Choć nazwa naszej świątyni jest czarująca, wolę ją nazywać Yunnańską Wiszącą Świątynią. Ta nazwa odzwierciedla bowiem to, co w niej najciekawsze - została wykuta w grotach na szczytach skał i faktycznie robi wrażenie zawieszonej w przestrzeni. Oczywiście, od prawdziwej Wiszącej Świątyni jest dużo, dużo mniejsza, ale nie czepiajmy się szczegółów ;) W dodatku, tak samo jak oryginalna Wisząca Świątynia z Shanxi, też jest ciekawym miksem taoistyczno-buddyjskim. Wybudowana została jako klasztor taoistyczny, do dziś zresztą znajduje się tu ołtarz Nefrytowego Cesarza. Obok niego znajdują się jednak posągi rozmaitych buddów i dziś kompleks jest postrzegany jako buddyjski.
Dla mnie buddyjskość czy taoistyczność tego miejsca jest absolutnie drugorzędna. Pierwszorzędny jest widok - zapierający dech w piersiach raz z racji samej wysokości - bo trzeba się dobrze ponawspinać, by tu dojść, a po drugie z racji wspaniałego widoku. W ładny dzień widać ponoć nawet pasma gór z wiecznym śniegiem, te z okolic Lijiangu. Nawet na mnie, dziewczęciu z okropnym lękiem wysokości, widok ten zrobił takie wrażenie, że uznałam, że było warto się tu wspiąć.
Lubię takie miejsca. Pod koniec zwiedzania zawsze mam wrażenie, że wypociłam niejedną modlitwę i że Bogu na pewno się ten wysiłek spodobał. Bez względu na to, jakiej religii świątynię zwiedzałam ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shibaoshan 石宝山. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shibaoshan 石宝山. Pokaż wszystkie posty
2016-08-09
2016-08-02
malarstwo naskalne
Historia, wiara i sztuka w jednym. Obojętnie, czy to Kaplica Sykstyńska, czy malunki rodem z Góry Kamiennego Skarbu - malowanie na ścianach, sufitach i skałach jako sposób na utrwalenie wiary "na zawsze" bardzo mi się podoba. W Yunnanie miejsc z takimi malowidłami jest całkiem sporo - głównie w rejonie Dali i Shaxi; większość źle zaopiekowana, wystawiona na działanie wiatru i deszczu, blaknąca nieubłaganie... Dopiero ostatnimi czasy zaczyna do tutejszych władz docierać, że warto o takie zabytki zadbać. Nie są bowiem tylko świadectwem religijności tutejszych ludzi, pięknie pokazują też tutejsze kanony estetyczne, zwyczaje itd.
Powyższe zdjęcia zrobiłam w Shaxi oraz na Górze Kamiennego Skarbu. Właśnie to ostatnie miejsce mnie zaskoczyło - słynie z rzeźbionych ołtarzy i nigdzie nie spotkałam się z sugestią, że znajdę tam również skalne "freski". Nie jest ich dużo, fakt. Ale... Dzięki nim mam wrażenie, że ludzie na całym świecie tak samo czczą swych bogów...
Powyższe zdjęcia zrobiłam w Shaxi oraz na Górze Kamiennego Skarbu. Właśnie to ostatnie miejsce mnie zaskoczyło - słynie z rzeźbionych ołtarzy i nigdzie nie spotkałam się z sugestią, że znajdę tam również skalne "freski". Nie jest ich dużo, fakt. Ale... Dzięki nim mam wrażenie, że ludzie na całym świecie tak samo czczą swych bogów...
2015-06-17
5 najpiękniejszych miejsc Yunnanu
Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie.
Jak w ogóle można próbować wybrać najpiękniejsze miejsca, skoro Yunnan jest przepiękny w całości? W samym Kunmingu można się zakochać (czego jestem najlepszym dowodem), a przecież w porównaniu z resztą Kunming jest wyjątkowym brzydactwem.
W internecie roi się od różnych "top 10 attractions of Yunnan" i innych list z yunnańskimi must-see. Tą, którą właśnie zalinkowałam naprawdę z ręką na sercu mogę polecić. Yuanyang z tarasami ryżowymi, Kamienny Las, okolice Jeziora Erhai czy parki w Shangri-la - to wszystko jest piękne i bardzo dobrze opisane w internetach. Ale dziś, specjalnie dla Klubu Polki na Obczyźnie, pokażę Wam 5 miejsc, które na tych różnych listach pojawiają się rzadko albo wcale, a piękno ich mnie zaczarowało. Kolejność przypadkowa :)
1) Luoping
Luoping to "województwo" położone we wschodnim Yunnanie, na styku trzech prowincji: Yunnanu, Guizhou i Guangxi. Jest znany z pięknych widoków - Wodospady Dziewięciu Smoków,
Rzeka Duoyi
z pięknymi młynami wodnymi,
urocze pagórki Złotego Kogucika to tylko niektóre z pięknych miejsc. Miejsce jest znane również z lokalnych produktów - oleju rzepakowego, miodu, papierosów itd. Największą atrakcją turystyczną są pola rzepaku, kwitnącego w drugiej połowie marca. Luoping i okolice zmieniają się wtedy w "Morze Żółte", olśniewające kolorem i zapachem.
Miejsce słynie z rękodzieła oraz z kolorowego ryżu.
2) Jianshui
Urokliwe miasteczko w "województwie" Honghe, czarujące gości starą, dobrze zachowaną (bądź odrestaurowaną) architekturą, a także pięknymi okolicznościami przyrody. Domostwo klanu Zhu,
tamtejsza Świątynia Konfucjusza,Most Pary Smoków czy qingowska wioska Tuanshan położona tuż za miastem - to miejsca, w których można się zatracić na dobre.
W mieście warto spróbować lokalnych smakołyków - grillowanych robaków, pysznych słodyczy czy nietypowych warzyw. Jianshui słynie również z ceramiki, która będzie doskonałą pamiątką z podróży.
