blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2021-12-29

hafty Naxi 纳西刺绣

Dawno, dawno temu Białe Piaski (Baisha) słynęły z haftów. Nie zdobiły one rękawów prostaczków, o nie! Stać było na nie tylko najzamożniejszych kupców i władców lokalnych klanów albo... mnichów - oni nigdy nie skąpili pieniędzy na ozdoby. Były te hafty misterne i przykuwające spojrzenie, zupełnie inne od zwykłych haftowanych gwiazdami i księżycem strojów kobiet Naxi czy ozdobnych pasów dla mężczyzn. Zwykłe chusty do noszenia niemowląt czy też wkładki do butów były haftowane dość podobnie w całym północno-zachodnim Yunnanie, ale w niewielu miejscach powstały tak eleganckie i misterne hafty, jak u Naxi z Białych Piasków. Dawnymi czasy każda tutejsza kobieta potrafiła haftować i robiły to wszystkie nader zręcznie. A potem przyszło "wyzwolenie" i Rewolucja Kulturalna...

W 2003 roku powstał w Białych Piaskach Instytut Haftu Naxi. Od początku swego istnienia ma trzy główne cele: odrodzić tę sztukę i dbać o jej zachowanie, propagować i uczyć nowe pokolenia hafciarek, a także przyczyniać się do zachowania kultury dongba (która z naxijskimi haftami jest mocno związana).

Zstąpienie do piekła - scena z religii dongba

W samym środku Baisha mieści się ogromne domostwo, składające się z czterech budynków. W nich to mieszczą się: warsztat, galeria i sklepik, które można zwiedzić (choć w większości miejsc nie wolno robić fotografii). Co (dla mnie) najcenniejsze, nie zwiedza się samemu. Od razu po wejściu zostaje zawołany pracownik pełniący rolę przewodnika (dostępne języki: mandaryński i angielski). Ma ogromną wiedzę zarówno na temat samego instytutu i haftu, jak i na temat prezentowanych w galerii dzieł oraz ludzi, którzy w instytucie przebywają. Oczywiście, można zwiedzić całość w dwadzieścia minut, ale ja spędziłam tam całe popołudnie, ponieważ zainteresowanemu słuchaczowi przewodnik nie szczędzi szczegółów - a mnie fascynowało wszystko, co przewodniczka zechciała mi opowiedzieć. 

W galerii wisiały haftowane obrazy, które do złudzenia przypominały chińskie kaligrafie, a tuż obok nich oczy radowały tybetańskie haftowane thanka. Piękne wizerunki Tary obok Śmiejącego Się Buddy, drogi do piekła w religii dongba i Mao? Tylko w tym miejscu! Mnie jednak dużo bardziej zafascynował warsztat. Pracowało tam w skupieniu kilka osób - ze dwie panie w średnim wieku, parę młodych dziewcząt i jeden chłopak. Niektórzy zajmowali się prostym haftem - kilka ruchów na krzyż - ale inni mieli przed sobą mocno skomplikowane zwoje przedstawiające całe historie. Przewodniczka opowiedziała mi, że ten warsztat to przy okazji szkoła. Naucza tu na stałe ośmiu mistrzów i szesnastu pomniejszych nauczycieli; w normalnych latach trenuje tu nawet kilkuset uczniów, choć od początku pandemii ruch w interesie zdecydowanie się zmniejszył. Można tu zorganizować warsztaty dla dowolnej grupy - bywały tu i wycieczki szkolne, i grupy emerytów z Zachodu. Jednak najważniejsza jest szkoła, która organizuje darmowe nauczanie dla Yunnanek. Tak! Nie tylko dla samych Naxi, ale dla każdej mieszkającej w regionie kobiety ze wsi - jeśli tylko chce się uczyć. W zależności od tego, jaki stopień wtajemniczenia chce osiągnąć, może się uczyć rok, trzy lata czy też do końca życia. Szkoła nie tylko zapewnia jej materiały i nauczycieli, ale również - pomoc w sprzedaży ukończonych dzieł. Dziewczyna taka może wybrać zamieszkanie w szkole albo powrót do domu - z materiałami i wiedzą, jak się z nimi obchodzić. Gdy ukończy dzieło, dostarcza je do Instytutu, a on pośredniczy w sprzedaży, odejmując zarobku dziewczyny opłatę za materiały i maleńki procent dla szkoły. Widziałam te hafty. Niektóre - cóż, bardzo nie w moim guście. Inne jednak były cudowne! Szkoda, że mnie nie stać na tego typu cudeńka - drobiazg typu podkładka pod szklankę kosztuje ładnych parędziesiąt yuanów a makatki to koszt porównywalny z miesięcznym utrzymaniem mojego domu. I to te nieduże. Prace hafciarek biorą udział w konkursach i wystawach - niestety, głównie krajowych, ale lepszy rydz niż nic, prawda? Zerknęłam jeszcze raz na chłopaka, który dziwnie nie pasował do tego babskiego grona. Co on tu robi? - zapytałam przewodniczkę. - Przecież uczycie tylko dziewczyny. Dla niego zrobili wyjątek. Idea jest przecież taka, żeby dać źródło utrzymania osobom, które w przeciwnym wypadku nie mogłyby się utrzymać same. Chłopak ten jest niepełnosprawny - wygląda na ofiarę polio. Jego przeznaczeniem była uprawa roli, ale niepełnosprawność odebrała mu tę możliwość. W drodze wyjątku został więc przyjęty do sfeminizowanego Instytutu Haftu i wygląda na to, że świetnie sobie radzi. 

