2026-09-15

苦菜 Gorzka kapusta

W wielu kuchniach chińskich jest bardzo popularne zielone liściaste warzywo, które, jeśli przetłumaczyć dosłownie, zowie się gorzkim warzywem czy też gorzką kapustą (nie mylić z gorzką dynią czyli przepęklą). Dzieli się na małe i duże - nie chodzi jednak tylko o rozmiar liści. Tu nie działa to, co u pomidorów czy bakłażanów - że ich cechy ogólne pozostaną podobne bez względu na rozmiar. Mała i duża gorzka kapusta to nie jest to samo warzywo: tak naprawdę to cała grupa rozmaitych warzyw, które łączy gorzkawy smak liścia. Najczęściej są to rośliny należące do rodziny astrowatych. Jedną z najpopularniejszych jest Pterocypsela indica czy też Lactuca indica czyli indyjska sałata 翅果菊 chìguǒjú (dosł. chryzantema o skrzydlatych owocach). Nie jest jednak jedyną, którą się tak nazywa, bo duża gorzka kapusta mówi się również na mlecz zwyczajny 苦苣菜 kǔjùcài (Sonchus oleraceus) oraz rozmaite gatunki z rodzaju Ixeris 苦荬菜 kǔmǎicài. Zwróćcie uwagę: właściwe nazwy chińskie nie mają nic wspólnego z "gorzką kapustą", a jednak potocznie każda z nich może zostać tak nazwana. Sprawę komplikuje jeszcze bardziej fakt, że w różnych regionach pod nazwą zbiorczą gorzkiej kapusty funkcjonują również inne rośliny. Na przykład yunnański 苦菜 to bardzo często brassica juncea czyli kapusta sitowata, która w innych regionach nazywa się 苦芥 kǔjiè (w wolnym tłumaczeniu: gorzka gorczyca). Istnieje również tzw. yunnańska gorzka kapusta 滇苦菜 czyli goryczel - wracamy tu do astrowatych. Włączmy sobie jeszcze w ten zbiór żółtokwiatową patrynię z rodziny przewiertniowatych i w zasadzie mamy już komplet - przynajmniej jeśli chodzi o "duże gorzkie warzywo". 
Zamieszanie jest jednak jeszcze trochę większe. Zgodnie z jednym z dziwactw Yunnanu 青菜喊苦菜 - dosłownie: warzywo zielone nazywa się gorzkim. Czyli mimo, że w całych Chinach jada się "gorzkie warzywa", to w Yunnanie nazywa się tak jeszcze więcej gatunków, nawet te, które dla innych Chińczyków są po prostu zielonymi warzywami. No a poza tym chyba tylko u nas - no, może jeszcze w Syczuanie i Guizhou - gorzkie warzywa dzielą się na duże i małe. A małe to jeszcze kilka roślin do kolekcji. Przede wszystkim niektóre gatunki Ixeris oraz Ixeridium, a obok nich mlecz kolczasty 花叶滇苦菜/云南小苦菜.
Ech. Idę na targ, pytam: co to? Odpowiadają, że gorzka kapusta, a ja nadal jestem zagubiona. Wiem tylko, że będzie gorzko i że mogę kupić którąkolwiek z nich, żeby sobie zapewnić działanie przeciwzapalne.
Anegdotka: podczas pobytu w Polsce wyzbierałam z trawnika wszystkie liście mlecza i przyrządziłam je po yunnańsku, smażone z czosnkiem i suszonym chilli. Okazały się jednak dużo bardziej gorzkie niż młodziutkie, uprawiane na zacienionych poletkach, zbierane gdy tylko wyrosną liście, do których przyzwyczaiłyśmy się z Tajfuniątkiem w Yunnanie. Stwierdziłyśmy, że może jednak skupimy się na słodziutkich jeżynach i agreście... 

2026-09-13

春江花月夜 Wiosenna rzeka w księżycową noc

Najpierw był sobie ten utwór na pipę:  
Nazywa się Flet i bębenek o zmierzchu. A potem przyszły czasy Republiki Chińskiej i postanowiono zaadaptować utwór na orkiestrę ludową. I wtedy właśnie nie wiadomo komu i dlaczego przyszło do głowy, że koniecznie trzeba przy okazji zmienić tytuł na coś bardziej chwytliwego. No a że Wiosenna rzeka w księżycową noc to tytuł słynnego wiersza, uznano, że się nada. Tutaj możecie poczytać na ten temat więcej, a ja tymczasem mam dla Was nie tylko wersję na orkiestrę ludową:
   
ale również na guzheng:
   
oraz adaptację wokalną!
 

2026-09-10

Brzoskwinie i śliwki 桃李

Nie lubię wierszy o długich tytułach. Jak to jest, że jeden popełnia całą książkę wierszem i tytułuje ją Pan Tadeusz, a inny napisze cztery siedmiosylabowe linijki i je zatytułuje tak, że olaboga?... 
奉和令公绿野堂种花 można przetłumaczyć mniej więcej jako W odpowiedzi księciu Linggongowi na jego sadzenie kwiatów w Zielonej Altanie, choć gdybyśmy mieli zwrócić uwagę na wszystkie niuanse, tytuł byłby jeszcze dłuższy. Bo tak: 
  • 奉和 fèng hé „z szacunkiem układam wiersz w odpowiedzi” - to taki grzecznościowy termin używany, gdy poeta odpisuje na cudzy utwór, co było częstą sytuacją na dworach i w ogóle między ludźmi wykształconymi. 
  • 令公 lìng gōng to tytuł honorowy wysokiego urzędnika (konkretnie 中书令 - coś w rodzaju naczelnika sekretariatu cesarskiego); tu konkretnie chodzi o pana Pei Du
  • 绿野堂 lǜyětáng to nazwa rezydencji należącej do Pei Du, dosłownie Zielona Dzika Sala. 
  • 种花 zhònghuā to najprostsza część tytułu - oznacza dosłownie sadzenie kwiatów. 
Czyli w zasadzie próbując dokładnie wywiązać się z zadania tłumaczki, powinnam być może przetłumaczyć tytuł jako Z szacunkiem układam wiersz w odpowiedzi księciu Linggongowi na jego sadzenie kwiatów w Zielonej Dzikiej Sali. Ech. 
Jest to czterowersowy utwór, napisany przez znanego już nam tangowskiego poetę Bai Juyi. Wiersz ma w zamyśle komplementować altanę Pei Du i jego samego, ale jest również świetnym przykładem wykorzystania przenośni i pytań retorycznych w tangowskiej poezji, a poza tym jest często recytowany właśnie dzisiaj - z okazji chińskiego Dnia Nauczyciela. Dlaczego? O tym już za chwilę. 

绿野堂开占物华, 
Zielona Altana zawiera całe piękno. 
路人指道令公家。 
Przechodnie wskazują: oto dom Jego Ekscelencji. 
令公桃李满天下, 
Jego brzoskwinie i śliwki wypełniają świat, 
何用堂前更种花。 
Po cóż więc sadzić kwiaty przed domem? 

