Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puzhehei 普者黑. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puzhehei 普者黑. Pokaż wszystkie posty

2015-08-22

茅瓜 trzcinowa dynia

Przy okazji pobytu w Puzhehei udało mi się spróbować kilku nieznanych mi wcześniej przysmaków. Jednym z nich jest wspomniana w tytule "trzcinowa dynia", zwana również dziką czerwienią, psim/szczurzym/kurczaczym ogórkiem, niebiańską bądź królewską dynią a także - pardon le mot - dynią psie gówno. Wbrew ostatniej nazwie jest przepyszna, a jej świeża czerwień w niczym psich ekskrementów nie przypomina. Solena amplexicaulis, bo o niej tu mowa, rodzi małe owoce, wyglądające trochę jak przerośnięte winogronka, tyle że nie są zebrane w kiście i mają jasnoczerwoną barwę. Nie sądziłam, że uda nam się spróbować, bo w teorii rodzi owoce dopiero w sierpniu, ale jak zwykle teoria z praktyką się nieznacznie rozjechały i już na początku lipca sprzedawano w pełni dojrzałe owoce.
Których nie powinno się spożywać, bo są trujące. Serio. Można z nich przyrządzić trutkę na szczury. Z drugiej strony, w każdym lekarstwie jest i trucizna. Można się więc przy pomocy trzcinowej dyni leczyć - pomaga pozbyć się flegmy i stanów zapalnych, leczy oparzenia i kaszel, a także dolegliwości poalkoholowe.
Przede wszystkim jednak - jest pyszna. Sam owoc - lekko mdły. Knif w tym, żeby solidnie pogryźć pestki, które są w smaku mlecznokremowe, a w połączeniu z miąższem wprost boskie!
Jeśli kiedyś ujrzycie takie owocki w sprzedaży, spróbujcie koniecznie.

2015-08-13

ulubiona pozycja Chińczyków III

Tak bardzo przyzwyczaiłam się do chińskiego kucania na całych stopach, że rzadko mnie ono zaskakuje. Ale temu facetowi, który kuca na poręczy mostu i łowi ryby, należy się medal za równowagę, przede wszystkim psychiczną ;)

2015-08-12

najważniejsza jest droga, nie cel

Myliłby się ten kto sądzi, że na reprezentantach różnych szczepów Yi, ze wskazaniem na Sani, kończy się puzhehejska ludność. Żyją tu również Miao, Zhuangowie i oczywiście etniczni Chińczycy Han - choć muszę powiedzieć, że jednak mniej niż Sani włażą w oczy. Dlatego gdy niedaleko Puzhehei znalazłam drogowskaz wskazujący drogę do wioski Miao, byłam uszczęśliwiona. Te ich wspaniałe stroje, te srebrne "uprzęże"... to znaczy ozdoby, noszone z dużym poświęceniem przez kobiety! Bardzo chciałam ich zobaczyć na żywo, w naturalnym środowisku, a nie w Kunmingu, wymieszanych z innymi.
Jakież wielkie było moje rozczarowanie, gdy doszliśmy do wioski i z trudem uwierzyłam, że to faktycznie to. Parę ceglanych chałup, w różnym stopniu rozebranych bądź zburzonych.
Do tego smętnie snujący się ludzie, ewidentnie nie mogący sobie znaleźć miejsca i... koparki. Tak. Wioska została właściwie zburzona. Nie martwmy się jednak - zaczęto już prace, gęsto okraszone betonem. Tam, gdzie kiedyś była wioska Miao, będzie "Autentyczna Wioska Miao", pewnie jeszcze z biletami wstępu.
Czy wioska jest warta zwiedzenia? Absolutnie nie.
Czy warto było tam pójść? Absolutnie tak!
Do wioski prowadzą tylko dwie drogi - jedna zwykła, asfaltowa, po której wygodnie może się przemieszczać nawet wypasione auto. Druga - kamienna. Wijąca się wokół jeziora, między polami, pagórkami, głazami i skalistymi poletkami kukurydzy; hasają po niej bez opieki dzieci i kozy, jest piękna i w sam raz na poobiedni spacer. Miejscowi wprawdzie pukali się w czoło - każdy normalny człowiek wybiera szeroką drogę i albo motocykl, albo bryczkę. Ja jednak zmusiłam ZB do odrobiny wysiłku (a marudził oczywiście, jak to on ma we zwyczaju, że się zgubimy, że nie znamy drogi i że on jest taaaaaaaaki zmęczony) i zrobiliśmy sobie wspaniały spacer w pięknych okolicznościach przyrody. Miejscowa młodzież, stroniąca od konstruktywnych zajęć, łowiła ryby, dobre żony robiły pranie w jeziorze, a młode dziewczęta szukały ustronnego miejsca na kąpiel. Szum wody, koniki polne i słońce - czyż to nie wakacje idealne?
Zrobiliśmy wielkie kółko; pewnie będzie jakieś dziesięć czy dwanaście kilometrów. Na drodze, poza dziećmi i kozami, nie spotkaliśmy żywcem nikogo.
Całe szczęście ZB potrafi się przyznać do błędu i kiedy wracaliśmy do naszej wioski z setką nowych zdjęć, podziękował mi za to, że go zmusiłam do spaceru :D

2015-08-10

lotosy

Nie, nie znudzą mi się. To dla nich pojechaliśmy do tego całego Puzhehei. Nie pytajcie, ile jeszcze mam zdjęć, bo zapewniam, że na blog wrzucam zaledwie garsteczkę :)
Żeby nie było tylko zdjęciowo, trochę wiedzy. Na pierwszy ogień Eberhard:
*Lotos to jedna z najważniejszych roślin w Chinach. Tak dużego znaczenia nabrała prawdopodobnie dzięki buddyzmowi [...]. Jest symbolem czystości oraz jedną z buddyjskich świętości.
*Lotos ma dwie nazwy: lian 莲 albo he 荷.
*Ponoć napletek Buddy miał wyglądać jak kwiat lotosu.
*Lotos he 荷 jest homofonem jedności he 合, dlatego dwa lotosy lub liść i kwiat lotosu wyrastające z jednej łodygi należy rozumieć jako harmonię.
*Pręcik nasienny lotosu z jego licznymi nasionami jest symbolem płodności.
*Czerwony kwiat lotosu jest symbolem kobiecych narządów płciowych.
*W Pekinie mówiono, że lotos kwitnie ósmego dnia czwartego miesiąca [księżycowego], a więc w dzień narodzin Buddy.
W Słowniku symboli chińskich jest jeszcze sporo odniesień - ale to już zostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy, do samodzielnego odkrywania.
Od siebie dodam, że Trzycalowymi Złotymi Lotosami 三寸金莲 nazywano krępowane stopy Chinek.
Cóż. Wolę prawdziwe lotosy niż krępowane stopy. Poza tym nigdy w życiu nie widziałam czerwonego lotosu. Różowe tak. Inny gatunek, czy po prostu wąska gama kolorów u facetów? ;)