Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hani 哈尼族. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hani 哈尼族. Pokaż wszystkie posty

2026-06-21

Święto Słońca 太阳节

Święto Słońca to tradycyjne ludowe święto związane - cóż za zaskoczenie! - z kultem słońca, obchodzone przez mniejszości etniczne takie jak Hani i Yi, oraz w niektórych regionach Chin przez większość etniczną Han. Najpopularniejsze jest jednak w znanym nam już powiecie Mojiang zamieszkałym przez lud Hani. Tradycyjnie Święto Słońca ludu Hani odbywało się dziś: w dniu Przesilenia Letniego 夏至 (21-22 czerwca) - data jest nieobca i Polakom, którzy w podobnym terminie obchodzili Kupalnockę. Hani pod przewodnictwem mopi - ni to kapłana, ni to szamana - w samo południe przeprowadzali ceremonię zdobycia świętego ognia na Ołtarzu Ognia w Parku Zwrotnikowym. W trakcie święta składane były również ofiary dla słońca i ceremonie z modlitwami o szczęście i zdrowie. Park ten jest punktem obserwacyjnym zjawiska "znikającego cienia od pionowego słupa" podczas przesilenia letniego. Z czasem jednak lokalne święto słońca połączono ze świętem bliźniąt, tworząc Międzynarodowy Festiwal Bliźniąt i Święto Słońca Hani, który jednak ku mojemu ogromnemu zdumieniu przesunięto z Przesilenia Letniego na... majówkę. W 2024 roku przyciągnął on ponad trzysta tysięcy turystów z Chin i z zagranicy. W obecnej formie obchody odbywają się od 2005 roku. Przesunięcie obchodów dziwi mnie przede wszystkim dlatego, że podczas majówki cień nie zanika, ponieważ słońce nie dociera jeszcze do zwrotnika w samo południe. Gdzie sens, gdzie logika? Ale ponoć te majowe obchody są tylko takie turystyczne, a prawdziwe są przez Hani organizowane jak dawniej. Bez względu na datę, w trakcie rozmaitych hanijskich świąt można się załapać na tzw. Ucztę Długiej Ulicy 长街宴, smarowanie twarzy na czarno 抹黑脸, hanijski rytuał przejścia w dorosłość, a także zwykłe przy wszystkich imprezach pokazy ludowych pieśni i tańców. Ciekawostką regionalną jest konkurs na najlepsze kawy i herbaty uprawiane w regionie.
Niestety, dziś nie uda mi się odwiedzić Mojiangu. Może w przyszłym roku będą bardziej sprzyjające warunki? Chętnie poświętowałabym przy długim stole...

2026-05-11

云南多依 docynia yunnańska

云南多依 czyli Docynia delavayi - docynia odkryta przez naszego ulubionego misjonarza-botanika Jean Marie Delavay'a. Jest to drzewo należące do rodziny różowatych, tej samej, do której należą też śliwy, jabłonie czy... poziomki. Jej owoce z wyglądu i właściwości najbardziej przypominają pigwowca - jest twarda i kwaśna - dlatego też często do nazwy dodaje się przymiotnik kwaśna: 酸多依. Inna jej nazwa jest zresztą ściśle związana z yunnańską nazwą pigwowca czyli drzewna gua "木瓜" - mówi się na docynię "mały pigwowiec" 小木瓜. Jeszcze jedną często używaną nazwą jest 栘𣐿 yíyī, przy czym warto zauważyć, że jest ona stosowana do wszystkich docynii, a nie tylko yunnańskiej. Ta nasza najczęsciej występuje w Yunnanie, Syczuanie i Guizhou; rośnie często w lasach mieszanych, na wysokości 1000-3000 m.n.p.m. Choć chętnie wyrasta przy strumieniach i w zacienionych dolinach, jest również wyjątkowo wytrzymała na suszę i kiepską, jałową glebę. Najstarsze okazy mają po 400 lat! Oczywiście tak starym drzewom niektóre grupy etniczne przypisują właściwości magiczne, np. Naxi i Bai traktują docynię jak "boskie drzewa" 神树 i bardzo się o nie troszczą. Ostatnimi laty, ze względu na ich wielką urodę podczas jesiennego wybarwiania liści, często wykorzystuje się je jako drzewa ozdobne w yunnańskich parkach. 
W Yunnanie docynia od wieków jest używana w celach medycznych - owoc leczy biegunkę, poprawia trawienie i odrobacza. Kora ma właściwości przeciwzapalne i wywar był stosowany do przemywania ran i robienia okładów. Poza tym jednak zawsze robiono z niej marmoladki (wysoka zawartość pektyn), a także nastawiano ocet i używano jako bazy do napojów - woda przyprawiona plastrem docynii świetnie gasi pragnienie w upalny dzień. Można ją też dodawać do zup, żeby je zakwasić - popularnym daniem kuchni Dai, Wa i Hani jest na przykład rosół z wolnowybiegowych kurczaków lub bażantów z dodatkiem docynii bądź pigwowca. Dopiero jednak w Mojiangu spotkałam się z docynią jadaną na surowo. Nawet dojrzała docynia o żółtej skórce jest mocno kwaśna i twardawa - jak to jeść? Pani z naszego ulubionego mojiańskiego sklepu z owocami przyrządziła więc dla nas pikantną sałatkę z docynii i amli, robioną podobnie do tajskich sałatek z zielonej papai, zielonego mango czy pomelo, tylko zawierającą mniej składników - wystarczyło pokrojone owoce wymieszać z pikantną pastą z wędzonego chilli i poczekać, żeby się przegryzło. Oczywiście w restauracjach znajdziecie raczej tłuczoną wersję prosto z ogromnego moździerza, tak częstą w kuchniach grup etnicznych Dai, Lahu czy Wa: owoce tłucze się ze świeżym chilli, solą, a często również ze świeżymi ziołami i fistaszkami. Jednak łatwo sobie wyobrazić młodzież idącą na cały dzień w góry, by zbierać herbaciane liście - nie nieśli z sobą wielkich moździerzy, a co najwyżej woreczek z solą i kilka chilli w kieszeni, by po prostu umoczyć owoc w soli i zagryźć papryką dla przełamania kwaśnego smaku. Po dziś dzień to tak zresztą wygląda. Och, jakże orzeźwiające są takie owoce!

