Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 傣族 Daiowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 傣族 Daiowie. Pokaż wszystkie posty

2026-05-11

云南多依 docynia yunnańska

云南多依 czyli Docynia delavayi - docynia odkryta przez naszego ulubionego misjonarza-botanika Jean Marie Delavay'a. Jest to drzewo należące do rodziny różowatych, tej samej, do której należą też śliwy, jabłonie czy... poziomki. Jej owoce z wyglądu i właściwości najbardziej przypominają pigwowca - jest twarda i kwaśna - dlatego też często do nazwy dodaje się przymiotnik kwaśna: 酸多依. Inna jej nazwa jest zresztą ściśle związana z yunnańską nazwą pigwowca czyli drzewna gua "木瓜" - mówi się na docynię "mały pigwowiec" 小木瓜. Jeszcze jedną często używaną nazwą jest 栘𣐿 yíyī, przy czym warto zauważyć, że jest ona stosowana do wszystkich docynii, a nie tylko yunnańskiej. Ta nasza najczęsciej występuje w Yunnanie, Syczuanie i Guizhou; rośnie często w lasach mieszanych, na wysokości 1000-3000 m.n.p.m. Choć chętnie wyrasta przy strumieniach i w zacienionych dolinach, jest również wyjątkowo wytrzymała na suszę i kiepską, jałową glebę. Najstarsze okazy mają po 400 lat! Oczywiście tak starym drzewom niektóre grupy etniczne przypisują właściwości magiczne, np. Naxi i Bai traktują docynię jak "boskie drzewa" 神树 i bardzo się o nie troszczą. Ostatnimi laty, ze względu na ich wielką urodę podczas jesiennego wybarwiania liści, często wykorzystuje się je jako drzewa ozdobne w yunnańskich parkach. 
W Yunnanie docynia od wieków jest używana w celach medycznych - owoc leczy biegunkę, poprawia trawienie i odrobacza. Kora ma właściwości przeciwzapalne i wywar był stosowany do przemywania ran i robienia okładów. Poza tym jednak zawsze robiono z niej marmoladki (wysoka zawartość pektyn), a także nastawiano ocet i używano jako bazy do napojów - woda przyprawiona plastrem docynii świetnie gasi pragnienie w upalny dzień. Można ją też dodawać do zup, żeby je zakwasić - popularnym daniem kuchni Dai, Wa i Hani jest na przykład rosół z wolnowybiegowych kurczaków lub bażantów z dodatkiem docynii bądź pigwowca. Dopiero jednak w Mojiangu spotkałam się z docynią jadaną na surowo. Nawet dojrzała docynia o żółtej skórce jest mocno kwaśna i twardawa - jak to jeść? Pani z naszego ulubionego mojiańskiego sklepu z owocami przyrządziła więc dla nas pikantną sałatkę z docynii i amli, robioną podobnie do tajskich sałatek z zielonej papai, zielonego mango czy pomelo, tylko zawierającą mniej składników - wystarczyło pokrojone owoce wymieszać z pikantną pastą z wędzonego chilli i poczekać, żeby się przegryzło. Oczywiście w restauracjach znajdziecie raczej tłuczoną wersję prosto z ogromnego moździerza, tak częstą w kuchniach grup etnicznych Dai, Lahu czy Wa: owoce tłucze się ze świeżym chilli, solą, a często również ze świeżymi ziołami i fistaszkami. Jednak łatwo sobie wyobrazić młodzież idącą na cały dzień w góry, by zbierać herbaciane liście - nie nieśli z sobą wielkich moździerzy, a co najwyżej woreczek z solą i kilka chilli w kieszeni, by po prostu umoczyć owoc w soli i zagryźć papryką dla przełamania kwaśnego smaku. Po dziś dzień to tak zresztą wygląda. Och, jakże orzeźwiające są takie owoce!

2025-07-07

Góra Jingmai 景迈山 ᨯᩭᨩ᪂ᨳ ᩱ

Góra Jingmai jest położona w obrębie "województwa" Pu'er w Yunnanie. Od południa graniczy z Xishuangbanna, od Zachodu z Birmą - od wieków było to miejsce spotkań międzykulturowych, ożywionego handlu herbatą i nie tylko, a także zdobywania wiedzy. W 2023 roku porosła starodrzewem herbacianym Góra Jingmai, będąca jedną z sześciu wielkich chińskich gór herbacianych, znalazła się na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO. 
 Góra dorasta do 1400 m.n.p.m. Średnia roczna temperatura to zaledwie 18 stopni - idealne warunki dla herbacianych upraw, których jest tu niemal dwa tysiące hektarów. Zdecydowana większość herbacianego lasu porośnięta jest tysiącletnimi herbacianymi drzewami, którymi od pokoleń zajmują się zamieszkali tutaj Dajowie, Blangowie, Hani i Wa (najstarsze opisy sadzenia herbaty w celach użytkowych są datowane na 696 rok naszej ery!). Obecnie jest to najstarszy, największy i najlepiej zachowany las herbaciany na świecie. Oczywiście, poza samą herbatą rosną tu i inne subtropikalne rośliny, tworząc swoistą "herbacianą dżunglę" - zwracają uwagę zwłaszcza górski pieprz litsea oraz czerwona cedrela. Ze względu na wspaniałe warunki uprawy i dobrą opiekę, liście herbaciane z Jingmai słyną na całe Chiny. A dzięki uzyskaniu statusu obiektu chronionego, jest nadzieja, że Jingmai nie zmieni się w jakieś niedorzeczny fałszywy obiekt turystyczny; raczej pozostanie czymś w rodzaju żywego skansenu, ponieważ ochroną zostały objęte nie tylko same drzewa, ale również wszystkie wioski położone na tych terenach. 
O tym przede wszystkim opowiada wspaniała wystawa w Muzeum Yunnańskim, na którą udało nam się wybrać. Wystawa podzielona była na kilka części: pochodzenie herbaty, mądrość przodków, harmonijne współistnienie, odziedziczone tradycje, tradycja a innowacja, Jingmai oczami artystów i w końcu herbata: lek, napój, pożywienie i ofiara oraz dzielenie się mądrością. W każdej z nich znaleźć można było zdjęcia i szczegółowe opisy nie tylko samej herbaty, ale również ludów, które na tej górze związały z herbatą swoje życie. Można było zobaczyć próbki rozmaitych liści, modele domostw południowego Yunnanu, stroje kilku grup etnicznych i stare okołoherbaciane zapiski w rozmaitych typach pisma, przetłumaczone na chiński, a nawet niedługie filmy pokazujące ceremonie związane z herbatą. Wszystko było fascynujące.
Gdybym wam zostawił w spadku krowę albo konia, bałbym się, że przyjdzie klęska żywiołowa i zada im śmierć. Gdybym wam zostawił kosztowności, również bałbym się, że je przejecie. Dlatego zostawiam wam tylko herbaciane drzewa, których będą używać jeszcze wnuki naszych wnuków.
Tradycyjne domy budowane nad pustką, jedno z 18 dziwactw Yunnanu
Ofiara dla wody - opis ceremonii Wa pokazującej, jak ważna była zawsze dla nich woda, a także krótka wzmianka o znaczeniu wody dla Dajów. Cała wystawa była wręcz oblepiona takimi ciekawostkami wraz ze zdjęciami; wspaniałe!
Ponieważ podczas ceremonii zawsze się śpiewa i tańczy, był też mały pokaz instrumentów.
srebrne kolczyki grupy etnicznej Hani
Dajski fan 幡 - coś w rodzaju buddyjskiego proporca
Herbata jako warzywo i przyprawa
Na herbacianych górach wystarczyło zapakować w liście bananowca trochę liści herbacianych i domowe "świece", by wystosować zaproszenie na wesele, pogrzeb czy do pomocy przy stawianiu nowego domu. 

Było sporo ekranów z filmikami pokazującymi ceremonie nadal żywe wśród mieszkańców Jingmai.

Dawno nie byłam na tak świetnej wystawie (choć oczywiście wystawy Muzeum Yunnańskiego w ogóle są zazwyczaj bardzo sensowne i ciekawe). No i niesamowicie wzrósł mi apetyt na wycieczkę na Górę Jingmai...

