Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herbata 茶. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herbata 茶. Pokaż wszystkie posty

2026-05-21

茶礼 Herbaciane obyczaje

Wielokrotnie spotkałam się już ze sformułowaniem 茶禮 [茶礼] chálǐ. Herbaciane... no właśnie, co? Słowo 禮 [礼] lǐ ma wiele znaczeń: podarunek, rytuał, ceremonia, etykieta, stosowność, uprzejmość, grzeczność... Obecna w nim boska cząstka 礻shì pojawiła się stosunkowo późno; początkowo znak wyglądał tak (obok ilustracja sugerująca co właściwie miał obrazować):
Widzimy tu liczne prezenty (na bogato!) na ołtarzu ofiarnym. Początkowo oddawanie czci bogom bądź ofiara dla bóstw były opisywane właśnie tym znakiem. A że wszelkie ceremonie religijne były mocno zrytualizowane i przedstawiały wyidealizowany kanon zachowań, w zasadzie wszystkie kolejne znaczenia mają tu swoje źródło. Nie dajcie się zwieść krzywej 曲 fasolce 豆 - znak lǐ 豊 czytany również fēng, a oznaczający obfitość, również wywodzący się z tego pierwszego obrazka, w swej współczesnej formie w ogóle nie pozwala się domyślić, o co miało w nim chodzić. 
Wracając do herbaty - jest najważniejsza, nie mogły się więc bez niej obyć żadne ceremonie, nawet wieloetapowe zaręczyny z wymianą podarków, zwaną 聘禮 [聘礼] pìnlǐ. Zatrzymajmy się na chwilę przy znaku 聘 pìn, który ma sporo znaczeń, wiele mówiących o systemie skojarzeń u Chińczyków. Po pierwsze "zaręczyny", po drugie (o kobietach) wychodzić za mąż. Po trzecie (w formalnym chińskim) odwiedzać jakieś miejsce w związku z misją dyplomatyczną (aż zarżałam), a także zatrudniać, np. w jakiejś firmie. Czyż nie układają nam się pięknie te wszystkie znaczenia? 
Wróćmy do zrękowin, podczas których herbata była częścią obyczaju 茶礼 (obyczaj herbaciany), zwanego również 茶银 (herbaciane srebro). Herbata musiała być wspólna dla wszystkich, żadne tam ja wolę zieloną, ja czarną, a ja bawarkę: jedna rodzina nie je herbaty dwóch rodzin 一家不吃两家茶 (pamiętacie na pewno, że w niektórych dialektach herbatę czy papierosy się "jada"). 
Ceremonia ślubna też nie mogła się bez herbaty obyć. Nazywano ją "trzema herbatami i sześcioma rytuałami". Trzy herbaty to oczywiście herbata zaręczynowa 下茶 (podanie herbaty), herbata ślubna 定茶 (umowna herbata) i herbata poślubna 合茶 (wspólna herbata). Jednak trzy herbaty mogą też dotyczyć trzech rodzajów herbaty podawanej w trakcie ceremonii: pierwsza to nasionka miłorzębu, druga to nasionka lotosu bądź głożyny, a dopiero trzecia była prawdziwą herbatą. Po podaniu czarek należało przyjąć je obiema dłońmi i złożyć głęboki pokłon, a następnie przytknąć do ust, nic nie jedząc, a oddając czarki rodzinie; dopiero tę prawdziwą herbatę po pokłonie należało wypić. 
Jednak herbaciane obyczaje nie dotyczą tylko zaręczyn czy ślubów. Przecież herbatą podejmowało się też zawsze gości. Podanie gorącej herbaty gościom ledwie przekroczyli próg domostwa pokazywało gościnność gospodarza bez względu na status materialny zarówno jego, jak i jego gości. Bogaty poda Smoczą Studnię, a bidok zmiotki z podłogi, ale herbata musi być. Jeśli są po temu warunki, rodzaj podanej herbaty powinien zostać dostosowany do preferencji gościa, zarówno jeśli chodzi o rodzaj herbaty, jak i intensywność smaku i sposób parzenia. Jeśli miało się pod ręką dobrą herbatę, można ją było zaparzyć w szkle lub gaiwanie i przy okazji nacieszyć oczy pięknem liści. Jeśli miało się tylko herbatę gorszego gatunku, lepiej było zaparzyć ją w czajniku i nie pokazywać jej gościom (细茶粗吃, 粗茶细吃). 
Kolejny ważny herbaciany obyczaj dotyczy sposobu nalewania herbaty do czarki. W Chinach istnieje powiedzenie 浅茶满酒 (płytka herbata, pełny alkohol), co oznacza, że o ile alkohole nalewamy do pełna (można nawet tak, że nie da się podnieść kieliszka do ust bez rozlania po drodze), o tyle herbata powinna sięgać idealnie siedmiu dziesiątych czarki (七分满). Istnieje ładne powiedzenie, dzieki któremu łatwiej zapamiętać tę niecodzienną proporcję: siedem części herbaty i trzy części uczuć 七分茶三分情. W ten sposób dbamy o to, żeby gość nie oparzył sobie ust ani dłoni. 
Ważne są też obyczaje związane z higieną: wyparzanie akcesoriów, nie sięganie po susz herbaciany bezpośrednio dłonią (choćby i była najczystsza na świecie), podawanie czarek w odpowiednio elegancki sposób - czarkę umieszczamy na spodeczku, który chwytamy obiema dłońmi i z ukłonem podajemy gościom, którzy winni odebrać go od nas również oburącz, a potem elegancko sączyć po łyczku, zamiast wypić do dna. 
Nie można nie wspomnieć również o tzw. 叩指礼 czyli herbacianym ukłonie palcami. Gdy gospodarz dolewa herbaty do naszej czarki, możemy podziękować mu gestem: oprzeć środkowy palec o stół paznokciem w dół i jednocześnie delikatnie palcem wskazującym kilkukrotnie stuknąć o powierzchnię stołu. To najbardziej tradycyjne podziękowanie związane z ciekawą legendą. Ponoć cesarz Qianlong podróżował kiedyś incognito po kraju i wstąpił do herbaciarni, by odpocząć w drodze. Incognito inkognitem ale oczywiście ploty powędrowały we właściwą stronę i jeden z lokalnych lizusów podążył prędko do tej samej herbaciarni, zapewne po to, żeby się przypochlebić cesarzowi. Usiadł z nim przy stoliku jak gdyby nigdy nic, ale Qianlong nie w ciemię bity i zorientował się, w czym rzecz. Udawali, że od dawna chcieli się poznać, pitu pitu, a że to Qianlong był gospodarzem tego stolika, to on nalał urzędasowi herbaty. Ten aż pobladł z wrażenia; chciał się rzucić na kolana i trzykrotnie stuknąć głową o podłogę jak się należy. No ale incognito! Użył więc palców, by zaimitować głęboki pokłon. Z czasem ten pokłon dłonią wszedł w stały repertuar herbaciarzy; z czasem również ewoluował. W zależności od tego, czy osoba, kóra częstuje nas herbatą jest od nas wyżej, niżej czy mniej więcej równo w hierarchii, podziękowanie może wyglądać różnie, od stukania całą pięścią w stół po puknięcie od niechcenia jednym palcem
Ostatnia opowiastka i obyczaj z nią związany również sięga dynastii Qing, a konkretnie kaligrafa i malarza współczesnego Qianlongowi, Eskcentrycznego Mistrza Zheng Xie. Razu pewnego wybrał się on do buddyjskiej świątyni, a ponieważ był skromnie odziany, opat zerknął nań bez zainteresowania i przywitał zwykłym "usiądź" 坐, stosowanym wobec gości niskiego stanu, a następnie zawołał "herbaty!" 茶 do nowicjusza. Wymieniwszy jednak z gościem kilka uwag, opat zorientował się, że musi to być osoba choć trochę wykształcona, więc zaprosił go do bocznego pokoju i tym razem grzeczniej potraktował: usiądź proszę! 请坐, a nowicjusza poprosił: "podaj herbatę"敬茶. I tak rozmawiali sobie, aż w końcu opat odkrył, że skromnie ubranym gościem jest nie kto inny, a Ekscentryczny Mistrz Zheng Xie! Bezzwłocznie zaprosił go do swego prywatnego pokoju i z uszanowaniem poprosił, by ów raczył spocząć 请上坐, a następnie poprosił nowicjusza, by ten zaserwował najlepszą, aromatyczną herbatę 敬香茶. Na koniec wizyty zaczął błagać artystę, by ten zechciał coś dlań wykaligrafować na pamiątkę, a Zheng pomyślał chwilę i stworzył nietypowe kuplety. Pierwszy wers głosił: "usiądź, usiądź proszę, racz spocząć" 坐,请坐,请上坐 , a drugi "herbata, podaj herbatę, zaserwuj aromatyczną herbatę" 茶,敬茶,敬香茶. Opatowi aż w pięty poszło, spiekł raczka i giął się w ukłonach na znak przeprosin. Dostał niezłą nauczkę; przecież stół herbaciany wszystkich zrównuje, a jeśli już ktoś stoi niżej, to zawsze gospodarz, który winien traktować swych herbacianych gości z rewerencją bez względu na ich pochodzenie czy status społeczny. 
Są jeszcze inne herbaciane grzeczności: nalewanie wody do czajnika przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, częstowanie zawsze od lewej strony, a nawet ułożenie dzióbka czajnika w odpowiednią stronę - to wszystko jest skodyfikowane i oczywiste dla chińskich herbaciarzy, choć "nieherbacianym" Chińczykom dziś już umyka. Swego czasu pracując w herbaciarni miałam całą głowę wypełnioną herbacianymi obyczajami; dziś parzę herbatę właściwie tylko dla przyjaciół, więc mogę zachowywać się nieco swobodniej. Lubiłam ceremonię herbacianą zamiast zwykłego zalania liści wodą o odpowiedniej temperaturze; nie wiedząc tego jeszcze, praktykowałam wówczas zen herbaciany i uczyłam się Drogi. A Droga nie ma końca - tak jak herbata.

