2026-07-09

静坐听雨 Siedźcie cicho, słuchajcie deszczu

Pisałam kiedyś dla Was o filmie Forever Young, opisującym powstanie Południowo-Zachodniego Połączonego Uniwersytetu 西南联大. Pojawia się tam scena, jak to nauczający w mocno polowych warunkach wykładowca raz po raz dopytuje, czy aby studenci go słyszą wyraźnie, ale okazuje się, że nie bardzo. Nic dziwnego - trwała pora deszczowa i lało jak z cebra, co skutecznie zagłuszało słowa wykładowcy. W związku z czym napisał on na tablicy cztery słowa: 静坐听雨. Siedźcie cicho, słuchajcie deszczu.
  
(Scena pojawia się w pierwszych pięciu minutach powyższego fragmentu filmu) 

Bardzo mnie ta scena wzruszyła; przede wszystkim dlatego, że jest oparta na faktach. Te słynne cztery znaki, pokazujące studentom, że okoliczności okolicznościami, a umiejętność zachowania spokoju i dostrzeżenia tego, co ważne tkwi w nas - bez względu na zgiełk i chaos - te właśnie cztery znaki zostały napisane przez Chen Daisuna 陈岱孙, jednego z najsłynniejszych chińskich ekonomistów i wielkiego erudytę.
Urodzony w 1900 roku Chen Daisun pochodził z Fujian, z rodziny o bogatych tradycjach intelektualnych - już jego dziadek wraz z braćmi pozdawali egzaminy państwowe najwyższego stopnia (jinshi). On sam mając lat piętnaście dostał się do prowadzonej przez metodystów szkoły średniej, a trzy lata później został przyjęty do Akademii Qinghua. W 1920 roku dostał stypendium na studia w Stanach Zjednoczonych, gdzie kolejno uzyskał tytuł licencjata, a potem magistra literatury i doktorat z filozofii na Uniwersytecie Harvarda. W 1927 roku wrócił do Chin, by objąć kierownictwo Katedry Ekonomii na Uniwesytecie Qinghua. I właśnie jako profesor ekonomii przybył do Kunmingu nauczać na Południowo-Zachodnim Połączonym Uniwersytecie. 
Wykład połączony z przymusowym słuchaniem deszczu przeszedł do historii i zawsze wydawał mi się szalenie inspirujący. Uwielbiam pokazaną tu postawę wobec życia. Nie chodzi tylko o akceptację tego, czego nie można zmienić, nauczenie się przeżywania nieuniknionych trudności w sposób, który jest twórczy i czegoś nas uczy. Nie chodzi nawet o spokój w środku chaosu i umiejętność zachowania porządku w głowie mimo zgiełku na zewnątrz - choć to buddyjsko-taoistyczne podejście jest mi z wielu względów bliskie (zwłaszcza odkąd mam przy sobie Tajfuniątko). Nie chodzi nawet o równie mi miłą uważność, nie oceniającą, a obserwującą, tak podobną medytacji. Choć całe to wyciszenie i postawa ogólna są oczywiście warte zadumy i naśladowania, ja patrzę na całą tę sytuację z punktu widzenia wykładowczyni i nauczycielki. Kim chcę być? Nauczycielką pilnującą gramatyki i wymowy, przekazującą wiedzę, a potem otrzepującą ręce z kredy i - finito? Czy kimś, kto poza wiedzą może przekazać coś więcej: postawę, uważność i elastyczność w reagowaniu na zmiany? Trudności i niedogodności nie muszą być przeszkodą, mogą być studium przypadku i nauką na przyszłość. Czasem to, co najważniejsze, kryje się w ciszy, podczas przerwy, gdy dajemy czas sobie i innym. Czasem najlepszym nauczycielem jest deszcz, szum, fala, chmura i skrzypienie bambusów. Mogą być tłem, a mogą być motywem przewodnim, jak wszystkie inne piękne i dobre rzeczy i sprawy - muzyka, przyjaźń, miłość... 
Parę tygodni temu do Kunmingu wróciła pora deszczowa z burzami i przemakaniem w pięć minut do suchej nitki. I podczas jednej lekcji, gdy okna były otwarte, a chwilę przed dzwonkiem lunęło jak z cebra, udało mi się skończyć lekcję przed czasem, spojrzeć na studentów i poprosić ich, by odłożyli wszystko i po prostu posłuchali deszczu. Jeśli nawet zapomną wszystkie słówka i czasy, chciałabym, żeby zapamiętali tę właśnie chwilę.