2024-11-10

papryka do tonkania 涮涮辣

Rzućcie okiem na tę niepozorną pomarszczoną czerwoną paprykę w dole zdjęcia.
W zachodniej części Yunnanu, Dehongu położonym tuż przy granicy z Birmą, uprawiana jest szczególna papryka - 涮涮辣 shuànshuànlà czyli papryka, którą wystarczy zanurzyć na chwilę w garze zupy, żeby ta zupa stała się pikantna. Jej ostrość w skali Scoville'a wynosi ponad 400 tysięcy jednostek, czyli podobnie do co ostrzejszych okazów Red Savina; uchodzi za najostrzejszą chińską paprykę. Zrywa się ją zawsze w rękawiczkach. Najczęściej korzysta się z dojrzałej, czerwonej bądź pomarańczowej, jednak w sprzedaży zdarzają się i zielone, odrobinę mniej pikantne. Jej dalekim przodkiem było zwykłe tajskie chilli, jednak od tego czasu wyewoluowała i obecnie raczej nikomu nie marzy się wkrajanie jej do potraw czy jedzenie tych papryczek na sucho. Jej inna nazwa to "papryka słoniowej trąby" 象鼻辣. Legenda głosi, że pewien słoń nieopatrznie dotknął papryki trąbą, po czym wpadł w szał i zniszczył pół dżungli, nie mogąc nijak ugasić tego piekielnego pieczenia. Najpowszechniej stosuje się ją zgodnie z nazwą: wkłada do zupy i parokrotnie potrząsa, a potem wyjmuje, a papryka czeka do następnej okazji - czyli jest to papryka wielokrotnego użytku. Nie inaczej postępuje się używając jej do przyprawienia dajskich dipów nanmi: po przyrządzeniu dipu przetacza się naszą paprykę przez spodeczek i to już pozostawia wystarczająco dużo ostrości. Nie produkuje się jej dużo - zdecydowana większość papryk do tonkania to papryki dzikie. Niestety, są bardzo wrażliwe na zmianę gleby czy nawet powietrza, więc przesadzana czy też wysiewane w innych warunkach karleją i pogarsza się ich jakość. 
Poniżej filmik, na którym można zobaczyć, w jaki sposób używa się naszej papryki do maczania do przyprawienia dipu do sapie, jednej z tradycyjnych potraw grupy etnicznej Dai.
   
Angielskie tłumaczenie niestety jest średniawe, np. naszą papryczkę przetłumaczono jako shabu-shabu od nazwy japońskiego gorącego kociołka, korzystającego z tego samego znaku maczania/tonkania. No ale lepszy rydz niż nic.

2024-07-01

Zhangha 章哈

Opowiadając o operetce Pawia Królewna wspominałam, że typowa yunnańska operetka została tu połączona z tradycyjną dajską sztuką zhangha.
Co to jest zhangha czy też zanha? W dokładnym tłumaczeniu oznacza to słowo po prostu śpiewaka, jednak z czasem zaczęto tak nazywać całą grupę spektakli bazujących na śpiewie czy też melorecytacji, a nawet połączenia jednego z drugim. Libretto takich spektakli bazowało na dajskich poematach epickich; nośnikiem treści są tu wypowiedzi narratora, czasem wzbogacane o pieśni czy tańce. Spektakle takie popularne są u Tajów co najmniej od XV wieku; wśród yunnańskich Dajów najłatwiej można było je dawniej spotkać w Xishuangbanna oraz Pu'er. Początkowo bazowały na stricte dajskich legendach; gdy w regionie rozwinął się buddyzm, zaczęto w ten sposób przedstawiać również opowieści buddyjskie (może najłatwiej byłoby porównać ówczesne przedstawienia do europejskich średniowiecznych mirakli). W tym czasie sporo już było zawodowych bądź półzawodowych "zhangha" - zarówno solowych śpiewaków, wędrujących czasem w towarzystwie jakiegoś jednego muzyka, jak i całych grup. Jedno napędzało drugie - im więcej było zawodowych muzyków, tym więcej powstawało poematów epickich - ponoć ich liczba przekracza pięćset! 
Nawet obecnie sztuka ta jest żywa: są specjalne szkoły dla śpiewaków zhangha, konkursy, festiwale i konferencje. Istnieją tłumacze, którzy życie poświęcili tłumaczeniu dajskich poematów na chiński. Obecnie dwa najpopularniejsze typy zhangha to tradycyjny: siedzący narrator z wachlarzem opowiada, a wtóruje mu któryś z dajskich instrumentów ludowych, oraz taneczny: narrator z wachlarzem w dłoni opowiada i uzupełnia opowieść odpowiednią choreografią. Można je również podzielić na takie z jednym bądź dwoma narratorami - jeśli narratorów jest dwóch, to spektakl staje się swoistym pojedynkiem między dwoma śpiewakami. Pojedynek taki rozpoczyna zazwyczaj coś w rodzaju ody-prośby do bóstw pieśni o powodzenie, po którym następuje część pokazująca skromność śpiewaka i jego grzeczność czy też szacunek względem oponenta - jestem nic nie znaczącym pyłem, za to on jest wspaniały i tak dalej. 
Melodie zhangha 章哈调 są oparte na pentatonice i to właściwie jedyna rzecz, która je łączy. Wersy mogą się różnić długością, sposobem prowadzenia melodii, a tekst, choć rymowany, najczęściej jest dość swobodny. Ważna jest intonacja, a także bardzo rzadkie wydłużanie sylab - w końcu tekst musi być zrozumiały, a siedem tonów dajskiego języka wcale tego nie ułatwia. Część melodii jest skodyfikowana zgodnie z ich charakterem i nastrojem - wówczas śpiewak może wybrać śpiewanie na jakąś konkretną nutę. Dawniej słuchacze łatwo rozpoznawali te skodyfikowane melodie i od razu wiedzieli, czy ten fragment jest żartobliwy, tragiczny czy magiczny. Choć tekst bywał spisany i oczywiście śpiewak musiał go znać na pamięć, najlepszych artystów poznać było można po dośpiewywaniu dodatkowych porównań, kontrastów czy nawiązań. 
Śpiewakom zhangha towarzyszą dwa rodzaje instrumentów: jeden to instrument strunowy ding, a drugi - dęty jednostroikowy pi (o obu już wspominałam przy okazji filmu o Pawiej Królewnie).
Zachowało się sporo zhangha. Niektóre są długie, epickie - właśnie jak nasza Pawia Królewna, niektóre zaś towarzyszą określonym sytuacjom społecznym, jak "Pieśń zapraszania bóstw", "Pieśń grzeczności", "Pieśń weselna", "Pieśń na nowy dom", "Pieśń mnicha" (pieśń dla dzieci, które wstępują do świątyni buddyjskiej), "Pieśń miłosna feniksa" itd. - to pieśni ściśle związane z tzw. zwykłym życiem lokalnej ludności i jej tradycjami. Z racji postępującego obecnie zaniku owych tradycji stanowią też przy okazji swoistą kronikę kultury. Co ciekawe, swego czasu zhangha była tak rozpowszechniona i popularna, że niektóre pieśni zaczęły przenikać do innych grup etnicznych żyjących w regionie, na przykład do Blangów. Niestety, globalizacja na równi z sinizacją przyczyniły się do zaniku tradycji. Wśród młodych Dajów ze świecą szukać takich, którzy chcą się uczyć traydycyjnych śpiewów. Całe szczęście od początku XXI wieku nie tylko sami śpiewacy, ale i władze czynią wysiłki, by pamięć o tej pięknej tradycji nie umarła. Raduje fakt, że tradycja ta trafiła na listę niematerialnego dziedzictwa regionu, a festiwale z nią związane są obecnie dofinansowywane przez państwo. Oczywiście, teraz już nie wrócą czasy, gdy zhangha była zarówno rozrywką, jak i narzędziem przekazywania kultury i wychowania młodych pokoleń; miejmy jednak nadzieję, że uda się je ocalić od zapomnienia. Obecnie wspiera się wykonawców, którzy nadal wydają się być nieodzownym elementem rozmaitych celebracji - czy to z okazji dajskiego Nowego Roku, czy na święta Zamknięcia Drzwi i Otwarcia Drzwi, czy z okazji budowania nowego domu, oddawania czci wioskowym bóstwom, na ślubach, na pierwszy miesiąc życia noworodka i przy innych tego typu świętach.
   
Dla chińskojęzycznych: tu możecie poczytać więcej o zhangha.
A tutaj pieśń miłosna feniksa wykonana przez chór z towarzyszeniem fletogruszki:

2024-06-12

Operetka Pawia Królewna 孔雀公主花灯

Po znajomości dostałam wejściówkę na przepyszne przedstawienie: operetkę huadeng o Pawiej Królewnie. Był to wielki powrót na scenę po wielu, wielu latach od premiery (która odbyła się w latach '60 XX w.). Jak dobrze, że w budżecie prowincji znalazły się środki na wsparcie tej rzadko już spotykanej sztuki! 
Była wystawiana w maju przez trzy dni w Kunmingu, a na początku czerwca - w Chenggongu. Trzynastego i czternastego czerwca będzie zaś można obejrzeć przedstawienie w Szanghaju! Jeśli jakimś przypadkiem jesteście akurat w Szanghaju - warto pójść. Nie tylko dla samej historii, nie tylko dlatego, że zespół jest naprawdę niezły; nie tylko dlatego, żeby zobaczyć, czym się różni operetka huadeng od innych chińskich oper. Przede wszystkim dlatego, że nie jest to czysta operetka - została ona połączona z dajską sztuką zhangha 章哈, która od 2006 roku znajduje się na chińskiej liście niematerialnego dziedzictwa. O samej sztuce jeszcze kiedyś napiszę, dziś jednak niech wystarczy fakt, że za sprawą tego swoistego synkretyzmu nasza operetka została wzbogacona o dajskie instrumenty ludowe, a także o narratora i chór, który w niesłychanie interesujący sposób upodobnił operetkę do antycznych dramatów.
Treść sztuki już znacie, jest bowiem oparta na tej samej legendzie, co wspominane już przeze mnie film, animacja i poemat epicki. Dziś podzielę się tylko kilkoma fotkami (niestety, w internecie nie można znaleźć żadnych nagrań).
Tutaj i tutaj znajdziecie więcej zdjęć i będą one znacznie lepszej jakości.

