2026-09-29

Huize 會澤

Mając nadzieję, że unikniemy tłumów, na następną wycieczkę wybraliśmy się hen, daleko, tam, gdzie nie dojeżdża szybka kolej. Ba, nawet zwykła kolej (czyli tzw. pociągi z zieloną skórką 绿皮火车) tam nie dociera. Można za to w trzy godzinki dojechać z Kunmingu autokarem, co jednak jest bardziej uciążliwe niż pociąg, więc te miejsca są zazwyczaj mniej oblegane przez turystów. Już nie mówiąc o tym, że nie każdy wie, po co w ogóle warto tam jechać. Ja wiedziałam. Chciałam zdążyć zobaczyć starówkę, zanim ją rozbiorą i postawią od nowa. Kiedyś bowiem miasteczko Huize 會澤 [会泽] było zamożne, tętniło życiem i wydawało na świat ważnych ludzi - to tu przyszedł na świat znany już nam Tang Jiyao. Chciałam zobaczyć, czy uda mi się jeszcze dotknąć duszy tego miejsca, zanim stanie się typową chińską atrakcją turystyczną. 
Huize jest położone w północno-wschodniej części Yunnanu, w obrębie województwa Qujińskiego. Obecnie jest niewielką mieściną - niecały milion miekszańców, ale wciąż się rozrasta, a kiedy dotrze tu szybka kolej (budowa już trwa), wszystko się tu zmieni. Tym bardziej chciałam się pospieszyć. 
Starówka mnie nie rozczarowała. Wprawdzie pełno było rusztowań i widać, że remontują na potęgę, nadal jednak można było wydeptywać ścieżki w bruku, przemykać zaułkami i natrafiać na cudeńka architektoniczne. Sporo tu tego zostało z dawnych czasów, zarówno domy mieszczan, jak i osiem (!) Domów Spotkań oraz prawdziwe rezydencje miejscowych bogaczy. O co ciekawszych zabytkach będę opowiadać osobno; teraz jednak zapraszam po prostu na spacer starówką.
Dawne domostwo Liu Yaomina, mojego kolegi po fachu i zainteresowaniach (wykładał na Uniwersytecie Yunnańskim; był sinologiem-samoukiem)
Świątynia poświęcona dwóm z trzech gwiezdnych bóstw: bogom szczęścia i kariery.
Zamknięta na głucho Fabryka Ciast. Akurat była zamknięta, a szkoda, bo po pierwsze to jedna ze starych firm, działająca od niemal 70 lat, a po drugie specjalizują się w ciasteczkach księżycowych z szynką, ciasteczkach gryczanych oraz w moich ulubionych słodyczach z fasoli mung (绿豆糕)

Suszone wątroby wieprzowe. Nawet nie wiem, czy bardziej odrzuca mnie fakt, że się suszą przy ruchliwej ulicy, czy rdza na stojaku... 

2026-09-27

A Million Possibilities 一百萬個可能

Dzisiaj pioseneczka pop, która w zasadzie nie znajduje się w obrębie moich zainteresowań muzycznych. Wyróżnia się tylko jednym: napisała ją i zaśpiewała po chińsku nieChinka:
   
Właściwie nie wiem, jak to się stało, że dopiero po tylu latach trafiłam na Christine Welch, dziewczynę, z którą na pewno bym się dogadała. Wszystko się zgadza: pasja do chińskiego, do śpiewania, robienie miliona rzeczy naraz, czytanie poezji i przekuwanie jej we własne słowa, własną Drogę. 
Niech Ci sprzyjają gwiazdy, Christine!

2026-09-25

Święto Środka Jesieni w Muzeum Yunnańskim

Rodzina ZB jest cokolwiek nietradycyjna - nie mają żadnych specjalnych sposobów świętowania. Ot, spotykają się przy jednym stole - a i to nie zawsze - i tyle. I chociaż na co dzień dbam przede wszystkim o to, żeby Tajfuniątko kojarzyło polskie tradycje, są takie święta chińskie, które bardzo lubię i chciałabym spędzać te dni bardziej świątecznie. Jednym z dobrych na to sposobów jest wybranie się w tego typu dni do Muzeum Yunnańskiego, które regularnie organizuje warsztaty i ciekawe spotkania dla dzieci. Czasem rodzice również są zaproszeni. Tak właśnie było rok temu w Święto Środka Jesieni:
Najpierw była część wykładowa, podczas której pani angażowała dzieci do przytaczania znanych im legend i zwyczajów, by następnie objaśnić, że w Yunnanie wiele grup etnicznych obchodzi to święto po swojemu i ma własne legendy (fascynujące!). Później przygotowaliśmy pachnące saszetki (pachną po dziś dzień!) zgodnie z tradycyjnymi recepturami. Jeszcze konkursy i quizy - i roześmiane, zadowolone Tajfuniątko mogło już wrócić do domu. Wieczorem oczywiście spotkaliśmy się w rodzinnym gronie... przy gorącym kociołku, bo przecież musi być coś w kształcie księżyca. 
Dziś znów pełnia. Wszystkiego najlepszego z okazji Święta Środka Jesieni! Smacznych ciasteczek księżycowych (ostatnio moje ulubione są czekoladowe z nadzieniem ze złotej fasoli)!

2026-09-23

石屏会馆 Dom Spotkań Zrzeszenia Shipińczyków

Zacząć trzeba od tego, że Chińczycy najbardziej znani są z tego, że trzymają ze swoimi. Widzę to na przykład u moich studentów, którzy bardzo szybko po przybyciu na uniwersytet nawiązują znajomość z innymi studentami z tego samego miasta bądź regionu i to właśnie z nimi tworzą najbardziej zażyłe więzi. Nie inaczej jest z Chińczykami za granicą - w Krakowie dongbejczycy trzymali się razem, a południowcy z dala od nich. To nie jest kwestia czasów współczesnych: od wieków chińscy imigranci w różnych krajach tworzyli społeczności oparte na pochodzeniu i języku. Jesteśmy z tego samego skrawka ziemi? Wspierajmy się! 
Temu właśnie służyły kongsi, po XIX wieku zwane huiguanami. Tu małe sprostowanie: 會館 [会馆] huìguǎn - dosłownie: budynek spotkań. Na angielski tłumaczony jest jednak często jako "siedziba cechu" (guild hall). Warto pamiętać, że choć owszem, budynki te miały szczególne znaczenie dla biznesu, jednak zazwyczaj najważniejsza w nich była przynależność do miasta czy prowincji. Na takiej samej zasadzie warto pamiętać, że drugie ze słów używanych dla tych miejsc, kongsi 公司 gōngsī, też ma wiele znaczeń: firma, ale też organizacja społeczna, spółka... Tu jednak będziemy go używać w znaczeniu najpopularniejszym między chińskimi imigrantami, dla których kongsi to było połączenie organizacji klanowej, zrzeszającej członków o wspólnym pochodzeniu z klubem dla ludzi pochodzących z tej samej prowincji. Działały przede wszystkim w krajach Azji Południowo-Wschodniej; to tu imigranci znajdowali oparcie, to te organizaje pomagały im stanąć na własnych nogach i poczuć się u siebie. Przecież nie znali lokalnego języka, miejscowa ludność wcale nie musiała przyjmować ich z otwartymi ramionami, a jeśli komuś podpadli, to tu znajdowali wsparcie. 
Można o tym poczytać więcej choćby w anglojęzycznej wikipedii, a ja tymczasem mam dla Was ciekawostkę: takie same miejsca, huiguany, przynajmniej od Mingów istniały również wewnątrz Chin i pełniły te same funkcje! Wyobraźmy sobie Chińczyka z Kantonu przybywającego do takiego Syczuanu. Nie zna języka, jedzenie pali go żywym ogniem, inny jest tryb życia, zwyczaje - wszystko. Dokąd idzie po wsparcie i zrozumienie? Do budynku spotkań kantończyków. Tam wszyscy mówią w zrozumiałym języku i można się załapać na normalny posiłek. Na przełomie XIX i XX wieku takich budynków było mnóstwo w każdym większym mieście. Albo nawet nie w większym, a po prostu na szlaku handlowym interesującym dla ludzi z innych prowincji. Albo nawet dla ludzi z tej samej prowincji ale z innego miasta. W domach takich można się było zatrzymać (były tu pokoje gościnne), a także organizować spotkania biznesowe i urządzać ceremonie religijne, a co większe z nich posiadały nawet sceny teatralne. W takich domach w Pekinie pomieszkiwali swego czasu Kang Youwei i Lu Xun, a i Sun Jat-senowi zdarzało się je odwiedzać. 