2026-07-07

出水莲 Lotos wyłaniający się z wody

Lotos wyłaniający się z wody to stary (sprzed co najmniej tysiąca lat) utwór z regionu Zhongzhou w środkowych Chinach. W okresie dynastii Song i Yuan został przeniesiony na południe przez lud Hakka. Połączył mocny styl północy z delikatnym pięknem południa. Stał się słynnym utworem w muzyce hakka na guzheng i należy do klasycznego repertuaru guzhengowego. Co ciekawe, jego pierwszy zapis nutowy datowany jest dopiero na 1933 rok! Wcześniej przekazywany był z mistrza na ucznia. Oczywiście, mały diabełek podpowiada mi, że w związku z tym obecna wersja może mocno się różnić od tej sprzed tysiąca lat... Co zresztą znajduje dziś odwzorowanie w co najmniej kilku różnych wersjach na guzheng, różniących się m.in. tempem i ozdobnikami. 
Muzyka rozwija się tu stopniowo, warstwa po warstwie, kojąc duszę. Początek jest delikatny i lekki; dźwięki są powolne i rzadkie, jak poranna mgła nad stawem, z pączkami lotosu nieśmiało wychylającymi się z wody. Część środkowa jest cieplejsza i głębsza; dźwięki są giętkie i przeciągłe. Przed oczyma stają kłącza lotosu, mocno ukorzenione w błocku. Zakończenie powoli cichnie; jest delikatne, ale wciąż niesie z sobą czystego ducha, prawość, siłę i wierność sobie. Wysłuchawszy tego utworu lepiej rozumiemy, dlaczego w chińskiej kulturze lotos symbolizuje prawego człowieka o czystym sercu. Pamiętacie jeszcze, jak opowiadałam Wam o 留白, pozostawianiu bieli, by kontrapunktowała treść? Lotos... wydaje mi się być doskonałym przykładem muzycznej interpretacji tego założenia estetycznego. W prawej ręce lekkość i prostota, dźwięki czyste i jasne, jak zmarszczki na wodzie lub wiatr muskający liście lotosu. W ręce lewej - powolne wibrato i delikatny nacisk; miękkość, ucieczka przed czasem. Nigdzie nie znajdziecie tu ostrości czy hałasu, a tylko - cichą siłę. Przejawia się to i w rytmie, równym i spokojnym jak bicie serca i w kojącej melodii bez wielkich skoków i zaskoczeń. Słuchanie Lotosu... jest jak terapia w tym zabieganym, chaotycznym, stresującym świecie.  
Utwór ten należy do dziesięciu najsłynniejszych utworów na guzheng w Chinach. Ciekawostka: znane są również wersje na pipę,
   
gitarę, a nawet chińską orkiestrę,
   
a także np. duet guzhengu i yehu 椰胡 (kokosowe erhu),
   
czy też na chiński zespół kameralny (zwróćcie uwagę na sposób wykorzystania erhu!)
 
W tej chwili jestem tak w tym utworze zakochana, że uspokaja mnie już pierwsza fraza...