3) Shaxi
Shaxi to dziw na skalę światową: chińskie stare miasto, które, zamiast zostać zburzone i odbudowane w betonie, jak się dzieje z 99% chińskich "zabytków", jest poddawane wspaniałej, doskonale udokumentowanej renowacji. Były suszone cegły z drewnem? Są nadal. Były kamienie? Są i one. Była glina ze słomą? A jakże, teraz też jest. Brakujące kawałki drewna można uzupełnić świeżym drewnem, zamiast zalewać betonem. Da się! To dlatego spacer po tym drewniano-gliniano-słomiano-kamiennym miasteczku jest taki przyjemny: można dotknąć historii. Warto w Shaxi spędzić piątkowy poranek - piątek to dzień targowy i do miasteczka schodzą z okolicznych gór reprezentanci tutejszych grup etnicznych, odmiennych od etnicznych Chińczyków, z rękodziełem i przysmakami.
Tuż obok, w Górach Kamiennego Skarbu, znajdują się jedne z najsłynniejszych yunnańskich świątyń buddyjskich, z "ołtarzami" wyrzeźbionymi w skałach - z pewnością kompleks jest wart obejrzenia.
4) Fuxianhu
Czyli Jezioro Pieszczenia Nieśmiertelnych.
Wcale się nie dziwię, że Nieśmiertelni poddają się pieszczocie tego jeziora - jest przepiękne. Tuż koło miasta Yuxi, na południe od Kunmingu, 216.6 metrów kwadratowych powierzchni, drugie co do głębokości jezioro w Chinach - średnia głębokość 95.2 metry, w najgłębszym miejscu aż 158.9 metro=ów, a w dodatku woda pierwszej klasy czystości, nadaje się do picia i wszystko przez nią widać. Po prostu marzenie! W dodatku na dnie znaleziono... miasto, nazywane oczywiście chińską Atlantydą. Piękne widoki, wspaniałe miejsce odpoczynku, możliwość poszperania w historii regionu i najlepsze ryby w Yunnanie - czego chcieć więcej?
Można tu nabyć lotosową wersję kisielu, która może być wspaniałą przekąską i dobrym prezentem.
5) Jiuxiang
To urokliwe miejsce. Do tego stopnia urokliwe, że wylądowało na liście najważniejszych parków krajobrazowych w Chinach. Dlaczego? Yunnańskie zjawisko krasowe pokazuje tu, zgodnie z nazwą, całą krasę. Kompleks naszych jaskiń jest po pierwsze ogromny: znajduje się tu około setki jaskiń, przy czym niektóre biją na głowę nawet podziemny kościół w Wieliczce jeżeli chodzi o wielkość. Po drugie, znajdują się tu cudowne, podziemne krajobrazy - nie tylko nudne stalaktyty, stalagmity i stalagnaty, ale też jaskinie uformowane jak tarasowe pola ryżowe czy też naturalne skalne mosty.
Po trzecie, znajdują się tu skalne malowidła ludu Yi z III w.p.n.e., a do muzeum przyjaskinnego trafiają wciąż wydobywane zęby czy narzędzia paleolitycznych przodków. Doskonałe miejsce na jednodniową wycieczkę.
Jeśli więc los przygna Was kiedyś do Yunnanu, postarajcie się odwiedzić nie tylko "top miejsca" z zestawień biur turystycznych, ale i kilka mniej znanych miejsc - są tego warte.
Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły.
Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu.
Jak w ogóle można próbować wybrać najpiękniejsze miejsca, skoro Yunnan jest przepiękny w całości? W samym Kunmingu można się zakochać (czego jestem najlepszym dowodem), a przecież w porównaniu z resztą Kunming jest wyjątkowym brzydactwem.
W internecie roi się od różnych "top 10 attractions of Yunnan" i innych list z yunnańskimi must-see. Tą, którą właśnie zalinkowałam naprawdę z ręką na sercu mogę polecić. Yuanyang z tarasami ryżowymi, Kamienny Las, okolice Jeziora Erhai czy parki w Shangri-la - to wszystko jest piękne i bardzo dobrze opisane w internetach. Ale dziś, specjalnie dla Klubu Polki na Obczyźnie, pokażę Wam 5 miejsc, które na tych różnych listach pojawiają się rzadko albo wcale, a piękno ich mnie zaczarowało. Kolejność przypadkowa :)
1) Luoping
Luoping to "województwo" położone we wschodnim Yunnanie, na styku trzech prowincji: Yunnanu, Guizhou i Guangxi. Jest znany z pięknych widoków - Wodospady Dziewięciu Smoków,
Rzeka Duoyi
z pięknymi młynami wodnymi,
urocze pagórki Złotego Kogucika to tylko niektóre z pięknych miejsc. Miejsce jest znane również z lokalnych produktów - oleju rzepakowego, miodu, papierosów itd. Największą atrakcją turystyczną są pola rzepaku, kwitnącego w drugiej połowie marca. Luoping i okolice zmieniają się wtedy w "Morze Żółte", olśniewające kolorem i zapachem.
Miejsce słynie z rękodzieła oraz z kolorowego ryżu.
2) Jianshui
Urokliwe miasteczko w "województwie" Honghe, czarujące gości starą, dobrze zachowaną (bądź odrestaurowaną) architekturą, a także pięknymi okolicznościami przyrody. Domostwo klanu Zhu,
tamtejsza Świątynia Konfucjusza,Most Pary Smoków czy qingowska wioska Tuanshan położona tuż za miastem - to miejsca, w których można się zatracić na dobre.
W mieście warto spróbować lokalnych smakołyków - grillowanych robaków, pysznych słodyczy czy nietypowych warzyw. Jianshui słynie również z ceramiki, która będzie doskonałą pamiątką z podróży.