W Kunmingu zachował się tylko jeden taki budynek; niestety, nie pełni już swej funkcji. Jest to właśnie wspomniany w tytule Dom Spotkań Zrzeszenia Shipińczyków. Tak, tak. Zakurzone i rzadko dziś odwiedzane miasteczko Shiping tętniło kiedyś życiem i było na tyle ważne i bogate, by postawić w centrum Kunmingu swój Dom Spotkań! Dom Spotkań Shiping został zbudowany za cesarza Qianlonga, czyli ponad dwieście lat temu. Miewał swe wzloty i upadki - wiadomo, że w 1921 pochodzący właśnie z Shiping Yuan Jiagu kierował rekonstrukcją budynku, który miał służyć jako zakwaterowanie dla żaków z Shiping przybyłych tu w celach edukacyjnych, ale także jako gospoda dla podróżnych i kupców oraz miejsce zebrań handlowych. To właśnie shipińscy kupcy i studenci wystąpili z tą inicjatywą i w całym mieście zbierali datki oraz jedzenie. Wiemy stąd po pierwsze, że faktycznie potrafili współpracować, a po drugie, że już przynajmniej raz Dom Spotkań podupadł (skoro trzeba go było rekonstruować...). Swego czasu bywali tu rozmaici intelektualiści i - dziś powiedzielibyśmy - celebryci, od wspomnianego Yuan Jiagu po Lina Zexu - gubernatora generalnego Yunnanu. 
Po dziś dzień ten gliniano-drewniany, pięknie zdobiony budynek stoi dumnie przy ulicy Zhonghe tuż obok południowego brzegu Szmaragdowego Jeziora. Ze względu na znaczenie historyczne i wysoką wartość artystyczną Dom Spotkań Shiping został wpisany na pierwszą kunmińską listę zabytków. Zajmuje powierzchnię 1660 m², składa się z trzech dziedzińców i czterech wewnętrznych patio, ma dwie kondygnacje i obecnie znajduje się w nim... restauracja, siląca się na reprezentowanie tradycyjnej kuchni yunnańskiej.
Niestety, dania wyglądają lepiej niż smakują. Mam duże wewnętrzne opory przed przyprowadzaniem tu gości, bo z jednej strony - piękny budynek, ciekawa historia i świetny, bardzo chiński klimat, ale z drugiej strony - skoro już wiem, że jedzenie niedobre, to dlaczego miałabym im przysparzać klientów?...

2026-09-21

chiński brokuł z miłorzębem 芥蓝炒白果

Jesień w pełni, więc Miłorzębowa Aleja na Uniwersytecie Yunnańskim pięknieje z dnia na dzień... a także niemożebnie capi, bo spadają nasiona miłorzębu, zwane po chińsku "białymi owocami" 白果. Może i śmierdzą kwasem masłowym, ale w Chinach cieszą się dobrą sławą - od wieków uważa się, że pomagają seniorom w zachowaniu władz umysłowych. Mam na stanie seniora, więc czasem używamy tych nasion w celach kulinarnych. 

Składniki: 
  • chiński brokuł (gai lan) 
  • nasiona miłorzębu bez skorupki i bez gorzkich zarodków 
  • imbir 
  • czosnek 
  • sól, olej, cukier, alkohol 
Wykonanie: 
  1. Przygotowane nasiona miłorzębu zblanszować we wrzątku jedną-dwie minuty, a potem odcedzić i odstawić.
  2. Liście brokułu umyć i pokroić w kawałki łatwe do uchwycenia pałeczkami. Grube łodygi można pokroić drobniej. Tak przygotowany gai lan również zblanszować minutę, a po odcedzeniu przelać zimną wodą dla zachowania soczystego koloru. 
  3. W woku rozgrzać tłuszcz, wrzucić parę plasterków imbiru i dwa ząbki posiekanego czosnku, smażyć aż zapachnie. 
  4. Dorzucić nasiona i liście; smażyć w ruchu parę minut z dodatkiem soli, cukru i odrobiny alkoholu. Gotowe!

2026-09-19

jak cytra z lutnią 琴瑟

Kiedy ostatnio szukałam informacji o flądrze i przypadkiem dowiedziałam się, że ryby te wraz z mitycznym ptactwem symbolizują kochającą się parę, niejako przy okazji poznałam określenie, które znacznie bardziej mi pasuje, przede wszystkim dlatego, że da się idealnie przetłumaczyć na polski. W końcu u nas też się mówi o harmonijnych małżeństwach. Przed Państwem: bǎi nián qín sè 百年琴瑟 – „przez sto lat jak cytra i lutnia”. 百年 bǎinián oczywiście nie musi oznaczać faktycznie stu lat; to synonim "całego życia". Z kolei 琴瑟 qínsè to dwa instrumenty strunowe, które uważane były za najbardziej harmonijny duet. I właśnie dlatego harmonia małżeńska również jest opisywana tymi dwoma słowami. Posłuchajmy więc sobie, czy faktycznie instrumenty te są aż tak zgodne. Przed Wami Poemat o jesiennym wietrze:
   