2026-07-05

Park Kultury i Sztuki Szmaragdowego Koguta 碧鸡文化艺术园区

Dwa tygodnie temu miałam przyjemność uczestniczyć w koncerto-pogadance muzycznej prezentującej kilka bardzo znanych utworów na guzheng wraz z dość szczegółowymi objaśnieniami dotyczącymi poszczególnych utworów i technik wykorzystanych do stworzenia w nich niezwykłego klimatu. Co więcej, uczestniczyłam nie tylko jako słuchaczka, ale i jako tłumaczka na angielski, przy czym w trakcie koncertu i pogadanki okazało się, że mimo drobiazgowego przygotowania, będę musiała pójść na żywioł i tłumaczyć chińską dyskusję improwizując. Nie będę ukrywać: nie było to najlepsze tłumaczenie w moim życiu, głównie ze względu na to, że techniki guzhengowe nigdy nie znalazły się w centrum moich zainteresowań. Jednak z drugiej strony, zdarzały mi się i tłumaczenia gorsze, głównie w czasach, w których podstawowym używanym przeze mnie chińskim słowem było 东西 (coś). Dziś wrzucam parę fotek; jeśli chodzi o nagrania, to może kiedyś?
Chen Xingyan 陈星言
Koncert był związany tematycznie z lotosami.
Na pewno podzielę się samymi utworami w innych wykonaniach; bardzo mi się spodobały, a poza tym pozwoliły mi znów wrócić do słuchania guzhengu. Na co dzień robię to rzadko, bo ZB nie przepada ani za guzhengiem, ani za guqinem. Z miliarda Chińczyków musiał mi się trafić taki, który lubi tylko jeden rodzaj herbaty, zamiast taichi uprawia badminton, a w dodatku gardząc tradycyjną chińską muzyką woli saksofon... Wracając do koncertu: odbył się on w studiu Huang Shan, mojej muzycznej koleżanki i sąsiadki przy okazji. Znajduje się ono w Parku Kultury i Sztuki Szmaragdowego Koguta tuż przy Zachodnich Górach (dokładny adres: 昆明西山碧鸡文化艺术园区D-11弦外Space). Nazwa studia jest dwujęzyczna: 弦外Space - dosłownie: przestrzeń poza strunami. Struny oczywiście bo Huang Shan gra na erhu, a przestrzeń, bo poza koncertami odbywają się tam rozmaite warsztaty, wernisaże, performance, a także degustacje kuchni na styku kultur.
Nazwa ta jest szalenie ciekawa również ze względu na sformułowanie 弦外之音 xiánwàizhīyīn, dosłownie: dźwięk poza strunami. Idiom ten oznacza coś, co tkwi między wierszami, niedopowiedzenie, podtekst, aluzję, wydźwięk, nutkę, posmak, wszystkie nieoczywiste implikacje. Nieoczywistość i niedosłowność przestrzeni, która służy wymianie myśli, cieszeniu się sztuką i obcowaniu z pięknem w niewielkim gronie - to wszystko kryje się w tej nazwie. 
Sam Park Kultury i Sztuki to przestrzeń otwarta w 2014 roku jako "inkubator artystyczny". Składa się z około dziewięćdziesięciu pracowni o najrozmaitszym profilu: od galerii i przestrzeni warsztatowych po restauracje i kafejki. Jest tu nawet piekarnia z chlebem z prawdziwego pieca! Czynsze są niewielkie, bo przestrzeń ta znajduje się tak daleko za miastem, że dotrą tu tylko ci, którzy wiedzą, po co przyjeżdżają. Tak jak my. 
Pierwszy raz pojechałam tam z Tajfuniątkiem trochę ponad rok temu: na zwiedzanie, lunch i wycieczkę po górach.
Od tej pory zdarza mi się tam wracać - głównie na koncerty, projekcje filmów dokumentalnych itp. organizowane przez Huang Shan. Gdybyście mieli ochotę na nietypowe zwiedzanie Kunmingu - warto tam zajrzeć. 
A teraz mam dla Was świetną wiadomość: tutaj możecie i Wy pospacerować po tej niezwykłej przestrzeni.