2026-04-29

Park Zwrotnikowy 北回归线标志园

Jedną z najważniejszych cech charakterystycznych Mojiangu jest to, że przebiega przezeń Zwrotnik Raka. Może właśnie dlatego mieszkający tu Hani czczą Słońce? W końcu każde letnie przesilenie to data, gdy tyczka nie rzuca cienia (立竿无影)! Położenie to zaczęło być bardziej oficjalnie celebrowane od 1993 roku, kiedy to władze podjęły decyzję o zbudowaniu Parku Zwrotnikowego. Skupia się on nie tylko na pokazaniu, którędy przebiega zwrotnik (wzdłuż całego parku biegnie świetnie oznaczona linia 23°26′), ale również porównaniu roślinności typowej dla tropików i subtropików, nawiązaniu do astronomii (na terenie parku znajduje się planetarium) i wpleceniu w to wszystko charakterystycznych elementów lokalnej kultury hanijskiej. Przestrzeń zagospodarowano w taki sposób, by możliwe było obchodzenie tu różnych świąt - stąd wiele mojiańskich i hanijskich imprez pod gołym niebem odbywa się właśnie tutaj. Jedną z nich jest chociażby celebrowane w letnie przesilenie Święto Słońca/ Święto Ognia, odbywające się na położonym na samym szczycie Placu Ofiarowania Ognia 祭火广场, gdy wszystkie Hanijskie rodziny odpalają ogień od ogniska rozpalonego mocą słońca, ale oprócz tego mają tu miejsce warsztaty uczące niematerialnego dziedzictwa Hani związanego ze strojami, muzyką i zwyczajami, a także imprezy edukacyjne, przede wszystkim astronomiczne. Park jest też ważnym miejscem obchodów Święta Bliźniąt, które odbywa się w Mojiangu w każdą majówkę.
Właśnie pomiędzy paszczami trzech smoków umieszcza się soczewkę, dzięki której słońce zapala ognisko.
Z parku rozposciera się piękny zaiste widok na cały Mojiang
Oczywiście do planetarium też wstąpiliśmy; trochę są dziadowaci, bo kazali nam płacić za jednorazowe ochraniacze na obuwie, choć wejście do parku i do planetarium jest płatne - i to sporo, bo 40 yuanów od osoby!
Brutalistyczna estetyka dominująca w tym parku mocno kojarzyła mi się z parkami odwiedzanymi przeze mnie na Śląsku za dzieciaka. Swojskie rzeźby otoczone tropikalnymi roślinami - całkiem niecodzienne wrażenie. Powiem tak - oczywiście cieszę się, że tam zajrzałam; sporo się dowiedziałam, bo cały park jest wręcz upstrzony rozmaitymi informacjami dotyczącymi regionu i tutejszej ludności, jednak absolutnie nie czuję potrzeby powrotu do tego miejsca. Za drugim razem wolałabym przejść się po okolicznych pagórkach herbacianych.

2026-04-27

Studnie Bliźniąt 双胞胎井

Jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Mojiangu jest park, w którym znadują się Studnie Bliźniąt, "dwuoczna" studnia, która ponoć jest odpowiedzialna za niecodziennie wysoką liczbę bliźniąt w regionie. Liczba urodzonych tu bliźniąt jest ponad czterokrotnie większa niż średnia globalna! Konkretny wskaźnik urodzeń bliźniąt w Mojiangu wynosi 8,7 na 1000 urodzeń, podczas gdy światowa średnia to około 2 na 1000. Dawniej pielgrzymowały tu głównie bezdzietne Yunnanki; od początku XXI wieku władze regionu starają się jednak, by cały świat dowiedział się o tym miejscu i cudownej wodzie. Stąd nie tylko otoczenie rzeczonej studni parkiem tematycznym, nie tylko nazwanie Mojiangu "domem bliźniąt" 双胞之家,ale również organizowanie dorocznego Międzynarodowego Święta Bliźniąt 际双胞胎节 w święta majowe. Nie wybieram się, bo nienawidzę tłumów i cen rosnących nagle i to kilkukrotnie, już nie mówiąc o tym, że po prostu mamy już inne plany - jednak z tego, co widziałam w internetach, ludziska naprawdę się wówczas świetnie bawią:
   