To wykonanie jest o tyle niezwykłe, że faktycznie znajduje się przed nami duet będący małżeństwem i najwyraźniej udatnie współpracujący na scenie. Na pewno rozpoznaliście instrument zwany 琴 - jest to oczywiście najsłynniejszy chiński instrument służący rozrywce intelektualnej, dziś zwany guqinem. Zdarza mi się go słuchać, zwłaszcza gdy potrzebuję wyciszenia, ostatnio najchętniej w wykonaniu Łuny... Znaczy, artystki o dźwięcznym mianie Wu Na. Jednak przy całej mojej muzykologicznej przeszłości nie potrafiłam sobie przypomnieć, czym jest se. 
Se 瑟 lub guse 古瑟 czyli dosłownie starożytny se to coś w rodzaju chińskiej antycznej cytry. Na przestrzeni wieków zmieniał się jej rozmiar i konstrukcja, jednak zazwyczaj miała 25-50 strun z ruchomymi progami i skalą nawet do pięciu oktaw. Razem z guqinem tworzyła parę najważniejszych instrumentów, jednak w przeciwieństwie do tego drugiego stopniowo wyszła z użycia. Już na przełomie XIII/XIV wieku występowała coraz rzadziej, stopniowo wypierana przez podobny a bardziej nowoczesny zheng. Dziś wprawdzie czynione są próby przywrócenia se chińskiej muzyce, jednak są one tak rzadkie, że nawet taka fanka dawnej muzyki chińskiej jak ja nieczęsto ma okazję się z tym instrumentem zetknąć; budowane współcześnie instrumenty przypominają guzheng, a artyści na nich grający pożyczają również guzhengową technikę. Tak to przeminęła chwała instrumentu, który ponoć został stworzony przez samego Fuxi, tego samego boga, który poskromił zwierzęta (ciekawe, czy grał im właśnie na se). Niektórzy wierzą, że tradycyjny znak muzyki 樂 zawiera jedwab 絲 i drewno 木 właśnie dlatego, że reprezentują se. Jeden ze starych se został znaleziony w słynnym grobowcu Markiza Yi, razem z dzwonami, bębnami i guqinem. 
Przetrwało niewiele zabytków literatury muzycznej na se; większość z nich znajduje się w tabulaturach na guqin, bo se był traktowany jak instrument akompaniujący. Co ciekawe, sam instrument i trochę literatury przetrwało w krajach ościennych w muzyce rytualnej (w Korei i Wietnamie). 
Znalazłam jeszcze jeden duet na guqin i guse:
   
W trakcie słuchania przyswójmy sobie jeszcze kilka słów cytrowo-lutniowych: 
  • 琴瑟和鳴 [琴瑟和鸣] qínsèhémíng - w idealnej harmonii. Dosł. qin i se harmonijnie brzmią 
  • 瑟瑟 sèsè - szeleszczący, drżący 
  • 瑟瑟發抖 [瑟瑟发抖] sèsèfādǒu - drżeć, trząść się 
  • 蕭瑟 [萧瑟] xiāosè - szumieć na wietrze. Dosł. bambusowy flet i se (najwidoczniej było to bardzo szelestliwe połączenie instrumentów) 
  • 琴瑟不調 [琴瑟不调] qínsèbùtiáo - fałszować, ale też niezgoda w małżeństwie. Dosł. qin i se nie w tonacji
PS. Dzisiejszą notkę sponsoruje rocznica z kości słoniowej. Oby nasza lutnia zawsze była zestrojona z cytrą!

2026-09-17

Nierozerwalne chmury

Dziś taka kaligrafia, z jednym tylko wersem:
Ale oczywiście wiecie, że mogłam przejść obojętnie i nie spoczęłam, póki nie znalazłam całości. 

山腰云带 Góry opasane chmurami 

夏秋之交雨乍晴, 
Między latem i jesienią 
Gdy deszcz ustaje i niebo niebieszczy 
白云如带岭腰横。 
Białe obłoki niczym wstęgą 
Pas górski pasem opasają. 
山公已受天封敕, 
Choć górskie bóstwo rozkaz z nieb dostało 
吹老刚风裂不成。 
Dmąc wichrem pasa przerwać nie potrafi.
 
Jest to wiersz mingowskiego poety Gao Keguana 高可观, niezbyt sławnego, ale cenionego w Yunnanie, ponieważ pochodził z Dali i pisał właśnie o tym regionie. Górskie bóstwo wspomniane w wierszu to duch gór Cangshan - Gór Błękitnych, najsłynniejszych gór Dali. Dodatkowego smaczku dodaje wierszowi fakt, że Góry Błękitne są częścią łańcucha gór Yunling (雲岭) czyli Gór Chmurnych. 
刚风 gāngfēng oznacza potężny wiatr na dużych wysokościach. Samo 剛 [刚] gāng ma wiele znaczeń, ale akurat tutaj wykorzystano najbardziej literackie ze znaczeń - ciężki, solidny, mocny. Jednak mimo, że właściwie wszystko pasuje, jest to forma oboczna, a może po prostu błąd w zapisie, który z czasem stał się normą. Formą podstawową jest bowiem czytany tak samo 罡風 [罡风] gāngfēng, istniejący w słownikach jako zbitka, oznaczający silny wiatr, ale również... wiatr astralny, strumień energii, na którym mogą podróżować Nieśmiertelni. 
Drugim słowem, na które warto zwrócić uwagę jest 裂 liè - rozszczepić, rozpłatać, pękać, rozłupać, rozdzierać, rozrywać. Bardzo łatwo to poznać po ubraniu 衣 na dole - zawsze wyobrażam sobie rozerwaną koszulę. Cząstką fonetyczną jest 列 liè, które nie bardzo nam pomaga, ponieważ znaczy ustawić w kolejności lub klasyfikować, ale jeśli pójdziemy trochę dalej, otrzymamy刂 dāo czyli skróconą formę noża, którym rozpłataliśmy koszulę, w związku z czym już do niczego nie była dobra: 歹 dǎi, è, dāi to zły.
Jesienne chmury opasujące Góry Błękitne tak szczelnie, że nawet wiatr astralny nie daje rady ich rozerwać! Piękna to wizja.

Tym poetyckim akcentem zakończyliśmy przygodę z Anningiem, tam bowiem te urocze kaligrafie-graffiti wypatrzyłam. Biorąc pod uwagę fakt, że zaczęliśmy tę przygodę jeszcze w maju, sami rozumiecie, dlaczego siedemset szkiców blogowych czeka na swoją chwilę i dlaczego blog jest moim kochanym dożywociem. Całe szczęście teraz wrócę do zupełnie zwykłego życia. Miejmy nadzieję, że nadal będę mieć czas na szukanie poezji po ścianach, kucharzenie, mikropodróże...