2026-04-14

茶祖节 Święto Herbacianego Przodka

Pamiętacie jeszcze herbacianą górę Jingmai? Właśnie dziś Blangowie tam mieszkający rozpoczynają obchody Święta Herbacianego Przodka, będącego ich najważniejszym świętem. A było to tak: 
Ponad 1800 lat temu legendarny przodek Blangów, Pa Aileng, nakazał swemu ludowi sadzenie drzew herbacianych, a przed śmiercią pozostawił przesłanie: 
Gdybym pozostawił wam konie i bydło, bałbym się, że zginą w nieszczęściu; gdybym pozostawił wam złoto i srebro, bałbym się, że je rozpuścicie; pozostawiam wam więc drzewa herbaciane, aby kolejne pokolenia mogły czerpać z nich bez końca.
Pamięć o Pa Ailengu jako Herbacianym Przodku przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Podczas składania ofiar Przodkowi Herbaty wszyscy mieszkańcy wioski, odświętnie przyodziani, wspinają się na starożytne góry herbaciane, by oddać cześć Duchowi Herbaty tam, gdzie po dziś dzień rośnie najgęstsza herbaciana dżungla. Tam to budują bambusowy ołtarz, na którym zatykają papierowe kwiaty; zowie się on Ołtarzem Ducha Herbaty i to właśnie na nim mieszkańcy wioski składają wszystkie ofiary. Po trzykrotnym uderzeniu w bębny, oficjalnie rozpoczyna się ceremonia składania ofiar Przodkowi Herbaty i przywoływania Ducha Herbaty - które też powtarzane jest trzykrotnie. Głośne modły docierają zapewne nie tylko do Ducha, ale również w każdy zakątek gór i lasów, które dla tubylców są najcenniejszym skarbem. Cała ceremonia potrafi trwać nawet cztery dni! 
Każdy herbaciany klan Blangów z Jingmai ma swoje jedno wybrane drzewo - zazwyczaj to najstarsze - Drzewo Ducha Herbaty. Do pnia przymocowany jest maleńki bambusowy koszyczek, służący do przechowywania przedmiotów ofiarnych. Zanim "herbaciani rolnicy" 茶农 zabiorą się za zbieranie liści z owego najważniejszego drzewa (a później wszystkich innych), muszą najpierw oddać cześć Przodkowi Herbaty i złożyć ofiary Duchowi Herbaty. Liście z tego drzewa musi zbierać najstarszy członek rodziny. Zanim jednak w ogóle się do tego zabierze, musi się odpowiednio przygotować: pości, kąpie się i zmienia całą odzież. Nie tylko on się przygotowuje: poprzedniego dnia wszyscy mieszkańcy danej wioski odkurzają instrumenty muzyczne (przede wszystkim bębny i gongi), robią małe białe słonie na szczęście, szykują świąteczne stroje i potrawy. Senior po dotarciu do drzewa klęka przed nim, ofiarowuje świeżo zaparzoną herbatę, a także poczęstunek, zapala świece i recytuje buddyjskie sutry. Dopiero po zakończeniu ceremonii może wejść na drzewo i zbierać liście. 
Ponoć Blangowie wierzą, że w Drzewie Ducha Herbaty jest miejsce i dla człowieka, i dla bóstwa. Dlatego trzeba zarówno dziękować Przodkowi, jak i błagać Ducha o błogosławieństwo i dobre zbiory. Mało tego: zobaczcie, jak pięknie Blangowie inkorporowali buddyzm, tak chętnie wyznawany w tych rejonach, w swe animistyczne wierzenia (Blangowie z innych rejonów równie chętnie inkorporowali chrześcijaństwo). Modlą się do Ducha Herbaty - bo herbata to ich dusza; przenika wszystkie aspekty ich życia, od narodzin do śmierci, sferę sacrum i życie codzienne, wszystko! 
Oczywiście, ceremonia to nie tylko sutry, modły i ofiary. Po oddaniu czci i modlitwach zaczynają się tańce, hulanki i swawole do wtóru bębnów i śpiewów. Jeśli chcecie z daleka poobserwować te obchody, zapraszam do obejrzenia tej audycji - niestety, napisy tylko po chińsku. Tutaj za to artykuł o Górze Jingmai w anglojęzycznym National Geographic z rewelacyjnymi zdjęciami m.in. zrobionymi właśnie w trakcie ceremonii.
Ech, szkoda, że nie mogę tam być! Może kiedyś się uda...