W Instytucie robi się także tradycyjny papier czerpany Naxi i wytwarza pamiątki - zeszyty, karty do gry i inne takie, a wszystko ozdobione pismem dongba. 

Jeśli chcecie sobie ten instytut pooglądać, możecie zajrzeć na ich stronę internetową. Niestety, nie była uaktualniana od dawna. Można jednak zobaczyć część zbiorów w galerii

A na koniec jedna świetna wiadomość - gdybyście chcieli się takiego haftu nauczyć, możecie! Wprawdzie nie za darmo, jednak za stosunkowo niewielkie pieniądze można się tu zapisać na kurs haftowania. Język nie jest zbyt dużą przeszkodą - po pierwsze, część nauczycieli mówi po angielsku, a po drugie najważniejsze jest zrozumienie, co czynią ręce mistrza, a nie co mówią jego usta. 

2021-12-28

Białe Piaski 白沙 Baisha

Stare Miasto Baisha 白沙古镇 czyli Białe Piaski, położone jest około dziesięć kilometrów od starówki w Lijiangu. Dawno, dawno temu, gdy Yunnan nie był jeszcze Chinami, to właśnie Białe Piaski były stolicą Królestwa Naxi, a co za tym idzie - centrum politycznym, ekonomicznym, kulturalnym i handlowym regionu. To stąd wywodzili się najważniejsi tusi Lijiangu, czyli rodzina Mu, która wszakże w 1383 roku przeniosła się (a tym samym centrum) do Dayan 大研, czyli właśnie starówki Lijiangu. Oczywiście, same Białe Piaski mocno później podupadły, jednak przetrwało tu rękodzieło Naxi, kilka starych ulic i jeden dość ważny zabytek. Przed "wyzwoleniem" z rąk komunistów było tego znacznie więcej - warsztaty jubilerskie, ludwisarskie i tkackie liczone były w dziesiątkach, a może nawet setkach; do tego rękodzieło okolicznych mniejszości etnicznych i obróbka drewna, dostępne podczas olśniewających dni targowych. Dziś jednak na uliczkach w Białych Piaskach łatwiej spotkać specjalistę od kawy z Północnego Wschodu czy wróbitkę z Tajwanu niż reprezentantów rodzimych ludów; łatwiej kupić wyrabiane masowo "rękodzieło" z Kantonu niż trafić na faktycznie ręcznie robione cudeńko charakterystyczne dla sztuki Naxi. Jest jeden mały wyjątek - wspaniały warsztat i przy okazji sklep z haftami Naxi. O nim jednak napiszę kiedy indziej, bo spędziłam tam kilka godzin i mam o czym opowiadać. 
Wracając do rodziny Mu - jako reprezentanci chińskiej władzy na terenie Lijiangu i okolic, byli oni odpowiedzialni za importowanie kultury Hanów - poezji, muzyki, jedwabiu i haftu chińskiego, ciesiołki, budownictwa i tak dalej. Z drugiej strony Naxi nie uciekali również od wpływów tybetańskich czy yijskich. Obecna kultura Naxi jest więc szalenie eklektyczna, co pokazywałam już zresztą na przykładzie "starej muzyki Naxi". Nie inaczej rzecz się ma w przypadku architektury, rzemiosł czy szeroko rozumianej sztuki. Trzeba więc niezłego rozeznania, by wiedzieć, które ozdoby są rdzennie naxijskie, a które wyuczone od Hanów; które elementy budynku znajdziemy w każdym chińskim wiejskim domu, a które tylko u Naxi i tak dalej. Jeśli jednak nie mamy po temu wiedzy, możemy po prostu cieszyć się tym, że brukowane uliczki Baisha są po prostu piękne. