blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2012-05-31

成人用品 przybory dla doroslych

Kiedy pierwszy raz zobaczylam ten napis, oczywiscie nie wiedzialam, o co kaman, i weszlam, jako, ze jestem niewatpliwie osoba dorosla. Weszlam i wyszlam, mocno zarumieniona, bo to po prostu szopa seksu. Potem nieraz widywalam tez nazwy typu 夫妻用品 czyli przybory dla malzenstw i tak dalej. Ale ten chinglishowy napis:
mnie naprawde rozbroil. I ta reklama oleju na "wczesne przeciekanie" 早泄...

2012-05-27

...i gesiego sobie...

wisialy. W calych Chinach, z centrum Szanghaju wlacznie (nie wierzycie? O, prosze:
), mozna na ulicy spotkac wywieszone do schniecia mieso. Do konca swiata mnie to nie przestanie bawic ;)

2012-05-26

Zimowy deszcz 冬雨

O Qi Qinie i mojej doń miłości przeogromnej już kiedyś pisałam. Dziś kolejna romantyczna do bólu piosenka.

為什麼 大地變得如此蒼白
Dlaczego Ziemia tak zbledła?
為什麼 天空變得如此憂鬱
Dlaczego niebo tak sposępniało?
難道是冬雨 即將來臨 即將來臨
Czyżby zimowe deszcze już nadchodziły?
為什麼 你的眼變得如此陌生
Dlaczego Twoje oczy stały się tak obce?
為什麼 你的唇顯得如此冷漠
Dlaczego Twoje usta wydają się tak obojętne?
難道是愛情 早已不在 早已不在
Czyżby miłość już dawno odeszła?
不要 再編織美麗的哀愁
Nie chcę już tkać pięknych smutków
不要 再尋找牽強的借口
Nie chcę już szukać nieprawdopodobnych usprawiedliwień
因為你的眼 哦因為你的眼
Ponieważ Twoje oczy
O, ponieważ Twoje oczy
早已說明 早已說明
Już dawno to wyjaśniły
Już dawno to wyjaśniły...

2012-05-25

Orlica pospolita 蕨菜

Coś Wam świta? Tak, to paproć. Zwykła, pospolita, nie tylko w Chinach, ale i w Polsce. Podobno jest trująca - u bydła powoduje krwiomocz, u koni poraża układ nerwowy. A przecież jest (po odpowiedniej obróbce) jadalna i bardzo smaczna. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że spożywać można tylko młodziutkie, przypominające w wyglądzie zaciśniętą pięść (stąd druga nazwa 拳頭菜) pędy. Jada się je w niemal całej Azji Południowo-Wschodniej, w Chinach i Japonii. W Japonii głównie w formie sałatki - wypłukane liście podaje się z olejem sezamowym i ziarnami sezamu. Odkąd jednak pojawiły się doniesienia, że jedzenie orlicy w postaci surowej może powodować raka żołądka, nawet Japończycy najpierw paprotki blanszują.
W tradycyjnej medycynie podaje się ją na przykład w celu zbicia temperatury, przy zatruciach pokarmowych czy egzemie - zawarte w liściach orlicy składniki mają działanie antybakteryjne i przeciwzapalne. Dodatkowo poszerza naczynia krwionośne, więc i sercowcy mogą ją z pożytkiem spożywać.
W moim regionie najpopularniejsze są dwa sposoby przygotowania: orlica smażona oraz w formie sałatki.

Orlica smażona:
1) wypłukaną do czysta i zblanszowaną orlicę wsadzamy do zimnej wody na mniej więcej godzinę - dzięki temu pozbędziemy się goryczki w smaku.
2) Kroimy na paski wygodne do uchwycenia pałeczkami.
3) Marchewkę kroimy w paski, mięso mielimy, namaczamy malusieńkie krewetki (tak zwany "morski ryż" 海米), siekamy drobno dymkę, czosnek i imbir.
4) Rozgrzewamy wok, dodajemy oleju, smażymy cebulę, czosnek i imbir aż zapachną.
5) Dodajemy mięso, smażymy 2 minuty na dużym ogniu.
6) Dodajemy marchewkę, odsączony morski ryż, smażymy w ruchu dwie minuty, dodajemy odsączoną orlicę.
7) Smażymy bądź dusimy do stanu niesurowego, można dodać soli, pieprzu, chilli, czy co tam kto lubi.

