2026-04-19

Święto Podwójnej Trójki w Lufengu

Wiele razy wspominałam już o wiosennych rytuałach oczyszczających, związanych z trzecim dniem trzeciego miesiąca księżycowego. Do tej pory skupiałam się głównie na obchodach święta Podwójnej Trójki w Kunmingu, jednak warto wiedzieć po pierwsze, że obchodzone było w wielu miejscach, a po drugie - obchodzili je w rozmaity sposób nie tylko Chińczycy Han, ale również inne grupy etniczne. Wpadł mi niedawno w oko artykuł autorstwa profesora Liu Jianbo dotyczący obchodów tegoż święta przez Yi mieszkających w okolicach Lufengu - czyli w "województwie" Chuxiong. Ich najciekawsze zwyczaje dotyczyły głównie rytuałów związanych z ochroną przed zarazą - czyli doskonale wstrzeliwały się w pierwotne znaczenie tego święta, związanego z rytuałami oczyszczającymi.
Przeczytawszy artykuł, zaczęłam grzebać w temacie, przy okazji odkurzając dawno zdobytą wiedzę o Yi i Yunnanie. Po drodze sformułowałam dziesiątki pytań, które na razie pozostają bez odpowiedzi. 
Wiele grup etnicznych Yunnanu obchodzi to święto - nie tylko Hanowie, ale również Zhuangowie, Miao i Buyi. Tamtejsi Yi natomiast obchodzą je nietypowo: choć zachowują nazwę Podwójna Trójka 三月三, jednak uroczystości odbywają się trzynastego dnia trzeciego miesiąca - ma to związek z legendą, o której za chwilę. Tego dnia mieszkańcy wioski Gaofeng niedaleko Lufengu organizują uroczystości: ofiary, tańce, śpiewy i oczywiście targowisko.
 