2024-06-05

召树屯 Zhaoshutun

Szukałam bezskutecznie jakiejś sensownej książki zawierającej legendę o Pawiej Królewnie. Znalazłam tylko paskudnie ilustrowaną wersję dla dzieci. Skoczyłam do mojej ulubionej księgarenki na rogu, specjalizującej się w książkach dotyczących regionu, a tam przemiła książkoznawczyni wręczyła mi księgę, która wcale nie nazywała się Pawia Królewna! Okazało się, że legenda ta, znana w wielu wersjach i w wielu miejscach, najczęściej nazywana jest po prostu imieniem głównego bohatera płci męskiej, a nie żeńskiej. Jak się okazało, jest to epos, który już w latach '50 XX wieku został przetłumaczony na chiński - stąd ta jego wielka popularność (film, animacja, a nawet... operetka. Ale o tym kiedy indziej). Podobne legendy znane są także w Tajlandii, Laosie, Birmie a także Indiach. Fascynujące, że legenda ta została zapisana w najstarszym zabytku piśmiennictwa dajskiego - razem z buddyjskimi sutrami spisanymi na liściach wachlarzowca właściwego, stanowiąc jeden z nielicznych świeckich wyjątków w tych religijnych zapiskach. 
Kupiłam oczywiście. Zarówno dla siebie, jak i dla Tajfuniątka. Dajskiego się raczej nie nauczę, więc cieszę się, że mogę przeczytać choć chińskie tłumaczenie. Dla tych z Was, którzy chińskiego nie znają, mam ciekawą informację: ponoć poemat ten został przetłumaczony również na rosyjski...

2024-05-30

Pawia Królewna - film

Youtube okazał się prawdziwą kopalnią skarbów, jeśli chodzi o Pawią Królewnę. Znalazłam ramotkę sprzed ponad czterdziestu lat, opartą na tej samej dajskiej legendzie! Tym razem królewna ma na imię Namunuona 喃穆诺娜, po drodze królewicz ratuje smoka, a w odnalezieniu królewny pomaga młodemu Złoty Jeleń - a potem żyli długo i szczęśliwie. W filmie można zobaczyć dajski styl życia - może trochę za bardzo trącący tym, co Hanowie wyobrażają sobie na temat dajskiego stylu życia, ale jednak. 
Zwróćcie uwagę na ścieżkę dźwiękową. Jej twórca, Tian Liantao, był znanym chińskim kompozytorem i etnomuzykologiem. Swego czasu spędził ładnych kilka miesięcy zbierając dajskie pieśni ludowe i starając się je przekuć w muzykę filmową. Wszystkie ważne postaci mają swoje leitmotivy, niektóre zaczerpnięte wprost z folkloru - na przykład melodia szamana naprawdę nazywa się "wiedźmią nutą" 巫娘调. Jednocześnie postarał się czerpać inspiracje i z innych typów muzyki - są tu muzyczne wątki birmańskie, yijskie, a nawet zachodnie - niektóre utwory są po prostu sonatami. Jeden z utworów, który po skróceniu dzieła nie znalazł się w filmie, to Taniec Kaktusowej Uwodzicielki 仙人掌妖女舞:
   
W którym dość niespodziewanie pojawiają się wpływy hiszpańskie (!). 
W celu uetnicznienia wykorzystał w partyturze kilka dajskich instrumentów: pi, ding (instrument strunowy szarpany podobny do lutni), bęben "słoniowa noga", gong "mang" i dajskie talerze - czy raczej talerzyki - 小镲 xiǎochǎ. W połączeniu ze zwykłą orkiestrą daje to efekt bardzo niecodzienny i ciekawy.
Miłego oglądania!
 

2024-05-23

Pawia Królewna - film animowany

Pamiętacie legendę o Pawiej Królewnie? Przed Wami animacja kukiełkowa z 1963 roku, która powstała właśnie na podstawie tej legendy. Tu mamy akcję cokolwiek bardziej skomplikowaną - to pierwszy minister, nie szaman, wtrącał się w małżeństwo królewicza, a to dlatego, że chciał za niego wydać własną córkę i w ten sposób wejść w królewską rodzinę - dlatego nie w smak mu była Pawia Królewna. Różnią się i inne szczegóły, choćby samo imię królewny: tu zowie się Nanmanuona 婻麻喏娜; pamiętać trzeba przy tym, że te chińskie transkrypcje dajskich/tajskich imion są zazwyczaj kompletną pomyłką. Inne różnice spróbujcie wypatrzeć sami:
 

2024-05-21

Pawia Królewna 孔雀公主

Dawno, dawno temu, w pięknej krainie, w miejscu, które teraz określa się mało poetyckim mianem "południa Yunnanu", było kiedyś królestwo, którym władał dobry król Zhao Menghai. Syn jego, Zhao Shutun, był oczkiem w głowie nie tylko starego króla, ale bodaj całego królestwa. Przystojny, pewny siebie, inteligentny i dzielny, cieszył się największym powodzeniem ze wszystkich młodzieńców; wzdychało doń tak wiele panien, że trudno byłoby je choćby policzyć. On jednak nie dbał o nie wszystkie. Czekał na znalezienie prawdziwej miłości. Pewnego dnia znajomy myśliwy tak rzekł do niego: jutro do pobliskiego stawu przyleci siedem dziewcząt. Będą się kąpać i pływać, a najładnieszą i najmilszą jest siódma, zwana Lanluona. Jeśli zdołasz schować przed nią jej pawią szatę, nie będzie mogła odlecieć, a wtedy będziesz mógł pojąć ją za żonę. 
Królewicz nie do końca wierzył słowom myśliwego, jednak następnego dnia wybrał się nad staw i na własne oczy ujrzał, jak przylatuje siedem pełnych gracji pawi, które zaraz po wylądowaniu zamieniyły się w przepiękne dziewczęta. Wolne i swobodne tańczyły na brzegu, a najdelikatniejsza i najbardziej urocza była właśnie ta siódma - Lanluona. Królewicz pokochał ją od pierwszego wejrzenia. Uczynił więc, jak radził myśliwy; przestraszone siostry uciekły, ale najmłodsza dziewczyna, pozbawiona swej pawiej szaty, musiała pozostać. Widząc jest smutek i przerażenie, młodzieniec postanowił oddać jej szatę. Kiedy jednak dziewczyna go ujrzała, serce mocniej jej zabiło i - postanowiła dla niego pozostać. 
Niedługo po ich ślubie sąsiedni kraik począł się zbroić i gotować do napaści. Dzielny Zhao Shutun postanowił zebrać armię i stanąć do walki. Jakiś czas później do starego króla zaczęły jednak spływać niepomyślne wieści: syn dzień w dzień musiał umykać przed naporem wroga, który dzięki znacznej przewadze liczebnej wchodził coraz głębiej w naszą piękną krainę. Stary król odchodził od zmysłów. I wtedy właśnie w jego łaski wkradł się szaman, który wężowym językiem podszepnął królowi taką oto receptę: "Synowa twoja to bestia zmieniona w człowieka. To przez nią wydarzają się obecne nieszczęścia. Wystarczy, że ją złożysz w ofierze, a na pewno wygramy tę wojnę, a syn twój cały i zdrów wróci do pałacu". Omamiony król przychylił się do tego niecnego pomysłu. Och, biedna, biedna Lanluona! Stała na miejscu kaźni, łzy rzęsiste obmywały jej subtelną twarzyczkę, a tęsknota za ukochanym bolała ją bardziej niż intryga szamana i króla. Gdy przyszedł czas jej ostatnich słów, tak oto zwróciła się do władcy: "Proszę, pozwól mi zatańczyć raz jeszcze w pawiej szacie!". Król się zgodził. Ach, cóż to był za taniec! Młodzi i starzy płci obojga oczu oderwać nie mogli od najcudniejszej tancerki świata. Zanim jednak zdołali się zorientować, Lanluona przemieniła się w pawia - i odleciała. Nikt jednak nie zdołał się tym przejąć, bowiem z frontu nadeszły wreszcie dobre wieści: udało się pokonać wroga, królewicz nazajutrz dotrze do domu! 
Całe królestwo się weseliło - tylko jeden królewicz się nawet nie uśmiecha. Szuka wzrokiem ukochanej żony, lecz ona jakby zapadła się pod ziemię! W końcu zdobył się na odwagę i odezwał się do ojca-króla tymi słowy: "Jak to dobrze, że Lanluona wymyśliła tę taktykę - zwabiłem wrogów w pułapkę. Myśleli, że kiepsko walczymy, a oni zdobywają kolejne kawałki naszej krainy, ale tak naprawdę pozwoliliśmy im wejść coraz głębiej tylko po to, żeby ich otoczyć i wyrżnąć w pień! Moja dzielna żona! Kiedyż będę mógł jej pięknie podziękować?". Stary król chcąc nie chcąc musiał mu wyjawić, dlaczego synowej ani widu, ani słychu. Zszokowany królewicz zemdlał z rozpaczy. 
Gdy się ocknął, zaczął się zbierać do drogi. Musiał, MUSIAŁ odzyskać ukochaną! Jakiż sens miałoby życie bez niej? Odszukał myśliwego, by wydobyć zeń informacje na temat ojczyzny żony. Okazało się, że pochodzi z krainy tak odległej, że tylko szaleniec mógłby marzyć o dotarciu tam bez skrzydeł. Królewicz jednak osiodłał konia i ruszył w drogę, obdarowany przez myśliwego trzema czarodziejskimi, złotymi strzałami. 
Po wielu miesiącach niebezpieczeństw i trudów dotarł do pewnej doliny, do której dostępu bronił głaz wielki jak słoń. Pierwszą złotą strzałą przebił głaz na wylot, tworząc dla siebie ścieżkę wiodącą do doliny. Dolina strzegła swych tajemnic zazdrośnie - po wielu dniach królewiczowi udało się przez nią przebrnąć, jednak był okrutnie zmordowany. Nagrodą jednak było dostanie się do Królestwa Pawi! Teraz już wszystko powinno pójść jak z płatka! 
Jednak król Królestwa Pawi, będący przy okazji ojcem znanych nam już siedmiu dziewcząt, uważał, że ród, z którego nasz królewicz się wywodził, potraktował jego córkę tak haniebnie, że absolutnie nie miał zamiaru dopuścić Shutuna do swej córki. Postawił przed królewiczem niewykonalne zadanie: rozpoznać zawoalowaną królewnę spomiędzy jej identycznie zawoalowanych sióstr i zgasić strzałą płomień świecy, przyczepionej do jej głowy. Królewicz ufał swojemu instynktowi i magii czarodziejskich strzał - brzdęk! I już zgasła właściwa świeca, a zza welonu wyjrzała piękna twarz Lanluony. Stęsknieni małżonkowie rzucili się sobie w objęcia i przysięgli już nigdy się nie rozstawać. 
Dotarłszy wraz z ukochaną do pałacu, królewicz spytał ojca, któż mu podrzucił szatański pomysł składania ofiary z synowej, ten zaś wskazał szamana. Ów jednak nie czekał, aż się z nim królewicz odpowiednio rozmówi - natychmiast zaczął przemianę. Okazało się, że tak naprawdę jest sępem. Rozpostarł już skrzydła, odleciał, jest wolny! - gdy nagle dopadła go ostatnia złota strzała. 
Odtąd historia Pawiej Królewny stała się symbolem szczęśliwej i wiernej miłości.