Sałatka z orlicy:
1) Orlicę myjemy i kroimy na wygodne do jedzenia pałeczkami kawałki.
2) Wsadzamy do wrzątku na minutę.
3) Spłukujemy zimną wodą.
4) Drobno siekamy czosnek, dodajemy maź paprykową, sos sojowy, cukier, ocet, sól, olej sezamowy, dymkę do przybrania. Rozcieramy na sos. Można dodać trochę wrzątku.
5) Mieszamy orlicę z sosem.

Wersja na zdjęciu to wersja smażona, ale z racji pustej lodówki uboższa: bez krewetek i mięsa, za to z dużą ilością cebulki i papryki.
PS. Lodyzki rzepaku tez mozna tak usmazyc :)

2012-05-24

turkawka wschodnia 山斑鳩

Jednym z pozytywow mieszkania w Yunnanie jest to, ze mozna sprobowac takiego zarcia, jakie w wielu innych miejscach nie wystepuje. Jednak wczoraj zostalam potraktowana czyms, co przy najlepszych checiach i wiczym apetycie pozostalo dla mnie tylko lokalna ciekawostka.
Zamowiony zostal wymieniony wyzej ptaszek. Spodziewalam sie czegos w rodzaju pieczonego/smazonego kurczaka, tylko mniejszego. Na stol wjechal polmisek z kupa smazonego mielonego miesa i upieczona glowka z dziobkiem (zeby mozna bylo zidentyfikowac ofiare). Niezrazona zabralam sie za paleczki, ale cos mi zgrzytalo miedzy zebami - i okazalo sie, ze miesko zmielono wraz z koscmi...
Nie polecam. A jesli juz sprobujecie, to zastrzezcie sobie pieczenie na ruszcie...

2012-05-22

豆豉 Sfermentowane słone fasolki douchi

Ostatnio jadłam coś przepysznego. Słone jak cholera, a jednocześnie pikantne i aromatyczne fasolki, które sprawiały, że biały ryż smakował jak król potraw. Pytam ZB, co to jest. On mówi, że doushi. Dou to rozumiem, 豆 to nazwa zbiorcza wszystkich fasolek świata, ale jakie shi? On, swoim zwyczajem, naśmiewa się, że jestem analfabetką 文盲, a potem posłusznie wklepuje nazwę w telefonie, żeby mi ją wysłać smsem. Czekam, czekam, czekam... ZB spiekł raczka i mówi, że, cholera, nie umie wklepać tego głupiego shi, ze nie wie, gdzie ten znak się podział. Obśmiałam go, że sam jest analfabetą, poguglalam i... faktycznie, znaczka shi nie ma. Nic dziwnego, bo ta nazwa to nie standardowy chiński, tylko kunmiński dialekt. W reszcie Chin wymawia się nazwę tej potrawy douchi 豆豉 i wcale się z nią nie spotkałam po raz pierwszy.
Znak chi 豉 powstał specjalnie na "sfermentowane solone fasolki", które są w Chinach traktowane jako jedna z podstawowych przypraw. Nazw mają te fasolki z milion, bo od zarania dziejów robiono je we wszystkich regionach Chin. Od zarania dziejów, czyli od kiedy? W drugim wieku przed naszą erą pojawiły się w "Zapiskach historyka", czyli musiały być znane wcześniej. Mogą być zrobione z soi, jak i z fasolki mungo. Mogą być mocno pikantne albo tylko słone. Jest ich masa - a my w Europie zazwyczaj spotykamy się tylko z wersją zciamkaną na pastę - Black bean sauce to wlaśnie ten produkt, o ileż mniej smaczny od fasolki zrobionej w domu!

