Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yao 瑶族. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yao 瑶族. Pokaż wszystkie posty
2020-06-10
2020-03-21
Amla - yunnańska oliwka 滇橄榄
Amle dojrzewają podobno dopiero na jesieni, jednak w Kunmingu da się je przyuważyć na straganach już w marcu. Ręcznie zbierane, kwaśne, gorzkie i cierpkie jagody liściokwiatu garbnikowego przywędrowały do Yunnanu zapewe z Indii, w których jest roślina ta jest uprawiana na wielką skalę. Niemal nikt tych okropnych owoców nie spożywa bezpośrednio, a dopiero po ukiszeniu czy też wymoczeniu w słonej wodzie i obtoczeniu w płatkach chilli. Można ją jeść gotowaną (na przykład jako jeden ze składników dalu) - choć mówiąc szczerze, smak amli nie podbił mojego serca - no, może z wyjątkiem amli kandyzowanej (taką też się sprzedaje; można ją zajadać po posiłku jak lekarstwo na dobre trawienie). Skoro jednak owoce są takie niedobre, dlaczego się je w ogóle uprawia? Otóż są używane w tradycyjnej indyjskiej medycynie, zarówno świeże, jak i suszone. Zresztą - używa się nie tylko samych owoców, ale też nasion, liści, korzeni, kory i kwiatów. Jest oczywiście remedium na najróżniejsze schorzenia, przedłuża życie, obniża gorączkę, poprawia trawienie, leczy z zaparć, oczyszcza krew, ratuje przed kaszlem, wzmacnia serce, poprawia wzrok, działa na porost włosów, a nawet pomaga na mózg! Tyle o tradycji. Współczesne badania pokazują, że owoce amli wykazują działanie antywirusowe i antybakteryjne.
Poza tym używa się jej do produkcji atramentów, szamponów i olejków do włosów (podobno dzięki nim włosy są nie tylko mocniejsze, ale również mniej siwe), a także do produkcji utrwalaczy barwników do tkanin. Z liści można po wysuszeniu zrobić pięknie pachnące wnętrze poduszki.
W Yunnanie jest amla ważnym składnikiem diety i lekarstw wielu grup etnicznych, przede wszystkim Dajów, Hani i Yao. Chyba jednak żadna z naszych religii nie traktuje amli jak świętego drzewa. Za to w hinduizmie jest ona ważna: teksty tantry hinduistycznej, wymieniają to drzewo jako jedno z pięciu, które tradycyjnie wymagane są w miejscu wykonywania sadhany. Inne przekazy mówią o drzewie liściokwiatu jako o siedzibie Lakszmi.
W Yunnanie często się mówi o jej właściwościach prozdrowotnych: pomaga na kaszel i ból gardła, gasi pragnienie itd. Często się ją u nas kisi, dodając do zalewy oprócz soli również lukrecji chińskiej i miodu.
Można też na jej bazie przyrządzić leczniczą nalewkę, pamiętając, by cukru lub miodu dodać naprawdę dużo.
Można też na jej bazie przyrządzić leczniczą nalewkę, pamiętając, by cukru lub miodu dodać naprawdę dużo.
A ja tymczasem otwieram kolejną paczuszkę z kandyzowaną amlą, która doskonale sprawdza się jako cukierki na ból gardła:
Nawet gotowanie w syropie cukrowym nie pozbawia amli całej goryczki i cierpkości. A jednak Tajfuniątko ją uwielbia! Dziwne dziecko...
2018-07-19
Hekou 河口
Hekou znaczy dosłownie "usta rzeki". Czyli jej wylot, ujście. W tym konkretnym przypadku ujście dorzecza Rzeki Czerwonej dało nazwę chińskiemu miasteczku, graniczącemu z Wietnamem. Tuż po drugiej stronie Rzeki Czerwonej znajduje się bowiem Lào Cai, doskonale widoczne z Hekou.
