Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 昆明話 dialekt Kunmingu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 昆明話 dialekt Kunmingu. Pokaż wszystkie posty

2026-11-07

nietypowe misieny

Ciekawostką Huize, ale również innych yunnańskich miasteczek, są misieny, czyli makarony ryżowe, które... nie są do końca ryżowe.
Zgodnie z opisem, mamy tu nie tylko zwykłe makarony i zwykłe misieny, ale również misieny kukurydziane, tatarczane i ziemniaczane. 
Zacznijmy od kukurydzianych. Popularne nie tylko w Yunnanie, ale również w Guizhou i Syczuanie, różnią się od zwykłych misienów dodatkiem mąki kukurydzianej albo kukurydzianego grysiku i samym procesem tworzenia. Jedno jest niezmienne: gotowy produkt jest już makaronem niesurowym, który wystarczy wsadzić do wrzątku lub po prostu od razu spożyć na zimno. Oczywiście od tradycyjnych misienów różni się barwą, większą sprężystością i słodyczą, a także większą zawartością błonnika, luteiny i innych składników odżywczych. Ma również niższą zawartość kaloryczną i niższy indeks glikemiczny. 
Drugi rodzaj to typowo yunnańskie misieny z dodatkiem gryki tatarki. Popularne są zwłaszcza w Zhaotongu i Tengchongu. Od zwykłych misienów różnią się nie tylko konsystencją - trudniej je rozgotować - ale również bogactwem błonnika, niskim indeksem glikemicznym i "zimnem" (zgodnie z zasadami chińskiej medycyny) oraz... gorzkim smakiem, który wszakże niektórych Yunnańczyków wcale nie odstrasza (mnie odstrasza. Nie znoszę smaku tatarki). Często występują w formie półsurowej, pakowane próżniowo. 
Ostatnie na liście są misieny z mąką ziemniaczaną. Internet nic o nich nie wie, próbując mi wmówić, że chodzi o misieny podane z kartoflami babci. Nie, tu znów chodzi o misieny, do których na etapie tworzenia dodano mąkę ziemniaczaną. One są bodaj najmniej zdrową opcją.
Z żadnymi z nich nigdy nie spotkałam się w Kunmingu. Kunmińczycy są pod tym względem tradycjonalistami: lubią misieny z samego ryżu, w dodatku obstając przy grubych misienach zamiast cienkich niteczek lubianych w południowym Yunnanie. Och, chętnie powitałabym w Kunmingu śniadaniarnie z szerszym wyborem klusek, jednak nie sądzę, by dały radę konkurować z tradycyjnymi. Kunmińczycy są pod tym względem za mało elastyczni...
Ciekawostka: zwróćcie uwagę, że w opisie misienów występują dialektalne nazwy produktów spożywczych. Zamiast ogólnochińskiego 玉米 yùmǐ czyli kukurydzy będącej dosłownie "nefrytowym ryżem", mamy 包谷 bāogǔ - owinięte zboże. Zamiast ogólnochińskich 土豆 tǔdòu ziemniaków będących ziemną fasolą (choć na Tajwanie byłyby fistaszkami), mamy 洋芋 yángyù, czyli dosłownie zamorskie taro.  

2025-03-05

Ulica Wzlatującego Feniksa 凤翥街

Jedną ze starych, ale zmienionych (niestety!) nie do poznania uliczek Starego Kunmingu jest ulica Wzlatującego Feniksa. Na fotografiach z początku wieku widać przepiękne drewniane domy oraz tętniące życiem restauracje i herbaciarnie. Oczywiście, wszystko zostało zburzone w imię postępu, a na miejscu starych architektonicznych perełek powstały brzydkie osiedla drugiej połowy dwudziestego wieku. Oczywiście, co się zburzyło, to się nie odstanie, ale władze przypomniały sobie nagle, że uliczka ta jest związana ze sporym kawałkiem historii miasta. Dlatego na brzydkim murze odgradzającym tę uliczkę od pobliskiej szkoły pojawiły się... hmmm... w sumie nie bardzo nawet wiem, jak to nazwać. Nie murale, nie graffiti, ale innego typu projekty graficzne, prezentujące zapomniane już niemal elementy lokalnej kultury, głównie kulinarnej.
pieczone erkuaje, najlepszy kawałek yunnańskiej szynki (金钱片腿), misieny z kurczakiem, suszona wołowina ganba, odbierający oddech zapach smażonego chilli...
opis misienów wraz z wyjątkiem z eseju o starym Kunmingu.
o "nowoczesnych plackach"
"甩" to znak, który w dialekcie kunmińskim oznacza "spożyć", a nie rzucić.
Może jeszcze kiedyś ta uliczka odżyje?...