Składniki:
  • soja, 
  • maź paprykowa
  • sól, 
  • starty bądź posiekany drobno imbir, 
  • chilli w płatkach/proszku, 
  • pieprz syczuański, 
  • odrobina wódki
Wykonanie:
  1. Soję namoczyć przez noc.
  2. Ugotować.
  3. Nie wylewać wody po gotowaniu! Dodać do niej soli i wstawić do lodówki.
  4. Soję postawić w ciepłym miejscu na mniej więcej 3-4 dni, żeby fasolki sfermentowały. Objawi się to tym, ze pojawi się na nich lepka ciecz.
  5. Dodać sól, maź paprykową, chilli, pieprz syczuański, imbir i wymieszać.
  6. Zalać wodą po gotowaniu, dodać kapkę wódki.
  7. W zamkniętym słoiku/pudełku/czymkolwieku wsadzić do lodówki.
  8. Po około dziesięciu dniach nadaje się do spożycia.

2012-05-20

musze pocwiczyc!

Sroda. Zwykla Belka ma wolne i ja mam wolne, ale ja bardziej, bo ja nie musze nic, a ZB musi pocwiczyc. Marudzi tak od rana, ze musi pograc na saksofonie - znam ten bol, ja dawnymi czasy, kiedy to jeszcze uczeszczalam do szkoly muzycznej, tez marudzilam i tez uprawialam galopujaca prokrastynacje.
Rano marudzil, ale gdy go poganialam, to mowil, ze sie nie wyspal i ze po poludniu. Po obiedzie marudzil, ale gdy go poganialam, mowil, ze z pelnym brzuchem sie zle gra i ze pozniej. Po poludniu, po probach ogarniecia chaosu w mieszkaniu, wlaczylam sobie moj ulubiony ostatnimi czasy chinski serial: 老马家的幸福往事 Przeszle szczescia rodziny Starego Ma. To ZB mi go polecil, sam ogladal ze dwa razy, zna prawie na pamiec - ja sie nie dziwie, jest fajnie nakrecony, a i aktorzy niedrewniani; dobrze tez pokazuje rozne smaczki zycia w Chinach. Tak wiec wlaczam ktorys tam z kolei odcinek, a ZB przysiada przy mnie i zaczyna komentowac.
Ja: Slonce moich oczu i Gwiazdo mojego nosa, miales pocwiczyc, tak?
ZB: no tak, tak, juz ide.
Ja: mowisz, ze juz idziesz od osmiu godzin. Wiesz, ze musisz pograc?
ZB: No musze... Ale tylko poogladam do konca ten odcinek, dobrze?
Ja: Ale ten odcinek sie dopiero zaczal!
ZB: Tym lepiej!

2012-05-19

Smaczelina 山竺

Nagle znikły mi pryszcze, przestało mnie boleć gardło i już myślałam, że to jakiś cud, gdy zdałam sobie sprawę, że po prostu zaczął się sezon na smaczeliny. Na żółtople. Żółciecze. Garcynie. No, mangostany!!!
Mangostan to według mnie jeden z najsmaczniejszych owoców świata. Jaka szkoda, że, jako roślina tropikalna, nie występuje w Polsce... Mimo grubaśnej skóry,
która teoretycznie powinna ułatwiać transport i przechowywanie, po zerwaniu jest świeży i przyjemny w smaku zaledwie kilka dni. Jak bardzo przyjemny w smaku? Możecie sobie wyobrazić połączenie moreli, mandarynki, ananasa i limonki, delikatne jak rosa o poranku? No właśnie... Z racji tego bogatego i nienudnego smaku nazywany jest "cesarzową owoców tropikalnych" (cesarzem jest oczywiście durian).
I choć poważni lekarze zachodni twierdzą, że leczniczy wpływ mangostanu na organizm nie został potwierdzony, w tradycji chińskiej od dawna wiadomo, że ze względu na zawartość naturalnych fenoli ma on właściwości bakteriobójcze, antyzapalne, jest dobry na cerę (właśnie dlatego z tłuszczu wytłaczanego z nasion produkuje się mydło) i usprawnia działanie przewodu pokarmowego. Dodatkowo smak jest tak orzeźwiający, że mogłabym się nim zażerać bez przerwy. Fenol jest jednak powodem, dla którego nie powinno się przesadzać - ponoć tym, którzy przedobrzą z szamaniem smaczeliny grozi kwasica.
W moim regionie Chin nazywa się go Górskim Zhu 山竺 albo Górskim Bambusem 山竹, ale można go też znaleźć pod bardziej poetycką nazwą "owocu feniksa" 鳳果 i wieloma innymi.
Niestety, w sprzedaży rzadko można znaleźć liście mangostanu, z których zaparzyć można przepyszną herbatę. Pozostają więc owoce, które Zwykła Belka z poświęceniem godnym lepszej sprawy cierpliwie obiera ze skóry...
Po obraniu cząstki smaczeliny wyglądają jak obrany czosnek. Nie dajcie się zwieść!