Zanim zabierzemy się do zasadności posiadania kwiatów w ogrodzie, który jest brzoskwiniowo-śliwkowym sadem, wróćmy na chwilę do rezydencji. Zielona Dzika Sala, którą ja wyobrażam sobie zawsze jako pełny zieleni, cokolwiek mniej wypasiony chiński odpowiednik Rivendell, znajdowała się w południowej części dzisiejszego Luoyangu, miasta peonii. Zgodnie z pismami z epoki "Przy moście Wu zbudował rezydencję, gdzie rosły tysiące drzew i kwiatów; wzniesiono w niej chłodne pawilony i letnie komnaty, a nazwano ją Zieloną Dziką Salą"*. Wiadomo, że trawa rosła tak bujna, że regularnie wypasano tu owce. Dla Pei Du rezydencja ta była miejscem ucieczki od polityki; po wieloletnim kanclerzowaniu ten światły człowiek stwierdził, że obmierzły mu intrygi dworskiego życia, zrezygnował ze stanowiska i osiadł w Luoyangu. Do ogrodu doprowadzono słodką wodę i wzniesiono liczne pawilony, tworząc przepiękny krajobraz ogrodowy; tablicę z nazwą wykaligrafował sam Du Mu! Na jakże zasłużonej emeryturze Pei Du się nie nudził: często urządzał "intelektualne popijawy" (文酒之会) i układał wiersze wraz z zaproszonymi literatami, m.in. naszym Bai Juyi, ale również niepokornym Liu Yuxi. Spotykali się zresztą często nie tylko w celach pijacko-literackich, ale również obrzędowych - wiadomo na przykład, że Pei zapraszał swych przyjaciół-artystów np. na "egzorcyzmy" z okazji Podwójnej Trójki. Było to miejsce, które wypadało znać, wypadało je odwiedzać, a plotki dotyczące spotkań literackich u Pei docierały nawet na dwór cesarski. To sprawiło, że Zielona Altana stała się ważnym miejscem spotkań artystycznych za Tangów, a dzięki temu przeszła do historii, często przywoływana w dziełach literackich i na kaligrafiach późniejszych intelektualistów jako symbol ogrodu, w którym rozkwitają nie tylko rośliny, ale również idee.

No dobrze. Nadal jednak nie wiemy, o co chodzi z tymi kwiatami, śliwkami i brzoskwiniami. Oczywiście jest to przenośnia: brzoskwinie i śliwki to tak naprawdę utalentowani uczniowie. Bai Juyi nawiązał tym samym do słów cesarzowej Wu Zetian, która tak oto podsumowała dokonania Di Renjie czyli słynnego Sędziego Di: Wszystkie brzoskwinie i śliwki pod niebem są w twojej szkole (天下桃李,悉在公门). Ponoć swego czasu Di Renjie polecił cesarzowi wielu zdolnych urzędników. Wszyscy odnieśli później wielkie sukcesy. Cesarzowa wyrazić więc chciała podziw, że chyba każdy zdolny człowiek w całym państwie jest jakoś związany z Di, który albo go wychował, albo mu pomógł, a potem nieodmiennie polecał. 
Tyle, że to nie rozwiązuje problemu: nadal nie wiemy, dlaczego brzoskwinie i śliwki są synonimem utalentowanych dzieciaków? Brzoskwinie i śliwy pierwotnie były po prostu urodziwymi, bujnie kwitnącymi i rodzącymi obficie drzewami. Jednak już w najstarszym istniejącym zbiorze poezji chińskiej, Księdze Pieśni, znajduje się wers: piękni jak kwiaty brzoskwini i śliwy (华如桃李). Na początku więc był więc opis piękna, a także metaforyczne określenie młodości. Dodatkowo właśnie te dwie rośliny chętnie były wykorzystywane w anegdotach i przysłowiach. Np. 投桃報李 [投桃报李] tóutáobàolǐ czyli rzucić brzoskwinię, dostać śliwkę mówi o rewanżowaniu się prezentem za prezent i wymianie uprzejmości. Z kolei 桃李不言,下自成蹊 táolǐ bùyán, xiàzì chéngxī znaczy dosłownie: choć brzoskwinie i śliwy nie potrafią mówić, to pod nimi sama tworzy się ścieżka. W domyśle: przyciągają ludzi pięknem kwiatów i słodyczą owoców. Ta metafora jest używana na określenie ludzi dobrych i prawych, którzy nie muszą walczyć o uwagę i podziw innych. Z kolei w Zewnętrznych komentarzach do Księgi Pieśni stoi: Kto wiosną sadzi brzoskwinie i śliwy, latem ma pod nimi cień, a jesienią zbiera ich owoce (夫春树桃李者,夏得阴其下,秋得其实). I myślę, że może właśnie stąd porównanie do obiecującej młodzieży - w końcu tak jak sadzi się drzewa nie dla natychmiastowych korzyści, tak młodzież nauczamy, by ulepszała świat i zaszła dalej niż my potrafiliśmy zajść. Dlatego z czasem brzoskwinie i śliwy stały się metaforycznym określeniem wychowanych czy też nauczanych przez siebie uczniów, zwłaszcza tych, którzy zaszli daleko. 
Bai Juyi użył w wierszu sformułowania 桃李满天下 Wszędzie pod niebem pełno brzoskwini i śliw - czyli na całym świecie pełno jest młodych, zdolnych ludzi, którym Pei Du pomógł w rozwoju. Jest to więc swoisty hołd dla Pei Du, znanego ze wspierania młodych talentów, bycia hojnym i cierpliwym mentorem - w tym wspomnianego już Liu Yuxi. Z czasem wers ten stał się klasyczną laurką dla nauczycieli. Dziś często z okazji Dnia Nauczyciela chińscy pedagodzy zamiast kwiatów otrzymują kosze owoców - oczywiście brzoskwini i śliwek - a wtedy żadne słowa nie są już potrzebne.
Z wielką dumą chcę się Wam dziś pochwalić. Jeden z moich studentów, który wybierał moje zajęcia przez pełne cztery semestry, gdy na sam koniec poprosiłam o anonimowe podsumowanie kursu, zamiast rozpisywać się po angielsku, jak to zrobiła większość uczniów, stworzył dla mnie piękną kaligrafię - małe dzieło sztuki, z tym właśnie wierszem.
Postanowiłam ją sobie oprawić i zerkać na nią zawsze, gdy będę zniechęcona i zdemotywowana. Nawet jeśli na trzy setki studentów, których jednocześnie uczę, znajdzie się jedna taka śliwka czy brzoskwinka - warto. 

*To ze Starej Księgi Tangów:《旧唐书 裴度列传》又于午桥创别墅,花木万株,中起凉台暑馆,名曰绿野堂.

2026-09-06

平湖秋月 Jesienny księżyc nad spokojnym jeziorem

Jesienny Księżyc nad Spokojnym Jeziorem to pierwszy ze słynnych dziesięciu widoków Jeziora Zachodniego 西湖 w Hangzhou. Jako punkt widokowy jest znany już od czasów dynastii Song, choć początkowo nie było to jedno ustalone miejsce, a po prostu chodziło o wrażenie podczas wieczornego pływania łodzią po jeziorze jesienią, gdy podziwiano księżyc i wiatr. Innymi słowy: każde miejsce, z którego można było podziwiać księżyc nad jeziorem mogło być tak nazwane. Później wszakże zbudowano pawilon, z którego winno się oglądać księżyc, by widok dał radę sprostać oczekiwaniom.
Oczywiście ten słynny widok często bywał tematem wierszy i kaligrafii, a także rzeźb, drzeworytów, tkanin, haftów i innych dzieł ludzkich rąk. Dziś jednak nie o nich, a o muzyce - bo powstał i utwór, który ma nas przenieść wprost nad Zachodnie Jezioro w spokojną jesienną noc. Ponoć pod koniec lat '20 XX wieku kantoński muzyk Lü Wencheng przybył nad Jezioro Zachodnie w Święto Środka Jesieni i był pod tak ogromnym wrażeniem tego widoku, że skomponował całą suitę nim inspirowaną. W 1930 roku utwór został nagrany i wydany i natychmiast stał się hitem i reprezentatywnym dziełem tradycyjnej muzyki kantońskiej. Utwór jest tak znany i popularny, że powstało wiele wersji, w tym na fortepian. Ku mojemu najszczerszemu zachwytowi, w sieci można znaleźć nagranie utworu w wykonaniu samego kompozytora! 
Wersja na guzheng:
   
Wersja na fortepian:
   
Wersja na gaohu (sopranowe erhu) z akompaniamentem kantońskiego tradycyjnego zespołu w wykonaniu samego kompozytora, Lü Wenchenga:
 

2026-09-03

flądra i ptak

Jeden, jedyny raz udało nam się zjeść nad morzem naprrrrrrawdę świeże ryby, prosto z nocnego ułowu. Były to flądry i ogromniasty dorsz, któremu nie daliśmy w szóstkę radę i trzeba było dojadać dnia następnego.
Oczywiście, natychmiast sięgnęłam do słownika, żeby móc ZB wyjaśnić, jakimi to pysznościami raczymy się pod jego nieobecność. Dorsz jest prosty - 鱈 [鳕] xuě czyli, rozbijając na czynniki pierwsze, ryba 鱼 o mięsie bielutkim jak śnieg 雪. Jest to ponoć jeden ze znaków pochodzenia japońskiego, który Chińczycy włączyli w swe słowniki znacznie później. 