2024-10-11

米布 budyń

W tradycyjnych przekąskarniach Kunmingu jednym z głównych deserów jest z dawien dawna (czyli od ponad kilkudziesięciu lat) budyń na bazie świeżego mleka i mączki ryżowej. O, taki:  
(kocham dialekt Kunmingu, posłuchajcie parę razy, żeby poczuć się jak u mnie) 
Zwróćcie uwagę na specjalne kamionkowe rondle i kopystkę do mieszania dochodzącego budyniu. Kiedy mam hipopotamię (hipoglikemię znaczy) i jestem daleko od domu, rozglądam się często w poszukiwaniu kunmińskiego budyniu, zwłaszcza gdy zaczyna się robić zimnawo. Za kilka yuanów (plus minus 10) mogę zanabyć wielgachny rondel przysmaku.
Jeśli chcecie zobaczyć, jak się go robi krok po kroku, zapraszam tutaj:
 
Najważniejsza różnica między polskim a kunmińskim budyniem to wykorzystanie mąki ryżowej zamiast skrobi ziemniaczanej, a także to, że tradycyjnie mąkę z cukrem rozrabia się wodą, nie mlekiem (choć oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby samemu używać wyłącznie mleka). Ja robię z mniej więcej pół litra mleka (jak mi się naleje albo ile mam w domu), 40-80 gramów mąki ryżowej (jak mi się sypnie) i kopiastej łyżeczki cukru. 
Ostatnio zaczęły się jednak pojawiać stragany z nietradycyjnym budyniem, podanym na zimno, z różnymi dodatkami, o różnych smakach:
Trzy smaki podstawowe: mleczny, fioletoworyżowy i czekoladowy, są potem posypywane suszonymi owocami w proszku lub suszonymi płatkami kwiatów. Pycha, tylko dlaczego takie drogie? Za taką jedną malusieńką miseczkę można kupić litr mleka i tyle świeżych owoców, by sobie przyprawić budyń milion razy lepiej! 
Ech, lenistwo naprawdę drogo kosztuje...

2024-06-07

Leniwe tofu 懒豆腐

W Chinach jest wiele potraw, które nazywają się "leniwe tofu" - w Hubei jest wersja ostra i zielona, w Syczuanie ostra i czerwona od chilli, w niektórych regionach dodaje się imbiru, w innych - mięsa. Udało mi się jednak znaleźć wersję spotykaną w tradycyjnych kunmińskich restauracjach - przy czym zazwyczaj przyrządza się ją bez yunnańskiej pomarszczonej papryki; docelowo powinna być dość łagodna, odpowiednia dla dzieci i osób starszych; oczywiście jednak w każdym domu przyrządza się ją z innym twistem. Ja ostatnio doprawiłam dwoma ząbkami czosnku i też było przepyszne. Obejrzyjcie wideo, koniecznie z głosem - pani mówi tak pięknym dialektem syczuańskim, że dla samej przyjemności posłuchania obejrzałam filmik z dziesięć razy. Wersję wegańską łatwo uzyskać zastępując smalec tłuszczem pochodzenia roślinnego.

Składniki: 
  • porcja zielonej soi (edamame) bez strączków i bez białawych błonek. U mnie na jedną cukinię potrzeba około 30 dag soi 
  • cukinia pokrojona w paseczki bądź starta na tarce o dużych oczkach 
  • smalec 
  • sól, pieprz, ewentualnie papryka/czosnek 
Wykonanie: 
  1. Opłukaną zieloną soję obgotować (około 5 minut) w niezbyt dużej ilości wody. Jeśli chcecie podkręcić smak papryką, to dodajcie ją właśnie teraz. 
  2. Soję zmiksować (wraz z papryką) w blenderze. 
  3. Paseczki cukinii obsmażyć na smalcu. 
  4. Zalać zmiksowaną soją; gotować na małym ogniu do zgęstnienia i uzyskania pożądanej konsystencji (chcemy uzyskać coś w rodzaju zupy-kremu) - w zależności od tego, ile wody dodaliśmy na początku, czas będzie się różnić, ale danie powinno być raczej ekspresowe. 
  5. Doprawić do smaku solą i pieprzem; można również dodać pieprzu syczuańskiego, płatków chilli, oleju chilli, słonej soi douchi, zmiażdżonego czosnku czy dowolnego innego dosmaczacza. 

