Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynastia Song 宋朝. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynastia Song 宋朝. Pokaż wszystkie posty

2024-10-01

精忠报国 Wiernie służyć krajowi

精忠报国 jīng zhōng bào guó - dosłownie: z wielką lojalnością i poświęceniem służyć krajowi to przysłowie wywodzące się bezpośrednio z chińskiej historii, a dokładniej - z przygód sławnego generała Yue Fei 岳飞. Za czasów dynastii Song, a dokładniej w 1103 roku w pewnej rolniczej rodzinie w prowincji Hebei urodził się syn. Nic niezwykłego, jednak podczas jego narodzin nad dachem domu przeleciał wielki ptak podobny łabędziowi. Ojciec uznał to za znak i nadał chłopakowi imię Fei, co znaczy Latać, a w imieniu grzecznościowym pojawił się nawet legendarny ptak Peng! Szybko okazało się, że chłopiec jest absolutnie wyjątkowy - silny, pracowity, dobrze wychowany, zawsze grzeczny, chętniej słucha niż miele ozorem; wszyscy nauczyciele zawsze twierdzili, że jest niezrównany, tak na ciele, jak i na umyśle. Gdy mając lat dwadzieścia został wcielony do armii, szybko pokazał swe rozliczne talenty. Stało się wszakże tak, że tego samego roku odumarł go ojciec, a Yue Feia serce rozdarte było między powinnością synowską wobec matki, a powinnością obywatelską wobec państwa najeżdżanego przez Dżurdżenów. Jego matka jednak, światła patriotka, wytatuowała mu na plecach zdanie o wiernej służbie krajowi*, rozwiązując tym samym jego dylemat: za matczynym przyzwoleniem ruszył więc Yue Fei do boju. Odtąd Yue Fei stał się symbolem patriotyzmu i poświęcenia. 
Pierwszą "hagiografię" naszego bohatera napisał jego wnuk sześćdziesiąt lat po przedwczesnej śmierci Yue Feia. Mówię "hagiografię" zamiast "biografię" nie tylko dlatego, że zmarł śmiercią męczeńską, ale i dlatego, że dziś historycy podają w wątpliwość rozmaite opisane w niej wydarzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że w chińskich sercach podziw dla tego bohatera spowodował, że jest on chętnie pokazywany w popkulturze. Powstała o nim niezliczona ilość książek, seriali, filmów, gier itd. Ma również własną świątynię. Kiedyś na pewno wszystkie nadrobię, a tymczasem w ramach prezentu mam dla Was piosenkę z jednego z seriali i pierwszy odcinek. 
Piosenka z serialu o Yue Fei:
 
Pierwszy odcinek serialu:  
*pierwotnie zdanie różniło się od współczesnej wersji jednym znakiem, co jednak nie wpływa na sens: 盡忠報國 [尽忠报国] jìnzhōngbàoguó.

2024-09-22

jeden liść zwiastuje jesień 一葉知秋

一葉知秋 [一叶知秋] yīyèzhīqiū - dosłownie: [po] jednym liściu wiesz [że jest] jesień
To wyrażenie używane, by powiedzieć, że nawet drobnostka może zwiastować przyszłe wydarzenia. Jedna jaskółka jednak czyni wiosnę, a po pierwszy pożółkłym, opadłym liściu wiemy już, że nastała jesień. Jednym z najsłynniejszych dzieł, w których to swierdzenie się znalazło, jest Suishi Guangji, XIII-XIV-wieczna encyklopedia autorstwa Chena Yuanjing. Cytuje on tam songowski dwuwiersz autorstwa Tang Genga: 
山僧不解数甲子, 
一叶落知天下秋。 
Mnisi w górach nie liczą miesięcy ni lat 
A po jednym opadłym liściu wiedzą, że nadchodzi jesień. 
Czyli: obserwacja jest najlepszą metodą uzyskania informacji. Pozwala też na zrozumienie trendów, nie tylko pojedynczych wydarzeń, a co za tym idzie - na wysnucie właściwych wniosków na podstawie drobiazgu. Dla mniej poetycko nastawionych osób istnieje również bardziej dosłowna wersja przysłowia: 
見微知著 [见微知著] jiànwēizhīzhù - zobaczywszy drobiazg, wiemy. 
A na przypadającą dziś równonoc jesienną mam dla Was zwiastowanie jesieni jednym liściem na guzheng:
 

2022-10-04

Pijana w cieniu kwiatów 醉花阴

Dziś kolejne Święto Chryzantem, więc i czas na odrobinę chryzantemowej poezji:

Pijana w cieniu kwiatów. Mgła i ciężkie chmury spowijają melancholią długie dni to dzieło songowskiej poetki Li Qingzhao, powstałe w czasach, gdy mąż musiał opuścić rodzinne pielesze. Melancholia i tęsknota zostały tu pokazane w kontekście samotnego obchodzenia święta Podwójnej Dziewiątki. 

醉花阴 Pijana w cieniu kwiatów 

薄雾浓云愁永昼, 

Mgła i ciężkie chmury spowijają melancholią długie dni 

瑞脑消金兽。 

Kamfora* znikła w kadzielnicy** 

佳节又重阳, 

Znów nadeszło Święto Podwójnej Dziewiątki 

玉枕纱厨, 

Przez nefrytową poduszkę*** i moskitierę, 

半夜凉初透。 

Przedarł się nocny chłód. 

东篱把酒黄昏后, 

Przy wschodnim płocie**** wznosiłam kielich aż do świtu, 

有暗香盈袖。 

Subtelna woń***** wypełniła rękawy. 

莫道不销魂, 

Nie mówcie, że smutek nie wypełnia mej duszy, 

帘卷西风, 

Gdy zachodni****** wiatr porusza zasłonami, 

人比黄花瘦。 

A człowiek******* smuklejszy jest od żółtego kwiatu********. 

Szczęśliwego Święta Chryzantem!

*tak dokładnie to nie kamfora, a borneol, ale mam niejasne wrażenie, że o ile kamfora jest Europejczykom znana, o tyle borneol nie bardzo... 

**dokładnie "metalowa bestia" - jak wiemy, jest jedna bestia, która wyjątkowo lubi zapach dymu - suanni

***jak wiemy, Chińczycy preferowali poduszki twarde, np. porcelanowe

****wschodni płot = miejsce sadzenia chryzantem. Ładne odwołanie do wiersza Tao Yuanminga. 

*****oczywiście chryzantem. 

******czyli jesienny. 

*******czyli podmiot liryczny. 

********czyli chryzantemy.

2022-07-10

O miłości do lotosu 愛蓮說

O miłości do lotosu wyryte na głazie w parku nad Stawem Czarnego Smoka w Lijiangu.

水陸草木之花,可愛者甚蕃;晉陶淵明獨愛菊,自李唐來,世人甚愛牡丹。予獨愛蓮之出淤泥而不染,濯清漣而不妖;中通外直,不蔓不枝;香遠益清,亭亭凈植,可遠觀而不可褻玩焉。

予謂菊,花之隱逸者也;牡丹,花之富貴者也;蓮,花之君子者也。噫!菊之愛,陶後鮮有聞。蓮之愛,同予者何人?牡丹之愛,宜乎眾矣! 

W wolnym tłumaczeniu: 

Zarówno na wodzie, jak i na lądzie jest wiele roślin godnych miłości. Tao Yuanming z dynastii Jin lubił tylko chryzantemy. Od czasów dynastii Tang ludzie kochają peonie. A ja kocham tylko lotosy, które wyrastają z mułu, ale nie zostają nim splamione, a choć skąpane w czystej wodzie, nie wyglądają uwodzicielsko. Ich łodygi są połączone, dumnie wyprostowane, nie rodzą gałązek, wąsów czy węzłów, ich subtelny zapach niesie się daleko, dając uczucie świeżości. Rosną proste jak pędzel i czyste, można je tylko podziwiać z daleka, nie można jednak się nimi bawić bez respektu. 

Sądzę, że chryzantemy są kwietnymi pustelnikami; peonie - arystokracją; lotosy zaś ludźmi szlachetnymi. Ech! Po Tao Yuanmingu rzadko już słyszy się o upodobaniu do chryzantem. Któż kocha lotosy jak ja? Bo przecie peonie kocha wielu. 

