blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2022-01-29

Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę

Jeśli zobaczę jeszcze jeden... trzykropek, to się... porzygam.

Uff. Tak, ulżyło mi. I wiem, że to złośliwe, ale kurczę, piekarz nie robi stołów, szewc nie robi sera, a ktoś, kto nie umie pisać, zatrudnia naprawdę dobrego redaktora, jeśli już koniecznie musi wydać książkę.

Uff raz jeszcze.

No dobra. Formę pominę, ale co z treścią? 

Świetne zdjęcia. Gdyby tekst był równy zdjęciom, byłoby rewelacyjnie. Nie jest. Ale nawet, kiedy odczepię się od formy tekstu, pomysłu i wykonania tekstu i skupię wyłącznie na kwintesencji treści, jest tu coś, co mi szalenie przeszkadza. Otóż autor ocenia turystów, którzy siedzą w hotelowym basenie, zamiast w oceanie, ocenia tych, którzy robią sobie zdjęcia na tle zabytków, tych, którzy jedzą pizzę zamiast lokalne przysmaki i tak dalej. A przecież sam nie wchodzi w nic głębiej, żadna z jego relacji z tubylcami nie trwa dłużej. Jedyne przyjaźnie, jakie nawiązuje w trasie, nawiązuje z innymi obcokrajowcami, twarze i imiona wszystkich ludzi spotkanych po drodze zlewają się w jedno. 

Autor dochodzi do wniosku, że najważniejsza jest droga, nie cel. Że nie da się zabłądzić, jeśli się po prostu jedzie przed siebie, będąc gnanym bólem, smutkiem, a potem po prostu - tęsknotą za Drogą. Czy jednak takie podróżowanie, w którym liczą się tylko przebyte kilometry i ten Wielki Wewnętrzny Rozwój, który jest możliwy ponoć tylko w trakcie samotnej podróży, jest mniej powierzchowne niż all inclusive albo Wielki Wewnętrzny Rozwój na małej wyspie w Tajlandii z selfie na tle świątyni?

Mnie Robert Maciąg nie przekonał.

2022-01-27

demon suszy 旱魃

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej. 

旱魃 hànbá albo po prostu 魃 bá (tak, to znak, który powstał specjalnie dla demona suszy) to jedno z chińskich mitycznych stworzeń, pojawiających się nie tylko w legendach stricte chińskich, ale również w chińskich interpretacjach legend ludów niechińskich, czego przykładem może być legenda o stroju kobiet Naxi, w której taki demon się pojawił. Ba jest trudnym do określenia stworzeniem - jego wygląd się zmieniał w trakcie podróży z ust do ust, ze wsi do wsi. Zazwyczaj najbardziej podobny jest chińskim skaczącym wampirozombiakom jiangshi. Zgodnie z podaniami, kiedy się tylko pojawiał, nadchodziła wielka susza. Jest jednym z najbardziej mocarnych demonów, ustępuje tylko rumakowi chińskiej, żeńskiej Avalokiteśvary, zwanemu Hou. Ponoć miał być wysoki na 3-4 stopy, nagi, miał parę oczu na czubku głowy, a chodzi jak wiatr. Co ciekawe, istniały zarówno osobniki płci męskiej, jak i żeńskiej. Mógł mieć ciało zwykłe, ciało zwykłe, ale już trupie albo składać się ze szkieletu. W związku z tym, że w niektórych regionach wierzono, że to zombiaki powodują suszę, gdy tylko taka się przydarzyła, trzeba było iść zajrzeć do nowych grobów. Jeśli pojawiła się na nich łuna, był to znak, że należy truposza wykopać. Jeśli pojawiły się na nim białe włoski, był to pewny znak, że to właśnie ba. Po zniszczeniu trupa susza powinna ustać. Zwyczaj ten popularny był Shandongu. 