Wróćmy jednak do naszych studni. Są położone w wiosce Hexi 河西村, która obecnie została już wchłonięta przez miasto powiatowe Lianzhu, stanowiące serce Mojiangu. Wioska jako taka już nie istnieje; studnie otacza Międzynarodowy Ogród Bliźniaczej Kultury 国际双胞文化园 - cokolwiek autor tej nazwy miał na myśli. Co najciekawsze, choć z dawien dawna rodziło się tu jakby więcej bliźniąt niż gdziekolwiek indziej, dopiero po szczegółowych badaniach w 2002 roku studnie zostały nazwane Studniami Bliźniąt. Od tego czasu woda jest regularnie badana. Cóż. Jest lekko zasadowa (PH 7,8), słodka i łagodna w smaku, jednak nie wykryto żadnych niespodziewanych składników, które mogłyby się przyczyniać do rodzenia bliźniąt. Naukowcy podejrzewają raczej kwestie genetyczne, dietetyczne i geograficzne, które połączone dają tak niezwykłe efekty. Jednak, jak to często bywa, naukowcy swoje, a ludzie swoje - dlatego turyści gromadnie przybywają do studni i piją choćby dwa łyki, mając nadzieję, że rozwiążą wszystkie swoje problemy z rozmnażaniem. Zapewne dają wiarę pięknej legendzie. 
Dawno, dawno temu piękne Hanijskie dziewczę zakochało się w Bóstwie Wody. Bóstwo, przyjrzawszy się dziewczęciu, stwierdziło najwyraźniej, że się nada, w związku z czym wkrótce dziewczę już było brzemienne. Niestety, piękność wpadła w oko złemu szamanowi, który przyuważywszy ciążę wpadł w szał zazdrości! Oskarżył dziewczynę o noszenie w łonie diabelskich dzieci i chciał ją zabić. Ta nie była w ciemię bita i uszła przed pogonią - wędrowała długo lasami i górami, aż trafiła do lasku niedaleko wsi Hexi. Tam, wyczerpana ucieczką i zrozpaczona, powiła parę bliźniąt i, wykończona, zmarła. Bliźnięta zaś, zapewne z pomocą ojca - bóstwa wody, przemieniły się w dwa tryskające tuż obok siebie źródełka czystej, chłodnej wody. Miejscowa ludność, widząc ten cud i smakując słodką, świeżą wodę, zrozumiała całą prawdę. By uczcić jej pamięć i podziękować za dar życia, otoczono źródła opieką i wybudowano dla nich dwie kamienne studnie, które nazwano Studniami Bliźniąt. 
Ponoć ci, którym marzą się bliźnięta, powinni napić się po łyku wody z obu studni. Przy studniach faktycznie znajdują się bambusowe chochelki, którymi można zaczerpnąć wody. Woda ta jest darmowa (choć za wejście do parku trzeba zapłacić); płacić trzeba tylko za butelkowaną - bo i taka jest dostępna. Dodatkowo można sobie pomóc na kilka innych magicznych sposobów: w pobliżu studni powiesić życzenia na czerwonych wstążkach czy wrzucić pieniążek do "stawu życzeń", który na wzór europejskich fontann może zaczarować rzeczywistość. A teraz uwaga: Chińczycy zdołali zepsuć nawet tę miłą bliźniaczą tradycję ostentacyjnym patriarchalnym zadęciem: otóż jedna ze studni to tzw. męska studnia 阳井, a druga żeńska 阴井. Zgadnijcie, do której jest kolejka...
W całym Mojiangu roi się od rozmaitych "bliźniaczych" ozdób.
Nie spróbowałam. Nie żebym się bała bliźniąt. Po prostu obrzydzenie mnie brało, gdy widziałam, co ludzie robią tuż przy tych studniach i jak traktują te chochelki. Nie zdołałabym ani przytknąć ust do tych chochelek, ani nabrać do ust tej wody. Bue. 
Sam park - maleńki, średnio ciekawy. Wielka wystawa zdjęć z przeszłych obchodów Świąt Bliźniąt, kilka posągów, bliźniacze rośliny, dwie alejki. Warto jednak przyjść i zobaczyć, jak Chinki piją wodę z tej studni. Jak udają, że to dla śmiechu, dla zabawy, ale jednocześnie na dnie oka kryją smutek i nadzieję. I co z tego, że nie udowodniono magicznych właściwości wody? Nadzieja jest ważniejsza od całej nauki świata.