Zhou Dunyi stworzył O miłości do lotosu w 1071 roku, tuż po tym, jak zbudował u stóp Góry Lu swe miejsce odosobnienia i ucieczki od "towarzystwa". Przed oknami swego gabinetu wykopał solidny dołek, zasadził lotosy i napełnił go wodą, tworząc lotosowy staw, który każdego lata był idealnym miejscem do obserwacji natury i szukania natchnienia. Esej składa się z zaledwie jedenastu nieregularnych wersów, utworzonych ze 119 znaków. Nazwałabym go chętnie poematem, ale Zhou pisał w starożytnym stylu 古文, który odnosił się do subtelnej i pełnej elegancji prozy z czasów dynastii Han, która w owych czasach była synonimem obycia, wysokiej kultury i wykształcenia. 

Na pierwszy rzut oka wiersz (no, po prostu jest dla mnie tak wierszowaty, że patrzę przez palce na nieregularność wersów i brak rymów) to po prostu oda do kwitnących kwiatów z ogrodu Zhou, jednak jednocześnie jest kwintesencją jego filozofii, która w innych dziełach zaprezentowana została bardziej dosadnie. Lotos uosabia harmonię, do której winniśmy dążyć, jest dżentelmenem - osobą szlachetną - między kwiatami, a nie pięknością na pokaz, jak choćby peonia. W ten subtelny sposób Zhou łączy ideały taoistyczne (harmonia), konfucjańskie (君子 - osoba szlachetna) oraz buddyjskie (cała skomplikowana symbolika lotosu, który, choć wyrasta z błota, zawsze pozostaje czysty). Prawdziwy mędrzec nie trzyma się kurczowo jednej idei; dopiero synkretyzm religijny - a nawet religijno-filozoficzny - pozwala na zdobycie prawdziwej mądrości. 

PS. Tak, lotosy nad Szmaragdowym Jeziorem już zakwitły!

2022-01-26

Czczenie Kuchennego Boga

Zbliża się Rok Tygrysa. Nadszedł tzw. "Mały Rok" związany z "noworocznym zabieganiem". Dziś, dwudziestego czwartego dnia miesiąca la, błagamy Boga Kuchni o wstawiennictwo. O tym, jak należy to czynić, wierszem opowiedział m.in. Fan Chengda 范成大 z czasów dynastii Song, poeta i bloger podróżniczy podróżnik, który cudnie opisywał swe podróże..
 
Pieśń o ofierze dla Kuchennego Boga 祭灶词
 
古傅腊月二十四,
Dawni uczą, by dwudziestego czwartego miesiąca la
灶君朝天欲言事。
Kuchenny Bóg wstępuje na niebiosa, by przedstawić sprawy w czasie audiencji. 
云车风马小留连,
Ociąga się w swym niebiańskim rydwanie*
家有杯盘丰典祀。
W domowych czarkach i na talerzach przygotowana jest obfita libacja.
猪头烂热双鱼鲜,
Gorąca i miękka głowizna wieprzowa i świeże dwie ryby,
豆沙甘松粉饵团。
Słodkości: słodka pasta z czerwonej fasoli, pierzga sosnowa** i ciasteczka
男儿酌献女儿避,
Synowie wznoszą toasty do bóstwa, a córki uciekają
酹酒烧钱灶君喜。
Ku uciesze Kuchennego Boga zraszają winem ziemię i palą pieniądze.
婢子斗争君莫闻,
Bóg nie widzi kłótni służących,
猫犬角秽君莫嗔;
Nie drażni go brudna walka kotów z psami;
送君醉饱登天门,
Wysyłamy boga nażartego i pijanego do wrót niebios
杓长杓短勿复云,
Ani długa, ani krótka chochla niczego już nie zmienią,
乞取利市归来分。
Będzie błagać o pieniądze, by podzielić je, gdy wróci.
 
*云车风马 - dosłownie: rydwan z chmur, koń z wiatru
**w zasadzie napisany jest sam "pyłek sosnowy", ale po dokładnym sprawdzeniu stwierdziłam, że jednak nie sam pyłek, a pierzga albo obnóże.

Pamiętajcie jednak, że 男不拜月,女不祭灶 - mężczyźni nie czczą księżyca (czyli ceremonie ofiarne podczas Święta Środka Jesieni czy Święta Latarni zostawiamy kobietom), a kobiety nie składają ofiary Bogu Kuchni. Jeśli więc chcecie, by bóg kuchni syty i opity poleciał do nieba, pozwólcie mężczyznom na złożenie bogatej alkoholowej ofiary.
Ciekawostka: w tym roku do nadejścia chińskiego Nowego Roku został nam już niecały tydzień: miesiąc la jest tym razem tzw. "małym miesiącem" czyli ma tylko 29 dni. Dlatego wbrew tradycji wigilia chińskiego Nowego Roku nie będzie się odbywać 大年三十 czyli 30 dnia miesiąca la, a dzień wcześniej. Trzeba się pospieszyć z noworocznym sprzątaniem!

2020-12-10

chang 倀

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, kirgiski.pl oraz enesaj.pl czyli w ramach Unii Azjatyckiej. 

Chang 倀 [伥] chāng lub wręcz demon-chang 倀鬼 [伥鬼] chāngguǐ - to stworzenie wywodzące się ze starożytnych chińskich legend. Pojawił się między innymi w Obszernych Zapiskach z epoki Taiping 太平广记 powstałych za czasów dynastii Song oraz w dziełach mingowskich. Wieść gminna niesie, że jeśli kogoś zjadł tygrys, osoba taka zmieniała się w changa, czyli ducha pod postacią tygrysa, który pomaga temu pierwszemu tygrysowi polować na kolejnych ludzi. Stąd wywodzi się przysłowie:

  • 為虎作倀 [为虎作伥] wèihǔzuòchāng - pomagać złoczyńcy w występkach czyli być changiem dla tygrysa. 

Istnieje również powiedzonko: 

  • 狼無狽不行,虎無倀不噬 [狼无狈不行, 虎无伥不噬] lángwúbèibùxíng, hǔwúchāngbùshì - wilk bez beja* nie da rady, tygrys bez changa nie pożre. Czyli: gdyby źli nie otrzymywali wsparcia, nie daliby rady nikogo skrzywdzić. 

Samo słowo chang zrobiło karierę w kantońskim, gdzie "倀雞" czyli "duchotygrysia kur(w)a**" to hałaśliwa, jędzowata idiotka. Kantończycy mówią, że ma postać kury, ale charakter changa. Ponoć tak mawiał o kobietach już cesarz Liu Chang, największy lubieżnik Południowego Han, który w dodatku miał gust do dziewcząt z Zachodu (ciekawe, czy to tylko zbieg okoliczności, czy jakiś bardziej dogłębny związek...). 

Tutaj poczytacie o demonicznym kocie z Japonii, tutaj o tygrysach w eposie Manas, a tutaj o tygrysich ciekawostkach Jakucji. 

* o beju opowiemy sobie innym razem, dobrze? 

** tak, kura to niestety również eufemizm stosowany względem pań negocjowalnego afektu. Trzeba uważać...

2020-07-31

lotosowy szpic

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej. 

Tajfuniątko uczy się w przeszkolu dawnych chińskich wierszy. Oczywiście - niewiele z nich rozumie (wyobraźcie sobie, ile rozumiałby czterolatek recytujący Reja). Nic to. Gdy wraca do domu z nową Zdobyczą, zabieram się do guglania, a gdy już sama lepiej pojmę, o co chodzi, chętnie tłumaczę dziecku, jak rozumieć te wersy. Również i ZB bardzo się stara tłumaczyć o co chodzi. Dla zachowania twarzy udaje, że nie musi przetrząsać internetów, by sobie przypomnieć dany wierszyk. Na jego obronę mogę dodać, że często po dniu czy dwóch dniach ciągłego recytowania wierszy przez naszą mądrą córeczkę, on też te wiersze zapamiętuje (ja nie).
Ostatnio, pewnie dlatego, że już zaczął się lotosowy sezon, przyszła z taką zdobyczą:

小池 (楊萬里)
Staw (Yang Wanli)

泉眼無聲惜細流,
Cicho i delikatnie tryska źródełko
樹陰照水愛晴柔。
Odbija cień drzew i kocha delikatny błękit nieba.
小荷才露尖尖角,
Mały lotos właśnie wystawił spiczasty rożek
早有蜻蜓立上頭。
A ważka już zdążyła zająć miejsce na szczycie.

Yang Wanli 楊萬里 czyli Yang Dziesięć Tysięcy Mil był poetą i politykiem (czyli zupełnie zwykłym wykształciuchem tamtych czasów), uznanym wszakże jednym z Czterech Mistrzów Południowej Dynastii Song (中兴四大诗人). Najpiękniejsze jego dzieła powstały, gdy został wygnany do Hangzhou - pisał wtedy dużo o przyrodzie i zwykłym, codziennym życiu. Był również gorącym patriotą, wspierającym wysiłki Songów, by nie dać się Dżurdżenom z dynastii Jin, a także jednym z Pięciu Lojalnych z Luliangu (廬陵「五忠一節」). Prywatnie lubię go także za to, że był nałogowym herbaciarzem (嗜茶如命). W późniejszym czasie z przyczyn politycznych zrezygnował z kariery i zaszył się w domowym zaciszu - podobno 15 lat nie wyszedł poza jego progi.