Istnieje legenda dotycząca powstania demona suszy. Otóż dawno temu, gdy Chi You miał walczyć z Żółtym Cesarzem, stworzył wiele rodzajów broni i zgromadził setki rozmaitych dusz, demonów czy innych nie do końca materialnych stworów. Żółty Cesarz miał po swojej stronie Yinglonga, więc generalnie niby się nie miał czego bać, ale gdy Chi You zyskał chwilową przewagę nad smokiem, Żółty Cesarz wziął sprawy w swoje ręce. Najpierw zrobił sprowadzający deszcz i grzmot bęben z brzucha byka, który służył za rumaka Bogu Piorunów, a potem wysłał na wojnę niebiańskie dziewczę ba. Ba nosiła zieloną szatę i mogła emanować gorącem i światłem. Ona to, wraz z yinglongiem stworzyła taką parę, że Żółty Cesarz bez problemu pokonał Chi You. Jednak zarówno yinglong, jak i ba utracili wówczas boską moc, dzięki której mogli wznosić się do nieba. Zostali więc między ludźmi. Yinglong wybrał południe. Odtąd południe obfituje w rzeki i deszcze. Ba zaś poszła na północ, dlatego na północy jest sucho. Wędruje ona sobie północą, a dokądkolwiek trafi, ludzie ją przeklinają. A jednak... w niektórych regionach Chin długo przetrwało przekonanie o jej boskiej mocy i nie zwano jej demonem suszy, a raczej boginią suszy 旱神 hànshén i składano jej ofiary. Dopiero później przekształciła się w potwora, przypuszczalnie na skutek tego, że Chińczycy powoli przestawali czcić bóstwa związane z naturą - zostawili sobie zaledwie parę. I tak już w okolicach dynastii Ming piękna dziewczyna-bogini zmieniła się w zombiaka. 

Jak tego zombiaka pokonać? Tak samo jak inne demony i potwory: siuśkami niedojrzałych chłopców 童子尿* oraz krwią czarnego psa 黑狗血. 

Tutaj poczytacie o japońskim demonie suszy.

*współcześnie (!) wierzy się, że to dziewczyński mocz jest skuteczniejszym "lekarstwem".

2022-01-26

Czczenie Kuchennego Boga

Zbliża się Rok Tygrysa. Nadszedł tzw. "Mały Rok" związany z "noworocznym zabieganiem". Dziś, dwudziestego czwartego dnia miesiąca la, błagamy Boga Kuchni o wstawiennictwo. O tym, jak należy to czynić, wierszem opowiedział m.in. Fan Chengda 范成大 z czasów dynastii Song, poeta i bloger podróżniczy podróżnik, który cudnie opisywał swe podróże..
 
Pieśń o ofierze dla Kuchennego Boga 祭灶词
 
古傅腊月二十四,
Dawni uczą, by dwudziestego czwartego miesiąca la
灶君朝天欲言事。
Kuchenny Bóg wstępuje na niebiosa, by przedstawić sprawy w czasie audiencji. 
云车风马小留连,
Ociąga się w swym niebiańskim rydwanie*
家有杯盘丰典祀。
W domowych czarkach i na talerzach przygotowana jest obfita libacja.
猪头烂热双鱼鲜,
Gorąca i miękka głowizna wieprzowa i świeże dwie ryby,
豆沙甘松粉饵团。
Słodkości: słodka pasta z czerwonej fasoli, pierzga sosnowa** i ciasteczka
男儿酌献女儿避,
Synowie wznoszą toasty do bóstwa, a córki uciekają
酹酒烧钱灶君喜。
Ku uciesze Kuchennego Boga zraszają winem ziemię i palą pieniądze.
婢子斗争君莫闻,
Bóg nie widzi kłótni służących,
猫犬角秽君莫嗔;
Nie drażni go brudna walka kotów z psami;
送君醉饱登天门,
Wysyłamy boga nażartego i pijanego do wrót niebios
杓长杓短勿复云,
Ani długa, ani krótka chochla niczego już nie zmienią,
乞取利市归来分。
Będzie błagać o pieniądze, by podzielić je, gdy wróci.
 
*云车风马 - dosłownie: rydwan z chmur, koń z wiatru
**w zasadzie napisany jest sam "pyłek sosnowy", ale po dokładnym sprawdzeniu stwierdziłam, że jednak nie sam pyłek, a pierzga albo obnóże.

Pamiętajcie jednak, że 男不拜月,女不祭灶 - mężczyźni nie czczą księżyca (czyli ceremonie ofiarne podczas Święta Środka Jesieni czy Święta Latarni zostawiamy kobietom), a kobiety nie składają ofiary Bogu Kuchni. Jeśli więc chcecie, by bóg kuchni syty i opity poleciał do nieba, pozwólcie mężczyznom na złożenie bogatej alkoholowej ofiary.
Ciekawostka: w tym roku do nadejścia chińskiego Nowego Roku został nam już niecały tydzień: miesiąc la jest tym razem tzw. "małym miesiącem" czyli ma tylko 29 dni. Dlatego wbrew tradycji wigilia chińskiego Nowego Roku nie będzie się odbywać 大年三十 czyli 30 dnia miesiąca la, a dzień wcześniej. Trzeba się pospieszyć z noworocznym sprzątaniem!