A przecież nie zawsze Hekou się tak nazywało i nie zawsze było graniczne. Dziesiątki razy te okolice były na zmianę zdobywane przez Chińczyków i przez "południowych barbarzyńców", czyli te ludy, które dziś są Wietnamczykami albo którąś z licznych mniejszości etnicznych Chin bądź Wietnamu. Dopiero za panowania Daoguanga (pierwsza połowa XIX wieku) miasteczko otrzymało swą nazwę, a jeszcze później (w 1897 roku) - stało się siedzibą wojskowych, mających pilnować porządku na granicy. Po wojnie chińsko-francuskiej zawładnęli nim Francuzi, przez co Hekou stało się portem handlowym oraz ważnym przystankiem na trasie zaprojektowanej przez Francuzów kolei yunnańsko-wietnamskiej.
A później Francuzi sobie poszli, zostawiając po sobie parę budynków, przystanek kolejowy i właściwie nic więcej - dziś nie uświadczysz w Hekou ani jednej zachodniej restauracji, ani jednej piekarni z bagietkami, nic!
Znacznie później Hekou i całe województwo Honghe stało się tematem numer jeden z racji wojny chińsko-wietnamskiej. Trzeba powiedzieć, że chociaż dziś stosunki chińsko-wietnamskie wydają się znormalizowane, drobne wrogie incydenty zdarzają się dość często. A to Wietnamczyk powie, że Chińczyk to brudas, a to Chińczyk stwierdzi, że Wietnamczycy zawsze kłamią i jeszcze są brzydcy jak małpy... Różnie bywa. Wiem, że Chińczycy do dziś mają do Wietnamczyków żal o wkraczanie na chińskie terytorium i zabijanie cywilów (niektóre wiejskie tereny Honghe do dziś są usłane niewybuchami itp.). Ale na tle tych rozmaitych konfliktów akurat Honghe wygląda całkiem nieźle. Most na Rzece Czerwonej wypełniony jest kursującymi w obie strony mróweczkami - tak chińskimi, jak i wietnamskimi. W Hekou można bez problemu kupić wietnamskie kapelusze czy przekąski, a w sąsiednim Lào Cai - chińskie ubrania czy leki. Poza etnicznymi Chińczykami i Wietnamczykami, żyje tu dużo innych grup etnicznych: Hani, Yao, Miao, Zhuang, Yi... Może właśnie ta różnorodność etniczna pozwala im się jakoś dogadywać.
Tutejsi ludzie żyją z uprawy ryżu oraz owoców tropikalnych (głównie różnych gatunków bananów oraz ananasów i trzciny cukrowej) a także wydobycia i obróbki marmuru oraz kopalni antymonowych. Hoduje się tu zwłaszcza ryby i żółwiaki (mniam!). Nie hoduje się za to leniwców*, które dawniej zwisały z każdego drzewa, a teraz trzeba się bardzo postarać, żeby na jakiegoś w ogóle trafić. Sporo za to mieszka tu dużych wężów i jaszczurek, więc uważałabym podczas spacerów w dzikim tropikalnym lesie.
Samo miasto liczy zaledwie niespełna 40 tysięcy mieszkańców - w skali Chin jest to wiocha z trzema ulicami na krzyż. Tak. Ale na tych ulicach można znaleźć wiele ciekawostek.
Po pierwsze: stęsknieni za Wietnamem znajdą tu iście wietnamski koloryt - ulice wysadzane palmami, budyneczki w europejskim stylu, dużo skuterów i tuk-tuków, a także ludzi w pięknych trójkątnych kapeluszach. No i - wszystko dwujęzycznie podpisane, bo docelowo służące i Chińczykom, i Wietnamczykom.
Po drugie - bogactwo tropikalnych owoców: świeże owoce chlebowca, słodziutki flaszowiec, miękkie i soczyste gruszle, o bardziej "zwykłych" bananach i ananasach prosto z drzewa nawet nie wspominając.
Po trzecie - jedzenie. Poza zwykłymi chińskimi knajpami, jest też kilka (stosunkowo niedużo, ale da się znaleźć) regionalnych, podających jedzenie z Hekou i rozmaite wietnamskie przekąski.