2026-07-03

兰竹诗 Wiersz o orchidei i bambusie

Wiersz o orchidei i bambusie to wiersz o tematyce przyrodniczej, co łatwo poznać po tytule. Tu ciekawostka: takie wiersze zowią się 咏物诗. 詩 [诗] shī to wiersz, poezja. 詠 [咏] yǒng znaczy śpiewać bądź recytować. Zwróćcie tu uwagę na zupełnie idiotyczne "uproszczenie" klucza: mowa 言 przeszła w usta 口; zamiast cudownego w swej prostocie stwierdzenia, że ludzie zawsze 永 będą używać mowy 言 by wyśpiewać, wypowiedzieć emocje, piękno i nadzieje, mamy tylko nędzne usta, które równie dobrze mogą służyć ziewaniu, kichaniu czy pluciu. Ech. 
Wróćmy jednak do naszych wierszy. Środkowy znak to 物 wù - w zwykłej, codziennej mowie oznacza po prostu rzecz, coś. Jednak w języku literackim może tak naprawdę oznaczać wszystko i wszystkich, którzy nie są mną. Cały zewnętrzny świat. Wszystko, co widzę i czuję. Kiedy więc napotykam tłumaczenie, że są to wiersze o "tematyce przyrodniczej", szlag mnie trafia, bo to zupełnie jakby próbować sprowadzić twórczość Tolkiena do bajek dla dzieci. To wiersze pokazujące wszystko, co autor widzi, ale też czym/kim autor jest; rzeczy, które są niezależne od niego, a przefiltrowane przez jego wiedzę, kulturę, wrażliwość mogą być inne dla każdego człowieka. 
Akurat ten konkretny wiersz stworzył qingowski malarz i kaligraf Zheng Banqiao czyli Zheng Xie, jeden z Ośmiu Ekscentryków z Yangzhou. Choć oficjalnie nazwa "ekscentrycy" dotyczy stylu ich malarstwa, jednak Zheng Banqiao był ekscentrykiem również jeśli chodzi o zachowania. Był, wyobraźcie sobie, urzędnikiem. Pewnego dnia jednak stwierdził, że to, jak urzędnicy żyją, jest nieakceptowalne i, wdrażając górnolotne ideały, zbudował przytułek dla ubogich. Oczywiście dostał za to naganę, a wtedy zrezygnował z ciepłej posadki i rzucił się w wir sztuki. Dziwak, prawda? Ujrzał niesprawiedliwość i postanowił jej przeciwdziałać, naiwniak jeden... 
Tematyka wiersza nie dziwi; Zheng był znany z umiłowania orchidei, bambusów i skał, które były częstymi tematami jego obrazów. Jednak nie dajcie się zwieść: natura jest tu tylko symbolem wyrażającym wewnętrzne dążenia i ideały poety - przecież orchidee i bambusy należą do Czworga Szlachetnych, symbolizując niezłomność i prawość. 

四时花草最无穷, 
W cztery pory roku kwiatów wszędzie mnóstwo 
时到芬芳过便空。 
Gdy ich czas przeminie, zmierzymy się z pustką. 
唯有山中兰与竹, 
Tylko w górach bambus z orchideą trwają 
经春历夏又秋冬。 
Jak rok długi są tu - i nie przemijają. 

Bądźmy prawi, wytrzymali, elastyczni i wzniośli jak bambusy; bądźmy niezłomni, piękni, niezależni i czyści jak orchidee; niech nasz charakter pozostanie pięknym i wzniosłym mimo przemijalności wszystkiego innego, mimo wszystkich burz. 
I tylko kompletnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego na załączonym wyżej obrazku wiersz ten został dopasowany do kwiatów moreli. Co by komu szkodziło połączenie wiersza faktycznie z bambusem i orchideą?... 
Za to na deser mam dla Was piękną kaligrafię z bambusem, orchideą i skałą autorstwa samego Banqiao prosto z Muzeum Pałacowego w Pekinie.