My jadamy leniwe tofu, gdy jest za gorąco na popularne smażone mięsa i inne ciężkie potrawy, a także po prostu wtedy, gdy mamy resztki ryżu i żadnego pomysłu na obiad - ryż czy komosa ryżowa zalane tą zupą są przepyszne! Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by potraktować leniwe tofu jak każdą zupę krem i podać z grzankami, wiórkami sera, pokrojonymi w paseczki suszonymi pomidorami czy uprażonymi i lekko zmiażdżonymi orzechami włoskimi.

2022-09-19

wróbel umarł z głodu 饿死雀

Z okazji uroczystej kolacji bardzo ładnie się ubrałam. Niech sobie mój mąż przypomni, że kocha mnie nie tylko za cudowny charakter, hue hue hue. Wyeksponowałam, co trzeba, a na widok męża przybrałam nawet odpowiednią pozę. No co, niech ma! Raz do roku mogę się poświęcić.

A jemu zaświeciły się oczy, ale powiedział, żebym może jednak zostawiła te pozy na później - w końcu w drugim pokoju jest Tajfuniątko. Po czym westchnął po kunmińsku: 饱死眼睛饿死雀: oczy obżarły się na śmierć, a wróbel umarł z głodu. Wróbel to kunmińska wersja tej części ciała, która i w Polsce jest ornitologiczna. Tak kunmińczycy mawiają, gdy można sobie tylko popatrzeć...

PS. Dzisiejszy wpis sponsorują cynowe gody.




