2024-10-01
精忠报国 Wiernie służyć krajowi
2024-09-22
jeden liść zwiastuje jesień 一葉知秋
2022-10-04
Pijana w cieniu kwiatów 醉花阴
Pijana w cieniu kwiatów. Mgła i ciężkie chmury spowijają melancholią długie dni to dzieło songowskiej poetki Li Qingzhao, powstałe w czasach, gdy mąż musiał opuścić rodzinne pielesze. Melancholia i tęsknota zostały tu pokazane w kontekście samotnego obchodzenia święta Podwójnej Dziewiątki.
醉花阴 Pijana w cieniu kwiatów
薄雾浓云愁永昼,
Mgła i ciężkie chmury spowijają melancholią długie dni
瑞脑消金兽。
Kamfora* znikła w kadzielnicy**
佳节又重阳,
Znów nadeszło Święto Podwójnej Dziewiątki
玉枕纱厨,
Przez nefrytową poduszkę*** i moskitierę,
半夜凉初透。
Przedarł się nocny chłód.
东篱把酒黄昏后,
Przy wschodnim płocie**** wznosiłam kielich aż do świtu,
有暗香盈袖。
Subtelna woń***** wypełniła rękawy.
莫道不销魂,
Nie mówcie, że smutek nie wypełnia mej duszy,
帘卷西风,
Gdy zachodni****** wiatr porusza zasłonami,
人比黄花瘦。
A człowiek******* smuklejszy jest od żółtego kwiatu********.
Szczęśliwego Święta Chryzantem!
*tak dokładnie to nie kamfora, a borneol, ale mam niejasne wrażenie, że o ile kamfora jest Europejczykom znana, o tyle borneol nie bardzo...
**dokładnie "metalowa bestia" - jak wiemy, jest jedna bestia, która wyjątkowo lubi zapach dymu - suanni.
***jak wiemy, Chińczycy preferowali poduszki twarde, np. porcelanowe.
****wschodni płot = miejsce sadzenia chryzantem. Ładne odwołanie do wiersza Tao Yuanminga.
*****oczywiście chryzantem.
******czyli jesienny.
*******czyli podmiot liryczny.
********czyli chryzantemy.
2022-07-10
O miłości do lotosu 愛蓮說
| O miłości do lotosu wyryte na głazie w parku nad Stawem Czarnego Smoka w Lijiangu. |
水陸草木之花,可愛者甚蕃;晉陶淵明獨愛菊,自李唐來,世人甚愛牡丹。予獨愛蓮之出淤泥而不染,濯清漣而不妖;中通外直,不蔓不枝;香遠益清,亭亭凈植,可遠觀而不可褻玩焉。
予謂菊,花之隱逸者也;牡丹,花之富貴者也;蓮,花之君子者也。噫!菊之愛,陶後鮮有聞。蓮之愛,同予者何人?牡丹之愛,宜乎眾矣!
W wolnym tłumaczeniu:
Zarówno na wodzie, jak i na lądzie jest wiele roślin godnych miłości. Tao Yuanming z dynastii Jin lubił tylko chryzantemy. Od czasów dynastii Tang ludzie kochają peonie. A ja kocham tylko lotosy, które wyrastają z mułu, ale nie zostają nim splamione, a choć skąpane w czystej wodzie, nie wyglądają uwodzicielsko. Ich łodygi są połączone, dumnie wyprostowane, nie rodzą gałązek, wąsów czy węzłów, ich subtelny zapach niesie się daleko, dając uczucie świeżości. Rosną proste jak pędzel i czyste, można je tylko podziwiać z daleka, nie można jednak się nimi bawić bez respektu.
Sądzę, że chryzantemy są kwietnymi pustelnikami; peonie - arystokracją; lotosy zaś ludźmi szlachetnymi. Ech! Po Tao Yuanmingu rzadko już słyszy się o upodobaniu do chryzantem. Któż kocha lotosy jak ja? Bo przecie peonie kocha wielu.
Zhou Dunyi stworzył O miłości do lotosu w 1071 roku, tuż po tym, jak zbudował u stóp Góry Lu swe miejsce odosobnienia i ucieczki od "towarzystwa". Przed oknami swego gabinetu wykopał solidny dołek, zasadził lotosy i napełnił go wodą, tworząc lotosowy staw, który każdego lata był idealnym miejscem do obserwacji natury i szukania natchnienia. Esej składa się z zaledwie jedenastu nieregularnych wersów, utworzonych ze 119 znaków. Nazwałabym go chętnie poematem, ale Zhou pisał w starożytnym stylu 古文, który odnosił się do subtelnej i pełnej elegancji prozy z czasów dynastii Han, która w owych czasach była synonimem obycia, wysokiej kultury i wykształcenia.