Wszystkiego najlepszego z okazji Światowego Dnia Różnorodności Kulturowej!

2023-10-15

开门节 Święto Otwarcia Drzwi

Święto Otwarcia Drzwi, nazywane również Wyjściem z Bagna 出洼, jest obchodzone przez wyznających buddyzm therawada Dajów, Bulangów, De‘angów i nawet część Wa, popularne w Chinach głównie w Yunnanie, a poza Chinami m.in. w Laosie i Tajlandii. Dokładna data jest wyznaczana zgodnie z dajskim kalendarzem na piętnasty dzień dwunastego miesiąca, jednak w związku z potrzebą nałożenia tego kalendarza na kalendarz gregoriański, oficjalną datę obchodów wyznaczono na piętnastego października. Siostrzanym świętem jest oczywiście Święto Zamknięcia Drzwi 关门节, często zwane też po prostu Świętem Początku Lata 入夏节, ponieważ odbywa się tradycyjnie parę miesięcy wcześniej, wraz z wejściem w porę deszczową (obecnie data jest wyznaczona na 15 lipca). Takie jest zresztą pochodzenie tego wywodzącego się z Indii święta - zróbmy wszystko, by w zdrowiu i spokoju przeżyć porę deszczową i cieszmy się, gdy się ona po mniej więcej kwartale skończy. Z tej okazji kończą się również rozmaite tabu: w lecie nie wolno się na przykład pobierać czy nawet zaręczać, budować domów (bo w regionie to również czynność "weselna"), a także wyjeżdżać w dalsze podróże czy choćby nocować poza domem. Podczas Święta Otwarcia Drzwi niezamężna i nieżonata młodzież idzie więc pięknie ubrana do świątyń paść Buddzie do stóp i ofiarować mu jedzenie, kwiaty, wódeczkę i pieniądze, dziękując za to, że wreszcie mogą planować życie, a starsi i młodsi dziękują zapewne za to, że im już znudzona młodzież nie będzie psuć krwi. Starszyzna zabiera również ze świątyń i spala ofiary, które przyniosła podczas Wejścia do Bagna 进洼 - skoro udało się z owego bagna wyjść, ofiarę można przecież zabrać. Po części religijnej i ceremonialnej zazwyczaj zaczynają się buddyjskie "odpusty" - fajerwerki, wysyłanie lampionów do nieba, taniec, śpiew, a także korowód po okolicznych wioskach z lampionami w kształcie rozmaitych zwierząt. A że zazwyczaj właśnie w tym okresie dobiegały końca zbiory ryżu, Święto Otwarcia Drzwi pełniło przy okazji funkcję dożynek. 

Dawniej często obchody rozkładano na trzy dni: pierwszego dnia szła starszyzna, drugiego młodzież, a odpust z dożynkami zaczynał się dopiero trzeciego dnia, jednak dziś najczęściej wszystko jest upchnięte w czasie jednego dnia - przynajmniej w miasteczkach. Choć święto ma korzenie religijne, osobie, która maczała palce w tworzeniu koncepcji otwierania i zamykania duchowych drzwie, nie można odmówić sprytu, a co najmniej zmysłu praktycznego. Dawnymi czasy lato było najpracowitszą porą roku. Zamiast pozwalać młodzieży na harcowanie na sianie, obcowanie z płcią przeciwną uczyniono w tym okresie tabu, dzięki czemu siła robocza miała siłę skupić się na robocie. I na modłach, bo w całym "bagiennym" okresie raz w tygodniu obywały się w świątyniach... mam pokusę napisać "msze" - oczywiście buddyjskie spotkania modlitewne to nie to samo, ale wiecie, o co chodzi. 

Oczywiście, obchody święta różnią się w rozległym regionie i między poszczególnymi grupami etnicznymi. Na przykład u Achangów i De'angów obchody nadak trwają pełne trzy dni - pierwszego dnia strojnie odziani kawalerowie wędrują po wioskach bijąc w wielkie bębny, a starcy udają się do świątyń, by spalić papier ku czci Buddy; z kolei następnego dnia do świątyń idą panny. Trzeciego dnia organizuje się jarmark, który staje się doskonałą okazją do oględzin płci przeciwnej, bo wszyscy mogą w nim uczestniczyć. Oczywiście, pod pozorem słuchania nauk wioskowych mnichów. Bez względu jednak na szczegóły różniące obchody, główna idea jest jedna: radujmy się!

Poza pragmatycznym wyjaśnieniem powstania świąt zamknięcia i otwarcia drzwi, istnieje oczywiście i religijne. Ponoć co roku w połowie dajskiego dziewiątego miesiąca Budda udawał się do Czystej Krainy, by się spotkać z matką i wspólnie recytować sutry. Wracał dopiero po kwartale. Pewnego razu nadgorliwym uczniom wydało się dobrym pomysłem ruszyć między prosty lud z buddyjskimi naukami. Misja nie spotkała się z dobrym przyjęciem - z jednej strony nie można ignorować mnichów głoszących słowo, z drugiej jednak - robota sama się nie zrobi. Lud zaczął się burzyć i narzekać na czas, który wybrali mnisi na głoszenie słowa. Gdy cała historia dotarła do uszu Buddy, uczuł on wielki niepokój i zarządził, by odtąd przez trzy miesiące, które on spędzał w Czystej Krainie, mnisi spędzali zgromadzeni w swoich świątyniach i klasztorach; nie mogli z nich wywędrowywać, mogli tylko w cichości serca żałować za przysporzenie kłopotu wieśniakom. Stąd w dawnych czasach nazwano moment zamknięcia mnichów w klasztorach Świętem Zamknięcia Drzwi, a powrót do normalności - Świętem Otwarcia Drzwi. 