2022-01-24

siedmiogwiezdna peleryna 七星披肩

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.  

Tym razem nie miałam okazji oglądać z bliska przepięknych strojów naxijskich kobiet, jednak natrafiłam na piękną legendę, która o nich opowiada - a konkretnie o tym, jak to się stało, że kobiety Naxi mają na grzbietach siedem gwiazd. 

Dawno, dawno temu dzisiejszy Lijiang był pięknym jeziorem otoczonym górami i lasami, a także rozległymi pastwiskami. Ludzie żyli u stóp gór, na brzegu jeziora i pracowali w trudzie i znoju - łowili ryby, uprawiali ziemię, hodowali bydło i polowali, by żyć. Jednak razu pewnego zdarzyło się nieszczęście: zjawił się demon suszy i wypuścił na niebo osiem dodatkowych ognistych słońc, by wypaliła ziemię na nic. Z dziewięcioma słońcami nie było łatwo - gdy jedno zachodziło, wschodziło drugie, jak wielka słoneczna karuzela. Nie było już nocy, zawsze był dzień, a w dodatku tych osiem ognistych słońc posyłało na ziemię promienie tak gorące, że nawet kamienie dymiły. Ludzie chowali się po domach i pocili niemiłosiernie, ale nie to było najgorsze. Najgorsze, że już niedługo powysychały wszystkie zboża, drzewa i krzewy wraz z najbardziej niegdyś wartkimi górskimi strumieniami. Już i z jeziora została ledwie błotnista kałuża; niedługo umrą z pragnienia zarówno ludzie, jak i zwierzęta. 

Wtedy Ingu, wioskowa piękność, postanowiła ruszyć het, do morza i błagać Smoczego Króla o pomoc w poskromieniu demona suszy. A że była Ingu nie tylko piękna, ale również dobrze zbudowana, odważna i robotna, we wszystkich mieszkańców wstąpiła nadzieja. Przed wyruszeniem w podróż Ingu złapała, ile tylko mogła, umierające z pragnienia ptactwo wodne i z piór nieszczęsnych ptaków uszyła sobie piękną, kolorową pelerynę, która miała chronić ją przed słońcami. Zarzuciła ją na ramiona i ruszyła w drogę. Przeszła dziewięćdziesiąt dziewięć gór, siedemdziesiąt siedem dolin, przekroczyła trzydzieści trzy rzeki i w końcu stanęła na brzegu morza. Jak jednak znaleźć Króla Smoków? Brodząc w płytkiej wodzie zaśpiewała Ingu rzewną pieśń o tym, jak to przybył demon suszy i stał się przyczyną nieszczęścia nie tylko wszystkich ludzi, ale i całej natury. Chodziła tak Ingu brzegiem morza i śpiewała pieśń, a była ona tak piękna, że nawet fale przestały gniewnie rozbijać się o brzeg i słuchały głosu Ingu. Po jakimś czasie przy boku dziewczyny zjawił się młodzieniec przystojny jak bóg; był to trzeci syn Smoczego Króla, który właśnie dziś wypłynął był z Kryształowego Pałacu pofiglować w morzu. Usłyszawszy jednak piękną pieśń, postanowił sprawdzić, kto tak śpiewa. Zarówno głos, jak i piękno Ingu urzekły go tak, że zapragnął jej pomóc; prawdę rzekłszy nie tylko pomóc, ale również mieć ją na zawsze dla siebie. Podarował jej magiczny pierścień, dzięki któremu mogła oddychać pod wodą i powiódł dziewczę do pałacu na dnie mórz. Smoczego Króla bardzo ucieszyło, że trzeci syn pragnie się ustatkować i w dodatku że znalazł sobie tak piękną dziewczynę. Już-już chciał urządzić wesele, jednak Ingu padła mu do nóg... a może raczej do nóg tronu i znów błagała o pomoc: Smoczy Królu, uratuj mój lud i dopiero wtedy będzie czas na wesele. Smoczy Król od dawna chciał wyrównać rachunki z zaprzysięgłym wrogiem, demonem suszy. Podarował więc trzeciemu synowi Nefrytowy Konkokt Tysiąca Mil i wysłał go, by ten zgładził demona i pomógł ludziom. 