2026-03-27

Herbaciane zwyczaje ludu Hani

Korzystając z wiedzy naszej hanijskiej mistrzyni herbacianej, dowiedzieliśmy się wielu fascynujących rzeczy. Po pierwsze, to właśnie Hani są jedną z najstarszych grup etnicznych świata, które uprawiały herbatę i ją pijały. Nie dziwi więc, że wiele świąt hanijskich jest związanych z herbatą. Bodaj najsłynniejszym jest Ofiara Herbaciana (brzmiała jak "Fumat", ale nie bardzo się znam na hanijskich językach, więc...) obchodzona przez całą wioskę. Podczas tego święta ludność wioski modli się i składa ofiarę przed najważniejszym/najstarszym drzewem herbacianym. Często czyni się to na wiosnę; ofiara służy wtedy "obudzeniu" bóstwa mieszkającego w herbacianym drzewie i powiadomieniu go, że już wiosna, za chwilę zbiory, wypuść nam dużo liści! Główny szaman klęczy wówczas przed wybranym drzewem i recytuje modlitwy. Dopiero po zakończeniu ceremonii można zebrać pierwsze liście danego roku. 
Hani kultywujący dobre herbaciane tradycje zazwyczaj starają się zbierać tzw. dwa liście i serce (czyli z jednym całkiem nierozwiniętym pąkiem liściowym pośrodku), całość pokryta jeszcze białym puszkiem - to są najlepsze liście, z których można zrobić najwięcej rodzajów herbat wysokiej jakości. Można ją oczywiście sprzedać wielkim producentom, jednak część Hani zostawiają sobie i przyrządzają po swojemu: po przyniesieniu do domu suszą godzinę na słońcu, a w tym czasie rozpalają wielki ogień i rozgrzewają na nim do czerwoności żelazny wok. Do takiego wrzucają liście i "smażą" je w ruchu, cały czas zmniejszając ogień. Tego typu przerywanie utleniania (杀青) różni się od operacji o dobrze kontrolowanej temperaturze, która ma miejsce w fabrykach herbacianych. Hani twierdzą, że właśnie dzięki tej bardzo wysokiej temperaturze i osiągniętej w ten sposób szybkości procesu zachowują najwięcej oryginalnych składników odżywczych i smakowych. Następnie należy ręcznie ugniatać herbatę, im dłużej, tym lepiej. Potem już tylko na delikatnym ogniu dosusza się herbatę - i gotowa. Taka herbata ma piękny kolor, wspaniały, świeży zapach i jest cierpliwa w parzeniu (tzn. można ją parzyć bardzo wiele razy), a ponadto doskonale zaspokaja pragnienie. 
Mówiąc o zaspokajaniu pragnienia, również tradycyjny sposób przyrządzania herbaty jest odmienny od typowej chińskiej ceremonii. Otóż tradycyjnie się ją powoli gotuje w kamionkowym dzbanie lub garnku do otrzymania bardzo mocnego napoju (煨酽茶). Zacząć należy od rozgrzania dzbanka przy palenisku, wsypania liści, a potem czekania, aż przypiekana na sucho herbata zacznie ładnie pachnieć. Wówczas dopiero zalewa się ją wodą i gotuje nawet nie na wolnym ogniu, a obok ognia - z boku paleniska. Czas trudno określić - skoro wielkość dzbana, ilość liści i temperatura mogą się różnić. Można zagrzać i po paru minutach podać, ale można też gotować dwie godziny, jednak smakosze tak przyrządzonej herbaty twierdzą, że jest najlepsza, gdy w powolnym gotowaniu połowa wody wyparuje. Taka herbata jest ciemnożółta, aż po odrobinę fioletu, a także przeraźliwie gorzka, a w dodatku czuć ją wędzonką. Podobna jest do herbat mniejszości Wa, które słyną z goryczy. 
Nie bójcie się jednak: to herbata dla "swoich". Gości natomiast podejmuje się herbatą również przyrządzoną w kamionkowym dzbanku (土锅茶), ale zupełnie inną. Bierze się otóż wodę źródlaną i napełnia nią dzbanek, a ten stawia na płaskim kamieniu do gotowania na brzegu paleniska albo żelaznym trójnogu na środku tegoż. Kiedy się zagotuje, wrzuca się do niej starannie wyselekcjonowane liście dobrej jakości, gotuje trzy do pięciu minut i od razu podaje. Jest ona ponoć złota, aromatyczna i - choć mocniejsza od zwykłej - zdecydowanie łatwiejsza do zaakceptowania od tej poprzedniej. 
Ja jednak chyba najbardziej chciałabym spróbować ichniej herbaty bambusowej. Nie tej, którą już Wam kiedyś przedstawiałam - pu'era dojrzewającego w bambusie - a świeżej herbaty bambusowej. Otóż w trakcie prac polowych w górach Hani tradycyjnie przyrządzają sobie ten boski napój tak: ciachają bambusa tak, żeby z jednej strony nie był na przestrzał, tzn. z zachowaniem jednego węzła. Do bambusa następnie wlewają wodę i gotują nad ogniskiem, jednocześnie opalając liście herbaciane na złoto przed dorzuceniem ich do powoli gotującej się wody. Tak oto powstaje herbata zielonobambusowa 青竹茶 - chyba to jest właśnie ta, o której kiedyś opowiadała mi tajska siostrzyczka. Wprawdzie Hani nie żyją w Tajlandii, ale można tam znaleźć spokrewnioną z nimi grupę etniczną Akha, więc zaistnienie podobnego sposobu przyrządzania herbaty jest całkowicie zrozumiałe. 
Jednak nie zawsze herbatę pija się dla przyjemności czy z pragnienia. W hanijskiej kulturze herbaty używa się również w celach leczniczych. Na przykład na zmęczone oczy (które w Polsce potraktowalibyśmy może okładem z czarnej herbaty bądź rumianku) zaleca się zagotowanie dużej ilości liści herbacianych i wielokrotną parówkę nad tym mocnym naparem. Z kolei na potówki, zwłaszcza u dzieci, stosuje się kąpiele bądź przemywanie miejsc chorobowo zmienionych wodą herbacianą z dodatkiem imbiru i zielonej cebulki. Swoją drogą, może cebulkę sobie podaruję, ale samą ideę przemywania herbatą z imbirem zachowam, bo Tajfuniątko po dziś dzień miewa potówki w te co gorętsze kunmińskie miesiące... 
Oczywiście, wszystkie czynności okołoherbaciane były z dawien dawna okraszone śpiewami i/lub tańcami. Przy palenisku, gdy wykrzywiająca gębę gotowana, gorzka herbata jeszcze nie wydaje się wystaczająco mocna - wtedy jest czas zarówno na pieśni kosmogoniczne i te przywołujące historię ludu czy wioski włącznie z migracjami i wojnami, jak i na pieśni herbaciane. Te ostatnie jednak wolno było śpiewać również przy bardziej prozaicznych okazjach: czy to podczas zbierania herbaty, czy w trakcie trudnej, wymagającej dobrego rytmu pracy przy ugniataniu liści. Zresztą nawet tytuły powiedzą nam, o jakie pieśni chodzi: Pieśń sadzenia herbaty 种茶歌, Pieśń zrywania herbaty 采茶歌, Pieśń picia herbaty 饮茶歌 czy nawet Miłosna pieśń herbaciana 情茶歌 itp. 
Na deser mam dla Was stylizowany hanijski Taniec Zbierania Herbaty (哈尼族采茶舞):
   
Herbacianych pieśni możecie zaś posłuchać nawet na youtube, na przykład tutaj i tutaj.