2026-03-27

Herbaciane zwyczaje ludu Hani

Korzystając z wiedzy naszej hanijskiej mistrzyni herbacianej, dowiedzieliśmy się wielu fascynujących rzeczy. Po pierwsze, to właśnie Hani są jedną z najstarszych grup etnicznych świata, które uprawiały herbatę i ją pijały. Nie dziwi więc, że wiele świąt hanijskich jest związanych z herbatą. Bodaj najsłynniejszym jest Ofiara Herbaciana (brzmiała jak "Fumat", ale nie bardzo się znam na hanijskich językach, więc...) obchodzona przez całą wioskę. Podczas tego święta ludność wioski modli się i składa ofiarę przed najważniejszym/najstarszym drzewem herbacianym. Często czyni się to na wiosnę; ofiara służy wtedy "obudzeniu" bóstwa mieszkającego w herbacianym drzewie i powiadomieniu go, że już wiosna, za chwilę zbiory, wypuść nam dużo liści! Główny szaman klęczy wówczas przed wybranym drzewem i recytuje modlitwy. Dopiero po zakończeniu ceremonii można zebrać pierwsze liście danego roku. 
Hani kultywujący dobre herbaciane tradycje zazwyczaj starają się zbierać tzw. dwa liście i serce (czyli z jednym całkiem nierozwiniętym pąkiem liściowym pośrodku), całość pokryta jeszcze białym puszkiem - to są najlepsze liście, z których można zrobić najwięcej rodzajów herbat wysokiej jakości. Można ją oczywiście sprzedać wielkim producentom, jednak część Hani zostawiają sobie i przyrządzają po swojemu: po przyniesieniu do domu suszą godzinę na słońcu, a w tym czasie rozpalają wielki ogień i rozgrzewają na nim do czerwoności żelazny wok. Do takiego wrzucają liście i "smażą" je w ruchu, cały czas zmniejszając ogień. Tego typu przerywanie utleniania (杀青) różni się od operacji o dobrze kontrolowanej temperaturze, która ma miejsce w fabrykach herbacianych. Hani twierdzą, że właśnie dzięki tej bardzo wysokiej temperaturze i osiągniętej w ten sposób szybkości procesu zachowują najwięcej oryginalnych składników odżywczych i smakowych. Następnie należy ręcznie ugniatać herbatę, im dłużej, tym lepiej. Potem już tylko na delikatnym ogniu dosusza się herbatę - i gotowa. Taka herbata ma piękny kolor, wspaniały, świeży zapach i jest cierpliwa w parzeniu (tzn. można ją parzyć bardzo wiele razy), a ponadto doskonale zaspokaja pragnienie. 
Mówiąc o zaspokajaniu pragnienia, również tradycyjny sposób przyrządzania herbaty jest odmienny od typowej chińskiej ceremonii. Otóż tradycyjnie się ją powoli gotuje w kamionkowym dzbanie lub garnku do otrzymania bardzo mocnego napoju (煨酽茶). Zacząć należy od rozgrzania dzbanka przy palenisku, wsypania liści, a potem czekania, aż przypiekana na sucho herbata zacznie ładnie pachnieć. Wówczas dopiero zalewa się ją wodą i gotuje nawet nie na wolnym ogniu, a obok ognia - z boku paleniska. Czas trudno określić - skoro wielkość dzbana, ilość liści i temperatura mogą się różnić. Można zagrzać i po paru minutach podać, ale można też gotować dwie godziny, jednak smakosze tak przyrządzonej herbaty twierdzą, że jest najlepsza, gdy w powolnym gotowaniu połowa wody wyparuje. Taka herbata jest ciemnożółta, aż po odrobinę fioletu, a także przeraźliwie gorzka, a w dodatku czuć ją wędzonką. Podobna jest do herbat mniejszości Wa, które słyną z goryczy. 
Nie bójcie się jednak: to herbata dla "swoich". Gości natomiast podejmuje się herbatą również przyrządzoną w kamionkowym dzbanku (土锅茶), ale zupełnie inną. Bierze się otóż wodę źródlaną i napełnia nią dzbanek, a ten stawia na płaskim kamieniu do gotowania na brzegu paleniska albo żelaznym trójnogu na środku tegoż. Kiedy się zagotuje, wrzuca się do niej starannie wyselekcjonowane liście dobrej jakości, gotuje trzy do pięciu minut i od razu podaje. Jest ona ponoć złota, aromatyczna i - choć mocniejsza od zwykłej - zdecydowanie łatwiejsza do zaakceptowania od tej poprzedniej. 
Ja jednak chyba najbardziej chciałabym spróbować ichniej herbaty bambusowej. Nie tej, którą już Wam kiedyś przedstawiałam - pu'era dojrzewającego w bambusie - a świeżej herbaty bambusowej. Otóż w trakcie prac polowych w górach Hani tradycyjnie przyrządzają sobie ten boski napój tak: ciachają bambusa tak, żeby z jednej strony nie był na przestrzał, tzn. z zachowaniem jednego węzła. Do bambusa następnie wlewają wodę i gotują nad ogniskiem, jednocześnie opalając liście herbaciane na złoto przed dorzuceniem ich do powoli gotującej się wody. Tak oto powstaje herbata zielonobambusowa 青竹茶 - chyba to jest właśnie ta, o której kiedyś opowiadała mi tajska siostrzyczka. Wprawdzie Hani nie żyją w Tajlandii, ale można tam znaleźć spokrewnioną z nimi grupę etniczną Akha, więc zaistnienie podobnego sposobu przyrządzania herbaty jest całkowicie zrozumiałe. 
Jednak nie zawsze herbatę pija się dla przyjemności czy z pragnienia. W hanijskiej kulturze herbaty używa się również w celach leczniczych. Na przykład na zmęczone oczy (które w Polsce potraktowalibyśmy może okładem z czarnej herbaty bądź rumianku) zaleca się zagotowanie dużej ilości liści herbacianych i wielokrotną parówkę nad tym mocnym naparem. Z kolei na potówki, zwłaszcza u dzieci, stosuje się kąpiele bądź przemywanie miejsc chorobowo zmienionych wodą herbacianą z dodatkiem imbiru i zielonej cebulki. Swoją drogą, może cebulkę sobie podaruję, ale samą ideę przemywania herbatą z imbirem zachowam, bo Tajfuniątko po dziś dzień miewa potówki w te co gorętsze kunmińskie miesiące... 
Oczywiście, wszystkie czynności okołoherbaciane były z dawien dawna okraszone śpiewami i/lub tańcami. Przy palenisku, gdy wykrzywiająca gębę gotowana, gorzka herbata jeszcze nie wydaje się wystaczająco mocna - wtedy jest czas zarówno na pieśni kosmogoniczne i te przywołujące historię ludu czy wioski włącznie z migracjami i wojnami, jak i na pieśni herbaciane. Te ostatnie jednak wolno było śpiewać również przy bardziej prozaicznych okazjach: czy to podczas zbierania herbaty, czy w trakcie trudnej, wymagającej dobrego rytmu pracy przy ugniataniu liści. Zresztą nawet tytuły powiedzą nam, o jakie pieśni chodzi: Pieśń sadzenia herbaty 种茶歌, Pieśń zrywania herbaty 采茶歌, Pieśń picia herbaty 饮茶歌 czy nawet Miłosna pieśń herbaciana 情茶歌 itp. 
Na deser mam dla Was stylizowany hanijski Taniec Zbierania Herbaty (哈尼族采茶舞):
   
Herbacianych pieśni możecie zaś posłuchać nawet na youtube, na przykład tutaj i tutaj.