Ingu objęła trzeciego syna za szyję, zamknęła oczy... Świst! I gdy je otworzyła, stała już w rodzinnej wiosce. A trzeci syn nie próżnował: przywołał churzyska i sprowadził deszcz, który nie tyle padał, ile wylewał się jak z chochli na spękaną ziemię. Umierający z pragnienia ludzie wychodzili z domów i pieśnią i tańcem dziękowali smoczemu synowi za łaskawość. Demon suszy prawie spłonął z gniewu; zaraz też wymyślił sposób na pozbycie się trzeciego syna. Niby wyzwał go na pojedynek i wyciągnął ku niemu ogniste łapska, by go pochwycić. Smoczy książę wypluł falę wielkiej wody, celując w przeciwnika, a przerażony demon suszy zwiał ile sił w nogach. Książę pognał za nim, nie wiedząc, że to podstęp i wpadł do głębokiej jamy przygotowanej przez demona. Daremnie próbował się wydostać, wyjścia pilnowały bowiem przywołane przez demona słoń i lew. Ingu, zobaczywszy jak trzeci książę spada do dziury, zebrała się w sobie i, narzuciwszy pelerynę z piór, rzuciła się do walki z demonem. Walczyli dziewięć dni i dziewięć nocy, aż w końcu Ingu, spragniona i wysuszona na wiór, padła na ziemię bez ducha, by już nigdy nie powstać. 

Z dala beznadziejną walkę obserwował dobry wojowniczy duch Sanduo. Zlitował się nad ludźmi i wysłał Śnieżnego Smoka, by ten pokonał demona suszy. A Śnieżny Smok poszybował po niebie i jedno za drugim połknął osiem ognistych słońc. Gdy wychłódły w jego brzuchu, wypluł je z powrotem na ziemię, wszystkie z wyjątkiem jednego, które po wychłodzeniu zostawił na niebie jako księżyc. Gdy już dał radę słońcom, schwytał demona suszy i tak go ścisnął, że nędznik już nigdy nie dał rady wrócić. Dokonawszy tych mężnych czynów, Śnieżny Smok postanowił zostać już między ludźmi i pilnować, by demon suszy nigdy już nie wyściubił nosa ze smoczych splotów i odtąd trzyma smok pieczę nad Lijiangiem i okolicą jako pasmo Gór Nefrytowego Smoka*. 

Wtedy to właśnie do uszu biednego trzeciego syna Smoczego Króla dotarła wieść o śmierci i upadku ukochanej Ingu. Mocą rozpaczy wychynął z jamy i pokonał swych strażników, Słonia i Lwa, którzy także zmienili się w góry**. Dziura, z której wyskoczył, stała się wówczas zdrojem czystym i jasnym. Jego wody to właśnie lijiański Staw Czarnego Smoka. Tak oto trzeci smoczy książę już na zawsze pozostał przy ukochanej Ingu. 

A dobry Sanduo wziął siedem słońc, wyplutych przez Śnieżnego Smoka, zmienił je w okrągłe gwiazdy i inkrustował nimi wzorzystą pelerynę z piór, którą pozostawiła po sobie Ingu. Odtąd kobiety Naxi na pamiątkę dzielnej Ingu, która ocaliła Lijiang i wszystkich tutejszych ludzi, noszą peleryny ozdobione siedmioma gwiazdami. 

Ciekawostką jest, że choć Naxi nazywają to ubranie siedmiogwiezdną peleryną, to Chińczycy Han wybrali dla tego stroju inną nazwę, związaną mocniej z chińską kulturą. O tym jednak kiedy indziej.

*O Górach Nefrytowego Smoka istnieje w okolicy Lijiangu wiele legend, jedną już zresztą kiedyś przytaczałam

**O lijiańskiej Górze Słoniowej już kiedyś pisałam.

Tutaj znajdziecie ciekawostki o rękawach kimona.

2022-01-22

Wąwóz Skaczącego Tygrysa III 虎跳峡

Po wypoczynku u Tiny nie chciało nam się dłużej siedzieć na kawie. Niestety, wszechobecny pył i hałas uczyniły to miejsce mało sympatycznym. Zostawiliśmy więc tylko bagaże i ruszyliśmy do rzeki. Ta część trasy jest bardzo ucywilizowana - drabiny, łańcuchy, kosze na śmieci, sklepiki z wodą. Można nawet wynająć lektykę, jeśli się komuś nie chce męczyć nóżek. Umarłabym chyba ze strachu, gdyby mnie ktoś znosił w lektyce... Niestety, bilet wstępu nie obejmuje już tych wszystkich atrakcji, a to oznacza, że przy każdym straganie zostaniemy naciągnięci na kolejnych kilkanaście yuanów. Dopiero później dowiedziałam się, dlaczego. Otóż tę ścieżkę utrzymują w jakim-takim stanie okoliczni wieśniacy. To oni tu sprzątają po hordach turystów, dbają o to, żeby dróżka była przechodnia i tak dalej. Robią to na własny koszt. Za to właśnie trzeba zapłacić. 