Na pierwszy rzut oka wiersz (no, po prostu jest dla mnie tak wierszowaty, że patrzę przez palce na nieregularność wersów i brak rymów) to po prostu oda do kwitnących kwiatów z ogrodu Zhou, jednak jednocześnie jest kwintesencją jego filozofii, która w innych dziełach zaprezentowana została bardziej dosadnie. Lotos uosabia harmonię, do której winniśmy dążyć, jest dżentelmenem - osobą szlachetną - między kwiatami, a nie pięknością na pokaz, jak choćby peonia. W ten subtelny sposób Zhou łączy ideały taoistyczne (harmonia), konfucjańskie (君子 - osoba szlachetna) oraz buddyjskie (cała skomplikowana symbolika lotosu, który, choć wyrasta z błota, zawsze pozostaje czysty). Prawdziwy mędrzec nie trzyma się kurczowo jednej idei; dopiero synkretyzm religijny - a nawet religijno-filozoficzny - pozwala na zdobycie prawdziwej mądrości.
PS. Tak, lotosy nad Szmaragdowym Jeziorem już zakwitły!
2022-01-26
Czczenie Kuchennego Boga
2020-12-10
chang 倀
Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, kirgiski.pl oraz enesaj.pl czyli w ramach Unii Azjatyckiej.
Chang 倀 [伥] chāng lub wręcz demon-chang 倀鬼 [伥鬼] chāngguǐ - to stworzenie wywodzące się ze starożytnych chińskich legend. Pojawił się między innymi w Obszernych Zapiskach z epoki Taiping 太平广记 powstałych za czasów dynastii Song oraz w dziełach mingowskich. Wieść gminna niesie, że jeśli kogoś zjadł tygrys, osoba taka zmieniała się w changa, czyli ducha pod postacią tygrysa, który pomaga temu pierwszemu tygrysowi polować na kolejnych ludzi. Stąd wywodzi się przysłowie:
- 為虎作倀 [为虎作伥] wèihǔzuòchāng - pomagać złoczyńcy w występkach czyli być changiem dla tygrysa.
Istnieje również powiedzonko:
- 狼無狽不行,虎無倀不噬 [狼无狈不行, 虎无伥不噬] lángwúbèibùxíng, hǔwúchāngbùshì - wilk bez beja* nie da rady, tygrys bez changa nie pożre. Czyli: gdyby źli nie otrzymywali wsparcia, nie daliby rady nikogo skrzywdzić.
Samo słowo chang zrobiło karierę w kantońskim, gdzie "倀雞" czyli "duchotygrysia kur(w)a**" to hałaśliwa, jędzowata idiotka. Kantończycy mówią, że ma postać kury, ale charakter changa. Ponoć tak mawiał o kobietach już cesarz Liu Chang, największy lubieżnik Południowego Han, który w dodatku miał gust do dziewcząt z Zachodu (ciekawe, czy to tylko zbieg okoliczności, czy jakiś bardziej dogłębny związek...).
Tutaj poczytacie o demonicznym kocie z Japonii, tutaj o tygrysach w eposie Manas, a tutaj o tygrysich ciekawostkach Jakucji.
* o beju opowiemy sobie innym razem, dobrze?