2026-07-01

Uczniowskie Cnoty

Dziś Tajfuniątko ukończyło czwartą klasę! Ciekawe, czy w tym roku również zostanie wyróżniona jako Uczennica Trzech Cnót 三好学生. Choć dziś jest koniec roku, nauczyciele będą dyskutować, komu przyznać to wyróżnienie dopiero po oficjalnym zakończeniu semestru - zebranie z rodzicami odbędzie się dopiero w sobotę i wtedy też się wszystkiego dowiemy. 
Z tymi cnotami to takie moje dość swobodne tłumaczenie, bo dosłownie to 3-dobrze-Uczeń/Uczennica, ale biorąc pod uwagę, jak ważna jest ta ocena ucznia, uznałam cnoty za idealne tłumaczenie. Otóż Uczeń/Uczennica (osoba uczniowska nie przejdzie mi przez palce, przynajmniej nie na poważnie) to tytuł honorowy przyznawany wyróżniającym się uczniom. Stanowi wyraz uznania dla tych, którzy są dobrzy pod względem moralności, wyników w nauce oraz pod względem sprawności fizycznej. Po raz pierwszy wybierano takich uczniów już w 1954 roku; od tego czasu ani proporcje dotyczące ilości wybranych osób, ani kryteria wyboru zasadniczo się nie zmieniły. System został wdrożony na wszystkich etapach ścieżki edukacyjnej, od szkół podstawowych aż po studia i nie działał tylko w trakcie rewolucji kulturalnej. 
Skąd się jednak wzięły akurat te trzy cnoty? Na samym początku istnienia ChRL państwo postanowiło pomagać w rozwoju uczniów w pięciu aspektach: moralnym, intelektualnym, fizycznym, estetycznym i pracowniczym po to, by stali się oni świadomymi i aktywnymi członkami nowego społeczeństwa. Pod wpływem przemów Mao a później Komitetu Centralnego KPCh na piedestale postawiono później tylko trzy cnoty: uczniowie winni być dobrzy fizycznie, dobrzy w nauce i dobrzy w pracy; później jednak praca przekształciła się powoli w nacisk na samą naukę i dobre zachowanie, aż w końcu jako ideał pozostały trzy słowa: 德智体 moralność-wiedza-ciało. O ile poniekąd popieram nacisk na naukę zamiast na pracę (choć w sumie nauka to też praca, i to dość ciężka), o tyle pominięcie estetyki uważam za spory problem. No ale. 
Później łączono uczniowskie cnoty z innymi hasłami, np. w latach '60 XX wieku narzucano uczniom "uczenie się od towarzysza Lei Fenga" i to właśnie podążanie za tym wzorem stało się kluczowe do tego stopnia, że miało większy wpływ na rekrutację na studia niż wyniki w nauce. Z kolei przez pierwszą dekadę przyznawano uczniom tytuł Ucznia Pięciu Cnót bądź Czterech Cnót (czasem również sześciu, ośmiu i dziesięciu, ale te się nie przyjęły na szerszą skalę). W zależności od regionu kryteria mogły się cokolwiek różnić, ale generalnie obejmowały następujące aspekty uczniowskiego życia: dobre myślenie polityczne, dobry styl życia, dobra i pilna nauka, dobra praca produkcyjna, dobre ćwiczenia fizyczne. Gdy w 1978 roku (czyli po zakończeniu relolucji kulturalnej) zaczęto przywracać tytuł, powrócono do pierwotnego pomysłu trzech cnót, a w 1999 roku do podstawowych celów edukacyjnych dodano rozwój estetyczny - jednak tylko w przemówieniach, bo nie dodano nowej cnoty. No a w 2018 roku historia zatoczyła koło - Xi podkreślił wagę wszystkich pięciu filarów edukacji: 德智体美劳 [wszechstronny rozwój moralny, intelektualny, fizyczny, estetyczny i pracowniczy]. 
No dobrze. To teraz trochę konkretów. Jakie kryteria uczeń musi spełniać, żeby zdobyć ten tytuł?
  • Postawa i moralność: należy posiadać pozytywne nastawienie ideologiczne, wysokie morale, kochać swoją klasę i szkołę, angażować się w naukę, chętnie służyć społeczności szkolnej i pełnić rolę wzoru do naśladowania w zajęciach klasowych i szkolnych. 
  • Dyscyplina: trzeba być wzorem w przestrzeganiu regulaminu ucznia, zasad szkolnych, moralności społecznej oraz praw i przepisów państwowych. Kultura osobista: musisz być kulturalnym, uprzejmym, empatycznym. 
  • Nauka: koniecznie trzeba być pilnym i pracowitym oraz osiągać doskonałe wyniki w nauce. Kondycja fizyczna: należy aktywnie uczestniczyć w zajęciach sportowych, sumiennie podchodzić do lekcji wychowania fizycznego i przerw gimnastycznych, osiągać doskonałe wyniki sportowe, mieć nawyk dbania o zdrowie i spełniać państwowe standardy sprawności fizycznej. 
Co jednak poza laurką na koniec roku szkolnego ma z tego ten biedny, idealny uczeń? Otóż uczniowie, którzy zdobywali ten tytuł przez kilka lat z rzędu, otrzymywali pierwszeństwo przy rekrutacji do szkół wyższego stopnia oraz przy przydziale miejsc pracy. W 2001 roku Ministerstwo Edukacji zdecydowało, że najlepsi uczniowie z tytułem szczebla prowincjonalnego (stanowiący 1/10 000 absolwentów w danym roku) mogą zostać zwolnieni z egzaminów wstępnych na uniwersytety! Widzicie więc, że to nie w kij dmuchał - warto było się o ten tytuł postarać. Żadne tam "zdolny ale leniwy" czy też "inteligentny ale niepokorny". Żeby zasłużyć na taką nagrodę trzeba być po prostu idealnym. No chyba, że jednak nie trzeba. Wystarczy być idealnym w oczach nauczycieli. A ich postrzeganie uczniów niestety może być związane z czynnikami pozaszkolnymi. 