Wracając do wiersza - jest on ślicznym opisem przyrody; dzięki niemu Tajfuniątko dowiedziało się, co to są lotosowe rożki - otóż są to zwinięte jeszcze młode liście lotosu:

Tajfuniątko zaczęło oczywiście pytać, do czego - poza goszczeniem ważek - mogą służyć takie liście, więc zaczęliśmy opisywać kulinarne, herbaciane i lecznicze właściwości lotosowych liści. Efekt jest taki, że mała wymyśliła bardziej adekwatne zakończenie wiersza:

小荷才露尖尖角
Mały lotos właśnie wystawił  spiczasty rożek
摘了可以炒鸡蛋
Jeśli go zerwiesz, możesz usmażyć [na nim] jajecznicę.

I tak to właśnie jest. Dziecko nauczyło się wiersza i mogłoby pozować na osobę kulturalną i światłą, ale natura wzięła górę - jest po prostu łakomczuchem... 

Tutaj poczytacie o Sutrze Lotosu.

2020-05-29

pawilon nad wodą 近水樓臺

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli w ramach Unii Azjatyckiej.
Za czasów dynastii Song jednym z ważnych urzędników dzisiejszego Hangzhou był słynny Fan Zhongyan. Pełnił rolę zbliżoną do ministra edukacji - chciał reformować szkolnictwo. Oprócz tego znany był z tego, że pomagał młodym intelektualistom czy wojskowym. Niestety, jako człowiek bardzo zapracowany i wysoko stojący, zajmował się głównie tymi podwładnymi, których miał "w zasięgu wzroku"; jeśli ktoś nie mieszkał na stałe w Hangzhou, to nie mógł liczyć na pomoc. Tak właśnie było w przypadku Su Lina, który był mądry, pracowity i rzetelny, ale na całe nieszczęście patrolował tereny poza Hangzhou. Pewnego dnia nadarzyła się jednak okazja - Su Lin otrzymał rozkaz, by wrócić do Hangzhou i pokazać się Fan Zhongyanowi. Uradowany Su Lin starannie się przygotował do spotkania. Gdy stawił się przed obliczem przełożonego, odkrył, że Fan Zhongyan jest gościnnym, skromnym, miłym w obejściu i łatwo nawiązującym kontakty człowiekiem. Gdy załatwili sprawy urzędowe, Su Lin podał Fan Zhongyanowi napisany zawczasu wiersz:
近水楼台先得月,
Blask księżyca wprzódy opromienia pawilon stojący nad wodą,
向阳花木易逢春
Wiosna najpierw rozkwita na drzewach, które rosną w słońcu.
Fan Zhongyan kapnął się, że Su Lin mówi nie tylko o okolicznościach przyrody, ale i o własnej sytuacji. Wypytawszy młodzieńca o jego poglądy i marzenia, nie tylko pomógł mu je spełnić, ale też przy okazji awansował chłopaka.
Przedstawiona wyżej opowiastka zatytułowana jest 清夜录 (Zapiski spokojnej nocy). Autorem jest songowski nauczyciel i poeta 俞文豹 Yu Wenbao. W oryginale mieści się ona... w czterdziestu dwóch znakach. Czterdziestu dwóch sylabach. Niecałych dwóch linijkach: 
范文正公镇钱塘,兵官皆被荐,独巡检苏麟不见录,乃献诗云:‘近水楼台先得月,向阳花木早逢春。’公即荐之。
I jak tu nie kochać chińskiego? 
Drugim powodem miłości jest to, że pierwsza linijka wzmiankowanego wiersza 近水樓臺先得月 [近水楼台先得月] jìn​shuǐ​lóu​tái​xiān​dé​yuè​ stała się bardzo znanym idiomem - przenośnie oznacza czerpanie korzyści ze znajomości [z kimś wpływowym] bądź z bliskości czegoś. Kto bliżej, ten lepszy. Przysłowie często skraca się do pierwszych czterech słów: 近水樓臺 [近水楼台] jìnshuǐlóutái. I wszystko jasne.

Tutaj poczytacie o załatwianiu spraw na boku w Japonii.

2019-12-02

sos sojowy

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Opowiem Wam dziś o sosie sojowym. Ponieważ nie jest to już produkt szczególnie ekskluzywny, można go przecież dostać w każdym większym sklepie, i to w rozmaitych odsłonach, zamiast ględzić o historii, typach i tym, który najlepszy*, postanowiłam przetłumaczyć dla Was esej miłośników Starego Kunmingu, Zhao Li oraz Li Chuanzhi - wiele lat pisali oni na łamach internetowych serwisów, aż w 2015 roku ich eseje (Zhao Li) opatrzone stosownymi rysunkami (Li Chuanzhi) zostały w końcu wydane nakładem Chińskiego Wydawnictwa Turystycznego. Stanowią kopalnię wiedzy o mieście, w którym mieszkam, jego mieszkańcach i zwyczajach.
Przed esejem jednak - małe wprowadzenie językowo-kulturowe. Swego czasu kupno sosu sojowego było znacznie bardziej ekologiczne: kupowało się go na wagę. Zazwyczaj wysyłano z butelkami (szklanymi, a jakże, żadne tam plastikowe śmieci!) dzieci, które stawały w ogonku i prosiły o wlanie jednej czy dwóch porcji. Kosztowało to grosze. Mówiło się na tę czynność 打酱油 dǎ​jiàng​yóu, dosłownie: bić sos sojowy. Już dawno temu pisałam, że czasownik "bić" ma po chińsku milion znaczeń i że często oznacza po prostu interakcję z danym przedmiotem. Jednak za tym konkretnym sformułowaniem kryje się też inne znaczenie: we współczesnej potocznej chińszczyźnie iść po sos sojowy 打酱油 dǎ​jiàng​yóu oznacza, że ktoś wtyka nos w nie swoje sprawy, jest gapiem (co się gapisz? a nic, przyszedłem tylko po sos sojowy). Można też tym sformułowaniem wysłać kogoś w diabły - idź po swój sos sojowy 打你的酱油去.

Z przyjemnością idziemy po sos sojowy

W '40-'50-tych latach XX wieku w Kunmingu była popularna dziecięca przyśpiewka - idź po swój jasny sos, idź do swojego nieba. Znaczyło to "mam w nosie to, co robisz". Starzy Kunmińczycy nazywali sos sojowy jasnym sosem, ponieważ, choć w Chinach sos sojowy jest znany od czasów dynastii Song, to jednak w odseparowanym od reszty Chin wysokimi górami Kunmingu nigdy nie było słonego sosu sojowego. W czasie gotowania często zamiast sosu sojowego używało się sosu mącznego zmieszanego z wodą. Dopiero w 1932 roku pewien Zhejiangczyk przybył do Kunmingu i zaczął wyrabiać i sprzedawać słony sos sojowy, a kunmińczycy od razu pokochali ten "jasny sos". W 1936 roku w Kunmingu było już pięć zakładów produkujących sos sojowy.
Zanim pojawił się słony sos sojowy, w Kunmingu był słodki sos sojowy, uwarzony z soi, brązowego cukru, cukru maltozowego, soli, przypraw i drożdży; bardzo smaczny i aromatyczny. Pisarz i smakosz Wang Zengqi mawiał, że smak kunmińskiego słodkiego sosu sojowego znany jest tylko tutaj, poza prowincją próżno go szukać. W tradycyjnych yunnańskich przepisach dużo potraw i kunmińskich przekąsek wymaga dodania słodkiego sosu sojowego - na przykład sławne kluski przechodzące przez most.
Jest w Kunmingu jedna słynna knajpka [a właściwie sieć knajpek - przyp. tłum.] sprzedająca misieny z miękkim tofu; ponoć codziennie rano właścicielka każe pracownikom zanieść słony i słodki sos sojowy wraz z innymi przyprawami do sekretnego pokoju. Gdy wszyscy opuszczą pomieszczenie, zamyka ona szczelnie drzwi i okna, a potem własnoręcznie miesza przyprawy, by następnie gotowe mieszanki wiadrami przesyłać do innych knajpek tej sieci. Misieny z jej knajpy właśnie dlatego są tak smaczne, że właścicielka ma tak niezwykłą umiejętność [przyprawiania].
Po dziś dzień najlepsze sosy sojowe w Kunmingu to sos sojowy Tuodong 拓东酱油 oraz sos sojowy Sanjian 三监酱油, nazwy obu sosów są bardzo interesujące. Sos sojowy Tuodong nazywa się tak dlatego, że zakład, który go produkuje, znajduje się przy ulicy Tuodong w Kunmingu, choć etykietka głosi, że ten sos sojowy nazywa się tak naprawdę Kunfu 昆福牌**. Sos sojowy Sanjian [dosł. trzecie więzienie] był w przeszłości produktem wytwarzanym w zakładzie produkcyjnym trzeciego więzienia [w Kunmingu].
Bardzo długi okres sos sojowy w Kunmingu sprzedawano na wagę, a chodzeniem poń zajmowały się dzieciaki. Kunmińczycy nazywali nawet dzieciaki "mały jasny sos" 小清酱.
"Małe jasne sosy", trzymając butelki o różnym kształcie, szły do sklepików z kiszonkami 咸菜铺 i napełniały butelki słonym sosem sojowym z wielkich kadzi, dwadzieścia groszy za chochelkę, a grosz czy dwa, które dostały "za drogę" od dorosłych, kupowały odrobinę kiszonek czy lufu, które się jadło w drodze, przy pomocy "pałeczek" z zapałek. Chodzenie po sos sojowy było tak przyjemne!

