatego Yunnańczycy chętnie palili trociczki w ich kapliczkach. Ulica została nazwana od świątyń: 报功祠街 Baogong ci jie czyli, w wolnym tłumaczeniu, ulica Kaplicy Bohaterów. Później czczono w nich i innych ludzi zasłużonych dla historii Yunnanu, np. słynnego wojskowego Fu Youde. Niedaleko kapliczek znajdowały się Paifang Bohaterów 报功坊 oraz Paifang Edukacji 教子坊. Później dobudowano jeszcze Świątynię Ślimaczego Szczytu 螺峰庵 (bo właśnie Ślimaczym Szczytem się zowie ów pagórek). Niestety, wraz z "postępem" te wszystkie miejsca znikły, zastąpione jakże prozaiczną podstawówką, a nazwę ulicy zmieniono na ulicę Pokojowej Polityki - dobrze, że chociaż taki ślad pozostał po yunnańskich bohaterach. Tak samo niewiele pozostało po... obcokrajowcach, którzy kiedyś licznie zamieszkiwali te okolice - zaledwie jeden Zachodni Budynek, obecnie będący knajpą. No i kościół katolicki.
W 1876 roku katolicy otrzymali pozwolenie na wybudowanie kościoła.
W 1881 roku Watykan wyznaczył misjonarzy i biskupa, którzy mieli tu głosić Słowo Boże. Wybudowano seminarium w okolicach dzisiejszej Wioski Chryzantem 菊花村 czyli na wschodzie, poza murami miejskimi.
W 1884 pojawili się u ówczesnego zongdu i  dostali kawałek ziemi.
W 1899 roku francuski ambasador w Pekinie wysłał Augusta François, by pilnował w Kunmingu francuskich spraw. Jakich? Oczywiście budowy kolei yunnańsko-wietnamskiej i nadzorowania biura ds handlu, które znajdowało się wówczas w Mengzi. Przybył do Kunmingu z wielką pompą. Przedstawił się jako wysłannik cesarski; do przemieszczania się po mieście używał lektyki noszonej przez ośmiu tragarzy. Postanowił przenieść biuro handlowe z Mengzi (które było portem traktatowym) do Kunmingu (który absolutnie takim portem nie był i nikt sobie nie życzył obecności obcokrajowców). Był na tyle bezczelny, że przyszedł do Kunmingu z wojskiem i w towarzystwie gubernatora Indochin Francuskich Paula Doumer. Gdy w 1900 roku służby celne złapały go na przemycaniu broni i amunicji, które mogłyby mu pomóc w rzeczywistym, siłowym przejęciu władzy w Kunmingu, ponoć mieszczuchy wyszły w proteście na ulicę, nie zgadzając się na znieważanie postanowień traktatowych i łamanie suwerenności Chin. Okrążyli francuskie biuro, a Auguste François uciekł w asyście generałów (i dużej ilości strzelb) i schronił się w kościelnej piwnicy. W środku nocy tłum okrążył więc kościół (byli naprawdę żądni krwi), a nasz Francuz był na tyle zaniepokojony, że otworzył ogień. Tymczasem Chińczycy byli podwójnie wściekli - tyleż na samego François, co na misjonarzy, którzy niezbyt moralnie sobie tu poczynali - nie przestrzegali prawa, trudnili się handlem narkotykami (głównie opium) i przemytem, a nawet ukrywali złoczyńców. Teraz zaś przygarnęli innych łachmytów. Lud wrzał. W całych Chinach bokserzy walczyli przeciw obcym mocarstwom; kwestią czasu było, gdy Yunnan też przestanie tolerować obcych. W końcu wybuchły wielkie protesty przeciw zachodniej religii, a misjonarze, a także ci Chińczycy, którzy wcześniej byli we Francji i nabrali zachodnich zwyczajów czy po prostu wyznawcy katolicyzmu, zostali zmuszeni do schowania się w ówczesnym francuskim "konsulacie". Kościół został zniszczony, wraz z przyległymi budynkami, m.in. rezydencją biskupa. Zniszczono także wiele innych "zachodnich" przybytków, np. klasztor przy Małej Wschodniej Bramie, rezydencje francuskich inżynierów, maleńki kościółek