** tak, kura to niestety również eufemizm stosowany względem pań negocjowalnego afektu. Trzeba uważać...
2020-07-31
lotosowy szpic
2020-05-29
pawilon nad wodą 近水樓臺
Za czasów dynastii Song jednym z ważnych urzędników dzisiejszego Hangzhou był słynny Fan Zhongyan. Pełnił rolę zbliżoną do ministra edukacji - chciał reformować szkolnictwo. Oprócz tego znany był z tego, że pomagał młodym intelektualistom czy wojskowym. Niestety, jako człowiek bardzo zapracowany i wysoko stojący, zajmował się głównie tymi podwładnymi, których miał "w zasięgu wzroku"; jeśli ktoś nie mieszkał na stałe w Hangzhou, to nie mógł liczyć na pomoc. Tak właśnie było w przypadku Su Lina, który był mądry, pracowity i rzetelny, ale na całe nieszczęście patrolował tereny poza Hangzhou. Pewnego dnia nadarzyła się jednak okazja - Su Lin otrzymał rozkaz, by wrócić do Hangzhou i pokazać się Fan Zhongyanowi. Uradowany Su Lin starannie się przygotował do spotkania. Gdy stawił się przed obliczem przełożonego, odkrył, że Fan Zhongyan jest gościnnym, skromnym, miłym w obejściu i łatwo nawiązującym kontakty człowiekiem. Gdy załatwili sprawy urzędowe, Su Lin podał Fan Zhongyanowi napisany zawczasu wiersz:近水楼台先得月,Blask księżyca wprzódy opromienia pawilon stojący nad wodą,向阳花木易逢春Wiosna najpierw rozkwita na drzewach, które rosną w słońcu.Fan Zhongyan kapnął się, że Su Lin mówi nie tylko o okolicznościach przyrody, ale i o własnej sytuacji. Wypytawszy młodzieńca o jego poglądy i marzenia, nie tylko pomógł mu je spełnić, ale też przy okazji awansował chłopaka.
Tutaj poczytacie o załatwianiu spraw na boku w Japonii.
2019-12-02
sos sojowy
Z przyjemnością idziemy po sos sojowy
W '40-'50-tych latach XX wieku w Kunmingu była popularna dziecięca przyśpiewka - idź po swój jasny sos, idź do swojego nieba. Znaczyło to "mam w nosie to, co robisz". Starzy Kunmińczycy nazywali sos sojowy jasnym sosem, ponieważ, choć w Chinach sos sojowy jest znany od czasów dynastii Song, to jednak w odseparowanym od reszty Chin wysokimi górami Kunmingu nigdy nie było słonego sosu sojowego. W czasie gotowania często zamiast sosu sojowego używało się sosu mącznego zmieszanego z wodą. Dopiero w 1932 roku pewien Zhejiangczyk przybył do Kunmingu i zaczął wyrabiać i sprzedawać słony sos sojowy, a kunmińczycy od razu pokochali ten "jasny sos". W 1936 roku w Kunmingu było już pięć zakładów produkujących sos sojowy.Zanim pojawił się słony sos sojowy, w Kunmingu był słodki sos sojowy, uwarzony z soi, brązowego cukru, cukru maltozowego, soli, przypraw i drożdży; bardzo smaczny i aromatyczny. Pisarz i smakosz Wang Zengqi mawiał, że smak kunmińskiego słodkiego sosu sojowego znany jest tylko tutaj, poza prowincją próżno go szukać. W tradycyjnych yunnańskich przepisach dużo potraw i kunmińskich przekąsek wymaga dodania słodkiego sosu sojowego - na przykład sławne kluski przechodzące przez most.Jest w Kunmingu jedna słynna knajpka [a właściwie sieć knajpek - przyp. tłum.] sprzedająca misieny z miękkim tofu; ponoć codziennie rano właścicielka każe pracownikom zanieść słony i słodki sos sojowy wraz z innymi przyprawami do sekretnego pokoju. Gdy wszyscy opuszczą pomieszczenie, zamyka ona szczelnie drzwi i okna, a potem własnoręcznie miesza przyprawy, by następnie gotowe mieszanki wiadrami przesyłać do innych knajpek tej sieci. Misieny z jej knajpy właśnie dlatego są tak smaczne, że właścicielka ma tak niezwykłą umiejętność [przyprawiania].Po dziś dzień najlepsze sosy sojowe w Kunmingu to sos sojowy Tuodong 拓东酱油 oraz sos sojowy Sanjian 三监酱油, nazwy obu sosów są bardzo interesujące. Sos sojowy Tuodong nazywa się tak dlatego, że zakład, który go produkuje, znajduje się przy ulicy Tuodong w Kunmingu, choć etykietka głosi, że ten sos sojowy nazywa się tak naprawdę Kunfu 昆福牌**. Sos sojowy Sanjian [dosł. trzecie więzienie] był w przeszłości produktem wytwarzanym w zakładzie produkcyjnym trzeciego więzienia [w Kunmingu].Bardzo długi okres sos sojowy w Kunmingu sprzedawano na wagę, a chodzeniem poń zajmowały się dzieciaki. Kunmińczycy nazywali nawet dzieciaki "mały jasny sos" 小清酱."Małe jasne sosy", trzymając butelki o różnym kształcie, szły do sklepików z kiszonkami 咸菜铺 i napełniały butelki słonym sosem sojowym z wielkich kadzi, dwadzieścia groszy za chochelkę, a grosz czy dwa, które dostały "za drogę" od dorosłych, kupowały odrobinę kiszonek czy lufu, które się jadło w drodze, przy pomocy "pałeczek" z zapałek. Chodzenie po sos sojowy było tak przyjemne!