2026-09-15

苦菜 Gorzka kapusta

W wielu kuchniach chińskich jest bardzo popularne zielone liściaste warzywo, które, jeśli przetłumaczyć dosłownie, zowie się gorzkim warzywem czy też gorzką kapustą (nie mylić z gorzką dynią czyli przepęklą). Dzieli się na małe i duże - nie chodzi jednak tylko o rozmiar liści. Tu nie działa to, co u pomidorów czy bakłażanów - że ich cechy ogólne pozostaną podobne bez względu na rozmiar. Mała i duża gorzka kapusta to nie jest to samo warzywo: tak naprawdę to cała grupa rozmaitych warzyw, które łączy gorzkawy smak liścia. Najczęściej są to rośliny należące do rodziny astrowatych. Jedną z najpopularniejszych jest Pterocypsela indica czy też Lactuca indica czyli indyjska sałata 翅果菊 chìguǒjú (dosł. chryzantema o skrzydlatych owocach). Nie jest jednak jedyną, którą się tak nazywa, bo duża gorzka kapusta mówi się również na mlecz zwyczajny 苦苣菜 kǔjùcài (Sonchus oleraceus) oraz rozmaite gatunki z rodzaju Ixeris 苦荬菜 kǔmǎicài. Zwróćcie uwagę: właściwe nazwy chińskie nie mają nic wspólnego z "gorzką kapustą", a jednak potocznie każda z nich może zostać tak nazwana. Sprawę komplikuje jeszcze bardziej fakt, że w różnych regionach pod nazwą zbiorczą gorzkiej kapusty funkcjonują również inne rośliny. Na przykład yunnański 苦菜 to bardzo często brassica juncea czyli kapusta sitowata, która w innych regionach nazywa się 苦芥 kǔjiè (w wolnym tłumaczeniu: gorzka gorczyca). Istnieje również tzw. yunnańska gorzka kapusta 滇苦菜 czyli goryczel - wracamy tu do astrowatych. Włączmy sobie jeszcze w ten zbiór żółtokwiatową patrynię z rodziny przewiertniowatych i w zasadzie mamy już komplet - przynajmniej jeśli chodzi o "duże gorzkie warzywo". 
Zamieszanie jest jednak jeszcze trochę większe. Zgodnie z jednym z dziwactw Yunnanu 青菜喊苦菜 - dosłownie: warzywo zielone nazywa się gorzkim. Czyli mimo, że w całych Chinach jada się "gorzkie warzywa", to w Yunnanie nazywa się tak jeszcze więcej gatunków, nawet te, które dla innych Chińczyków są po prostu zielonymi warzywami. No a poza tym chyba tylko u nas - no, może jeszcze w Syczuanie i Guizhou - gorzkie warzywa dzielą się na duże i małe. A małe to jeszcze kilka roślin do kolekcji. Przede wszystkim niektóre gatunki Ixeris oraz Ixeridium, a obok nich mlecz kolczasty 花叶滇苦菜/云南小苦菜.
Ech. Idę na targ, pytam: co to? Odpowiadają, że gorzka kapusta, a ja nadal jestem zagubiona. Wiem tylko, że będzie gorzko i że mogę kupić którąkolwiek z nich, żeby sobie zapewnić działanie przeciwzapalne.
Anegdotka: podczas pobytu w Polsce wyzbierałam z trawnika wszystkie liście mlecza i przyrządziłam je po yunnańsku, smażone z czosnkiem i suszonym chilli. Okazały się jednak dużo bardziej gorzkie niż młodziutkie, uprawiane na zacienionych poletkach, zbierane gdy tylko wyrosną liście, do których przyzwyczaiłyśmy się z Tajfuniątkiem w Yunnanie. Stwierdziłyśmy, że może jednak skupimy się na słodziutkich jeżynach i agreście... 

2026-09-13

春江花月夜 Wiosenna rzeka w księżycową noc

Najpierw był sobie ten utwór na pipę:  
Nazywa się Flet i bębenek o zmierzchu. A potem przyszły czasy Republiki Chińskiej i postanowiono zaadaptować utwór na orkiestrę ludową. I wtedy właśnie nie wiadomo komu i dlaczego przyszło do głowy, że koniecznie trzeba przy okazji zmienić tytuł na coś bardziej chwytliwego. No a że Wiosenna rzeka w księżycową noc to tytuł słynnego wiersza, uznano, że się nada. Tutaj możecie poczytać na ten temat więcej, a ja tymczasem mam dla Was nie tylko wersję na orkiestrę ludową:
   
ale również na guzheng:
   
oraz adaptację wokalną!
 

2026-09-10

Brzoskwinie i śliwki 桃李

Nie lubię wierszy o długich tytułach. Jak to jest, że jeden popełnia całą książkę wierszem i tytułuje ją Pan Tadeusz, a inny napisze cztery siedmiosylabowe linijki i je zatytułuje tak, że olaboga?... 
奉和令公绿野堂种花 można przetłumaczyć mniej więcej jako W odpowiedzi księciu Linggongowi na jego sadzenie kwiatów w Zielonej Altanie, choć gdybyśmy mieli zwrócić uwagę na wszystkie niuanse, tytuł byłby jeszcze dłuższy. Bo tak: 
  • 奉和 fèng hé „z szacunkiem układam wiersz w odpowiedzi” - to taki grzecznościowy termin używany, gdy poeta odpisuje na cudzy utwór, co było częstą sytuacją na dworach i w ogóle między ludźmi wykształconymi. 
  • 令公 lìng gōng to tytuł honorowy wysokiego urzędnika (konkretnie 中书令 - coś w rodzaju naczelnika sekretariatu cesarskiego); tu konkretnie chodzi o pana Pei Du. 
  • 绿野堂 lǜyětáng to nazwa rezydencji należącej do Pei Du, dosłownie Zielona Dzika Sala. 
  • 种花 zhònghuā to najprostsza część tytułu - oznacza dosłownie sadzenie kwiatów. 
Czyli w zasadzie próbując dokładnie wywiązać się z zadania tłumaczki, powinnam być może przetłumaczyć tytuł jako Z szacunkiem układam wiersz w odpowiedzi księciu Linggongowi na jego sadzenie kwiatów w Zielonej Dzikiej Sali. Ech. 
Jest to czterowersowy utwór, napisany przez znanego już nam tangowskiego poetę Bai Juyi. Wiersz ma w zamyśle komplementować altanę Pei Du i jego samego, ale jest również świetnym przykładem wykorzystania przenośni i pytań retorycznych w tangowskiej poezji, a poza tym jest często recytowany właśnie dzisiaj - z okazji chińskiego Dnia Nauczyciela. Dlaczego? O tym już za chwilę. 

绿野堂开占物华, 
Zielona Altana zawiera całe piękno. 
路人指道令公家。 
Przechodnie wskazują: oto dom Jego Ekscelencji. 
令公桃李满天下, 
Jego brzoskwinie i śliwki wypełniają świat, 
何用堂前更种花。 
Po cóż więc sadzić kwiaty przed domem? 