Flądra okazała się być znacznie ciekawsza. Po pierwsze ma wiele nazw, przede wszystkim dlatego, że w potocznym chińskim używa się wymiennie nazw wielu ryb flądrokształtnych. Dlatego np. 
  • 鰜 [鳒] jiān może zostać nazwana flądra, choć właściwie nazwa powinna być zarezerwowana tylko dla flądrokształtnych ryb z rodziny jęzorowatych
  • 龍脷 [龙脷] lub prościej 龍利 [龙利] lónglì to przede wszystkim sola, ale również ona bywa wykorzystywana w opisie flądrowatych.  
  • 鰈 [鲽] dié to najważniejsza nazwa - dotyczy całego rzędu ryb flądrokształtnych, jednak jeśli nie znamy się dobrze na rybach, to właśnie tej nazwy użyjemy wobec każdej flądry, na którą natrafimy. Potocznym odpowiednikiem tej nazwy są 左口魚 [左口鱼] zuǒkǒuyú - dosłownie: ryba lewy pysk oraz 比目魚 [比目鱼] bǐmùyú, do której to nazwy wrócimy za chwilę.  Kilka innych ryb wykorzystuje znak 鰈 [鲽] dié, np. 大鰈魚 [大鲽鱼] dàdiéyú to turbot.
I tak sobie przeglądam ten słownik i przeglądam, uzupełniając wiedzę o ryby, aż tu nagle pojawia mi się zbitka 鰈鶼 [鲽鹣] diéjiān oznaczająca... dobrze dobraną i kochającą się parę. Ki diabeł? Co ma do tego wszystkiego flądra? Bo widzę, że pierwszy znak to flądra, a drugi jeszcze dziwniejszy, bo skąd przy tej flądrze jakiś nieznany mi ptak? Słownik podpowiedział: 鶼 [鹣] jiān to legendarny/mityczny ptak. Czyli wiadomo, że będzie ciekawie. Te dwa znaki to tak naprawdę skrót dla 比目鱼和比翼鸟 jednookich ryb i jednoskrzydłych ptaków. Otóż zgodnie z legendą na wschodzie żyją ryby, które muszą pływać parami, ponieważ każda ma tylko po jednym oku. Z kolei na południu żyją ptaki, które muszą wspólnie latać, ponieważ każdy ma nie tylko po jednym oku, ale i po jednym skrzydle*. No a ponieważ samce zawsze mają oko/skrzydło z lewej strony, a samice z prawej, to cudownie się wszystko układa, prawda? Powstało nawet przysłowie: 鹣鲽情深 jiāndiéqíngshēn - głęboka miłość fląder i jianów. Jak rozumiem, nie jednych do drugich czyli międzygatunkowo, tylko między samcami i samicami tego samego gatunku. Muszą się kochać, bo inaczej wymrą. W sumie to niegłupie, że określa się tak pary, które są do siebie bardzo przywiązane (sic!). Do tego właśnie ptaka nawiązuje Bai Juyi w jednym ze swych poematów (konkretnie: w Pieśni Długiego Żalu); zresztą, również innym poetom zdarzało się uważać kalekie ptactwo i ryby za warte naśladowania... 
Oczywiście uwielbiam chiński za to, że potrafi wcisnąć rybę i mitycznego ptaka do kochającej się pary, jednak osobiście uważam to za spore nadużycie. Przecież tylko dlatego, że do latania potrzebuję tego drugiego, nie muszę go wcale kochać! Może go wręcz nie znoszę, ale i tak jestem nań skazana? Kulturoznawczo-detektywistyczna żyłka każe mi się zastanowić, jak wiele par wygląda na zgodne i kochające, choć współpracują tylko dlatego, że muszą. Dla dobra dziecka, żeby spłacić kredyt, bo zegar biologiczny tyka... Czy lepsza jest para, która być ze sobą musi, czy ta, która codziennie siebie wzajemnie wybiera, choć może latać, pływać, pracować, żyć i podróżować samotnie?
Już nie mówiąc o tym, że prędzej naprawdę wyłupię sobie jedno oko, niż pozwolę, żeby ZB - nawet żartem - mówił do mnie per "flądro"! 

* Tak w każdym razie sprawę opisuje Erya, starożytny chiński leksykon.《尔雅·释地》:“東方有比目魚焉,不比不行,其名謂之鰈。南方有比翼鳥焉,不比不飛,其名謂之鶼鶼。”

2026-09-01

走百病 Wypędzanie Stu Chorób - zwyczaj z Bixi

Jednym z bardzo ciekawych zwyczajów Mojiangu jest rzucanie kamieni na szczęście, żeby "odpędzić sto chorób". A było to tak: ponoć dawno temu, u schyłku panowania dynastii Ming, pewnego dnia siódmego miesiąca księżycowego rozpadał się czerwony deszcz, przynosząc z sobą epidemię malarii, która pogrążyła miasteczko Bishuo w niedoli i cierpieniu. Pewna niewiasta, nie mogąc znieść widoku synka dręczonego chorobą, ruszyła w góry w poszukiwaniu ziół. Głodna i spragniona, zeszła nad Akwamarynowy Strumień (od którego wzięło nazwę nasze malownicze miasteczko), by ugasić pragnienie. Przejrzysta tafla okrutnie ukazała pożółkłą, wychudzoną twarz, pooraną zmarszczkami. Kiedyż to straciła młodość i urodę? Ach, to nieszczęsne życie i syn na łożu boleści; krzywda i bezradność pochyliły ją ku ziemi i odebrały radość życia. W rozpaczy podniosła z brzegu kamień i cisnąwszy go z całej siły do rzeki, krzyknęła rozdzierająco: O, niebiosa! Czemuście takie niesprawiedliwe? Czemu pozwalacie, by maleńkie dziecko znosiło takie męki? Jeśli bogowie istnieją, jak mogą pozwalać na takie krzywdy? Za jakie grzechy? Nie proszę o nic dla siebie; nie pragnę zaszczytów ni bogactw, chcę tylko zdrowia dla mego dziecka, tego, by nie cierpiało więcej! 
Kolejne kamienie wpadały do rzeki w ślad za kolejnymi słowami wykrzykiwanymi w niebo. Powoli zmęczenie i beznadzieja wzięły górę; krzyki i płacz ustały, zagłuszone pragnieniem i zmęczeniem. Po tym wybuchu rozpaczy kobieta podniosła się ociężale i powlokła do zniszczonego domu. Gdy dotarła do skrzyżowania, już z daleka ujrzała synka, tak długo zmożonego chorobą, teraz stojącego w drzwiach domu, promiennego i pełnego życia, wołającego ją do siebie. Kobieta przecierała oczy ze zdumienia. Pobiegła szybko do domu, przytuliła synka mocno do piersi i szeptała: Moje dziecko, ukochane dziecko! Ozdrowiałeś! Duch rzeki objawił swą moc! Pospieszyła na główną ulicę miasteczka i dawała świadectwo temu, jak duch rzeki objawił swą moc i ocalił jej dziecko. 
Okoliczni mieszkańcy, poznawszy tę historię, zaczęli tłumnie udawać się nad rzekę i wrzucać do niej kamienie, dołączając najprzeróżniejsze życzenia. I działo się tak, że obłożnie chorzy cudownie zdrowieli, staruszkowie robili się rześcy i ruchliwi; nawet stary, chory wół odzyskał wigor! Wdzięczni mieszkańcy brali kadzidła, świece i ofiary i znów szli nad rzekę, tym razem po to, by być pokłony i składać ofiary. 
Odtąd każdego dwudziestego dnia siódmego miesiąca księżycowego (czyli właśnie dzisiaj) mieszkańcy wsi gromadzą się nad rzeką, by czcić ducha rzeki, rzucać kamienie i modlić się o szczęście. W drodze powrotnej zbierają kamyk i kładą go pod poduszką, by zatrzymać szczęście na dłużej.