Za to bimo (szamani) udają się do starej świątyni w górach, by złożyć w ofierze koguty i owce, modląc się o błogosławieństwo i pomyślność. Część badaczy sądziła, że święto wywodzi się z kultu azalii Delavaya, której kwiaty są związane z płodnością, modlitwami o potomstwo itd. Profesor Liu w trakcie badań odkrył jednak, że istnieją dwie odrębne tradycje ustne dotyczące pochodzenia święta; oprócz kultu górskiego bóstwa ukrytego w naszej azalii, mamy również kult bóstwa medycyny - Króla Lekarstw (药王) - związany bezpośrednio z przekazywaną ustnie historią zarazy i z rytuałami przeciwzarazowymi/oczyszczającymi, dodatkowo nałożony na lokalną wiarę w bóstwo zarazy (瘟神) i bóstwo opiekuńcze ziemi (土主). Wszystkie te kulty początkowo były odrębne, potem zaczęły się jednak poniekąd przenikać. Żeby sprawę dodatkowo skomplikować, nakładają się tu wierzenia chińskie na wierzenia yijskie. Sama koncepcja bóstwa zarazy, z dawien dawna znana etnicznym Chińczykom, zaadaptowana została przez Yi tak, że wrosła w ich własną symbolikę - u nich bóstwo zarazy raz jest białym tygrysem, kiedy indziej wielkim, włochatym bykiem (oba zwierzęta są ważne w yijskich legendach), a kiedy indziej demonem "powstałym po śmierci kobiety, która przez całe życie nie mogła wyjść za mąż z powodu swojej brzydoty", co bardziej szczegółowo opisuje legenda o Dziobatej Ciotce 癞娘娘. 
Ponoć za czasów tangowskich pewien generał walczył z Dziobatą Ciotką; miał do dyspozycji wielkie wojsko, więc w końcu udało mu się zapędzić Dziobatą Ciotkę do jaskini na górze Podwójnej Trójki (!), której wejście następnie zablokował głazami. Biedaczka, zanim zmarła, zapytała tylko, kiedy będzie mogła ujrzeć znów światło dzienne, jednak generał Ma Sanbao odrzekł, że ona wprawdzie już nie wyjdzie, ale za to co rok będzie odwiedzana przez okoliczną ludność, która będzie jej oddawać cześć. Odtąd każdy prowadzący nierówną walkę z trądzikiem czy świerzbem przychodził trzynastego dnia trzeciego miesiąca palić trociczkę i bić pokłony, prosząc Dziobatą Ciotkę o ochronę, zdrowie i pomoc z problemami skórnymi. I teraz tak: wiadomo, że wojny to jedna z głównych przyczyn rozmaitych epidemii i chorób - obecność generała wytłumaczona. Z drugiej łatwo wyguglać Górę Podwójnej Trójki niedaleko Lufengu. Z trzeciej strony ci tangowscy generałowie nie przybywali, żeby pomagać wybijanym zarazą tubylcom, tylko żeby ich trzymać w karbach, a niejednokrotnie i wyrzynać, jeśli ośmielali się butować przeciw władzy chińskiego cesarza. Z czwartej strony generał Ma Sanbao to wprawdzie postać historyczna, faktycznie związana z Tangami, jednak... kompletnie nieobecna w historii Yunnanu! Ciekawe, kiedy inkorporowano go w legendę yijską i kiedy stał się z ich punktu widzenia bohaterem, choć gdyby w ogóle zawitał kiedyś do Yunnanu, byłby najeźdźcą... Tak czy owak, po śmierci Dziobata Ciotka stała się bogiem zarazy, którego zwykły śmiertelnik nie może pokonać, może tylko zaufać rytuałom i błagać mściwe bóstwo o powstrzymanie epidemii czy chorób. Swoją drogą, idea odseparowania ogniska zarazy, żeby ta się nie rozprzestrzeniała, jest ważnym świadectwem wysokiej świadomości medycznej ówczesnych Yi. Ciekawostka: wzięli bóstwo od Chińczyków, jednak zmienili mu płeć. Tradycyjnie wszystkich pięć chińskich bóstw zarazy to mężczyźni - co swoją drogą wydaje mi się zdecydowanie logiczniejsze, skoro to wojska przenosiły choróbska. Stąd właśnie zwyczaj składania ofiar bogu zarazy podczas Podwójnej Trójki. 
Istnieje również niezależna legenda o Królu Lekarstw. Pewnej wiosny wybuchła ponoć nagle wielka epidemia, w trakcie której zmarło wiele ludzi i zwierząt. Na Szczyt Purpurowych Chmur przybył wówczas starzec imieniem Mo Gensheng i zaczął leczyć ludzi i zwierzęta. Jednak epidemia nadal zbierała sute żniwo. Yi wynieśli się więc z tamtych stron (znów: wysoka świadomość medyczna - oddalenie się od miejsca związanego z chorobą), jednak w kolejnym roku, trzynastego dnia trzeciego miesiąca, gdy epidemia już wygasła, Yi zaczęli stopniowo wracać. By uczcić pamięć staruszka, który ratował ludzi, Yi wybudowali świątynię i postawili w niej posąg ku jego czci. Wtedy właśnie narodziła się tradycja dorocznych spotkań owego dnia. Szalenie ciekawi mnie, czy Yi faktycznie zaadaptowali na własne potrzeby któreś z chińskich bóstw buddyjskich (np. Bhajszadźja lub Bhajszadźjarāja) czy taoistycznych (jak Sun Simiao) bądź postać historyczną z historii chińskiej medycyny, czy też są to idee zupełnie niepowiązane, dopiero przez chińskich badaczy opatrzone znakami, które sugerują pokrewieństwo z chińską tradycją. 
Jakby tego było mało, to niejedyna opowieść o Królu Lekarstw. Druga głosi, że w regionie Gaofeng (w przeciwieństwie do Szczytu Purpurowych Chmur łatwo go namierzyć na mapie) wybuchła epidemia, która zdziesiątkowała miejscową ludność. W dodatku nikt nie znał na nią lekarstwa - chorzy mogli już tylko czekać na śmierć. Lokalny zielarz chcąc ratować ludzi przemierzał góry w poszukiwaniu ziół - choćby i musiał spróbować stu, miał nadzieję na znalezienie tego jednego, które pomogłoby jego rodakom. Wspiąwszy się na szczyt góry Podwójnej Trójki wypróbował wiele roślin i w końcu znikła opuchlizna pokrywająca jego rękę. Wrócił więc do domu i nakazał rodakom pójść w góry, nabrać czystej, źródlanej wody zaparzyć w niej herbatkę na bazie tych kilkunastu ziół, które go ozdrowiły. Ponoć po wypiciu wszyscy chorzy ozdrowieli, więc ród Yi został ocalony. By upamiętnić zasługi zielarza, Yi nazwali go Królem Lekarstw. Odtąd wszyscy co roku przychodzą na tę górę, by świętować, a sama góra pełni rolę "świętej". 
Mamy jeszcze trzecią opowieść, o Królu Lekarstw imieniem Naczi Żyma. Był on uczniem swego wuja, a gdy miał zaledwie 15 lat, wuj poddał go próbie: kazał mu się zdiagnozować. Uczeń poprawnie stwierdził, że wuj tak naprawdę udaje chorobę i tak oto zdobył swe lekarskie ostrogi. Razu pewnego zdarzyło mu się leczyć Smoczego Króla i jedną z księżniczek. Upierał się prze dobieraniu leków do chorego, a nie tylko do symptomów. Ponieważ szczęśliwie uleczył oboje, Smoczy Król podarował mu królewską "smoczą szatę" koloru białego. Odtąd chodził on po Yunnanie i leczył lud Yi (źródła nie podają, czy chorych z innych grup etnicznych ignorował). Składając te trzy legendy o yijskich Królach Lekarstw do kupy, zyskujemy przekonanie, że choć historie różnią się w szczegółach, jednak są świadectwem pamięci kulturowej dotyczącej zarazy. Metody leczenia ewoluują; trudno też nie zauważyć podobieństwa zielarza do Boskiego Wieśniaka Shennonga. 
Ale bóstwo zarazy i Król Lekarstw nie wystarczają - Yi dołożyli do nich opiekuńcze bóstwo ziemi 土主. Od zarania dziejów czczone przez Yi jako duch opiekuńczy danego spłachetka ziemi, początkowo "mieszkało" w wysokich sosnach, by wraz z rozwojem kultu dorobić się własnych świątyń i wizerunków - najbardziej znane są te opatrzone sześcioma rękami i trojgiem oczu, dosiadające tygrysa, jednak zdarzają się też bóstwa ziemi będące po prostu przodkami albo dorabiającymi do etatu bóstwami buddyjskimi, jak np. Mahakala - tu widać podobieństwo do lokalnych wierzeń Bajów, którzy z Mahakali również uczynili własne bóstwo bendżuistyczne. Kolejna wersja legendy o Podwójnej Trójce głosi, że aby zapewnić rozkwit wioski, przywódca klanu nakazał wyciąć drzewo azaliowe. Legenda niestety nie podaje, czym owo drzewo mu wadziło, ale najwyraźniej przywódca klanu miał wobec tego miejsca inne plany - może chciał wykarczować las pod pola uprawne? Ścinanie nie poszło łatwo: trwało trzy doby! W końcu jednak drzewo upadło, a z pnia jego wypłynęła strużka krwi. Głupi wieśniacy nie zorientowali się, że to bardzo zły omen, dlatego szalenie ich zdziwiło, gdy ludzie zaczęli chorować, zmniejszyła się dzietność i w ogóle same nieszczęścia. W końcu przywódca poszedł po rozum do głowy i po radę do bimo, a ten rzekł: Azalia koński frędzel jest waszym świętym drzewem, zamieszkanym przez ducha opiekuna. Ściąwszy święte drzewo zabiliście opiekuna waszej wioski, a to nie mogło wam wyjść na dobre. Przerażony przywódca zapytał bimo, czy jest na to jakaś rada. Ten zaś podpowiedział im, by każdego roku trzynastego dnia trzeciego miesiąca wszyscy spotykali się pod posadzonym w tym samym miejscu nowym drzewem by składać w ofierze kurczęta i owce i oddawać cześć świętemu drzewu. Tutaj widać, jak epidemie, choroby, zgony i wszystkie inne nieszczęścia w społeczności Yi wynikają przede wszystkim ze zniszczenia bóstwa opiekuńczego. Z kolei jeśli się przyjrzeć innym tuzhu, okaże się, że bohaterowie, którzy później byli czczeni jako tuzhu zawsze uwalniali lud od nieszczęść, śmierci czy bólu, a niektórzy nawet znali się na ziołach. 
Mamy więc trzy niby niezależne od siebie nawzajem przyczyny świętowania Podwójnej Trójki, jednak tak naprawdę wszystkie te legendy jakoś tam się przenikają i uzupełniają. Bóstwo Zarazy zsyła choroby; Król Lekarstw leczy ziołami i pomaga, a jeśli stanie się w tym naprawdę dobry, zostaje ubóstwiony jako tuzhu - bóstwo opiekuńcze danego miejsca i danej społeczności. Modlitwa do bóstwa opiekuńczego to szamański sposób na pozbycie się choroby, jednak oprócz tego należy zadziałać realną wiedzą medyczną, którą reprezentuje nasz Król Lekarstw. Co ciekawe, to zwalczanie epidemii i chorób zaowocowało nie tylko legendami związanymi z Podwójną Trójką, ale również specyficzną obecnością w trakcie Święta Pochodni - wówczas Yi zakładają maski bóstw i chodząc od domu do domu wykonują Taniec-Z-Maczetami, którego głównym celem jest... odpędzanie demonów i przynoszonych przez nie chorób. Dodając do tego występującą w wielu kulturach symbolikę ognia, który ma oczyszczać, otrzymujemy dodatkowe święto strzegące przed chorobami czy też zarazą. Ciekawostka: w kulturze Yi wierzono dawniej, że również głośny i trudny do ukojenia płacz dziecka spowodowany jest nawiedzeniem go przez ducha/demona choroby. Wprawdzie nikt nie walczy z nim maczetą czy wkładaniem do pieca na trzy zdrowaśki, ale za to podaje się dzieciom do zjedzenia "święty popiół" z ognisk płonących w czasie Święta Pochodni. 
To cudowne pomieszanie wiedzy medycznej (ziołolecznictwo) i szamanizmu z jego wypędzaniem demonów i przywracaniem równowagi we wszechświecie cudownie pokazuje, jak lekarze/bimo starali się zaopiekować i fizycznym, i psychicznym zdrowiem pacjentów. Jedną rzeczą jest wiedza, że kora wierzby to naturalna aspiryna, a drugą świadomość, że jeśli człowiek wierzy, że demon choroby został wypędzony, lekartwo lepiej działa. Nawet w ich dość licznych pismach i eposach zawsze pojawia się ta równowaga: wypędzanie demonów i zażywanie dobrych leków. 
Czy Król Lekarstw Yi jest prototypem bimo? Rytuał dla ducha, lek dla ciała? W trzech przytoczonych legendach leczenie ciała było postawione na pierwszym miejscu, jednak skoro poza Królem Lekarstw Yi poczuli konieczność włączenia w opowieści o Podwójnej Trójce Bóstwa Ziemi, jasnym jest, że równowaga między zdrowiem ciała i zdrowiem duszy jest priorytetem.
Może jeszcze kiedyś zdarzy mi się pojechać do jakiejś yijskiej wioski i przyjrzeć się rytuałom. Gdzieś wciąż żyje we mnie ta dawna studentka kulturoznawstwa pełna entuzjazmu i chęci odkrywania różnorodności świata...