2022-03-15

słów kilka o chińskim

Ada pyta. Miało być pytanie na temat chińskiego, a wyszły tematy pracy doktorskiej dla sinologa, ale nie będę się czepiać. Postaram się odpowiedzieć zwięźle, zrozumiale i na podstawie obserwacji oraz skromnej wciąż jeszcze wiedzy. Jednak zanim zacznę odpowiadać na pytania językowe, zapraszam do... wikipedii. W polskiej wikipedii można spokojnie znaleźć podstawową wiedzę na temat języków chińskich. Jeśli zaś pragniemy pogłębienia tej wiedzy, warto zajrzeć do Języków chińskich Künstlera. 
1. Skoro w różnych regionach Chin mówi się w różnych - no właśnie czym: językach czy dialektach chińskiego? - to czy Chińczycy z różnych regionów (i nie myślę tu o mniejszościach etnicznych) są w stanie się zrozumieć? 
Chińczycy wszystkie języki chińskie nazywają dialektami. Nie jest to jednak nazewnictwo stricte językoznawcze, a bardziej związane z uwarunkowaniami kulturowymi i politycznymi. Skoro są jedne Chiny, to mamy jeden język, a oprócz niego "dialekty" - to nic, że niektóre są tak różne od mowy powszechnej, że użytkownicy faktycznie nie mogą się zrozumieć. Z punktu widzenia Europejczyka to nie są dialekty, a odrębne języki. Jednak po pierwsze od momentu przejęcia w Chinach władzy przez Partię Komunistyczną nastąpiła unifikacja języka - mandaryński został językiem powszechnym i jego używanie zostało wymuszone. Dla części Chińczyków oczywiście był to język ojczysty - albo przynajmniej zbliżony do ojczystego - a dla innych język całkiem obcy. Jednak po siedemdziesięciu latach nauczania mandaryńskiego w szkołach, prowadzenia w nim programów telewizyjnych i radiowych i tak dalej, możemy założyć, że większość Chińczyków rozumie mandaryński. Warto przy tym przypomnieć, że nawet jeśli nie rozumieją się w mowie, doskonale rozumieją się w piśmie, ponieważ wszyscy Chińczycy uczą się tych samych znaków (choć i tu są wyjątki, ale o tym później). Czasami więc, gdy nie mogą się dogadać, mogą się "dopisać". Tutaj jeszcze ciekawostka: jeśli chodzi o sam mandaryński, mam silne skojarzenie ze średniowieczną łaciną. Niby jeden język, niby zapisane słowo wygląda tak samo, a jednak Portugalczyk wymawia je inaczej niż Brytyjczyk. Prowadzi to do zabawnych sytuacji nawet, jeśli obaj użytkownicy posługują się mandaryńskim. Otóż zdarzyło mi się kiedyś tłumaczyć Chińczyka Chińczykowi. Jeden mówił po mandaryńsku z akcentem pekińskim, a drugi z akcentem yunnańskim. Żaden nie mówił w dialekcie, obaj posługiwali się mową powszechną. Jednak akcenty tak bardzo się różniły, że nie potrafili się wzajemnie zrozumieć. Łatwiej im poszło zrozumienie mnie - czyli obcokrajowca, który mówi "dziwnie", ale dużo bardziej standardowo. 
2. Czy dzieci w szkole uczą się chińskiego mandaryńskiego? 
Tak. Niestety chińska różnorodność językowa nie jest wspierana przez władze. Jeśli dziecko ma się nauczyć dialektu (który, jak już wiemy, czasem bywa osobnym językiem), musi się go nauczyć w domu i na ulicy. 
3. A w tv w jakim języku mówią? 
Po mandaryńsku. Jednak w Kantonie można posłuchać programów prowadzonych po kantońsku, a na przykład w kunmińskiej stacji regionalnej zdarzają się programy prowadzone w dialekcie kunmińskim. Żeby wszystko było dla wszystkich zrozumiałe - a także żeby pomóc właśnie ludziom, którzy wprawdzie tak samo piszą, ale zupełnie inaczej mówią - pod wszystko, co mówi się w telewizji, podłożone są napisy. 
4. Czy ludzie z różnych regionów rozumieją np. przemowy władz państwowych? 
Jeśli przyjechała szyszunia z innego regionu i np. przemawia do staruszków w jakiejś wioseczce, możliwe jest, że nikt przemówienia nie zrozumie. Jednak wystąpienia telewizyjne zawsze mają podłożone napisy, więc jeśli nawet ktoś nie zrozumie ze słuchu, to sobie doczyta. Młodzież i ludzie w średnim wieku generalnie raczej znają mandaryński, bo musieli się go uczyć w szkole. 
5. Myśląc o Chinach myślimy że mówią po chińsku ale czy to rzeczywiście tak jest? 
Mówią po chińsku, niekoniecznie po mandaryńsku. 
6. A dokumenty są standaryzowane? Czy pisownia też się różni? 