św. Józefa niedaleko Świątyni Złotego Konia. Konsul i François byli chyba nieźle przestraszeni atmosferą wrogości i zwiali do Tonkinu. Gdy powstanie bokserów upadło, po podpisaniu protokołu końcowego Chiny zostały zmuszone do wypłacenia obcym odszkodowań. Zongdu Yunnanu i Guizhou Wei Guangdao 魏光焘 oraz inni, aż po Li Jingxi (ostatni zongdu) zostali zmuszeni do wypłacenia Francji 150000 liangów srebra, Anglii 100000 liangów, a także do oddania tym dwóm krajom zysków i urobku z jedenastu yunnańskich kopalni (m.in. w Dongchuan, Zhaotong, Qujingu i Gejiu). François wrócił do Kunmingu i zajął zajmowane wcześniej stanowisko - znaczy, do wszystkiego się wtrącał i wszystko brał jak swoje.
W 1910 roku uruchomiono kolej yunnańsko-wietnamską, a spółka kolejowa otwarła siedzibę przy ulicy Jiexiao, odnodze ulicy Pingzheng. Następnie francuskie przedstawicielstwo kupiło trochę ziemi tuż za Północną Bramą, by wybudować nowy konsulat, jednak w końcu stwierdzili, że to za daleko i przenieśli się do odbudowanego kościoła.
W 1918 roku francuskie przedstawicielstwo kupiło znów kawałek ziemi, tym razem przy ulicy Lasu Ksiąg 书林街, obok nieistniejącego już Ostrudowego Stawu.
W 1928 roku yunnańscy watażkowie wzięli się za czuby. Tang Jiyao zachorował i zmarł, Long Yun został zraniony i uwięziony w rezydencji przy Cuihu. Reszta pouciekała... do katolickiego kościoła przy ulicy Pingzheng.
W 1934 mały dotąd kościółek zmieniono w wielki klasztor, seminarium i okazałą archidiecezję. Jak bardzo okazałą? Tak wielką, że księża hodowali tam sobie mleczne krowy... Kościół przy ulicy Pingzheng został odbudowany z rozmachem przez francuskich sulpicjanów.
W 1936 roku przy tej samej ulicy, kilkadziesiąt numerów dalej, powstał kościół prowadzony przez Belgów, a chrześcijańską farmę mleczną przeniesiono jeszcze kawałek dalej. Ówczesny klasztor miał dość restrykcyjną regułę - mnisi byli zamknięci za klauzurą i nie mogli jadać mięsa. Ich codziennym zajęciem było czytanie Biblii, modlitwa i praca rzemieślnicza.
W 1943 roku tuż obok - znów przy ulicy Jiexiao - przeniesiono sierociniec i klinikę św. Pawła, które zostały założone w 1911 roku przez francuskie mniszki. Na terenie sierocińca znajdował się ogród warzywny i kwietny, farma mleczna itd. Cel zbożny, ale wykonanie ponoć kulało. W Kunmingu do dziś się opowiada, jak to mniszki ukatrupiły sierotkę, żeby wyjąć mózg i tym mózgiem leczyć żonę któregoś z oficjeli, bo miała nierówno pod sufitem.
W 1944 roku, po tym, jak Japończycy zbombardowali Szpital Czerwonego Krzyża, przeniósł się on na ulicę Pingzheng i wznowił działalność w nowowybudowanym budynku, za darmo lecząc i wydając lekarstwa. W latach pięćdziesiątych szpital poprosił bogatych o wsparcie: stworzono pięć stacji położniczych. Kto wyłożył na nie pieniądze, stawał się jego patronem, a kobiety mogły rodzić bezpłatnie - takich szczęściar była około setka miesięcznie. Do dziś od strony Pingzheng znajduje się tylne wejście do szpitala - front jest przy ulicy Młodzieży 青年路.
Taka w przybliżeniu jest historia kościoła, który ostatnio miałam okazję odwiedzić. Nie jest to wcale takie łatwe! Zazwyczaj mogłam co najwyżej pocałować bramę, ponieważ nigdy nie trafiłam w pobliże kościoła w momencie, gdy trwała tam msza. Tym razem mszy też nie było, ale otwarto bramy i wywieszono ogłoszenia odnośnie mszy wielkanocnych, więc mogłam zajrzeć na dziedziniec.