2026-04-18

pestki chlebowca

Tym razem dziadek Gong przyniósł dwie tacki obranych owoców chlebowca; jedne były normalne, żółte, a drugie - pomarańczowoczerwone. Przyniósł oba, żebyśmy mogli organoleptycznie stwierdzić, czy faktycznie te pomarańczowe są warte trzykrotnego podniesienia ceny. Nie były. No ale są owocami chlebowca, więc i tak można zjeść, prawda? Wmłóciliśmy z pół kilo. Góra właśnie zbierała się do wyrzucenia pestek, kiedy powiedziałam, żeby się łaskawie powstrzymała, bo przecież żal tyle jedzenia zmarnować. Spojrzała na mnie jak na kosmitkę; ja jednak nie byłam wcale stropiona - cieszyłam się, że znów ich czymś zaskoczyłam. Bo tak, pestki chlebowca są po obróbce termicznej jadalne, a przy tym pyszne. 

Składniki:
  • pestki chlebowca
  • masło
  • przyprawy
Wykonanie:
  1. Pestki chlebowca obrać z błonek, nakłuć bądź naciąć, wrzucić do wrzątku i gotować 15-20 minut pamiętając o tym, by początkowy poziom wody był sporo wyższy - pestki napuchną.
  2. Po ugotowaniu, gdy popękają ich twarde łupiny, poczekać aż ostygną, a najlepiej wystudzić w zimnej wodzie. Obrać z twardych białych łupin. Można się też pozbyć brązowych skórek. Są jadalne, ale nieszczególnie smaczne. Pestki są już ugotowane i można je śmiało jeść. Są w sumie trochę podobne w smaku do ziemniaków. Można je jednak ulepszyć.
  3. Roztopić na patelni masło i na małym ogniu smażyć pokrojone niedbale pestki do zrumienienia z wybranymi przyprawami. Wystarczy sama sól, ale ja dodaję rozmaite przyprawy - często paprykę w proszku, czasem imbir lub pieprz albo pozwalam Tajfuniątku wymyślić mieszankę firmową. 

2026-04-16

Świątynia Konfucjusza w Mojiangu 墨江文庙

Jednym z nielicznych dobrze zachowanych zabytków powiatowego miasta Mojiangu czyli 联珠镇 Lianzhu Zhen (Miasteczko Połączonych Pereł) jest Świątynia Konfucjusza. Niby jest sporo młodsza np. od tej w Kunmingu - powstała dopiero w 1821 roku - jednak trzeba pamiętać, że zwykły śmiertelnik i tak nie wie, jak starych murów dotyka. Ta kunmińska, najstarsza w Yunnanie (1274) została całkowicie zrównana z ziemią; przetrwała tylko brama główna i mostek; reszta jest niby utrzymana "w stylu", ale powstała już w XXI wieku. Dlatego kiedy czytam, że świątynia w Mojiangu została "wszechstronnie" odnowiona w latach 1995-2003, zastanawiam się, ile w niej Qingów, a ile współczesności - zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że wiemy, iż ucierpiała w trakcie Rewolucji Kulturalnej. No ale miejąc nadzieję, że może jednak jest choć trochę autentyczna, i tak chciałam do niej wstąpić. Jest pięknie położona - na stromym pagórku, więc by odwiedzić kolejne pawilony, musimy się trochę nasapać. I ona, jak wiele yunnańskich Świątyni Konfucjusza, poza "zwykłymi" pawilonami zawiera również pawilon taoistycznego bóstwa nauki i wiedzy Kuixinga 魁星阁, a całość kompleksu w zamierzeniu miała być miniaturką Świątyni Konfucjusza z Qufu. Kompleks ma powierzchnię 7600 m²; bilety kosztują 20 yuanów. Ponoć znajduje się tu jedno drzewo liczące sobie dwa i pół tysiąca lat... jednak o jego istnieniu dowiedziałam się dopiero z internetu; w obrębie świątyni nie było to nijak zaznaczone, nie wiem nawet, czy nadal istnieje.
Szczególnie urokliwa jest ta świątynia jesienią, gdy zostaje ozłocona liśćmi miłorzębu.