Poniżej możecie zerknąć na kilka migawek z obchodów tego święta oraz na dłuższy program o nim opowiadający.

 

2021-09-18

bakłażan na zimno po dajsku 傣味涼拌茄子

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej. 

O tym bakłażanie na zimno już wspominałam. Tym razem przyrządziłam go trochę inaczej; wyszedł jeszcze lepszy niż zazwyczaj. Nawet świekra mnie pochwaliła. Można go przyrządzić na dwa podstawowe sposoby: ugotowany lub upieczony. Na kunmińskich targach piecze się zarówno bakłażany, jak i papryki - te drugie, żeby łatwiej z nich ściągnąć skórkę, a te pierwsze po prostu dlatego, że upieczone są bardziej aromatyczne. Jeśli jednak mamy za mało czasu na rozgrzanie piekarnika i porządne upieczenie bakłażana - bo to musi trwać pół godziny do trzech kwadransów - to można bakłażan po prostu ugotować - tak się tę sałatkę robi w większości kunmińskich domów, bo tu mało kto ma piekarnik. Sałatka na tym wiele nie straci. Jako ewentualny dodatek białkowy świetnie nada się kurczak z zupy czy też resztki kurczaka pieczonego - ale wersja bez mięsa jest tu zdecydowanie bardziej popularna. Ja do tej sałatki dodaję, co mi wpadnie w ręce.

Składniki:

  • bakłażan
  • czosnek - ile wlezie. To znaczy: ile lubicie.
  • świeże liście kolendry, względnie pietruszki. Jak mam miętę, to też dodaję. Zresztą, cokolwiek innego zielonego, np. zielona cebulka też wchodzi w grę.
  • świeże chilli
  • świeża papryka - upieczona lub surowa, pokrojona po prostu w paski 
  • cebula w piórka, najlepiej czerwona 
  • obrany ze skórki pomidor w paseczki 
  • sos rybny lub w ostateczności sojowy - kapka
  • olej sezamowy - kapeczka
  • podprażone orzeszki ziemne albo jakiekolwiek inne orzechy czy słonecznik
  • ostry sos - ja użyłam tajskiego słodko-ostrego sosu chilli i już nigdy go niczym innym nie zastąpię. Można pominąć, zwłaszcza jeśli dodaliście dużo chilli
  • sok z limonki do smaku

Wykonanie:

  1. Bakłażan upiec lub ugotować al dente, pokroić w paski albo potraktować widelcem tak, żeby miąższ został podzielony. Ostudzić.
  2. W trakcie pieczenia/gotowania bakłażana doskonale zdążymy podprażyć orzeszki ziemne i porozgniatać je w moździerzu, posiekać zioła, rozgnieść czosnek i połączyć to z resztą przypraw.
  3. Paski bakłażana, pokrojone pomidory i papryki, a także ewentualnie kawałeczki kurczaka wymieszać z sosem i podać.
Tutaj znajdziecie przepis na japoński bakłażan z miso.

2020-10-05

dajskie wzory

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej. 

Kiedy przyjechałam do Yunnanu po raz pierwszy, zdumiało mnie, jak szalenie różni się tutejsza estetyka od rdzennie chińskiej, którą już trochę znałam. Potem trochę się podszkoliłam w zakresie yunnańskich grup etnicznych i przestało mnie to wszystko dziwić, a po jakimś czasie niektóre style mogę już wskazać bez namysłu. Jednym z nich jest styl grupy etnicznej Dai, czyli chińskich Tajów. Zobaczcie sami, jaki jest charakterystyczny:








Tak zdobionymi tkaninami upiększa się m.in. wnętrza etnicznych restauracji, ale znam też amatorów tej sztuki, którzy tak sobie dekorują mieszkania.
Dajska estetyka często pojawia się w przestrzeni publicznej - czego przykładem może być właśnie powyższa instalacja  przerośniętych wazonów, którą aktualnie można oglądać nad Szmaragdowym Jeziorem.  

Tutaj możecie obejrzeć więcej dajskich dzieł sztuki.

A tutaj poczytajcie o tradycyjnych japońskich wzorach.

2020-10-03

ogórkowa po yunnańsku

Kocham smaki rodem z Xishuangbanna - te takie pomieszane, tajsko-chińskie, czyli dajskie. Jeszcze bardziej je pokochałam, gdy już nauczyłam się jeść nieodłączne chilli. A potem pojawiło się Tajfuniątko i zaczęłam przyrządzać dziecięce, łagodne wersje dajskich dań. Jedną z nich jest właśnie ogórkowa, jednak trochę inna niż ta polska. Pomysł na nią jest skopiowany ze słynnej dajskiej zupy z kiszonych na ostro pędów bambusa - tylko u mnie mocno pikantne i mocno kwaśne pędy bambusa zostają zamienione na bardzo łagodne, ale równie kwaśne, własnoręcznie ukiszone ogórki. 

Składniki:
  • dwa ogórki kiszone
  • duży ziemniak
  • pomidor lub dwa
  • zielona cebulka
  • trochę wody spod ogórków - sami musicie dobrać stopień kwaśności
  • szczypta soli
  • ewentualnie świeże chilli
Wykonanie:
  1. Ogórki, ziemniak i pomidory zetrzeć na tarce o dużych oczkach.
  2. Wrzucić na pół litra wrzątku wymieszanego z odrobiną wody spod ogórków i z solą.
  3. Zagotować, a potem na małym ogniu gotować, aż wiórki ziemniaków się ugotują, ale nie będą rozpadać. Wystarczy 5-10 minut. Jeśli wolicie, możecie najpierw obgotować ziemniaki, a potem dorzucić resztę warzyw, jednak ja wolę konsystencję ziemniaków gotowanych w kwaśnej zupie - pozostają lekko chrupiące.
  4. W międzyczasie posiekać drobno zieloną cebulkę; pod koniec gotowania dorzucić ją do garnka.
  5. Jeśli chcecie wersję ostrą, razem z cebulką dorzućcie chilli.
U nas zup nie podaje się osobno, tylko jako część wielodaniowego posiłku, stąd niewielkie ilości. Oczywiście można je dowolnie zwiększać, jeśli chcemy podać taką zupę osobno - wystarczy tylko pilnować, by dominującym smakiem był kwaśny.
Bardzo często gotuję tę zupę, jeśli został mi jakiś wywar jarzynowy po gotowaniu ziemniaków, kukurydzy czy innych warzyw. Nic nie stoi też na przeszkodzie, by jako bazy użyć wywaru mięsnego, jednak oryginalnie jest to szybka zupa ze świeżych i kiszonych warzyw, a nie długo gotowany, wieloskładnikowy wywar.

2020-07-07

bawu 巴乌

W jednej z yunnańskich legend o kotach pojawił się ciekawy yunnański instrument, bawu. Posłuchajcie, jak pięknie brzmi:

Bawu to instrument bardzo popularny u yunnańskich grup etnicznych takich jak Yi, Miao, Wa, Blang czy Hani. Może być wykonany z bambusa lub drewna, mierzy około 30 cm, łącznie posiada 7 bądź 8 otworów - 6 lub 7 u góry, 1 na dole. Dmie się weń jak we flet poprzeczny, ale ustnik jest zaopatrzony w miedziany stroik przelotowy w kształcie języczka. Instrument jest dość cichy; często wykorzystuje się go jako akompaniament w melorecytacjach i niektórych tańcach ludowych, ale najczęściej wykorzystywany jest jako instrument solowy - mówi się o nim jako o "instrumencie, który potrafi mówić" 会说话的乐器 - dlatego najchętniej grywa się na nim melodie miłosne, tęskne, pełne uczuć. W Honghe popularne są również bawu proste 直吹巴乌 (z zadęciem takim, jak we flecie prostym) oraz bawu dwupiszczałkowe 双管巴乌. Poza Honghe najpopularniejszy jest w yunnańskich "województwach" Wenshan, Simao, Xishuangbanna, Lincangu i Dehongu, a także w pobliskich prowincjach Guangxi i Guizhou. Obecnie tworzy się również bawu dłuższe i grubsze, które mają większą skalę (nawet dwie oktawy) i są głośniejsze. Mogą mieć różne stroje, w zależności od długości, grubości i materiału, z którego zostały wykonane.
Choć pochodzi z Yunnanu, obecnie można powiedzieć, że jest popularny w całych Chinach, zarówno jako instrument solowy, jak i w zespołach chińskich instrumentów; bardzo często można go usłyszeć w chińskich ścieżkach dźwiękowych, a czasem nawet w piosenkach pop. Coraz bardziej jest również popularny na Zachodzie.
Ciekawostka: można wydobywać dźwięki zarówno na wydechu, jak i na wdechu, choć na wydechu najwyższe dźwięki się nie odezwą, a najniższe mogą zabrzmieć nieczysto.
Istnieje wiele legend dotyczących powstania Bawu, jedna smutniejsza od drugiej. Poza znaną już Wam dajską legendą o kocie, są jeszcze legendy innych ludów. Mnie najbardziej przypadły do gustu dwie, hanijska i yijska. Ta pierwsza brzmi tak:
Dawno, dawno temu w górach Ailao żyła piękna, skromna i dobra dziewczyna, która nazywała się Meiwu. Zakochała się ona w odważnym, przystojnym i pracowitym chłopcu Bazhong. Obiecali sobie być zawsze razem, nierozłączni jak gałęzie i liście. Cała wioska radowała się ich szczęściem. O ich szczęściu wywiedział się pewien zły duch, mieszkający daleko w górach i zgrzytał zębami ze złości. Pewnego dnia, w czasie święta, gdy wszyscy mieszkańcy bawili się i tańczyli, zły duch dosiadł silnego wiatru i porwał dziewczynę. Na wszelkie sposoby próbował ją zmusić do wypowiedzenia sakramentalnego "tak", jednak ona nie dawała się przekonać - i milczała. Rozzłoszczony demon odciął jej więc język, a potem wyrzucił ją do puszczy. Ona zaś wypłakiwała oczy za swoim miłym i błąkała się po lesie, nie mogąc nawet nikomu opowiedzieć swych strasznych dziejów. Pewnego dnia czarodziejski ptak pojawił się w lesie, niosąc w dziobie odcięty język dziewczyny, a w pazurkach - bambus. Polecił dziewczęciu włożyć język do bambusowej rurki - "bambus pomoże ci w mówieniu". Zagrała więc dziewczyna na bambusowym flecie, a dźwięki, które wydobyła, były słodkie jak miłość i smutne jak samotność. Usłyszał je Bazhong, który dotąd bezskutecznie szukał ukochanej; podążył za tym dźwiękiem i odnalazł dziewczynę. Odtąd byli już zawsze razem. A instrument, który potrafi mówić został nazwany na ich cześć - od ich imion.
U Yi opowiada się inną legendę.
W dawnych czasach w okolicach dzisiejszego Gejiu żył niemowa. Zmarła mu matka, więc był bardzo nieszczęśliwy, jednak nie miał jak opowiedzieć o swojej tragedii. Pewnego dnia znalazł jednak bambus podziurawiony przez robaki. Gdy przytknął go do ust, okazało się, że wydaje dźwięk, który potrafi wyśpiewać cały żal zgromadzony w sercu niemowy. Odtąd Yi nauczyli się wiercić dziury w bambusie, by stworzyć instrument, który najlepiej wyraża ból i smutek.

2020-03-21

Amla - yunnańska oliwka 滇橄榄

Amle dojrzewają podobno dopiero na jesieni, jednak w Kunmingu da się je przyuważyć na straganach już w marcu. Ręcznie zbierane, kwaśne, gorzkie i cierpkie jagody liściokwiatu garbnikowego przywędrowały do Yunnanu zapewe z Indii, w których jest roślina ta jest uprawiana na wielką skalę. Niemal nikt tych okropnych owoców nie spożywa bezpośrednio, a dopiero po ukiszeniu czy też wymoczeniu w słonej wodzie i obtoczeniu w płatkach chilli. Można ją jeść gotowaną (na przykład jako jeden ze składników dalu) - choć mówiąc szczerze, smak amli nie podbił mojego serca - no, może z wyjątkiem amli kandyzowanej (taką też się sprzedaje; można ją zajadać po posiłku jak lekarstwo na dobre trawienie). Skoro jednak owoce są takie niedobre, dlaczego się je w ogóle uprawia? Otóż są używane w tradycyjnej indyjskiej medycynie, zarówno świeże, jak i suszone. Zresztą - używa się nie tylko samych owoców, ale też nasion, liści, korzeni, kory i kwiatów. Jest oczywiście remedium na najróżniejsze schorzenia, przedłuża życie, obniża gorączkę, poprawia trawienie, leczy z zaparć, oczyszcza krew, ratuje przed kaszlem, wzmacnia serce, poprawia wzrok, działa na porost włosów, a nawet pomaga na mózg! Tyle o tradycji. Współczesne badania pokazują, że owoce amli wykazują działanie antywirusowe i antybakteryjne.
Poza tym używa się jej do produkcji atramentów, szamponów i olejków do włosów (podobno dzięki nim włosy są nie tylko mocniejsze, ale również mniej siwe), a także do produkcji utrwalaczy barwników do tkanin. Z liści można po wysuszeniu zrobić pięknie pachnące wnętrze poduszki.
W Yunnanie jest amla ważnym składnikiem diety i lekarstw wielu grup etnicznych, przede wszystkim Dajów, Hani i Yao. Chyba jednak żadna z naszych religii nie traktuje amli jak świętego drzewa. Za to w hinduizmie jest ona ważna: teksty tantry hinduistycznej, wymieniają to drzewo jako jedno z pięciu, które tradycyjnie wymagane są w miejscu wykonywania sadhany. Inne przekazy mówią o drzewie liściokwiatu jako o siedzibie Lakszmi.
W Yunnanie często się mówi o jej właściwościach prozdrowotnych: pomaga na kaszel i ból gardła, gasi pragnienie itd. Często się ją u nas kisi, dodając do zalewy oprócz soli również lukrecji chińskiej i miodu.
Można też na jej bazie przyrządzić leczniczą nalewkę, pamiętając, by cukru lub miodu dodać naprawdę dużo.
A ja tymczasem otwieram kolejną paczuszkę z kandyzowaną amlą, która doskonale sprawdza się jako cukierki na ból gardła:

Nawet gotowanie w syropie cukrowym nie pozbawia amli całej goryczki i cierpkości. A jednak Tajfuniątko ją uwielbia! Dziwne dziecko...

2020-02-17

dziki kot

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli w ramach Unii Azjatyckiej.