Właśnie w związku z tym w 2012 roku do rządu trafił wniosek o zniesienie tytułu. Shen Peng, znany kaligraf, poeta i krytyk artystyczny mając lat osiemdziesiąt z kawałkiem skrzyknął kilkunastu kolegów i złożyli oficjalny wniosek o zaprzestanie przyznawania tego wyróżnienia. Jego argumenty? Uważał, że tytuł ten przynosi więcej szkody niż pożytku, ponieważ niektóre co bardziej elitarne szkoły zaczęły dzielić uczniów na lepszych i gorszych tylko na podstawie otrzymania (bądź nie) tego tytułu. Oczywiście, bywało i tak, że zdanie nauczycieli zależało nie od rzeczywistego zachowania uczniów, a na przykład od statusu materialnego rodziców. Poza tym jedną z rzeczy dość absurdalnych jest fakt, że sami uczniowie głosują na kolegów/koleżanki z klasy, które ich zdaniem powinny otrzymać ten tytuł, ale oczywiście często ich wyborami rządzą kryteria całkiem niezwiązane z jakimikolwiek cnotami. Shen uważał, że edukacja podstawowa powinna dawać równe szanse wszystkim, przynajmniej tak długo, jak długo osobowość uczniów jeszcze się kształtuje. Łatka "dobrego ucznia" czy też obiboka nie powinna zostać przylepiona na żadnym etapie nauki - przynajmniej według mnie - a już na pewno nie wtedy, gdy od danej łatki zależy cała przyszłość młodego człowieka. Ministerstwo Edukacji odpowiedziało jednak ustami rzeczniczki, że decyzja o kontynuacji bądź zniesieniu systemu leży w gestii samych szkół. Czyli teoretycznie trzy cnoty nie są ani wymagane, ani nie powinny nikomu przeszkadzać, bo przecież wspieramy harmonijny rozwój uczniów! 
A jednak wiele jednostek edukacyjnych zdaje sobie sprawę, że tego typu oceny mogą być zwodnicze. W niektórych prowincjach zniesiono dodatkowe punkty przy rekrutacji do szkół dla laureatów tego tytułu (np. w całej prowincji Hubei, a także w niektórych miastach, np. Guiyang). Z kolei niektóre szkoły wprowadzają innowacje, zmieniając tradycyjne trzy cnoty na bycie dobrym obywatelem, dobrym uczniem w szkole i dobrym dzieckiem w domu (!). Swoją drogą, ciekawe, jak to sprawdzają... Inne szkoły postanowiły rozbudować system tak, by każde dziecko mogło odnaleźć swoje mocne strony i dają małe nagrody np. za osiągnięcia artystyczne, odwagę, czytelnictwo, kulturę osobistą, szacunek dla nauczycieli itd. 
Nie wiedząc, jakie kryteria stosuje akurat szkoła Tajfuniątka, podeszłam do wychowawczyni, by ją zapytać, dlaczego młoda została wyróżniona. Pani odpowiedziała, że ich ciało pedagogiczne patrzy na następujące czynniki: 
  • jeśli chodzi o moralność: uczciwość, kultura osobista, szacunek względem nauczycieli, koleżeńskość, przestrzeganie zasad szkolnych 
  • jeśli chodzi o naukę: dobre wyniki w nauce, pilność, systematyczność, ale bodaj najważniejsze to to, że wykazuje postępy. To znaczy niekoniecznie jest najnajnaj, ale widać, że nad sobą pracuje. 
  • jeśli chodzi o zdrowie i sprawność fizyczną: dbanie o kondycję, uczestnictwo w lekcjach w-fu, dobre nawyki zdrowotne. 
Wychowawczyni powiedziała, że mogę być dumna z córki, bo to wyróżnienie na poziomie szkoły dostaje najwyżej kilka-kilkanaście procent uczniów (3-5 na 40 osób). Jednocześnie - wiem, że dwie osoby z klasy Tajfuniątka zostały wyróżnione nie tylko na poziomie szkoły, ale również na poziomie dzielnicy a nawet miasta. Docenionych w ramach prowincji się nie dopatrzyłam. 
Oczywiście, że jestem dumna. Oczywiście, że cieszy mnie, że Tajfuniątko zostało dostrzeżone jako fajna, dobrze rozwijająca się osoba. A jednak... wiecie, znam te dzieciaki, które zostały wyróżnione na tych wyższych poziomach. To prawda, że świetnie się uczą. Nie mają wyboru; ich matki są typowymi tygrysimi mamuśkami, które nie dopuszczają niedoskonałości ze strony swoich dzieci. Mogłabym napisać książkę na podstawie zasłyszanych historii; nie mówię, że byłby to horror, ale niewiele brakuje. Wiem, jakie są relacje rodzic-dziecko w tych domach. Jeden z ojców mieszka na naszym osiedlu i wychodzi z mieszkania zawsze, gdy jego żona dyscyplinuje córkę. Nie dlatego, że nie może znieść widoku udręczonego, obsobaczanego dziecka, a po prostu dlatego, że jest wówczas... głośno. I nieprzyjemnie. A on woli, kiedy wszystko chodzi jak w zegarku i nie ma żadnych trudnych emocji.