2026-04-14

茶祖节 Święto Herbacianego Przodka

Pamiętacie jeszcze herbacianą górę Jingmai? Właśnie dziś Blangowie tam mieszkający rozpoczynają obchody Święta Herbacianego Przodka, będącego ich najważniejszym świętem. A było to tak: 
Ponad 1800 lat temu legendarny przodek Blangów, Pa Aileng, nakazał swemu ludowi sadzenie drzew herbacianych, a przed śmiercią pozostawił przesłanie: 
Gdybym pozostawił wam konie i bydło, bałbym się, że zginą w nieszczęściu; gdybym pozostawił wam złoto i srebro, bałbym się, że je rozpuścicie; pozostawiam wam więc drzewa herbaciane, aby kolejne pokolenia mogły czerpać z nich bez końca.
Pamięć o Pa Ailengu jako Herbacianym Przodku przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Podczas składania ofiar Przodkowi Herbaty wszyscy mieszkańcy wioski, odświętnie przyodziani, wspinają się na starożytne góry herbaciane, by oddać cześć Duchowi Herbaty tam, gdzie po dziś dzień rośnie najgęstsza herbaciana dżungla. Tam to budują bambusowy ołtarz, na którym zatykają papierowe kwiaty; zowie się on Ołtarzem Ducha Herbaty i to właśnie na nim mieszkańcy wioski składają wszystkie ofiary. Po trzykrotnym uderzeniu w bębny, oficjalnie rozpoczyna się ceremonia składania ofiar Przodkowi Herbaty i przywoływania Ducha Herbaty - które też powtarzane jest trzykrotnie. Głośne modły docierają zapewne nie tylko do Ducha, ale również w każdy zakątek gór i lasów, które dla tubylców są najcenniejszym skarbem. Cała ceremonia potrafi trwać nawet cztery dni! 
Każdy herbaciany klan Blangów z Jingmai ma swoje jedno wybrane drzewo - zazwyczaj to najstarsze - Drzewo Ducha Herbaty. Do pnia przymocowany jest maleńki bambusowy koszyczek, służący do przechowywania przedmiotów ofiarnych. Zanim "herbaciani rolnicy" 茶农 zabiorą się za zbieranie liści z owego najważniejszego drzewa (a później wszystkich innych), muszą najpierw oddać cześć Przodkowi Herbaty i złożyć ofiary Duchowi Herbaty. Liście z tego drzewa musi zbierać najstarszy członek rodziny. Zanim jednak w ogóle się do tego zabierze, musi się odpowiednio przygotować: pości, kąpie się i zmienia całą odzież. Nie tylko on się przygotowuje: poprzedniego dnia wszyscy mieszkańcy danej wioski odkurzają instrumenty muzyczne (przede wszystkim bębny i gongi), robią małe białe słonie na szczęście, szykują świąteczne stroje i potrawy. Senior po dotarciu do drzewa klęka przed nim, ofiarowuje świeżo zaparzoną herbatę, a także poczęstunek, zapala świece i recytuje buddyjskie sutry. Dopiero po zakończeniu ceremonii może wejść na drzewo i zbierać liście. 
Ponoć Blangowie wierzą, że w Drzewie Ducha Herbaty jest miejsce i dla człowieka, i dla bóstwa. Dlatego trzeba zarówno dziękować Przodkowi, jak i błagać Ducha o błogosławieństwo i dobre zbiory. Mało tego: zobaczcie, jak pięknie Blangowie inkorporowali buddyzm, tak chętnie wyznawany w tych rejonach, w swe animistyczne wierzenia (Blangowie z innych rejonów równie chętnie inkorporowali chrześcijaństwo). Modlą się do Ducha Herbaty - bo herbata to ich dusza; przenika wszystkie aspekty ich życia, od narodzin do śmierci, sferę sacrum i życie codzienne, wszystko! 
Oczywiście, ceremonia to nie tylko sutry, modły i ofiary. Po oddaniu czci i modlitwach zaczynają się tańce, hulanki i swawole do wtóru bębnów i śpiewów. Jeśli chcecie z daleka poobserwować te obchody, zapraszam do obejrzenia tej audycji - niestety, napisy tylko po chińsku. Tutaj za to artykuł o Górze Jingmai w anglojęzycznym National Geographic z rewelacyjnymi zdjęciami m.in. zrobionymi właśnie w trakcie ceremonii.
Ech, szkoda, że nie mogę tam być! Może kiedyś się uda...