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że ładniejsze niż w Lijiangu - jeszcze teraz sprawiają wrażenie bardziej autentycznych. Nie potrwa to jednak długo. Jak już wspominałam, w miasteczku coraz mniej tubylców, a coraz więcej ludności napływowej. Dlatego mieścina nie żyje już tak naprawdę - kiedy sklepy zostają zamknięte, życie trwa już tylko w nielicznych barach... i w wioskach na obrzeżach Baisha, w których naprawdę mieszkają ludzie z krwi i kości, a nie moszczą się biznesmeni.
co jakiś czas trafia się mural z pismem dongba
Baisha jest lubianym miejscem pstrykania fotografii ślubnych

Do Baisha bardzo łatwo się dostać, nie tylko rowerem (wypożyczalnie rowerów są porozrzucane po całym Lijiangu), ale też taksówką (przejazd jest liczony jak "po mieście"), ale przede wszystkim autobusem miejskim nr 6, kursującym między Lijiangiem, Shuhe i Baisha czyli trzema starówkami. Trzeba jednak pamiętać, że kursuje on tylko do dziewiętnastej. Opłata za bilet to około 10 yuanów, więc jeśli jedzie więcej niż jedna osoba, warto zastanowić się nad taksówką. Kiedy warto tam pojechać (oprócz tego, że zawsze)? Oczywiście w Święto Pochodni (Naxi obchodzą je równie hucznie, co Yi), które jest świętem ruchomym - odbywa się 24-26 dnia szóstego miesiąca księżycowego, czyli w lipcu lub sierpniu. Wtedy zawsze jest duża impreza z tańcami wokół ognisk i tak dalej. 

Ja jednak cieszę się, że przyjechałam tu właśnie teraz - u progu zimy, gdy nic się nie dzieje i nikogo nie ma. Poza sezonem turystycznym widać doskonale, czy miasto naprawdę żyje, czy jest tylko turystyczną wydmuszką. Żyje niby o wiele bardziej niż Dayan czyli starówka Lijiangu. Ale jednak straszą sklepy, których nie warto otwierać, gdy nie ma turystów, bo nie sprzedają niczego istotnego dla tubylców, a tylko cepelię. Jednak drażnią sklepy stylizowane na tradycyjne, a będące sieciówkami z główną siedzibą w Kunmingu. Jednak żal, gdy okazuje się, że kolejne piękne domostwo to po prostu hostel lub hotel. Oczywiście, świetnie, że jest gdzie mieszkać (są i taniutkie hostele za parędziesiąt yuanów za noc, i wypasione rezydencje, w których nocleg zaczyna się od tysiąca yuanów). Tyle, że dziesięć lat temu nawet w Lijiangu można było zobaczyć staruszki w ludowych strojach. Teraz już nawet w Baisha ich nie ma, jeśli to nie sezon. Wiem, że tak być musi, że tak jest wszędzie i tak dalej. Ale jednak szkoda.





