Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaligrafia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaligrafia. Pokaż wszystkie posty

2026-04-13

厚道 być życzliwym i uczciwym

W tej przemiłej herbaciarni w Akwamarynowym Strumieniu, gdzie nauczyłam się tak wiele o Hani, herbacie i życiu, na głównej ścianie pyszniła się kaligrafia, która wręcz ostentacyjnie przypominała gospodyni o jej obowiązkach względem gości.
厚道 hòudao to być uczciwym i życzliwym, nieprzesadnym, niezłośliwym, niewrednym... Po chińskich tłumaczeniach widać, że często łatwiej wyjaśnić, czym NIE jest hòudao niż czym JEST. Dodatkowe wyjaśnienia: bycie takim samym na zewnątrz, jak w środku (表里如一), nie oszukiwać, nie intrygować. Na tych osobach można polegać, a poza tym są wobec ciebie wyrozumiałe i wielkoduszne. Najbliższym konfucjańskim odpowiednikiem byłoby być może sformułowanie 忠恕 zhōngshù, czyli wypełnianie swych obowiązków/lojalność względem innych i empatia ("nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe"). Jest ono jednak dużo bardziej formalne, a przy okazji - moim zdaniem - bardziej intelektualne, a mniej... ciepłe. Wydaje mi się, że hòudao łatwiej sobie wyobrazić po prostu ze względu na etymologię. Znaki te bowiem to dosłownie "gruba droga". Drogę skojarzmy sobie z taoistyczną, czyli z drogą raczej w sensie duchowym, ze sposobem myślenia, z rozwojem osobistym i wyborami. Za to grubość wywodzi się ze sformułowania 寬厚 [宽厚] kuānhòu, które dosłownie jest zbitką "szeroki+gruby". Niby można tak powiedzieć o czyjejś budowie fizycznej, albo na przykład o czyimś głębokim głosie, jednak znacznie częściej służą te słowa do opisu osoby wielkodusznej, szczodrej, tolerancyjnej, wyrozumiałej, uczciwej... "Szerokość" dotyczy według mnie szerokości otwarcia serca na ludzi. "Grubość" za to byłaby solidnym, trwałym fundamentem w relacjach międzyludzkich, a może wręcz GŁĘBOKOŚCIĄ relacji. Znak grubości jest bowiem używany nie tylko do opisu rzeczy materialnych, ale i do zasugerowania głębi smaku, mocy uczuć itp. 
Sama szerokość nie wystarczy: można być niby otwartym na ludzi, ale powierzchownym i zmiennym; dopiero grubość dostarcza nam cech, dzięki którym możemy tej szerokości zaufać. Tu nie chodzi tylko o to, żeby być miłym po wierzchu; najważniejsze jest to, czy faktycznie życzliwość sięga głębi naszej duszy, czy jest warstwą tak grubą, że pod nią nie ma już miejsca na zazdrość, złośliwość, wbijanie szpilek i przewracanie oczami. Nie ma miejsca na bycie miłym i uśmiechniętym, a po powrocie do domu zdejmowanie maski i wzdychanie "jak ona mnie wpienia!". Tu chodzi o szczerą i niczym niezakłóconą życzliwość wobec drugiego człowieka, przyjmowanie go z dobrodziejstwem inwentarza, a nie warunkowo. Hòudao nie ma jednego, ustalonego raz na zawsze znaczenia ani formy – jest raczej przejawem postawy duchowej i wyrazem określonego stosunku do życia. Budzi zaufanie, daje poczucie stabilności, koi i wzrusza. Budzi ciepło w sercu jak gorąca czekolada w zimowy dzień, koi jak morska bryza podczas upału, lektura Muminków i utworki Lin Haia, dotyka nagiego wnętrza duszy jak piosenki Osieckiej. 
Patrząc na tę kaligrafię, zastanawiam się nad tym, czy zawsze powierzchowność jest zła. Jasne, najlepiej przebywać z ludźmi życzliwymi, szczerymi, wielkodusznymi i tak dalej. Jednak ideał ten jest dość ciężki do osiągnięcia przez zwykłych śmiertelników - ja przynajmniej się z nim spotykam nieczęsto. Ba! Ja sama, mimo wszelkich prób, bywam mniej wielkoduszna niżbym chciała, zdarza mi się złośliwa myśl czy dwie; niespieszno mi też do ujawnienia myśli, które nie przynoszą mi chwały, a jednak czasem się zdarzają. Gdy spotykam kogoś, kto jest względem mnie miły, pragnę wierzyć, że on jest taki naprawdę, do szpiku kości, 24/7. Czy jednak ja sama jestem w stanie to osiągnąć? 
Jeszcze nie. Więc może w trakcie tego dążenia do stania się osobami idealnie życzliwymi w stosunku do świata, bądźmy może po prostu życzliwi na tyle, na ile właśnie teraz potrafimy - nawet jeśli nie spełniamy i warunku szerokości, i grubości serca, pamiętajmy, że choćby jedno z nich jest lepsze niż żadne. Ale jeśli już mamy wybierać, lepiej być powierzchownie życzliwym czy dogłębnie, boleśnie szczerym? I znów: trudno powiedzieć. Ach, te nasze relacje, przyjaźnie, miłości... Czasem surowiej oceniamy tych, których kochamy, niż tych, z którymi nic nas nie łączy. Dlaczegóż to? Gdy jesteśmy bliżej, w oczy włażą nam szczegóły, których nie widzi się z dala, to jasne, ale czy musimy pozwalać na to, by doskonała widoczność utrudniała nam wyrozumiałość? Przecież właśnie ci, którzy są blisko, najbardziej potrzebują szerokiej ścieżki do naszego serca, opartej na grubaśnych fundamentach!  
Cieszę się bardzo, że akurat w tej herbaciarni zamiast "zwykłych" kaligrafii herbacianych czy biznesowych powitała nas właśnie ta. Dobrze sobie czasem przypomnieć, że ostatecznie to my kształtujemy nasz charakter i zachowanie względem drugiego człowieka. I że istnieją w życiu sprawy ważniejsze niż to "kto ma rację". Przecież nawet Einstein powiedział, że życzliwość jest najwyższą formą inteligencji.