2025-07-07

Góra Jingmai 景迈山 ᨯᩭᨩ᪂ᨳ ᩱ

Góra Jingmai jest położona w obrębie "województwa" Pu'er w Yunnanie. Od południa graniczy z Xishuangbanna, od Zachodu z Birmą - od wieków było to miejsce spotkań międzykulturowych, ożywionego handlu herbatą i nie tylko, a także zdobywania wiedzy. W 2023 roku porosła starodrzewem herbacianym Góra Jingmai, będąca jedną z sześciu wielkich chińskich gór herbacianych, znalazła się na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO. 
 Góra dorasta do 1400 m.n.p.m. Średnia roczna temperatura to zaledwie 18 stopni - idealne warunki dla herbacianych upraw, których jest tu niemal dwa tysiące hektarów. Zdecydowana większość herbacianego lasu porośnięta jest tysiącletnimi herbacianymi drzewami, którymi od pokoleń zajmują się zamieszkali tutaj Dajowie, Blangowie, Hani i Wa (najstarsze opisy sadzenia herbaty w celach użytkowych są datowane na 696 rok naszej ery!). Obecnie jest to najstarszy, największy i najlepiej zachowany las herbaciany na świecie. Oczywiście, poza samą herbatą rosną tu i inne subtropikalne rośliny, tworząc swoistą "herbacianą dżunglę" - zwracają uwagę zwłaszcza górski pieprz litsea oraz czerwona cedrela. Ze względu na wspaniałe warunki uprawy i dobrą opiekę, liście herbaciane z Jingmai słyną na całe Chiny. A dzięki uzyskaniu statusu obiektu chronionego, jest nadzieja, że Jingmai nie zmieni się w jakieś niedorzeczny fałszywy obiekt turystyczny; raczej pozostanie czymś w rodzaju żywego skansenu, ponieważ ochroną zostały objęte nie tylko same drzewa, ale również wszystkie wioski położone na tych terenach. 
O tym przede wszystkim opowiada wspaniała wystawa w Muzeum Yunnańskim, na którą udało nam się wybrać. Wystawa podzielona była na kilka części: pochodzenie herbaty, mądrość przodków, harmonijne współistnienie, odziedziczone tradycje, tradycja a innowacja, Jingmai oczami artystów i w końcu herbata: lek, napój, pożywienie i ofiara oraz dzielenie się mądrością. W każdej z nich znaleźć można było zdjęcia i szczegółowe opisy nie tylko samej herbaty, ale również ludów, które na tej górze związały z herbatą swoje życie. Można było zobaczyć próbki rozmaitych liści, modele domostw południowego Yunnanu, stroje kilku grup etnicznych i stare okołoherbaciane zapiski w rozmaitych typach pisma, przetłumaczone na chiński, a nawet niedługie filmy pokazujące ceremonie związane z herbatą. Wszystko było fascynujące.
Gdybym wam zostawił w spadku krowę albo konia, bałbym się, że przyjdzie klęska żywiołowa i zada im śmierć. Gdybym wam zostawił kosztowności, również bałbym się, że je przejecie. Dlatego zostawiam wam tylko herbaciane drzewa, których będą używać jeszcze wnuki naszych wnuków.
Tradycyjne domy budowane nad pustką, jedno z 18 dziwactw Yunnanu
Ofiara dla wody - opis ceremonii Wa pokazującej, jak ważna była zawsze dla nich woda, a także krótka wzmianka o znaczeniu wody dla Dajów. Cała wystawa była wręcz oblepiona takimi ciekawostkami wraz ze zdjęciami; wspaniałe!
Ponieważ podczas ceremonii zawsze się śpiewa i tańczy, był też mały pokaz instrumentów.
srebrne kolczyki grupy etnicznej Hani
Dajski fan 幡 - coś w rodzaju buddyjskiego proporca
Herbata jako warzywo i przyprawa
Na herbacianych górach wystarczyło zapakować w liście bananowca trochę liści herbacianych i domowe "świece", by wystosować zaproszenie na wesele, pogrzeb czy do pomocy przy stawianiu nowego domu. 

Było sporo ekranów z filmikami pokazującymi ceremonie nadal żywe wśród mieszkańców Jingmai.

Dawno nie byłam na tak świetnej wystawie (choć oczywiście wystawy Muzeum Yunnańskiego w ogóle są zazwyczaj bardzo sensowne i ciekawe). No i niesamowicie wzrósł mi apetyt na wycieczkę na Górę Jingmai...

2025-04-20

Święto Czerwonych Jaj 红蛋节

Ciekawostka na dziś: lud Hani również robi pisanki! Tradycyjnie nie dziś - są powiązane z całkiem innym świętem, ale pomyślałam, że mogę właśnie dziś o nich wspomnieć.
   
