2026-05-21

茶礼 Herbaciane obyczaje

Wielokrotnie spotkałam się już ze sformułowaniem 茶禮 [茶礼] chálǐ. Herbaciane... no właśnie, co? Słowo 禮 [礼] lǐ ma wiele znaczeń: podarunek, rytuał, ceremonia, etykieta, stosowność, uprzejmość, grzeczność... Obecna w nim boska cząstka 礻shì pojawiła się stosunkowo późno; początkowo znak wyglądał tak (obok ilustracja sugerująca co właściwie miał obrazować):
Widzimy tu liczne prezenty (na bogato!) na ołtarzu ofiarnym. Początkowo oddawanie czci bogom bądź ofiara dla bóstw były opisywane właśnie tym znakiem. A że wszelkie ceremonie religijne były mocno zrytualizowane i przedstawiały wyidealizowany kanon zachowań, w zasadzie wszystkie kolejne znaczenia mają tu swoje źródło. Nie dajcie się zwieść krzywej 曲 fasolce 豆 - znak lǐ 豊 czytany również fēng, a oznaczający obfitość, również wywodzący się z tego pierwszego obrazka, w swej współczesnej formie w ogóle nie pozwala się domyślić, o co miało w nim chodzić. 
Wracając do herbaty - jest najważniejsza, nie mogły się więc bez niej obyć żadne ceremonie, nawet wieloetapowe zaręczyny z wymianą podarków, zwaną 聘禮 [聘礼] pìnlǐ. Zatrzymajmy się na chwilę przy znaku 聘 pìn, który ma sporo znaczeń, wiele mówiących o systemie skojarzeń u Chińczyków. Po pierwsze "zaręczyny", po drugie (o kobietach) wychodzić za mąż. Po trzecie (w formalnym chińskim) odwiedzać jakieś miejsce w związku z misją dyplomatyczną (aż zarżałam), a także zatrudniać, np. w jakiejś firmie. Czyż nie układają nam się pięknie te wszystkie znaczenia? 
Wróćmy do zrękowin, podczas których herbata była częścią obyczaju 茶礼 (obyczaj herbaciany), zwanego również 茶银 (herbaciane srebro). Herbata musiała być wspólna dla wszystkich, żadne tam ja wolę zieloną, ja czarną, a ja bawarkę: jedna rodzina nie je herbaty dwóch rodzin 一家不吃两家茶 (pamiętacie na pewno, że w niektórych dialektach herbatę czy papierosy się "jada"). 
Ceremonia ślubna też nie mogła się bez herbaty obyć. Nazywano ją "trzema herbatami i sześcioma rytuałami". Trzy herbaty to oczywiście herbata zaręczynowa 下茶 (podanie herbaty), herbata ślubna 定茶 (umowna herbata) i herbata poślubna 合茶 (wspólna herbata). Jednak trzy herbaty mogą też dotyczyć trzech rodzajów herbaty podawanej w trakcie ceremonii: pierwsza to nasionka miłorzębu, druga to nasionka lotosu bądź głożyny, a dopiero trzecia była prawdziwą herbatą. Po podaniu czarek należało przyjąć je obiema dłońmi i złożyć głęboki pokłon, a następnie przytknąć do ust, nic nie jedząc, a oddając czarki rodzinie; dopiero tę prawdziwą herbatę po pokłonie należało wypić. 
Jednak herbaciane obyczaje nie dotyczą tylko zaręczyn czy ślubów. Przecież herbatą podejmowało się też zawsze gości. Podanie gorącej herbaty gościom ledwie przekroczyli próg domostwa pokazywało gościnność gospodarza bez względu na status materialny zarówno jego, jak i jego gości. Bogaty poda Smoczą Studnię, a bidok zmiotki z podłogi, ale herbata musi być. Jeśli są po temu warunki, rodzaj podanej herbaty powinien zostać dostosowany do preferencji gościa, zarówno jeśli chodzi o rodzaj herbaty, jak i intensywność smaku i sposób parzenia. Jeśli miało się pod ręką dobrą herbatę, można ją było zaparzyć w szkle lub gaiwanie i przy okazji nacieszyć oczy pięknem liści. Jeśli miało się tylko herbatę gorszego gatunku, lepiej było zaparzyć ją w czajniku i nie pokazywać jej gościom (细茶粗吃, 粗茶细吃). 
Kolejny ważny herbaciany obyczaj dotyczy sposobu nalewania herbaty do czarki. W Chinach istnieje powiedzenie 浅茶满酒 (płytka herbata, pełny alkohol), co oznacza, że o ile alkohole nalewamy do pełna (można nawet tak, że nie da się podnieść kieliszka do ust bez rozlania po drodze), o tyle herbata powinna sięgać idealnie siedmiu dziesiątych czarki (七分满). Istnieje ładne powiedzenie, dzieki któremu łatwiej zapamiętać tę niecodzienną proporcję: siedem części herbaty i trzy części uczuć 七分茶三分情. W ten sposób dbamy o to, żeby gość nie oparzył sobie ust ani dłoni. 