Pismo jest ustandaryzowane, więc problem rozwiązuje się sam. Jedynym regionem, w którym występują znaki nieistniejące w standardzie jest Kanton - w kantońskim są w użyciu znaki niezrozumiałe dla użytkownika języka mandaryńskiego. Jednak dokumenty pisane są w standardzie nawet w Kantonie. Atoli Chińczycy podchodzą bardzo twórczo do wykorzystania znaków i na przykład użytkownicy dialektów wykorzystują znaki fonetycznie. To znaczy: choć każdy znak ma jakieś swoje znaczenie, użytkownicy dialektu biorą tylko dźwięki, a nie znaczenia, po to, żeby zapisać własne brzmienia. Moim ukochanym przykładem jest kunmińskie słówko o brzmieniu "ke". Oznacza "iść". Iść po mandaryńsku pisze się 去, a wymawia "qu". Jednak kunmińczycy często w smsach czy mejlach piszą 克, które po mandaryńsku czyta się właśnie "ke". Więc kunmińczyk do drugiego kunmińczyka napisze 你克不克喝9?- Idziesz na wódkę? Zastąpi w nim mandaryńskie 去 kunmińskim brzmieniem 克, a jeszcze alkohol zastąpi (ze względu na podobieństwo brzmienia) dziewiątką. Oczywiście zdanie wsadzone w translator mandaryńskiego nie ma żadnego sensu nie tylko przez dziewiątkę, ale też dlatego, że słówko 克 ma w mandaryńskim wiele znaczeń, ale żadnego choćby zbliżonego do "iść". 
7. Kunminski to taka bardziej gwara regionalna czy bardziej inny język jak polski i słowacki? 
Dla mnie zdecydowanie bardziej jak polski i słowacki. Po tuzinie lat raczej rozumiem ze słuchu rozmowę na nieskomplikowany temat, ale kompletnie nie chwytam żartów i idiomów, które są zupełnie różne od mandaryńskich. Ale to JEST gwara regionalna :) Tyle, że region, w którym włada się yunnańskimi dialektami mandaryńskiego jest mniej więcej wielkości Polski i mniej więcej tak samo gęsto zaludniony. Jeśli podział na języki i dialekty miałby uwzględniać liczbę użytkowników, to yunnańskie dialekty są dużo bardziej językiem niż języki małych europejskich czy afrykańskich krajów. Jeśli brać pod uwagę stopień zróżnicowania od standardu, to różni się bardziej niż czeski od słowackiego. Ale na to wszystko nakłada się tyle polityki, historii, budowania wspólnej tożsamości i tak dalej, że Chińczycy (z mniejszym lub większym przekonaniem) używają zawsze sformułowania "dialekt". 
8. Słyszałam że jest coś takiego jak język Wu - czy to też odmiana chińskiego? Dialekt? Zupełnie inny język? Ponoć mówi nim 80 mln ludzi! 
95 mln ludzi :) Ale Chińczycy i tak o nim mówią "dialekt", jak wspomniałam powyżej - wszystko jest "dialektem", ale de facto - odrębnym językiem. Inna wymowa, inne konstrukcje gramatyczne itd. Więcej można poczytać w polskiej wiki. 
9. Czy po prostu dzieci mówią w domu w dialektach a w szkole po mandaryńsku? 
Tak było. Teraz, z wielu względów, często rodzice mówią do dzieci nawet w domu po mandaryńsku. Powodów może być kilka. Niektórzy rodzice uważają (nie bez słuszności), że posługiwanie się na co dzień dialektem wpłynie negatywnie na czystość mandaryńskiego, a to z kolei zamknie dziecku drogę do dobrych szkół i niektórych typów kariery zawodowej. Inni uważają mówienie dialektem za przejaw wieśniactwa. Jeszcze inni mieszkają daleko od miejsca urodzenia i nie mają wokół siebie społeczności, dzięki której używanie rodzimego dialektu byłoby naturalne i łatwe, a z kolei nowego dialektu nie potrafią lub nie chcą się nauczyć. Nie wszyscy też zdają sobie sprawę, że dwu- i więcejjęzyczność jest dla dziecka wspaniałym darem. Niestety, mam tego przykład we własnym domu. Mąż z uporem maniaka mówi do naszej córki po mandaryńsku, choć nie jest to jego język ojczysty i popełnia w nim wiele błędów, zamiast rozmawiać z nią w dialekcie, do czego od zawsze go bardzo zachęcałam. To samo robią zresztą jego rodzice - między sobą i z moim mężem oraz jego siostrą rozmawiają w dialekcie, ale do Tajfuniątka mówią kiepską wersją mowy powszechnej. Niestety, jest to postawa bardzo często spotykana.
Na dziś byłoby to tyle, ale oczywiście chętnie odpowiem na ewentualne pytania dodatkowe. Jeśli zaś interesuje Was, jak to wszystko wygląda w Yunnanie, możecie zajrzeć do mojego tekstu na temat językowej różnorodności.