2026-04-13

厚道 być życzliwym i uczciwym

W tej przemiłej herbaciarni w Akwamarynowym Strumieniu, gdzie nauczyłam się tak wiele o Hani, herbacie i życiu, na głównej ścianie pyszniła się kaligrafia, która wręcz ostentacyjnie przypominała gospodyni o jej obowiązkach względem gości.
厚道 hòudao to być uczciwym i życzliwym, nieprzesadnym, niezłośliwym, niewrednym... Po chińskich tłumaczeniach widać, że często łatwiej wyjaśnić, czym NIE jest hòudao niż czym JEST. Dodatkowe wyjaśnienia: bycie takim samym na zewnątrz, jak w środku (表里如一), nie oszukiwać, nie intrygować. Na tych osobach można polegać, a poza tym są wobec ciebie wyrozumiałe i wielkoduszne. Najbliższym konfucjańskim odpowiednikiem byłoby być może sformułowanie 忠恕 zhōngshù, czyli wypełnianie swych obowiązków/lojalność względem innych i empatia ("nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe"). Jest ono jednak dużo bardziej formalne, a przy okazji - moim zdaniem - bardziej intelektualne, a mniej... ciepłe. Wydaje mi się, że hòudao łatwiej sobie wyobrazić po prostu ze względu na etymologię. Znaki te bowiem to dosłownie "gruba droga". Drogę skojarzmy sobie z taoistyczną, czyli z drogą raczej w sensie duchowym, ze sposobem myślenia, z rozwojem osobistym i wyborami. Za to grubość wywodzi się ze sformułowania 寬厚 [宽厚] kuānhòu, które dosłownie jest zbitką "szeroki+gruby". Niby można tak powiedzieć o czyjejś budowie fizycznej, albo na przykład o czyimś głębokim głosie, jednak znacznie częściej służą te słowa do opisu osoby wielkodusznej, szczodrej, tolerancyjnej, wyrozumiałej, uczciwej... "Szerokość" dotyczy według mnie szerokości otwarcia serca na ludzi. "Grubość" za to byłaby solidnym, trwałym fundamentem w relacjach międzyludzkich, a może wręcz GŁĘBOKOŚCIĄ relacji. Znak grubości jest bowiem używany nie tylko do opisu rzeczy materialnych, ale i do zasugerowania głębi smaku, mocy uczuć itp. 
Sama szerokość nie wystarczy: można być niby otwartym na ludzi, ale powierzchownym i zmiennym; dopiero grubość dostarcza nam cech, dzięki którym możemy tej szerokości zaufać. Tu nie chodzi tylko o to, żeby być miłym po wierzchu; najważniejsze jest to, czy faktycznie życzliwość sięga głębi naszej duszy, czy jest warstwą tak grubą, że pod nią nie ma już miejsca na zazdrość, złośliwość, wbijanie szpilek i przewracanie oczami. Nie ma miejsca na bycie miłym i uśmiechniętym, a po powrocie do domu zdejmowanie maski i wzdychanie "jak ona mnie wpienia!". Tu chodzi o szczerą i niczym niezakłóconą życzliwość wobec drugiego człowieka, przyjmowanie go z dobrodziejstwem inwentarza, a nie warunkowo. Hòudao nie ma jednego, ustalonego raz na zawsze znaczenia ani formy – jest raczej przejawem postawy duchowej i wyrazem określonego stosunku do życia. Budzi zaufanie, daje poczucie stabilności, koi i wzrusza. Budzi ciepło w sercu jak gorąca czekolada w zimowy dzień, koi jak morska bryza podczas upału, lektura Muminków i utworki Lin Haia, dotyka nagiego wnętrza duszy jak piosenki Osieckiej. 
Patrząc na tę kaligrafię, zastanawiam się nad tym, czy zawsze powierzchowność jest zła. Jasne, najlepiej przebywać z ludźmi życzliwymi, szczerymi, wielkodusznymi i tak dalej. Jednak ideał ten jest dość ciężki do osiągnięcia przez zwykłych śmiertelników - ja przynajmniej się z nim spotykam nieczęsto. Ba! Ja sama, mimo wszelkich prób, bywam mniej wielkoduszna niżbym chciała, zdarza mi się złośliwa myśl czy dwie; niespieszno mi też do ujawnienia myśli, które nie przynoszą mi chwały, a jednak czasem się zdarzają. Gdy spotykam kogoś, kto jest względem mnie miły, pragnę wierzyć, że on jest taki naprawdę, do szpiku kości, 24/7. Czy jednak ja sama jestem w stanie to osiągnąć? 
Jeszcze nie. Więc może w trakcie tego dążenia do stania się osobami idealnie życzliwymi w stosunku do świata, bądźmy może po prostu życzliwi na tyle, na ile właśnie teraz potrafimy - nawet jeśli nie spełniamy i warunku szerokości, i grubości serca, pamiętajmy, że choćby jedno z nich jest lepsze niż żadne. Ale jeśli już mamy wybierać, lepiej być powierzchownie życzliwym czy dogłębnie, boleśnie szczerym? I znów: trudno powiedzieć. Ach, te nasze relacje, przyjaźnie, miłości... Czasem surowiej oceniamy tych, których kochamy, niż tych, z którymi nic nas nie łączy. Dlaczegóż to? Gdy jesteśmy bliżej, w oczy włażą nam szczegóły, których nie widzi się z dala, to jasne, ale czy musimy pozwalać na to, by doskonała widoczność utrudniała nam wyrozumiałość? Przecież właśnie ci, którzy są blisko, najbardziej potrzebują szerokiej ścieżki do naszego serca, opartej na grubaśnych fundamentach!  
Cieszę się bardzo, że akurat w tej herbaciarni zamiast "zwykłych" kaligrafii herbacianych czy biznesowych powitała nas właśnie ta. Dobrze sobie czasem przypomnieć, że ostatecznie to my kształtujemy nasz charakter i zachowanie względem drugiego człowieka. I że istnieją w życiu sprawy ważniejsze niż to "kto ma rację". Przecież nawet Einstein powiedział, że życzliwość jest najwyższą formą inteligencji.

Na deser kilka innych sformułowań z "grubością": 
  • 厚愛 [厚爱] hòu'ài czyli dosłownie gruba miłość znaczy pokazywać wielką troskę i uczucie; 
  • 深情厚意 shēnqínghòuyì - wielka serdeczność, szczera przyjaźń. Dosł. głęboki i gruby afekt 
  • 深情厚誼 [深情厚谊] shēnqínghòuyì - głęboka przyjaźń. Dosł. głębokie i grube uczucie przyjaźni 
  • 厚誼 [厚谊] hòuyì - hojny w przyjaźni. Dosł. gruba przyjaźń

2026-04-11

APT.

Od jakiegoś czasu piosenka ta bije absolutne rekordy popularności jako tło muzyczne do śmiesznych krótkich filmików w chińskich mediach społecznościowych. Ponieważ tych krótkich filmików z zasady nie oglądam, pewnie nie zwróciłabym w ogóle uwagi na tę piosenkę, ale tak wpada w ucho i ma tak obłędnie pozytywny vibe, że często sobie ją z Tajfuniątkiem podśpiewujemy w charakterze pieśni pracy.
   