2026-08-29

铁马吟 Śpiew wietrznych dzwonków

Melodia na dziś to świecka guzhengowa próba oddania buddyjskiej guqinowej atmosfery. Jeśli nie znaleźliście jeszcze pustki w sercu i nie pozostaliście nieskalani mimo otaczającego pyłu i kurzu, może wsłuchanie się w muzyczny zen Wam (nam) pomoże? 
Co ciekawe, nie jest to żaden starożytny kawałek, a utwór konkursowy, napisany w 1985 roku przez wybitnego muzyka Zhao Dengshana 赵登山. Praca nad nim zajęła Zhao zaledwie tydzień! Zdobył wiele nagród w kraju i za granicą; został włączony do podręczników gry na guzheng. Szybko stał się wizytówką shandońskiego stylu guzhengowego. 
Trudno się dziwić. Jest przepiękny.
   
A teraz trochę o tytule: dosłownie tłumaczony znaczy "śpiew żelaznych koni" i niestety w Internecie można znaleźć ten utwór tak właśnie opisany. Biorąc pod uwagę, jak wiele znaczeń ma "żelazny koń" po chińsku, mogę sobie wyobrazić pół tuzina kompletnie do siebie wzajemnie niepodobnych utworów, które nosiłyby taki tytuł. Czym więc może być żelazny koń? 
鐵馬 [铁马] tiěmǎ - kawaleria; koń w zbroi, stalowa barykada, rower (na Tajwanie), motor (w Hongkongu), lokomotywa (w XIX-wiecznej Anglii), metalowe barierki i w końcu dzwoneczki poruszane wiatrem, często wiszące pod dachami chińskich świątyń. 
Czekam na utwór na guzheng inspirowany szarżą husarii. Albo chociaż wyścigiem rowerowym...

2026-08-27

竹里清风 chłodna bryza w bambusowym gaju

Tym razem kaligrafia lepiej trafiona: przy bambusach wiersz o bambusie, a raczej jego pierwszy wers.
Całość przedstawia się tak:
竹里清风竹外尘, 
风吹不断少尘生。 
此间干净无多地, 
只许高僧领鹤行。 

W bambusach czysty wiatr, poza nimi kurz i pył, 
Wiatr nieustannie wieje, a kurzu wciąż przybywa. 
To miejsce jest czyste, przestrzeni niewiele, 
Tylko dostojny mnich może tu przechadzać się z żurawiem. 

竹 zhú czyli bambus w buddyzmie symbolizuje pustkę (siunjata) i elastyczność. Dlaczego pustkę? Bo jest pusty w środku - a dokładne tłumaczenie siunjaty na chiński to właśnie 空 kōng - ten sam rodzaj pustki, co wewnątrz bambusa. Jednocześnie jest giętki, niełamliwy - jak wyzwolony, oświecony umysł, nie trzymający się kurczowo żadnych koncepcji. W bambusach - choć niektórzy tłumaczą np. "w bambusowym gaju" - czyli jak we wnętrzu oświeconego umysłu, w czystej, naturalnej, niezakłóconej przestrzeni. 

清風 [清风] qīngfēng to dosłownie rześka bryza, orzeźwiający wiatr, jednak od wieków jest to sformułowanie używane przenośnie znacząc czystość i uczciwość. Czyżby były to zachowania czy też cnoty tak rzadkie, że aż przynosiły orzeźwienie i przewiewały zwykłe, paskudne ludzkie zachowania?
Z kolei 塵 [尘] chén to kurz, brud, ziemia. W buddyjskiej terminologii nazywa się tak skazy umysłu i przywiązania. Wywodzi się to z ajatan czyli zmysłów i guṇa czyli przedmiotów zmysłów czy też wyniku działań zmysłów - to, co widzimy, czujemy, słyszymy itd. 
Wszędzie poza bambusem czai się kurz, którego wciąż przybywa. Nie da się go posprzątać, ani od niego uciec. Prawdziwa czystość to nie unikanie brudu, a brak reakcji (idea bardzo pomocna w zachowaniu spokoju, gdy wchodzi się do pokoju dziesięciolatki...). 
Miejsce, które jest czyste to "puste serce" 心空 xīnkōng, czyli citta-śūnyatā - pustka umysłu, pustka świadomości. Do tego właśnie dążymy w medytacji, koanach, w szukaniu oświecenia tu i teraz. Nie potrzebujemy całego wszechświata i dziesiątek lat, tylko błysku zrozumienia w naszym pustym umyśle. Jeśli uda nam się urzeczywistnić tę pustkę, będziemy jako dostojny mnich w towarzystwie równie dostojnego żurawia. W tradycji zen nabiera on innej symboliki niż długowieczność i zasada niedziałania znane nam z taoizmu; gdyby leciał, oznaczałby umysł, który wzniósł się poza samsarę i osiągnął pełne wyzwolenie; jednocześnie pokazuje nieskalaną naturę umysłu, wolną od splamień i przywiązań. Jednak jeśli stałby na jednej nodze w wodzie, byłby metaforą mnicha w stanie głębokiej medytacji zen na siedząco (zazen). 
Kurz będzie zawsze. Samsara nie pozwala na pełne oczyszczenie, nie daje nam świata bez skazy. Pora więc znaleźć wejście do wnętrza bambusa, gdzie kurz nie będzie już nas kalać. Gdy nam się to uda, będziemy przechadzać się z żurawiami - żyć w świecie, nie dając się mu skazić. 

To wiersz kolejnego z Ośmiu Ekscentryków z Yangzhou*, Jin Nonga... bądź jego ucznia, Luo Pina - często przepisywał on i interpretował wiersze mistrza, ale sam tworzył w podobnym stylu. 

*Poprzednim był oczywiście Zheng Xie, o którym wspomniałam tutaj.