Na deser kilka innych sformułowań z "grubością": 
  • 厚愛 [厚爱] hòu'ài czyli dosłownie gruba miłość znaczy pokazywać wielką troskę i uczucie; 
  • 深情厚意 shēnqínghòuyì - wielka serdeczność, szczera przyjaźń. Dosł. głęboki i gruby afekt 
  • 深情厚誼 [深情厚谊] shēnqínghòuyì - głęboka przyjaźń. Dosł. głębokie i grube uczucie przyjaźni 
  • 厚誼 [厚谊] hòuyì - hojny w przyjaźni. Dosł. gruba przyjaźń

2026-01-19

滇雲翰墨 筆驚風雨 Yunnańskie kaligrafie wstrząsające niebem i ziemią

Nie mogę czekać z pokazywaniem interesujących wystaw czy innych wydarzeń kulturalnych. Zanim przerzucę zdjęcia na dysk, zanim nad nimi siądę i się zastanowię, doczytam, posprawdzam - mija tyle czasu, że zapominam, że je w ogóle widziałam. A przecież chcę się tym z Wami dzielić! Mamy ostatecznie w Kunmingu jakieś tam życie kulturalne - z całą pewnością uboższe od Szanghaju czy Tajpej, ale jednak! 
Tym razem w moim ulubionym Pałacu Kultury trafiłam na wystawę yunnańskich kaligrafii z różnych czasów. Niektóre dzieła mnie... hmmm... zdziwiły - myślę, że przy odrobinie ćwiczeń mogłabym popełnić podobne stopą. Od niektórych odeszłam z niesmakiem - choć teoretycznie możliwym jest, że dla niektórych kaligrafów wypowiedzi niektórych polityków są wielką inspiracją, jednak dla mnie są raczej marnotrawstwem papieru i tuszu, niewartym skry talentu. Były jednak i takie, które chętnie powiesiłabym na ścianie. I takie, których na ścianie bym nie powiesiła, ale chętnie do nich będę od czasu do czasu wracać.
杨修品 - Od starożytności do dziś (słynny cytat z Sima Qiana)
陈俊宏 Nieśmiertelni nad Rzeką (wiersz Yang Shena)
王熙权, Uciszając wiatr i falę: Nie słuchaj, jak deszcz siekąc liście, przez las się przedziera (słynny wiersz Su Shi)
李轶 Pijąc wino. Pieśń piąta (piąta część słynnego alkoholicznego cyklu Tao Mingyuana)

刘文全 Kuplet Czerwony modrzew, białe pióra

郭伟 Kuplet Potrząsnąć trzema, złowić dwa
(najsłynniejszy kunmiński zhuangyuan!) Yuan Jiagu kuplet Obrazy i wiersze
黄继龄 Umiłowany kraj
易问耕 Pieśni o Jeziorze Dian. Dwie pieśni* (z cyklu pieśni Yang Shena)
Ostatnia kaligrafia autorstwa 范迪安 to jednocześnie tytuł wystawy. 翰墨 hàn mò to oczywiście pędzel i tusz, a zarówno 滇 jak i 云 wskazują na Yunnan. 筆驚風雨 [笔惊风雨] bǐjīngfēngyǔ to pędzel, który wstrząsa wiatrem i deszczem. Ten idiom nawiązuje do wersu z wiersza Du Fu
笔落惊风雨,
诗成泣鬼神 
W wolnym tłumaczeniu: 
[Mój] opadający pędzel wstrząsa wiatrem i deszczem; 
nad ukończonym wierszem łkają demony i bogowie. 
Czy nasze yunnańskie dzieła faktycznie wstrząsają niebem i ziemią i doprowadzają bóstwa do łez? Trudno powiedzieć. Z pewnością kilka kaligrafii zostanie ze mną na dłużej, być może o niektórych napiszę, jeśli uda mi się wtłoczyć myśli i uczucia w słowa. Czasem urzekła mnie interpretacja, a czasem - oryginalny wiersz, niekoniecznie akurat tym stylem napisany. Ale... czyż nie o to właśnie chodzi? Czytamy wiersze i prozę, mielimy je we własnych mózgach i sercach, smakujemy słowa i otulamy się nimi ciasno. Czasem potrafimy je oddać innym, dokładając i swoją cegiełkę, a czasem tylko się nimi sycimy, nie mając umiejętności po temu, by móc tę treść wbogacić.