Zachęciłam Was do wycieczki? :)
*chodzi o leniuchy ospałe, czyli inaczej lori.
*chodzi o leniuchy ospałe, czyli inaczej lori.
2017-11-28
taniec z bambusowymi lagami 竹竿舞
Tajfuniątko oczywiście wystrzeliło jak strzała. Zawsze gdy coś się dzieje, ona jest pierwsza, by wszystko zobaczyć, wszystkiego dotknąć, wszystkiego posłuchać. I dobrze! Dzięki temu nie muszę się wstydzić tego, że ja też zawsze w podskokach biegnę w miejsca, w których się "coś dzieje". Tym razem byli to studenci, ćwiczący taniec z bambusowymi lagami.
Tak naprawdę to nie jest jeden taniec, a cała rodzina tańców. Różnią się ilością i płcią tańczących ludzi, figurami, muzyką, tempem, rytmem. Różnią się też miejscem występowania, okazjami, przy których się je tańczy i grupami etnicznymi, u których występują. Łączy je jedno: bambusowe lagi, które część tancerzy trzyma - na różnych wysokościach i w różnych układach - a druga część przez te lagi zwinnie przeskakuje. Tak jak podczas gry w gumę, tylko że gdy gramy w gumę, nie możemy sobie raczej narobić tą gumą siniaków ani o nią złamać nogi... Lagi składa się razem i rozkłada, robiąc miejsce na nogi. Brzmi prosto - ale układów jest mnóstwo, a tempo może być szybkie.
Najbardziej znane są tańce ludu Li z Hainanu, ale w Yunnanie też są popularne u grup etnicznych Miao, Yao, Zhuang, Wa czy Hani. U tych ostatnich taniec z bambusowymi lagami jest ważną częścią obchodów noworocznych.
Poniżej - stylizowany taniec grupy etnicznej Miao. Taniec z bambusowymi lagami zaczyna się około trzeciej minuty.
2012-04-30
雲南映像 Dynamic Yunnan
Przedstawienie „Odbicie Yunnanu” (bo tak należy przetłumaczyć chiński tytuł) to śliczne połączenie tradycji i nowoczesności. W tradycyjne pieśni, sposoby śpiewania, tańca i gry na instrumentach ludowych tudzież oryginalne stroje yunnańskich grup etnicznych włączone zostały współczesne instrumenty perkusyjne, nowe układy choreograficzne i opowiedziano tymi bogatymi środkami nowe historie – oczywiście bazujące na tutejszych baśniach i legendach, ale jednak będące autorskim dziełem Yang Liping 杨丽萍, która z dużym talentem i subtelnością połączyła wszystkie elementy w soczystą całość. Ba! Ona nie tylko to wymyśliła i wyreżyserowała. Ona też szlajała się po yunnańskich wioskach, wyszukując śpiewaków i tancerzy, którzy jeszcze tradycje mieli we krwi, a nie w... mniejsza o to zresztą. Ona również występowała pierwotnie w jednej z głównych ról, wyginając śmiało ciało w pięknym tańcu Dusza Pawia. Jej też zawdzięczają widzowie to, że muzycy grają na oryginalnych etnicznych bębnach i miechach, a także używają niepodrobionych tybetańskich młynów modlitewnych. Nawet pojawiające się w trakcie przedstawienia bawole czaszki są spreparowane tak, że żaden szaman by się ich nie powstydził. Co do autentyczności tańców – oczywiście choreografia jest cokolwiek uwspółcześniona, ale tradycyjny posmak nadaje przedstawieniu fakt, iż 70% tancerzy i śpiewaków to faktycznie naturszczyki powyciągane tutejszych wiosek.
Przedstawienie składa się z siedmiu części.
Wstęp: Na początku był chaos. Nie było słońca ani księżyca, tylko ciemność. Pierwszym uderzeniem Boskiego Bębna szaman rozjaśnił Wschód. Drugim uderzeniem Bębna rozjaśnił Zachód – to jest wywodząca się z tradycji ludu Yi 彝 opowieść o Boskim Bębnie.