/Zhao Li, Li Chuanzhi - Kunmińskie dawne czasy/

Choć autorzy mówią o latach przedwojennych, mam dla Was ciekawostkę. Otóż - pod koniec lat '80-tych XX wieku ZB pojechał na rok do Pekinu. Pekińczycy zapytywali go wówczas, czy w Yunnanie naprawdę jeździ się na słoniach i jada pawie zamiast kur. ZB oczywiście potwierdzał, a oni mu wierzyli. W jedno natomiast nie potrafili uwierzyć: że w Kunmingu poza słonym sosem sojowym istnieje także słodki sos sojowy. Było to dla nich coś kompletnie niewyobrażalnego i nieprawdopodobnego.
Gdy rok później ZB wrócił do Kunmingu, opowiadał o rozmaitych pekińskich ciekawostkach, oczywiście fantazyjnie sztukując te opowiadania, doprawiając je szczyptami nieprawdopodobieństw. I znów: wszyscy przełykali te opowieści dziwnej treści i tylko w jedno nie byli w stanie uwierzyć, choć to akurat prawda: w to, że w Pekinie istnieje sos sojowy w kostkach, który trzeba rozpuścić w wodzie przed użyciem, a także w to, że istnieje tam coś takiego, jak sos sojowy niesłony (i niesłodki, ma się rozumieć), który służy jako barwnik potraw a nie wzmacniacz smaku.
Teraz niby wszystko można wszędzie dostać (ach, te zakupy internetowe!), ale na moich kuchennych regałach i tak królują stare, sprawdzone marki. O, proszę:

Dwa z trzech moich ulubionych produktów firmy Tuodong: po lewej słodki sos sojowy, po prawej biały ocet ryżowy. Namiętnie kupuję jeszcze ciemny, aromatyczny ocet ryżowy, ale ponieważ wykorzystuję go do marynowania czosnku, kupuję go w opakowaniach uzupełniających albo na wagę, bo i tak trafia do słoja.
Kunhu  昆湖牌 jak na dłoni.
Ja kupuję je w sklepie. Kiedyś jednak bywałam często na ulicy Tuodong, przy której nie mieszczą się już wprawdzie zakłady, ale nadal jest sklep firmowy, w którym po dziś dzień można kupić na wagę nie tylko sosy sojowe, ale również octy firmy Tuodong. Codziennie na chodniku cierpliwie czeka ogonek; od tego z dawnych czasów różni go tylko to, że nie składa się z dzieci, a z emerytów. Któż inny miałby czas na takie wydziwiania?



Po cóż kupować na wagę, skoro można iść do sklepu i kupić w butelce, albo i w folii?
Jak to po co? Po to, by sprostać trzywiekowej tradycji. Firma Tuodong powstała bowiem już w 1684 roku! I choć niby wszystko można kupić i owszem, są lepsze niż Tuodong firmy, ale takiego słodkiego sosu sojowego, jaki robią oni, na całym świecie nie znajdziecie!

Widzicie więc, że sos sojowy sosowi sojowemu nierówny i nawet w samych Chinach sosy się różniły i różnią - tak jak różnią się smaki różnych chińskich kuchni i przyzwyczajenia różnych Chińczyków. Dlatego, jeśli macie okazję, kupujcie lokalne produkty, nawet jeśli to "zwykły sos sojowy". A nuż odkryjecie coś tak pysznego jak słodki sos sojowy Tuodong?

Jeśli chcecie poczytać o japońskim sosie sojowym, zapraszam tutaj.
* najlepsze są oczywiście takie z krótkim składem: soja, pszenica, woda i sól plus pleśń, bakterie i drożdże, dzięki którym całość fermentuje.
** Nieprawda. Nie Kunfu, tylko Kunhu 昆湖. Znów dialekt kunmiński i jego mieszanie h z f wszedł autorom w paradę. Szkoda, że nie sprawdzili, tylko zawierzyli własnej, zawodnej pamięci - i własnej złej wymowie ;)

2017-04-02

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XXIV

Mył matce nocnik 滌親溺器
Huang Tingjian był znanym urzędnikiem, ale przede wszystkim - kaligrafem i poetą żyjącym za czasów dynastii Song. Za panowania Song Zhezonga Huang był cesarskim historykiem. To właśnie on pilnował porządku w cesarskim kalendarium i prowadził kronikę astronomiczną. Mimo piastowania tak wysokiego stanowiska nigdy nie stał się arogancki czy pyszałkowaty. Wręcz przeciwnie: był ustępliwy, uległy i pełen szacunku, zwłaszcza w stosunku do swej matki. Choć domostwo jego obsługiwały setki służących, koło matki wszystko robił własnoręcznie, nieważne, jak nieprzyjemne mogło być to zadanie. Każdej nocy własnoręcznie mył nocnik, używany przez nią za dnia. Uważał, że skoro rodziców nie brzydzi nic, co muszą robić wokół własnych dzieci, to gdy dzieci dorosną, nie powinno ich brzydzić nic, co robią dla swych rodziców.

Mniejsza o to "wielkie poświęcenie", czyli zupełnie normalny i ludzki gest. Huang Tingjian to była fascynująca postać i bez tej otoczki. Był bowiem jednym z Czterech Wielkich Mistrzów dynastii Song i najlepszym przyjacielem poety Su Shi, o którym już Wam kiedyś wspominałam.
Urodził się w bogatej rodzinie, mieszkającej na południe od Jangcy. Jego pra-pra-pradziadek ufundował wspaniałą bibliotekę i system edukacyjny w regionie. W zasadzie wszyscy mężczyźni w tej rodzinie zostawali cesarskimi urzędnikami. Również kobiety w tej rodzinie były wyjątkowo utalentowane: matka Tingjiana była znakomitą kaligrafką (specjalizowała się w bambusach) i cytrzystką (grała na guqinie). Również ojciec chłopca był dobrze wykształcony; niestety odumarł Tingjiana, gdy ten miał zaledwie 13 lat. Chłopiec został wówczas wysłany po nauki do Anhui do wuja, również wielkiego erudyty.
Zgodnie z rodzinną tradycją przystąpił do egzaminu na jinshi. Za pierwszym razem nie zdał, ale przy drugim podejściu mu się udało. Miał wówczas zaledwie 22 lata; zaledwie parę lat później zdobył uprawnienia nauczycielskie i został belfrem akademii cesarskiej w Hebei.
Wuj Tingjina postanowił, że skoro już zatroszczył się o ryż powszedni siostrzeńca, teraz czas na zadbanie o jego sławę. To on pokazał Su Shi dziełka młodego mężczyzny. Wymienili się listami z poezją i tak została zadzierzgnięta dozgonna przyjaźń.
Niestety, choć byli niezłymi poetami i chyba nawet dobrymi ludźmi, cesarz poparł innych urzędników, co w zasadzie automatycznie sprawiło, że ta frakcja popadła w niełaskę. Su Shi został wygnany, najpierw do Hangzhou, a potem koniec świata, a ludzie rozpowszechniający jego pisma - ukarani grzywną. Młody Huang również został wygnany, do Jiangxi a potem do Shandongu. Obaj zasłynęli jako sprawiedliwi urzędnicy, dobrze traktujący podległy im lud (tu muszę przypomnieć, że wygnanie nie oznaczało utraty stanowiska, a jedynie i aż - wysłanie z dala od dworu cesarskiego i innych intelektualistów, żeby nie można było siać fermentu). Jednak - cesarze przemijają. Cesarzowa Wdowa, która nastała po niechętnym naszemu bohaterowi cesarzu przywróciła klikę tradycjonalistów do łask; wrócili na dwór. 
Jakiś czas później Tingjianowi umarła matka. Zgodnie z ówcześnie obowiązującym zwyczajem, musiał wziąć urlop. Zabrał więc doczesne szczątki matki, a przy okazji swoich dwóch żon też, do rodzinnego grobu na południe od Jangcy i pozostał tam trzy lata, by odbyć żałobę. W międzyczasie Cesarzowa Wdowa zmarła, a na dworze znów wszystko zostało przewrócone do góry nogami. Su Shi i Huang Tingjian zostali znów wygnani. Tak to już było - każdy nowy władca równał się wygnaniu jednych i amnestii dla drugich. Huanga czekała jeszcze jedna amnestia i jedno wygnanie, tym razem do Guangxi, czyli jeszcze dalej, w region dziki, ledwo co podbity i kipiący buntem. Wysłanie tam schorowanego sześćdziesięciolatka było prawie jak wyrok śmierci. Zdecydowanie wolałabym los Su Shi, który został wygnany na wyspę Hainan - tak samo dziką, ale przynajmniej klimat mają niezły, plaże, owoce morza, słońce...
Tingjian pojechał na dalekie południe całkiem sam. Chciał oszczędzić rodzinę, więc zostawił ich w Hunanie. Gdy dotarł na miejsce, zajmował się głównie kaligrafią i innymi zajęciami godnymi literata. Niedługo później umarł i na tym wygnaniu został pochowany. 

