blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2021-09-30

Siódemka 狐阿七

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej. 

Lis Siódemka (狐阿七) pojawił się w naszej ulubionej Wędrówce na Zachód, skarbnicy chińskich dziwactw. Był młodszym bratem Dziewięcioogoniastej Lisicy z Góry Przygniecionego Smoka 压龙山. Nie był szczególnie silny ani sprytny; walczył czymś w rodzaju halabardy. Po śmierci lisicy, która zginęła z ręki Sun Wukonga, próbował z resztą rodziny nadal walczyć, jednak gdy sromotnie przegrał i zaczął uciekać, Zhu Bajie go zaciukał. Jak widać, nie wszyscy przeciwnicy naszych dzielnych pielgrzymów są mocarni, sprytni czy choćby odważni... 

Tutaj poczytacie o japońskim lisie-listonoszu.

2021-09-28

Emma Raducanu

 Emma Raducanu wygrała US Open! Cóż za siła! Szybkość! Jakie wspaniałe pomysły! No i ta odwaga - ona się rzadko broni, wciąż jest w ofensywie.

 

Ach, mieć znów osiemnaście lat i siłę, by ganiać po tenisowym korcie i łupać w piłkę!... 

Cóż. Badminton lepszy dla mnie. Ale z przyjemnością obejrzałam ten mecz, z niewielkim tylko opóźnieniem i oczywiście kibicowałam Emmie, która jest chińsko-rumuńską mieszanką i oprócz tego, że świetnie gra, to jeszcze jest śliczna. Zazwyczaj zresztą jej azjatyckie dziedzictwo wydaje się być schowane gdzieś głęboko; z czeluści internetu wydobyłam kilka zaledwie fotek cokolwiek bardziej skośnych

Dodaję sobie Emmę do zakładki ewentualnych inspiracji dla Tajfuniątka. Oczywiście gdy wyrośnie już ona z Elsy z Frozen, Kung Fu Pandy i Wojowniczych Żółwi Ninja...

2021-09-27

Willie Wong 黃顯護

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej. 

Czytając Wielki Mur Lucy Wu trafiłam na wzmiankę o nietuzinkowej postaci. 

Willie Wong (黃顯護 [黄显护] Huáng Xiǎnhù), żyjący w latach 1927–2005, był amerykańskich koszykarzem urodzonym i wychowanym w Chinatown w San Francisco. Był wybitnym koszykarzem, choć miał zaledwie 165 centymetrów wzrostu. W latach czterdziestych był tak popularny, że miał ksywkę "Woo Woo" Wong, ponieważ fani zawsze tak krzyczeli, gdy zdobył punkt, a zdarzało się to bardzo często. Początkowo grał w drużynie złożonej z samych Chińczyków - Chinese All-Stars, później przemianowanej na Chinese Saints. Gdy drużyna zaczęła wygrywać (oczywiście dzięki Williemu), zaczął chłopak robić karierę - został zwerbowany przez Uniwersytet San Francisco i zyskał miano "sportowego cudu". By uczcić sportowe osiągnięcia zwykłego chłopaka z Chinatown, chiński plac zabaw, na którym Willie uczył się grać w kosza, został przechrzczony na Plac Zabaw Williego "Woo Woo" Wonga. Został odnowiony i zaopatrzony w przyrządy w formie smoka i feniksa. 

W książce, o której wspomniałam na początku, Willie pojawił się jako wielka inspiracja dziewczyny kochającej koszykówkę. Nie dziwię się wcale. Robienie kariery w sporcie dla wysokich i to w dodatku w tamtych czasach, gdy niebiałym było dużo ciężej - Willie naprawdę musiał być wybitny...

Tutaj poczytacie o pierwszym niebiałym zawodniku NBA.

2021-09-25

Samotny jak Szwed

Książka - do przeczytania i zapomnienia. Podoba mi się jej konstrukcja, będąca połączniem intymnej rozmowy z czytelnikiem przy herbacie oraz wywiadów z ciekawymi ludźmi. Jednak na pewno do niej nie wrócę - a to znaczy, że książka jest ogólnie raczej przeciętna. 

Zapadła mi jednak w pamięć jedna rozmowa - z Erikiem Gandinim, reżyserem o szwedzko-włoskich korzeniach. Od niego dowiaduję się o samotności ludzi, którzy należą do dwóch miejsc jednocześnie nie należąc do żadnego. Opowiada o tym, jak to, co jest normalne w jednej kulturze, w drugiej jest dziwactwem. My, emigranci, doświadczamy tego codziennie. Czasem bardzo boleśnie. Robisz coś gestem podpatrzonym u mamy czy babci, a z czego inne społeczeństwo się wyśmiewa, czego nie rozumie. Albo zdarza ci się skrytykować. Jeśli w towarzystwie Polaków skrytykuję Polskę, słyszę, że co ze mnie za patriotka. Jeśli w towarzystwie Chińczyków skrytykuję Chiny, to mogę się wynosić z ich wspaniałego kraju. Jeśli skrytykuję Polskę, Chińczyk uśmiechnie się z wyższością, jeśli skrytykuję Chiny, Polak uśmiechnie się z wyższością. Okazuje się, że reżyser też ma takie swoiste rozdwojenie jaźni. I znalazł cudowny sposób na oswojenie tej dwoistości. Sposób, który mam nadzieję podrzucić kiedyś Tajfuniątku. Otóż twierdzi on: zdecydowałem, że będę w stu procentach Włochem i w stu procentach Szwedem. Nie będę się dzielił na pół, ani zastanawiał, jaka część mnie jest włoska, a jaka szwedzka. 