Akt pierwszy: Słońce
Trzeba Wam wiedzieć, że w Yunnanie bęben to nie jest zwykły instrument muzyczny. Można się przy jego pomocy modlić, może uosabiać matkę bądź intymne części ciała kobiety. Może być obity skórą, wykonany z kamienia, brązu, drewna. Uderzanie drewnianą palką o napiętą skórę bębna przywodziło dawnym ludom na myśl stosunek płciowy. U wielu yunnańskich grup etnicznych bęben służy kontaktom z bogami albo sam w sobie jest przedmiotem kultu. Choćby Jinuo 基諾 wierzą, że ich przodkowie poczęli ten szczep schowawszy się w wielkim bębnie przed nieszczęściami. Wa 佤 z kolei dzielą swe drewniane bębny na męskie i żeńskie, od razu łącząc je w pary. Przed ścięciem drzewa potrzebnego do stworzenia bębnów odprawiana jest ceremonia ofiarna. Wa powiadają, że nie da się ozdobić bębna tak, żeby był on idealny i skończony. Nie istnieje również ostatnia piosenka czy ostatni taniec. Na bębnie zawsze da się dodać jeszcze jeden wzór, a po wyśpiewaniu ostatniej pieśni można stworzyć nową.
Akt drugi: Ziemia
Niebo jest wielkie, ale tylko jedno. Ziemia jest wielka, ale tylko jedna. Nie mów, że trawy i drzewa są nieme, bo wszystkie rośliny na ziemi mają swój powód i cel. Przodkowie powiedzieli mi, że nasze ciała powstały ze zmian ziemi. I gdy przytulę się mocno do gliny, od razu rozumiem słowa naszych przodków. Jesteś wężem wyginającym smukłe ciało w blasku księżycowego strumienia; lśniące ciało to język, w którym nocne niebo śpiewa swą pieśń...
Druga część przedstawienia poświęcona jest kobietom. Ich związkowi z ziemią, piękności i gibkości ich ciał, temu, że bez nich zamiera życie. Pierwszy taniec, gra cieni, urzekł mnie – mam wrażenie, że tancerka nie ma w ogóle kości. Och, gdyby mi było dane tak się poruszać!
Drugi to pieśń Wzorzastych Pasów, szczepu ludu Yi 彝.
Lubię ten taniec, dziewczyny mają niezłą kondycję.
Ostatni taniec mnie niezbyt przekonuje, za mało autentyczny, ale rozpoczynająca utwór pieśń jest moim zdaniem piękna. A opowiada, z tym całym starczym przydechem, o trudach kobiecego życia.
No i te fantastyczne dajskie kapelutki!...
Akt trzeci: Dom
Wiele yunnańskich grup etnicznych wierzy, że w każdym przedmiocie kryje się jego duch – w górze jest bóg gór, w rzece bóg rzek, w drzewach bóg drzew i tak dalej. Biorąc pod uwagę mnogość bóstw, którym oczywiście należy oddawać cześć, nie dziwi spora ilość ofiarnych ceremonii, a w nich i tańców. Przecież wiadomo, że owe bogi będą nas chronić tylko jeśli je ładnie o to poprosimy. W tej części pokazują się ładnie moi ulubieni Yi. Śpiewają o tytoniu i o pracach gospodarskich. Zaskoczyło mnie to, bo zawsze kojarzyłam Yi zawsze z polowaniami i karawanami herbacianymi.
Akt czwarty: Ogień ofiarny
Tutaj trawy tańczą – jeśli umiesz słuchać ziemi; tutaj kamienie przemawiają – jeśli umiesz słuchać duszą; tutejsze góry bliskie nieba, dlatego baśnie wciąż żyją w pieśniach pasterzy; tutaj woda płynie razem z chmurami, dlatego duchy piją z nami wódkę.