Gdy nadchodzi jajeczne święto, utożsamiane czasem z nowym rokiem, wszystkie rodziny przygotowują czerwone jaja, by później podarować je rodzinie i przyjaciołom, a także innym bliskim sercu ludziom. Mają one zwiastować nadzieję oraz szczęście. Dziś w regionach zamieszkanych przez Hani nauczyciele szkolni czy przedszkolni również starają się podtrzymać tę tradycję, by wszystkie unikalne zwyczaje rozmaitych grup etnicznych nie zanikły przez powszechną bądź co bądź sinizację. A przecież żal byłoby zarówno stracić uroczą tradycję, jak i zapomnieć o legendzie! 
Staruszowie Hani opowiadają bowiem, że dawno, dawno temu w jednej hanijskiej wiosce mieszkało piękne dziewczę imieniem Cieji, które pewnego letniego dnia otrzymało wiadomość od ciotki - zachorowała ona tak ciężko, że nie obeszłaby się bez pomocy naszej dziewuszki. Ta oczywiście natychmiast zebrała się do drogi, jednak lato w południowym Yunnanie to pora deszczowa; nie tylko leje jak z cebra, rozmacza górskie ścieżki, ale również grozi powodziami. Tak właśnie się stało: gdy tylko młoda ruszyła w drogę, lunął deszcz. Wielogodzinna burza doprowadziła w końcu do tego, że okoliczne strumienie zmieniły się najpierw w potoki, a potem w rwące rzeki. Niestety, Cieji zaginęła gdzieś w górach i jej bliscy nigdy już jej nie ujrzeli. 
Odtąd każdego roku w pierwszy Dzień Świni przypadający drugiego miesiąca roku wszyscy opłakiwali dziewcznę. Na pamiątkę zaczęli farbować jajka oraz pałeczki na czerwono przytulią a ryż na żółto budleją. Na małych ołtarzykach składano ofiarę dla przodków i Cieji złożoną z dwóch czerwonych jajek, miseczki żółtego ryżu i czerwonych pałeczek specjalnie na potrzeby tej ofiary. Z czasem jednak jajka te przestały się wiązać w pamięci z tak smutną okazją i zaczęły pełnić rolę daru dla osób, które mamy w życzliwej pamięci. 
Dziś Hani barwią jaja niekoniecznie przytulią; czasem czerwonymi łupinami czosnku oraz plewami sorgo (oczywiście tego o czerwonych ziarniakach). Gotowane w nich jajka nie tylko zmieniają kolor, ale również pięknie pachną. Jednak w wielu miejscach odchodzi się i od tych tradycyjnych barwników, woląc syntetyczne. Mało tego, z czasem spopularyzowały się i jajka w innych kolorach - tutaj trochę zdjęć.

2020-07-07

bawu 巴乌

W jednej z yunnańskich legend o kotach pojawił się ciekawy yunnański instrument, bawu. Posłuchajcie, jak pięknie brzmi:

Bawu to instrument bardzo popularny u yunnańskich grup etnicznych takich jak Yi, Miao, Wa, Blang czy Hani. Może być wykonany z bambusa lub drewna, mierzy około 30 cm, łącznie posiada 7 bądź 8 otworów - 6 lub 7 u góry, 1 na dole. Dmie się weń jak we flet poprzeczny, ale ustnik jest zaopatrzony w miedziany stroik przelotowy w kształcie języczka. Instrument jest dość cichy; często wykorzystuje się go jako akompaniament w melorecytacjach i niektórych tańcach ludowych, ale najczęściej wykorzystywany jest jako instrument solowy - mówi się o nim jako o "instrumencie, który potrafi mówić" 会说话的乐器 - dlatego najchętniej grywa się na nim melodie miłosne, tęskne, pełne uczuć. W Honghe popularne są również bawu proste 直吹巴乌 (z zadęciem takim, jak we flecie prostym) oraz bawu dwupiszczałkowe 双管巴乌. Poza Honghe najpopularniejszy jest w yunnańskich "województwach" Wenshan, Simao, Xishuangbanna, Lincangu i Dehongu, a także w pobliskich prowincjach Guangxi i Guizhou. Obecnie tworzy się również bawu dłuższe i grubsze, które mają większą skalę (nawet dwie oktawy) i są głośniejsze. Mogą mieć różne stroje, w zależności od długości, grubości i materiału, z którego zostały wykonane.
Choć pochodzi z Yunnanu, obecnie można powiedzieć, że jest popularny w całych Chinach, zarówno jako instrument solowy, jak i w zespołach chińskich instrumentów; bardzo często można go usłyszeć w chińskich ścieżkach dźwiękowych, a czasem nawet w piosenkach pop. Coraz bardziej jest również popularny na Zachodzie.
Ciekawostka: można wydobywać dźwięki zarówno na wydechu, jak i na wdechu, choć na wydechu najwyższe dźwięki się nie odezwą, a najniższe mogą zabrzmieć nieczysto.
Istnieje wiele legend dotyczących powstania Bawu, jedna smutniejsza od drugiej. Poza znaną już Wam dajską legendą o kocie, są jeszcze legendy innych ludów. Mnie najbardziej przypadły do gustu dwie, hanijska i yijska. Ta pierwsza brzmi tak:
Dawno, dawno temu w górach Ailao żyła piękna, skromna i dobra dziewczyna, która nazywała się Meiwu. Zakochała się ona w odważnym, przystojnym i pracowitym chłopcu Bazhong. Obiecali sobie być zawsze razem, nierozłączni jak gałęzie i liście. Cała wioska radowała się ich szczęściem. O ich szczęściu wywiedział się pewien zły duch, mieszkający daleko w górach i zgrzytał zębami ze złości. Pewnego dnia, w czasie święta, gdy wszyscy mieszkańcy bawili się i tańczyli, zły duch dosiadł silnego wiatru i porwał dziewczynę. Na wszelkie sposoby próbował ją zmusić do wypowiedzenia sakramentalnego "tak", jednak ona nie dawała się przekonać - i milczała. Rozzłoszczony demon odciął jej więc język, a potem wyrzucił ją do puszczy. Ona zaś wypłakiwała oczy za swoim miłym i błąkała się po lesie, nie mogąc nawet nikomu opowiedzieć swych strasznych dziejów. Pewnego dnia czarodziejski ptak pojawił się w lesie, niosąc w dziobie odcięty język dziewczyny, a w pazurkach - bambus. Polecił dziewczęciu włożyć język do bambusowej rurki - "bambus pomoże ci w mówieniu". Zagrała więc dziewczyna na bambusowym flecie, a dźwięki, które wydobyła, były słodkie jak miłość i smutne jak samotność. Usłyszał je Bazhong, który dotąd bezskutecznie szukał ukochanej; podążył za tym dźwiękiem i odnalazł dziewczynę. Odtąd byli już zawsze razem. A instrument, który potrafi mówić został nazwany na ich cześć - od ich imion.
U Yi opowiada się inną legendę.
W dawnych czasach w okolicach dzisiejszego Gejiu żył niemowa. Zmarła mu matka, więc był bardzo nieszczęśliwy, jednak nie miał jak opowiedzieć o swojej tragedii. Pewnego dnia znalazł jednak bambus podziurawiony przez robaki. Gdy przytknął go do ust, okazało się, że wydaje dźwięk, który potrafi wyśpiewać cały żal zgromadzony w sercu niemowy. Odtąd Yi nauczyli się wiercić dziury w bambusie, by stworzyć instrument, który najlepiej wyraża ból i smutek.