Na początku 2005 roku pewien yunnański wieśniak wybrał się w góry zbierać chwasty (chwasty to po chińsku "dzikie warzywa") i natknął się na trzy właśnie urodzone kocięta bez mamy. Nie takie zwykłe kocięta, a koty marmurkowe czy też lamparciki marmurkowe, które po chińsku zowią się po prostu "yunnańskimi kotami" 云猫. Miał niezwykłe szczęście, bo one rzadko pojawiają się w rejonach zamieszkanych przez ludzi - nie lubią hałasu. Ba! Rzadko pojawiają się gdziekolwiek - bo po prostu zostało ich już bardzo niewiele. Są maleńkie (2-5 kg), ale zachowują się jak na prawdziwe lamparty przystało. Myślę, że to właśnie dzięki nim Yunnan jest taki bogaty w ludowe opowieści o kotach.
Na przykład Buyi opowiadają legendę o słoniu i dzikim kocie. Słoń, pyszniący się swą potęgą, naśmiewa się z kota, że on jest mniejszy nawet od słoniowej stopy - i ty śmiesz się nazywać zwierzęciem? Uprzejmy kot odpowiada, że choć jest nikczemnej postury, chętnie będzie słoniowi służył pomocą, jeśli zajdzie potrzeba. To oczywiście wywołuje jeszcze większe drwiny słonia. Za parę dni mała myszka wdrapała się jednak słoniowi do trąby - nie mógł jej ani wyrzucić machając trąbą, ani wydmuchać - no nic nie działało. I kto przyszedł mu z pomocą? No kto? Dziki kot, dla którego wydobycie myszki to fraszka. A słoń był tyleż wdzięczny, co zawstydzony (przynajmniej tyle miał przyzwoitości, żeby się później zawstydzić).
Jingpo natomiast uważają dzikie koty za stworzenia przebiegłe i skąpe. A było to tak: na wysokiej górze rosło wielkie drzewo. W jego koronie uwił gniazdo orzeł; w dziupli mieszkał dziki kot, a dzik mieszkał pod drzewem. Nie wchodzili sobie w drogę i żyli jak dobrzy sąsiedzi. Pewnego jednak razu dziki kot postanowił narobić zamieszania. Dzikowi powiedział, że orzeł chce zapolować na warchlaczki, a orłu - że dzik będzie tak długo potrząsał drzewem, dopóki pisklęta nie wypadną z gniazda. Domniemani antagoniści uwierzyli i odtąd zamiast iść czy lecieć na żer, pilnowali swych siedzib. Jednak już wkrótce ich umiłowane potomstwo zrobiło się tak głodne, że, radzi nieradzi, musieli ruszyć na łowy. A wtedy kot - spryciarz wdrapał się na drewo i pożarł wszystkie orlątka. Orzeł wraca, widzi, co widzi i - myśląc, że to sprawka dzika, w odwecie zadziobuje na śmierć wszystkie warchlaczki, po czym odlatuje, by rozpaczać w samotności. A wtedy sprytny kot złazi i pożywia się młodziutką dziczyzną. Na jego nieszczęście - właśnie wtedy wrócił dzik. Rzucił się na kota, ale ten zdążył umknąć do dziupli. Ponoć dzik tak długo tej dziupli pilnował, aż obaj zdechli z głodu...
Z kolei lud Naxi opowiada o większej grupie kotów. Tygrys, gepard* i kot byli braćmi. Pewnego dnia wpadli na pomysł, by polować naprzemiennie i dzielić się łupem. Pierwszy na polowanie ruszył kot. Przyniósł tylko jedną myszkę, której nawet nie było sensu dzielić - więc sam ją zjadł. Wtedy na polowanie ruszył gepard. Wrócił ze znacznie lepszym łupem: czarnym psem. Niby pies większy - no ale żołądek geparda też jest większy od kociego, więc znów łup wystarczył tylko dla łowcy. Ruszył więc i tygrys na polowanie, bo ileż można wytrzymać o pustym żołądku? Wrócił z wielką krową, którą trzech braci mogło się obżerać trzy dni i trzy noce - i jeszcze jej nie dokończyli!
Odtąd kot zajmował się łapaniem myszy, gepard - psów, a tygrys został królem puszczy.
Również Dajowie opowiadają legendę o dzikim kocie. Dopiero ten kot jest prawdziwie fantastycznym stworzeniem. Sami zobaczcie.
Dawno temu byli sobie dwaj bracia. Starszy był chciwcem, który po śmierci rodziców przywłaszczył sobie wszystkie ich dobra i stał się bogaczem. Młodszy brat, biedak o dobrym sercu, żył z łapania ptactwa. Pewnego dnia, gdy właśnie polował na ptaki wysoko w górach, usłyszał piękną pieśń, która tak go oczarowała, że rzuciwszy wszystko ruszył za cudnym głosem. Jakże się zdziwił, gdy okazało się, że źródłem pięknego śpiewu był dziki kot, który zakrywszy ogonem oczy usiadł na drzewie i wyśpiewywał. Biedny brat zabrał go z sobą do domu. Kot ten śpiewał tak pięknie, że ptactwo przylatywało słuchać go w zachwyceniu - a biedny brat je łapał. Ba, nie tylko ptaki czarował ten śpiew: przychodziły konie, sarny - bodaj każde zwierzę było pod urokiem kociego śpiewu. Odtąd biedny brat nie musiał już chodzić na polowania: zwierzyna sama wchodziła mu w ręce. Jednak w miarę, jak jego byt się poprawiał, bogaty brat zieleniał z zazdrości. W końcu zdobył się on na odwagę i pożyczył kota od młodszego brata - a ten naiwniak się zgodził. Starszy brat miał nadzieję, że też zwabi wiele zwierząt i że będzie jeszcze bogatszy niż dotąd. Plan jednak się nie powiódł - kot chodził osowiały, nie chciał jeść, o śpiewaniu nawet nie wspominając, i tylko ronił rzęsiste łzy. Zezłoszczony starszy brat wrzucił więc kota do rzeki i utopił. Gdy młodszy brat to odkrył, odnalazł kocie zwłoki i pochował wierne stworzenie w pobliżu swego domostwa.
Jakiś czas później nad grobem kota wyrosły bambusy. Młodszy brat ściął je i zrobił z nich koryto; świnie, które z niego jadły, rosły wielkie i grube. Starszy brat pożyczył koryto - ale jego świnie pochorowały się i wyzdychały. Ze złości spalił koryto.
Z pozostałych bambusów młodszy brat zrobił rurki doprowadzające wodę ze strumienia do domu. Za każdym razem, gdy się kąpał, na jego ręce spadały złote bransolety. Gdy starszy brat o tym usłyszał, potajemnie zakradł się do łazienki i próbował wykąpać. Wtedy jednak spadł na niego deszcz odchodów... Oczywiście ze złości połamał wodociąg w drzazgi. Młodszy brat z drzazg zrobił pałeczki, a jedząc nimi robił się z dnia na dzień młodszy i zdrowszy. Starszy brat ukradł pałeczki, by zjeść z żoną odmładzający posiłek. Postarzeli się w kilka sekund - przerażeni porzucili pałeczki pod domem. Niedługo potem zmarli ze starości, a z pałeczek porzuconych pod ich domem wyrósł gorzki bambus**, który przyjemnie świszczał. Kiedy młodszy brat uważnie się wsłuchał, odkrył, że świszczenie bambusa podobne jest śpiewowi dzikiego kota. Ściął więc bambusy i zrobił z nich bawu 巴乌 - "instrument, który potrafi mówić". Grał na tych bawu tak piękne i wzruszające melodie, że stał się słynnym artystą.
Jak Wam się podobają nasze yunnańskie koty, prawdziwe i te legendarne? Mnie się oczywiście najbardziej spodobała legenda o powstaniu bawu, instrumentu, który śpiewa tak pięknie, jak kot...
Możecie sobie porównać nasze koty z japońskimi krótkoogoniastymi kotami.
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kota!

PS. Tutaj wpis o innych yunnańskich kotach, glinianych i trochę strasznych.

*mogłaby być pantera, ale język polski nie pozwala na to, by pantera była bratem ;)
 **Pleioblastus amarus