Pewnie, że miło byłoby, gdyby Tajfuniątko zawsze wyróżniało się wiedzą, inteligencją, pracowitością, uczciwością, empatią itd. w sposób tak widoczny, że co roku dostawałaby nagrody. Jednak jeśli mam wybierać - wolę, żeby wyróżniała się tym, że codziennie w podskokach idzie do szkoły i w podskokach z niej wraca - bo jak do tej pory chiński system edukacji nie zdołał zabić w niej radości życia. Wolę, że wyróżnia się tym, że w miarę możliwości zawsze całą rodziną idziemy do szkoły, żeby jeszcze pobyć razem, a potem razem z tej szkoły wracamy, bo jesteśmy już bardzo stęsknieni. Wolę, że wyróżnia się tym, że przed egzaminami, gdy inne dzieci zakuwają do późnej nocy, my idziemy na jakieś fajne warsztaty, koncert, do kina czy na badmintona. Wolę, że wyróżniamy się jako rodzina nie tym, że mamy zahukane, ale idealne dziecko, a raczej tym, że zawsze się przytulamy na powitanie i pożegnanie. I nie mówię tu absolutnie, że niemożliwe jest połączenie tych dwóch konceptów - najlepszym dowodem jest właśnie ubiegłoroczne wyróżnienie dla Tajfuniątka. Chcę tylko zauważyć, że w naszym domu ważniejsza od wyników jest relacja. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.