Wspomniałam o hordach turystów. Tak, te autokary wypchane po brzegi turystami podjeżdżają właśnie tutaj i tutaj robią szybką wycieczkę do tygrysiego głazu. Dlatego tutaj już często napotykaliśmy ludzi, ku mojemu wielkiemu żalowi.

Ten odcinek to tzw. środkowy skok tygrysa i tutaj właśnie kończy się typowy treking. Jeśli jednak ktoś ma wyjątkowo dużo czasu i samozaparcia, może iść dalej, w stronę dolnego skoku tygrysa, Orzechowej Doliny i na przykład po to, by zrobić treking zboczem gór Haba. My jednak wsiadłyśmy już w autokar i ruszyłyśmy w stronę Lijiangu, do którego dotarłyśmy akurat na kolację.
I to już koniec mojej lijiańskiej przygody. Odpoczęłam od ZB i Tajfuniątka, pooddychałam innym powietrzem, troszkę więcej kumam, jeśli chodzi o kulturę i historię Naxi, a podczas samego trekingu uśmiech niemal nie schodził mi z twarzy. Trochę gorzej wypadła wycieczka pod względem hmmm międzyludzkim, no ale - po pierwsze, nie można mieć wszystkiego, a po drugie - po raz kolejny dowiodło to faktu, że najlepiej poznaje się drugiego człowieka właśnie w trakcie podróży. I choć utrata złudzeń bywa bolesna, to jednak warto wiedzieć, jak jest naprawdę.

2022-01-20

Wąwóz Skaczącego Tygrysa II 虎跳峡

Drugiego dnia można spokojnie zrobić do końca trasę do punktu, z którego możemy zostać odebrani przez autokar, czyli do Tina's Guesthouse (Tina's 客栈). Jednak dawniej autokary przyjedżały całe popołudnie, a teraz jedyny odjeżdża koło 15.30, więc jeśli tylko chcemy przejść z Halfway do Tiny, to oczywiście z palcem w nosie. Jeśli jednak po drodze chcecie robić zdjęcia, dużo zdjęć, rano w spokoju napić się kawy, a po zjawieniu się u Tiny jeszcze zejść do samej rzeki i słynnej skały, trzeba się będzie bardzo spieszyć. Dlatego rozbiłyśmy sobie tę trasę na dwie części - do Tiny, a dopiero następnego ranka do rzeki. Trasa między Halfway a Tiną jest łatwiutka i zazwyczaj prowadzi lekko w dół, więc ciężko doprawdy się zmęczyć. Słyszałam o hardkorowcach, którzy ten kawałek przebiegają. Jest tu jednak kilka miejsc dość niebezpiecznych - żleby wypełnione żwirem, po którym łatwo się ześlizgnąć kilkadziesiąt metrów w dół, przejścia koło wodospadów, tak mokre i śliske, że trzeba bardzo uważać. Chińczycy sieją defetyzm; koleżanka próbowała mnie zmusić szantażem emocjonalnym do kupna kijków trekingowych, jednak zapewniam z ręką na sercu, że nie są one potrzebne. Po drodze jest kilka zaledwie miejsc, w których warto się podeprzeć, a są na tyle wygodne, że można to zrobić ręką. Niestety, przy pensjonacie Tiny spotkało nas spore rozczarowanie: tuż obok trwa remont drogi i mostu. Wszystko było pokryte pyłem, łącznie z nami samymi. Pierwszy raz w życiu cieszyłam się, że od dwóch lat każdy nosi przy sobie maseczki. I znów - dawna lokalizacja, która była jednym z ważnych punktów widokowych na trasie, zmienia się w coś całkowicie nieatrakcyjnego z punktu widzenia turysty. 

To był piękny dzień - słoneczny, ale nie przesadnie gorący, technicznie łatwy, a my wydłużyłyśmy sobie poranek i dopiero po lunchu wyruszyłyśmy w drogę. W Halfway warto zostać chwilę dłużej - taras widokowy jest jednym z najprzyjemniejszych miejsc, w jakich kiedykolwiek byłam, obsługa przemiła, jedzenie świetne, łóżka wygodne. Och, usiąść sobie z czytnikiem i kawą na końcu świata, z przyjemnym spacerem w perspektywie, w słońcu, z widokiem na pięciotysięczniki po drugiej stronie wąwozu!