3) Shaxi
Shaxi to dziw na skalę światową: chińskie stare miasto, które, zamiast zostać zburzone i odbudowane w betonie, jak się dzieje z 99% chińskich "zabytków", jest poddawane wspaniałej, doskonale udokumentowanej renowacji. Były suszone cegły z drewnem? Są nadal. Były kamienie? Są i one. Była glina ze słomą? A jakże, teraz też jest. Brakujące kawałki drewna można uzupełnić świeżym drewnem, zamiast zalewać betonem. Da się! To dlatego spacer po tym drewniano-gliniano-słomiano-kamiennym miasteczku jest taki przyjemny: można dotknąć historii. Warto w Shaxi spędzić piątkowy poranek - piątek to dzień targowy i do miasteczka schodzą z okolicznych gór reprezentanci tutejszych grup etnicznych, odmiennych od etnicznych Chińczyków, z rękodziełem i przysmakami.
Tuż obok, w Górach Kamiennego Skarbu, znajdują się jedne z najsłynniejszych yunnańskich świątyń buddyjskich, z "ołtarzami" wyrzeźbionymi w skałach - z pewnością kompleks jest wart obejrzenia.
4) Fuxianhu
Czyli Jezioro Pieszczenia Nieśmiertelnych.
Wcale się nie dziwię, że Nieśmiertelni poddają się pieszczocie tego jeziora - jest przepiękne. Tuż koło miasta Yuxi, na południe od Kunmingu, 216.6 metrów kwadratowych powierzchni, drugie co do głębokości jezioro w Chinach - średnia głębokość 95.2 metry, w najgłębszym miejscu aż 158.9 metro=ów, a w dodatku woda pierwszej klasy czystości, nadaje się do picia i wszystko przez nią widać. Po prostu marzenie! W dodatku na dnie znaleziono... miasto, nazywane oczywiście chińską Atlantydą. Piękne widoki, wspaniałe miejsce odpoczynku, możliwość poszperania w historii regionu i najlepsze ryby w Yunnanie - czego chcieć więcej?
Można tu nabyć lotosową wersję kisielu, która może być wspaniałą przekąską i dobrym prezentem.
5) Jiuxiang
To urokliwe miejsce. Do tego stopnia urokliwe, że wylądowało na liście najważniejszych parków krajobrazowych w Chinach. Dlaczego? Yunnańskie zjawisko krasowe pokazuje tu, zgodnie z nazwą, całą krasę. Kompleks naszych jaskiń jest po pierwsze ogromny: znajduje się tu około setki jaskiń, przy czym niektóre biją na głowę nawet podziemny kościół w Wieliczce jeżeli chodzi o wielkość. Po drugie, znajdują się tu cudowne, podziemne krajobrazy - nie tylko nudne stalaktyty, stalagmity i stalagnaty, ale też jaskinie uformowane jak tarasowe pola ryżowe czy też naturalne skalne mosty.
Po trzecie, znajdują się tu skalne malowidła ludu Yi z III w.p.n.e., a do muzeum przyjaskinnego trafiają wciąż wydobywane zęby czy narzędzia paleolitycznych przodków. Doskonałe miejsce na jednodniową wycieczkę.
Jeśli więc los przygna Was kiedyś do Yunnanu, postarajcie się odwiedzić nie tylko "top miejsca" z zestawień biur turystycznych, ale i kilka mniej znanych miejsc - są tego warte.
Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły.
Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu.
2014-12-23
2014-12-19
Legenda o Górze Kamiennego Dzwonu 石钟山的传说
W Górach Kamiennego Skarbu, tuż za Świątynią Kamiennego Dzwonu znajduje się wielki głaz, kształtem przypominający dzwon - to właśnie od niego nazwę wzięła świątynia.
Nie wszyscy jednak wiedzą, że wieki temu to nie był kamień, a prawdziwy złoty dzwon, lśniący w promieniach słońca. Koło dzwonu rosła sobie sosna, licząca tysiąc lat albo i więcej. Z ukośnej sosnowej gałęzi zwisał złoty młot, który przy każdym silniejszym powiewie wiatru uderzał o bok złotego dzwonu, wydobywając słodkozłote brzmienie: ding, ding, ding... A była ta piękna muzyka donośna nad podziw, słyszalna na wiele mil - powiadają, że można było dzwon usłyszeć nawet nad Jeziorem Erhai! Muzyka ta zaś nie tylko była piękna i słodka, ale i miała magiczną moc: przynosiła ludziom radość, odwracając od nich nieszczęścia i klęski.
Tak było i roku owego: deszcze były obfite i wiatry umiarkowane; nie groziła wioskom ani powódź, ani susza. Minęło Święto Pochodni, sadzonki ryżu zieleniły się na polach, radując oczy ludu. Nawet plewienie daje radość, gdy widzisz, jak zdrowe rośliny nagradzają Twój trud, a Tobie pozostaje tylko w radości czekać zbiorów.
To miał być kolejny obfity w plony, bogaty rok. Pewnego dnia jednak wychynęło z ziemi robactwo, pożerające liście i łodygi. W ciągu jednej nocy szkodniki ogołociły wielkie pole ryżowe; zamiast zieleniejących zbóż można było ujrzeć tylko nagą ziemię. Wieśniacy, nie w ciemię bici, poszli w góry, powykopywali korzenie trujących roślin i ugotowali z nich zupę, której zadaniem było zniszczenie robali. A bo to pierwszy raz szkodniki wchodzą ludziom w paradę? Spryskanie wywarem pól powinno wytępić robactwo, tak przecież czyniono od wieków. Choć jednak receptura była dawno znana i zawsze skuteczna, tym razem wywar nie zdołał wytruć szkodników. Cóż począć? Przypomnieli sobie całe szczęście o złotym dzwonie, który miał ratować w nieszczęściu. I faktycznie: ledwo przebrzmiał pierwszy soczysty dźwięk, a już szkodniki nie mogły się ruszyć, sparaliżowane zdychały pokotem na ziemi.