2026-08-25

chrupiąca czerwona fasola 酥红豆

Skoro już jesteśmy przy czerwonej fasoli, to pomówmy o bodaj jedynej wersji, którą naprawdę kocham: o chrupiącej czerwonej fasoli prażonej z gorzką kapustą 苦菜酥红豆*. Jest to jedno z najbardziej yunnańskich dań świata, składające się głównie ze wspomnianych dwóch składników z dodatkiem chilli. W dodatku, choć mieszkam tu już tak długo, nadal chadzam na nie do knajpy. Nie to, że nie umiem zrobić. Po prostu samodzielne zrobienie tej fasolki tak, żeby była co najmniej tak dobra, jak w restauracji, jest trudne. Chodzi głównie o dobrą kontrolę temperatury oleju, żeby fasola była chrupiąca, ale żeby jej nie przypalić. 
Składniki
  • 500 g czerwonej fasoli 
  • suszone papryczki chili 
  • gorzka kapusta (大苦菜) 
  • skrobia ziemniaczana 
  • sól 
Wykonanie
  1. Poprzedniego dnia fasolę namoczyć. 
  2. Następnego dnia fasolę najpierw ugotować do miękkości, a następnie dokładnie odcedzić. 
  3. Gorzką kapustę pokroić w drobną kostkę. 
  4. Do miski wsypać skrobię ziemniaczaną; wsypać do niej ugotowaną fasolę i dokładnie obtoczyć.
  5. Rozgrzać wok, wlać olej - na tyle dużo, by mógł całkowicie przykryć fasolę. 
  6. Gdy olej będzie gorący, wrzucić suszone papryczki chilli i smażyć, aż zapachną. 
  7. Następnie dodać obtoczoną fasolę i smażyć na dużym ogniu, by całkowicie odparować wodę z jej powierzchni. 
  8. Gdy woda odparuje, zmniejszyć ogień i smażyć dalej, aż fasola zacznie lekko pękać - to znak, że jest gotowa. 
  9. Wówczas należy wyjąć i odcedzić usmażoną fasolę. 
  10. Z woka odlać większość tłuszczu, a potem obsmażyć pokrojoną kapustę, aż wilgoć odparuje. 
  11. Dodać usmażoną fasolę, posolić i przesmażyć - danie gotowe! 
Doskonałe nie tylko jako jedno z dań obiadowo-kolacyjnych, ale również jako zakąska.



Ciekawostka: danie to jest od lat jednym z moich ukochanych. Jednak jakoś nigdy nie złożyło się, by o nim napisać. Gdy przeglądałam wpisy pod kątem czerwonej fasoli, która została nam podana w Anningu, na hasło "czerwona fasola" na blogu pojawiły się... trzy szkice z naszą chrupiącą czerwoną fasolą. Pierwszy był z 2015 roku. Zawsze wrzucałam zdjęcie, a potem mówiłam sobie, że napiszę kiedy indziej, jak będzie czas, tratata. Właśnie widać. Dziesięć lat z hakiem minęło od pierwszego szkicu. Ech, prokrastynacja. Jeśli czegoś nie zrobię od razu, to potem tak to właśnie wygląda... 
*istnieje również w wersji z yunnańską kiszoną kapustą 酸菜酥红豆.

2026-08-18

鳳尾蘭 orchidea z ogonem feniksa czyli jukka

Ponieważ Tato wyzbierał cały agrest, poza kompotami i dżemami zrobiłam parę słoików gąszczu czyli staropolskiego chutney oraz nastawiłam agrestowy ocet. Z mirabelek i ałyczy zrobiłam hektolitry kompotu, dżem i moją ukochaną tkemali, oczywiście dostosowaną do zawartości tutejszego ogródka. No a potem załapałam się jeszcze na jukkę, szpilecznicę, kręplę (jakież te nazwy są piękne!):


Wszystkie jędrne jeszcze płatki i pędy zebrałam, pozbawiłam pręcików i słupków, opłukałam w zimnej wodzie, a potem, yunnańskim zwyczajem, usmażyłam w omlecie. Na miseczkę kwiatów musiałam wbić pięć jaj, żeby konsystencja była omletowa. Następnym razem usmażę jajecznicę...

Został pożarty tak szybko, że nie zdążyłam zrobić zdjęć. Jeśli macie jeszcze jukkę, to bardzo polecam.

No.

Tym pozytywnym i apetycznym akcentem kończę leniuchowanie. Ruszyłyśmy już w drogę. W przyszłym tygodniu, kiedy trochę odpocznę i odchoruję loty i zmianę stref czasowych, a także kiedy przyzwyczaję się znów do niemal 2000 m.n.p.m, będę chciała powoli wrócić do pisania, czytania (może się to wydawać mało prawdopodobne, ale okazało się, że na przestrzeni ostatniego miesiąca nie tylko nie przeczytałam ani jednej książki, ale nawet nie skończyłam tej, z którą wyjechałam z Kunmingu!) i mojego małego, chińskiego świata. Wracam bardziej zmęczona fizycznie, ale za to z przewietrzoną głową i sercem, które wróciło do rytmu maleńkiej wioski, lasu, morza i pól. Mam nadzieję, że tak naładowane akumulatory wytrwają do przyszłych wakacji. 


2026-07-19

madan มะดัน

Za granicą - obojętnie za którą: kraju, prowincji, czasem nawet miasta czy wręcz dzielnicy - uwielbiam odwiedzać nie tylko targi, ale również supermarkety oraz moje ukochane 7-11. Zawsze znajduje się w nich coś unikalnego, niespotykanego w innych miejscach, choć niby marka ta sama. Po pierwsze mogę tam znaleźć jedzenie, które jest mi całkowicie nieznane. Po drugie - i chyba nawet ważniejsze - w przeciwieństwie do tego na targowiskach, sklepowe jest zazwyczaj opisane, często kilkujęzycznie. Dzięki temu odkryłam madan - tajski owoc wyglądający jak skrzyżowanie śliwki z zielonym chilli. Odkryłam go w postaci piklowanej, odpestkowany, zapakowany w opakowanie próżniowe, jednak teraz już będę wiedzieć, że istnieje, więc na straganie też go nie przeoczę. Jest to kuzyn moich ukochanych mangostanek czyli smaczelin - one też należą do rodzaju Garcinia, tyle, że mangostany to Garcinia mangostana, a madan to Garcinia schomburgkiana
Madan jest rośliną wieloletnią, zimozieloną. Owoce są podłużne, zielone i bardzo kwaśne, bogate w witaminy C oraz A. Mogą być jedzone na surowo, chętnie maczane w papryce z solą, a także kiszone/marynowane, kandyzowane i suszone. Owoce są również wykorzystywane jako przyprawa w tajskich zupach i sosach. Młode pędy i liście są jadane jako warzywo. Roślina jest też używana jako zioło: owoc działa wykrztuśnie, łagodzi stany zapalne gardła, a korzenie i liście wzmacniają organizm. Więcej o owocku możecie się dowiedzieć tutaj:

2026-07-15

酸菜红豆汤 Zupa fasolowa z kiszoną kapustą

Jedna z najpopularniejszych yunnańskich zup jest tak prosta, że w zasadzie nie da się jej zepsuć. Mowa tu o fasolowej z czerwonej fasoli z dodatkiem yunnańskiej kiszonej kapusty. Zazwyczaj gotowana z dodatkiem kości wieprzowych, równie często dostępna jest jednak w wersji wegetariańskiej. Fasola musi tu zostać ugotowana do miękkości przechodzącej w rozgotowanie, tak, że zupa gęstnieje. Dodatek yunnańskiej kiszonej kapusty sprawia, że zupa jest nie tylko kwaśna, ale i pikantna. Choć nazywa się zupą, często podaje się sam "gęścior" na ryżu - istnieją restauracje, które specjalizują się właśnie w tej zupie w różnych wariantach. 
Co do genezy zupy z kwaszonej kapusty i fasoli czerwonej – podanie ludowe łączy ją z postacią Zhuge Lianga i głośnym epizodem z czasów Trzech Królestw, gdy siedmiokrotnie pojmał Meng Huo. Potrawa zrodzona została w czasach skąpych zasobów jako przejaw pomysłowości, która umożliwiała przedłużanie trwałości warzyw oraz korzystanie z lokalnych darów natury, w tym czerwonej fasoli. Otóż gdy armia Zhuge przebywała w rejonie Gór Wumeng, czyli właśnie w okolicach Zhaotongu, głodowała. Podstawowym warzywem w diecie żołnierzy była rabowana na polach gorczyca i inne kapustowate, które wszakże wiosną zaczynały kwitnąć i przestawały być jadalne. Więc Zhuge postanowił zebrać całą kapustę, umyć ją, a następnie sparzyć wrzątkiem. Tak przygotowane warzywa szczelnie zamknięto w glinianych słojach (stanowiących oczywiście podstawowe wyposażenie armii Zhuge), spokojnie sfermentowały i dały armii kiszoną kapustę. Początkowo zresztą żołnierze nie byli przekonani do jedzenia kapusty, która zrobiła się żółta, kwaśna i śliska. Wódz jednak kazał ugotować czerwoną fasolę i dodać do niej posiekaną kwaśną kapustę. Ten Zhuge kompletnie marnował się jako przywódca; powinien być kucharzem. Nie dość, że wymyślił mantou, to jeszcze fasolową z kiszoną kapustą! 
Kiedy kampania wojskowa się skończyła, Zhuge Liang z armią wrócił do siebie, ale zostawili wdzięcznej ludności nową potrawę, na którą miejscowi nigdy by bez Zhuge nie wpadli... A potem rozwinęli kolejne danie korzystając z tego pomysłu: kwaśna zupa z czymkolwiek to właśnie pochodna eintopfa głodujących żołnierzy. Mamy więc w tej samej palecie smakowej np. kwaśną zupę z "kwiatem fasolowym" 酸汤豆花, kwaśną zupę z raciczkami 酸汤猪脚, kwaśną zupę z kurczakiem 酸汤鸡 itd. Wszystkie są pyszne. 

Składniki
  • 150 g czerwonej fasoli 
  • 200 g kości wieprzowych, np. golonki albo żeberek 
  • 150 g yunnańskiej kiszonej kapusty 
  • 10 g imbiru 
  • 10 g pora lub zielonej cebulki 
  • sól 
Wykonanie
  1. Poprzedniego wieczora namoczyć fasolę. 
  2. Na drugi dzień opłukać fasolę i w świeżej wodzie ugotować ją do miękkości. Może to trwać od pół godziny (w szybkowarze) do trzech (jeśli fasola jest stara lub mocno ususzona). Można ją gotować razem z kośćmi; ja najpierw zagotowuję kości, odszumiam wywar i wtedy dopiero dodaję fasolę, żeby gotować tak długo, aż jest idealnie miękka i kremowa. 
  3. W międzyczasie przygotować dodatki: przepłukać i posiekać kiszonkę; posiekać drobno imbir i por. 
  4. Do zupy dodać kiszonkę i imbir; zobaczyć, czy nie trzeba soli; gotować kwadrans, po czym posypać cebulką. Gotowe!
Czerwona fasola na ryżu
Danie to jest tak popularne, że aż powstała przyśpiewka, która o nim opowiada: 
酸溜溜,滑溜溜,酸菜里面加豆豆。 
红铜锅,洋瓷碗,汤汤水水干两碗 
Kwaśne, śliskie, do kiszonki dodana fasola. 
Czerwona miedź, emaliowana miska, pochłaniam dwie miski tej zupy!

2026-07-13

渔舟唱晚 Wieczorna pieśń rybacka

Jest to klasyczny utwór na guzheng wywodzący się z Henanu. Oparty na starożytnej melodii, w obecnej formie został zaaranżowany przez mistrza Lou Shuhua pod koniec lat trzydziestych XX wieku. Istnieje również wcześniejsza wersja mistrza Jin Zhuonana powstała tuż po upadku cesarstwa; częściowo się one pokrywają, jednak wersja Lou Shuhua cieszy się zdecydowanie większą popularnością. 
Co ciekawe, tytuł pochodzi ze słynnego wersu z Tengwangge xu 滕王閣序 autorstwa tangowskiego poety Wang Bo
渔舟唱晚,响穹彭蠡之滨;
雁阵惊寒,声断衡阳之浦 
Z wieczora pieśni rybackie niosą się nad brzegami Pengli*, 
a klucze dzikich gęsi zrywają się z zimna - ich głos zamiera u brzegów Hengyangu

Utwór, w przeciwieństwie do większości kawałków guzhengowych, jest większości Chińczyków doskonale znany, a to dlatego, że pochodząca z lat osiemdziesiątych wersja na keyboard była przez długi czas wykorzystywana jako muzyka w tle prognozy pogody na zakończenie wieczornego wydania wiadomości (kto chętny, może posłuchać tutaj; ja mam uczulenie). 

Oczywiście, najbardziej znana jest wersja tradycyjna, na guzheng:
 
Ciekawa jest również wersja na skrzypce z towarzyszeniem zachodniej orkiestry:  
Gdy odkryłam wersję na flet, czekało mnie małe zaskoczonko: w tym wykonaniu solistką jest moja szkolna koleżanka, Elżbieta Woleńska! Która, jak się okazuje, wykłada flet na jednej z chińskich uczelni! 
 
Biorąc pod uwagę wielką popularność tej melodii, wcale mnie nie dziwi powstanie na jej bazie piosenek pop: Lotos w wodzie George'a Lam oraz Wieczorna pieśń rybacka Michaela Kwan Ching Kit. W kulturze popularnej Zachodu jej obecność zaznaczyła się dzięki temu, że na warsztat wziął ją sam Jean-Michel Jarre:

*彭蠡 Pengli to dawna nazwa największego chińskiego słodkowodnego jeziora Poyang.

2026-07-11

Do boju!

Och, jak się cieszę, że Lu Xun, najważniejszy chiński pisarz, został w końcu przetłumaczony na polski! Kilka jego opowiadań czytałam po chińsku (jedno wchodziło nawet w skład mojego podręcznika do nauki chińskiego), jednak chciałam poznać ich smak po polsku.

To nie była uczta duchowa. Albo raczej: była czasem, przy kolejnym trafnym spostrzeżeniu, które niestety nie zestarzało się do dziś: o kołtuństwie, przesądach, kumoterstwie... Ale jednak - literatura zaangażowana ma jedną zasadniczą wadę: pokazuje tylko te brzydkie strony. Najtrudniej jest zawsze widzieć rzeczywistość taką, jaka jest, kiedy się w niej tkwi, ze wszystkimi bolączkami, ale też okruchami dobra. Świat u Lu Xuna jest brzydki, kłamliwy i pełen wad, bo stwierdził on, że ma obowiązek moralny dotykać tego, co boli i mówić głośno o tym, co wszyscy ukrywają. To było ważne sto lat temu i jest ważne dziś, ale - och! jak bardzo chciałabym przeczytać obserwacje Lu Xuna dotyczące piękna, dobra i empatii! Jeśli faktycznie widział świat dokładnie takim, jaki opisywał, to bardzo mi go żal - bo widział tylko wady. Kiedyś też uważałam, że najważniejsze jest pokazywanie brzydkiej i bolesnej prawdy; dziś wiem, że bodaj trudniejsze jest dostrzeganie nudnego i bezbarwnego dobra. Tak trudno czasem je znajdować wokół siebie czy nawet w sobie...

Nie żałuję lektury, broń buddo! Mogę się nie zgadzać z Lu Xunem, mogę patrzeć nań pobłażliwie za nienawiść do chińskiej medycyny, ale nie ulega wątpliwości, że warto czytać rzeczy, które bolą. Tylko - warto je również przetykać lekturami, które pokażą inną, łaskawszą perspektywę.