Wszystkie wystawione dzieła można zobaczyć tutaj.

*Konkretnie pierwsza i ósma.

2025-08-22

Way Out Is In: The Zen Calligraphy of Thich Nhat Hanh

Właściwie nie interesuje mnie buddyzm jako taki. Przecierpiałam zajmowanie się nim na studiach dalekowschodnich i dodatkowo na filozofii tylko ze względu na jego niewątpliwe związki z Chinami. Wchodzę do świątyń i oczytuję się o bóstwach ludowej wersji buddyzmu nie intensywniej niż o bóstwach taoistycznych czy naszych lokalnych, yunnańskich. A jednak - od czasu do czasu coś przykuje moją uwagę tym, że akurat wpasowuje się w moje myśli nieuczesane i poplątane uczucia. 
Ostatnia podróż do Polski była nieco mniej trudna niż poprzednia, chwała lotosom. Miałam do załatwienia milion spraw - i wszystkie udało mi się załatwić. Powtarzam: wszystkie. Nigdy w życiu nie miałam takiego szczęścia. Mało tego, po zamknięciu ostatniej (i po paru dniach odpoczynku, bo ileż można?) nagle odczułam tak niezwykłą lekkość i radość, że nagle zaczęło do mnie docierać, jak wiele spraw i jak bardzo mi ciążyły. Niby wiedziałam, że coś tam nade mną jedno z drugim wisi, ale musi poczekać na swój czas, bo niestety Chiny są od Polski po prostu za daleko, więc pakuję gdzieś z tyłu głowy i w ostatnim kątku serca, a potem poprawiam koronę i zaiwaniam dalej. Dopiero gdy poczułam niespotykaną przez ostatnich parę lat lekkość i radość, nagle odkryłam, jak wielki był mój balast. 
Wreszcie znów patrzę na świat w zachwyceniu, znów uśmiechem witam każdy poranek, znów mam czas i cierpliwość sprzątać z Tajfuniątkiem biblioteczkę i podbiurkowy bunkier. Znów marzę o gotowaniu, robieniu przetrworów, badmintonie, spacerach i porannej kawie niezakłóconej żadną sprawą-nie-cierpiącą-zwłoki, otulonej słońcem (względnie mżawką kunmińskiej pory deszczowej) i ptasim świergotem. Każde Teraz jest cudowne, pokropione herbatą i satysfakcją, lekkie jak chmurka.
Jak dobrze, że nietypowe anglojęzyczne kaligrafie zen autorstwa najsławniejszego bodaj wietnamskiego mistrza zen trafiły w me ręce właśnie teraz! Są... no cóż, są po prostu kwintesencją tego, co chciał nam przekazać mistrz Thich: skupieniem, medytacją, oddechem... mam nadzieję, że nie będę zbyt obrazoburcza, jeśli stwierdzę - modlitwą. 
Książeczka maleńka, ale do wielokrotnego szukania pomocy w oddechu, spokoju i Byciu W Teraz. No i świetny wstęp do licznych innych dzieł autora.