2021-04-26

chińscy fałszywi przyjaciele

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.  

同形異義詞 [同形异义词] czyli dokładnie słowa, które tak samo wyglądają, ale mają różne znaczenie, to chińska oficjalna nazwa fałszywych przyjaciół. Nieoficjalna to po prostu 偽友 czyli dosłownie fałszywy przyjaciel. O fałszywych przyjaciołach chińsko-japońskich poczytacie tutaj, za to u mnie niespodzianka: słowa, które dla pochodzących z różnych regionów użytkowników chińskiego mają różne znaczenia. Na pierwszy ogień niechaj pójdzie 

  • 牛油 niúyóu. Słyszałam, że w niektórych miejscach mawia się tak na masło, jednak według mojego męża i większości znanych mi kunmińczyków jest to po prostu smalec wołowy. Masło to oczywiście 黄油 huángyóu czyli żółty tłuszcz. Wiem z kolei, że na Tajwanie masło bywa nazywane jeszcze inaczej: 奶油 nǎiyóu, które wszakże u nas może oznaczać tylko śmietanę.
  • 土豆 tǔdòu - dosłownie "ziemna fasola", która w Chinach oznacza ziemniaka, na Tajwanie - fistaszka. 
  • 公車 gōngchē - używany powszechnie na Tajwanie skrót od 公共汽车 gōnggòngqìchē czyli autobusu. W Kunmingu oznacza samochód służbowy, zazwyczaj rządowy, a na autobus mówi się 公交车 gōngjiāochē. 
  • 子弟 zǐdì - dziecko, młodsze pokolenie. Jednak w kunmińskim dialekcie ta zbitka znaczy "przystojny". Mawia się: 吃洋芋长子弟 - kto je ziemniaki, będzie przystojny, dlatego najbardziej znana kunmińska firma produkująca chipsy ochrzciła swój produkt właśnie 子弟... 
  • 白酒 báijiǔ - dosłownie "biały alkohol" to chińska wódka (na "nasze" wódki mówi się 伏特加 fútèjiā). Jednakże w Kunmingu słodki biały alkohol 甜白酒 to deser na bazie sfermentowanego ryżu. Kiedyś już zresztą o nim pisałam. 
  • 木瓜 mùguā czyli drzewna gua może być w zależności od regionu występowania papają, pigwowcem albo wzdętką miechunkową. 
  • 地瓜 dìguā może być batatem, pochrzynem albo kłębianem kątowatym. 
  • 鲊 zhǎ to solona ryba. Ale w Kunmingu to kiszone na sucho przysmaki, które ja nazywam po prostu dża. 
  • 耳朵尖 ěrduojiān - szpiczaste ucho to po mandaryńsku po prostu ucho, które ma wyraźny czubek, stożkowaty kształt. Jednak po kunmińsku mówi się tak o ludziach, którzy mają znakomity słuch. 
  • 海 hǎi to oczywiście morze. Jednak w Yunnanie 海子 hǎizi to jezioro - bo do mórz było za daleko i każda woda większa od kałuży była "morzem". Poczytajcie na przykład o tym, jak dawniej nazywało się Szmaragdowe Jezioro albo jak i teraz nazywa się Jezioro Erhai koło Dali. 
  • 猫 māo to po prostu kot. Jednak w dialekcie kunmińskim jest to słowo używane również jako przymiotnik - okrutny, zajadły, groźny. O kimś bardzo agresywnym w słowie czy czynie można powiedzieć 太猫了. 
  • 甩 shuǎi - to po mandaryńsku rzucać. Jednak w Kunmingu kiedy 甩碗米线 to po prostu zjadamy miskę misienów, a nie nią rzucamy. To samo dotyczy czasownika 划 huá, który w Kunmingu takoż służy do jedzenia, a po mandaryńsku może być cięciem, zadrapaniem, ale też... wiosłowaniem, co w sumie pasuje (czy Was też mamy popędzały przy jedzeniu "wiosłuj, wiosłuj"?)  
  • 帽子 màozi to nakrycie głowy. Jednak w Kunmingu ma też inne znaczenie - oznacza dodatek do makaronu czy misienów. Np. w spaghetti carbonara naszą "czapką" byłoby carbonara, czyli sos, który dokładamy do makaronu. Więcej o yunnańskich czapeczkach kulinarnych pisałam tutaj. 
  • 叶子 yèzi to liście. A po kunmińsku - smażona lub duszona wieprzowa skóra. 

Takich słów jest oczywiście dużo, dużo więcej. Szkopuł w tym, że... ja już nie bardzo zauważam słowa, które w mandaryńskim znaczą coś innego niż po kunmińsku. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że na makaronie może pojawić się czapeczka albo że że "woda papajowa" 木瓜水 to tak naprawdę deser ze wzdętki miechunkowej, że po prostu przestałam na to zwracać uwagę. Ech, gdybym teraz nagle musiała przeprowadzić się z Kunmingu w jakąś inną część Chin, musiałabym poniekąd uczyć się od nowa języka. Brrrr. 

2020-12-08

ng

Jedną z charakterystycznych cech dialektu kunmińskiego i paru innych dialektów yunnańskich jest brak rozróżnienia zwykłego "n" od spółgłoski nosowej tylnojęzykowo-miękkopodniebiennej dźwięcznej "ng" czyli - zgodnie z międzynarodową transkrypcją fonetyczną - ŋ. Skutek jest taki, że zamiast Kunming mówią Kunmin i tak dalej. Można się przyzwyczaić. Można też za każdym razem tak samo serdecznie naśmiewać się z kunmińskiego męża, który z najwyższym trudem, mając czterdziestkę na karku, powoli się uczy wymawiać to nieszczęsne "ng". Dziś trafiłam na cudny kwiatek, dzięki któremu widać, jak bardzo kunmińczycy nie przywiązują wagi do g na końcu wyrazów. Nawet wtedy, gdy próbują dla ułatwienia napisać coś przy pomocy transkrypcji pinyin:

Zamiast rong mamy ron, a zamiast yong mamy yon, czyli pojawiają się nowe zgłoski, które w mandaryńskim w ogóle nie występują. I teraz mam zagwozdkę: czy śmiać się z tych ludzi, że nawet pinyinu nie znają i że mają zrytą wymowę, czy też pochwalić ich za to, że podali pinyin faktyczny a nie książkowy - bo nie usłyszelibyśmy przecież od nich yong czy rong, tylko właśnie dokładnie to, co jest napisane...

Jest też druga rzecz: ja wiem, że to sklep z szamponami i innymi specyfikami do włosów, a nie szkoła chińskiego. A jednak zawsze wzdragam się przed robieniem zakupów w miejscach, które są opisane z błędami. Mam głębokie wewnętrzne przeświadczenie, że niechlujność to cecha ogólna, a nie dotycząca jednej zaledwie sfery życia danego człowieka. Skoro nazwę sklepu napisał z błędami, to pewnie szampon też mi sprzeda trefny...