PS. Kong Yiji <3

2026-07-09

静坐听雨 Siedźcie cicho, słuchajcie deszczu

Pisałam kiedyś dla Was o filmie Forever Young, opisującym powstanie Południowo-Zachodniego Połączonego Uniwersytetu 西南联大. Pojawia się tam scena, jak to nauczający w mocno polowych warunkach wykładowca raz po raz dopytuje, czy aby studenci go słyszą wyraźnie, ale okazuje się, że nie bardzo. Nic dziwnego - trwała pora deszczowa i lało jak z cebra, co skutecznie zagłuszało słowa wykładowcy. W związku z czym napisał on na tablicy cztery słowa: 静坐听雨. Siedźcie cicho, słuchajcie deszczu.
  
(Scena pojawia się w pierwszych pięciu minutach powyższego fragmentu filmu) 

Bardzo mnie ta scena wzruszyła; przede wszystkim dlatego, że jest oparta na faktach. Te słynne cztery znaki, pokazujące studentom, że okoliczności okolicznościami, a umiejętność zachowania spokoju i dostrzeżenia tego, co ważne tkwi w nas - bez względu na zgiełk i chaos - te właśnie cztery znaki zostały napisane przez Chen Daisuna 陈岱孙, jednego z najsłynniejszych chińskich ekonomistów i wielkiego erudytę.
Urodzony w 1900 roku Chen Daisun pochodził z Fujian, z rodziny o bogatych tradycjach intelektualnych - już jego dziadek wraz z braćmi pozdawali egzaminy państwowe najwyższego stopnia (jinshi). On sam mając lat piętnaście dostał się do prowadzonej przez metodystów szkoły średniej, a trzy lata później został przyjęty do Akademii Qinghua. W 1920 roku dostał stypendium na studia w Stanach Zjednoczonych, gdzie kolejno uzyskał tytuł licencjata, a potem magistra literatury i doktorat z filozofii na Uniwersytecie Harvarda. W 1927 roku wrócił do Chin, by objąć kierownictwo Katedry Ekonomii na Uniwesytecie Qinghua. I właśnie jako profesor ekonomii przybył do Kunmingu nauczać na Południowo-Zachodnim Połączonym Uniwersytecie. 
Wykład połączony z przymusowym słuchaniem deszczu przeszedł do historii i zawsze wydawał mi się szalenie inspirujący. Uwielbiam pokazaną tu postawę wobec życia. Nie chodzi tylko o akceptację tego, czego nie można zmienić, nauczenie się przeżywania nieuniknionych trudności w sposób, który jest twórczy i czegoś nas uczy. Nie chodzi nawet o spokój w środku chaosu i umiejętność zachowania porządku w głowie mimo zgiełku na zewnątrz - choć to buddyjsko-taoistyczne podejście jest mi z wielu względów bliskie (zwłaszcza odkąd mam przy sobie Tajfuniątko). Nie chodzi nawet o równie mi miłą uważność, nie oceniającą, a obserwującą, tak podobną medytacji. Choć całe to wyciszenie i postawa ogólna są oczywiście warte zadumy i naśladowania, ja patrzę na całą tę sytuację z punktu widzenia wykładowczyni i nauczycielki. Kim chcę być? Nauczycielką pilnującą gramatyki i wymowy, przekazującą wiedzę, a potem otrzepującą ręce z kredy i - finito? Czy kimś, kto poza wiedzą może przekazać coś więcej: postawę, uważność i elastyczność w reagowaniu na zmiany? Trudności i niedogodności nie muszą być przeszkodą, mogą być studium przypadku i nauką na przyszłość. Czasem to, co najważniejsze, kryje się w ciszy, podczas przerwy, gdy dajemy czas sobie i innym. Czasem najlepszym nauczycielem jest deszcz, szum, fala, chmura i skrzypienie bambusów. Mogą być tłem, a mogą być motywem przewodnim, jak wszystkie inne piękne i dobre rzeczy i sprawy - muzyka, przyjaźń, miłość... 
Parę tygodni temu do Kunmingu wróciła pora deszczowa z burzami i przemakaniem w pięć minut do suchej nitki. I podczas jednej lekcji, gdy okna były otwarte, a chwilę przed dzwonkiem lunęło jak z cebra, udało mi się skończyć lekcję przed czasem, spojrzeć na studentów i poprosić ich, by odłożyli wszystko i po prostu posłuchali deszczu. Jeśli nawet zapomną wszystkie słówka i czasy, chciałabym, żeby zapamiętali tę właśnie chwilę.

2026-07-07

出水莲 Lotos wyłaniający się z wody

Lotos wyłaniający się z wody to stary (sprzed co najmniej tysiąca lat) utwór z regionu Zhongzhou w środkowych Chinach. W okresie dynastii Song i Yuan został przeniesiony na południe przez lud Hakka. Połączył mocny styl północy z delikatnym pięknem południa. Stał się słynnym utworem w muzyce hakka na guzheng i należy do klasycznego repertuaru guzhengowego. Co ciekawe, jego pierwszy zapis nutowy datowany jest dopiero na 1933 rok! Wcześniej przekazywany był z mistrza na ucznia. Oczywiście, mały diabełek podpowiada mi, że w związku z tym obecna wersja może mocno się różnić od tej sprzed tysiąca lat... Co zresztą znajduje dziś odwzorowanie w co najmniej kilku różnych wersjach na guzheng, różniących się m.in. tempem i ozdobnikami. 
Muzyka rozwija się tu stopniowo, warstwa po warstwie, kojąc duszę. Początek jest delikatny i lekki; dźwięki są powolne i rzadkie, jak poranna mgła nad stawem, z pączkami lotosu nieśmiało wychylającymi się z wody. Część środkowa jest cieplejsza i głębsza; dźwięki są giętkie i przeciągłe. Przed oczyma stają kłącza lotosu, mocno ukorzenione w błocku. Zakończenie powoli cichnie; jest delikatne, ale wciąż niesie z sobą czystego ducha, prawość, siłę i wierność sobie. Wysłuchawszy tego utworu lepiej rozumiemy, dlaczego w chińskiej kulturze lotos symbolizuje prawego człowieka o czystym sercu. Pamiętacie jeszcze, jak opowiadałam Wam o 留白, pozostawianiu bieli, by kontrapunktowała treść? Lotos... wydaje mi się być doskonałym przykładem muzycznej interpretacji tego założenia estetycznego. W prawej ręce lekkość i prostota, dźwięki czyste i jasne, jak zmarszczki na wodzie lub wiatr muskający liście lotosu. W ręce lewej - powolne wibrato i delikatny nacisk; miękkość, ucieczka przed czasem. Nigdzie nie znajdziecie tu ostrości czy hałasu, a tylko - cichą siłę. Przejawia się to i w rytmie, równym i spokojnym jak bicie serca i w kojącej melodii bez wielkich skoków i zaskoczeń. Słuchanie Lotosu... jest jak terapia w tym zabieganym, chaotycznym, stresującym świecie.  
Utwór ten należy do dziesięciu najsłynniejszych utworów na guzheng w Chinach. Ciekawostka: znane są również wersje na pipę,
   
gitarę, a nawet chińską orkiestrę,
   
a także np. duet guzhengu i yehu 椰胡 (kokosowe erhu),
   
czy też na chiński zespół kameralny (zwróćcie uwagę na sposób wykorzystania erhu!)
 
W tej chwili jestem tak w tym utworze zakochana, że uspokaja mnie już pierwsza fraza...