Ważne są też obyczaje związane z higieną: wyparzanie akcesoriów, nie sięganie po susz herbaciany bezpośrednio dłonią (choćby i była najczystsza na świecie), podawanie czarek w odpowiednio elegancki sposób - czarkę umieszczamy na spodeczku, który chwytamy obiema dłońmi i z ukłonem podajemy gościom, którzy winni odebrać go od nas również oburącz, a potem elegancko sączyć po łyczku, zamiast wypić do dna. 
Nie można nie wspomnieć również o tzw. 叩指礼 czyli herbacianym ukłonie palcami. Gdy gospodarz dolewa herbaty do naszej czarki, możemy podziękować mu gestem: oprzeć środkowy palec o stół paznokciem w dół i jednocześnie delikatnie palcem wskazującym kilkukrotnie stuknąć o powierzchnię stołu. To najbardziej tradycyjne podziękowanie związane z ciekawą legendą. Ponoć cesarz Qianlong podróżował kiedyś incognito po kraju i wstąpił do herbaciarni, by odpocząć w drodze. Incognito inkognitem ale oczywiście ploty powędrowały we właściwą stronę i jeden z lokalnych lizusów podążył prędko do tej samej herbaciarni, zapewne po to, żeby się przypochlebić cesarzowi. Usiadł z nim przy stoliku jak gdyby nigdy nic, ale Qianlong nie w ciemię bity i zorientował się, w czym rzecz. Udawali, że od dawna chcieli się poznać, pitu pitu, a że to Qianlong był gospodarzem tego stolika, to on nalał urzędasowi herbaty. Ten aż pobladł z wrażenia; chciał się rzucić na kolana i trzykrotnie stuknąć głową o podłogę jak się należy. No ale incognito! Użył więc palców, by zaimitować głęboki pokłon. Z czasem ten pokłon dłonią wszedł w stały repertuar herbaciarzy; z czasem również ewoluował. W zależności od tego, czy osoba, kóra częstuje nas herbatą jest od nas wyżej, niżej czy mniej więcej równo w hierarchii, podziękowanie może wyglądać różnie, od stukania całą pięścią w stół po puknięcie od niechcenia jednym palcem
Ostatnia opowiastka i obyczaj z nią związany również sięga dynastii Qing, a konkretnie kaligrafa i malarza współczesnego Qianlongowi, Eskcentrycznego Mistrza Zheng Xie. Razu pewnego wybrał się on do buddyjskiej świątyni, a ponieważ był skromnie odziany, opat zerknął nań bez zainteresowania i przywitał zwykłym "usiądź" 坐, stosowanym wobec gości niskiego stanu, a następnie zawołał "herbaty!" 茶 do nowicjusza. Wymieniwszy jednak z gościem kilka uwag, opat zorientował się, że musi to być osoba choć trochę wykształcona, więc zaprosił go do bocznego pokoju i tym razem grzeczniej potraktował: usiądź proszę! 请坐, a nowicjusza poprosił: "podaj herbatę"敬茶. I tak rozmawiali sobie, aż w końcu opat odkrył, że skromnie ubranym gościem jest nie kto inny, a Ekscentryczny Mistrz Zheng Xie! Bezzwłocznie zaprosił go do swego prywatnego pokoju i z uszanowaniem poprosił, by ów raczył spocząć 请上坐, a następnie poprosił nowicjusza, by ten zaserwował najlepszą, aromatyczną herbatę 敬香茶. Na koniec wizyty zaczął błagać artystę, by ten zechciał coś dlań wykaligrafować na pamiątkę, a Zheng pomyślał chwilę i stworzył nietypowe kuplety. Pierwszy wers głosił: "usiądź, usiądź proszę, racz spocząć" 坐,请坐,请上坐 , a drugi "herbata, podaj herbatę, zaserwuj aromatyczną herbatę" 茶,敬茶,敬香茶. Opatowi aż w pięty poszło, spiekł raczka i giął się w ukłonach na znak przeprosin. Dostał niezłą nauczkę; przecież stół herbaciany wszystkich zrównuje, a jeśli już ktoś stoi niżej, to zawsze gospodarz, który winien traktować swych herbacianych gości z rewerencją bez względu na ich pochodzenie czy status społeczny. 
Są jeszcze inne herbaciane grzeczności: nalewanie wody do czajnika przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, częstowanie zawsze od lewej strony, a nawet ułożenie dzióbka czajnika w odpowiednią stronę - to wszystko jest skodyfikowane i oczywiste dla chińskich herbaciarzy, choć "nieherbacianym" Chińczykom dziś już umyka. Swego czasu pracując w herbaciarni miałam całą głowę wypełnioną herbacianymi obyczajami; dziś parzę herbatę właściwie tylko dla przyjaciół, więc mogę zachowywać się nieco swobodniej. Lubiłam ceremonię herbacianą zamiast zwykłego zalania liści wodą o odpowiedniej temperaturze; nie wiedząc tego jeszcze, praktykowałam wówczas zen herbaciany i uczyłam się Drogi. A Droga nie ma końca - tak jak herbata.