Yunnańskie grupy etniczne takie jak choćby Lahu 拉祜, Lisu 傈僳, Wa 佤, Naxi 纳西, Miao 苗 czy Yao 瑶 współdzielą Legendę o Tykwie. Ponoć podczas potopu brat z siostrą ukryli się w tykwie i tę powódź przetrwali, a gdy woda się cofnęła, wyszli z tykwy i poczęli nowy lud. Dlatego głos piszczałki wykonanej z tykwy jest jak głos przodków.
A Wa nie przypominają Indian Północnoamerykańskich :)
Akt piąty: Pielgrzymka – to opowieść tybetańska.
Wędrowałeś przez szczyty ośnieżonych gór, przez bezkresne pustynie, skąd przychodzisz? Przynosisz dobre słowo, myśl, wspomnienia, dokąd zmierzasz? Pielgrzymi wędrują, a ich towarzyszami są tylko młynki modlitewne. Raz po raz odmierzają trasę długością własnych ciał, pocałunkami Matki-Ziemi. Choć wieje wiatr i pali słońce, choć pada deszcz i śnieg, w ich sercach płonie wieczny ogień. W końcu dotrą do Boskiej Góry, do wymarzonego Królestwa Niebieskiego.
I słowa dziecięcej piosenki:
Pośród gór są góry barwy złota
A w nich złote jezioro.
Przy złotym jeziorze rośnie złote drzewo
Na którym siedzi złoty ptak.
A ptak ten śpiewa pomyślną pieśń.
Epilogiem przedstawienia jest dajski taniec Dusza Pawia, którego mistrzynią była za młodych lat sama autorka przedstawienia, Yang Liping. Spójrzcie, jak gra palców odtwarza ruchy głowy pawia, jak skubie piórka, jak otwiera dzióbek. Zakochałam się w tym tańcu i jeśli marzę o gibkim i wygimnastykowanym ciele, to tylko dlatego, że chciałabym móc choć nieudolnie ponaśladować ten taniec...
U Dajów paw, zwany przez nich ptakiem słońca, jest symbolem miłości i ichnim totemem. Gestykulację i w ogóle choreografię do tego tańca stworzyła Yang Liping – i choćby za to mogłabym jej dać medal – ale powstały one na bazie tradycyjnych dajskich tańców.
Gdzież tańczysz?
Samotny cień w blasku księżyca,
skrzydła szybujące ponad chmurami.
Gdzież tańczysz?
Spódnica mieniąca się kolorami tęczy,
a w sercu nieodgadnione znaki ze snu.
Dusza pawia!
No dobrze. Tyle muzyki i poezji. Ale właściwie dlaczego warto ten spektakl obejrzeć? Po pierwsze dlatego, że ci artyści mają tę muzykę i te tańce we krwi. To tak jakby do zespołu „Śląsk” brali tylko Ślązaczki, i to takie nietknięte cywilizacją. W Polsce tego typu smak etniczny jest już chyba nie do odtworzenia... Części tańców Yang Liping w ogóle nie musiała jakoś specjalnie aranżować, wystarczyło przyzwyczaić artystów do sceny i trochę wygładzić. Po drugie: dziś już, poza Wioską Etniczną, niewiele jest miejsc, w których można zobaczyć młodzież ubraną w stroje ludowe. I są to prawdziwe stroje, nie podróbki z targu!.
Po trzecie, można liczyć na to, że ponad piećdziesięcioletnia Yang Liping zaszczyci przedstawienie swoją obecnością i opowie, jak to przez prawie rok szlajała się po Yunnanie, zbierając folklor i ludzi. Albo jakim cudem dziewczę wychowane w kulturze Bai (ona sama) nauczyło się dajskich tańców. Jest wspaniała.
Na koniec kilka fotek. Mało, bo nie wolno z fleszem, a bez flesza to za ciemno, żeby foty były udane. Ale część prawie wyszła.
Jeśli będziecie w Kunmingu - idźcie na to. Koniecznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