Zanim jednak zdążyli nacieszyć się tym cudem, wydarzyło się następne nieszczęście. Okazało się, że szkodniki owe powstały z sierści dziewięciogłowego smoka. Gdy zdechły, smok odczuł to jak śmierć własnych mieszków włosowych i bolało go tak, że zaczął się wiercić. Wiercąc się zaczął kombinować, cóż to mogło go wyrwać z błogiej drzemki i w końcu wykoncypował, że to z pewnością sprawka złotego dzwonu. Zazgrzytał w złości zębiskami; najchętniej rozbiłby dzwon od razu w drobny mak, serce jego pełne było złości. Dajmy jednak spokój smoczemu sercu - o wiele groźniejsze są czarnoksięskie zaklęcia, mamrotane przezeń pod nosem. Dosiadłszy czarodziejskiego wiatru, napędzanego złością, w kilka chwil zjawił się u dzwonu. Blask od dzwonu bijący poraził smocze ślepia; wpół oślepiony smok rozwarł paszczę i wypuścił z trzewi smoczy ogień. Nie przewidział jednego: że lśniąca powierzchnia dzwonu odbije płomień i uderzy w niego samego, spalając jedwabistą sierść aż do skóry. Zaklął smok siarczyście i poszedł po rozum do głowy: przecież ma dziewięć łbów, dziewięć paszcz i tym samym dziewięć strumieni ognia! Zazwyczaj jeden wystarczał, by spalić góry w równiny, by spalić żelazo na popiół, skoro jednak trafiła kosa na kamień, trzeba spróbować ciężkiej amunicji. Smok zagrał va banque: zebrał wszystkie siły, rozwarł dziewięć paszcz, bluzgnął dziewięcioma smoczymi płomieniami. Tym razem dopiął swego: zniszczył dzwon. Złoto spłynęło, pozostawiając chropowaty, spękany kamień. Smok też poniósł uszczerbek na zdrowiu: jak sparaliżowany runął na ziemię, śmiertelnie zmęczony. Wtem ujrzał na sośnie nietknięty złoty młotek. Ostatkiem sił wyczarował magiczny topór, którym ściął gałąź przedwiecznej sosny i skradł złoty młoteczek. Odtąd nie było już dane ludziom usłyszeć słodkiego brzmienia złotego dzwonu. Słońce straciło blask, księżyc skryły czarne chmury, a zarazy i klęski żywiołowe na stałe zagościły w bajskich wioskach. Młodzi tracili ukochanych, starzy - dzieci i wnuki. Zboże wyschło na wiór a oczy smuciła wizja głodu.
U stóp Gór Kamiennego Dzwonu, na jednym z shaxijskich pagórków, mieszkała para zakochanych. Chłopiec był uzdolnionym kamieniarzem, o imieniu Kamienna Fala, niespotykanie silnym - jego młot, zdolny otworzyć górę, ważył dobre trzydzieści jinów*. Młotem tym mógł ciosać skalne stopnie długie na zhang**. Wyrzeźbione przezeń kamienne lwy były jak żywe; dumnie prężyły pierś w słońcu i zbierały się do ataku.
Smykałka do pracy z kamieniem nie był jedynym talentem Kamiennej Fali; był on też sławnym na wiele li*** muzykiem. Gdy przygrywał na trójstrunnej lutni, nawet chmury spływały z nieba, by go posłuchać. Gdy dziewczęta słuchały jego gry, zaczynało je swędzieć gardło: natychmiast poczynały do wtóru śpiewać. I choć wszystkie kamelie jednako pięknieją na zboczach gór, tylko jedna z urodą podbiła serce Kamiennej Fali, a zwała się ona Kasja. Na polu przodowała pracy, hafty jej nie miały sobie równych - niemal mogłeś poczuć zapach kwiatów, bałeś się, że ptaki zaraz odfruną. Najpiękniej zaś - śpiewała. Jej głos był dla uszu tym, czym dla spragnionego gardła woda z miodem - kwintesencją słodyczy. W te dni jednak dłoń Kamiennej Fali nie sięgała po trójstrunną lutnię, a i serce dziewczęcia zbyt smutnym było, by śpiewać słodkie pieśni. Jak tu się weselić, skoro na lud spadło tak wielkie nieszczęście? Oboje ze zmartwienia stracili apetyt, a nocami wiercili się w łożach, nie mogąc zasnąć - takie to były złe czasy.
Pewnego wieczoru, a było to pod koniec siódmego miesiąca księżycowego, przewracała się Kasja z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Gdy tylko przymykała oczy, widziała wychudłego ze zgryzoty ukochanego - Kamienna Fala głowił się nad znalezieniem sposobu na dziewięciogłowego smoka; na razie nic nie wymyślił, więc ze zmartwienia schudł straszliwie; bardziej przypominał kościotrupa niż żywego człowieka. Kiedy zapiał kogut, ujrzało zaspane dziewczę białobrodego staruszka o lasce, który powolutku dokuśtykał przed jej oblicze i z uśmiechem zagaił: "Dobre dziewczę, niech smutek zniknie z Twej twarzy. Zamartwianie się nie rozpędzi burzowych chmur, tylko radość może zwyciężyć tarapaty! Razem z Kamienną Falą zbierzcie tysiąc miłujących się wzajemnie par i dialogujcie miłośnie w pieśniach. Tak jak słońce ma moc roztopienia śniegu i lodu, tak Wasze pieśni mogą zwyciężyć złe moce!". Kasja chwyciła dłoń staruszka, już miała zarzucić go gradem pytań, gdy nagle błysnęło jasne światło i staruszek zniknął. Kasja otwarła szeroko oczy, w izdebce zaczęło właśnie świtać. Ach... A więc to był tylko sen... Kasja nie zdążyła nawet się umyć i uczesać, a już pędziła do Kamiennej Fali. Spotkali się w połowie drogi, bo on też właśnie do niej zmierzał - chciał jej opowiedzieć piękny sen, w którym wyśnił, jak pokonać magię złego smoka... Gdy okazało się, że wyśnili to samo, pełni radości zaczęli śpiewać. Śpiewając chodzili od wioski do wioski, opowiadając o śnie wszystkim, którzy chcieli słuchać i zbierając zakochane pary. Trzeciego dnia były już ich setki, śwarni chłopcy z trójstrunnymi lutniami i piękne dziewoje, wyśpiewujący ile sił w płucach u stóp Gór Kamiennego Skarbu. Nieopodal kamiennego już teraz dzwonu rozpalono ogniska; śpiewali dniami i nocami, w skwar i deszcz, śpiewali jakby nie było jutra. Pijani śpiewem nie przestraszyli się wielkiej wichury, która sprawiała, że koło uszu świstały im głazy. Kamienna Fala i Kasja śpiewali: Piach i skały nie przewrócą starej sosny, wielki wiatr nie skrzywdzi Góry, zróbmy ścianę z naszych ciał, by zatrzymać zły wiatr i śpiewajmy dalej!". Śpiewali, a tysiące głosów im odpowiadały echem, śpiewali, a tłem były im ptaki i szum traw, śpiewali tak, by przekrzyczeć zły wiatr.