Nie zdawałam sobie sprawy, że przy odrobinie wysiłku mogę ją wpasować w azjofilski blog! Piosenkę stworzyli bowiem wspólnie Bruno Mars oraz Rosé 로제, koreańska piosenkarka! Mało tego, zgodnie ze słowami jednego z komentatorów, "Apateu" czyli tytuł piosenki ma po koreańsku dwa znaczenia:
  •  zaczerpnięty z angielskiego apartament 
  • nazwa koreańskiej gry alkoholowej - podczas gry woła się właśnie tak samo, jak w refrenie piosenki.
Można również zobaczyć zmodyfikowaną wersję gry w wykonaniu duetu (0:49 sekunda teledysku). Oryginalnie gra wygląda tak: 
The leader picks a number, and then everyone stacks their hands in a pile. The person with their hand at the bottom moves it to the top and counts up from 1, all the way to the chosen number. Whoever ends up saying that number has to drink soju as a punishment.

2026-04-09

Nieśmiertelny z góry Zhebi

Na północny zachód od Starego Miasteczka Akwamarynowy Strumień znajduje się góra Zhebi (Zasłoniętej Akwamaryny). Góra Zhebi jest wysoka i porośnięta gęstym lasem, dzięki czemu nawet w najskwarniejsze dni jej zbocza pozostają przyjemnie chłodne. Na szczycie góry znajduje się stara świątynia, otoczona wysokim, kamiennym murem, a przy niej studnia, której woda wypływa z pnia uschniętego drzewa. Woda ta jest zawsze chłodna, czysta i słodka. To o tej wodzie mówią ludzie, którzy wspominają, że idą na górę Zhebi napić się chłodnej wody. 
Legenda głosi, że świątynię ową zamieszkiwał swego czasu Nieśmiertelny, która często dosiadłszy białego rumaka przyjeżdżał do Bixi w dni targowe. Jeśli po drodze spotykał żebraków, ludzi chorych bądź słabych, często obdarzał ich jałmużną lub leczył. Z czasem stał się znany jako Nieśmiertelna Dusza z Akwamarynowego Szczytu (碧岫灵仙), a samą górę Zhebi zaczęto nazywać "Miastem Nieśmiertelnych". By mu podziękować, ósmego dnia drugiego miesiąca księżycowego i trzeciego dnia trzeciego miesiąca księżycowego dorocznie przychodzili do tej świątyni okoliczni mieszkańcy, by go odwiedzić. 
Był to jeden z Ośmiu Widoków Mojiangu (czy raczej Talangu, bo w tamtych czasach tak właśnie się Mojiang nazywał). Niestety, choć góra Zhebi faktycznie istnieje, o źródle i świątyni już dawno ani widu, ani słychu. To samo dotyczy większości pozostałych widoków Mojiangu. Czas nie obszedł się z tymi okolicami łaskawie; niegdyś zamożne miasteczko Bixi i jego bezpośrednie okolice, bogate herbatą, srebrem i skarbami lasów, po nadejściu Nowych Chin zmarniały, nie dając miejscowym żadnej możliwości rozwoju. 
Ciekawe, czy na fali powrotu do tradycji i tu odbudują stare widoki na nowo, udając ciągłość i poszanowanie dla lokalnej kultury. W sumie nawet nie wiem, czy wolałabym podróbkę staroci, która przynajmniej coś mówiłaby o tradycji, czy coś zupełnie nowego, zapewne szkaradnego jak betonowe pawilony stylizowane na późnych Mingów, co może i kpi z historii, ale za to pokazuje współczesne Chiny w pełnej krasie...