2026-05-19

liście pachnotki w tempurze

Tym razem po japońsku, bo miałyśmy z Tajfuniątkiem ochotę na coś chrupiącego. 

Składniki
  • liście pachnotki 
  • ciasto do tempury: żółtko, 150 ml wody, 10 dag mąki, szczypta soli 
  • sos do maczania: szklanka rosołku albo wody, 2 łyżki sosu sojowego, 2 łyżki mirinu (do zastąpienia winem lub innym niezbyt mocnym alkoholem), łyżeczka/łyżka cukru 
Wykonanie
  1. Przygotować ciasto: ubić żółtko, zalać lodowatą wodą, wymieszać, dodać przesianą mąkę z solą, niedbale wymieszać, nie przejmować się grudkami, nie ubijać mikserem. 
  2. Przygotować sos: wszystkie składniki umieścić w garnuszku, doprowadzić do wrzenia i na małym ogniu gotować pół minuty-minutę. Można podawać na zimno i ciepło. 
  3. Rozgrzać olej. Temperatura jest idealna, jeśli kropla ciasta wpada do oleju, opada do połowy i wraca na powierzchnię. Jeśli całkiem opadło, olej jest zbyt zimny, jeśli od razu zaczęło skwierczeć na powierzchni - zbyt gorący. 
  4. Taplać umyte, pojedyncze liście w cieście i smażyć do zezłocenia; odsączyć z tłuszczu na papierowym ręczniku i już można podawać.