Zanim zabierzemy się do zasadności posiadania kwiatów w ogrodzie, który jest brzoskwiniowo-śliwkowym sadem, wróćmy na chwilę do rezydencji. Zielona Dzika Sala, którą ja wyobrażam sobie zawsze jako pełny zieleni, cokolwiek mniej wypasiony chiński odpowiednik Rivendell, znajdowała się w południowej części dzisiejszego Luoyangu, miasta peonii. Zgodnie z pismami z epoki "Przy moście Wu zbudował rezydencję, gdzie rosły tysiące drzew i kwiatów; wzniesiono w niej chłodne pawilony i letnie komnaty, a nazwano ją Zieloną Dziką Salą"*. Wiadomo, że trawa rosła tak bujna, że regularnie wypasano tu owce. Dla Pei Du rezydencja ta była miejscem ucieczki od polityki; po wieloletnim kanclerzowaniu ten światły człowiek stwierdził, że obmierzły mu intrygi dworskiego życia, zrezygnował ze stanowiska i osiadł w Luoyangu. Do ogrodu doprowadzono słodką wodę i wzniesiono liczne pawilony, tworząc przepiękny krajobraz ogrodowy; tablicę z nazwą wykaligrafował sam Du Mu! Na jakże zasłużonej emeryturze Pei Du się nie nudził: często urządzał "intelektualne popijawy" (文酒之会) i układał wiersze wraz z zaproszonymi literatami, m.in. naszym Bai Juyi, ale również niepokornym Liu Yuxi. Spotykali się zresztą często nie tylko w celach pijacko-literackich, ale również obrzędowych - wiadomo na przykład, że Pei zapraszał swych przyjaciół-artystów np. na "egzorcyzmy" z okazji Podwójnej Trójki. Było to miejsce, które wypadało znać, wypadało je odwiedzać, a plotki dotyczące spotkań literackich u Pei docierały nawet na dwór cesarski. To sprawiło, że Zielona Altana stała się ważnym miejscem spotkań artystycznych za Tangów, a dzięki temu przeszła do historii, często przywoływana w dziełach literackich i na kaligrafiach późniejszych intelektualistów jako symbol ogrodu, w którym rozkwitają nie tylko rośliny, ale również idee.

No dobrze. Nadal jednak nie wiemy, o co chodzi z tymi kwiatami, śliwkami i brzoskwiniami. Oczywiście jest to przenośnia: brzoskwinie i śliwki to tak naprawdę utalentowani uczniowie. Bai Juyi nawiązał tym samym do słów cesarzowej Wu Zetian, która tak oto podsumowała dokonania Di Renjie czyli słynnego Sędziego Di: Wszystkie brzoskwinie i śliwki pod niebem są w twojej szkole (天下桃李,悉在公门). Ponoć swego czasu Di Renjie polecił cesarzowi wielu zdolnych urzędników. Wszyscy odnieśli później wielkie sukcesy. Cesarzowa wyrazić więc chciała podziw, że chyba każdy zdolny człowiek w całym państwie jest jakoś związany z Di, który albo go wychował, albo mu pomógł, a potem nieodmiennie polecał. 
Tyle, że to nie rozwiązuje problemu: nadal nie wiemy, dlaczego brzoskwinie i śliwki są synonimem utalentowanych dzieciaków? Brzoskwinie i śliwy pierwotnie były po prostu urodziwymi, bujnie kwitnącymi i rodzącymi obficie drzewami. Jednak już w najstarszym istniejącym zbiorze poezji chińskiej, Księdze Pieśni, znajduje się wers: piękni jak kwiaty brzoskwini i śliwy (华如桃李). Na początku więc był więc opis piękna, a także metaforyczne określenie młodości. Dodatkowo właśnie te dwie rośliny chętnie były wykorzystywane w anegdotach i przysłowiach. Np. 投桃報李 [投桃报李] tóutáobàolǐ czyli rzucić brzoskwinię, dostać śliwkę mówi o rewanżowaniu się prezentem za prezent i wymianie uprzejmości. Z kolei 桃李不言,下自成蹊 táolǐ bùyán, xiàzì chéngxī znaczy dosłownie: choć brzoskwinie i śliwy nie potrafią mówić, to pod nimi sama tworzy się ścieżka. W domyśle: przyciągają ludzi pięknem kwiatów i słodyczą owoców. Ta metafora jest używana na określenie ludzi dobrych i prawych, którzy nie muszą walczyć o uwagę i podziw innych. Z kolei w Zewnętrznych komentarzach do Księgi Pieśni stoi: Kto wiosną sadzi brzoskwinie i śliwy, latem ma pod nimi cień, a jesienią zbiera ich owoce (夫春树桃李者,夏得阴其下,秋得其实). I myślę, że może właśnie stąd porównanie do obiecującej młodzieży - w końcu tak jak sadzi się drzewa nie dla natychmiastowych korzyści, tak młodzież nauczamy, by ulepszała świat i zaszła dalej niż my potrafiliśmy zajść. Dlatego z czasem brzoskwinie i śliwy stały się metaforycznym określeniem wychowanych czy też nauczanych przez siebie uczniów, zwłaszcza tych, którzy zaszli daleko. 
Bai Juyi użył w wierszu sformułowania 桃李满天下 Wszędzie pod niebem pełno brzoskwini i śliw - czyli na całym świecie pełno jest młodych, zdolnych ludzi, którym Pei Du pomógł w rozwoju. Jest to więc swoisty hołd dla Pei Du, znanego ze wspierania młodych talentów, bycia hojnym i cierpliwym mentorem - w tym wspomnianego już Liu Yuxi. Z czasem wers ten stał się klasyczną laurką dla nauczycieli. Dziś często z okazji Dnia Nauczyciela chińscy pedagodzy zamiast kwiatów otrzymują kosze owoców - oczywiście brzoskwini i śliwek - a wtedy żadne słowa nie są już potrzebne.
Z wielką dumą chcę się Wam dziś pochwalić. Jeden z moich studentów, który wybierał moje zajęcia przez pełne cztery semestry, gdy na sam koniec poprosiłam o anonimowe podsumowanie kursu, zamiast rozpisywać się po angielsku, jak to zrobiła większość uczniów, stworzył dla mnie piękną kaligrafię - małe dzieło sztuki, z tym właśnie wierszem.
Postanowiłam ją sobie oprawić i zerkać na nią zawsze, gdy będę zniechęcona i zdemotywowana. Nawet jeśli na trzy setki studentów, których jednocześnie uczę, znajdzie się jedna taka śliwka czy brzoskwinka - warto. 

*To ze Starej Księgi Tangów:《旧唐书 裴度列传》又于午桥创别墅,花木万株,中起凉台暑馆,名曰绿野堂.