2025-05-27

Pięcioro dzieci i Budda 五子戲佛

Jednym z bardzo typowych buddyjskich dobrowróżbnych obrazków jest wizerunek buddy otoczonego pięciorgiem baraszkująch dzieci (oczywiście chłopców). Można go znaleźć zarówno w postaci kaligrafii na ścianach, jak i na porcelanie tudzież brązie, a także wyrzeźbiony w drewnie czy żadach - nie tylko w celach sakralnych, czyli dla świątyń, a dostępny dla każdego. Co ciekawe, ten sam wizerunek jest znany pod co najmniej kilkoma nazwami: pięcioro synów bawi się (z) buddą, pięcioro synów rozrabia z buddą 五子鬧佛, pięcioro synów walczy z buddą 五子戰佛, pięcioro synów rozrabia z Maitreją 五子勒彌勒... Bez względu jednak na użytą nazwę, sam wizerunek jest podobny: piątka dzieciaków obłazi ze wszech stron uśmiechniętego, dobrotliwego buddę i dokazuje, ile wlezie. Szalenie radosna scenka, prawda? 
Dlaczego jednak tych chłopców jest akurat pięciu? Są różne domysły. Może przedstawiają Pięciu Bogów Szczęścia? A może chodzi o pięć pożądań: pragnienie pieniędzy, seksu, sławy, łakomstwo i lenistwo? A może pięć szczęść żywota ludzkiego: długowieczność, bogactwo, zdrowie, umiłowanie cnoty oraz spokojna śmierć. Obojętnie jednak, co wyrażają chłopaki - najważniejsze to jak centralna postać, czyli Maitreja, radzi sobie z tymi wyzwaniami. 
Czy aby na pewno jest to Maitreja? Choć tak jest podpisany nawet na naszej dzisiejszej kaligrafii, w żadnej księdze buddyjskiej nie znajdziemy opisów Maitrei z dziećmi. Są one za to spotykane w opowieściach o Śmiejącym Się Buddzie, który był lub nie był jednym ze wcieleń Maitrei. On to zawsze był otoczony dzieciakami. Zgodnie z jedną z legend, Avalokiteśwara podarowała mu kiedyś dno kwiatu lotosu wypełnione owocami. On jak zwykle wrzucił wszystko do swej torby, jednak zanim się spostrzegł, zamiast lotosów wylazło z niej pięcioro dzieci. Ponoć to właśnie stąd teoria o pięciu szczęściach - przecież Bogini Miłosierdzia nie dałaby buddzie trosk i pożądań, a tylko błogosławieństwa. 
A jednak - w najwcześniejszych malowidłach ilość smarkaterii dochodziła nawet do osiemnastu sztuk. Pod koniec dynastii Ming ich liczba zmniejszyła się do dzisiątki, a pod koniec dynastii Qing została już tylko połowa. Są tacy, którzy twierdzą, że buddyści od zawsze wiedzieli, że przyrost naturalny będzie się z czasem zmniejszać... 
Tym, co pozostało niezmienne, jest jednak sam budda, z jego życzliwością, optymizmem, miłosierdziem i mądrością. Przyjrzyjmy się szkrabom: jeden próbuje buddzie zrobić dziurę w uchu, inny szarpie za jego ubranie... Obojętnie jednak, jak bardzo pięciu łobuzów naprzykrza się buddzie, on otacza ich taką samą wyrozumiałością i czułością. A może... obojętnością? Prawdziwa cnota pozostaje obojętna zarówno wobec pragnień, jak i wobec szczęść, które się jej przytrafią. Serce buddy jest nieporuszone jak lustro wody: możesz wrzucić do tego jeziora kamień, ale lustro zaraz znów się zrobi gładkie. W różnych wersjach dzieci te mogą różnie wyglądać; mogą na przykład mieć atrybuty wiążące je z jakimś konkretnym znaczeniem, jednak akurat tutaj dłonie chłopców są puste; nie dzierżą ani wazonu, który symbolizuje pokój i pomyślność, ani liczydła, które zwiastuje bogactwo. Pozostaje więc tylko ciepły uśmiech buddy, który nie daje się wciągnąć w chłopięce zaczepki i który ze spokojem w sercu zaczyna każdy kolejny dzień.
Czego życzę sobie - i Wam, kochani.

2025-05-15

jeleń i żuraw

Niebywale zaskoczył mnie ostatni znak (z tych dużych) na tej kaligrafii. Połączenie jelenia z żurawiem zdarza mi się bowiem widzieć tak często, że niemal instynktownie odczytuję: 鹿鹤同春 (dosłownie: wspólna wiosna jelenia i żurawia), czyli wizualny odpowiednik 六合同春. Chodzi tu dobrowróżbne życzenia, by na całym świecie - czyli w sześciu kierunkach (na niebie, na ziemi, na północy, południu, wschodzie i zachodzie) nastała "wiosna" - czyli czas rozwoju, rozkwitu i radości. 
Za czasów mingowskich artyści malowali po prostu sześć żurawi wśród kwiatów. Żuraw 鹤 hè i 合 hé brzmiały na tyle podobnie, że każdy domyślał się, o co chodzi, a jeśli jeszcze na obraz trafiała cedrela chińska, której znak zawiera wiosnę (椿), to już w ogóle wszyscy chwytali w lot. Pisał o tym nawet słynny yunnański intelektualista Sheng'an*. Z czasem szóstka została jednak zastąpiona jeleniem - również z racji podobieństwa brzmienia. Niech Was nie zwiedzie fakt, że we współczesnym mandaryńskim 六 wymawia się liù. Drugim całkowicie prawidłowym czytaniem jest lù, czyli mamy brzmienie tożsame z 鹿 lù - jeleniem. Stąd więc połączenie jelenia z żurawiem jest częstym motywem kaligraficznym i traktuje się je jak dobrą wróżbę. 
Trzeba wszakże uważać. Znana jest potrawa "wspólna wiosna żurawia i jelenia" 鹤鹿同春 - jak widać, od naszego dobrego omenu różni się tylko i wyłącznie kolejnością zwierząt! - której głównym składnikiem jest jeleni ogon. Zapewne również powstała przez to samo dobrowróżbne skojarzenie.

A ja nadal nie wiedziałabym, co to za znak, ten ostatni, gdyby nie to, że ten sam artysta popełnił również dłuższy wiersz na innej ścianie - i tam znów napisał 春 w ten nietypowy sposób.  

*北之语合鹤迥然不分,故有绘六鹤及椿树为图者,取六合同春之义.