2012-05-12

Jaskinie A-lu 阿廬古洞

Powiadają, że dawno, dawno temu, w miejscu, w którym teraz znajduje się miasteczko Luxi 瀘西, pomieszkiwali przodkowie dzisiejszego plemienia Yi 彝 – Hanowie zwali ich „kruczoczarnymi barbarzyńcami ze Wschodu”. W tych siegających nieba, prastarych lasach i groteskowych, przerażających jaskiniach to ci barbarzyńcy wiedli prym. Do ciężkiej pracy budzili się o pieniu koguta, a z zachodem słońca spoczywali; sierp i ogień pomagały im wydrzeć naturze kawałek ziemi, w sieci łapali ryby, a zimą, gdy śnieg zakrywał góry śnieżnobiałym płaszczem, mężczyźni okrywali się zwierzęcymi skórami i ruszali na polowanie. Rytm ich pracowitego życia zakłócały tylko boje z innymi szczepami.
Dnia owego, gdy w walce stracili już wielu wojowników, wódz nakazał, by wycofali się powoli w stronę gór, gdzie żony ich tymczasem przygotowywały miejsce odpoczynku; wierzyli, że dnia następnego uda im się pokonać wrogów. Nieszczęsna żona wodza, och, niech jej imię przeklęte będzie po wsze czasy, szła właśnie wylać brudną wodę, gdy ujrzała zbliżających się wrogów. W popłochu wracając do wojowników nieostrożnie kapnęła brudną wodą na magiczny miecz wodza – i wtedy było już wiadomo, że nic nie uratuje dzielnych wojowników. Walcząc zaczęli uciekać w stronę morza. Wówczas przebiegły wódz wysłał osiemnaście dziewcząt, o najpiękniejszych głosach i wiotkich kibiciach, by tańcem i śpiewem odwróciły uwagę wrogich wojsk, podczas gdy dziewięciu bohaterow zbudować miało tratwy umożliwiające ucieczkę. A musiało tratw być 36, by cały lud mógł ujść z życiem. Z pierwszym pieniem koguta jednak bylo tratw wciąż za mało. I wtedy stał się cud: ziemia zadrżała – i dziewięciu bohaterów ludu „kruczoczarnych barbarzyńców” zmieniło się w góry, a osiemnaście dziewcząt w jaskinie, w których schowało się morze. Jaka szkoda, że lud ów nie zdołał ujść pogoni!... Wszyscy, łącznie z wodzem, zostali wybici co do nogi przez okrutnych wrogów. Ale góry i jaskinie - pozostały.
Ach, ale cóż to? Co to za dzwięk rozbrzmiewa echem w jaskiniach? To płacz A-Lu, syna wodza. Cicho, cicho, bo nas znajdą – błaga matka, szukając w jaskiniach kryjówki. Dziecię jakby zrozumiało, bo przestało kwilić i zapadło w kamienny sen. Wiedziała jednak kobieta, że prędzej czy później wrogowie znajdą ich właśnie, ostatnich z rodu, dlatego postanowiła odwrócić ich uwagę ujawniając się i uciekając w inną stronę. Przy wyjściu z jaskini usłyszała jednak cichy płacz. O, to A-Feng, piękna dziewuszka, teraz juz sierotka. Może lepiej byłoby, gdybyś i ty ucichła na wieki? Jednak żona wodza wniosła drugie dziecko do jaskini i ułożyła obok syna, sama zaś, płacząc, wyszła, by próbować uchronić dzieci przed śmiercią. I takoż, ujrzawszy piękną wdowę, wrogowie zaczęli ją gonić, bowiem przywódca ich rzekł, że pierwszy, który ją dopadnie, posiąść ją mógł będzie. A ona uciekała, uciekała, coraz dalej od kryjówki dzieci, a gdy już sił jej zbrakło, krzyknęła w stronę niebios – idę do ciebie, mężu mój i panie, niechaj niebiosa wybaczą mi opuszczenie dzieci, wiem jednak, że to dla nich jedyny ratunek! – i rzuciła się w przepaść. Gdy zaś podbiegli w to miejsce żołnierze, z kotliny wyskoczyła wielka, czarna jak smoła tygrysica, która, przepędziwszy wrogów, udała się prosto do jaskini tonącej w płaczu szkrabów.
Karmieni tygrysim mlekiem rośli oboje zdrowo i wyrośli na dzielne i sprawne dzieciaki. Och, czas w szczęściu i beztrosce mija tak szybko! A-Lu i A-Feng dorośli. Z A-Lu chłop jak dąb, o tygrysim spojrzeniu, junak bez bojaźni. A-Feng zaś smukła, a płeć jej ma barwę dojrzałej brzoskwini. Nie trzeba było długo czekać, aż zaczęli ze sobą żyć jako mąż i żona. Żyli długo i szczęśliwie, a dzieci zrodzone z tego związku były zalążkiem nowego szczepu A-Lu, którego totemem stała się czarna tygrysica. 