2026-09-06

平湖秋月 Jesienny księżyc nad spokojnym jeziorem

Jesienny Księżyc nad Spokojnym Jeziorem to pierwszy ze słynnych dziesięciu widoków Jeziora Zachodniego 西湖 w Hangzhou. Jako punkt widokowy jest znany już od czasów dynastii Song, choć początkowo nie było to jedno ustalone miejsce, a po prostu chodziło o wrażenie podczas wieczornego pływania łodzią po jeziorze jesienią, gdy podziwiano księżyc i wiatr. Innymi słowy: każde miejsce, z którego można było podziwiać księżyc nad jeziorem mogło być tak nazwane. Później wszakże zbudowano pawilon, z którego winno się oglądać księżyc, by widok dał radę sprostać oczekiwaniom.
Oczywiście ten słynny widok często bywał tematem wierszy i kaligrafii, a także rzeźb, drzeworytów, tkanin, haftów i innych dzieł ludzkich rąk. Dziś jednak nie o nich, a o muzyce - bo powstał i utwór, który ma nas przenieść wprost nad Zachodnie Jezioro w spokojną jesienną noc. Ponoć pod koniec lat '20 XX wieku kantoński muzyk Lü Wencheng przybył nad Jezioro Zachodnie w Święto Środka Jesieni i był pod tak ogromnym wrażeniem tego widoku, że skomponował całą suitę nim inspirowaną. W 1930 roku utwór został nagrany i wydany i natychmiast stał się hitem i reprezentatywnym dziełem tradycyjnej muzyki kantońskiej. Utwór jest tak znany i popularny, że powstało wiele wersji, w tym na fortepian. Ku mojemu najszczerszemu zachwytowi, w sieci można znaleźć nagranie utworu w wykonaniu samego kompozytora! 
Wersja na guzheng:
   
Wersja na fortepian:
   
Wersja na gaohu (sopranowe erhu) z akompaniamentem kantońskiego tradycyjnego zespołu w wykonaniu samego kompozytora, Lü Wenchenga:
 

2026-09-03

flądra i ptak

Jeden, jedyny raz udało nam się zjeść nad morzem naprrrrrrawdę świeże ryby, prosto z nocnego ułowu. Były to flądry i ogromniasty dorsz, któremu nie daliśmy w szóstkę radę i trzeba było dojadać dnia następnego.
Oczywiście, natychmiast sięgnęłam do słownika, żeby móc ZB wyjaśnić, jakimi to pysznościami raczymy się pod jego nieobecność. Dorsz jest prosty - 鱈 [鳕] xuě czyli, rozbijając na czynniki pierwsze, ryba 鱼 o mięsie bielutkim jak śnieg 雪. Jest to ponoć jeden ze znaków pochodzenia japońskiego, który Chińczycy włączyli w swe słowniki znacznie później. 

Flądra okazała się być znacznie ciekawsza. Po pierwsze ma wiele nazw, przede wszystkim dlatego, że w potocznym chińskim używa się wymiennie nazw wielu ryb flądrokształtnych. Dlatego np. 
  • 鰜 [鳒] jiān może zostać nazwana flądra, choć właściwie nazwa powinna być zarezerwowana tylko dla flądrokształtnych ryb z rodziny jęzorowatych. 
  • 龍脷 [龙脷] lub prościej 龍利 [龙利] lónglì to przede wszystkim sola, ale również ona bywa wykorzystywana w opisie flądrowatych.  
  • 鰈 [鲽] dié to najważniejsza nazwa - dotyczy całego rzędu ryb flądrokształtnych, jednak jeśli nie znamy się dobrze na rybach, to właśnie tej nazwy użyjemy wobec każdej flądry, na którą natrafimy. Potocznym odpowiednikiem tej nazwy są 左口魚 [左口鱼] zuǒkǒuyú - dosłownie: ryba lewy pysk oraz 比目魚 [比目鱼] bǐmùyú, do której to nazwy wrócimy za chwilę.  Kilka innych ryb wykorzystuje znak 鰈 [鲽] dié, np. 大鰈魚 [大鲽鱼] dàdiéyú to turbot.
I tak sobie przeglądam ten słownik i przeglądam, uzupełniając wiedzę o ryby, aż tu nagle pojawia mi się zbitka 鰈鶼 [鲽鹣] diéjiān oznaczająca... dobrze dobraną i kochającą się parę. Ki diabeł? Co ma do tego wszystkiego flądra? Bo widzę, że pierwszy znak to flądra, a drugi jeszcze dziwniejszy, bo skąd przy tej flądrze jakiś nieznany mi ptak? Słownik podpowiedział: 鶼 [鹣] jiān to legendarny/mityczny ptak. Czyli wiadomo, że będzie ciekawie. Te dwa znaki to tak naprawdę skrót dla 比目鱼和比翼鸟 jednookich ryb i jednoskrzydłych ptaków. Otóż zgodnie z legendą na wschodzie żyją ryby, które muszą pływać parami, ponieważ każda ma tylko po jednym oku. Z kolei na południu żyją ptaki, które muszą wspólnie latać, ponieważ każdy ma nie tylko po jednym oku, ale i po jednym skrzydle*. No a ponieważ samce zawsze mają oko/skrzydło z lewej strony, a samice z prawej, to cudownie się wszystko układa, prawda? Powstało nawet przysłowie: 鹣鲽情深 jiāndiéqíngshēn - głęboka miłość fląder i jianów. Jak rozumiem, nie jednych do drugich czyli międzygatunkowo, tylko między samcami i samicami tego samego gatunku. Muszą się kochać, bo inaczej wymrą. W sumie to niegłupie, że określa się tak pary, które są do siebie bardzo przywiązane (sic!). Do tego właśnie ptaka nawiązuje Bai Juyi w jednym ze swych poematów (konkretnie: w Pieśni Długiego Żalu); zresztą, również innym poetom zdarzało się uważać kalekie ptactwo i ryby za warte naśladowania... 
Oczywiście uwielbiam chiński za to, że potrafi wcisnąć rybę i mitycznego ptaka do kochającej się pary, jednak osobiście uważam to za spore nadużycie. Przecież tylko dlatego, że do latania potrzebuję tego drugiego, nie muszę go wcale kochać! Może go wręcz nie znoszę, ale i tak jestem nań skazana? Kulturoznawczo-detektywistyczna żyłka każe mi się zastanowić, jak wiele par wygląda na zgodne i kochające, choć współpracują tylko dlatego, że muszą. Dla dobra dziecka, żeby spłacić kredyt, bo zegar biologiczny tyka... Czy lepsza jest para, która być ze sobą musi, czy ta, która codziennie siebie wzajemnie wybiera, choć może latać, pływać, pracować, żyć i podróżować samotnie?
Już nie mówiąc o tym, że prędzej naprawdę wyłupię sobie jedno oko, niż pozwolę, żeby ZB - nawet żartem - mówił do mnie per "flądro"! 