Takie to były niedobre czasy: cesarze zmieniali się szybciej niż wiosenna pogoda; według swego kaprysu wysyłali podwładnych na krańce cesarstwa bądź przywoływali ich do siebie. Żadnej stabilizacji, żadnej możliwości zaplanowania życia. Pan każe, sługa musi. A jednak ludziom takim jak Huang Tingjian czy Su Shi udawało się zachować pogodę ducha, gdy kolejni władcy bawili się nimi jak marionetkami. 
Mam nadzieję, że i mnie się to uda w obliczu przeciwności losu.

Dzisiejsza opowiastka "ku pokrzepieniu serc" kończy nasz cykl opowieści o dobrych synach. Jak się Wam one podobały?

2017-03-26

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XXIII

Porzucił karierę, by szukać matki 棄官尋母

Zhu Shouchang żył za czasów dynastii Song. Stracił on matkę, gdy miał zaledwie siedem lat, a stało się to tak: była ona konkubiną, a ojciec chłopca bardzo ją kochał. Nie mogła tego zdzierżyć pierwsza żona, która po prostu wywiozła konkubinę z domu. Tak oto siedmioletni chłopiec został pozbawiony matki i żył odtąd z ojcem i macochą.
Młodzieniec piął się szybko po szczeblach kariery; kiedy został ważną szyszunią wydawało się, że nic nie zakłóci jego szczęścia. Jednak pewnego dnia poczuł nagły impuls: odszukać matkę! Próbował mu się oprzeć, ale pewnego dnia po prostu zrezygnował ze stanowiska i ruszył w drogę, by ją odszukać i zapewnić godne życie. Przejechał kraj wszerz i wzdłuż, wszędzie pytając o matkę. I choć nie znajdował nic poza niewiedzą i fałszywymi tropami, on się nie poddawał i, pełen nadziei, nie ustawał w poszukiwaniach.
Wytrwałość popłaciła. Pewnego dnia napotkał mężczyznę, który potwierdził, że matka jego żyje nad brzegiem rzeki w Tongzhou, w dzisiejszej prowincji Shanxi. Zhu Shouchang pospieszył w podanym kierunku, nie dbając o sen ani o jedzenie. Skutek był taki, że gdy już-już prawie dotarł, zemdlał przy rogatkach Tongzhou. Szybko zgromadził się przy nim tłum; ktoś ocucił mężczyznę imbirową herbatą, a ktoś inny spytał, jakaż to sprawa była tak ważna, że zapomniał o jedzeniu i odpoczynku, doprowadzając się na skraj wyczerpania?
A on opowiedział wszystkim o długich poszukiwaniach straconej w dzieciństwie matki. Na te słowa wyłoniła się z tłumu stara kobieta: "Jesteś moim synem! Nie widziałam Cię od pięćdziesięciu lat!" - rzekła głosem zdławionym ze wzruszenia. Uszczęśliwiony Zhu Shouchang uściskał matkę serdecznie i zabrał ją do swego domu, by się nią odpowiednio zająć.

Ciekawe, za co chciał ją utrzymywać i gdzie z nią zamieszkać, skoro wiele lat wcześniej rzucił robotę i dom, żeby udać się na poszukiwania...

2016-03-31

jednonitkowy makaron 一根麵

Pamiętacie tę słynną scenę z Zakochanego Kundla, gdy kundel z piękną sunią je makaron z jednej miski, okazuje się, że wybrali tę samą nitkę i przypadkiem się całują?
Oczywiście Disney zgapił to od Chińczyków.
Małe miasteczko przy Strumieniu Żółtego Smoka poszczycić się może nie tylko wielowiekową historią, pięknym krajobrazem i śliczną architekturą, ale i stworzeniem - ponoć już za Songów! - "makaronu długowieczności", który charakteryzuje się tym, że w jednej miseczce dostajemy tylko jedną nitkę makaronu. Nitkę? Nitę! Wyobraźcie sobie sami: dostajecie miseczkę pełną makaronu, a cały ten makaron to jest jedna nitka!...
Oczywiście, dawnymi czasy takiego makaronu nie jadało się codziennie, a wytwarzało na specjalne okazje. Na przykład z okazji urodzin podawano taki makaron z jajkami. Makaron to jedynka, jajka to zera - ile jajek solenizant dostał, tyleset/tysięcy/dziesiątek tysięcy lat mu życzono.
Miseczkę takiego makaronu dostawali też nowożeńcy. Mieli go po disneyowsku spożywać zaczynając od dwóch przeciwnych koniuszków...
Makaron taki przygotowywano też z okazji ważnych świąt, wybycia dziecka w świat - no, każda okazja była dobra. Latem spożywano go na zimno, zimą - na gorąco. Mógł być podany prawie bez dodatków albo z bardzo bogatą "czapeczką". Czapeczka w Syczuanie nie nazywa się czapeczką, a shaozi 绍子, tak na marginesie ;)
Najważniejszy bowiem był sam makaron. A wytworzenie go to spore wyzwanie! Niby wszystko się zgadza: mamy mąkę pszenną, odrobinę soli i gorącą wodę. Wyrabiamy ciasto godzinę, dajemy mu odpocząć pół godzinki i... znów wyrabiamy. I odpoczywamy. I wyrabiamy. I tak siedem-osiem razy. Wtedy możemy zacząć wałkować. Z kawałka ciasta grubości ramienia musimy - nie dzieląc przecież tego ciasta na mniejsze kawałki! - rozwałkować do grubości zwykłego makaronu, zwijając go przy okazji w "ptasie gniazdo". Takie gniazdo makaronowe przykrywamy następnie wilgotną ściereczką i znów dajemy makaronowi odpocząć, tym razem aż cztery godziny. Po tym czasie makaron można wreszcie ugotować. Jak jednak włożyć zwiniętą w gniazdko nitkę makaronu do wrzątku, żeby się nam wszystko nie posklejało? Och, to jest chyba moja ulubiona część tego przedstawienia:

Smak? No, makaronowy. Nie jestem znawczynią. Ale wykonanie tego makaronu, precyzja kucharza i cała ta otoczka - bardzo, bardzo mi się spodobały!

2016-03-30

Smoczoocze ciasteczka 龍眼酥

Dawno, dawno temu żył sobie w Meishan słynny poeta Su Shi. Wstawał rano, przyglądał się pięknemu krajobrazowi i strzelał wierszyk. Wiersze były różne - smutne, wesołe, pełne patosu... Te najweselsze pisał, gdy obżerał się smoczooczymi ciasteczkami.
No dobra. To żadna prawda objawiona, to tylko moja idée fixe, że ludzie są szczęśliwi tylko, jeśli jedzą pyszności. A do niewątpliwych pyszności trzeba zaliczyć smoczoocze ciasteczka, czyli właśnie przekąskę z Meishan. Są to takie niby francuskie ciastka, utoczone na kształt... no, smoczego oka. Okrągłe znaczy. I duże, większe niż ludzkie. Czasem ze źrenicą z kandyzowanej wisienki... Chrupiące, aromatyczne, pyszne! W dodatku faktycznie powstały za czasów dynastii Song, czyli Su Shi teoretycznie mógł się nimi obżerać. Ja bym się obżerała - pyszność sporządzona z mąki, pasty sezamowej, smalcu i cukru jest wprost uzależniająca. Jeśli kiedyś odwiedzicie Syczuan - jest to przekąska, którą trzeba zjeść. Oczywiście - najlepiej w Meishan, ale my natknęliśmy się na smoczoocze ciasteczka w miasteczku przy Strumieniu Żółtego Smoka.