 

2021-12-27

Joseph Rock 约瑟夫·洛克


Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.  
 
 
Przed Centrum Badań Kultury Dongba stoi posąg. Na pierwszy rzut oka widać, że to nie Chińczyk, prawda?

Kto zacz? Joseph Francis Charles Rock, a właściwie Josef Franz Karl Rock, żyjący w latach 1884 – 1962 był amerykańskim odkrywcą pochodzenia poniekąd austriackiego. Choć bowiem urodził się w Wiedniu, był synem podwładnego polskiego hrabiego. Klucznika? Ekonoma? Szafarza? Ochmistrza? Podstolego? Tego nie wiemy. Ale może to nie był Joseph ani nawet Josef, a po prostu Józef Franciszek Karol?... 

Nie wiodło mu się w domu, a tatuś chciał, żeby młody poszedł na księdza, więc się Józek zaczął szlajać po świecie - najpierw po Europie, a już w 1905 wyemigrował do Stanów, by osiąść na ponad dekadę na Hawajach. I choć nie pokończył żadnych wyższych szkół (co zresztą bardzo doskwierało jego wybujałemu ego), miał smykałkę do języków, co wspaniale spożytkował w czasie podróży, a także - zapał do samodzielnej nauki i niezłe oko. Dzięki temu szybko wyuczył się botaniki i stał się wybitnym znawcą hawajskiej flory - to on stworzył pierwsze hawajskie herbarium, a także pierwszą fachową literaturę przedmiotu. 

Kim był? Ciężko powiedzieć. Do żadnej szufladki się nie mieści. Był więc odkrywcą, botanikiem, geografem, etnografem, fotografem i jeszcze lingwistą. W 1920 roku opuścił Józef Hawaje i następnych parę dekad spędził mieszkając i podróżując w Azji, głównie w Zachodnich Chinach i Tybecie. Zaczęło się jednak zupełnie inaczej - amerykański departament rolnictwa wysłał naszego wiercipiętę do Azji Południowo-Wschodniej po nasiona uśpianu, czyli drzewa, z którego powstaje olej czaulmugrowy, stosowany dawniej do leczenia trądu. Powiodło mu się, w związku z czym stosunkowo łatwo zdobył Józef fundusze na kolejne wyprawy. W 1922 roku Rock po raz pierwszy trafia do Lijiangu, w którym wówczas mieszkali prawie wyłącznie Naxi. Tak mu się spodobało, że zamieszkał w małej wiosce u stóp Gór Nefrytowego Smoka. Wioska ta, Nguluko, stała się jego bazą na następnych 27 lat. To stąd organizował ekspedycje wgłąb Zachodnich Chin i wzdłuż granic Tybetu aż po Gansu i Qinghai. Były to tereny dzikie, niedostępne, teoretycznie należące do Chin, ale w praktyce mieszkające tu ludy rządziły same sobą i były mocno podzielone, a konflikty rozstrzygały zazwyczaj bardzo krwawo. Sytuacji nie poprawiał fakt, że właśnie upadło cesarstwo chińskie, a choć Chiny stały się nagle republiką, prawie każdy wojskowy z głową na karku i odpowiednim zapleczem starał się z tej republiki uszczknąć dla siebie kawałek. Potem było jeszcze gorzej - wojna z Japonią, wojna domowa i ostatecznie zwycięstwo Mao. A w międzyczasie po dzikim Yunnanie i Syczuanie hulały bandy rozbójników i nie każdej karawanie na szlaku herbaciano-końskim udawało się bez szwanku wrócić do domu, a co dopiero mówić o włóczeniu się po dziczy w celu zbierania sadzonek! A jednak Józefowi jakoś się udawało nie tylko utrzymać przy życiu, ale również wysyłać do Stanów wielkie ilości roślin i spreparowanego ptactwa (oczywiście w celach badawczych). Odkrył może niewiele nowych gatunków (trafił tu w końcu wiele lat za jezuitami...), ale to, co dostarczał do Stanów było tak dobrej jakości, że możemy mu tę drobną usterkę wybaczyć. Robił też tysiące fotografii, które dziś zainteresować mogą nie tylko botanika czy geografa, ale również etnografa czy historyka. 