Gdy pokonali magiczny wiatr, zawył smok: "uciekajcie, uciekajcie szybko, uciekajcie, bo inaczej wszystkich was liźnie mój smoczy płomień!". Oni jednak nadal śpiewali, śpiewali na przekór smokowi, bez bojaźni, bez trwogi. Smok zionął ogniem... pffff! Z dziewięciu pysków poszło tylko dziewięć smużek czarnego dymu, wzbudzających raczej politowanie. Cóż to? Co się stało? Czyżby smok stracił magię? Wtedy właśnie Kasja podała Kamiennej Fali młot. Chłopak włożył w uderzenie cały swój żal i całą siłę, celował w smoczy łeb. Smok nigdy jeszcze nie doświadczył takiego bólu - zawsze dotąd chroniła go magia - dlatego... uciekł. Zwiewał w podskokach, gdzie pieprz rośnie. Choć inni już zaczęli się cieszyć, Kasja i Kamienna Fala przysięgli, że nie spoczną, dopóki nie smoka nie dogonią, nie zabiją, a jego ciała nie pokawałkują na dziesięć tysięcy kawałków. Popędzili więc za smokiem, a za nimi reszta żądnych zemsty śmiałków. Smok wiedział, że się nie wywinie, więc skoczył do wnętrza góry. Kasja i Kamienna Fala złapali smoka w ostatniej chwili... i zapadli się razem z nim pod ziemię.
Wielki smutek zaległ nad doliną. Ludzie darli włosy z głów, bili się w piersi, a ich żałobne krzyki słychać było wiele li dalej. Dlaczego para bohaterów zginęła? Dlaczego zwycięstwo trzeba było okupić tak wielkim poświęceniem? I wtedy właśnie spłynęła z nieba barwna chmura, za którą pysznił się szmaragdowy smok. Na jego grzbiecie siedzieli właśnie oni: Kasja i Kamienna Fala. Machali do zgromadzonych, jakby chcieli powiedzieć: przyjaciele, nie bójcie się już, śpiewajcie i grajcie z radością. To nie tylko da nam ukojenie, ale i pomoże odtworzyć złoty dzwon i złoty młoteczek!".
Odtąd w każdą rocznicę śmierci młodych bohaterów spotykają się Bajowie u stóp Gór Kamiennego Skarbu, nie tylko po to, by ich upamiętnić, ale też dlatego, żeby spróbować odwrócić zły czar i przywołać dawną postać złotego dzwonu****.
Obiecałam legendę o powstaniu Festiwalu Pieśni, prawda? :) Bardzo podoba mi się legenda, w której muzyka może odwrócić zło. Gdybym do tej pory nie wiedziała, dlaczego nucę od rana do wieczora, to już bym wiedziała :)
*Jin - mniej więcej pół kilograma.
**Zhang - 3,3~3,5 metra.
***Li - około pół kilometra.
****Legendę opracowałam na podstawie przekazu zawartego w książeczce "Lśniąca Perła Szlaku Końsko-Herbacianego. Shaxi" (茶马古道上的明珠沙溪).
Nie wszyscy jednak wiedzą, że wieki temu to nie był kamień, a prawdziwy złoty dzwon, lśniący w promieniach słońca. Koło dzwonu rosła sobie sosna, licząca tysiąc lat albo i więcej. Z ukośnej sosnowej gałęzi zwisał złoty młot, który przy każdym silniejszym powiewie wiatru uderzał o bok złotego dzwonu, wydobywając słodkozłote brzmienie: ding, ding, ding... A była ta piękna muzyka donośna nad podziw, słyszalna na wiele mil - powiadają, że można było dzwon usłyszeć nawet nad Jeziorem Erhai! Muzyka ta zaś nie tylko była piękna i słodka, ale i miała magiczną moc: przynosiła ludziom radość, odwracając od nich nieszczęścia i klęski.
Tak było i roku owego: deszcze były obfite i wiatry umiarkowane; nie groziła wioskom ani powódź, ani susza. Minęło Święto Pochodni, sadzonki ryżu zieleniły się na polach, radując oczy ludu. Nawet plewienie daje radość, gdy widzisz, jak zdrowe rośliny nagradzają Twój trud, a Tobie pozostaje tylko w radości czekać zbiorów.
To miał być kolejny obfity w plony, bogaty rok. Pewnego dnia jednak wychynęło z ziemi robactwo, pożerające liście i łodygi. W ciągu jednej nocy szkodniki ogołociły wielkie pole ryżowe; zamiast zieleniejących zbóż można było ujrzeć tylko nagą ziemię. Wieśniacy, nie w ciemię bici, poszli w góry, powykopywali korzenie trujących roślin i ugotowali z nich zupę, której zadaniem było zniszczenie robali. A bo to pierwszy raz szkodniki wchodzą ludziom w paradę? Spryskanie wywarem pól powinno wytępić robactwo, tak przecież czyniono od wieków. Choć jednak receptura była dawno znana i zawsze skuteczna, tym razem wywar nie zdołał wytruć szkodników. Cóż począć? Przypomnieli sobie całe szczęście o złotym dzwonie, który miał ratować w nieszczęściu. I faktycznie: ledwo przebrzmiał pierwszy soczysty dźwięk, a już szkodniki nie mogły się ruszyć, sparaliżowane zdychały pokotem na ziemi.