2026-03-25

specjalności Bixi 碧溪特产

Wspominałam, że w Bixi, poza cesarską herbatą, znaleźliśmy i inne specjały regionalne. Byłam nimi solidnie zaskoczona, bo z żadnym nie spotkałam się wcześniej.
Specjał pierwszy to tzw. pnącze kurzej krwi 鸡血藤 Spatholobus suberectus z rodziny bobowatych, wykorzystywane w tradycyjnej medycynie chińskiej do poprawy krążenia krwi, regulowania miesiączki oraz w leczeniu bólu stawów, a w przemyśle kosmetycznym jako składnik chroniący skórę i wzmacniający włosy. W celach leczniczych stosuje się tradycyjnie wywary, nalewki oraz smarowidła.  
Roślina, której jeszcze nie udało mi się rozgryźć. Po chińsku zowie się bowiem po prostu 回春草 - trawą powracającej wiosny, a ta pospolita nazwa jest używana względem co najmniej sześciu różnych roślin. Wszystkie charakteryzują się tym, że w medycynie chińskiej bądź ludowej wierzy się, że przywracają starszym mężczyznom sprawność seksualną. Niestety, nie znam się aż tak dobrze na roślinach, by wiedzieć, która z nich to akurat nasza trawa powracającej wiosny.
Tu mamy kuzyna pierwszego ziółka, Spatholobus sinensis, zwane po chińsku "przetykacz żył" 血塞通, co najlepiej pokazuje oczekiwania względem efektów leczniczych.
Owoce ambrowca chińskiego, stosowane w leczeniu artretyzmu, bólu krzyża, obrzęków, skąpomoczu, zmniejszonej produkcji mleka i chorób skóry.
tu znane już nam korzenie czosnku szerokolistnego, na targach w Kunmingu niespotykane
świeżo zebrany anyż gwiaździsty, jeszcze zielony!
"wąsy" kukurydziane, z których w tym regionie parzy się "herbatę"
i oczywiście wszędobylskie cytrony

Na sam koniec trafiliśmy na najciekawszy specjał: czarny miód! 

Jest to miód z pyłku kwiatowego rośliny zwanej Leucosceptrum canum i, kiedy już się ten miód rozsmaruje na przykład na kromce chleba, to widać, że jest ciemnozielony, a nie czarny, jednak w słoiku wygląda jak atrament. 

Roślina, z której powstaje miód, jest rośliną endemiczną Yunnanu i rośnie na wysokościach 1000-2600 m.n.p.m. Kwiaty kwitną od lutego do kwietnia i jest ich na tyle mało, że w sumie niewiele tego miodu się produkuje. Ponoć zawiera unikalne aktywne składniki, takie jak stachydryna i MTH-X, wykazujące działanie przeciwzapalne i antybakteryjne. No ale przede wszystkim - miód jest szalenie aromatyczny i przepyszny.

2026-03-21

purpurowa herbata 紫娟茶

Skoro już jesteśmy przy herbacie (a jakoś ostatnio znów mam na nią trochę czasu), z okazji Międzynarodowego Dnia Kolorów przypomniałam sobie o herbacie, która niby jest zielona, ale przy okazji jest też purpurowa. Kiedyś miałam okazję jej spróbować w czasie warsztatów herbacianych, które prowadziłam dla Instytutu Konfucjusza w Krakowie. Jedna z kursantek poczęstowała mnie nią, zaparzyłyśmy ją wspólnie i zastanawiałyśmy się, co to w końcu za herbata.

Nie znałam jej wówczas; dopiero wiele lat później spotkałam się z nią po raz kolejny i przy okazji mogłam się dowiedzieć, co to za dziwo. 
W 1985 roku pracownicy Instytutu Badań nad Herbatą w Yunnanie (云南省茶叶科学研究所) na ogromnej plantacji (ponad 13 hektarów) obejmującej ponad 600 tysięcy wielkolistnych krzewów herbacianych, odkryli jedno drzewko, którego pąki listków, liście i łodyżki były purpurowe. Z pozyskanych świeżych liści wyprodukowano zieloną herbatę. Susz miał barwę purpurową, a napar też połyskiwał tym kolorem. Herbata pięknie pachniała, miała głęboki smak. Postanowiono nadać jej nazwę 紫娟茶, co dosłownie oznacza Purpurową Piękność-Pełną-Gracji Herbatę. Od tego czasu coraz więcej plantacji szuka drzewek z błędem genetycznym, który nadaje herbacie tak piękną barwę i je hołubi; obecnie znane są herbaty tego typu z Xishuangbanna, Honghe, Baosha i innych części Yunnanu.
Oczywiście zaczęto badać, skąd ta barwa. Odkryto w liściach nie tylko podejrzewaną przeze mnie cyjanidynę, często odpowiedzialną za fiolety i czerwienie w roślinach, ale również pelargonidynę (tę od truskawek), delfinidynę (tę od bakłażanów i granatów),  peonidynę (tę od peonii, ale też od fioletowych batatów), malwidynę (tę ze skórek winogron i borówek) itd. Oczywiście, barwa liści się zmienia - na początku roku jest czerwonawa, by od maja do października czarować głęboką purpurą, a w zimie stracić powab i prezentować mdły fiolet. Ale to tylko nowe pędy, ponieważ stare, ponadroczne liście wracają do barwy ciemnozielonej. Z tego też względu, nie mogąc ogołocić krzewu ze wszystkich liści, po roku zaczynamy mieć dwubarwne krzewy herbaciane. Są tak piękne, że niektórzy sadzą je nie w celach zarobkowych (choć herbaty fioletowe, jako bardzo rzadkie, są drogie), a po prostu z przyczyn estetycznych.
Smakowo była czymś między zieloną a surowym pu'erem; można ją było parzyć 5-7 razy. Na powyższych zdjęciach nie widać pięknej purpury liści, zapewne dlatego, że do Polski nie trafiają te najlepsze. Jeśli jednak będziecie kiedyś w Yunnanie i zwróci Waszą uwagę purpurowy susz, wiedzcie, że trafiliście na coś wyjątkowego: nowy rodzaj herbaty, młodszej ode mnie, zaledwie czterdziestoletniej. Warto spróbować. Ja przypomniałam sobie o niej niedawno; dostałam paczuszkę prosto z ogródka mojej przyjaciółki, która mówi, że przypadkiem się okazało, że wśród nowo zakupionych krzewów był i taki z fioletowymi liśćmi, ale mają tylko jeden, więc nie produkują tej herbaty na większą skalę, a w ogóle to oni wolą pu'ery, ale ona pamięta, że ja lubię nowości, więc może bym chciała?... Chciałam. Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że moi herbaciani przyjaciele wolą pu'ery od takich cudeniek.

2026-03-19

须立贡茶 Cesarska herbata z Xuli

W Bixi można nabyć wiele lokalnych specjalności, głównie ziół i grzybów. Mnie jednak zawsze najbardziej interesuje herbata. Udało się nam trafić do herbaciarni, w której można było spróbować niezwykłego zaiste naparu: herbaty cesarskiej (czyli trybutowej) z Xuli. Zanim jednak o niej opowiem, kilka fotek z przepięknej herbaciarni, dzielącej patio z restauracją z lokalnym jedzeniem.
Nasza mistrzyni herbaciana to Hanijka z krwi i kości, biegła w sześciu hanijskich dialektach i skora do poszerzania horyzontów - tak gości, jak i swoich własnych.
W ramach przekąsek dostaliśmy doskonale wyprażony słonecznik i trochę kandyzowanych owoców, ale na pierwszym planie są pąki kwiatów herbaty, ususzone na prostą kwiatową "herbatkę". 