Jakim cudem tak dobrze sobie radził? Cóż, zjednał sobie ludzi - i to mimo mocno wybuchowego charakteru. A może po prostu dobrze im płacił? Jego najważniejszymi sprzymierzeńcami była grupka Naxi, którzy byli jego "asystentami" - czyli pewnie zarówno pomocnikami, jak i przewodnikami, tłumaczami i tak dalej. Wielu z nich pracowało z Rockiem dziesiątki lat! Swoją drogą - to nie były wyprawy typu on z kilkoma lokalnymi koleżkami, a wielkie przedsięwzięcia. Ponoć w jego karawanach szedł nawet kucharz, a w bagażach znalazło się miejsce dla stołu z kompletną zastawą, przenośna wanna i fonograf (zaraz przypomina mi się Pożegnanie z Afryką...). Oczywiście, Rock dbał nie tylko o kapkę luksusu, ale również o bezpieczeństwo - zawsze eskortowały go draby uzbrojone po zęby. Jednocześnie dbał Rock o dobre stosunki z lokalnymi watażkami, wodzami i hersztami, zwłaszcza z tusi - dzięki takim koneksjom mógł Józef organizować ekspedycje nawet w najbardziej niedostępne rejony. A przy okazji - nadal się uczył i nadal przy każdej okazji zaczynał nowe hobby. Nagle mu bowiem wpadło do głowy, że może zabrać z sobą np. kanon buddyzmu tybetańskiego (do dziś znaleźć go można w Bibliotece Konkgresu). Że może odkrywać kolejne grupy etniczne - np. Mosuo nad Jeziorem Lugu. Za każdym razem, gdy coś odkrył, pisał o tym dla National Geographic. Pisał niemal hurtem, przede wszystkim o mało znanych terenach, mocno egzotycznych ludach i ich zwyczajach, a wszystko okraszał własnymi fotografiami. I choć dostawał granty na badanie flory, to właśnie ludzie go wciągnęli tak, że nie mógł się od nich oderwać. Mowa oczywiście o Naxi. Badał ich, spisał historię ich kultury i wiele tekstów na temat dongba, transkrybował ceremonialne teksty i stworzył słownik-encyklopedię, a także zbierał zabytki piśmiennictwa Naxi. Można powiedzieć, że wiele pism ocalił od zguby, bowiem w czasie Rewolucji Kulturalnej ogromna większość starych pism została bezpowrotnie utracona. Tymczasem Rock wywiózł z Chin ponad 7000 tekstów! To prawie jedna trzecia wszystkich tekstów Naxi, które dotrwały do lat współczesnych! 

A potem przyszła wojna z Japonią. Józef wyjeżdżał i wracał, pałętając się wciąż po regionie. Jego ogromną wiedzę wykorzystała armia amerykańska, tworząc trasę "Garb"* dla przerzucania broni i zapasów z Indii do wojsk Czang Kaj-szeka. Całe szczęście jego prace dotyczące Naxi tak się spodobały, że Harvard zapłacił Rockowi za dalsze badania. Wrócił więc Józef na stałe do Lijiangu i pracował w szalonym tempie, mimo pogarszającego się stanu zdrowia. Niestety, gdy komuniści opanowali Lijiang, dalsza praca okazała się niemożliwa. Rock opuścił na dobre Lijiang w sierpniu 1949 i nigdy już tu nie zdołał wrócić, choć początkowo żył nadzieją, że może niedługo sytuacja się unormuje i będzie mógł tu wrócić. Gdy zrozumiał, że wrota Chin się za nim zatrzasnęły bezpowrotnie, opuścił Indie, w których dotąd koczował i zaczął się szwędać między kontynentami. Ostatnie lata spędził w Honolulu, wróciwszy do badań nad florą Hawajów, a także kontynuując badania dotyczące Naxi - pamiętajmy, że wywiózł z Chin nieprzebrane ilości materiałów. Zdążył jeszcze dokończyć angielsko-naxijski słownik pisma dongba i encyklopedię kultury Naxi; została ona opublikowana w roku jego śmierci - 1962. Zmarł w Honolulu i tam też został pochowany. Dziś jego dawny dom we wsi Nguluko (dziś: Wioska Nefrytowego Jeziora 玉湖村) przekształcono w muzeum jego pamięci. Już za życia cieszył się tak wielką estymą śmietanki intelektualnej Stanów Zjednoczonych, że sam Ezra Pound wspomniał o nim w jednym z wierszy. 