2026-05-17

文玩玉米 kukurydza do pielęgnacji

Muszę przyznać, że na widok tego akurat straganu zdębiałam.
To nie był bowiem stragan na targu obfitującym w warzywa, a w samym sercu Kunmingu - odpicowanej starówce, gdzie każdy kram specjalizował się w jakichś teczanach, gadżetach i pamiątkach. Zresztą - kukurydzę też wystawiono przy bransoletkach, a poza tym za ładnie wyglądała na to, żeby ją zjadać. O co tu chodzi?
Zacząć trzeba od tego, że Chińczycy skrzyżowali amerykańską odmianę wielokolorowej kukurydzy Szklane Paciorki (Glass Gem Corn) ze rdzennie chińską tzw. kukurydzą miniaturową (Zea mays var. minima), zwaną po chińsku "kukurydzą paluszkową" 拇指玉米. Po paru kukurydzianych pokoleniach udało im się uzyskać karłowatą kukurydzę, której nikt nie uprawia w celach spożywczych, a tylko po to, by podziwiać jej piękno. Oczywiście, natychmiast zaczęto stopniować ich piękno (są cztery stopnie piękna takiej kukurydzy); te najpośledniejsze kosztują kilka yuanów za sztukę, za to te najpiękniejsze są wyceniane na tysiące yuanów! Natychmiast zaczęły też powstawać kukurydziane ozdoby: wisiory, breloczki, bransoletki; szybko okazało się, że warto tworzyć coraz to nowe dekoracyjne gatunki kukurydzy, bo zarabia się na nich więcej niż na tych zwykłych, przeznaczonych do konsumpcji. Nie wierzycie? Znalazłam informację o tym, jak to Yunnańczycy z powiatu Yangbi (niedaleko Dali) dzięki sadzeniu ładnych odmian poza sezonem osiągnęli ceny rzędu 2000-8000 yuanów za sztukę! Wielkie pola ozdobnej kukurydzy znajdują się też w Anningu. Ludzie naprawdę wydają tak nieprawdopodobne pieniądze na ładne kukurydze, choć zdają sobie sprawę, że - w przeciwieństwie do szlachetnych kamieni czy rękodzieła - z czasem nie nabiorą one większej wartości. Mało tego, jeśli kukurydza nie zostanie sztucznie utrwalona, po wyschnięciu ziarenka zaczną wypadać z kolby, a nieidealne kolby już się nie nadają do pielęgnacji. Ale o co w ogóle chodzi z tą pielęgnacją?
Przedmioty wenwan 文玩 - dosłownie: kulturalna zabawa - cieszą się w Chinach długą tradycją. Mówiąc najprościej, chodziło o to, że jakiś przedmiot był traktowany z wielką czułością i dbałością: głaskany, niemal nie wypuszczało się go z rąk, a on dzięki temu dotykowi miał nabierać innych, lepszych cech - był gładszy, bardziej błyszczący, ale też zaczynał "współpracować" z człowiekiem, który oń dbał, poprawiając zdrowie, fengshui itd. Mogła to być jadeitowa, bezcenna bransoletka, ale mógł być to i zwykły kamień czy orzech w łupinie, który z czasem przestawał być zwykły.
Kukurydza wenwan czyli kukurydza do pielęgnacji jest stosunkowo nowym wynalazkiem, w którym praktykę opieki nad przedmiotem połączono z nietypowym surowcem - po wysuszeniu i odpowiedniej obróbce staje się gadżetem do noszenia, głaskania i "patynowania". Proces ten nazywa się 盘玩 pánwán - powolne wygładzanie i nabłyszczanie przez dotyk: przekręcanie, obracanie w dłoni, głaskanie. Na początku dana rzecz jest matowa i chropowata, jednak jeśli każdego dnia przynajmniej po parę minut (niektórzy swych wenwanów niemal nie wypuszczają z dłoni!) dziennie pociera się ją palcami, po kilku tygodniach czy miesiącach na powierzchni ziaren utworzy się przezroczysta, ciepła, lśniąca "patyna". Efekt końcowy winien być taki, że kukurydza wygląda jak wyrzeźbiona w kamieniu.
Dlaczego jednak w ogóle ludzie to kupują?
Cóż. Widziałam brzydsze gadżety, choćby horrendalnie wstrętne Labubu. Kukurydze są ładne, kolorowe, a w dodatku każda jest inna. Poza tym kukurydza z dawien dawna jest w Chinach symbolem obfitości, szczęścia i dobrobytu. Dla innych z kolei przedmioty wenwan służą temu, co od początku było podstawą tej praktyki: ćwiczeniu uważności, świadomego relaksu i skupienia. Moim zdaniem trochę za bardzo hipsterska, zwłaszcza jeśli sprzedawana za wiele tysięcy yuanów - przecież gładzić można właśnie zwykłe kamienie czy kawałki drewna - dla osiągnięcia uważności czy dla relaksu z pewnością to wystarczy, a są trwalsze - znane są przedmioty wenwan dziedziczone od wielu pokoleń.
Czyli tu mamy ciekawostkę: filozofia czy też praktyka wenwan, żądająca cierpliwości i zaangażowania, a także wieloletniego dbania, połączona z dość efemerycznym gadżetem, nietrwałym ale charakterystycznym i w sumie dość ładnym. 
Nie kupiłam. Ale za to po wielu latach może wreszcie przyszedł czas na odkurzenie mojej starej bransolety nefrytowej i praktykowanie wenwan na godnym tego obiekcie?