Ponieważ drzwi kościoła były zawarte, nie zwiedziłam tej jedynej salki. Może kiedyś uda mi się tu zajrzeć na mszę? Jeśli macie ochotę w czasie świąt (zarówno Wielkanocnych, jak i Bożego Narodzenia) pooddychać katolickim powietrzem, można tu podejść i się nacieszyć. Przed świętami wiszą powiadomienia, kiedy świątynia będzie otwarta.
U mnie o kościele, tutaj - o tym, jak bóstwo buddyjskie najpierw zmieniło płeć, a potem wyznanie. A tutaj o tym, jak się obchodzi Wielkanoc po kirgisku i jeszcze o Wielkanocy w językach turkijskich. Wesołych Świąt!

2016-12-19

Sun Ran(weng) 孙髯(翁)

Broda Wnuka. Albo, w dłuższej wersji - Wnuk Brodatego Dziadka. No w życiu nie zapomnę, jak ten facet się nazywa, skoro tak się tłumaczy jego miano. Urodzony w 1685 poeta jest niby Yunnańczykiem, bo tu żył, ale jednak nim nie jest - bo ojciec przeniósł się tu z Shǎn​xī, by dowodzić wojskiem i przywiózł Sun Rana razem z sobą. Może to właśnie dlatego, że był outsiderem, łatwiej zauważył piękno Jeziora Dian i - bardziej ogólnie rzecz ujmując - Yunnanu? Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że ten pan jest autorem pierwszego tasiemcowego dwuwiersza w historii chińskiej literatury. Kiedyś był on najdłuższy - 180 znaków robi wrażenie, zwłaszcza że typowy chiński dwuwiersz ma ich zaledwie 14. W XX wieku powstały jednak dłuższe dwuwiersze i odebrały temu palmę pierwszeństwa.
Wiadomo o naszym poecie niewiele; większość to legendy, nie fakty. Ponoć urodził się już z brodą i wąsami, dlatego nazwano go Ran - Zarost. Od dziecka był znany z zapędów intelektualnych - nawet w trakcie krótkich podróży nie rozstawał się z książką. Mimo to nie zdobył dyplomu cesarskiego - nie pozwolił na przeszukanie przed wejściem do salki egzaminacyjnej. Stwierdził, że traktuje się uczonych jak złodziei. Niepokorny duch, jak to Yunnańczyk... Wielbił kwiaty śliwy; wyrył nawet pieczęć z napisem "Dziesięć tysięcy śliw - jedna szata". Do dziś mała uliczka w centrum Kunmingu zwie się Aleją Śliw; kiedyś znajdował się tu piękny śliwowy sad, a Sun Ran miał ponoć tu mieszkać.
Nie lubił życia, jakie wiódł jego ojciec. Dość się naprzyglądał temu, jak oficjele przywłaszczają sobie dobra ludu. Wygoniony z domu, włóczył się po całym środkowym Yunnanie. Najbardziej za serce chwycił go jednak widok z Budynku Wielkiego Widoku. Ten właśnie widok opisał w długaśnym dwuwierszu. Za życia nie był doceniany. Nie zrobiwszy urzędniczej kariery w stylu ojca - zbiedniał. Zamieszkał na tyłach Świątyni Yuantong i utrzymywał się z wróżenia oraz dzięki pomocy dzieci. Jeszcze w 1770 roku chodził bez laski, miał bystry wzrok i słuch i jasny umysł. Ostatnie lata spędził w Mile; został przygarnięty przez obrotnego zięcia, prowadzącego handel na szeroką skalę. W 1775 roku umarł i został natychmiast zapomniany. Dopiero całkiem niedawno odnaleziono jego grób, a następnie przeniesiono szczątki do parku imienia Suna w Mile, mieście niedaleko Kunmingu. Większość jego dzieł zaginęła - pewnie prywatna pisanina kogoś, kto nawet nie zdobył tytułu urzędniczego nie była niczyim priorytetem...
Koło Budynku Wielkiego Widoku znajduje się pomnik poety:
Ilekroć koło niego przechodzę, zastanawiam się jak to jest być na własne życzenie "poetą jednego wiersza". Jak uczciwym wobec innych i siebie samego był ten człowiek, że zamiast iść wygodnym traktem w kierunku wyznaczonym przez ojca, zdecydował się żyć po swojemu. W Yunnanie nie czuł się wygnańcem, pokochał Kunming i okolice z całego serca. Na starość zamiast siedzieć kołkiem w domu któregoś syna, zarabiał na swe utrzymanie przy świątyni. Swoją drogą - ciekawam, czy to była suwerenna decyzja, czy też po prostu żaden z synów nie chciał wypełnić obowiązku wobec ojca i przyjąć go pod swój dach. A jeśli nikt go nie chciał - to dlaczego? Czyżby wrażliwy na piękno poeta w pożyciu codziennym był uciążliwym sadystą? Toksycznym rodzicem?
Wiele mam pytań, które pozostaną na zawsze bez odpowiedzi. Zawsze jednak w sercu będzie tlić się iskierka sympatii dla tego człowieka, który tak pięknie opowiedział o Yunnanie.
Od tylu lat zbieram się do przetłumaczenia tego dwuwiersza; nie umiem tego zrobić ładnie. Mogę co najwyżej próbować przetłumaczyć wiernie... Może kiedyś się uda :)