2025-05-04

wiecznie zielone 长青

I kolejna kaligrafia-graffiti z życzeniami długiego życia:
长青 to dosłownie "długa zieleń". 长青树 "drzewo długo zielone" to przede wszystkim iglaki i inne drzewa zimozielone. "Długa zieleń" często więc określa nie tylko długie i zdrowe życie, ale również ludzi pełnych wigoru, a także dobrze prosperujące biznesy.

2025-04-26

tryumfalny owoc 碩果

碩果 [硕果] shuòguǒ to wspaniałe zbiory, a także każde wielkie osiągnięcie, każdy sukces czy tryumf, każde imponujące dzieło tudzież absolutnie fantastyczna osoba. Bardzo łatwo to wywieść z dwóch znaków, z których składa się to słowo: 碩 [硕] shuò to właśnie wspaniały, a także wielki. Występuje w wielu złożeniach, z których moim ulubionym jest tytuł magistra 碩士 [硕士] shuòshì. 
果 guǒ to za to rezultat, wynik. Ale podstawowym znaczeniem tego znaku jest... owoc. Wyjątkowo łatwo przełożyć to na polski, bo my też mówimy o owocach ciężkiej pracy i tak dalej. Łatwo można więc zrozumieć zdanie: 多年的辛劳结出了硕果. - Lata ciężkiej pracy wydały wspaniałe owoce (przyniosły wielki sukces). 
Jeśli zaś mówimy o więcej niż jednym sukcesie, użyjemy sformułowania 碩果累累 [硕果累累] shuòguǒlěilěi - ciężki od owoców, obwieszony owocami - czyli ma wiele osiągnięć na koncie. Można tak mówić o płodnych pisarzach czy kompozytorach, aktorach znanych z wielu znakomitych ról. Cząstka 累累 léiléi, używana w zasadzie tylko w literaturze, mówi o gronach, stosach czy że jest czegoś na pęczki. W drugim czytaniu 累累 lěilěi oznacza powtarzalność i nawarstwianie się, co łatwo wywieść prosto z pierwszego czytania. Niekoniecznie zresztą to nawarstwienie i obfitość muszą się dobrze kojarzyć; mamy więc na przykład sformułowania takie jak 負債累累 [负债累累] fùzhàilěilěi - po uszy w długach (nawarstwione długi). 
Wracając do naszej kaligrafii: bardzo ładnie zostały tu połączone słowa 硕果 czyli wielkie osiągnięcie z kaligrafią przedstawiającą winogrona - widzimy więc, że nie należy poprzestać na jednym sukcesie, a trzeba dążyć do tego, by ich było tyle, ile winogron w kiści.

2025-04-15

Sosna witająca gości 迎客松

W bardzo wielu miejscach, głównie na ścianach restauracji i hoteli można znaleźć tego typu malowidła:
Podpisane są "sosna witająca gości". Długi czas myślałam, że to może wyjątek z jakiegoś wiersza czy przysłowia, nie zdając sobie sprawy, że to po prostu jedna z najsłynniejszych sosen Chin - Sosna Żółtogórska (Pinus hwangshanensis) czyli sosna rosnąca w Górach Żółtych Huang Shan 黄山. Wiele z nich doczekało się swych imion i są słynne w całych Chinach. Dwiema bodaj najsłynniejszymi są właśnie Sosna witająca gości 迎客松 i Sosna żegnająca gości 送客松, obie kilkusetletnie, obie wpisane na listę światowego dziedzictwa, obie ukształtowane przez naturę tak charakterystycznie, że nazwy narzucają się same. 
Cóż, właśnie w takich momentach wychodzi na jaw fakt, że jestem yunnańskim "klejnotem rodzinnej wsi", który poza Yunnanem nic nie widział i nic nie wie...

2025-04-09

życie jak sen 百年世事三更梦

W taoistycznej świątyni Czarnego Wojownika w Heijingu trafiłam na ciekawą naścienną kaligrafię:
Sto lat doczesnego świata jest jak sen 
Dziesięć tysięcy li rzek i gór jak partia szachów. 
Od zarania dziejów iluż bohaterów 
Spoczęło w ziemi południowych i północnych pagórków. 

Jakoś tak nietaoistycznie brzmi. Niby trochę tak, bo ten sen, ale jednak wszystko marność bardziej mi pasuje do buddyzmu i jego walki z przywiązaniami do świata doczesnego. Krótka kwerenda doprowadziła mnie do wiersza przypisywanego cesarzowi Shunzhi. Wiersz dla mnichów buddyjskich, więc faktycznie raczej nietypowa inspiracja dla taoistycznej świątyni. W dodatku ewidentnie artysta cytował z pamięci, bo niemal w każdym wierszu pojawia się lapsus (tutaj możecie porównać z oryginałem). Swoją drogą, wiersz jest tym bardziej ciekawy, im bardziej zgodzić się z przypuszczeniem, że faktycznie został napisany przez cesarza. Całość jest raczej długawa, a z wersu na wers wyraźniej widać, jak bardzo Syn Nieba zazdrości mnichom wolności w poświęcaniu się duchowemu rozwojowi (pyta z goryczą, czemuż musiał się urodzić w cesarskim domu: 为何生在帝王家?), zazdrości im mnisich szat i samej możliwości zostania mnichem. 
Zwróćcie uwagę na słowo 衲子 nà zǐ, oznaczające właśnie mnicha bądź mniszkę. Samo zaś 衲 nà to nazwa mnisich szat, głównie buddyjskich lub taoistycznych. Za to na angielski bywa tłumaczone jako sutanna, choć myślę, że chodzi po prostu o to, żeby zasugerować ubranie osoby duchownej religii dowolnej.
Wracając do wiersza, często jest używany jako podstawa lekcji tłumaczących mnisie życie i zachęcającej do zadania sobie pytania, czego się oczekuje po wstąpieniu do zakonu. Buddyjskiego zakonu. Ujrzenie go na ścianie świątyni taoistycznej było podobne do ujrzenia Jezusa w roli jednego z arahantów. Wiwat synkretyzm religijny!