2026-05-15

powiat Tuanjie 团结乡

Zaledwie 17 kilometrów od Kunmingu znajduje się powiat Tuanjie (dosł. Zjednoczenia/Solidarności), zamieszkany nie tylko przez Hanów, ale również Bajów oraz Yi i Miao - a także przez kilku obcokrajowców, jeśli już przy tym jesteśmy. Składa się z grubsza z 63 maleńkich wioseczek; łącznie mieszka tu ponad dwadzieścia tysięcy ludzi, a drugie tyle przyjeżdża na weekend pod gruszą. Jest to miejsce na tyle daleko od miasta, że da się pooddychać świeżym powietrzem i odpocząć od ludzi, a jednocześnie na tyle blisko Kunmingu, że można tu po prostu podskoczyć na cały dzień czy na weekend. Dlatego coraz więcej kunmińczyków kupuje tu stare domy i je pieczołowicie remontuje - dla siebie, żeby mieć domek letniskowy, dla rodziców, żeby nie musieli mieszkać w mieście, jeśli nie lubią, albo pod inwestycję: powstają tu kolejne pensjonaty, agroturystyki i restauracje typu "chłopskie jadło", a obok nich również malutkie restauracyjki, piekarnie czy kawiarnie. Okolice są piękne - jeziorka, laski, pola, łąki, sady (dobrą sławą cieszą się na przykład tutejsze jabłka 红富士) - wszystko z założeniem, że będzie "ekologicznie" i "naturalnie". Obecnie powiat żyje z ekologicznych upraw oraz turystyki, z roku na rok przyciągając więcej gości. Jeśli chodzi o atrakcje, to najbardziej znane są bodaj trzy: 
  • Staw Lotosowy 荷塘 - oczywiście najpiękniejszy w porze kwitnienia lotosów, ale w innych sezonach również obfitujący w atrakcje: można tu łapać małe krewetki, raki i ryby, co dla miejskich dzieciaków stanowi nie lada gratkę! 
  • Stare Domy 古居 w wiosce Radosnych Domów 乐居村 - zachowało się ich sporo; część została już odnowiona i zmieniona w kawiarnie, piekarnie, restauracje i pensjonaty. Można tu w ładnych okolicznościach przyrody i dawnej yunnańskiej zabudowy spędzić miłe popołudnie. Oczywiście, najchętniej przyjeżdżają tu ludzie łaknący klimatycznych fotek. Sama wioska Radosnych Domów 乐居古村 jest zaś yijską wioską o ponad sześćsetletniej historii; w zasadzie każdy tutejszy budynek jest zabytkiem, nie tylko te wyróżnione jako "stare". 
  • Jest również wielka łąka, po której można się ślizgać 滑草场 - tak jakby narty na trawie. Wstęp na nią nie jest darmowy, a przyrządy do zabawy kosztują 100 yuanów za godzinę - mimo to jest tak oblegana, że na weekendy trzeba się umawiać z wyprzedzeniem, bo inaczej nie uda się skorzystać z tego ogromnego placu zabaw. 
Oprócz tego są tu parki, stawy itd. - dla każdego coś miłego. Szkopuł w tym, że dotrzeć tu komunikacją miejską to mordęga - z centrum zabiera to około dwóch godzin, a w samym powiecie poszczególne atrakcje są tak porozsypywane, że bez jakiegoś środka transportu też niełatwo je obczaić. Dlatego jest to jak na razie rozrywka tylko dla osób zmotoryzowanych. Traf chce, że najlepsza przyjaciółka Tajfuniątka i jej mama mają w jednej z wiosek przyjaciół, mieszane małżeństwo z dzieckiem; są często zapraszane i chętnie tam jeżdżą. A z nimi, na doczepkę, i my. Zamiast jednak zwiedzać czy bawić się na płatnej łące, idziemy na żywioł:
Dzieciakom bardzo się podobało łażenie po drzewach, zabawa w chowanego na łące i grill na dziedzińcu, nad ogniem opalanym drewnem. Czasem mniej znaczy więcej.