2026-04-07

Rezydencja Li Xiushana 李秀山宅

Następnym ciekawym zabytkiem Bixi jest rezydencja Li Xiushana. Przyjrzyjcie się uważnie, jaka jest wielka! W ogóle nie ma porównania z zupełnie mimo wszystko zwykłym "jednopieczęciowym" siheyuanem rodziny Yu.
remont trwa. Miejmy nadzieję, że kiedyś będzie można wejść na następne piętro.
Kimże był ów Li, że tak cudownie sobie mieszkał? Otóż Li Xiushan był kapitanem tzw. oddziału tępiącego bandytyzm 剿匪大队长. Zwróćcie uwagę na pierwszy znak: 剿 jiǎo z charakterystycznym nożem 刂 oznacza anihilację, wytępienie, a w dawnych kronikach występował również w znaczeniu wojskowej wyprawy równoznacznej z rzezią. Sama idea oddziału szczytna - mieli pilnować, żeby bandyci się nie panoszyli, nie rabowali, nie napadali na bezbronne wioski ani tym bardziej na tak fajne, bogate miasteczka jak Bixi. Jednak, jak to bywa, lekarstwo okazało się gorsze od choroby. Li Xiushan z kompanami był zbójem jakich mało. W 1946 roku urządził przy wschodniej bramie miasta kasyno i czerpał z niego zyski, doprowadzając miejscową ludność do ruiny: wyprzedawali woły, konie, a nawet pola i ziemię. Jednak Li Xiushanowi mało było przejmowania okolicznych majątków. Postanowił wybudować kamienne mosty, by połączyć Bixi z Mojiangiem i, aby zdobyć na ten szczytny cel środki, zaczął od przechodzących karawan pobierać myto wysokości dziesięciu groszy od końskiego łba. Karawan było sporo, bo to przecież na trasie Szlaku Końsko-Herbacianego, więc zarobił niemało. Jednak nie musiał wydawać forsy na robociznę, bo chłopi pracowali za darmo, przymusowo oczywiście. Mosty wprawdzie nie powstały, ale za to Li zdołał wybudować dla siebie dwupiętrowy dom. Ależ go mieszkańcy nienawidzili i wyklinali - ale tylko po cichu. 
Do czasu. Latem tego samego roku nauczyciele z podstawówki w Bixi przy pomocy miejscowej młodzieży napisali kilka anonimowych wiadomości, które przykleili jak gazetę wieczorną na murze przy ośmiokątnej wieży w centrum Bixi. Parę miesięcy później w Dwutygodniku Mojiańskim ukazał się artykuł Trzej tyrani z Bixi, opowiadający o trzech panach Li, którzy byli w Bixi znani z mordów, szantażu, wymuszeń, nielegalnego hazardu i - co najgorsze - wykorzystywania stanowisk do prywatnych celów. Li Xiushan stwierdził, że autorem na pewno znów są nauczyciele, więc ich zaprosił na bankiet, obsypał stekiem wyzwisk i pobił dyrektora szkoły. Konflikt eskalował; coraz więcej osób mówiło głośno o przewinach Li, coraz wyżej postawieni dowiadywali się o jego bestialstwie i iście mafijnym sposobie życia - skarga i apel zostały złożone do władz powiatu, a jednocześnie pisemko o mówiącym wszystko tytule Dziesięć Zbrodni Li Xiushana trafiło do czterech głównych redakcji gazet w Kunmingu, stowarzyszeń, instytucji i grup nie tylko w stolicy prowincji, ale też wszystkich większych miast regionu. Reakcja Li Xiushana? Za radą krewnego wysłał opium i srebro do urzędu powiatowego, a następnie wyprawił parę wypasionych bankietów, zapraszając szefów wszystkich instytucji i grup oraz lokalną "artystokrację". W ich trakcie szczerzył oszczerstwa na temat ludności Bixi i prosił gości o "wymierzenie sprawiedliwości". 
Czy to mogło być skuteczne? Cóż. Kuomintangowski naczelnik powiatu bezpośrednio po otrzymaniu skarg deklarował surową rozprawę z Li. Jednak opium, srebro i bankiety zmieniły jego postawę. Niedługo zwołał spotkanie mediacyjne i po wysłuchaniu obu stron sporu zadecydował, że za pobicie, kasyno i resztę przestępstw, na które było za dużo świadków, Li musi zapłacić grzywnę; powinien również ukończyć budowę mostów. Jednak wymuszanie, morderstwa, nielegalna wycinka drzew itd. są nie do udowodnienia, więc Li nie będzie za nie sądzony. Obłaskawieni przez Li urzędnicy i wykształciuchy chwalili werdykt, choć poszkodowani protestowali. Naczelnik powiatu nakazał podpisanie ugody i tak się to skończyło. Po tej skardze niektórzy nauczyciele i część młodzieży osobiście przekonali się, że urzędnicy rządu Kuomintangu są powszechnie skorumpowani. Dla pieniędzy gotowi byli porzucić wszelką sprawiedliwość i prawo. 
W tym momencie kończy się normalna historia jakich wiele o lokalnym tyranie i walce z niesprawiedliwością, a zaczyna laurka dla Sami-Wiecie-Kogo, jak to pomogli zjednoczyć mieszkańców i walczyć z nieprawością. Bo, jak wiadomo, nieprawość to urzędnicy Kuomintangu, li i jedynie. Po pokonaniu Li jego rezydencja została zmieniona w coś w rodzaju muzeum pokazujące walkę o sprawiedliwość społeczną itd. My jednak zwiedzaliśmy dla samej przyjemności zobaczenia, jak mieszkali sto lat temu w Bixi naprawdę bogaci ludzie.

2026-04-05

zielony knedel 青团

Dziś chińskie Święto Zmarłych, czyli Święto Czyste i Jasne, a oprócz tego początek kolejnej z naszych 24 pór roku. Z tej okazji chciałam Wam przedstawić przekąskę (a jakże, Chińczycy przecież zawsze świętują brzuchami), która jest popularna właśnie dziś i przez najbliższe dwa-trzy tygodnie (choć oczywiście obecnie można ją dostać również poza sezonem):
青糰/青团 Qīngtuán czyli dosłownie zielona klucha to coś w rodzaju gotowanego na parze knedla ryżowego wywodzącego się z Południowych Chin (Jiangnan), acz popularnego w całych Chinach. Jest zrobiony z ryżu kleistego barwionego bylicą chińską bądź jęczmieniem płonnym. Dziś knedle, które można kupić poza sezonem, mają ciasto barwione matchą, szpinakiem, liśćmi trukwy itp. Nadzienie tradycyjnie powinno być zrobione ze słodkiej pasty z czerwonej lub czarnej fasoli, jednak qingtuany dostępne komercyjnie mogą mieć nadzienia bardzo różne - ostatnio trafiłam na takie z durianem, a także z suszonym słodkim mięsem rousong oraz kiszonym kaczym jajem - słone nadzienia są mniej popularne od słodkich, ale się zdarzają. Oczywiście, mało kto bawi się w samodzielne przygotowanie tej przekąski, zazwyczaj się ją po prostu kupuje na targu, w sklepie bądź od komiwojażerów. Tradycja spożywania qingtuanów podczas naszego święta najprawdopodobniej wzięła się z przedstawionego już kiedyś przeze mnie Święta Zimnego Jedzenia. Ponieważ nie wolno było wówczas rozpalać ognia, to właśnie przekąski w stylu naszych knedelków miały największe wzięcie, ponieważ dało się je przyrządzić z wyprzedzeniem. 
Szczerze mówiąc, nie jestem wielką fanką tej przekąski, ale gdy zaczyna się pojawiać na targu, Tajfuniątko nie potrafi przejść obok nich obojętnie, w związku z czym zdarza mi się uszczknąć kąsek czy dwa.

2026-04-02

Jak Smokoń zniebazstąpił i zostawił odcisk kopyta

Dawno, dawno temu, w pewne skwarne popłudnie, na niebie pojawił się niezwykły znak - purpurowa błyskawica, gruba jak studzienna cembrowina, runęła na ziemię, uderzając w podwórze za domem starego Zhao w górskiej wiosce Bugan. Gdy opadł kurz, oczom wszystkich ukazało się coś przedziwnego: zwinięty w kłębek biały stwór o smoczym łbie i końskim ciele. Ponieważ nijak nie dało się go przepędzić, a krzywdy nikomu nie czynił, dali mu spokój i nadali mało może oryginalne, jednak odpowiadające rzeczywistości imię Smokoń 龙马. Prowadził nocny tryb życia - po zmierzchu wychodził na żer, a całe dnie spał. Wkrótce jednak wieśniakom przestała się podobać jego obecność - pożerał całe połacie dojrzewającego ryżu; postanowiono się go pozbyć. Pewnego dnia, gdy Smokoń pogrążony był w głębokim śnie, związano go linami i zaniesiono pod stare drzewo, by żarłoka złożyć w ofierze. Już go miano zabić, gdy się obudził i zarżał przenikliwie. Po chwili na niebie znów rozbłysły purpurowe światła, takie same, jak podczas jego zejścia na ziemię. Ku największemu zdumieniu wieśniaków, nagle ukazał się wojownik schodzący z nieba po obłokach jak po schodach. W dłoni dzierżył lśniącą srebrną włócznię, odziany był w białą zbroję i takiż hełm. Zszedłszy zawołał w głos: Nie ważcie się skrzywdzić mego ukochanego rumaka! Machnął srebrną włócznią i liny prysły, jakby ich nigdy nie było. Smokoń zerwał się na równe nogi, a wojownik go dosiadł. Zanim oszołomieni wieśniacy zdążyli zareagować, Smokoń z rycerzem na grzbiecie wskoczył na wielki głaz przy górskim zboczu i z głośnym rżeniem jednym susem wskoczył na purpurowe obłoki; wraz z nimi zniknęły purpurowe światła. Gdy przerażeni wieśniacy podbiegli do głazu, okazało się, że widnieje na nim ogromny odcisk kopyta. 