Jedną z pięciu słynnych gór herbacianych Mojiangu jest Stara Herbaciana Góra Cesarskiej Herbaty Xuli 须立贡茶古茶山*. Xuli za Qingów (dokładnie w 1795 roku) została herbatą trybutową, czyli tą, którą sam cesarz wybrał, by mu ją regularnie dostarczano - oczywiście, było to tym łatwiejsze, że miasteczko Bixi znajdowało się na trasie Szlaku Końsko-Herbacianego. Rośnie na wysokości 1400-1460 m.n.p.m., na naszym yunnańskim kwaśnym czerwonoziemie (gleby laterytowe bądź ferralitowe). W okolicy poza Xuli wytwarza się też w wiosce Ogród Warzywny 菜园村 wielkolistną herbatę zieloną, ale cesarska ma bogatszy aromat i jest słodsza.
Dwa słowa o trybutowych herbatach: to był sposób wodzów lokalnych plemion zwanych tusi na pokazanie lojalności względem cesarza, a przy okazji zapłacenie podatków; z drugiej strony nazywano tak również daniny od okolicznych królów, np. króla Birmy. Niektóre były oddawane jednorazowo w wielkiej ilości, inne musiały być dostarczane regularnie, co roku. Herbata z Xuli ponoć uchodziła za tak pyszną, że co roku trafiała do cesarskiego spichlerza na specjalne polecenie cesarza. Można ją parzyć i dziesięć, piętnaście razy - aromat pozostaje intensywny, a napar wydaje się słodki. 
Ponoć po dziś dzień tworzy się ją zaczynając od modlitwy do herbacianych bóstw ludu Hani; dopiero potem zrywa się odpowiednio - zawsze jeden pęd liścia herbacianego (芽) razem z dwoma-trzema liśćmi. Następnie zatrzymanie utleniania (杀青), kształtowanie z suszeniem (揉晒), traktowanie parą wodną (蒸), zgniatanie (压) i w ten sposób uzyskiwanie ostatecznego kształtu (成型). Smakowo i jeśli chodzi o właściwości, jest czymś pośrednim między herbatą zieloną a sypkim pu'erem. 
Spędziliśmy przemiłe popołudnie, popijając herbatę i słuchając opowieści naszej gospodyni o trudnych czasach, w których dorastała - do szkoły poszła jako ośmiolatka, bo wcześniej musiała pomagać w gospodarstwie; mandaryński znała tylko dzięki temu, że jeden z jej wujków ożenił się z Hanką. W szkole nie tylko nauczyła się mandaryńskiego i pisma, ale również... innych hanijskich dialektów, bo koleżanki i koledzy byli z różnych odłamów ludu Hani. Jako pierwsza dziewczynka w rodzinie trafiła do liceum - daleko, w mieście, musiała więc mieszkać w bursie. 
Piliśmy herbatę i skubaliśmy słonecznik, ciesząc się nie tylko pięknym dniem, ale również faktem, że nasze życie jest łatwiejsze od tego sprzed kilkudziesięciu lat, w herbacianych górach Yunnanu. 

*Pozostałe to Stara Góra Herbaciana Herbaty Cesarskiej Midi 迷帝贡茶古茶山, Stara Góra Herbaciana Tongguan 通关古茶山, Stara Góra Herbaciana Baliu 坝溜古茶山 oraz Stara Góra Herbaciana Bogatej Rodziny Jingxing 景星豪门古茶山.

2026-02-16

Bóstwa Łóżka 床神

Wśród licznych bóstw domowych dość ciekawe miejsce miejsce zajmują bóstwa łóżka. Jest ich dwoje - dziad 公 i baba 婆 - 床公 (Łóżkowy Dziad) oraz 床婆 (Łóżkowa Baba); obecnie najpopularniejsi są w Zhoushan i na okolicznych wyspach, jednak w wielu innych miejscach, zwłaszcza w południowych Chinach, można znaleźć mniej lub bardziej przekonanych do idei tego, by spalić czasem trociczkę dla bóstw, które mają się opiekować jakąś jedną trzecią naszego życia... i jeszcze innymi łóżkowymi aspektami, od rodzenia dzieci przez odpoczynek i rekonwalescencję aż po kopulację. Najłatwiej poznać ich po tym, że trzymają w dłoniach jedno wachlarz z liści bananowca, a drugie kwiat lotosu. Taka mała gierka słowna: banan 蕉 jiāo i lotos 荷 hé to homofon sformułowania 交合 jiāohé, które wprawdzie teoretycznie mogłoby być niewinnym spotkaniem, ale jednak najczęściej oznacza stosunek płciowy.
Nie są jedynymi bóstwami związanymi z łóżkiem; często wspomina się też Matkę Łoża  床母, opiekującą się przede wszystkim noworodkami.
Jedna z najwcześniejszych wzmianek o Bóstwach Łóżka pojawiła się w Noworocznych Śpiewach 除夜杂咏 mingowskiego poety Yanga Xunji 杨循吉. Jest to... hmmm. Poemat etnograficzny rzekłabym: opisuje ówczesne obyczaje dotyczące wigilii chińskiego Nowego Roku (która wypada właśnie dzisiaj). Pojawia się tam dwuwiersz skoncentrowany na ofiarach dla bóstw: 
买饧迎灶帝 ,
kupujemy melasę na powitanie Boga Kuchni 
酌水祀床公 
składamy libację dla Łóżkowego Dziada. 