Zanim jednak zdążyli nacieszyć się tym cudem, wydarzyło się następne nieszczęście. Okazało się, że szkodniki owe powstały z sierści dziewięciogłowego smoka. Gdy zdechły, smok odczuł to jak śmierć własnych mieszków włosowych i bolało go tak, że zaczął się wiercić. Wiercąc się zaczął kombinować, cóż to mogło go wyrwać z błogiej drzemki i w końcu wykoncypował, że to z pewnością sprawka złotego dzwonu. Zazgrzytał w złości zębiskami; najchętniej rozbiłby dzwon od razu w drobny mak, serce jego pełne było złości. Dajmy jednak spokój smoczemu sercu - o wiele groźniejsze są czarnoksięskie zaklęcia, mamrotane przezeń pod nosem. Dosiadłszy czarodziejskiego wiatru, napędzanego złością, w kilka chwil zjawił się u dzwonu. Blask od dzwonu bijący poraził smocze ślepia; wpół oślepiony smok rozwarł paszczę i wypuścił z trzewi smoczy ogień. Nie przewidział jednego: że lśniąca powierzchnia dzwonu odbije płomień i uderzy w niego samego, spalając jedwabistą sierść aż do skóry. Zaklął smok siarczyście i poszedł po rozum do głowy: przecież ma dziewięć łbów, dziewięć paszcz i tym samym dziewięć strumieni ognia! Zazwyczaj jeden wystarczał, by spalić góry w równiny, by spalić żelazo na popiół, skoro jednak trafiła kosa na kamień, trzeba spróbować ciężkiej amunicji. Smok zagrał va banque: zebrał wszystkie siły, rozwarł dziewięć paszcz, bluzgnął dziewięcioma smoczymi płomieniami. Tym razem dopiął swego: zniszczył dzwon. Złoto spłynęło, pozostawiając chropowaty, spękany kamień. Smok też poniósł uszczerbek na zdrowiu: jak sparaliżowany runął na ziemię, śmiertelnie zmęczony. Wtem ujrzał na sośnie nietknięty złoty młotek. Ostatkiem sił wyczarował magiczny topór, którym ściął gałąź przedwiecznej sosny i skradł złoty młoteczek. Odtąd nie było już dane ludziom usłyszeć słodkiego brzmienia złotego dzwonu. Słońce straciło blask, księżyc skryły czarne chmury, a zarazy i klęski żywiołowe na stałe zagościły w bajskich wioskach. Młodzi tracili ukochanych, starzy - dzieci i wnuki. Zboże wyschło na wiór a oczy smuciła wizja głodu.
U stóp Gór Kamiennego Dzwonu, na jednym z shaxijskich pagórków, mieszkała para zakochanych. Chłopiec był uzdolnionym kamieniarzem, o imieniu Kamienna Fala, niespotykanie silnym - jego młot, zdolny otworzyć górę, ważył dobre trzydzieści jinów*. Młotem tym mógł ciosać skalne stopnie długie na zhang**. Wyrzeźbione przezeń kamienne lwy były jak żywe; dumnie prężyły pierś w słońcu i zbierały się do ataku.
Smykałka do pracy z kamieniem nie był jedynym talentem Kamiennej Fali; był on też sławnym na wiele li*** muzykiem. Gdy przygrywał na trójstrunnej lutni, nawet chmury spływały z nieba, by go posłuchać. Gdy dziewczęta słuchały jego gry, zaczynało je swędzieć gardło: natychmiast poczynały do wtóru śpiewać. I choć wszystkie kamelie jednako pięknieją na zboczach gór, tylko jedna z urodą podbiła serce Kamiennej Fali, a zwała się ona Kasja. Na polu przodowała pracy, hafty jej nie miały sobie równych - niemal mogłeś poczuć zapach kwiatów, bałeś się, że ptaki zaraz odfruną. Najpiękniej zaś - śpiewała. Jej głos był dla uszu tym, czym dla spragnionego gardła woda z miodem - kwintesencją słodyczy. W te dni jednak dłoń Kamiennej Fali nie sięgała po trójstrunną lutnię, a i serce dziewczęcia zbyt smutnym było, by śpiewać słodkie pieśni. Jak tu się weselić, skoro na lud spadło tak wielkie nieszczęście? Oboje ze zmartwienia stracili apetyt, a nocami wiercili się w łożach, nie mogąc zasnąć - takie to były złe czasy.