![]() |
| Kunhu 昆湖牌 jak na dłoni. |
Po cóż kupować na wagę, skoro można iść do sklepu i kupić w butelce, albo i w folii?
2017-04-02
24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XXIV
Urodził się w bogatej rodzinie, mieszkającej na południe od Jangcy. Jego pra-pra-pradziadek ufundował wspaniałą bibliotekę i system edukacyjny w regionie. W zasadzie wszyscy mężczyźni w tej rodzinie zostawali cesarskimi urzędnikami. Również kobiety w tej rodzinie były wyjątkowo utalentowane: matka Tingjiana była znakomitą kaligrafką (specjalizowała się w bambusach) i cytrzystką (grała na guqinie). Również ojciec chłopca był dobrze wykształcony; niestety odumarł Tingjiana, gdy ten miał zaledwie 13 lat. Chłopiec został wówczas wysłany po nauki do Anhui do wuja, również wielkiego erudyty.
Wuj Tingjina postanowił, że skoro już zatroszczył się o ryż powszedni siostrzeńca, teraz czas na zadbanie o jego sławę. To on pokazał Su Shi dziełka młodego mężczyzny. Wymienili się listami z poezją i tak została zadzierzgnięta dozgonna przyjaźń.
2017-03-26
24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XXIII
2016-03-31
jednonitkowy makaron 一根麵
Oczywiście Disney zgapił to od Chińczyków.
Małe miasteczko przy Strumieniu Żółtego Smoka poszczycić się może nie tylko wielowiekową historią, pięknym krajobrazem i śliczną architekturą, ale i stworzeniem - ponoć już za Songów! - "makaronu długowieczności", który charakteryzuje się tym, że w jednej miseczce dostajemy tylko jedną nitkę makaronu. Nitkę? Nitę! Wyobraźcie sobie sami: dostajecie miseczkę pełną makaronu, a cały ten makaron to jest jedna nitka!...
Oczywiście, dawnymi czasy takiego makaronu nie jadało się codziennie, a wytwarzało na specjalne okazje. Na przykład z okazji urodzin podawano taki makaron z jajkami. Makaron to jedynka, jajka to zera - ile jajek solenizant dostał, tyleset/tysięcy/dziesiątek tysięcy lat mu życzono.
Miseczkę takiego makaronu dostawali też nowożeńcy. Mieli go po disneyowsku spożywać zaczynając od dwóch przeciwnych koniuszków...
Makaron taki przygotowywano też z okazji ważnych świąt, wybycia dziecka w świat - no, każda okazja była dobra. Latem spożywano go na zimno, zimą - na gorąco. Mógł być podany prawie bez dodatków albo z bardzo bogatą "czapeczką". Czapeczka w Syczuanie nie nazywa się czapeczką, a shaozi 绍子, tak na marginesie ;)
Najważniejszy bowiem był sam makaron. A wytworzenie go to spore wyzwanie! Niby wszystko się zgadza: mamy mąkę pszenną, odrobinę soli i gorącą wodę. Wyrabiamy ciasto godzinę, dajemy mu odpocząć pół godzinki i... znów wyrabiamy. I odpoczywamy. I wyrabiamy. I tak siedem-osiem razy. Wtedy możemy zacząć wałkować. Z kawałka ciasta grubości ramienia musimy - nie dzieląc przecież tego ciasta na mniejsze kawałki! - rozwałkować do grubości zwykłego makaronu, zwijając go przy okazji w "ptasie gniazdo". Takie gniazdo makaronowe przykrywamy następnie wilgotną ściereczką i znów dajemy makaronowi odpocząć, tym razem aż cztery godziny. Po tym czasie makaron można wreszcie ugotować. Jak jednak włożyć zwiniętą w gniazdko nitkę makaronu do wrzątku, żeby się nam wszystko nie posklejało? Och, to jest chyba moja ulubiona część tego przedstawienia:
Smak? No, makaronowy. Nie jestem znawczynią. Ale wykonanie tego makaronu, precyzja kucharza i cała ta otoczka - bardzo, bardzo mi się spodobały!