* Tak w każdym razie sprawę opisuje Erya, starożytny chiński leksykon.《尔雅·释地》:“東方有比目魚焉,不比不行,其名謂之鰈。南方有比翼鳥焉,不比不飛,其名謂之鶼鶼。”

2026-09-01

走百病 Wypędzanie Stu Chorób - zwyczaj z Bixi

Jednym z bardzo ciekawych zwyczajów Mojiangu jest rzucanie kamieni na szczęście, żeby "odpędzić sto chorób". A było to tak: ponoć dawno temu, u schyłku panowania dynastii Ming, pewnego dnia siódmego miesiąca księżycowego rozpadał się czerwony deszcz, przynosząc z sobą epidemię malarii, która pogrążyła miasteczko Bishuo w niedoli i cierpieniu. Pewna niewiasta, nie mogąc znieść widoku synka dręczonego chorobą, ruszyła w góry w poszukiwaniu ziół. Głodna i spragniona, zeszła nad Akwamarynowy Strumień (od którego wzięło nazwę nasze malownicze miasteczko), by ugasić pragnienie. Przejrzysta tafla okrutnie ukazała pożółkłą, wychudzoną twarz, pooraną zmarszczkami. Kiedyż to straciła młodość i urodę? Ach, to nieszczęsne życie i syn na łożu boleści; krzywda i bezradność pochyliły ją ku ziemi i odebrały radość życia. W rozpaczy podniosła z brzegu kamień i cisnąwszy go z całej siły do rzeki, krzyknęła rozdzierająco: O, niebiosa! Czemuście takie niesprawiedliwe? Czemu pozwalacie, by maleńkie dziecko znosiło takie męki? Jeśli bogowie istnieją, jak mogą pozwalać na takie krzywdy? Za jakie grzechy? Nie proszę o nic dla siebie; nie pragnę zaszczytów ni bogactw, chcę tylko zdrowia dla mego dziecka, tego, by nie cierpiało więcej! 
Kolejne kamienie wpadały do rzeki w ślad za kolejnymi słowami wykrzykiwanymi w niebo. Powoli zmęczenie i beznadzieja wzięły górę; krzyki i płacz ustały, zagłuszone pragnieniem i zmęczeniem. Po tym wybuchu rozpaczy kobieta podniosła się ociężale i powlokła do zniszczonego domu. Gdy dotarła do skrzyżowania, już z daleka ujrzała synka, tak długo zmożonego chorobą, teraz stojącego w drzwiach domu, promiennego i pełnego życia, wołającego ją do siebie. Kobieta przecierała oczy ze zdumienia. Pobiegła szybko do domu, przytuliła synka mocno do piersi i szeptała: Moje dziecko, ukochane dziecko! Ozdrowiałeś! Duch rzeki objawił swą moc! Pospieszyła na główną ulicę miasteczka i dawała świadectwo temu, jak duch rzeki objawił swą moc i ocalił jej dziecko. 
Okoliczni mieszkańcy, poznawszy tę historię, zaczęli tłumnie udawać się nad rzekę i wrzucać do niej kamienie, dołączając najprzeróżniejsze życzenia. I działo się tak, że obłożnie chorzy cudownie zdrowieli, staruszkowie robili się rześcy i ruchliwi; nawet stary, chory wół odzyskał wigor! Wdzięczni mieszkańcy brali kadzidła, świece i ofiary i znów szli nad rzekę, tym razem po to, by być pokłony i składać ofiary. 
Odtąd każdego dwudziestego dnia siódmego miesiąca księżycowego (czyli właśnie dzisiaj) mieszkańcy wsi gromadzą się nad rzeką, by czcić ducha rzeki, rzucać kamienie i modlić się o szczęście. W drodze powrotnej zbierają kamyk i kładą go pod poduszką, by zatrzymać szczęście na dłużej.

2026-08-29

铁马吟 Śpiew wietrznych dzwonków

Melodia na dziś to świecka guzhengowa próba oddania buddyjskiej guqinowej atmosfery. Jeśli nie znaleźliście jeszcze pustki w sercu i nie pozostaliście nieskalani mimo otaczającego pyłu i kurzu, może wsłuchanie się w muzyczny zen Wam (nam) pomoże? 
Co ciekawe, nie jest to żaden starożytny kawałek, a utwór konkursowy, napisany w 1985 roku przez wybitnego muzyka Zhao Dengshana 赵登山. Praca nad nim zajęła Zhao zaledwie tydzień! Zdobył wiele nagród w kraju i za granicą; został włączony do podręczników gry na guzheng. Szybko stał się wizytówką shandońskiego stylu guzhengowego. 
Trudno się dziwić. Jest przepiękny.
   
A teraz trochę o tytule: dosłownie tłumaczony znaczy "śpiew żelaznych koni" i niestety w Internecie można znaleźć ten utwór tak właśnie opisany. Biorąc pod uwagę, jak wiele znaczeń ma "żelazny koń" po chińsku, mogę sobie wyobrazić pół tuzina kompletnie do siebie wzajemnie niepodobnych utworów, które nosiłyby taki tytuł. Czym więc może być żelazny koń? 
鐵馬 [铁马] tiěmǎ - kawaleria; koń w zbroi, stalowa barykada, rower (na Tajwanie), motor (w Hongkongu), lokomotywa (w XIX-wiecznej Anglii), metalowe barierki i w końcu dzwoneczki poruszane wiatrem, często wiszące pod dachami chińskich świątyń. 
Czekam na utwór na guzheng inspirowany szarżą husarii. Albo chociaż wyścigiem rowerowym...

2026-08-27

竹里清风 chłodna bryza w bambusowym gaju

Tym razem kaligrafia lepiej trafiona: przy bambusach wiersz o bambusie, a raczej jego pierwszy wers.
Całość przedstawia się tak:
竹里清风竹外尘, 
风吹不断少尘生。 
此间干净无多地, 
只许高僧领鹤行。 

W bambusach czysty wiatr, poza nimi kurz i pył, 
Wiatr nieustannie wieje, a kurzu wciąż przybywa. 
To miejsce jest czyste, przestrzeni niewiele, 
Tylko dostojny mnich może tu przechadzać się z żurawiem. 

竹 zhú czyli bambus w buddyzmie symbolizuje pustkę (siunjata) i elastyczność. Dlaczego pustkę? Bo jest pusty w środku - a dokładne tłumaczenie siunjaty na chiński to właśnie 空 kōng - ten sam rodzaj pustki, co wewnątrz bambusa. Jednocześnie jest giętki, niełamliwy - jak wyzwolony, oświecony umysł, nie trzymający się kurczowo żadnych koncepcji. W bambusach - choć niektórzy tłumaczą np. "w bambusowym gaju" - czyli jak we wnętrzu oświeconego umysłu, w czystej, naturalnej, niezakłóconej przestrzeni. 