Skupmy się na dwóch słowach: 
  • 酌 zhuó to nalewać bądź pić alkohol; kolejne po 醮 jiào słowo związane z alkoholowymi rytuałami. 
  • 祀 sì to złożyć ofiarę, w szczególności libację, czyli ofiarę polegającą na wylaniu płynu dla jakiegoś bóstwa czy też w jakiejś intencji. 
Tu jednak warto nadmienić, że ponoć tylko baba lubiła sobie golnąć procenty, a dziad był amatorem herbaty (以酒祀床母,以茶祀床公), więc libacja mogła być niekoniecznie alkoholowa. Być może stąd wziął się również inny zwyczaj wiążący mężczyzn z herbatą a kobiety z alkoholem 男茶女酒 - jednym z tradycyjnych podarków zaręczynowych dla narzeczonej jest stągiew wina ryżowego Shaoxing, za to dziewczę w czasie zaślubin musi rodzicom pana młodego podać herbatę. No ale to tylko mała dygresja, wracajmy do naszych bóstw łóżka. 
Podajemy więc Łóżkowemu Dziadowi herbatę, a Łóżkowej Babie wódeczkę, jednak poza tym w sypialni umieszczamy również słodycze i owoce i modlimy się o spokojny sen aż po kres naszego żywota. Słodycze miały zaspokoić głód, owoce - pragnienie (ciekawe, do czego miały służyć herbata i alkohol). W nogach i głowach łóżka należało również zapalić trociczki - koniecznie właśnie trociczki, nie świeczki! 
Czas tej ceremonii mógł się różnić - niektórzy podejmowali Łóżkowe Bóstwa tuż po Bogu Kuchni, niektórzy zaś czekali z tym aż do pierwszego dnia po Święcie Latarni czyli szesnastego dnia Nowego Roku. Oprócz tych dorocznych ceremonii były również doraźne, związane z wieloma innymi ważnymi dniami: ślub, choroba, pogrzeb... Na wielu wyspach trzy dni po urodzeniu dziecięcia należało złożyć ofiarę naszym bóstwom - ceremonia ta zwała się "Myciem Łóżka" 洗床. Była ona dość specyficzna: dnia owego należało w dwóch czarkach na alkohol ugotować na parze kleisty ryż, ozdobiony czerwoną suszoną głożyną, co miało oznaczać życzenia wczesnego dorośnięcia (pamiętamy, że słówko wcześnie 早 zǎo to homofon głożyny 枣 zǎo, stąd we wszystkich życzeniach, w których chcemy, by coś się szybko zdarzyło, może wystąpić głożyna). Gdy ryż jest gotowy, stawia się go przed łóżkiem, a resztą obdziela dzieci sąsiadów. Gdy dziecko kończy miesiąc, należy natomiast zaprosić któregoś krewniaka do zapalenia Bóstwom Łóżka w ofierze trociczek, a potem zabrać niemowlę na plażę, by związać je z morzem. Po tym symbolicznym związaniu należało przenieść trociczkę do wezgłowia. Ta ceremonia nosiła poetyckie miano "[Stworzenia] łoża z morza, a z nieba błękitu sufitu" 大海为床,蓝天作帐. Ponoć dzieci tak pobłogosławione i zaopiekowane, gdy dorosły nie miały choroby morskiej. W niektórych regionach jedyną osobą uprawnioną do takich czy podobnych ceremonii była babka po mieczu. Czasem ceremonie dla zdrowia dziecka odprawiało się również przy okazji innych dużych świąt takich jak Święto Smoczych Łodzi czy w Podwójną Siódemkę (tu zwłaszcza polecało się dziecię pamięci Matki Łoża, bo właśnie wtedy miała urodziny). Co ważne, w trakcie ceremonii dziecku nie wolno było leżeć na łóżku. 
Ciekawe jest, że gdy dziecko było niespokojne, źle spało i było humorzaste za dnia, również proszono nasze bóstwa o pomoc i zatykano trociczki u wezgłowia. Pewnie kadzidełka i brak tlenu w pomieszczeniu faktycznie świetnie usypiały dzieciaki...
Również dorośli marynarze mieli swoje "łóżkowe" ceremonie. Gdy chorowali, tłukli łóżka, by wygonić czające się w łożu demony. Z kolei podczas pogrzebu udawano się na brzeg morza by spalić prześcieradło - ponoć dzięki temu bóstwa łóżka zabierały duszę do morza. 
Ciekawym jest, że w przeciwieństwie do bodaj wszystkich innych bóstw, te dwa nie miały swych wizerunków ani ustalonego miejsca w domu. Gdzie stało łóżko, tam były i one - bez specjalnych podstawek na trociczki, bez malunków, bez konieczności ubijania zwierząt... Takie łagodne bóstwa, o które bardzo się dbało, dopóki małżeństwo nie dorobiło się potomstwa, a potem modliło się do nich o zdrowie i spokój dzieciaków, ale w sumie mało ważne w codziennym życiu - a już na pewno nie zajmujące pozycji równie poczesnej, co chociażby Bóg Pieniędzy. A przecież spokojny sen jest sto razy ważniejszy od forsy - tak przynajmniej twierdzę ja, od paru tygodni wybita z normalnego rytmu snu przez opiekę nad chorym Tajfuniątkiem i cierpiąca z tej racji katusze.
Czy Chińczycy naprawdę w to wszystko wierzą? 
A czy Polacy wierzą, że jeśli złapiemy się za guzik, to ujrzenie listonosza przyniesie nam szczęście? Może niektórzy wierzą, a większość uważa to za nieszkodliwą tradycję, Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Chińczycy mawiają: 不妨信其有,不敢誣其無 - cóż zaszkodzi wierzyć, w to, że coś tam jest, kiedy nie śmiemy stwierdzić na pewno, że tego nie ma? Niechby przy łóżku kryły się bóstwa czy też anioły, które będą nad nami czuwać. I niech pomogą mi wreszcie odzyskać normalny, zdrowy sen. Zbliża się początek semestru i już NAPRAWDĘ powinnam odespać...

2025-12-28

太华茶 Herbata Taihua

Jak na prawdziwą herbaciarkę przystało, podróżuję i wyznaczam podróżnicze cele również pod kątem herbacianym. Co w trakcie podróży po Yunnanie jest tym łatwiejsze i tym przyjemniejsze, że przecież tu herbata jest WSZĘDZIE. Dlatego w Fengqingu również zaopatrzyłam się w herbatę bodaj najbardziej związaną właśnie z tym miejscem. 
Herbata Taihua pochodzi z regionu Dongshan w okręgu Fengqing w prowincji Yunnan. Jej historia sięga czasów dynastii Ming. W 1639 roku, gdy Xu Xiake przybył do Fengqingu, tubylcy podali mu herbatę Taihua, a on był pod takim wrażeniem jej smaku (albo po prostu był spragniony i zasmakowałoby mu wszystko...), że aż opisał ją w swym pamiętniku z podróży. A to czyni ją jedynym produktem herbacianym szczegółowo opisanym przez Xu Xiake! Tak, drodzy państwo. Nie jakieś longjingi czy inne tieguanyiny, a swojski Yunnan! Herbata Taihua jest zresztą wspominana w wielu publikacjach z czasów dynastii Ming i Qing. Np. Xie Zhaozhe 谢肇淛 z dynastii Ming w Chorografii Yunnanu 滇略 zachwycał się nią - stwierdził, że jej kolor i aromat nie ustępują (sławnej wówczas) herbacie Songluo. 
Jako ważny element kultury herbacianej Fengqingu, herbata Taihua jest mocno związana z lokalnymi miejscami kultu. Świątynie takie jak Dongshan 东山寺 i Longquan 龙泉寺 (ale również inne w regionie) mają tradycję uprawy własnej herbaty Taihua, którą serwują gościom. Niezwykły smak zawdzięcza unikalnemu klimatowi dorzecza Mekongu (łagodne zimy i chłodne lata) i białej gliniastej glebie, a także faktowi, że surowcem są głównie starożytne drzewa herbaciane, liczące setki lat - niektóre są tymi samymi drzewami, z których powstawała herbata dla Xu Xiake! Mało tego: mieszkańcy wioski Mazhuang, zwłaszcza Yi o nazwisku Mei chlubią się, że są potomkami pana Mei, który podjął podróżnika herbatą - no i oczywiście że zachowali tradycje herbaciane przez setki lat. Ciekawostką są nieznane w innych regionach Yunnanu praktyki religijne związane z herbatą. Mnisi w świątyni Dongshan wypracowali specjalną technikę obróbki liści herbaty na kamiennych płytach przed parzeniem jej dla gości. Z kolei w świątyni Longquan narodził się specyficzny rytuał podawania herbaty gościom, ale i herbata jako ofiara dla bóstw podawana w specjalnej ceremonii. Była więc nasza herbata nadzwyczaj ważna - nie tylko jako produkt handlowy, ale i ważny element lokalnych religii oraz część tutejszej etykiety względem gości. 
No i teraz najważniejsze: co to jest w końcu za herbata? I tutaj pojawia się problem. Najstarsze źródła porównują ją do herbaty Longjing, czyli jednej z najsłynniejszych herbat zielonych. Inne wpisują ją w rodzaj herbat puer. Jednak w sklepach dostępna jest głównie... czarna herbata Taihua. Taką właśnie udało mi się kupić:
na pierwszy rzut oka widać, że czarna
Kupić kupiłam, zaparzyć zaparzyłam, wypiłam z przyjemnością, bo w sumie smak ma niezły - delikatna słodycz yunnańskich czarnych herbat czyli 滇红 dianhongów to coś, co rozkosznie rozgrzewa zimą. Ale... szczerze mówiąc, nie polecam. To nie jest ta sama wybitna herbata, o której pisał Xu Xiake, a całkiem przeciętna czarna herbata. Znam lepsze. Znam nawet lepsze i tańsze jednocześnie. Smuteczek. Ciekawe, kiedy zapomnieli, jak należy ją robić? A może po prostu udało im się zdobyć znaczek "starej firmy" za jakąś łapówę? A może byli przekonani, że skoro i tak nikt już nie pamięta, jak było, to można robić, co się chce? Przykro mi. Ale mam nauczkę: nawet klasyków herbacianych ze starych, sprawdzonych firm, nie należy kupować jak kota w worku. Tylko targi herbaciane, tylko herbaty, którym można się przyjrzeć, można posmakować, można pooglądać w trakcie parzenia. Inaczej zdarza się wyrzucenie pieniędzy w błoto...