W centrum Luxi stoi więc posąg czarnej tygrysicy.
Starożytne jaskinie A-Lu zyskały sobie miano najwspanialszych yunnańskich cudów natury. Piękno jaskiń, podziemnych rzek (najdłuższa, rzeka Nefrytowe Pedy Bambusa 玉笋, ma prawie kilometr długości i jest cudownie czysta) i olśniewających lasów na zewnatrz sprawiło, że ponad trzykilometrowa trasa spacerowa jest jednym z yunnańskich „must-see”. Już za czasów dynastii Ming sławny podróżnik i geograf Xu Xiake 徐霞客
odwiedził te jaskinie i opisywał ich piękno. Ponoć nawet taka sława jak Zhuge Liang tu dotarł. Zwiedziłam je i ja, oczarowana różnorodnością zjawisk krasowych i wyobraźnią Chińczyków nadających stalaktytom i stalagmitom mocno poetyckie imiona.
Nasza przewodniczka, rodowita Yijka,
chętnie dzieliła się wiedzą. Opowiadała o tym, z jakim zaskoczeniem pierwszy raz ujrzała naturalne stalaktyty uformowane jak penis czy kobieca pierś (jaskinia, w której się te dwa cuda znajdują, zwana jest Jaskinią Boskich Darów). Razem z nami śpiewała też pieśni ludowe, gdy płynęliśmy łódką po ogromnym podziemnym jeziorze. Ach, jakaż rewelacyjna tam była akustyka! Niestety, przezroczystych rybek, pływających w tutejszych wodach, nie zobaczyłam. Może dlatego, że są przezroczyste... Skąd one się wzięły w naszej rzece?
Dawno, dawno temu, w Luxi żył sobie Nieśmiertelny mianem Tang. Gdy życie ziemskie mu zbrzydło, skrył się w naszych jaskiniach by medytować, a w końcu osiagnąć wyzwolenie. Jego żona nie chciała jednak, żeby chłop umarł z głodu, więc codziennie przynosiła mu żarcie, próbując jednocześnie wyperswadować porzucenie rodziny. Razu pewnego na obiad dostał ryby. Po spożyciu mięska wyrzucił wnętrzności i ości do rzeki, a one, zamiast spokojnie opaść na dno, ożyły! I, machajac radośnie płetwami, odpłynęły...
Pozwoliła mi się też przewodniczka wspiąć, by dotknąć Boskiego Pędzla
i popozować za barierką chroniącą Nefrytową-Kolumnę-Która-Wspiera-Niebo – stalagnat cudnej urody.
Są tam też „gęsie tuby”, czyli takie niby stalagnaty, tylko puste w środku. W ogóle, można by pisać o tych cudownościach do nocy – ale lepiej po prostu tam pojechać. A będąc w Luxi można przy okazji wymoczyć stare kości w gorących źródłach Wuzhe 吾者, połazić po górach, połowić ryby w jeziorze Aibang 矣邦, czy nacieszyć oczy wodospadem Dailu 歹鲁...
A jeśli ktoś ma więcej czasu, to mógłby może pouczestniczyć w ludowych uroczystościach. Zarówno Yi, jak i Hani, którzy tu żyją, są ciekawym materiałem badawczym. Fajnym terminem na odwiedzenie Luxi jest na przykład końcówka czerwca, gdy odbywa się w całym Honghe święto Kuzhazha 苦扎扎 – co w jezyku Hani oznacza „święto, które ma nam zapewnić dobre plony tudzież zdrowie ludzi i trzody” (też nie mam pojęcia, jakim cudem się to mieści w jednej trzysylabowej zbitce). Tradycyjne obchody tego święta to przede wszystkim obżeranie się zabitym ku czci duchów wołem. Młodzi romansują, huśtają się na niebotycznych huśtawkach, tańczą, śpiewają i się siłują. Dziś już rzadko spotykane jest palenie łuczyw i wyprowadzanie o zmroku złych duchów poza wioskę. A szkoda, chętnie bym sobie wyprowadziła jakiegoś złego ducha...
Choc Honghe jest już położone w klimacie subtropikalnym i temperatura jest raczej przyjemna, pamiętajcie, żeby się sensownie odziać na czas łażenia po jaskiniach. Jest w nich mocno zimno, ja musiałam pożyczyć koszulę od mojego towarzysza, bo jak głupia weszłam do jaskini w krótkim rękawku. Cud, że się nie zaziębiłam...