2015-09-20

Zwyczajność jest drogą 平常是道

春有百花秋有月
Sto kwiatów ma wiosna, a jesień - księżyc
夏有涼風冬有雪
Lato - wiatr zimny, a zima - śnieg.
若無閒事掛心頭
Jeśli tylko serca nie trapią błahostki
便是人間好時節
Każda chwila jest dobra.

Nie dajcie się zwieść siedmiozgłoskowości. To nie jest zwykły wiersz, a  część dziewiętnastego kōanu z Bezbramnej bramy Wumen Huikaia. I choć koany służyć mają medytacji, nie sztuce dla sztuki, akurat ten koan zaczął żyć własnym życiem. Pewnie dlatego, że jest taki prosty i uniwersalny...
W 2002 roku He Xuntian, bardzo znany współczesny kompozytor chiński, wykorzystał ten tekst jako podstawę "Pieśni wiosennej" 春歌.
Pieśń ukazała się na płycie Paramita, będącej w moim odczuciu poszukiwaniem Drogi. Bo czymże jest paramita? Próbą osiągnięcia nirwany. He Xuntian testuje i odkrywa na nowo teksty i muzykę buddyjską, chińską i tybetańską. Opracowuje ją wedle własnych, całkiem nowoczesnych założeń - i sprzedaje w świat. A ludzie to kupują. Nie wiem, czy dla azjatyckości, czy może właśnie dla lekkostrawnego New Age'owego stylu. Dla lekkości czy dla głębi buddyjskiej podstawy. Dlatego, że chcą razem z He szukać Drogi, czy dlatego, że akurat jest modny.
A ja?...
Ja wyciągam się pod oknem, patrzę na deszcz. Na niebo, jaśniejące i chmurniejące znów. Na wiatr, niewidzialny, ale widoczny. I włączam następny utwór He. I następny. I następny...
Jeśli tylko serca nie trapią błahostki, każda chwila jest dobra.
Czyli - mieć serce puste jak orzeszek? 
O, buddyjska droga nie jest dla mnie. Dla mnie drogą jest miłość. Wypełnia mi ona serce, ale nie jest błahostką. 

A jeśli macie ochotę na więcej koanów, zajrzyjcie tutaj.

2015-09-17

有本事 zdolniacha

Kiedy idę z ZB w nowe miejsce, zazwyczaj przyciągamy spojrzenia. W Chinach wciąż jeszcze mieszanka AMWF (Asian Male, Western Female) jest rzadko spotykana, zwłaszcza na moim krańcu świata. Przeciętny Chińczyk zakłada, że nie mówię po chińsku, a zwłaszcza - nie w dialekcie. Dlatego bez specjalnego skrępowania komentują.
"O, masz amerykańską/rosyjską żonę! Pewnie świetnie mówisz po angielsku".
Uśmiecham się pod nosem. ZB i angielski mają się mniej więcej tak jak ja i suahili.
"O, biała żona! Ale z Ciebie zdolniacha!".

Słowo zdolniacha jest całkowicie poprawnym i całkowicie niepoprawnym jednocześnie tłumaczeniem chińskiego 有本事. 
本事 běn​shi to takie trochę  słowo-zagadka. Pierwotnie oznaczało "fakt autentyczny" czyli rzecz taką, jaka ona była w istocie. Używane też było na określenie rolnictwa. Fakt - rolnictwo to pierwszoplanowa i pierwotna sprawa.
Jakoś w okolicach dynastii Song zaczęto słowa używać na określenie jakiejś zdolności czy umiejętności, wyróżniającej z tłumu. Jeśli ktoś potrafił świetnie śpiewać albo lepić garnki - miał tę swoją běn​shi.
Współczesne znaczenie słowa wywodzi się właśnie z tego źródła, ale zmieniło znaczenie. Choć słownikowo będzie się tłumaczyć właśnie na zdolność czy umiejętność, gdy używane jest w kontekście znalezienia "amerykańskiej" żony, jakoś nie brzmi. No bo jaką wyjątkową zdolność czy umiejętność mieć trzeba, żeby takową znaleźć?
Dzisiejsze běn​shi może być związane z umiejętnością radzenia sobie w społeczeństwie, z pozycją, której się człowiek umiał dochrapać, z pieniędzmi, które zdołał zarobić. Można by je przetłumaczyć jako "zaradność", ale znów: co ma zaradność do białej żony?
I tak wracamy nie do samej zdolności, a raczej - wyjątkowości. Trzeba być niezwykłym, by zdołać przygruchać sobie zagramaniczną żonę. "Ale z Ciebie zdolniacha!" zawsze wypowiedziane jest z podziwem, czasem nawet z nutką zazdrości.
“Co on takiego ma w sobie, czego ja nie mam? Wcale nie wygląda, jakby zasługiwał na białą żonę. Musi być dobry w te klocki/musi mieć dużo pieniędzy/musi świetnie mówić po angielsku..." - w głowie każdego Chińczyka ta tajemnicza běn​shi, którą posiada mój mąż, jest czymś innym.
Pewnie żadnemu z nich nie wpada do głowy, że główną běn​shi ZB jest jego dobroć, miłość i troska, które mi okazuje na setki różnych sposobów...
A jakie běn​shi mają Wasi towarzysze/towarzyszki życia?