2019-11-11

yunnańskie nazwiska

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Miał to być niby wpis o chińskich nazwiskach, ale generalnie rzecz biorąc, zostały one opisane w wikipedii na tyle dokładnie, że nie ma sensu się o nich rozpisywać. Dziś kilka ciekawostek o nazwiskach, na które się natknęłam w Yunnanie; są one raczej rzadko spotykane poza naszą prowincją, a niektórzy (łącznie ze słownikami) nawet nie wiedzą, że takie nazwiska istnieją. Będzie też kilka słów o mniejszościach etnicznych i o nazwiskach, których nie ma.
Zacznijmy od tego razu, gdy spytałam o nazwisko, nic mi ono nie powiedziało, a potem próbowałam je wpisać w telefon i mi się nie udało, bo w moim słowniku tego znaku nie było. Dziewczyna nazywała się 㱔 Suǒ. Żeby było ciekawiej, to nazwisko można również wymawiać Xiē. Jest to nazwisko powstałe dla yunnańskich Yi; obecnie są jednak i rodziny etnicznych Chińczyków Han oraz ludu Naxi, które noszą to nazwisko. Świadczy to głównie o przemieszaniu etnicznym, jakie tu występuje. Najczęściej pojawia się w Kamiennym Lesie, Yiliangu, Lijiangu i Shangri-La.
Za drugim razem osłupiałam, gdy zamiast nazwiska usłyszałam, że facet jest matką. Pełna abstrakcja. Okazało się, że znak 母 to nie tylko matka, ale też nazwisko, które często pojawia się u chińskich (nie tylko yunnańskich, ale tutejszych też) mniejszości etnicznych: Yi, Hui, Mongołów, Mandżurów, Tujia, Tybetańczyków, Miao itd. W Yunnanie najczęstsze jest w Zhaotong i Xuanwei.
Już dawno za to przywykłam do nazwiska Diao. Nie, nie normalnego nazwiska 刁 Diāo, a do yunnańskiego  刀 Diāo, którego nie wolno przeczytać tak, jak normalnie się ten znak czyta: 刀 Dāo jeśli jest nazwiskiem, a dāo jeśli jest nożem. Diao jest nazwiskiem, który pewien cesarz podarował ludowi Dai. Dajowie nie mieli nazwisk, tylko imiona - wiele imion. Po odpowiednich przydomkach można było poznać, czy ktoś jest kobietą czy mężczyzną, czy przed ślubem, czy po urodzeniu dziecka itd. Zresztą - wiele ludów nie miało nazwisk i faktycznie rozmaici władcy/królowie Chińczycy obdarowywali podbite ludy nazwiskami. Po to, żeby byli mniej barbarzyńscy? Po to, żeby zaznaczyć, że są zależni od Chińczyków? Po to, żeby władcy mogli w ogóle jakoś ich nazywać, bo właściwych imion nie potrafili wymówić? Nie wiadomo. Ale wiadomo, że niektóre nazwiska właśnie stąd się wzięły. Poza Diao znam jeszcze Pa 怕 i Duo 剁 i wiem, że beneficjentami byli nie tylko Dajowie, ale i Yi, Miao czy Tybetańczycy. Są i inne nazwiska, które są "normalne" czyli rdzennochińskie, ale mniejszości etniczne chętnie je sobie wybierały - czasem ze względu na znaczenie, czasem ze względu na totem, czasem ze względu na podobieństwo brzmienia do jakiegoś ładnego słowa w ich własnym języku. Tak, wybierały - bo od czasu, gdy nie ma cesarza, a mandaryński stał się językiem ogólnym i w dodatku zaczęto się posługiwać dowodami osobistymi, jakoś tych ludzi trzeba było zarejestrować. A są ograniczenia: w nazwiskach i imionach Chińczyków nie mogą występować znaki inne niż chińskie. Dlatego nawet jeśli któraś grupa etniczna posługuje się pismem innym od chińskiego i ma nazwisko, które brzmi inaczej i możnaby je zapisać chociażby przy pomocy alfabetu łacińskiego, nie jest to możliwe u chińskich urzędników. Idźmy dalej: chińskie nazwiska składają się z jednego lub dwóch znaków, tak samo jak chińskie imiona. W związku z tym imię i nazwisko może łącznie mieć co najmniej dwa znaki i co najwyżej cztery. Nawet jeśli jakaś grupa etniczna posiada nazwiska, to jeśli się nie mieszczą razem z imieniem w czterech znakach, dany reprezentant powinien sobie zmienić nazwisko na takie, które przystaje do standardu. I tak mamy na przykład zwykłe chińskie nazwiska typu Bai 白、Li 李、Tao 陶、Hu 胡 i tak dalej, noszone przez ludzi, którzy nie nazywają się tak z dziada pradziada, tylko musieli coś sobie wpisać do dowodu. Inna rzecz, że teraz coraz częściej pojawiają się i u Hanów całkiem nietradycyjne nazwiska łączone, których zasada tworzenia jest taka: znak nazwiska ojca + znak nazwiska matki + imię dziecka. Jedna trzecia klasy Tajfuniątka ma takie właśnie nazwiska. Ciekawam, jak będzie to wyglądać w następnym pokoleniu? Dwuczłonowe nazwisko ojca + dwuczłonowe nazwisko matki + imię dziecka? A jeszcze ze trzy pokolenia dalej? Cóż, zgodnie z zasadą "maksimum cztery znaki" nie będzie to raczej możliwe.
Również w klasie Tajfuniątka zetknęłam się z innym czteroznakowym nazwiskiem z imieniem. Tym razem nazwisko było jednoznakowe, a imię - trzyznakowe. Dwa znaki zwykłe, a oprócz nich 天 - Niebo, dodane, jak się później dowiedziałam, przez wróżbitę, żeby imieniem zrównoważyć niedobory pierwiastka, którego miało dziecku brakować w czasie urodzenia.
Wróćmy jednak do nazwisk niehanowskich grup etnicznych. Grupa etniczna Wa 佤族 wybrała sobie jako nazwiska głównie  Chen 陈、Zhao 赵、Li 李、Xiao肖、Luo 罗、Tian 田、Bao 鲍、Zi 子、Yin 尹 oraz Zhong 钟. To wszystko są oczywiście nazwiska wzięte od Chińczyków, bo gdy próbowano chińskimi znakami zapisywać brzmienia z języka Wa, okazywało się, że ani nie brzmią, ani nie wyglądają, ani znaczenie się nie zgadza. W dodatku, tak samo, jak u niektórych Yi i Naxi, u Wa nazwisko syna powinno zawierać imię ojca, co etnicznym Chińczykom Han oczywiście nie mieści się w głowach. Przyjmują więc mniejszości chińskie nazwiska i nawet imiona pisane w znakach... i używają ich tylko w sytuacjach bardzo formalnych. Zdarza się, że nawet na nie nie reagują, tak bardzo są one oddalone od imion, którymi posługują się na co dzień.
Grupa etniczna Naxi wybrała sobie z kolei dwa główne nazwiska: Mu 木 dla wyżej postawionych i He 和 dla prostaczków. Wiążą się z tym rozmaite legendy, wszystkie jednak pisane są z tak hanowskim podejściem do znaków (których przecież Naxi nie używali, bo sami mają własne pismo Dongba), że żadna nie wydaje mi się prawdopodobna.
W ciekawy sposób wybierają sobie chińskie nazwiska reprezentanci grupy etnicznej Lisu. Otóż mają oni zwierzęce/roślinne totemy i starają się, by nazwiska jakoś tam im odpowiadały. Najłatwiej z prawdziwie odzwierzęcymi nazwiskami typu Xiong 熊 - Niedźwiedź. Z innymi poradzono sobie poprzez podobieństwo brzmień w mandaryńskim (bo przecież nie w języku Lisu): skoro tygrys to hu 虎, to wybrano nazwisko Hu 胡; skoro ryba to yu 鱼, to wybrano nazwisko Yu 余 i tak dalej. 
Nie wszystkim grupom etnicznym się to spodobało, dlatego są też grupy, które obstają przy imionach i nazwiskach zsinizowanych w piśmie, ale jednak nadawanych tradycyjnie. Pisałam kiedyś o tybetańskiej piosenkarce Zongyong Zhuoma, prawda? Jej syn nazywa się, zupełnie legalnie, Zhaxi Dunzhu i nikt nie robi z tego problemu. To samo dotyczy nazwisk na przykład Ujgurów. Śliczna aktorka, którą Chińczycy Han nazywają Dai Si 代斯,tak naprawdę nazywa się 穆克代斯·库尔班/ مۇكدەپ قۇربان/ Mukkadas Kurban albo z angielska Daisy. To samo dotyczy innej śliczności, która zowie się 迪麗熱巴·迪力木拉提/دىلرەبا دىلمۇرات/Dilraba Dilmurat, a z angielska Cherry, a także mojego ukochanego Arkena. Nie wiem, wedle jakiego klucza urzędnicy pozwalają jednym na wieloznakowe i całkiem niechińskie imiona, a innym każą się sinizować na siłę; obawiam się, że mniej tym rządzi prawo, a bardziej przypadek i widzimisię.
Jest też w Yunnanie trochę nazwisk, które są zwykłymi nazwiskami Hanów, ale z czasem coraz mniej osób się tak nazywało i teraz są to nazwiska wyjątkowo rzadkie. Należą do nich np.
Leng 冷 - 1199 osób,
Fei 非 - 1194 osób,
Tan 谈 - 501 osób,
Zhao 招 - 305 osób,
Zhan 旃 - 196 osób,
Dan 但 - 131 osób,
Zhe 柘 - 102 osoby,
Tong 同 - 69 osób,
Guo 过 - 64 osoby,
Bai 摆 - 48 osób,
Da 笪 - 40 osób,
Jian 菅 - 20 osób,
Re 热 - 10 osób, .
i w końcu Jue 爵, które noszą zaledwie 4 osoby!
Dla porównania: najpopularniejszym nazwiskiem w Chinach jest Li 李, które nosi prawie sto milionów ludzi! To tak, jakby w trzech Polskach wszyscy nazywali się Kowalski!...
Ostatnia historia będzie dotyczyć nazwiska, którego nie ma. To znaczy jest. Ale nie ma.
To ja zacznę od początku.
Jest sobie znak 谌, który można wymawiać jako chén oraz jako shèn. Wtedy, gdy jest wymawiany jako chén, jest zwykłym znakiem, przymiotnikiem: szczery, wierny. Może też być nazwiskiem o takim brzmieniu. Jednak w części Yunnanu istniał i istnieje jako nazwisko wymawiane Shen. A jednak, kiedy taki Shen pójdzie do lekarza i lekarz ma zapisać jego nazwisko, wpisze Chen i będzie go nazywał Chen. Tak łatwiej, bo wszyscy znają znak chen, a nikt poza ludźmi noszącymi nazwisko Shen nie wie, że znak ten ma dwa czytania. Swego czasu drugie czytanie było niedostępne na komputerze, ale widzę, że już ten błąd naprawiono. Tyle, że mój kumpel, który nosi właśnie takie nazwisko, mówi, że nawet wykładowcy na uniwerku się z nim kłócili, że tak naprawdę nie nazywa się Shen, tylko Chen...
Swoją drogą, kwestia komputerów jest fascynująca. Jak wiadomo - jeśli się czegoś nie da znaleźć w necie, to to nie istnieje. Można tę regułę spokojnie zastosować do chińskich znaków. Jest ich dużo więcej, niż może nam zaproponować którykolwiek system komputerowego wprowadzania znaków. I w ten sposób znaki umierają. Nawet jeśli ktoś wybierze sobie bardzo piękne i oryginalne imię znane ze starych słowników, jeśli urzędas nie potrafi go wprowadzić w komputer, to nie ma zmiłuj. Znana jest historia o facecie, który nie mógł zmienić dowodu osobistego na nowy, bo dopóki nazwiska i imiona wpisywano ręcznie, to nikomu jego imię nie przeszkadzało, ale gdy zabrakło tego znaku w komputerze, okazało się, że nie może się tak nazywać i ma sobie wybrać inne imię. Ponoć facet postawił się okoniem i nie wymienił dowodu do końca życia.
Podsumowując: jest tak, jak zwykle. Są główne zasady i masa wyjątków. Sporo ciekawostek i lokalnych zwyczajów, które zazwyczaj nie są brane pod uwagę, a przecież są takie ciekawe!
A jeśli chcecie poczytać o japońskich nazwiskach, zapraszam tutaj.