2020-04-02

yunnańskie psy

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl oraz kirgiski.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej. 

Lubię psy. Kiedy tęsknię za domem rodzinnym, tęsknię między innymi za kudłaczem, do którego mogę się bezkarnie przytulać. Moja miłość do psów jeszcze wzrosła, gdy poznałam piękną legendę ludu Mosuo, dotyczącą tego, dlaczego ludzie żyją o tyle dłużej niż psy. Dlatego z najwyższą przyjemnością opowiem Wam o jeszcze kilku legendarnych yunnańskich psach.

O ludziach wykarmionych psim mlekiem

Wśród niektórych yunnańskich grup etnicznych popularne są legendy mówiące o tym, że przodkowie przeżyli karmieni psim mlekiem - wierzą w to m.in. Gelao, Lahu i Hani. Hani opowiadają, że dawno temu, gdy walczyły z sobą dwa klany Hani, zdarzyło się tak, że jedni wybili drugich do nogi - zostało tylko jedno niemowlę z klanu Białych. Znalazła je szczenna suka i wykarmiła własnym mlekiem. Lahu natomiast opowiadają, że ich protoplastka zmarła w połogu, pozostawiając głodne niemowlęta. Lud Lahu przetrwał tylko dzięki temu, że dzieci te jadły psie mleko. We wszystkich tych grupach etnicznych psy są traktowane z szacunkiem, a ludzie ci nie jedzą psiny (w przypadku Hani dotyczy to zwłaszcza tych o nazwisku 白 czyli Biały - bo podobno wszyscy są potomkami tego jednego dziecięcia ocalonego przez psa).

O tym, jak pies ocalił ludzi od śmierci głodowej

Wśród ludu Lisu opowiada się taką legendę: dawno, dawno temu Władca Niebios postanowił zadbać o dobrobyt i szczęście ludzi, dlatego podarował im czarodziejskie drzewo, które wydawało wszystkie możliwe owoce, a także warzywa i zboże. Wystarczyło zerwać i jeść. Pewnego roku, gdy naraz dojrzały kukurydze, ryż, taro i mnóstwo innych dóbr, ludzie nie zdążyli wszystkiego pozbierać. W nocy lunał deszcz i wszystko, co zostało na drzewie, zgniło. Władcę Niebios straszliwie to rozgniewało, więc odebrał ludziom czarodziejskie drzewo. Zwierzęta, tak samo pozbawione jedzenia, umierały z głodu, a ludzie czekali już tylko na śmierć. I tylko psy wyły żałośnie w stronę nieba. Ten rozdzierający serce dźwięk wzruszył w końcu Władcę Nieba, który zrzucił na ziemię garść ziaren. Ludzie prędko je posadzili. Odtąd w pocie czoła sieją i żną zboże - nie jest im już tak łatwo jak wtedy, gdy wystarczyło wyciągnąć rękę i zerwać dojrzałe plony...
Ponieważ to pies wyprosił zboża dla ludzi, na jego pamiątkę kłosy mają kształt psiego ogona. A ludzie zachowali w sercach wdzięczność dla czworonożnych przyjaciół. Podobna w wymowie legenda istnieje też u ludu Nu:

O tym, jak pies wyprosił zboże dla ludzi

Dawno, dawno temu była sobie młoda małżonka, która wcale nie dbała o pożywienie i go sobie nie ceniła. Gdy widziała, że dziecko robi kupę, podcierała je naręczem dojrzałych kłosów. Razu pewnego zobaczył taką sytuację bóg, który straszliwie się zezłościł i zabrał ludziom cały dojrzewający właśnie na polach ryż. Nu nie mieli ryżu, a choć nie umierali z głodu, byli z racji tej straty bardzo nieszczęśliwi. Gdy pies zobaczył, jacy są smutni, wyszedł przed dom, wzniósł łeb ku niebu i przeciągle zawył, prosząc, by z powodu głupoty jednej kobiety nie musiał cierpieć cały lud. Bóh dał się przebłagać, ale oddał ludziom zaledwie trzy ryżowe sadzonki, by wiedzieli, że jedzenie należy szanować. 
Również lud Pumi ma podobną legendę:

O tym, jak pies przyniósł zboże z Krainy Bogów

Pumijscy Adam i Ewa mieli trzech synów; najmłodszy z nich ożenił się z piękną Nieśmiertelną (仙女). Gdy ją wkurzył, ona w porywie złości wróciła do nieba, zabierając z sobą cały zapas ziarna pod siew. Najmłodszy syn mógł tylko ruszyć na poszukiwanie jakichś ziaren; towarzyszył mu wierny pies.
Pewnego dnia dotarli do morza. Ludzie powiadali, że za tym morzem jest właśnie kraina, w której żyją bogowie i nieśmiertelni; tam też rosną zboża. Cóż jednak, skoro trzeci syn nie potrafił pływać? Wtedy odezwał się pies: "Ja potrafię pływać. Powiedz, co mam zrobić". Jego pan odrzekł: popłyń i poszukaj, gdzie suszą się zboża i się w nich wytarzaj - w ten sposób osiądą na twojej sierści i będziesz mógł je do mnie przynieść". Pies wykonał rozkaz. Nie przewidzieli jednak, że większość zbóż zostanie zmyta przez morze - została tylko mała garstka na samym czubku grzbietu. Z tej właśnie garstki pochodzi całe ziemskie zboże.
Ponieważ ludzie mają zboże dzięki psom, pierwsza miseczka nowo zebranego ryżu zawsze należy do psa - podają ją wraz z pierwszym kawałkiem świeżo zarżniętego mięsa. 

Jak Wam się podobają nasze yunnańskie psy? Prawda, że to wspaniałe zwierzęta?
Jest jeszcze jeden słynny yunnański pies, ale o nim opowiem Wam dopiero za parę dni, przy pewnej szczególnej okazji. Teraz zaś zachęcam Was do poczytania o japońskich psach, które wcale ale to wcale nie są takie miłe, a także o kirgiskim charcie.

2020-03-21

Amla - yunnańska oliwka 滇橄榄

Amle dojrzewają podobno dopiero na jesieni, jednak w Kunmingu da się je przyuważyć na straganach już w marcu. Ręcznie zbierane, kwaśne, gorzkie i cierpkie jagody liściokwiatu garbnikowego przywędrowały do Yunnanu zapewe z Indii, w których jest roślina ta jest uprawiana na wielką skalę. Niemal nikt tych okropnych owoców nie spożywa bezpośrednio, a dopiero po ukiszeniu czy też wymoczeniu w słonej wodzie i obtoczeniu w płatkach chilli. Można ją jeść gotowaną (na przykład jako jeden ze składników dalu) - choć mówiąc szczerze, smak amli nie podbił mojego serca - no, może z wyjątkiem amli kandyzowanej (taką też się sprzedaje; można ją zajadać po posiłku jak lekarstwo na dobre trawienie). Skoro jednak owoce są takie niedobre, dlaczego się je w ogóle uprawia? Otóż są używane w tradycyjnej indyjskiej medycynie, zarówno świeże, jak i suszone. Zresztą - używa się nie tylko samych owoców, ale też nasion, liści, korzeni, kory i kwiatów. Jest oczywiście remedium na najróżniejsze schorzenia, przedłuża życie, obniża gorączkę, poprawia trawienie, leczy z zaparć, oczyszcza krew, ratuje przed kaszlem, wzmacnia serce, poprawia wzrok, działa na porost włosów, a nawet pomaga na mózg! Tyle o tradycji. Współczesne badania pokazują, że owoce amli wykazują działanie antywirusowe i antybakteryjne.
Poza tym używa się jej do produkcji atramentów, szamponów i olejków do włosów (podobno dzięki nim włosy są nie tylko mocniejsze, ale również mniej siwe), a także do produkcji utrwalaczy barwników do tkanin. Z liści można po wysuszeniu zrobić pięknie pachnące wnętrze poduszki.
W Yunnanie jest amla ważnym składnikiem diety i lekarstw wielu grup etnicznych, przede wszystkim Dajów, Hani i Yao. Chyba jednak żadna z naszych religii nie traktuje amli jak świętego drzewa. Za to w hinduizmie jest ona ważna: teksty tantry hinduistycznej, wymieniają to drzewo jako jedno z pięciu, które tradycyjnie wymagane są w miejscu wykonywania sadhany. Inne przekazy mówią o drzewie liściokwiatu jako o siedzibie Lakszmi.
W Yunnanie często się mówi o jej właściwościach prozdrowotnych: pomaga na kaszel i ból gardła, gasi pragnienie itd. Często się ją u nas kisi, dodając do zalewy oprócz soli również lukrecji chińskiej i miodu.
Można też na jej bazie przyrządzić leczniczą nalewkę, pamiętając, by cukru lub miodu dodać naprawdę dużo.
A ja tymczasem otwieram kolejną paczuszkę z kandyzowaną amlą, która doskonale sprawdza się jako cukierki na ból gardła:

Nawet gotowanie w syropie cukrowym nie pozbawia amli całej goryczki i cierpkości. A jednak Tajfuniątko ją uwielbia! Dziwne dziecko...