2016-05-26

Góra Yuantong - widok na świątynię

Spacer po górze Yuantong przyniósł mi jeszcze jeden zachwyt - wreszcie zobaczyłam Świątynię Yuantong z lotu ptaka!
Prawda, że ładnie?
Jedyne, co mi się nie podobało, to parkingi i wieżowce tak szczelnie otaczające maleńki kompleks świątynny...

2015-11-03

darowanie życia

Ilekroć przechadzam się po pięknych buddyjskich kompleksach świątynnych, opatrzonych pagórkami i jeziorkami, na nowo zachwyca mnie właśnie ten jeden aspekt buddyzmu. Zamiast znanych w bodaj wszystkich innych religiach ofiar dla przebłagania danego bóstwa, mamy tu uratowanie żywego stworzenia od niechybnej śmierci. Buddysta, modląc się w danej intencji, może oczywiście po prostu wrzucić coś do skarbonki. Może też jednak kupić żółwia, żabę, rybę czy innego wróbla - i oddać mu wolność. Darować życie. Okazać miłosierdzie i dobro.

2015-10-28

Estetyka

O estetyce należy dyskutować. To nieprawda, że de gustibus non est disputandum. Właśnie, że disputandum! Ale nie po to, żeby powiedzieć, który lepszy, tylko po to, żeby zrozumieć. I ja mam swoje granice - poza granicami dyskutowalnej estetyki jest dla mnie, jeśli coś/ktoś śmierdzi albo lepi się od brudu. Przy czym przyjmuję za naturalne, że wrażenia zapachowe, tak samo jak wzrokowe czy dotykowe są bardzo względne. Ja na przykład lubię chińskie śmierdzące tofu, od którego moją Mamę mdli, a także francuskie sery, przy których ZB ostentacyjnie zatyka nos. Z tak zwanym pięknem jest przecież bardzo podobnie! Nie to ładne, co ładne, a co się komu podoba.
Jakiś czas temu przeprowadziłam na ten temat ostrą dyskusję z przyjacielem, którego w Chinach bulwersowały i brzydziły takie widoki:
Jak to?! Jesteśmy w pięknej, starej buddyjskiej świątyni Yuantong, chcemy cyknąć nastrojową fotę, a tutaj mopy na balustradzie?!
Pokłóciliśmy się. Głównie dlatego, że Mu przerwałam. Cóż. Mógł nie zaczynać zdania o estetyce od "Przecież lepiej jest, gdy...". Nie. Nie jest lepiej. Nie jest piękniej. Jest to, co się komu podoba. Nie każdego razi widok mopa w świątyni. Ta świątynia żyje; jeden klęka, drugi pali kadzidła, trzeci robi zdjęcia, czwarty zbiera śmieci, a piąty właśnie odłożył mopy na balustradę, żeby wyschły. W Chinach nie ma tak silnego jak w Europie podziału na sacrum i profanum. Te sfery współistnieją tu na płaszczyznach, o których przeciętny Europejczyk nie może wręcz pomyśleć bez zgorszenia. Tylko, że... odkąd to niby europejska estetyka, albo lepiej: europejskie estetyki, odkąd to są one w czymkolwiek LEPSZE od innych? Bo co, bo tak uważają Europejczycy? I co z tego, że tak uważają? Niech sobie robią po swojemu. Szkoda tylko, że europejskie obiekty sakralne są w większości niedotykalne i martwe. Piękne też, na ten swój europejski sposób. Ale - zdecydowanie mniej pulsujące życiem niż te azjatyckie.
Śmieję się, gdy słyszę, że lepszy jest brak mopa od wystawienia go tak, że "psuje" zdjęcie.
A może zdjęcie staje się naprawdę piękne dopiero wtedy, gdy przy pomocy trywialnego mopa zyskuje życie?
Dla porządku - śmieję się również, gdy Chińczycy narzekają na Europę z jej estetykami.