2026-06-29

Świątynia Awalokiteśwary w Anningu 安宁观音禅寺

Ostatnie godziny pobytu w Anningu wykorzystaliśmy do wspięcia się na pagórek, na którym znajduje się świątynia pod wezwaniem Guanyin, czyli chińskiej, kobiecej wersji Awalokiteśwary. Historia samej świątyni jako miejsca kultu buddystów sięga czasów podboju Yunnanu przez Mongołów, czyli XIII/XIV wieku, jednak dopiero za sprawą jednego z potomków Mu Yinga, oficjela zwanego Mu Rui została przemianowana na Świątynię Awalokiteśwary (działo się to w latach 1465-1487). 
Szczerze mówiąc, w porównaniu ze Świątynią Caoxi wywarła na mnie raczej niewielkie wrażenie. Była zbyt... nowa. W 2022 roku ją odrestaurowano - mam wrażenie, że trochę za mocno ją odnawiając. Czułam się w tym kompleksie świątynnym, jakbym była na planie filmowym a nie w miejscu kultu. Na pewno fakt, że była opustoszała, też miał jakieś znaczenie, ale ogólna atmosfera też była taka trochę... sztuczna, przynajmniej w moim odczuciu.
Dużo bardziej niż sam kompleks świątynny podobał mi się park, który do świątyni prowadził...

2026-06-27

Laufey

Dziś polecajka muzyczna: chińsko-islandzka wokalistka i tekściarka Laufey. Ni to pop, ni to jazz, ni to bossa - lekkie i przyjemne, akurat na lato.  
PS. Odkrył ją dla mnie jeden z moich studentów, który nie dotarł na zajęcia, ponieważ pojechał na jej koncert i nie zdążył wrócić. Osobiście uważam, że i on, i ja dobrze na tym wyszliśmy.

2026-06-25

kącicierń 三角梅

Sezon na kąciciernie czyli bugenwille już się kończy, ale dziś podrzucam Wam kilka fotek sprzed paru tygodni, podczas jego pełni - rozbuchane, dzikie, oplatają wszystko, na co trafią, począwszy od serc.
Niedawno dociekliwa gościni zapytała, czy wiem skąd się wzięły w Kunmingu bugenwille i jak głęboko trzeba sięgnąć w historię miasta, by je znaleźć. Zgodnie z prawdą odparłam, że nie wiem, nigdy nie badałam tematu, jednak podejrzewam, że mogły zjawić się w Kunmingu z Francuzami w czasie budowy kolei yunnańsko-wietnamskiej. Sprowadzili oni tyle gatunków na kunmiński grunt, że można ich podejrzewać o większość egzotycznych roślin. No i, wyobraźcie sobie, dobrze strzeliłam!
Historia sadzenia bugenwilli czyli "trójkątnej moreli" 三角梅 w regionie Kunmingu to sprawka właśnie Francuzów. Grupka inżynierów upiększyła nią stację kolejową Yiliang (obecnie miasto należy administracyjnie do Kunmingu), a sprowadzili ją aż z Brazylii. Dwa oryginalne okazy z tego okresu rosną tam ponoć po dziś dzień - w internecie można znaleźć fotę pokazującą grubaśne pnie, mające niemal metr obwodu w najszerszych miejscach; maksymalna szerokość korony połączonych dwóch roślin sięga ponad 40 metrów! Niestety, podczas ostatniej mojej wycieczki do Yiliang jeszcze o tym nie wiedziałam, inaczej na pewno spróbowałabym ich poszukać. Cóż, następnym razem. Jedynym problemem jest fakt, że ta stacja już od lat nie działa. Wąskotorówka wyszła z użycia - w 2003 roku zaprzestano ruchu pasażerskiego, przez co dziś trzeba półtorej godziny kisić się w autokarze, żeby dojechać do Yiliang. Stacja podupadła - budynki mają popękane ściany, zniszczone okna i drzwi. Liczba etatowych pracowników stacji Yiliang zmniejszyła się z ponad tysiąca w szczytowym okresie do mniej niż dziesięciu. Ponieważ nigdy nie wiadomo, co może strzelić do głowy władzom miasta czy prowincji, muszę się pospieszyć i zdążyć zobaczyć to miejsce, dopóki jeszcze istnieje...