Pewnego wieczoru, a było to pod koniec siódmego miesiąca księżycowego, przewracała się Kasja z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Gdy tylko przymykała oczy, widziała wychudłego ze zgryzoty ukochanego - Kamienna Fala głowił się nad znalezieniem sposobu na dziewięciogłowego smoka; na razie nic nie wymyślił, więc ze zmartwienia schudł straszliwie; bardziej przypominał kościotrupa niż żywego człowieka. Kiedy zapiał kogut, ujrzało zaspane dziewczę białobrodego staruszka o lasce, który powolutku dokuśtykał przed jej oblicze i z uśmiechem zagaił: "Dobre dziewczę, niech smutek zniknie z Twej twarzy. Zamartwianie się nie rozpędzi burzowych chmur, tylko radość może zwyciężyć tarapaty! Razem z Kamienną Falą zbierzcie tysiąc miłujących się wzajemnie par i dialogujcie miłośnie w pieśniach. Tak jak słońce ma moc roztopienia śniegu i lodu, tak Wasze pieśni mogą zwyciężyć złe moce!". Kasja chwyciła dłoń staruszka, już miała zarzucić go gradem pytań, gdy nagle błysnęło jasne światło i staruszek zniknął. Kasja otwarła szeroko oczy, w izdebce zaczęło właśnie świtać. Ach... A więc to był tylko sen... Kasja nie zdążyła nawet się umyć i uczesać, a już pędziła do Kamiennej Fali. Spotkali się w połowie drogi, bo on też właśnie do niej zmierzał - chciał jej opowiedzieć piękny sen, w którym wyśnił, jak pokonać magię złego smoka... Gdy okazało się, że wyśnili to samo, pełni radości zaczęli śpiewać. Śpiewając chodzili od wioski do wioski, opowiadając o śnie wszystkim, którzy chcieli słuchać i zbierając zakochane pary. Trzeciego dnia były już ich setki, śwarni chłopcy z trójstrunnymi lutniami i piękne dziewoje, wyśpiewujący ile sił w płucach u stóp Gór Kamiennego Skarbu. Nieopodal kamiennego już teraz dzwonu rozpalono ogniska; śpiewali dniami i nocami, w skwar i deszcz, śpiewali jakby nie było jutra. Pijani śpiewem nie przestraszyli się wielkiej wichury, która sprawiała, że koło uszu świstały im głazy. Kamienna Fala i Kasja śpiewali: Piach i skały nie przewrócą starej sosny, wielki wiatr nie skrzywdzi Góry, zróbmy ścianę z naszych ciał, by zatrzymać zły wiatr i śpiewajmy dalej!". Śpiewali, a tysiące głosów im odpowiadały echem, śpiewali, a tłem były im ptaki i szum traw, śpiewali tak, by przekrzyczeć zły wiatr.
Gdy pokonali magiczny wiatr, zawył smok: "uciekajcie, uciekajcie szybko, uciekajcie, bo inaczej wszystkich was liźnie mój smoczy płomień!". Oni jednak nadal śpiewali, śpiewali na przekór smokowi, bez bojaźni, bez trwogi. Smok zionął ogniem... pffff! Z dziewięciu pysków poszło tylko dziewięć smużek czarnego dymu, wzbudzających raczej politowanie. Cóż to? Co się stało? Czyżby smok stracił magię? Wtedy właśnie Kasja podała Kamiennej Fali młot. Chłopak włożył w uderzenie cały swój żal i całą siłę, celował w smoczy łeb. Smok nigdy jeszcze nie doświadczył takiego bólu - zawsze dotąd chroniła go magia - dlatego... uciekł. Zwiewał w podskokach, gdzie pieprz rośnie. Choć inni już zaczęli się cieszyć, Kasja i Kamienna Fala przysięgli, że nie spoczną, dopóki nie smoka nie dogonią, nie zabiją, a jego ciała nie pokawałkują na dziesięć tysięcy kawałków. Popędzili więc za smokiem, a za nimi reszta żądnych zemsty śmiałków. Smok wiedział, że się nie wywinie, więc skoczył do wnętrza góry. Kasja i Kamienna Fala złapali smoka w ostatniej chwili... i zapadli się razem z nim pod ziemię.
Wielki smutek zaległ nad doliną. Ludzie darli włosy z głów, bili się w piersi, a ich żałobne krzyki słychać było wiele li dalej. Dlaczego para bohaterów zginęła? Dlaczego zwycięstwo trzeba było okupić tak wielkim poświęceniem? I wtedy właśnie spłynęła z nieba barwna chmura, za którą pysznił się szmaragdowy smok. Na jego grzbiecie siedzieli właśnie oni: Kasja i Kamienna Fala. Machali do zgromadzonych, jakby chcieli powiedzieć: przyjaciele, nie bójcie się już, śpiewajcie i grajcie z radością. To nie tylko da nam ukojenie, ale i pomoże odtworzyć złoty dzwon i złoty młoteczek!".
Odtąd w każdą rocznicę śmierci młodych bohaterów spotykają się Bajowie u stóp Gór Kamiennego Skarbu, nie tylko po to, by ich upamiętnić, ale też dlatego, żeby spróbować odwrócić zły czar i przywołać dawną postać złotego dzwonu****.
Obiecałam legendę o powstaniu Festiwalu Pieśni, prawda? :) Bardzo podoba mi się legenda, w której muzyka może odwrócić zło. Gdybym do tej pory nie wiedziała, dlaczego nucę od rana do wieczora, to już bym wiedziała :)
*Jin - mniej więcej pół kilograma.
**Zhang - 3,3~3,5 metra.
***Li - około pół kilometra.
****Legendę opracowałam na podstawie przekazu zawartego w książeczce "Lśniąca Perła Szlaku Końsko-Herbacianego. Shaxi" (茶马古道上的明珠沙溪).
2014-12-16
石宝山歌会 Festiwal Pieśni w Górach Kamiennego Skarbu
W Górach Kamiennego Skarbu raz do roku odbywa się Festiwal Pieśni (石宝山歌会). Datę wyznacza się podług kalendarza księżycowego: festiwal trwa od 26 dnia siódmego miesiąca aż do pierwszego dnia miesiąca ósmego. Festiwal to lokalna tradycja bajska, związana z piękną legendą (obiecuję, że kiedyś tę legendę przytoczę), ale przybywają tu Bajowie z całego okręgu: z Jianchuanu, Eryuanu, Lijiangu, Lanpingu i wszelkich pomniejszych wiosek. Przybywają odziani w bajskie stroje ludowe, barwny potok wijący się wartko górskimi ścieżkami jak wielki smok. Dziewczęta już po drodze zaczynają rozśpiewkę, umilając czas sobie i towarzyszom podróży zaśpiewkami na bajską nutę. Chłopcy zaś prężą dumnie pierśm, chwaląc się pięknem swych trzystrunowych lutni.
Wszyscy wiedzą, że yunnańskie dzieci przychodzą na świat z talentem muzycznym i tanecznym...
Staruszkowie wierzą, że śpiew przynosi szczęście, choćby to była krótka zaśpiewka wyśpiewana podczas pracy na polu czy w kuchni. Ponoć bogowie patrzą łaskawiej na tych, którzy za piękno życia dziękują śpiewem*.