2026-05-13

素炒花生芽 Smażone kiełki fistaszkowe

Ostatnio często je widuję na targu. Są dużo konkretniejsze od kiełków mung czy innych, a nawet po obróbce cieplnej są nadal przyjemnie chrupiące. Postanowiłam więc nauczyć się je przyrządzać tak, jak się je przyrządza w yunnańskich knajpach. 

Składniki
  • pęk kiełków fistaszkowych 
  • suszone chilli albo duża słodka papryka 
  • czosnek 
  • sól 
  • ewentualnie: sos sojowy lub ostrygowy 
Wykonanie
  1. Kiełki dokładnie umyć, pozbawić korzonków i pokroić na mniejsze kawałki, łatwe do uchwycenia pałeczkami. 
  2. Chilli i czosnek drobno posiekać; jeśli robicie wersję ze słodką papryką, to pokroić ją w paseczki.
  3. Obsmażyć chilli i czosnek, a gdy zapachną, dodać kiełki. 
  4. Chwilę smażyć, a na koniec dosmaczyć solą i ewentualnie sosem sojowym lub ostrygowym (ja tego nigdy nie robię, ale w restauracjach jest to normalna praktyka).

2026-05-11

云南多依 docynia yunnańska

云南多依 czyli Docynia delavayi - docynia odkryta przez naszego ulubionego misjonarza-botanika Jean Marie Delavay'a. Jest to drzewo należące do rodziny różowatych, tej samej, do której należą też śliwy, jabłonie czy... poziomki. Jej owoce z wyglądu i właściwości najbardziej przypominają pigwowca - jest twarda i kwaśna - dlatego też często do nazwy dodaje się przymiotnik kwaśna: 酸多依. Inna jej nazwa jest zresztą ściśle związana z yunnańską nazwą pigwowca czyli drzewna gua "木瓜" - mówi się na docynię "mały pigwowiec" 小木瓜. Jeszcze jedną często używaną nazwą jest 栘𣐿 yíyī, przy czym warto zauważyć, że jest ona stosowana do wszystkich docynii, a nie tylko yunnańskiej. Ta nasza najczęsciej występuje w Yunnanie, Syczuanie i Guizhou; rośnie często w lasach mieszanych, na wysokości 1000-3000 m.n.p.m. Choć chętnie wyrasta przy strumieniach i w zacienionych dolinach, jest również wyjątkowo wytrzymała na suszę i kiepską, jałową glebę. Najstarsze okazy mają po 400 lat! Oczywiście tak starym drzewom niektóre grupy etniczne przypisują właściwości magiczne, np. Naxi i Bai traktują docynię jak "boskie drzewa" 神树 i bardzo się o nie troszczą. Ostatnimi laty, ze względu na ich wielką urodę podczas jesiennego wybarwiania liści, często wykorzystuje się je jako drzewa ozdobne w yunnańskich parkach. 
W Yunnanie docynia od wieków jest używana w celach medycznych - owoc leczy biegunkę, poprawia trawienie i odrobacza. Kora ma właściwości przeciwzapalne i wywar był stosowany do przemywania ran i robienia okładów. Poza tym jednak zawsze robiono z niej marmoladki (wysoka zawartość pektyn), a także nastawiano ocet i używano jako bazy do napojów - woda przyprawiona plastrem docynii świetnie gasi pragnienie w upalny dzień. Można ją też dodawać do zup, żeby je zakwasić - popularnym daniem kuchni Dai, Wa i Hani jest na