Dyskutujmy o gustach. Ale nie mówmy że bywają lepsze i gorsze. Im więcej piękna będziemy widzieć w życiu, tym to życie będzie piękniejsze.

2015-05-31

Jaskinia Przypływu Dźwięku 潮音洞

Kunmińczycy w średnim wieku nie zapomnieli może jeszcze urwiska u stóp Góry Yuantong, od południowej strony, za Świątynią Yuantong - tam, gdzie jest Jaskinia Przypływu Dźwięku.
Nikt nie wie, jak głęboka jest ta jaskinia, ale dorośli zawsze wmawiali dzieciom, że drugi koniec jest już w Syczuanie.
Za dziecięctwa chadzaliśmy się bawić na Górę Yuantong, a naszym celem była właśnie ta jaskinia. Było tam kilka czarnych jak noc otworów, otoczonych wysokimi urwiskami, zarośniętych różnorakimi pnączami. Można było się wysoko wspinać, a także szukać przygody w głębokich tunelach - to dopiero była zabawa!
W tamtych czasach eksplorowaliśmy tunele, a przecież nie było nas stać nawet na małe latarki. Umawiało się kilka dzieciaków, że przyniesiemy gumę, sosnowe żagwie itd. Po ich zaświeceniu wchodziliśmy gęsiego, trzymając się siebie wzajemnie. Jaskinia była ciemna i zimna, im dalej wgłąb, tym zimniejsza, a nasze małe dłonie oblewał zimny pot. Przy najmniejszym dźwięku czy poruszeniu serce waliło jak szalone. Koniec końców nasze źródła światła nie były niewyczerpane, korzystając z tego, że jeszcze nie do końca pogasły, biegiem wracaliśmy, bojąc się zostać z tyłu. Potykaliśmy się w popłochu, nie dbając zupełnie o stłuczenia i drobne rany. Niebo nigdy nie było tak niebieskie, a chmury tak cudowne, jak tuż po wydostaniu się z jaskini. Nigdy nie zbadaliśmy, jak głęboko sięga jaskinia. Przy każdym podejściu do jaskini byliśmy trochę starsi, czuliśmy się nieco pewniej; w innym wypadku moglibyśmy samych siebie wystraszyć na śmierć. Właśnie dlatego jaskinia wydawała nam się tak tajemnicza i wspaniała.
W sercach dzieciaków "pójść do Jaskini Przypływu Dźwięku" było aktem niezwykłej odwagi. Po wyjściu z niej zaczynaliśmy się wspinać po skarpach; chwytaliśmy pnącza i śmiało wdrapywaliśmy się na górę. Niejeden raz pnącze urwało się z trzaskiem, a dla nas kończyło się to rozbitym nosem i siniakami. Oczywiście i tak się wspinaliśmy.
Wśród różnych pnącz było i takie, które przełamane ukazywało wąziutką szparę, jak rurka. Gdy się je zapaliło, można się było "zaciągnąć". Dzieci nazywały je wówczas "pnączowymi papierosami". Po każdej wycieczce przynosiliśmy takie z sobą, ukrywaliśmy się w ustronnym miejscu i paliliśmy "papierosy".
W latach '60 XX wieku, pod wpływem szeroko zakrojonej akcji społecznej "kopać głębokie jaskinie, by przechowywać zboże", jaskinię zmieniono w schron przeciwlotniczy. Gdyby to przetrwała, to przy dzisiejszym rozwoju turystyki można by z niej zrobić atrakcję turystyczną. Dla miastowych byłaby wygodna, bo blisko, a już najlepsza dla seniorów czy osób słabszych - zamiast się tłuc setki kilometrów, mogliby pochodzić po jaskini na miejscu. Poza tym zapewne przyciągnęłaby rzeszę turystów jako punkt wycieczkowy - zwłaszcza dla dzieci. Niestety, jest ona cały czas zamknięta - dlaczego nie możemy z niej korzystać?

