blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2022-01-18

Wąwóz Skaczącego Tygrysa I 虎跳峡

Wieść gminna niesie, że gdy razu pewnego myśliwy polował w tych okolicach na tygrysa, jeden z nich uciekając przesadził Rzekę Złotego Piasku (czyli górny bieg Jangcy), skacząc z Góry Nefrytowego Smoka na Górę Haba, odbiwszy się tylko raz, o wielki głaz, który wystaje z nurtu rzeki. Na jego pamiątkę miejsce nazwano Wąwozem Skaczącego Tygrysa 虎跳峡.

Nie jest to jedyna legenda dotycząca tego wąwozu; moją ulubioną już Wam kiedyś opowiedziałam. Poznawszy zaś wiele legend, wysłuchawszy wielu opowieści o trasie wiodącej przez wąwóz, a przede wszystkim - obejrzawszy setki cudnych zdjęć, zapragnęłam i ja pójść na spacer wąwozem. Moje pierwsze spotkanie z tą atrakcją turystyczną nie było udane, ale to moja własna wina. Pojechałam bowiem na chińską wycieczkę objazdową przez Yunnan, a wycieczki takie polegają na jeździe z punktu A do punktu B, cyknięciu kilku zdjęć, kupowaniu mniej lub bardziej lokalnej cepelii i obżeraniu się wcale niekoniecznie lokalnym żarciem. Dlatego właśnie podjechaliśmy do skały autobusem, pochodziliśmy z godzinkę czy dwie, cyknęliśmy fotki... i już. To było w 2008 roku. Na następną okazję do połażenia po wąwozie przyszło mi czekać trzynaście lat. 