2026-07-05

Park Kultury i Sztuki Szmaragdowego Koguta 碧鸡文化艺术园区

Dwa tygodnie temu miałam przyjemność uczestniczyć w koncerto-pogadance muzycznej prezentującej kilka bardzo znanych utworów na guzheng wraz z dość szczegółowymi objaśnieniami dotyczącymi poszczególnych utworów i technik wykorzystanych do stworzenia w nich niezwykłego klimatu. Co więcej, uczestniczyłam nie tylko jako słuchaczka, ale i jako tłumaczka na angielski, przy czym w trakcie koncertu i pogadanki okazało się, że mimo drobiazgowego przygotowania, będę musiała pójść na żywioł i tłumaczyć chińską dyskusję improwizując. Nie będę ukrywać: nie było to najlepsze tłumaczenie w moim życiu, głównie ze względu na to, że techniki guzhengowe nigdy nie znalazły się w centrum moich zainteresowań. Jednak z drugiej strony, zdarzały mi się i tłumaczenia gorsze, głównie w czasach, w których podstawowym używanym przeze mnie chińskim słowem było 东西 (coś). Dziś wrzucam parę fotek; jeśli chodzi o nagrania, to może kiedyś?
Chen Xingyan 陈星言
Koncert był związany tematycznie z lotosami.
Na pewno podzielę się samymi utworami w innych wykonaniach; bardzo mi się spodobały, a poza tym pozwoliły mi znów wrócić do słuchania guzhengu. Na co dzień robię to rzadko, bo ZB nie przepada ani za guzhengiem, ani za guqinem. Z miliarda Chińczyków musiał mi się trafić taki, który lubi tylko jeden rodzaj herbaty, zamiast taichi uprawia badminton, a w dodatku gardząc tradycyjną chińską muzyką woli saksofon... Wracając do koncertu: odbył się on w studiu Huang Shan, mojej muzycznej koleżanki i sąsiadki przy okazji. Znajduje się ono w Parku Kultury i Sztuki Szmaragdowego Koguta tuż przy Zachodnich Górach (dokładny adres: 昆明西山碧鸡文化艺术园区D-11弦外Space). Nazwa studia jest dwujęzyczna: 弦外Space - dosłownie: przestrzeń poza strunami. Struny oczywiście bo Huang Shan gra na erhu, a przestrzeń, bo poza koncertami odbywają się tam rozmaite warsztaty, wernisaże, performance, a także degustacje kuchni na styku kultur.
Nazwa ta jest szalenie ciekawa również ze względu na sformułowanie 弦外之音 xiánwàizhīyīn, dosłownie: dźwięk poza strunami. Idiom ten oznacza coś, co tkwi między wierszami, niedopowiedzenie, podtekst, aluzję, wydźwięk, nutkę, posmak, wszystkie nieoczywiste implikacje. Nieoczywistość i niedosłowność przestrzeni, która służy wymianie myśli, cieszeniu się sztuką i obcowaniu z pięknem w niewielkim gronie - to wszystko kryje się w tej nazwie. 
Sam Park Kultury i Sztuki to przestrzeń otwarta w 2014 roku jako "inkubator artystyczny". Składa się z około dziewięćdziesięciu pracowni o najrozmaitszym profilu: od galerii i przestrzeni warsztatowych po restauracje i kafejki. Jest tu nawet piekarnia z chlebem z prawdziwego pieca! Czynsze są niewielkie, bo przestrzeń ta znajduje się tak daleko za miastem, że dotrą tu tylko ci, którzy wiedzą, po co przyjeżdżają. Tak jak my. 
Pierwszy raz pojechałam tam z Tajfuniątkiem trochę ponad rok temu: na zwiedzanie, lunch i wycieczkę po górach.
Od tej pory zdarza mi się tam wracać - głównie na koncerty, projekcje filmów dokumentalnych itp. organizowane przez Huang Shan. Gdybyście mieli ochotę na nietypowe zwiedzanie Kunmingu - warto tam zajrzeć. 
A teraz mam dla Was świetną wiadomość: tutaj możecie i Wy pospacerować po tej niezwykłej przestrzeni.

2026-07-03

兰竹诗 Wiersz o orchidei i bambusie

Wiersz o orchidei i bambusie to wiersz o tematyce przyrodniczej, co łatwo poznać po tytule. Tu ciekawostka: takie wiersze zowią się 咏物诗. 詩 [诗] shī to wiersz, poezja. 詠 [咏] yǒng znaczy śpiewać bądź recytować. Zwróćcie tu uwagę na zupełnie idiotyczne "uproszczenie" klucza: mowa 言 przeszła w usta 口; zamiast cudownego w swej prostocie stwierdzenia, że ludzie zawsze 永 będą używać mowy 言 by wyśpiewać, wypowiedzieć emocje, piękno i nadzieje, mamy tylko nędzne usta, które równie dobrze mogą służyć ziewaniu, kichaniu czy pluciu. Ech. 
Wróćmy jednak do naszych wierszy. Środkowy znak to 物 wù - w zwykłej, codziennej mowie oznacza po prostu rzecz, coś. Jednak w języku literackim może tak naprawdę oznaczać wszystko i wszystkich, którzy nie są mną. Cały zewnętrzny świat. Wszystko, co widzę i czuję. Kiedy więc napotykam tłumaczenie, że są to wiersze o "tematyce przyrodniczej", szlag mnie trafia, bo to zupełnie jakby próbować sprowadzić twórczość Tolkiena do bajek dla dzieci. To wiersze pokazujące wszystko, co autor widzi, ale też czym/kim autor jest; rzeczy, które są niezależne od niego, a przefiltrowane przez jego wiedzę, kulturę, wrażliwość mogą być inne dla każdego człowieka. 
Akurat ten konkretny wiersz stworzył qingowski malarz i kaligraf Zheng Banqiao czyli Zheng Xie, jeden z Ośmiu Ekscentryków z Yangzhou. Choć oficjalnie nazwa "ekscentrycy" dotyczy stylu ich malarstwa, jednak Zheng Banqiao był ekscentrykiem również jeśli chodzi o zachowania. Był, wyobraźcie sobie, urzędnikiem. Pewnego dnia jednak stwierdził, że to, jak urzędnicy żyją, jest nieakceptowalne i, wdrażając górnolotne ideały, zbudował przytułek dla ubogich. Oczywiście dostał za to naganę, a wtedy zrezygnował z ciepłej posadki i rzucił się w wir sztuki. Dziwak, prawda? Ujrzał niesprawiedliwość i postanowił jej przeciwdziałać, naiwniak jeden... 
Tematyka wiersza nie dziwi; Zheng był znany z umiłowania orchidei, bambusów i skał, które były częstymi tematami jego obrazów. Jednak nie dajcie się zwieść: natura jest tu tylko symbolem wyrażającym wewnętrzne dążenia i ideały poety - przecież orchidee i bambusy należą do Czworga Szlachetnych, symbolizując niezłomność i prawość. 

四时花草最无穷, 
W cztery pory roku kwiatów wszędzie mnóstwo 
时到芬芳过便空。 
Gdy ich czas przeminie, zmierzymy się z pustką. 
唯有山中兰与竹, 
Tylko w górach bambus z orchideą trwają 
经春历夏又秋冬。 
Jak rok długi są tu - i nie przemijają. 

Bądźmy prawi, wytrzymali, elastyczni i wzniośli jak bambusy; bądźmy niezłomni, piękni, niezależni i czyści jak orchidee; niech nasz charakter pozostanie pięknym i wzniosłym mimo przemijalności wszystkiego innego, mimo wszystkich burz. 
I tylko kompletnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego na załączonym wyżej obrazku wiersz ten został dopasowany do kwiatów moreli. Co by komu szkodziło połączenie wiersza faktycznie z bambusem i orchideą?... 
Za to na deser mam dla Was piękną kaligrafię z bambusem, orchideą i skałą autorstwa samego Banqiao prosto z Muzeum Pałacowego w Pekinie.