2016-03-30
Smoczoocze ciasteczka 龍眼酥
No dobra. To żadna prawda objawiona, to tylko moja idée fixe, że ludzie są szczęśliwi tylko, jeśli jedzą pyszności. A do niewątpliwych pyszności trzeba zaliczyć smoczoocze ciasteczka, czyli właśnie przekąskę z Meishan. Są to takie niby francuskie ciastka, utoczone na kształt... no, smoczego oka. Okrągłe znaczy. I duże, większe niż ludzkie. Czasem ze źrenicą z kandyzowanej wisienki... Chrupiące, aromatyczne, pyszne! W dodatku faktycznie powstały za czasów dynastii Song, czyli Su Shi teoretycznie mógł się nimi obżerać. Ja bym się obżerała - pyszność sporządzona z mąki, pasty sezamowej, smalcu i cukru jest wprost uzależniająca. Jeśli kiedyś odwiedzicie Syczuan - jest to przekąska, którą trzeba zjeść. Oczywiście - najlepiej w Meishan, ale my natknęliśmy się na smoczoocze ciasteczka w miasteczku przy Strumieniu Żółtego Smoka.
2015-09-20
Zwyczajność jest drogą 平常是道
2015-09-17
有本事 zdolniacha
Jakoś w okolicach dynastii Song zaczęto słowa używać na określenie jakiejś zdolności czy umiejętności, wyróżniającej z tłumu. Jeśli ktoś potrafił świetnie śpiewać albo lepić garnki - miał tę swoją běnshi.
Współczesne znaczenie słowa wywodzi się właśnie z tego źródła, ale zmieniło znaczenie. Choć słownikowo będzie się tłumaczyć właśnie na zdolność czy umiejętność, gdy używane jest w kontekście znalezienia "amerykańskiej" żony, jakoś nie brzmi. No bo jaką wyjątkową zdolność czy umiejętność mieć trzeba, żeby takową znaleźć?
Dzisiejsze běnshi może być związane z umiejętnością radzenia sobie w społeczeństwie, z pozycją, której się człowiek umiał dochrapać, z pieniędzmi, które zdołał zarobić. Można by je przetłumaczyć jako "zaradność", ale znów: co ma zaradność do białej żony?
I tak wracamy nie do samej zdolności, a raczej - wyjątkowości. Trzeba być niezwykłym, by zdołać przygruchać sobie zagramaniczną żonę. "Ale z Ciebie zdolniacha!" zawsze wypowiedziane jest z podziwem, czasem nawet z nutką zazdrości.
“Co on takiego ma w sobie, czego ja nie mam? Wcale nie wygląda, jakby zasługiwał na białą żonę. Musi być dobry w te klocki/musi mieć dużo pieniędzy/musi świetnie mówić po angielsku..." - w głowie każdego Chińczyka ta tajemnicza běnshi, którą posiada mój mąż, jest czymś innym.
Pewnie żadnemu z nich nie wpada do głowy, że główną běnshi ZB jest jego dobroć, miłość i troska, które mi okazuje na setki różnych sposobów...
A jakie běnshi mają Wasi towarzysze/towarzyszki życia?