Joseph Rock kochał Chiny i ich nienawidził. Stał po stronie mniejszości etnicznych, bolała go sinizacja i spychanie tych ludów na margines, a jednocześnie uważał plemiona, z którymi się zetknął, za prymitywne. Miliony razy chciał wyjechać z Chin, by tam nigdy nie wrócić... a po kilku tygodniach luksusowego życia na Zachodzie uciekał od cywilizacji do swoich ukochanych Chin. Chciał dokonać swych dni w ukochanym Lijiangu - nie było mu to jednak dane. 

Dogadalibyśmy się, Józek. Nad czarką naxijskiej wódeczki, zakąszając kaszanką, narzekając na Chiny i - kochając je z całego serca. 

*Na cześć tej trasy został nazwany bar i hostel w sercu Kunmingu - The Hump. W starym Humpie nocowałam podczas pierwszego mojego przyjazdu do Kunmingu; było to moje chyba jedyne mocno backpackerskie doświadczenie w życiu. Parę lat temu Hump upadł był. Ale się podniósł jak feniks z popiołów i znów działa, więc śmiało :)

Tutaj poczytacie o "największym" japońskim archeologu.

2021-12-26

Last Christmas

Dziś nie pracujmy. Odpocznijmy za to przy świątecznej komedii zaprawionej łzami. Żeby nie było, że gubię gdzieś tematykę blogu: w filmie znajdują się dwa azjatyckie akcenty, w postaci przeboskiego Henry'ego Goldinga (och, jak bardzo do schrupania!) oraz świetnej Michelle Yeoh. Ten moment, w którym Clarke czyli Matka Smoków mówi, że on nie jest w jej typie - umarłam z niedowierzania. To już nie komedia, a czyste science-fiction! Całość poprawna, łzawo-wesoła, jak to na Święta. Dla mnie piękne przypomnienie wczesnej młodości, która mijała mi właśnie przy tych hitach George'a Michaela - dla fanów jego twórczości film będzie miał ze dwie gwiazdki więcej. Coś, co mi się bardzo, bardzo podoba: coraz więcej takich filmów, w których aktorzy pochodzenia azjatyckiego pojawiają się nie dlatego, że mają być specami od IT, mistrzami kung-fu albo najlepszymi przyjaciółkami głównej bohaterki, a jako równoprawni protagoniści wybrani po prostu dlatego, że są ładni i/lub dobrze grają. To bardzo, bardzo na plus.

2021-12-25

Święta

Odkąd mieszkam w Chinach, a już na pewno odkąd założyłam rodzinę, robię Święta: przygotowuję tradycyjne polskie Święta - dania rybne, ciasta drożdżowe, barszcz z uszkami i tak dalej. Kolęduję wraz mężem - nie wybrzydzamy i równie chętnie co Przybieżeli do Betlejem gramy amerykańskie świąteczne standardy. Na wigilijnym stole zawsze czekało dodatkowe nakrycie - a czasem trzy dodatkowe nakrycia, bo przecież im nas więcej, tym weselej. Wspólne obżarstwo, muzykowanie, choinka i prezenty - wszystko na swoim miejscu. Odkąd pojawiło się Tajfuniątko, jeszcze bardziej dbam o ten wspólny czas - pierniczkujemy, opowiadamy sobie o zimie, śniegu i Bożym Narodzeniu w Polsce. 