PS. Legend o powstaniu jaskiń jest miliard pięćset sto dziewięćset, ja sobie wybrałam tę, która mi najbardziej przypadła do gustu.

2012-05-08

潮汕升园砂锅粥 kleik ryżowy z Chaoshan

Kunmińskie żarcie jest pyszne. Naprawdę. Ale od czasu do czasu, gdy misieny 米線 i chilli w każdej postaci wychodzą ci już uszami, warto się przejść po knajpach z kuchnią innych regionów. Szczególnie popularna (z kuchni obcych) jest kuchnia kantońska – bo i też właśnie kantońskie żarcie rozsławiło kuchnię chińską. A perełką wśród restauracji kantońskich są restauracje chaoshańskie (潮汕), z powodu których chętnie bym się w ogóle w tamte rejony przeniosła. A przecież, poza kuchnią, region Chaoshan ma jeszcze całkiem sporo do zaoferowania!
Chaoshan to region Kantonu, położony nad samym morzem, czyli całkiem na wschodzie, z czterema najważniejszymi miastami: Chaozhou 潮州, Shantou 汕頭, Jieyang 揭陽i Shanwei 汕尾 (od nazw pierwszych dwóch miast wywodzi się nazwa całego regionu). Jest tam ciepło, parzą herbate kung-fu (moją ukochaną herbatę czarnosmocza – ulung), mówią w dziwnym języku (teochew), który jest ponoć jedną z najbardziej archaicznych odmian chińskiego (i ma 8 tonów!), mają własne, nietypowe instrumenty muzyczne, ciekawą muzykę, a nawet własny rodzaj opery. Cudowne miejsce, bo tempo życia niespieszne, pauzowane drzemkami czy popijaniem herbatki. Nic dziwnego, że Kantończycy masowo tam wyjeżdżają na wakacje czy weekendy...
Ale wróćmy do żarcia (na moim blogu prędzej czy później zawsze się wraca do żarcia). Jest to, oczywiście, ze względu na położenie geograficzne, kuchnia kantońska. Czyli:
  • dużo owoców morza,
  • preferowany smak oryginalny zamiast stuskładnikowych sosów,
  • raczej szybkie smażenie tudzież gotowanie na parze, a nie zatłuszczanie na śmierć,
  • jadanie wszystkiego, co się rusza,
  • raczej ryż, a nie kluchy.
Jednak ten konkretny region Kantonu czerpie również z kuchni fujiańskiej, znanej z miłości do zup, potrawek, gulaszów i innych potraw jednogarnkowych, przy jednoczesnym umiłowaniu, tak samo jak w kuchni kantońskiej, owoców morza i delikatnych smaków. Mało tego, znaczna część przypraw czy dań jest zaczerpnięta wprost z kuchni fujiańskiej (albo też, czego nie wiemy, z kuchni chaoshańskiej przeszły one do fujiańskiej): omlet ostrygowy, tak ukochany przez moją Mamę, peklowane larwy czy sos shacha (sos z oleju sojowego, czosnku, szalotki, chilli, nagłodu – fałszywej flądry – i suszonych krewetek). Kuchnia chaoshańska nie jest wszakże prostym połączeniem tych dwóch typów, tylko zupełnie nową jakością, w której:
  • Uwielbiają pengować 烹 owoce morza. Co to znaczy: peng? Bierzemy sobie owoc morza, na przykład krewetkę. Najpierw bez dodatków smażymy ją w głębokim tłuszczu, a potem dodajemy przyprawy czy sosy i smażymy-w-ruchu, po czym wykładamy na półmisek. Dzięki temu zabiegowi cieszymy się oryginalnym smakiem owoców morza, zachowanym przez usmażenie bez dodatków.
  • W ogóle, bez owoców morza ciężko u nich przygotować jakikolwiek sensowny posiłek. Na dziesięć dań bowiem około siedmiu zawierać będzie frutti di mare.
  • Przed i po, a zazwyczaj w trakcie posiłku też, podają herbatę kung-fu.
  • Wolą zupy od oleju – czyli raczej gotowanie niż smażenie. Mało tego! Podczas wypaśnych dziesięcio-dwunastodaniowych kolacji, trzy do czterech dań to będą delikatne zupy bądź mocno wodniste dania, których sos można potraktować jak zupę.