 

2020-08-04

mhm 嗯

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Jestem gadułą. Mój mąż też. Powiedziałabym nawet, że mój mąż bardziej - kiedyś mierzyłam mu czas i okazało się, że mówił ponad godzinę, z mojej strony nie słysząc nic poza... tym, o czym właśnie będę dziś pisać: uprzejmymi partykułami i innymi przerywnikami, którymi Chińczycy wyrażają zainteresowanie, zachęcając rozmówcę do kontynuowania wątku.
Najważniejszy jest pomruk.
嗯 èn to potwierdzenie, zachęta, danie rozmówcy do zrozumienia, że nadążamy. Jest to najważniejsze chińskie słowo. Tak bardzo się przyzwyczaiłam do jego używania, że czynię to nawet względem Polaków, którzy wszakże zazwyczaj nie wiedzą, dlaczego wydaję z siebie pomruki w trakcie pogawędki... Tutaj ważna sprawa: teoretycznie 嗯 wymawia się na czwartym tonie, jednak z doświadczenia mogę powiedzieć, że Chińczycy wymawiają to jak popadnie, dostosowując ton do odcienia emocjonalnego, jaki chcą wyrazić. Podobnie używa się 哦 ò, również wymawianego na wszystkich tonach.
Przy 嗯 cała reszta to już pikuś, łatwy do opanowania, bo bardzo podobny do tego, jak podtrzymujemy rozmowę po polsku.
Mamy więc:
  • 真的吗? zhēnde ma? - naprawdę?
  • 就是! jiùshì - racja! właśnie tak!
  • 你是说 nǐ shì shuō… - mówisz, że...? czyli że....?
  • 哎呀 āiyā - ojej!
  • 哇 wa - wow!
  • 咦 yí - fuuuj!
  • 呸 pēi - "tfu tfu!" albo "bzdura!"
  • 唉 ài : ojej (źle się stało)
  • 哼 hèng lub 吓 hè - [mruknięcie gniewu]
  • [我的]天哪![wǒde]tiān​na! - o Boże! OMG!
  • 不会吧! bù​huìba! - niemożliwe; co Ty gadasz?
  • 哈 ha na różnych tonach, najczęściej na pierwszym - hahaha
  • 啥 shá - że co?
Wystarczy do tego jeszcze dodać wszędobylską yunnańską partykułę 么么 meme - i już wiecie, jak niewiele trzeba, by rozmówca nie przestawał snuć wątku...
A może Wy podpowiecie mi jakieś jeszcze często używane przerywniki?

A tutaj poczytacie, jak aktywnie słuchają Japończycy.

2020-04-07

Targowisko Trzeciego Miesiąca 三月街

W Dali to wcale nie obchody noworoczne robią największe wrażenie, a uroczystości, które się zaczynają piętnastego dnia trzeciego miesiąca księżycowego - czyli właśnie dzisiaj. Nazywają się - tłumacząc dosłownie z chińskiego - Ulica Trzeciego Miesiąca, ale chodzi tu o ulicę w znaczeniu targowiska - w yunnańskich dialektach uczestnictwo w dniach targowych zowie się 赶街 (wym. gangai) czyli dosłownie "spieszyć [na] ulicę" - bo rolnicy wystawiali produkty i stragany usługowe wzdłuż jednej, zazwyczaj najważniejszej, ulicy danej wioski - tak jak do dziś wygląda to w np. w Shaxi. Ciekawostką językową jest to, że dzisiejsi mieszkańcy sześciomilionowego Kunmingu kiedy idą na targ, też mówią, że idą gangai, choć idą na trwałe, codzienne targowisko, a nie stragany rozstawiane raz w tygodniu... Święto ma zresztą kilka nazw, m.in. targowisko Awalokiteśwary 观音市 - ale o tym później.
Wróćmy do Dali. Choć w samej nazwie jest targowisko - i faktycznie, szeroko pojęty handel jest immanentym elementem obchodów - to świąteczny czas jest jednocześnie  czasem występów artystycznych, spotkań towarzyskich i wielkiej radości - taki karnawał, trwający od siedmiu do nawet dziesięciu dni. Od 2008 roku Uroczystości Trzeciego Miesiąca znajdują się na krajowej liście niematerialnego dziedzictwa. Najwyższy czas, by tam trafiły, skoro zaczęły być popularne już w czasach Państwa Nanzhao, kiedy to w Chinach panowała dynastia Tang.