2014-09-16
Ten Obcy
Mongołowie podbili Chiny i uporządkowali ludność, dzieląc ją na cztery klasy/kasty. Najwyżej byli oczywiście Mongołowie, którzy wszystkimi rządzili. Później byli Semu 色目, o których będzie dzisiejszy wpis. Na trzecim miejscu - Hanowie, czyli dzisiejsi "etniczni Chińczycy". Na ostatnim - również Chińczycy etniczni, ale z terenów, które należały wcześniej do Songów - czyli z Chin Południowych. Nazywano ich więc (południowymi) barbarzyńcami - Manzi 蠻子. Już po samym tym podziale widać, kogo musiała pomieścić kasta Semu: wszystkich, którzy nie byli Mongołami czy Hanami. Czyli byli to wszyscy możliwi "obcy". Biorąc pod uwagę, że kasty zostały uporządkowane od "najlepszej" do "najgorszej", widać wyraźnie, że obcy mieli wyższą od Chińczyków pozycję (Mongołowie bali się dopuścić etnicznych Chińczyków do jakiejkolwiek władzy) - co miało m.in. konsekwencje prawne. Kim jednak faktycznie byli Semu? Byli 各色名目 - czyli "wszystkim innym", różnymi różnościami. Byli między nimi Arabowie, Alanowie (Sarmaci), Asyryjczycy, Ujgurzy, Tanguci, Tybetańczycy, Rosjanie, Persowie, Turcy i Karachanidzi; część zamieszkiwała tereny ówczesnego Imperium Mongolskiego od dawna, część handlowała, a część została przez Mongołów nakłoniona do przeprowadzki właśnie w tym okresie. Podejrzewam, że generalnie wrzucano do tego worka wszystkich imigrantów - a było ich podobno nawet ponad 30 typów! Nawet jeśli kilka z nich to ci sami ludzie podwójnie zaklasyfikowani, i tak było ich dużo. Powstała kasta nie zintegrowała ich - identyfikowali się nadal głównie z własną grupą etniczną. Klasyfikacja służyła wówczas raczej celom administracyjnym. Pozwalała obcym poczuć się lepiej niż Chińczykom - obcy mogli startować do wysokich stanowisk, nosić broń... W związku ze zdecydowaną przewagą muzułmanów (choć wśród Semu byli też chrześcijanie czy żydzi!) często błędnie wrzucano ich do jednego worka, nazywając Huihui. Faktycznie, najsłynniejsi Semu byli muzułmanami, aczkolwiek ciekawa jestem, jak sobie w owych czasach radziło ich muzułmańskie sumienie. Wysoką pozycję społeczną mogli bowiem uzyskać tylko jeśli przestrzegali reguł - a te wymagały przyjęcia choć części mongolskich zwyczajów. Na przykład: zabroniona była rytualna rzeź zwierząt (oczywiście, nadal się odbywała - zarzynali owce z dala od mongolskich oczu) i narzucana kuchnia mongolska. Zabraniano również obrzezania, a obywatele musieli respektować prawo mongolskie, a nie szariat. Biedni, uciśnieni muzułmanie, stwierdzili, że nie podoba im się służba Mongołom i dołączyli do trupy późniejszego pierwszego cesarza dynastii Ming. Ciekawe, że innych obcych zmuszano do zjednoczenia się z muzułmanami - byli do tego zmuszani zarówno chrześcijanie, jak i żydzi* - a im się i tak nie podobało. Wszczynali rebelie, spiskowali - a przecież i tak mieli lepiej niż etniczni Chińczycy... Inna rzecz, że część z nich zasymilowała się z chińskim społeczeństwem - pozdawali egzaminy cesarskie, przyswoili zasady konfucjańskie i reguły ówczesnej poezji. Kiedyś może pokuszę się o przetłumaczenie jakiegoś wiersza mojego ulubionego poety tamtych czasów - Guan Yunshi, muzułmanina tureckiego pochodzenia, który nie chciał robić kariery :)
Inna rzecz, że choć próbowano ich pilnować i zmieniać - te wszystkie restrykcje nakładane na muzułmanów, a za czasów dynastii Ming nawet konieczność zawierania związków małżeńskich z etnicznymi Chińczykami - w zasadzie nie zniszczyły ich poczucia odrębności i zupełnie niechińskiej tożsamości. Ba! Ci, którzy hajtali się z Chinkami/Chińczykami oczywiście konwertowali ich na islam, więc populacja muzułmanów w Chinach rosła nieprawdopodobnie szybko; teoretycznie chińska krew rozrzedzała mocno tę perską, turecką czy ujgurską, ale nawet dzisiejsi Huiowie mówiąc o swych przodkach, wspominają właśnie Semu, chińskie dziedzictwo pomijając niezręcznym milczeniem.
W związku z tym pomieszaniem i poplątaniem etniczno-kastowym, gdy upadła dynastia mongolska, zapomniano o Semu, a obcych - skoro byli głównie muzułmanami - zaczęto nazywać Hui. Część z nich nie została zresztą w Chinach - zaczęli emigrować przez Yunnan do Birmy czy Tajlandii; zawsze mieli zmysł kupiecki. Ci yunnańscy huiowe byli tam nazywani Panthay. Sami Yunnańczycy oczywiście tego określenia nie używają - przecież jest to słowo birmańskie. Przed tymi, którzy zostali, otwarte były wszelkie ścieżki kariery - zostawali urzędnikami, otaczał się nimi cesarz, który pozwolił im wrócić do dawnych zwyczajów kulinarno-religijnych. Muzułmanie stopniowo rośli w siłę, a inni Semu - albo zostali skonwertowani, albo stopniowo powymierali. Maleńkie zachowane społeczności typu żydzi z Kaifengu są raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę.