  • Poważają lekkość – czyli potrawy mają być delikatne i wyraźny ma być oryginalny smak, bez „zanieczyszczania” go hektolitrami oleju, sosów, przypraw.
  • Przywiązują wagę do tego, żeby było to żarcie zdrowe.
  • Oczywiście jakość produktów musi być jak najwyższa. Na przykład dawnymi czasy w celu otrzymania pysznej foie gras tuczyli gęsi kleistym ryżem (który był cholernie drogi, jako, że w tamtych regionach nieuprawiany).
  • Są uważni przy dobieraniu smaków. Obok smaku słonego musi się pojawić słodki, obok mięsa – warzywa, zwykłe potrawy przeplatają się z zupami. Nie najpierw zupa, potem drugie. Nie najpierw kotlety, potem zupa, tylko po przystawkach kolejne dania i wstawiane w środek zupy (oczywiście, z przyczyn ekonomicznych, często jest to jedna lekka zupa, którą się „przepłukuje usta” między daniami, przygotowując podniebienie na nowe rozkosze).
  • Bardzo często mięso występuje jako przyprawa, nie jako główny składnik – na przykład robimy bakłażana rybnego – płatki świeżej ryby nadają bakłażanowi smak i zapach, ale po ugotowaniu ciężko je znaleźć bez mikroskopu.
  • Sosy i dipy są też dość szczególne. Tutejsi kucharze stosują nie tylko typowe mieszanki octowo-sososojowe, ale też pasty ze śliwek czy sosy rybne, które zresztą są właśnie w tym regionie produkowane.
Biorąc to wszystko pod uwagę, nic dziwnego, że już za czasów dynastii Tang pojawiały się poematy sławiące chaoshańską kuchnię...
Dziś jednak dużo potraw nie jest przygotowywanych według tradycyjnych receptur. Raz, że to czasochłonne, dwa, że receptury poszły się... no, zaginęły w trakcie Rewolucji Kulturalnej. Czasem na bardziej chaoshańskie potrawy można trafić w Singapurze czy w Tajlandii (bo tam najwięcej Chaoshańczyków wyemigrowało) niż w samych Chinach.
W Kunmingu jest chaoshańskich knajp sporo, ja jednak ukochałam sobie jedną. Wszystkie owoce morza są tam pyszne, ale jedno danie jest po prostu obowiązkowe. Jest to kleik ryżowy z krabami (to moja ukochana opcja) lub krewetkami, gotowany w glinianym garnku 砂鍋. Gliniany garnek ów jest nieco podobny do garnka rzymskiego, z tym, że może być naturalnie glazurowany. Poza tym, Chińczycy w większości nie posiadają w domach piekarników, w związku z czym garnek ów jest stosowany głównie do gotowania zup, mięs w gęstych sosach i właśnie kleików ryżowych. Jak to gliniane garnki mają we zwyczaju, dobrze trzyma temperaturę, przepuszcza powietrze, nasiąka wodą i ją oddaje w trakcie gotowania, w zwiazku z czym potrawy rzadko się przypalają. Dodatkową zaletą jest fakt, że nie trzeba dodawać dużej ilości tłuszczu. No a smak i aromat są wprost cudowne. Kleik taki jest pyszny sam z siebie, ale tradycyjnie obok czekają dodatki: kiszonki, prażone fistaszki, świeża zielenina (np. kolendra czy zielona cebulka), którymi można przekąszać albo domieszać je do kleiku.
Powiem tak: nigdy nie byłam jakimś fanatycznym fanem kleików, ale ten podbił moje serce i mój żołądek.
Pamiętajcie: kleik ryżowy z Chaoshan z owocami morza, gotowany w glinianym garnku. Bezwzględna konieczność, żeby zrozumieć, że kleik to niekoniecznie danie dla chorego. Że może być po prostu najprzepyszniejszą opcją w karcie.