Wiosek o nazwie Bugan jest w Yunnanie sporo, tym razem chodzi o tę tuż przy Mojiangu. Trochę zdziwiło mnie to, że legenda została poniekąd połączona z kanononem wierzeń Hanów, ponieważ tubylcy zrównali swego Smokonia i jego rycerza z nikim innym a Zhao Yunem, czyli legendarnym generałem z Okresu Trzech Królestw, który później został ubóstwiony i zdarza mu się pojawiać w charakterze jednego z Bóstw Drzwi, i jego rumakiem 白龍駒 czyli dosłownie "Białym Smoczym Rumakiem". Może to przez połączenie z chmurami? Imię naszego rycerza to właśnie Chmura. A może przez skojarzenie nazwiska bohatera z nazwiskiem starego wieśniaka, na którego podwórzu wylądował Smokoń? Z drugiej strony, nikt go nie pokojarzył z innym Smokoniem, znanym z Wędrówki na Zachód. Tyle pytań, żadnych odpowiedzi...

2026-03-31

kapusta głowiasta

Kapusta głowiasta, biała albo czerwona (modro 😉 ). Cóż w tym skomplikowanego? Ano to, że po chińsku ta biała nazywa się 蓮花白 [莲花白] lián​huā​bái (dosł. Biel Kwiatów Lotosu), a czerwona 紫甘藍 [紫甘蓝] zǐ​gān​lán (dosł. fioletowa kapusta warzywna). W nazwie nie mają z sobą NIC wspólnego i część Chińczyków twierdzi, że to są zupełnie różne warzywa. Oczywiście, w wiedzy są duże różnice regionalne, wynikające właśnie z nazewnictwa - bo obie kapusty mają wiele różnych imion i z niektórych wynika jasno, że są spokrewnione (np. na Tajwanie jedno to 高麗菜 [高丽菜] gāolícài, a drugie - tak samo, tylko z fioletem 紫 na początku...). Ciekawostka: tajwańska nazwa znaczy dokładnie "koreańskie warzywo". 高麗 [高丽] Gāolí to średniowieczne królestwo koreańskie Koryŏ, od którego wywodzi się współczesna nazwa Korei. 
Oczywiście, nigdy nie pamiętam właściwej nazwy modrej kapusty, w związku z czym w naszym domu na stałe funkcjonują nazwy: dla białej kapusty normalnie 莲花白, a dla modrej jest po prostu 莲花紫 czyli Purpura Kwiatów Lotosu... 
Takie to mam rozkminy w trakcie przyrządzania kimchi na bazie fioletowej kapusty, które okazało się być sto razy lepsze od wszystkich dotychczas przeze mnie zrobionych. Pod koniec ubiegłego roku zrobiłam zarówno zwykłą kiszoną kapustę na bazie tej modrej  (również okazała się absolutnym hitem), jak i kimchi. Inna rzecz, że choć mówię dumnie "kimchi", jest ono raczej niestandardowe. Wszystko przez to, że wpadł mi w oko przepis zatytułowany 辣白菜, czyli dosłownie "kapusta pekińska na ostro". Pod tą tajemniczą nazwą kryje się nic innego jak właśnie kimchi, z tym, że przepisy chińskie niekoniecznie pokrywają się z koreańskimi. Wielu Chińczyków odrzuca zapach sosu rybnego czy fermentowanych ryb i owoców morza, które są niezbędnym dodatkiem w wielu tradycyjnych koreańskich przepisach. Stąd przepisy, które stawiają na nieco mniej kontrowersyjne aromaty, a jednocześnie zachowują samą ideę. 
Poniżej przepis zmodyfikowany przeze mnie: zamiast pierwotnie użytej kapusty pekińskiej wykorzystałam modrą, a zamiast jabłka i gruszki dodałam zielone mango. Reszta pozostała taka sama.

Składniki
  • duża główka kapusty pekińskiej 
  • 100 g soli 
  • 300 g suszonego chilli (ja wybrałam stosunkowo nieostre) 
  • 1 gruszka 
  • 1 jabłko 
  • 50 g imbiru 
  • ewentualnie łycha zagęstnika na bazie mąki z kleistego ryżu (łyżka mąki wymieszana z wrzątkiem) 
Wykonanie
  1. Kapustę umyć i rozkroić na ćwiartki, natrzeć solą, zostawić na całą noc. 
  2. Suszone chilli umyć, wysuszyć i pokroić na mniejsze kawałki. Zmiksować z imbirem i owocami. 
  3. Do papki dodać resztę soli i ewentualnie zagęstnik. 
  4. Umyć kapustę i nasmarować ją papką. Można również po umyciu posiekać i wymieszać z papką - szybciej i równiej się ukisi. 
  5. Szczelnie zamknąć i zostawić na minimum 3-4 dni. Ja kisiłam tydzień, a potem przełożyłam do lodówki. 
Tę najprostszą wersję można dowolnie wzbogacać innymi warzywami (marchew, rzodkiew, cebula) czy owocami, a także obficiej przyprawiać, np. dodając czosnek, czosnek bulwiasty, cebulkę zieloną czy pieprz. W wielu przepisach pojawia się cukier, jednak jeśli używamy już słodkich owoców, nasza fermentacja będzie i tak przebiegać wystarczająco szybko.