清風 [清风] qīngfēng to dosłownie rześka bryza, orzeźwiający wiatr, jednak od wieków jest to sformułowanie używane przenośnie znacząc czystość i uczciwość. Czyżby były to zachowania czy też cnoty tak rzadkie, że aż przynosiły orzeźwienie i przewiewały zwykłe, paskudne ludzkie zachowania?
Z kolei 塵 [尘] chén to kurz, brud, ziemia. W buddyjskiej terminologii nazywa się tak skazy umysłu i przywiązania. Wywodzi się to z ajatan czyli zmysłów i guṇa czyli przedmiotów zmysłów czy też wyniku działań zmysłów - to, co widzimy, czujemy, słyszymy itd. 
Wszędzie poza bambusem czai się kurz, którego wciąż przybywa. Nie da się go posprzątać, ani od niego uciec. Prawdziwa czystość to nie unikanie brudu, a brak reakcji (idea bardzo pomocna w zachowaniu spokoju, gdy wchodzi się do pokoju dziesięciolatki...). 
Miejsce, które jest czyste to "puste serce" 心空 xīnkōng, czyli citta-śūnyatā - pustka umysłu, pustka świadomości. Do tego właśnie dążymy w medytacji, koanach, w szukaniu oświecenia tu i teraz. Nie potrzebujemy całego wszechświata i dziesiątek lat, tylko błysku zrozumienia w naszym pustym umyśle. Jeśli uda nam się urzeczywistnić tę pustkę, będziemy jako dostojny mnich w towarzystwie równie dostojnego żurawia. W tradycji zen nabiera on innej symboliki niż długowieczność i zasada niedziałania znane nam z taoizmu; gdyby leciał, oznaczałby umysł, który wzniósł się poza samsarę i osiągnął pełne wyzwolenie; jednocześnie pokazuje nieskalaną naturę umysłu, wolną od splamień i przywiązań. Jednak jeśli stałby na jednej nodze w wodzie, byłby metaforą mnicha w stanie głębokiej medytacji zen na siedząco (zazen). 
Kurz będzie zawsze. Samsara nie pozwala na pełne oczyszczenie, nie daje nam świata bez skazy. Pora więc znaleźć wejście do wnętrza bambusa, gdzie kurz nie będzie już nas kalać. Gdy nam się to uda, będziemy przechadzać się z żurawiami - żyć w świecie, nie dając się mu skazić. 

To wiersz kolejnego z Ośmiu Ekscentryków z Yangzhou*, Jin Nonga... bądź jego ucznia, Luo Pina - często przepisywał on i interpretował wiersze mistrza, ale sam tworzył w podobnym stylu. 

*Poprzednim był oczywiście Zheng Xie, o którym wspomniałam tutaj.

2026-08-25

chrupiąca czerwona fasola 酥红豆

Skoro już jesteśmy przy czerwonej fasoli, to pomówmy o bodaj jedynej wersji, którą naprawdę kocham: o chrupiącej czerwonej fasoli prażonej z gorzką kapustą 苦菜酥红豆*. Jest to jedno z najbardziej yunnańskich dań świata, składające się głównie ze wspomnianych dwóch składników z dodatkiem chilli. W dodatku, choć mieszkam tu już tak długo, nadal chadzam na nie do knajpy. Nie to, że nie umiem zrobić. Po prostu samodzielne zrobienie tej fasolki tak, żeby była co najmniej tak dobra, jak w restauracji, jest trudne. Chodzi głównie o dobrą kontrolę temperatury oleju, żeby fasola była chrupiąca, ale żeby jej nie przypalić. 
Składniki: 
  • 500 g czerwonej fasoli 
  • suszone papryczki chili 
  • gorzka kapusta (大苦菜) 
  • skrobia ziemniaczana 
  • sól 
Wykonanie: 
  1. Poprzedniego dnia fasolę namoczyć. 
  2. Następnego dnia fasolę najpierw ugotować do miękkości, a następnie dokładnie odcedzić. 
  3. Gorzką kapustę pokroić w drobną kostkę. 
  4. Do miski wsypać skrobię ziemniaczaną; wsypać do niej ugotowaną fasolę i dokładnie obtoczyć.
  5. Rozgrzać wok, wlać olej - na tyle dużo, by mógł całkowicie przykryć fasolę. 
  6. Gdy olej będzie gorący, wrzucić suszone papryczki chilli i smażyć, aż zapachną. 
  7. Następnie dodać obtoczoną fasolę i smażyć na dużym ogniu, by całkowicie odparować wodę z jej powierzchni. 
  8. Gdy woda odparuje, zmniejszyć ogień i smażyć dalej, aż fasola zacznie lekko pękać - to znak, że jest gotowa. 
  9. Wówczas należy wyjąć i odcedzić usmażoną fasolę. 
  10. Z woka odlać większość tłuszczu, a potem obsmażyć pokrojoną kapustę, aż wilgoć odparuje. 
  11. Dodać usmażoną fasolę, posolić i przesmażyć - danie gotowe! 
Doskonałe nie tylko jako jedno z dań obiadowo-kolacyjnych, ale również jako zakąska.



Ciekawostka: danie to jest od lat jednym z moich ukochanych. Jednak jakoś nigdy nie złożyło się, by o nim napisać. Gdy przeglądałam wpisy pod kątem czerwonej fasoli, która została nam podana w Anningu, na hasło "czerwona fasola" na blogu pojawiły się... trzy szkice z naszą chrupiącą czerwoną fasolą. Pierwszy był z 2015 roku. Zawsze wrzucałam zdjęcie, a potem mówiłam sobie, że napiszę kiedy indziej, jak będzie czas, tratata. Właśnie widać. Dziesięć lat z hakiem minęło od pierwszego szkicu. Ech, prokrastynacja. Jeśli czegoś nie zrobię od razu, to potem tak to właśnie wygląda... 
*istnieje również w wersji z yunnańską kiszoną kapustą 酸菜酥红豆.

2026-08-18

鳳尾蘭 orchidea z ogonem feniksa czyli jukka

Ponieważ Tato wyzbierał cały agrest, poza kompotami i dżemami zrobiłam parę słoików gąszczu czyli staropolskiego chutney oraz nastawiłam agrestowy ocet. Z mirabelek i ałyczy zrobiłam hektolitry kompotu, dżem i moją ukochaną tkemali, oczywiście dostosowaną do zawartości tutejszego ogródka. No a potem załapałam się jeszcze na jukkę, szpilecznicę, kręplę (jakież te nazwy są piękne!):


Wszystkie jędrne jeszcze płatki i pędy zebrałam, pozbawiłam pręcików i słupków, opłukałam w zimnej wodzie, a potem, yunnańskim zwyczajem, usmażyłam w omlecie. Na miseczkę kwiatów musiałam wbić pięć jaj, żeby konsystencja była omletowa. Następnym razem usmażę jajecznicę...

Został pożarty tak szybko, że nie zdążyłam zrobić zdjęć. Jeśli macie jeszcze jukkę, to bardzo polecam.

No.

Tym pozytywnym i apetycznym akcentem kończę leniuchowanie. Ruszyłyśmy już w drogę. W przyszłym tygodniu, kiedy trochę odpocznę i odchoruję loty i zmianę stref czasowych, a także kiedy przyzwyczaję się znów do niemal 2000 m.n.p.m, będę chciała powoli wrócić do pisania, czytania (może się to wydawać mało prawdopodobne, ale okazało się, że na przestrzeni ostatniego miesiąca nie tylko nie przeczytałam ani jednej książki, ale nawet nie skończyłam tej, z którą wyjechałam z Kunmingu!) i mojego małego, chińskiego świata. Wracam bardziej zmęczona fizycznie, ale za to z przewietrzoną głową i sercem, które wróciło do rytmu maleńkiej wioski, lasu, morza i pól. Mam nadzieję, że tak naładowane akumulatory wytrwają do przyszłych wakacji.