2012-05-03

autobusy 公交車

Jezdze autobusami. Raz, ze tanio: 1 yuan (ok. 50 groszy) za podroz dokadkolwiek w obrebie miasta, chyba, ze trafimy na autobus z klimatyzacja, to cena wzrasta do niebotycznej kwoty 2 yuanow. Dwa, ze autobusy rzadziej niz taksowki stoja w korkach. Trzy, ze jeszcze mi zycie mile, wiec nie zamierzam po Kunmingu jezdzic rowerem...
Stoje na przystanku, podchodzi osiemdziesiecioletnia staruszka i nawiazuje pogawedke:
S(taruszka): przepraszam, czy stad odjezdza autobus nr 22?
J(a): tak, ale zazwyczaj trzeba nan dlugo czekac.
S: Och, jak dobrze mowisz po chinsku! Czy studiujesz tutaj?
J(a co bede utrudniac): tak.
S: Ile lat juz tu mieszkasz?
J: Trzy.
S: A w Jezusa wierzysz?
J(zaskoczona rozwojem sytuacji postanawiam zaprzeczyc, ciekawa, co z tego wyniknie): Nie.
S: Ale jak to?! To niby kto to wszystko stworzyl? Kto sie nami opiekuje? Kto sprawia, ze zyjemy i umieramy?
J(z usmiechem na ustach): A to jest wielka tajemnica i niestety trudno na to pytanie odpowiedziec.
S: Alez dziecko, ilez ty masz lat?
J(zaokraglilam troszke): 30.
S: Niemozliwe! A Biblie czytalas?
J: czytalam.
S: I nadal nie wiesz, kto to wszystko stworzyl? Twoje zycie nie ma sensu!...
W tym momencie przyjechal moj autobus i wybawil mnie od klopotliwej konwersacji. Wsiadam, ubrana, jak przystalo na mocno upalny dzien, w krotka sukienke na ramiaczkach. Gdy tylko wsiadlam, panie z tylnych siedzen zaczely komentowac, nie wiedzac, ze rozumiem kazde slowo.
P(ani) 1: Pani patrzy, jak sie toto ubiera!
P(ani) 2: Wlasciwie trudno powiedziec, ze sie ubiera, raczej rozbiera!
P1: z ust mi to pani wyjela! Od razu widac, ze to dziwka.
P2: no wlasnie, jak mozna wychodzic na zewnatrz w neglizu (sukienka krotka, ale po pierwsze nie az tak, a po drugie pod sukienka getry, ktorych wszakze nie widac, bo sukienka... no wlasnie, nie jest az tak krotka, skoro zaslania getry w calosci).
P1: a, pewnie zarabiac idzie.
Wtraca sie S(tarszy) P(an).
SP: ale przeciez dzisiaj jest tak goraco, nic dziwnego, ze sie lekko ubrala, poza tym jej stroj wcale nie uraga przyzwoitosci (myslalam, ze mu sie rzuce na szyje).
P1: cicho, co ty tam wiesz...
Niestety, reszty nie uslyszalam, bo wlasnie wysiadalam...