2025-12-15

紫芽苞 Fioletowe pąki liści herbaty

Dzika herbata fioletowopączkowa to pewien bardzo nietypowy puer o wysokiej zawartości antocyjanidyn i flawanoidów. Pochodzi oczywiście z Yunnanu, choć próbuje się ją już podrabiać w innych miejscach. Ponieważ składa się z niedojrzałych pąków liści herbacianych, jest szalenie delikatna i świeża w smaku. W przeciwieństwie do najbardziej znanych puerów, nie zbiera się jej ze starodrzewu herbacianego, a z młodych drzew i krzewów z samym nastaniem wiosny (starym drzewom zabiera więcej czasu produkcja świeżych liści). Parzy się ją w 90 stopniach - wyższa temperatura oparzy listki, które nie tylko oddadzą gorszy smak, ale również stracą część wartości odżywczych. Na potrzeby gości chętnie się ją przyrządza w szkle lub białej porcelanie, żeby lepiej było widać zmiany w pąkach. Przed parzeniem warto niuchnąć i zerknąć - zwinięte listki wyglądają trochę jak nierozkwitły pąk różany, a pachną świeżą herbatą, nie puerem. Zwróćcie też uwagę na ich kolor. 
Jak w przypadku innych puerów, warto najpierw herbatę "obudzić" krótkim przelaniem gorącą wodą, którą od razu trzeba wylać. Dopiero za drugim razem mamy do czynienia z właściwym parzeniem - może ono trwać nawet minutę. Każde następne parzenie powinno być odrobinę dłuższe. 
Jest to rodzaj herbaty, który pojawił się na rynku stosunkowo niedawno. Te z najlepszych manufaktur zachowują cztery cechy uważane już przez Lu Yu za najcenniejsze: dzikość, fioletowa barwa, nieotwarte pędy i zwinięte liście (野者上,园者次; 紫者上,绿者次;笋者上,芽者次;叶卷上,叶舒次). Fioletowa obwódka na liściach jest całkowicie naturalna, choć spotykana na bardzo niewielu rodzajach drzew herbacianych. Te akurat rosną na wysokości 1500-3600 m.n.p.m., na zboczach górskich często otulonych mgłą, co utrudnia zbieranie (i niestety znacząco wpływa na cenę, która już z racji tego, że zbieramy same pąki liści jest wysoka). Co ciekawe, barwa będzie się pogłębiać w miarę parzenia, co za chwilę będzie doskonale widać na zdjęciach. Zbiera się ją dorocznie w okolicach Początku Wiosny czyli na początku lutego - każdego roku tylko ten jeden raz, co sprawia, że jest jeszcze droższa. Następnie suszy na słońcu zamiast w wokach, dzięki czemu zachowuje naturalny aromat. 
Nie sposób o niej zapomnieć. Nie trzeba jej pić codziennie (znaczy: nie uzależnia), ale z nadejściem wiosny chętnie wyciąga się ją z herbacianych składzików. Ja jednak tym razem uczciłam koniec pory deszczowej wyjątkowo w tym roku długiej - zaparzyłam sobie fioletowe pąki w pierwszy słoneczny weekend jesieni. I faktycznie - łagodny, słoneczny jej smak przypomina wiosnę w czarce. Nie da się jej parzyć wielokrotnie, bodaj po piątym parzeniu pąki nie nadawały się już do niczego, ale dopóki można było jeszcze parzyć, gdzieś tam brzmiały echa herbat białych i zielonych, a nie tylko surowych puerów. Są też tacy, którzy twierdzą, że czują w niej słodycz dobrych herbat czarnych, ale mówiąc szczerze - mnie bardziej podchodzi pod białą.
Te pędy, tak samo jak moje ulubione białe yunnańskie herbaty, są puchate.
Zobaczcie, jak fiolet wychodzi z ukrycia w miarę parzenia.
Tutaj pokazałam pąki po kolejnych pięciu parzeniach.
To była przyjemność nie tylko smakowa, ale i wizualna.

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Herbaty!

2025-11-22

Ośnieżony szczyt 雪顶

Dziś zaczyna się Mały Śnieg, czyli dwudziesta pora roku kalendarza słonecznego. Z tej okazji mam dla Was malutki, maluteńki zaiste śnieg. 雪顶 xuědǐng - dosłownie: ośnieżony szczyt. Za Tangów pojawiał się w poezji jako synonim skroni przyprószonej siwizną. Dziś jednak znalazł inne zastosowanie: jest kluczowym elementem kawy po wiedeńsku czy też espresso con panna - czyli górką z bitej śmietany na tej kawie.
Zresztą, nie tylko na kawie - dziś "ośnieżone szczyty" pojawiają się również na tutejszych herbatach. Na załączonym obrazku ośnieżony szczyt brzoskwiniowego wulonga, absolutnie przepysznego, choć - przyznaję - podpadającego raczej pod kategorię deserów niż herbat...