Pamiętam pierwszy rok mojego małżeństwa i starania, żeby choć w Wigilię wszystko było "jak trzeba". I koleżankę z pracy, która z niemałym zaskoczeniem skonstatowała, że polskie święta się różnią od tych z amerykańskich filmów. 

W drugim roku pojechaliśmy do Polski i ZB przeżył (cudem) Prawdziwe Polskie Święta. Było wspaniale, a jego wkładem w świąteczne przygotowania były dwie ryby przyrządzone na sposób chiński.

Trzeciego roku przyleciały do mnie dwie przyjaciółki i jeszcze kolega przyszedł. Znów się postarałam, żeby było dwanaście dań, ale stół świąteczny zaczął ewoluować - sushi obok "zwykłej" ryby, a kompot z lokalnego suszu (przepyszny!).

Czwartego roku na wigilijną kolację zaprosiłam moje uczennice, które wówczas uczyłam angielskiego. Panie w średnim wieku, którym chciałam pokazać, jak to naprawdę wygląda. Sushi zastąpiłam sałatką z meduzy (co za różnica, które wodne stworzenie wyląduje na stole?), sama ukisiłam kapustę, nauczyłam się kupować buraki przez internet. Urobiłam się niesamowicie, ale z radością - robienie domowych dań z dzieciństwa zawsze jest dla mnie szalenie przyjemnym doświadczeniem. Na świąteczny obiad zaprosiłam świekrów i miałam wielką satysfakcję, gdy wyczyścili talerze. 

W piątym roku naszego małżeństwa urodziło się Tajfuniątko. W grudniu miało trochę ponad pół roku, a poza tym było wówczas trochę chorę, więc nie przesadzałam z przygotowaniami. Miałam takie niedobory snu, że stanie nad garami w ogóle nie wchodziło w grę. 

Następnego roku Tajfuniątko było już trochę starsze i zaczęło uczestniczyć w świątecznych przygotowaniach - po raz pierwszy robiło pierniczki!

Potem zaczęła się epoka składkowych Wigilii kunmińskiej Polonii - to szalenie ułatwiło mi życie. Już nie mówiąc o tym, że coraz mniejszą wagę zaczęłam przywiązywać do tego, żeby było jak trzeba. Nasze składkowe Wigilie to było istne szaleństwo - feeria kolorów i smaków, rozmaitych tradycji świątecznych. Dużo śmiechu, dużo ludzi, wielgachne choinki... Tafjuniątko się cieszyło na samo wspomnienie.

W tym roku tak wielu obcokrajowców wyjechało z Kunmingu, że nagle zrobiło się tu pusto. Niby jest jeszcze jakaś Polonia, ale brakło ducha i chęci, by się zebrać i poświętować. Z jednej strony szkoda, a z drugiej - i tak nie moglibyśmy uczestniczyć. Od jakiegoś czasu Tajfuniątko i my chorujemy. Pewnie doszlibyśmy szybciej do siebie, gdyby nie to, że Tajfuniątko nocami kaszle i nie może spać. Przez brak odpoczynku jesteśmy wszyscy rozlaźli i humorzaści, a przede wszystkim - brak nam energii potrzebnej do przygotowań. Z najwyższym wysiłkiem przystroiłam świątecznie stoliczek, na którym wylądowała mikrochoineczka i wszystkie świąteczne ozdoby. Jeszcze na początku tygodnia snułam plany, by zrobić choć jedną czy dwie tradycyjne polskie potrawy, ale koło środy przestałam się nawet łudzić.W tym roku Świąt nie będzie.

Jak z nieba spadło na nas zaproszenie na wigilijną kolację. Nie w domu, a w restauracji. W zwykłej, chińskiej restauracji, w której nie znajdziesz świątecznych potraw. Poszliśmy sporą grupą, ze dwadzieścia osób - to wszystko nasi znajomi z badmintona. Było dużo śmiechu, wesołe pogaduchy, pyszne jedzenie. Nie tradycyjne, nie świąteczne, nie polskie.