Jest więc Festiwal Pieśni okazją, by zaśpiewać tysiąc i jedną przyśpiewkę, by pieśnią obiecać coś duchom i by obietnic tych dotrzymać.
Ale na festiwal przybyli nie tylko starcy; są i ludzie, którzy całymi dniami pracują w pocie czoła, nie znajdując czasu ani okazji na wywnętrzenie się. Dla tych festiwal jest okazją, by wreszcie dać upust wszystkim uczuciom, które, niewyśpiewane, zalegają w sercu.
Są i młodzi. Młodzi zaś biorą pieśń za swatkę. Pamiętacie jeszcze, że najlepszy przyjaciel to po chińsku "rozumiejący muzykę Twojej duszy"? Yunnańskie mnieszości etniczne wzięły to sobie do serca i antyfonalnie romansują: chłopiec śpiewa wers; jeśli zrobi to wystarczająco ładnie, a dziewczęciu wpadnie do głowy cięta riposta, odpowie ona tą samą melodią ze zmienionymi słowami. Zamiast przekomarzać będą się prześpiewywać - czyż nie jest to idealny początek muzycznej znajomości? Chińczycy też zwyczaj taki znają:
Wyobrażam sobie jednak, że w niezwykle pięknych okolicznościach yunnańskiej przyrody antyfonalny podryw mógłby być piękniejszy. Za cały akompaniament służy lutnia i... liście, na których potrafi grać każdy młody Bai czy Yi. Dialogują często tradycyjne pieśni bajskie, ale nie tylko - w końcu żadna sztuka nauczyć się piosenki na pamięć. Mistrzowie duige 对歌 czyli takiego naprzemiennego śpiewu, traktują znane pieśni tylko jak podstawę, materiał do obróbki. Najważniejsze jest umieć na zawołanie zmienić tekst tak, by nie stracił rymów czy rytmu. Taki bajski freestyle battle, tylko bez zamiaru poniżenia przeciwnika, a podrywu.
Śpiewa się tak od świtu do nocy, a gdy noc zapadnie - śpiewa się dalej. Płoną pochodnie, ogniska, kto by spał, skoro można tańczyć, śpiewać, śmiać się i pić?
Tym razem ominęła mnie przyjemność sprawdzenia, jak tam jest podczas Festiwalu Pieśni; spóźniliśmy się ponad miesiąc. Poza tym, że tłoczno i głośno, byłoby sycąco muzycznie. Może kiedyś się uda tam trafić właśnie wtedy? Inna rzecz, że skoro już mam wybranka, który rozumie muzykę mojej duszy, nie powinnam może zabierać miejsca potrzebującym? :)
Poniżej kilka wyguglanych w internetach zdjęć okołofestiwalowych.
*Bis orat, qui cantat, prawda?
Wszyscy wiedzą, że yunnańskie dzieci przychodzą na świat z talentem muzycznym i tanecznym...
Staruszkowie wierzą, że śpiew przynosi szczęście, choćby to była krótka zaśpiewka wyśpiewana podczas pracy na polu czy w kuchni. Ponoć bogowie patrzą łaskawiej na tych, którzy za piękno życia dziękują śpiewem*.
Jest więc Festiwal Pieśni okazją, by zaśpiewać tysiąc i jedną przyśpiewkę, by pieśnią obiecać coś duchom i by obietnic tych dotrzymać.
Ale na festiwal przybyli nie tylko starcy; są i ludzie, którzy całymi dniami pracują w pocie czoła, nie znajdując czasu ani okazji na wywnętrzenie się. Dla tych festiwal jest okazją, by wreszcie dać upust wszystkim uczuciom, które, niewyśpiewane, zalegają w sercu.
Są i młodzi. Młodzi zaś biorą pieśń za swatkę. Pamiętacie jeszcze, że najlepszy przyjaciel to po chińsku "rozumiejący muzykę Twojej duszy"? Yunnańskie mnieszości etniczne wzięły to sobie do serca i antyfonalnie romansują: chłopiec śpiewa wers; jeśli zrobi to wystarczająco ładnie, a dziewczęciu wpadnie do głowy cięta riposta, odpowie ona tą samą melodią ze zmienionymi słowami. Zamiast przekomarzać będą się prześpiewywać - czyż nie jest to idealny początek muzycznej znajomości? Chińczycy też zwyczaj taki znają:
Wyobrażam sobie jednak, że w niezwykle pięknych okolicznościach yunnańskiej przyrody antyfonalny podryw mógłby być piękniejszy. Za cały akompaniament służy lutnia i... liście, na których potrafi grać każdy młody Bai czy Yi. Dialogują często tradycyjne pieśni bajskie, ale nie tylko - w końcu żadna sztuka nauczyć się piosenki na pamięć. Mistrzowie duige 对歌 czyli takiego naprzemiennego śpiewu, traktują znane pieśni tylko jak podstawę, materiał do obróbki. Najważniejsze jest umieć na zawołanie zmienić tekst tak, by nie stracił rymów czy rytmu. Taki bajski freestyle battle, tylko bez zamiaru poniżenia przeciwnika, a podrywu.
Śpiewa się tak od świtu do nocy, a gdy noc zapadnie - śpiewa się dalej. Płoną pochodnie, ogniska, kto by spał, skoro można tańczyć, śpiewać, śmiać się i pić?
Tym razem ominęła mnie przyjemność sprawdzenia, jak tam jest podczas Festiwalu Pieśni; spóźniliśmy się ponad miesiąc. Poza tym, że tłoczno i głośno, byłoby sycąco muzycznie. Może kiedyś się uda tam trafić właśnie wtedy? Inna rzecz, że skoro już mam wybranka, który rozumie muzykę mojej duszy, nie powinnam może zabierać miejsca potrzebującym? :)
Poniżej kilka wyguglanych w internetach zdjęć okołofestiwalowych.
*Bis orat, qui cantat, prawda?
Subskrybuj:
Posty (Atom)