Kiedy nacieszyłam się już Górą Słoniową, przekąskami Lijiangu, Stawem Czarnego Smoka i Białymi Piaskami, zostawiłyśmy duże bagaże w Lijiangu i z niewielkimi plecakami ruszyłyśmy w trasę. Z Lijiangu do wejścia do wąwozu jedzie się około dwie godziny, a autokary, które dawniej kursowały od bladego świtu do późnej nocy, teraz kursują dwa razy dziennie. Dopiero koło południa udało nam się więc kupić bilety wstępu. Jednak nasz trekking wcale nie rozpoczął się przy bramie wejściowej! Dawniej trasa zaczynała się bowiem w Qiaotou, czyli w pierwszej wiosce po bramie wstępu. Jednak obecnie fragment ten jest po prostu asfaltówką, w dodatku rozjeżdżaną wciąż przez ciężarówki i betoniarki; cały czas bowiem buduje się kolejne obiekty - ostatnio wielki most przeznaczony dla szybkiej kolei, która ma połączyć Lijiang z Shangri-la. Kolejne drogi łączą dalekie wioski ze światem, kolejne mosty przerzucane są przez jeden z najgłębszych wąwozów świata. W imieniu lokalnej ludności dziękuję za połączenie ze światem, możliwość szybkiego transportu do szpitala czy choćby możliwość wysłania dzieci do szkół. Jednak w imieniu wszystkich podróżników i turystów lubiących kontakt z naturą wzdycham boleśnie. Pierwszy kawałek cudownej trasy należy już wyciąć z planu podróży. Nie ma sensu wędrówka dzikim poboczem, w hałasie wielkich samochodów i pyle wszechobecnych remontów i robót drogowych. Warto poprosić kierowcę autobusu, by dowiózł nas nie do Qiaotou, a do następnego na trasie Naxi Family Guesthouse 纳西雅阁. Prawdę rzekłszy, ponieważ dotarłyśmy tam w okolicy lunchu, zdecydowałyśmy się posilić przed ruszeniem w dalszą drogę. Było to mądre posunięcie, ponieważ właśnie za tym pensjonatem czekał nas jedyny nieco męczący fragment szlaku. Niektórzy nazywają go 28 zakrętów, jednak tablica informacyjna na szlaku twierdzi, że to tylko 24 zakręty. Jednak nie ilość jest istotna, a fakt, że szlak w tym miejscu to ciągłe pięcie się w górę, głównie stopniami utworzonymi ze skał. Technicznie wspinaczka trudna nie jest, jednak jeśli na co dzień nie mieszkacie w wieżowcu bez windy, pewnie pod koniec będziecie sapać i cały badminton czy jogging świata nic Wam tu nie pomoże. Po tej uciążliwej wspinaczce jest już tylko lepiej: najpierw odpoczynek w Hostelu Końsko-Herbacianym 茶马客栈, a potem dalsza wędrówka do Hostelu W Połowie Drogi 中途客栈 - bądź do dowolnego innego hostelu czy hotelu, które mieszczą się w tej wiosce mniej więcej w połowie trasy do tygrysiej skały. Piętnaście lat temu faktycznie były tu tylko pojedyncze hostele i właśnie odległościami między nimi mierzyło się trasę; dziś hosteli jest więcej, a GPS może Wam dokładnie powiedzieć, gdzie jesteście i w którą stronę macie iść. W trakcie spaceru wąwozem ani na moment nie straciłam łączności ze światem. Mnie wprawdzie nie był potrzebny internet ani telefon, ale świadomość, że w razie czego można się dodzwonić do cywilizacji, była bardzo kojąca. Wielką pomocą jest fakt, że co jakiś czas, zazwyczaj na rozstajach, znajdują się nie tylko strzałki z nazwami miejsc, ale również numery telefonów do najbliższych miejsc, które mogłyby nam udzielić pomocy. Ponieważ wybrałyśmy się w góry zimą, liczyłyśmy się z tym, że dzień będzie krótszy. Wiem, że istnieją twardziele, którzy całą trasę zrobili w jeden dzień. Trzeba jednak wziąć pod uwagę nie tylko możliwości własnego organizmu, ale też właśnie długość dnia podczas danej pory roku, warunki atmosferyczne, a także to, o której godzinie wyruszamy w trasę. Gdyby na szlak trafić bladym świtem, jednodniowy treking jest do zrobienia. Przy tym, jak obecnie kursują autokary, na treking zostaje nam w zimie około 5-6 godzin dziennego światła. Bardzo odradzam włóczenie się tą trasą po ciemku czy z czołówką. Jest to wprawdzie trasa stara i mocno wydeptana, ale jednak jest trasą górską, a nie asfaltowym płaskim deptakiem. A wystarczy jedno nieostrożne stąpnięcie, by spaść setki metrów.   Pierwszy dzień zakończyłyśmy kolacją w Hostelu W Połowie Drogi i wychyleniem kielonka z przesympatycznym właścicielem hostelu. To właśnie on opowiedział, jak jeszcze kilka lat temu co roku zbierali napoczęte przez zwierzęta szczątki białych podróżnych. Dlaczego akurat białych? Po pierwsze dlatego, że stosunkowo niewielu Chińczyków lubi tego typu łażenie po górach. Po drugie dlatego, że zazwyczaj nie są tak aroganccy, by ignorując ostrzeżenia lokalnej ludności chodzić po górach po ciemku bądź bez towarzystwa. Oczywiście, paręnaście lat temu szlak był też dużo bardziej niebezpieczny, bez łączności komórkowej czy satelitarnej i gorzej oznakowany. Dziś jest mniej niebezpiecznie, ale warto pamiętać, że jednak są to wysokie góry.

O trasie warto poczytać więcej tutaj i tutaj. Wielu Polaków-podróżników również odhaczyło ten treking i o nim napisało. Jednak ponieważ w większości są to teksty niezbyt dobrze napisane, głupie lub wręcz niebezpieczne, nie podzielę się nimi tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
Ze względu na zbyt dużą ilość trolli, musiałam włączyć moderowanie komentarzy. Ukażą się więc dopiero, gdy je zaakceptuję. Proszę o cierpliwość.