/Zhao Zhengwan, Kunmińskie wspomnienia 赵正万, 昆明忆旧/

Mój mąż nie jest w średnim wieku, jest młodzieńcem - bo nie pamięta jaskiń. Inna rzecz, że kiedy był całkiem mały, mieszkał na Końskiej Ulicy, daleeeeeeko od centrum, więc nawet gdyby jaskinie były wówczas dostępne, i tak by się tam nie bawił.
Dziś do jaskiń czy innych pawilonów na Górze Yuantong, za Świątynią, nie można się dostać. Wszystkie drogi są pozamykane, a my możemy tylko czekać na remont. Inna rzecz, że lwią - nomen omen - część góry oddano miastu, które stworzyło tam miejskie ZOO. Obawiam się, że o dawnych grotach, jaskiniach i urwiskach można już spokojnie zapomnieć...

2012-01-01

Świątynia Yuantong 圓通寺

Jest to bez wątpienia najsłynniejsza yunnańska świątynia buddyzmu chan. Położona w centrum miasta, cieszy się sławą jednej z najstarszych świątyń buddyjskich w całej prowincji – powstała na przełomie VIII i IX wieku, za czasów, gdy w Chinach rządzili Tangowie, a w Yunnanie istniało państwo Nanzhao – a w dodatku jest największa. W czasach Nanzhao świątynia nazywała się Świątynią Potalaka (補陀羅) – na Górze Potalaka według legendy Guanyin doznała oświecenia, jeszcze w swym indyjskim wydaniu, jako Awalokiteśwara. Obecny wygląd świątyni związany jest głównie z remontami, które przeprowadziła dynastia mongolska Yuan w latach 1301-1319, a i współczesna nazwa, Yuantong, jedno z imion Guanyin, też została przez Mongołów nadana. Również następne dynastie remontowały świątynię, ale nie wprowadziły aż tak dużych zmian, jak Mongołowie. Dopiero ostatnimi czasy, doinwestowywana przez Tajlandię, jest Świątynia Yuantong w ciągłym remoncie, który mocno przeszkadza w cieszeniu się pięknymi widokami.
Położona jest na południowej części Góry Yuantong, tym samym sąsiaduje więc z kunmińskim zoo, zajmującym resztę tegoż wzgórza. Zaskakujące jest położenie świątyni – przyzwyczajeni jesteśmy do wspinania się po setkach schodów, by ujrzeć świątynię na szczycie góry; ta jednak położona jest w niecce, do której trzeba zejść. Zanim się zejdzie, można podziwiać piękny kompleks świątynny od bramy – na tak dziwnie rozplanowane świątynie Chińczycy wynaleźli nawet specjalne sformułowanie: 『倒坡寺』 (świątynia na odwróconym wzgórzu); w całych Chinach jest ich zaledwie kilka. Dodatkowo, jest to najstarsza świątynia pod wezwaniem Guanyin, od sławnej siedziby Guanyin na zhejiańskim Putuo Shan jest starsza o ponad 100 lat. Co ciekawe, reprezentanci obu buddyjskich frakcji, mahajany i theravady, czują się w tym kompleksie świątynnym jak u siebie. Ba! Nawet wyznawcy buddyzmu tybetańskiego (formalnie należącego do mahajany, a w praktyce tak odlecianego, że należy sam do siebie) tu przyłażą i nie narzekają. W sumie im się nie dziwię – jest tam ładnie po prostu. Zadrzewione, zielone wzgórze, szmaragdowobłękitne jeziorko, w którym taplają się żółwiki z buddyjskimi napisami na skorupkach