przykład rosół z wolnowybiegowych kurczaków lub bażantów z dodatkiem docynii bądź pigwowca. Dopiero jednak w Mojiangu spotkałam się z docynią jadaną na surowo. Nawet dojrzała docynia o żółtej skórce jest mocno kwaśna i twardawa - jak to jeść? Pani z naszego ulubionego mojiańskiego sklepu z owocami przyrządziła więc dla nas pikantną sałatkę z docynii i amli, robioną podobnie do tajskich sałatek z zielonej papai, zielonego mango czy pomelo, tylko zawierającą mniej składników - wystarczyło pokrojone owoce wymieszać z pikantną pastą z wędzonego chilli i poczekać, żeby się przegryzło. Oczywiście w restauracjach znajdziecie raczej tłuczoną wersję prosto z ogromnego moździerza, tak częstą w kuchniach grup etnicznych Dai, Lahu czy Wa: owoce tłucze się ze świeżym chilli, solą, a często również ze świeżymi ziołami i fistaszkami. Jednak łatwo sobie wyobrazić młodzież idącą na cały dzień w góry, by zbierać herbaciane liście - nie nieśli z sobą wielkich moździerzy, a co najwyżej woreczek z solą i kilka chilli w kieszeni, by po prostu umoczyć owoc w soli i zagryźć papryką dla przełamania kwaśnego smaku. Po dziś dzień to tak zresztą wygląda. Och, jakże orzeźwiające są takie owoce!

2026-05-09

dżakarandy

Mało brakowało, a nie załapalibyśmy się na dżakarandowy sezon! Przestaliśmy każdego dnia po odprowadzeniu Tajfuniątka do szkoły spacerować nad Szmaragdowym Jeziorem, a tam przecież rosną moje ulubione dwie dżakarandy, które, wystawione na pełne słońce, dość szybko kwitną. Jakoś nie złożyło się, byśmy wędrowali wzdłuż Rzeki Panlong (Wijącego-Się-Smoka), a na ulicy Targu Nauki to już w ogóle wieki nie byliśmy. Tymczasem Kunming spłatał nam figla, bo w tym roku nie było zimy - Wieczna Wiosna okazała się być prawdziwsza niż kiedykolwiek - i gdy w końcu doszliśmy nad Jezioro, okazało się, że dżakarandy w pełnym rozkwicie! Aaaaaa! Szybko zabrałam ZB i Tajfuniątko na dłuuuuugi spacer nad Panlongiem.
Wieczorem przeszliśmy jeszcze Dżakarandowym Parkiem:
a potem na szybkie zakupy w Pomyślnej Piekarni, w której znów pojawiły się sezonowe łakocie, tym razem kolorystycznie dobrane właśnie do dżakarand. 
Jak zwykle z uwagą obejrzeliśmy dżakarandowe gadżety; tym razem jednak odpuściliśmy. Naszych 40 metrów kwadratowych już nic nie może pomieścić.
Niby nic by się nie stało, gdybym tym razem odpuściła sobie te nieszczęsne dżakarandy. Przecież są i inne kwiaty - kąciciernie też już dają po oczach, ogrody różane olśniewają, przyroda jest nieokiełznana nawet w miejskim więzieniu. Ale... moje pory roku biegną w Kunmingu zgodnie z kwitnieniem, złoceniem liści, porą suchą i deszczową, grzybami, sezonowymi przekąskami i zmianą kołder. Przegapienie zmian mogłoby oznaczać, że Kunming mi spowszedniał. A tego nie mogłabym mu zrobić.