2024-11-28

Alchemia słowa

Zacznę może od tego, że wychowałam się na Parandowskim i jego styl sprawił mi tak wiele przyjemności, że rozkoszowałam się wprost po prostu SŁOWEM. W dodatku całkiem niespodziewanie udało mi się połączyć tę książkę z azjofilską manią, bo na kilku kartach wspomina on i o Azji. Nie zawsze trafnie, niestety. W czasach przedinternetowych wiele jego stwierdzień dałoby się pewnie przeoczyć lub uznać za pewnik. XXI wiek odebrał nam tę niewinność, strącając tym samym z piedestałów ludzi, którym wydawało się, że wiedzą wszystko. Dodatkowo zestarzał się i pod innymi względami: okrutne bądź pobłażliwe słowa o kobietach, które być może uchodziły parędziesiąt lat temu, teraz wywołują u mnie zażenowanie. Wzdycham ciesząc się, że tego typu styl odchodzi do lamusa. Poniżej kilka akapitów, nad którymi się zatrzymałam - nad większością dlatego, że dotyczą Azji, nad kilkoma dlatego, że uderzyły w czułą strunę. 
Druk odebrał literaturze pięknej niejeden z jej uroków, których tak wiele kryło się w dawnych rękopisach. Książka rozchodząca się w tysiącach egzemplarzy, całkowicie do siebie podobnych i bezosobistych, ma w sobie pospolitość wszelkiej masowej produkcji. Lecz poeci dawno już zobojętnieli na formę graficzną, w jakiej pojawiają się ich utwory. Większość tak pragnie je rozpowszechnić, że marzą tylko o tym, by pojawiły się w gazecie, pomieszane z kroniką wypadków i ogłoszeniami, wytłoczone zużytymi czcionkami na ordynarnym papierze, który jutro będzie się walał na śmietniku. Trzeba dotrzeć do Chin, żeby znaleźć starą i wykwintną kulturę wiersza, który szuka swego wdzięku nie tylko w słowach, ale w znakach je wyrażających, w specjalnym ich doborze, starannie obmyślanej kaligrafii, w gatunku papieru i w ornamentach, które go zdobią. 
* Podobno w chińskim teatrze niesłabnącym powodzeniem cieszy się od wielu stuleci w coraz nowych sztukach opracowywana historia biednego studenta, który łańcuch swoich niedoli zamyka złotym pierścieniem mandaryna. 
* [Conrad] uskarżał się na trudności, jakie musi zwalczać pisząc w obcym języku. A jednocześnie ten człowiek powiedział: "Nie było dla mnie wyboru - gdybym nie pisał po angielsku, nie pisałbym wcale". Tylko miłość, zakochanie się w tej mowie może go wytłumaczyć i tylko miłość może sprawić cud, że przybysz z dalekiego kraju stanie się jednym z najświetniejszych stylistów w ojczyźnie Szekspira. [och, być jak Conrad! Ja nie potrafię. Gdybym musiała czekać z pisaniem do momentu, w którym mogłabym wypowiedzieć się swobodnie po chińsku, nigdy bym nie zaczęła] 
* Przywiózł ją [herbatę] do Europy w roku 1610 statek holenderskiego Wschodnio-Indyjskiego Towarzystwa i w ciągu jednego pokolenia podbiła ona niemal cały kontynent. Addison i Steele zapewnili jej sławę w literackich kołach Anglii. Charles Lamb uwielbiał herbatę prawie jak Chińczyk. W Chinach zaś weszła ona do poezji już w ósmym wieku i odtąd pozostała jednym z najdziwniejszych źródeł natchnienia. Zarówno tam, jak i w Japonii, jest ona czymś więcej niż napojem, jest symbolem, wokół którego narosła tradycja, ukształtowały się obyczaje, przypisuje się jej wpływ na estetykę, etykę. [Herbata pojawia się już w Księdze Pieśni, więc ponad tysiąc lat wcześniej] 
* Mądrość Konfucjusza, wyrażona w jego maksymach z doskonałością najwłaściwszych środków pisarskich, kształtowała obyczaj, moralność, postawę życiową Chińczyka przez półtrzecia tysiąca lat. Słowo jest potęgą. Utrwalone w piśmie, zdobywa nie dającą się obliczyć ani przewidzieć władzę nad myślą i wyobraźnią ludzi, panuje nad czasem i przestrzenią. 
* Tzw. "pisanie dla siebie" jest przywilejem zawiedzionych starych panien, czyhających zresztą na sposobność, by otworzyć przed kimś szufladę, gdzie pokłady rękopisów spoczywają w zapachu mydełek i landrynek. [a akapit późniem mamy o Fredrze, który pisał do szuflady nie dlatego, że był zawiedzioną starą panną, a z racji rozczarowania i goryczy. Wiadomo. Fredrze wolno pisać do szuflady z wielu różnych powodów, jednak jeśli nie daj buddo powie tak kobieta, zwłaszcza niezamężna, to tak naprawdę chce, by jej dzieła zostały przeczytane i czyha na sposobność...] 
* Dwa języki, grecki i łaciński, grecki w większym stopniu, obejmowały całą publiczność literacką. I dla niej pisali również obcy, na przykład Żydzi, jedyny naród, który posiadał wówczas własną literaturę. [Chiny, jak wiadomo, literatury nie posiadały. Wcale a wcale. To, że Europejczycy czegoś nie znają nie znaczy, że to nie istnieje, grrr] 
Spędziłam z tą książką ładnych kilka godzin; była taka gęsta i pożywna, że czas jeszcze jakiś potrwa, zanim zdołam się znów wziąć za coś równie absorbującego. Nie zostanie jednak na mojej półce; europocentryzm wymieszany z maczyzmem jest dla mnie obecnie dużo mniej strawny niż ongiś.