2014-09-16

Ten Obcy

Słyszeliście kiedyś o Kolorowych Oczach? Ja usłyszałam całkiem niedawno - oczywiście zaraz potem dowiedziałam się, że tak naprawdę nie chodzi o kolorowe oczy, a o przynależność etniczną, z oczami niemającą nic wspólnego, ale to już inna rzecz. O co więc chodzi?
Mongołowie podbili Chiny i uporządkowali ludność, dzieląc ją na cztery klasy/kasty. Najwyżej byli oczywiście Mongołowie, którzy wszystkimi rządzili. Później byli Semu 色目, o których będzie dzisiejszy wpis. Na trzecim miejscu - Hanowie, czyli dzisiejsi "etniczni Chińczycy". Na ostatnim - również Chińczycy etniczni, ale z terenów, które należały wcześniej do Songów - czyli z Chin Południowych. Nazywano ich więc (południowymi) barbarzyńcami - Manzi 蠻子. Już po samym tym podziale widać, kogo musiała pomieścić kasta Semu: wszystkich, którzy nie byli Mongołami czy Hanami. Czyli byli to wszyscy możliwi "obcy". Biorąc pod uwagę, że kasty zostały uporządkowane od "najlepszej" do "najgorszej", widać wyraźnie, że obcy mieli wyższą od Chińczyków pozycję (Mongołowie bali się dopuścić etnicznych Chińczyków do jakiejkolwiek władzy) - co miało m.in. konsekwencje prawne. Kim jednak faktycznie byli Semu? Byli 各色名目 - czyli "wszystkim innym", różnymi różnościami. Byli między nimi Arabowie, Alanowie (Sarmaci), Asyryjczycy, Ujgurzy, Tanguci, Tybetańczycy, Rosjanie, Persowie, Turcy i Karachanidzi; część zamieszkiwała tereny ówczesnego Imperium Mongolskiego od dawna, część handlowała, a część została przez Mongołów nakłoniona do przeprowadzki właśnie w tym okresie. Podejrzewam, że generalnie wrzucano do tego worka wszystkich imigrantów - a było ich podobno nawet ponad 30 typów! Nawet jeśli kilka z nich to ci sami ludzie podwójnie zaklasyfikowani, i tak było ich dużo. Powstała kasta nie zintegrowała ich - identyfikowali się nadal głównie z własną grupą etniczną. Klasyfikacja służyła wówczas raczej celom administracyjnym. Pozwalała obcym poczuć się lepiej niż Chińczykom - obcy mogli startować do wysokich stanowisk, nosić broń... W związku ze zdecydowaną przewagą muzułmanów (choć wśród Semu byli też chrześcijanie czy żydzi!) często błędnie wrzucano ich do jednego worka, nazywając Huihui. Faktycznie, najsłynniejsi Semu byli muzułmanami, aczkolwiek ciekawa jestem, jak sobie w owych czasach radziło ich muzułmańskie sumienie. Wysoką pozycję społeczną mogli bowiem uzyskać tylko jeśli przestrzegali reguł - a te wymagały przyjęcia choć części mongolskich zwyczajów. Na przykład: zabroniona była rytualna rzeź zwierząt (oczywiście, nadal się odbywała - zarzynali owce z dala od mongolskich oczu) i narzucana kuchnia mongolska. Zabraniano również obrzezania, a obywatele musieli respektować prawo mongolskie, a nie szariat. Biedni, uciśnieni muzułmanie, stwierdzili, że nie podoba im się służba Mongołom i dołączyli do trupy późniejszego pierwszego cesarza dynastii Ming. Ciekawe, że innych obcych zmuszano do zjednoczenia się z muzułmanami - byli do tego zmuszani zarówno chrześcijanie, jak i żydzi* - a im się i tak nie podobało. Wszczynali rebelie, spiskowali - a przecież i tak mieli lepiej niż etniczni Chińczycy... Inna rzecz, że część z nich zasymilowała się z chińskim społeczeństwem - pozdawali egzaminy cesarskie, przyswoili zasady konfucjańskie i reguły ówczesnej poezji. Kiedyś może pokuszę się o przetłumaczenie jakiegoś wiersza mojego ulubionego poety tamtych czasów - Guan Yunshi, muzułmanina tureckiego pochodzenia, który nie chciał robić kariery :)
Inna rzecz, że choć próbowano ich pilnować i zmieniać - te wszystkie restrykcje nakładane na muzułmanów, a za czasów dynastii Ming nawet konieczność zawierania związków małżeńskich z etnicznymi Chińczykami - w zasadzie nie zniszczyły ich poczucia odrębności i zupełnie niechińskiej tożsamości. Ba! Ci, którzy hajtali się z Chinkami/Chińczykami oczywiście konwertowali ich na islam, więc populacja muzułmanów w Chinach rosła nieprawdopodobnie szybko; teoretycznie chińska krew rozrzedzała mocno tę perską, turecką czy ujgurską, ale nawet dzisiejsi Huiowie mówiąc o swych przodkach, wspominają właśnie Semu, chińskie dziedzictwo pomijając niezręcznym milczeniem.
W związku z tym pomieszaniem i poplątaniem etniczno-kastowym, gdy upadła dynastia mongolska, zapomniano o Semu, a obcych - skoro byli głównie muzułmanami - zaczęto nazywać Hui. Część z nich nie została zresztą w Chinach - zaczęli emigrować przez Yunnan do Birmy czy Tajlandii; zawsze mieli zmysł kupiecki. Ci yunnańscy huiowe byli tam nazywani Panthay. Sami Yunnańczycy oczywiście tego określenia nie używają - przecież jest to słowo birmańskie. Przed tymi, którzy zostali, otwarte były wszelkie ścieżki kariery - zostawali urzędnikami, otaczał się nimi cesarz, który pozwolił im wrócić do dawnych zwyczajów kulinarno-religijnych. Muzułmanie stopniowo rośli w siłę, a inni Semu - albo zostali skonwertowani, albo stopniowo powymierali. Maleńkie zachowane społeczności typu żydzi z Kaifengu są raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę.
Do Yunnanu obcy przybyli w trzech partiach - jako Fanke 番客, czyli goście z zagranicy - najczęściej handlarze i podróżnicy czasów tangowskich i songowskich, jako Semu za czasów mongolskich i oczywiście później. Poosiedlali się w całym Yunnanie - i choć dzisiaj etniczni Chińczycy stanowią zdecydowaną większość ludności Yunnanu, a muzułmanów jest zaledwie parę procent, to istnieje ładnych parę miast, w których stanowią większość; są też miasta, którymi w ogóle muzułmanie rządzą - jak choćby Jinning, Weishan czy Xundian. Wymieszali się z miejscowymi, oczywiście ich przy okazji nawracając. Nie tylko z Chińczykami; na celowniku znaleźli się też Baiowie, Daiowie, Yi... O innych "obcych" już dawno wszyscy zapomnieli.
Zafascynowała mnie historia tych obcych, pewnie dlatego, że sama jestem obca. Może też trochę dlatego, że miałam okazję poznać wielu tutejszych muzułmanów, głównie tych... hmmm... nieortodoksyjnych. Mówią o sobie przede wszystkim jako o Huiach, a dopiero potem jako o Yunnańczykach; na samym końcu wspominają, że tak, owszem, w zasadzie są Chińczykami, ale innymi od tych prawdziwych Chińczyków. I mówią tak, siedząc przy jednym stole z niemuzułmanami (a nie powinni), pijąc alkohol (jeszcze bardziej nie powinni), a kobiety nie zakrywają sobie głów (skandal!), które w dodatku są ufarbowane. Kiedy się z nimi spotykamy, nie zamawiamy wieprzowiny. Oni zaś jedzą z nami niehalalowo zarżnięte kurczaki, odziani w jedwabie i złote ozdoby. Choć więc ważne jest dla nich poczucie odrębności, choć czują się lepsi od Chińczyków Han (owszem!) - jestem ciekawa, na czym opierają swoją islamską tożsamość. Czyżby na tym, na czym wielu Polaków opiera swój katolicyzm - na tradycji i przyzwyczajeniu, nie mających specjalnego przełożenia na życie?

*nie wszystkich zdołano zmusić, mówię tylko o tendencji.

2014-07-31

Zheng Chunhui 鄭春輝

Jedna z moich ukochanych Cioć dokształca mnie w okołochińskich nowinkach. Tak, nie ja Ją, a Ona mnie. Tym razem przysłała linka do zdjęć fantastycznej rzeźby, która trafiła do Księgi Rekordów Guinessa, a której autorem jest Chińczyk Zheng Chunhui 郑春辉. Rzeźba jest wzorowana na pięknej panoramie, pokazującej obchody Święta Zmarłych w czasach dynastii Song - Widok wzdłuż rzeki podczas święta Qingming. O samej kaligrafii nie będę pisać - wszystkiego dowiecie się z filmu poniżej albo z powyższego linku do wiki.

Piękne, prawda? I oryginał, i wersja rzeźbiona...
A dla Was wybaidziłam kilka fotek artysty przy pracy i fragmentów jego dzieł:

2014-06-18

善良 dobre serce

Wszyscy uważają, że mam wspaniałego męża. Cóż, ze mną włącznie. Ciężko może w to uwierzyć, ale on sobie ze mnie niebywale wręcz dworuje, a mnie pozostaje tylko zrobić naburmuszoną minkę, fochnąć i zapytać, czy mógłby się wobec mnie wykazywać większą dobrocią: 你能不能对我善良一些呢? Zwracam uwagę na użycie przymiotnikowo-przysłówkowej zbitki 善良 shàn​liáng, która zarezerwowana jest dla dobroci, miłosierdzia itp. Na co mój psotny małżonek odpowiedział ostatnio, że jest - i tutaj nieprzetłumaczalny żarcik - rybą psującą się od głowy. Po chińsku podobny idiom to 上梁不正下梁歪 shàng​liáng​bù​zhèng​xià​liáng​wāi czyli dokładnie: jak górna belka nie jest prosta, to i dolna będzie krzywa. W przybliżeniu chodzi o to samo - zauważenie, że przykład idzie z góry. De facto ZB zamiast powiedzieć, że jest bardzo shàn​liáng, rzekł, że bardzo shàng​liáng​ i dokończył przysłowie. Odparowałam, że w sumie to prawda, że jest Belką, do tej pory myślałam, że Zwykłą, ale teraz już wiem, że Krzywą... Na własne życzenie został więc Krzywą Belką :P
O samym zaś przysłowiu krążą dwie historie, jedna bajkowa, jedna konfucjańska. Przytoczę obie:
Za czasów dynastii Song, w dystrykcie Chen (okolice dzisiejszego miasta Zhoukou), kilka lat z rzędu bogowie zsyłali na ludność rozmaite klęski żywiołowe. Gdy dwór cesarski rozkazał dwóm urzędnikom: Liu Dezhong i Yang Jinwu otworzyć spichlerze i wyprzedać zboże, te dwa obwiesie wykorzystały swą pozycję i sprzedawały zboże po mocno zawyżonych cenach. Jakby tego im było mało, dosypywali do zboża piach, a także używali oszukanych miarek i wag - wszystko, byle się tylko więcej nachapać. To oni zostali przez ludność nazwani krzywymi belkami i do dziś są symbolem skorumpowanych urzędników, przez których źle się dzieje w państwie chińskim.
Starsza jest jednak opowieść konfucjańska - o uczniu, żyjącym w Okresie Wiosen i Jesieni Li Kangzi. Spytał on, jak uzdrowić władze. Konfucjusz powiedział, że władza i rządy (政) wywodzą się ze słowa 正 - właściwy, poprawny. Jeśli więc ci o góry zachowują się właściwie, któż śmiałby zachowywać się inaczej niż oni?
Od czasów Konfucjusza minęło dwa i pół tysiąca lat. Straszna szkoda, że z tej nauki nic nie wynieśli...