Jestem jedynym nośnikiem polskich tradycji i zwyczajów, które chcę przekazać córce. Pewnie powinnam się wstydzić, że w tym roku dałam ciała i nie obchodziliśmy Prawdziwej Wigilii. Ale wiecie? Dla mnie ważniejsze jest to, że przekażę Tajfuniątku tajemną wiedzę, której nie posiada większość matek-Polek: że Święta nie są mniej Świętami i Wigilia nie jest mniej Wigilią, jeśli obchodzi się je inaczej. Oczywiście - świetnie, kiedy się uda. Bywają jednak sytuacje, że stoimy przed wyborem: albo się zajechać, żeby wszystko było cacy, albo odpuścić i zrobić wszystko inaczej. Zdecydowanie i za każdym razem wybiorę opcję drugą. Precz z myciem okien dla Jezusa, precz z "bo tradycja", precz ze zmęczeniem, które odbiera radość świętowania. Wiwat wspólne spędzanie czasu, wiwat dostosowywanie życia do realiów i wiwat radość z tego, że istniejemy. 

Może za rok znów zrobię polską Wigilię. Może za rok znów będziemy świętować składkowo. 

A może nie.


2021-12-23

Muzeum Kultury Dongba 东巴文化博物馆

W 1984 roku, gdy tylko Chiny zaczęły znów w miarę normalnie funkcjonować i otworzyły się na świat, władze przypomniały sobie nagle, że kulturę można wspierać zamiast niszczyć. Wtedy też stworzono w Lijiangu muzeum kultury Dongba, a także jeszcze jedno miejsce, o którym za chwilę. W muzem znajduje się dwanaście tysięcy artefaktów związanych z kulturą regionu, co jak na to, jak wiele zabytków zniszczono w trakcie Rewolucji Kulturalnej, jest wynikiem imponującym. Muzeum pełni też przy okazji rolę skansenu - odbywają się tu ceremonie religijne, które w zasadzie wśród ludu już zamarły - uroczystości ku czci Nieba, Wiatru czy Natury. Pokazane są tradycyjne narzędzia i przedmioty, których teraz pewnie już żaden Naxi nie ma w domu. To tutaj można zobaczyć ostatnich zapewne dobngba - czyli szamanów Naxi, od których nazwana została cała religia i kultura. Szamani dongba czyli "wiedzący" to tak naprawdę nie tylko szamani. Byli to jedyni piśmienni ludzie w tej kulturze - pismo dongba powstało przede wszystkim, by móc spisywać rytuały i mity - do dziś przetrwało 1400 znaków tego języka*. Zresztą dongba byli nośnikami wiedzy nie tylko religijnej - pełnili jednako rolę uczonych, lekarzy, artystów, rzemieślników i kronikarzy. To im zawdzięczamy to, że wśród zabytków piśmiennictwa znajdują się nie tylko "biblie", ale również książki historyczne, literatura, a także opisy tańców i notacja muzyczna. Tym bardziej szkoda, że pozostało już tylko kilku starych dongba, którzy wraz z niewielką ilością badaczy próbują zadbać o przetrwanie kultury dongba. Światełkiem w tunelu jest powstanie instytutu badań nad kulturą dongba, który też mieści się właśnie tutaj.

Niestety, w związku z koroną to centrum badań nad kulturą dongba jest zamknięte na cztery spusty. Wszystko szczelnie pozamykane, nawet śliwowy ogród. Strażnicy przepędzają wścibskich turystów. To znaczy mnie. Poza mną (i strażnikami) nikogo tam nie było. Wizyta okazałaby się mało owocna, gdyby nie posąg osoby, od której się to całe badanie ludu Naxi zaczęło. Aż otworzyłam oczy szeroko ze zdumienia... Ale o tym już następnym razem. 

*są tworzone na bieżąco nowe, ale użytkowników pisma dongba jest zbyt niewielu, by się faktycznie przebiły i żeby pismo się rozwijało.