Mam nadzieję, że nadejdzie kiedyś dzień, gdy Tajfuniątko poczuje się jednocześnie stuprocentową Chinką, stuprocentową Polką i stuprocentową obywatelką świata.

2021-09-23

白澤 baize

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.  

白澤 Baize, dosłownie: Białe Bagno, to jedna z boskich bestii. Wygląda podobnie do byka. Włada ludzką mową. Rozumie wszystko, co istnieje na ziemi i niebie a nawet wie, po co i dlaczego wszystko istnieje, oraz... jak się tego pozbyć. Pewnie właśnie dlatego na pierwszy rzut oka potrafi odróżnić demony i diabły od ludzi czy bogów, a w dodatku potrafi zmienić pecha w szczęście (逢凶化吉 féngxiōnghuàjí). Może pojawić się w towarzystwie qilina, fenghuanga i innych dobrowróżbnych bestii - oznacza to, że kraj znajduje się w dobrych rękach. 

Zgodnie z legendą, razu pewnego, gdy Żółty Cesarz objeżdżał swoje włości, spotkał on baize na brzegu Wschodniego Morza i, korzystając z okazji, zapytał bestię o to, jak rozpoznać diabła czy demona albo bóstwo. Baize opisał więc dla Żółtego Cesarza 11520 stworzeń nadprzyrodzonych - podobno to wszystkie (czyli mam tematy dla Unii Azjatyckiej na następnych dwieście lat z okładem). Cesarz rozkazał, by na podstawie opisów Białego Bagna sporządzić rysunki i dać je do wglądu ludowi. Najważniejsze jest, że baize znał nie tylko nazwy i wygląd wszystkich stworzeń, ale również sposób, w jaki sobie z nimi poradzić. Można by go nazwać chińskim patronem wiedźminów. 

Co ciekawe, bestiariusz baize naprawdę został wydany. Ponoć swego czasu był tak popularny, że znajdował się "niemal w każdym domu". To znaczy w każdym domu ludzi, którzy potrafili czytać, czyli w około jednym procencie chińskich domów. Mawiano, że jeśli w domach będzie bestiariusz baize, potwory wyginą (家有白澤圖,妖怪自消除). Wygląda na to, że faktycznie tak się stało, bo jeszcze żadnego nie widziałam... Niestety, do naszych czasów nie dotrwał w całości, znamy jednak fragmenty bestiariusza baize z czasów tangowskich. Księga zowie się po chińsku 白澤精恠圖, przy czym 恠 to po prostu wariant 怪 guài - potwora. Została znaleziona w Jaskiniach Mogao, w związku z czym tekst należy do zbioru manuskryptów z Dunhuang. Zachowały się dwa fragmenty. Jeden znajduje się obecnie w Bibliotece Narodowej Francji, a drugi w Bibliotece Brytyjskiej. Jeśli chcecie, możecie przyjrzeć się temu "francuskiemu" tutaj.

Później baize wyemigrował do Japonii. Możecie poczytać o tym, jak się tam sprawował.

2021-09-22

księżyc nad Szmaragdowym Jeziorem

I już po Święcie Środka Jesieni. Znów były ciasteczka księżycowe w ilości przekraczającej granice zdrowego rozsądku. Znów było obżarstwo rodzinne. I znów z pękatymi brzuchami ruszyliśmy na podbój Szmaragdowego Jeziora, którego bramy były otwarte do późna w noc i nad którym wszyscy jak sroki w gnat gapili się w najpiękniejszy księżyc roku. Tak było, bo tak jest zawsze - sami zerknijcie na zdjęcia z zeszłego roku:
Co rok jest fajniej - bo Tajfuniątko starsze i można zrobić więcej fajnych rzeczy. Można opowiedzieć legendę o nieszczęśliwej miłości Chang'e i Hou Yi, o Księżycowym Króliku, a także o prawdopodobnie pierwszym chińsko-polskim małżeństwie. Można wspólnie zrobić ciasteczka księżycowe. Można zrobić tradycyjny lampion z czerpanego papieru. Można pójść spać cokolwiek później niż zwykle i zdążyć się nacieszyć najpiękniejszym księżycem. Tym razem było więc tak:
Do "księżycowego" jedzenia podeszliśmy niesztampowo: zjedliśmy tacos! Powiedzcie sami, czyż nie wyglądają jak księżyc w pełni?
Nad Szmaragdowym Jeziorem były oczywiście tłumy.
Najciaśniej było wokół Sceny Smoczej Chmury - tam bowiem odbywała się ceremonia ku czci Chang'e, czyli palenie trociczek i składanie ofiar przez młodzież odzianą w tradycyjne stroje.
Widać, że Tajfuniątko już zmęczone. Ale za nic nie chciała wracać do domu!
Pochód księżycowych przebierańców