2024-11-20

żuraw i sosna

Naprzeciwko wspomnianych srok wymalowany został inny dobrowróżbny obrazek:
松鹤长青* to dosłownie "sosna i żuraw wiecznie zielone/młode". Są to bardzo popularne życzenia dla seniorów - oby byli długowieczni jak żurawie i wiecznie zieloni (czyli młodzi) jak sosna. Sosna zresztą była także znanym "lekarstwem" zapewniającym długowieczność: wierzono, że żywica ponad tysiącletnich sosen zamienia się w pornatkę/porię, czyli jeden z leczniczych grzybów, po chińsku zwany fuling. Ten grzyb zaś zgodnie z tradycyjnymi wierzeniami przedłuża życie. Z kolei żuraw, jak wierzono, co jakiś czas przechodził gruntowną przemianę (zgodnie z najpopularniejszą legendą w wieku siedmiu, szesnastu, stu sześćdziesięciu i tysiąca sześciuset lat), by w końcu osiągnąć idealną postać i stać się środkiem transportu nieśmiertelnych. Wedle zaś innych wierzeń żurawiem mogli zostać śmiertelnicy po uzyskaniu nieśmiertelności. Czyli najpierw jesz kalafonię, stajesz się nieśmiertelnym, przeistaczasz się w żurawia i tak już całą wieczność. Ja tam nie wiem, czy bym tak chciała, no ale każdemu według potrzeb. 
Tak oto sosna została powiązana z żurawiem i wiecznie zielone drzewa z długowiecznością. To przełożyło się oczywiście na język, produkując takie oto idiomy: 
  • 松鶴遐齡 [松鹤遐龄] sōnghèxiálíng - długowieczność. Dosłownie: odległy wiek sosny i żurawia. 
  • 萬古長青 [万古长青] wàngǔchángqīng - wieczny, trwający zawsze, wciąż świeży. Dosłownie: dziesięć tysięcy razy stary a długo zielony. 
Wyjątkowo krotochwilne wydało mi się, że i tutaj kaligraf się nie przyłożył i zapisał niepoprawnie żurawia, który tak naprawdę winien wyglądać tak:
Życzę kaligrafowi, żeby był radosny jak sroka i żył długo jak żuraw, bo możę w przyszłości się wreszcie nauczy swojego języka ojczystego... 

*Czasem występuje też w wersji 松鹤长春 sosna i żuraw długa wiosna; są praktycznie równoznaczne.

2024-11-12

radosne sroki

Na hmmm... odrzwiach (?) tego starego domostwa widnieje nadgryziona zębem czasu, acz nadal urocza kaligrafia-kalamburek.
Sroczki na gałęzi moreli
Tak naprawdę jest to zabawa słowem: podstawą kaligrafii jest bowiem sformułowanie 喜上眉梢 xǐshàngméishāo odpowiedzialne za niewypowiedzianą radość; dosłownie: radość na koniuszkach brwi.
Sroki chińskie nazywają się 喜鵲 [喜鹊] xǐquè, przy czym drugi znak wystarcza do opisania sroki, zaś pierwszy to znak radości, a dodawany jest do srok po to, żeby podkreślić, że są to ptaki dobrowróżbne. Oczywiście na potrzeby kalamburowe wykorzystano właśnie skojarzenie srok z radością. Jeśli zaś chodzi o koniuszki brwi, to chodzi o cienki koniuszek przy skroni (drugi koniec, ten przy nosie, zowie się początkiem brwi: 眉头). Tu nasza zabawa polega na tym, że morela Prunus mume 梅 méi brzmi tak samo jak brew 眉 méi. W dodatku "koniuszek" 梢 shāo to ten sam znak co cienka gałązka - łatwo to zresztą poznać po kluczu drzewa 木. Niestety, heijiński kaligraf nie popisał się znajomością języka ojczystego i zamienił znak gałązki i koniszka na niepasujący do niczego, ale brzmiący tak samo znak 稍 z kluczem zboża 禾...