2025-11-16

Góra Feniksa 凤山

Ponoć przed wiekami Złoty Feniks szukał swojego miejsca na świecie. Gdy doleciał do pięknych, zalesionych gór i czystych stumieni, zrezygnował z dalszych poszukiwań i osiadł tutaj, zmieniając się w górę, którą ludzie na jego cześć nazwali Górą Feniksa. Podobno przypomina ptaszysko z rozpostartymi skrzydłami, choć jest tak gęsto porośnięta drzewami i krzewami, że ciężko ten kształt dostrzec, zwłaszcza gdy szczyt góry zasłonią tak nisko tu wiszące chmury. Mgła i chmury ukrywające szczyt są tak charakterystyczne, że dawnymi czasy wliczano je w poczet Dziesięciu Krajobrazów Shunningu (pamiętamy, że Shunning to dawna nazwa Fengqingu) - 凤岫凝烟 "Szczyt Feniksa w mgle zastygły". Od zawsze było to ulubione miejsce lokalnej ludności - wspinali się tu, by pooddychać wilgotnymi chmurami i by zerknąć z lotu ptaka na swe miasto. Sto lat temu z hakiem nie było to jednak jedynie miejsce rekreacji, a centrum wielkiego projektu, który zmienił oblicze Fengqingu na zawsze.
W 1906 roku przybył tu trzydziestodwuletni wówczas Qilin 琦璘 (brzmi jak jedno z mitycznych stworzeń, ale inaczej się pisze) - Mandżur z Czerwonej Chorągwi Z Białym Obramowaniem 镶红旗 - by objąć etacik opiekuna miasta i regionu na następnych sześć lat (upadek cesarstwa odebrał mu nie tylko stołek, ale również życie - ale o tym za chwilę). Był znany z uczciwości, surowości, pracowitości i miłości do ludu - przez wszystkie lata swej kariery, czy na północy, czy na południu, lokalna ludność zawsze go chwaliła. Trudno się dziwić - niektóre z jego projektów do dziś przynoszą korzyści miejscowym. 
Qilin wywodził się z jednego z największych mandżurskich rodów ᡶ᠋ᠣᡳ᠌ᠮᠣ ᡥᠠᠯᠠ Foimo hala. Był na tyle sprawnym urzędnikiem, że wybierano go do projektów tyleż ciekawych, co trudnych - zanim wylądował w Shunningu, zarządzał Chengjiangiem (miasteczko koło Jeziora Pieszczenia Nieśmiertelnych), który zapewne też nie był łatwą placówką. Qilin był urzędnikiem wyjątkowym w skali Chin - surowy i nieprzekupny, a w dodatku tego samego oczekiwał od podwładnych. Oczywiście, nie wszystkim się to podobało - zwłaszcza inni urzędnicy mieli mu za złe tę uczciwość. Doskonale widać to w przekazach o jego śmierci. Otóż w stolicy prowincji wybuchł bunt (zapewne ten, przez który Chiny przestały być cesarstwem) i zaczęto zbierać żołnierzy, by ich tam wysłać w celu stłumienia rebelii. Jakiś czas wcześniej powiatowy sędzia Shunningu, Xiao Guixiang, pomógł uciec wysoko postawionemu przestępcy, co w oczach Qilina było przestępstwem. Guixiang żywił oczywiście wobec Qilina, który próbował mu szkodzić, wielką urazę, więc gdy Qilin zajął się organizacją wojsk i nie zwracał uwagi na Xiao Guixianga, ten w towarzystwie garnizonu lokalnej "policji" wkroczył do miasta i pod pretekstem spotkania w świątyni Wenchanga otoczył Qilina z jego wojskiem. Ponoć początkowo Guixiang chciał z Qilinem pójść na jakiś układ, jednak nieprzekupny i ostentacynie uczciwy Qilin zaczął go wyklinać wymyślnymi słowy. Rozwścieczeni poplecznicy Guixianga otworzyli ogień i zabili uczciwego urzędnika. W mieście wybuchł chaos, a Guixiang uciekł. 
Wróćmy jednak do zasług Qilina dla regionu. Otóż podobno to on pierwszy wpadł na to, że można tu rozwinąć przemysł herbaciany! Nie zrozumcie mnie źle: już za czasów najsłynniejszego chińskiego podróżnika Xu Xiake tutejsza herbata była znana na całe Chiny i uważana za absolutnie wspaniałą - zwała się Taihua 太华茶 i jest produkowana do dziś. Jednak dawnymi czasy nie uprawiano tu herbaty na skalę przemysłową. To zmienił właśnie Qilin - kupił nasion herbacianych za nieprawdopodobne ilości srebra, które zgromadził m.in. prosząc lokalnych bogaczy o pomoc, a także wysłał ludzi do Shuangjiangu, żeby się nauczyli metod uprawy i obróbki. Trzy lata później nastąpiły pierwsze zbiory; ponoć jakość liści była tak wyśmienita, że niedługo w każdym domostwie posadzono herbatę i cały region zaczął żyć z jej uprawy. Herbata ta nazywała się od pierwszego miejsca sadzenia Herbatą z Góry Feniksa 凤山茶 i stała się zarzewiem rozkwitu regionu. Co roku organizowano Święto Herbaty Qingming, które było wielkim spotkaniem handlowym dla kupców herbacianych i plantatorów; tradycja ta trwała aż do upadku Republiki Chińskiej. Można powiedzieć, że rozwój regionu spowodował jeden człowiek, który nie tylko wpadł na wyśmienity pomysł, do czego wykorzystać shunnińskie pagórki, ale również zainwestował własne pieniądze w to, żeby stworzyć warunki rozwoju dla herbacianego przemysłu. Do dziś herbata jest filarem gospodarki Fengqingu; pijana jest chętnie zarówno w kraju, jak i za granicą. Tutejsza ludność żyje herbatą: podejmuje się nią gości, jest ona podstawą rozmów o świecie i życiu, śpiewają o niej pieśni i rozwijają lokalną kulturę i gospodarkę myśląc właśnie o herbacie. Gdy królowa Elżbieta II przyjechała do Kunmingu, m.in. to właśnie czarna fengqińska herbata Dianhong 滇红 została jej wręczona w prezencie. Herbata stała się w Fengqingu symbolem cywilizacji i rozwoju, a wszystko za sprawą Qilina. 
Dbał zresztą o wiele innych spraw, nie tylko o herbatę i związany z nią rozwój regionu. Starał się, by dotarły do Shunningu nowości telekomunikacyjne i pocztowe, a poza tym zachęcał miejscowych również do rozwijania hodowli jedwabników, by herbata nie stanowiła jedynego źródła ich dochodu. Poza tym zainwestował w rozwój edukacji: stworzył szkoły podstawową i średnią oraz centrum kształcenia nauczycieli (studium pedagogiczne?), dzięki czemu dzieciaki zyskały zupełnie nowe perspektywy, a region mógł się rozwijać wielotorowo. 
W 1990 roku właśnie te tereny, które Qilin uznał za odpowiednie dla uprawy herbaty, zostały włączone do Parku na Górze Feniksa. Powolutku, powolutku krajobraz się trochę zmienia. Oczywiście, wielkie plantacje herbaciane, z których Fengqing nadal czerpie niemało korzyści materialnych, pozostają plantacjami, po których nikomu nie wolno się bezkarnie włóczyć, jednak zdziczałe poletka na Górze Feniksa wraz z gęstym lasem, który je przenika zostały zmienione w park. Jest tu chyba tylko jedna ścieżka w stylu chińskim - czyli schody i kamienny chodnik - za to wytrwali mogą dojść na szczyt również "na dziko". Spacer uprzyjemniają pawilony, rzeźby itd. 
Ciekawostka: Góra Feniksa należy do "Stu Gór Yunling" 云岭百峰 czyli jest częścią promowanych w ostatnich latach górskich wycieczek działających trochę na zasadzie PTTK: po wdrapaniu się na szczyty należące do Stu Gór Yunling można zeskanować apkę, żeby 打卡 czyli "zaliczyć" kolejny szczyt. Nie udało mi się dotrzeć do informacji, czy za "zaliczenie" wszystkich szczytów dostaje się jakąś odznakę, jednak z całą pewnością sama aplikacja jest bardzo pomocna w robieniu planów wycieczkowych przez osoby, które lubią chodzić po górach - możemy tu znaleźć lokalizacje kolejnych szczytów należących do tej yunnańskiej setki.
zwróćcie uwagę na palindormiczny siedmiozgłoskowiec 天连云海云连天 o połączeniu nieba z chmurami.
Miejmy nadzieję, że nie będą tej góry bardziej "cywilizować" - gdyby została taka, jaką jest teraz, byłoby chyba najpiękniej. No, może tylko przydałoby się bardziej wyeksponować stare drzewka herbaciane i opisać zupełnie nieznaną laikom tutejszą florę...