2011-08-06

黑龍潭 Staw Czarnego Smoka

Starzy ludzie powiadają, że kilka tysięcy lat temu okolice dzisiejszego Kunmingu często nawiedzały susze. Mijała zima, a niebo skąpiło suchej ziemi kropli deszczu. Pola ryżowe głodne wilgoci pękały, a lasy były tak suche, że jedna pochodnia mogła obrócić je wniwecz. Ludność wróżyła, błagała niebiosa o deszcz, a dna studni pozostawały wyschnięte.
W jednej z małych wiosek u stóp gór mieszkał Mały Czarny; zezłoszczony okropnie na Króla Smoków, który, jak wiadomo, zarządza deszczem, ułożył paszkwil:
A żebyś sczezł, Królu Smoków,
Wszędzie szerzysz głód,
Gdybym cię dorwał,
obdarłbym ze skóry!
Miejscowi, usłyszawszy te herezje, zlękli się niesłychanie, błagali Małego Czarnego, żeby odszczekał, bo się Król Smoków pogniewa. Czupurny Mały Czarny tupnął ze złością i krzyknął: „A właśnie, że będę go wyklinać, a właśnie, że będę! Sprowadził suszę na biedaków w całym regionie, będę go przeklinać do ósmego pokolenia wstecz!”.
Nie tylko w gębie silny Mały Czarny, po wykrzyczeniu swej złości ruszył w góry na poszukiwanie wody, która mogłaby ocalić jego wioskę. Dotarłszy do Pięciu Starych Wzgórz, ujrzał dziobatego staruszka odpoczywającego pod drzewem i z miejsca spytał: „Ojczulku, wiesz może, czy w okolicy jest woda?”. Starzec odparł z uśmiechem: „a juści, wiem-że ci ja! W tutejszych górach i lasach wszystko jest mi znajome. A powiedz-że mi, młodzieńcze, po cóż ci ta woda?”. Mały Czarny odparł: „Moja wioska niedługo wyschnie na amen, nie mamy wody pitnej ani pod uprawę.”. Staruszek odrzekł: „Dobrze, pokażę Ci więc, gdzie jest woda.” i zabrał Małego Czarnego wgłąb czarnego jak noc lasu.
Małemu Czarnemu jeden rzut oka na potężne, wybujałe drzewa wystarczył, by wiedzieć, że w pobliżu musi być woda, co też natychmiast radośnie wykrzyczał, nie mogąc opanować podniecenia. Staruszek zawołał za nim, łapiąc z trudem powietrze: „poczekaj, poczekaj na mnie!”, jednak gdy Mały Czarny odwrócił się, chcąc staruszkowi ułatwić wspinaczkę, stała się rzecz niesłychana: kostur, który rzucił staruszek w jego stronę, zmienił się w grube łańcuchy, które oplotły Małego Czarnego od stóp do głów. Zanim młodzieniec zorientował się w sytuacji, staruszek wybuchnął szyderczym śmiechem i zapytał: „Mały Czarny, ośmielisz się mnie znów wyklinać?”. Mały Czarny spytał: „Kim jesteś?”, a dziobaty staruszek odparł: „Jam jest Król Smoków!”.
To rozwścieczyło Małego Czarnego, który wykrzyczał: „Pewnie, że będę cię przeklinać! Szkoda, że same przekleństwa nie pokazują, jak bardzo cię nienawidzę!”. Król Smoków, zdziwiony wielce, spytał, co takiego uczynił, że Mały Czarny go tak nienawidzi. Chłopak odparł: „Pół roku nie spadłeś nam deszczu, nie tylko mnie zawiodłeś, ale i wszystkich mieszkańców okolicy, miałbym cię niby nie przeklinać?!”.
Królowi Smoków spodobała się odwaga chłopca, zaczął się tłumaczyć: „Jak sucho, trzeba słać deszcz, jak deszczu za dużo, trzeba go kierować w inne miejsce, roboty od groma, jak ja, jeden staruszek, mam zdążyć z tym wszystkim?”. Tymi wymówkami rozwścieczył Małego Czarnego jeszcze bardziej: „nie nadążasz – to ja dam rade, starcze!”.
W sumie Królowi Smoków spodobała się myśl, że ktoś mu pomoże. „Zgoda – odrzekł – możesz się zająć deszczem. Ale opadami zajmują się smoki, więc jeśli chcesz wejść w zawód, musisz się zmienić w smoka. W dodatku zostaniesz uwięziony na dnie tego oto Smoczego Stawu, wolno ci będzie się z niego wydostać raz na pół roku, po to, by sprowadzić deszcz”.
Mały Czarny odparł: „Zmienić się w smoka mogę bez przeszkód, ale deszcz raz na pół roku to stanowczo za mało! Musi padać raz w tygodniu, inaczej susza zniszczy plony! A pierwszy raz deszcz spaść musi już dziś!!!”.
Król Smoków na to: „Ale dziś nie jest dzień deszczu”.
Mały Czarny hardo: „Mam to w nosie”.
Król Smoków: „Rób co chcesz. Ale pamiętaj: za każdym razem, gdy przekroczysz kompetencje i sprowadzisz deszcz szybciej niż po pół roku, łańcuchy, które pętają twoje ciało, staną się cieższe o pół tony”.
Mały Czarny przyswoił sobie tę wiedzę, a jednak gdy tylko zmienił się w smoka, czarnego oczywiście,
pozbierał burzowe chmury i rozpętał nad Yunnanem trwającą trzy dni i trzy noce burzę. Pół tony cięższe łańcuchy przygniotły go do dna Smoczego Stawu. I już za każdym razem, gdy zbliżała się susza, nie bacząc na konsekwencje, Czarny Smok wynurzał się ze stawu i zbierał chmury, a po powrocie jego kajdany stawały się cięższe o pół tony. Aż przyszedł dzień, w którym Czarny Smok nie potrafił już udźwignąć tego ciężaru i wzbić się w przestworza, by zgromadzić chmury. Macha tylko gniewnie ogonem na dnie stawu, pocąc się straszliwie – to pot Czarnego Smoka sprawił, że woda w Smoczym Stawie zabarwiła się na czarno; dlatego też ludzie zwykli nazywać staw ów Stawem Czarnego Smoka 黑龍潭.
Później, by upamiętnić Małego Czarnego, jego bliscy wznieśli nad Stawem Czarnego Smoka Świątynię Czarnej Wody 黑水祠.
Tyle legendy. A świątynia istnieje naprawdę – zresztą, świątynia to mało powiedziane! Jest to taoistyczny kompleks świątynny; najstarsza Świątynia Czarnego Smoka powstała w 1394 roku. Potem powstały inne budynki, a cały kompleks był tyle razy przerabiany „z duchem czasu”, że ciężko się w tym połapać.
To, co pozostało niezmienne, to sławne trzy drzewa 三異木: Tangowska Śliwa 唐梅 (obecnie umierająca), Songowski Cyprys 宋柏,
i Mingowska Herbata 明茶 (tak oblepiona turystami, że nawet zdjęcia cyknąć się nie dało...). Od 1993 roku Park Stawu Czarnego Smoka znajduje się pod opieką kunmińskich oficjeli. Sprowadza się ta opieka do wysyłania licealistów do parku w celu sadzenia drzew oraz do podniesienia cen biletów wstępu...
Pojechałam tam i urzekło mnie wszystko. Małe altanki, kompletnie puste. To, że poza schodami prowadzącymi do Świątyni i innych ważnych obiektów, jest tam prawie dziki las, po którym można bezkarnie buszować. Mały cmentarz z polowy XX wieku. To, że ludzie są tylko w świątyni, a w lesie można posłuchać śpiewu ptaków. To, że pachniało, jakby umieścić Beskidy w Wietnamie.

PS. Swoją drogą, wolę Staw Czarnego Smoka niż Staw Gąsienicowy. Każdy staw ma takiego patrona, na jakiego sobie zasłużył...

Staw Czarnego Smoka part II