2024-10-31

obyś miał kasy jak wody w strumieniu 流水生财

Sformułowanie 流水生財 [流水生财] liúshuǐshēngcái oznacza dokładnie, że płynąca woda rodzi pieniądz. I jak woda w strumieniu - nigdy się nie kończy, wciąż płynie! Ponoć właśnie z racji tego skojarzenia zgodnie z dawnymi zasadami fengshui przez każdy tradycyjny chiński ogród powinna przepływać woda. Dziś jednak wystarczy zastosować trik: machnąć sobie kaligrafię ze strumieniem czy też wodospadem i powiesić w miejscu, w którym ma działać biznes.

2024-05-26

Dzień Matki

Jednym z fantastycznych efektów mieszkania w Chinach jest to, że dwukrotnie obchodzę Dzień Matki - po chińsku w drugą niedzielę maja i po polsku - dzisiaj. Dwa razy kwiaty, całusy, życzenia - w to mi graj! 
Z okazji dzisiejszego Dnia Matki pokażę Wam, jak obchodziłyśmy chiński te dwa tygodnie temu. Wybrałyśmy się z drugą parą matka+córka nad Jezioro Pieszczenia Nieśmiertelnych. Pierwsza część naszej wycieczki to wizyta w wiosce znanej z upraw borówki amerykańskiej. Dziewczynki chciały same zrywać owoce, więc zamarudziłyśmy na plantacji aż do lunchu w jadłodajni, oferującej znakomite lokalne potrawy: niehodowlane ryby, zioła, kwiaty, kiszonki domowej roboty - wszystko pycha!
po lewej bakłażan z kwiatami taro, po prawej słodkowodne minikrewetki i rybki
rzodkwiowe dża na ostro, podane z wędzonką
Następnym punktem wycieczki było nieznane mi wcześniej miejsce - kurort Luchong 禄充, pełen hoteli, pensjonatów, deptaków i plaż. Naszym celem był pensjonat Wielkoduszności Wielkiej Wiedzy 抚仙湖大知闲闲民宿, który mnie wszakże bardziej niż pensjonatem wydał się ekskluzywnym hotelem czy może raczej kompleksem hotelowym: wiele budynków różnej wielkości, zbiornik wodny, piękny ogród, altanki, widoczki... Oj, miało Tajfuniątko gdzie buszować!
W tej pięknej przestrzeni została zorganizowana wystawa, której wernisaż miał miejsce właśnie w chiński Dzień Matki. Wystawa nazywa się 复调, co przetłumaczyć można na wiele sposobów; ja wybrałam Towarzysząca melodia. To wystawa dzieł dwóch artystek, matki Chen Lingjie 陈玲洁 i córki Rong Zhuang 戎庄. Matka specjalizuje się w obrazach olejnych; tym razem wystawiła dzieła obrazujące wiejskie życie ze szczególnym uwzględnieniem prac polowych charakterystycznych dla danych pór roku.
Córka szuka jeszcze swojej drogi. Próbuje sił w rzeźbiarstwie, malarstwie, kaligrafii... Na razie wie głównie to, że kocha koty, a także czerpie inspirację z legend i baśni rozmaitej proweniencji:
Nezha
Dzieła córki są oczywiście mniej doszlifowane, zdecydowanie mniej przypadły mi do gustu niż starannie wypracowane obrazy matki; muszę jednak przyznać, że jak na nastolatkę (dziewczę urodzone w 2009 roku), radzi sobie świetnie - widziałam, jakim powodzeniem cieszyły się jej koty! Co najmniej kilka kaligrafii sprzedała już w dniu wernisażu. Jeśli czytacie po chińsku, tutaj możecie znaleźć więcej informacji o wystawie.
Wycieczkę zakończyłyśmy zabawą na plaży i brodzeniem w jeziorze w poszukiwaniu skarbów.
Źródłem ogromnej radości jest dla mnie fakt, że potrafimy z Tajfuniątkiem znaleźć wspólną drogę, wspólne radości, wspólne hobby. Wprawdzie podczas wernisażu dla mnie kluczowe było odnalezienie wszystkich eksponatów, a dla niej - samodzielne eksplorowanie ogromnej przestrzeni, wprawdzie dla mnie ciekawsza była wystawa, a dla niej plaża i zrywanie borówek, ale - miałyśmy piękny, wspólny dzień i nawet burza, która przemoczyła nas do suchej nitki, nie zdołała tego zepsuć. Oby takich dni było jak najwięcej! 
Czego życzę i sobie, i Wam.