Do Yunnanu obcy przybyli w trzech partiach - jako Fanke 番客, czyli goście z zagranicy - najczęściej handlarze i podróżnicy czasów tangowskich i songowskich, jako Semu za czasów mongolskich i oczywiście później. Poosiedlali się w całym Yunnanie - i choć dzisiaj etniczni Chińczycy stanowią zdecydowaną większość ludności Yunnanu, a muzułmanów jest zaledwie parę procent, to istnieje ładnych parę miast, w których stanowią większość; są też miasta, którymi w ogóle muzułmanie rządzą - jak choćby Jinning, Weishan czy Xundian. Wymieszali się z miejscowymi, oczywiście ich przy okazji nawracając. Nie tylko z Chińczykami; na celowniku znaleźli się też Baiowie, Daiowie, Yi... O innych "obcych" już dawno wszyscy zapomnieli.
Zafascynowała mnie historia tych obcych, pewnie dlatego, że sama jestem obca. Może też trochę dlatego, że miałam okazję poznać wielu tutejszych muzułmanów, głównie tych... hmmm... nieortodoksyjnych. Mówią o sobie przede wszystkim jako o Huiach, a dopiero potem jako o Yunnańczykach; na samym końcu wspominają, że tak, owszem, w zasadzie są Chińczykami, ale innymi od tych prawdziwych Chińczyków. I mówią tak, siedząc przy jednym stole z niemuzułmanami (a nie powinni), pijąc alkohol (jeszcze bardziej nie powinni), a kobiety nie zakrywają sobie głów (skandal!), które w dodatku są ufarbowane. Kiedy się z nimi spotykamy, nie zamawiamy wieprzowiny. Oni zaś jedzą z nami niehalalowo zarżnięte kurczaki, odziani w jedwabie i złote ozdoby. Choć więc ważne jest dla nich poczucie odrębności, choć czują się lepsi od Chińczyków Han (owszem!) - jestem ciekawa, na czym opierają swoją islamską tożsamość. Czyżby na tym, na czym wielu Polaków opiera swój katolicyzm - na tradycji i przyzwyczajeniu, nie mających specjalnego przełożenia na życie?
*nie wszystkich zdołano zmusić, mówię tylko o tendencji.
2014-07-31
Zheng Chunhui 鄭春輝
Piękne, prawda? I oryginał, i wersja rzeźbiona...
A dla Was wybaidziłam kilka fotek artysty przy pracy i fragmentów jego dzieł:
2014-06-18
善良 dobre serce
O samym zaś przysłowiu krążą dwie historie, jedna bajkowa, jedna konfucjańska. Przytoczę obie:
Za czasów dynastii Song, w dystrykcie Chen (okolice dzisiejszego miasta Zhoukou), kilka lat z rzędu bogowie zsyłali na ludność rozmaite klęski żywiołowe. Gdy dwór cesarski rozkazał dwóm urzędnikom: Liu Dezhong i Yang Jinwu otworzyć spichlerze i wyprzedać zboże, te dwa obwiesie wykorzystały swą pozycję i sprzedawały zboże po mocno zawyżonych cenach. Jakby tego im było mało, dosypywali do zboża piach, a także używali oszukanych miarek i wag - wszystko, byle się tylko więcej nachapać. To oni zostali przez ludność nazwani krzywymi belkami i do dziś są symbolem skorumpowanych urzędników, przez których źle się dzieje w państwie chińskim.
Starsza jest jednak opowieść konfucjańska - o uczniu, żyjącym w Okresie Wiosen i Jesieni Li Kangzi. Spytał on, jak uzdrowić władze. Konfucjusz powiedział, że władza i rządy (政) wywodzą się ze słowa 正 - właściwy, poprawny. Jeśli więc ci o góry zachowują się właściwie, któż śmiałby zachowywać się inaczej niż oni?
Od czasów Konfucjusza minęło dwa i pół tysiąca lat. Straszna szkoda, że z tej nauki nic nie wynieśli...
2011-08-06
黑龍潭 Staw Czarnego Smoka
Wszędzie szerzysz głód,
Gdybym cię dorwał,
obdarłbym ze skóry!
Staw Czarnego Smoka part II


