i wielokolorowe karpiowate; mosteczki, pawiloniki, a także skały i smocze jamy – to pewnie dlatego widoki naszej świątyni zostały zaliczone do ośmiu najwspanialszych widoków w Kunmingu. Nie tylko mnie się tu podoba - na początku XX w. francuski konsul wybrał sobie świątynię Yuantong na siedzibę - zamieszkał tu wraz z inżynierami budującymi słynną kolej yunnańsko-wietnamską. Ludność się burzyła, więc stosunkowo szybko się wynieśli, ale - choć pomysł był poroniony - wcale nie dziwi mnie, że ktoś chciał zamieszkać w tak pięknym miejscu. Zwłaszcza skały są interesujące, po pierwsze dlatego, że wyciosane w nich schody to zabytek sprzed ponad tysiąca lat,
po drugie dlatego, że wyryte w skale napisy to najstarsze chińskojęzyczne inskrypcje w Kunmingu, po trzecie dlatego, że wiąże się z nimi legenda. Dwie jaskinie, Yougu i Chaoying, były ponoć siedzibą smoków, a świątynia została zbudowana przez mnicha po to, by je przywabić. Dziś jednak jedyną pamiątką po smokach są smocze płaskorzeźby na skalistym zboczu...
Dziś, jako siedziba stowarzyszenia buddyjskiego Kunmingu i Yunnanu, a także jako słynny zabytek, cieszy się świątynia ogromną popularnością. Nie odstrasza to jednak prawdziwych buddystów i można się na krużgankach natknąć na rozmodlonych mnichów.

2009-03-02

花見 - 櫻花 hanami - sakura :)

Wybrałam się, zgodnie z najlepszą japońską tradycją, na oglądanie kwiatów kwitnącej wiśni. Teoretycznie Chińczycy nie są tak wrażliwi na piękno jak Japończycy i mają w nosie wiśnie. I resztę kwiatów też. W praktyce nie udało się cyknąć fotki bez tła w postaci człekokształtnych. W kunmińskim ZOO są wiśnie najprzeróżniejsze - kwiecie czerwone, różowe, białe, pojedyncze giganty i malutkie, zbite w kiście kwiatuszki, pachnące i takie, co to na sztuczne wyglądały. Och, co za bogactwo...


Skoro zwyczaj jest japoński, tłumy Chińczyków przebierały się w yukaty, żeby sobie cyknąć "japońską" fotkę:


Nie tylko ja wpatrywałam się w kwiaty jak urzeczona...


Wszystkie zdjęcia pochodzą z ukochanego przez kunmińczyków sakurowego miejsca: ZOO położonego na górze Yuantong 圓通山, z którego drugiej strony znajduje się świątynia Yuantong 圓通寺.