A było to tak:
Na brzegu Jeziora Erhai mieszkał młody rybak z grupy etnicznej Bai - nazwijmy go A-shan. Wieczorami łowił on ryby w świetle księżyca, a czas zabijał brzdąkając na sanxianie i śpiewając rybackie pieśni. Głos jego, słodki i mocny, niósł się aż do Smoczego Pałacu. Tam usłyszała go smocza córka A-xiang. Zachwycona, podpłynęła do łódki rybaka i tak oto A-shan znalazł żonę. Piętnastego dnia trzeciego miesiąca księżycowego, czyli w samą pełnię, na księżycu odbywa się wielkie targowisko, na którym spotykają się wszyscy bogowie i nieśmiertelni, przy okazji robiąc sprawunki. A-xiang chciała pokazać to cudne targowisko mężowi, więc, przemieniwszy się w żółtego smoka, wzięła go na swój grzbiet i pospieszyła na targ. Kiedy dotarli do Księżycowego Pałacu, wraz z Chang'e i Wu Gangiem wspólnie zwiedzili Targowisko Księżycowej Poświaty ocienione fikusami, pełne wszystkiego, czego dusza pragnie. Gdy wrócili do wioski, A-shan opowiedział o wszystkim swym bliskim, a oni postanowili, że zmałpują księżycowy zwyczaj. U podnóży Gór Błękitnych posadzili trzy wielkie fikusy i postanowili, że co roku piętnastego dnia trzeciego miesiąca będą urządzać jarmark.
Inna opowieść wiąże targowisko z buddyzmem i z podziękowaniem Awalokiteśwarze (Guanyin) za ocalenie Dali przed napaścią. Istnieje również wersja mówiąca, że Awalokiteśwara właśnie piętnastego dnia trzeciego miesiąca przybył do Dali przynosząc święte księgi - dlatego wszyscy dalijscy buddyści tego dnia modlą się, recytują sutry i składają ofiary, a we wszystkich świątyniach odbywają się odpusty 庙会. Początkowo tego dnia miały się tylko odbywać uroczystości religijne i składanie ofiar, ale z czasem przy okazji zaczęto prowadzić handel. 
Uroczystości te były tak interesujące, że pisali o nich wielcy chińscy podróżnicy, nawet Xu Xiake*. Nic dziwnego. To tutaj chińscy i birmańscy władcy zaopatrywali się w... konie. Miały mieć one solidne kopyta, mogły unosić wielkie ciężary, a i galop przychodził im z łatwością**. Sam cesarz Gaozong zaopatrywał się tu w setki koni - to na ich grzbietach pędziła cesarska armia przeciw Dżurdżenom. Można znaleźć notatkę, że razu pewnego cesarz Song nabył tu pięćset koni, z których trzysta podarował Yue Feiowi, a dwieście Zhang Junowi***. Nic więc dziwnego, że skoro takie handle na dużą skalę tu odchodziły, jedną z ważnych części obchodów były wyścigi konne i konne targowisko.
Za dynastii Qing targ Trzeciego Miesiąca był już tak znany, że pojawiali sie tu kupcy z bardzo wielu prowincji oraz z krajów ościennych, liczeni w setkach tysięcy ludzi. W sprzedaży oprócz koni były lekarstwa i zioła, a także herbata, jedwab, wełna, drewno, porcelana, metale...

昔时繁盛几春秋,
Z dawien dawna kwitnie wiosną i jesienią
百万金钱似水流。
Miliony płyną jak woda.
川广苏杭精巧货,
Najdoskonalsze towary z całego kraju****
买卖商场冠亚洲。
na najlepszym targu Azji. 

Tak o tym targowisku pisał w Wierszu o Gałązce Bambusa podczas Targowiska Trzeciego Miesiąca 三月街竹枝词  Li Xiexi 李燮羲, poeta i muzyk, jeden z pierwszych Yunnańczyków, który pojechał na studia do Japonii. A wiedział, o czym pisze, bo sam był Bajem pochodzącym z Dali.
A potem nastał XX wiek. Tradycja zamarła. Zaczęła się odradzać - ale już jako ciekawostka turystyczna, a nie prawdziwe targowisko z wielkiego zdarzenia - w latach '90 XX wieku, gdy władze pozwoliły się miastu "otworzyć na świat" i gdy zaaprobowały wznowienie obchodów uroczystości Trzeciego Miesiąca.
Dziś w czasie obchodów nacisk jest oczywiście na sprzedawanie "techanów" 特产 czyli produktów lokalnych - ziół, srebra, cukrzonych płatków róż, szynki yunnańskiej, tutejszych herbat, bajskich farbowanych tkanin, marmuru, orzechów, "mlecznych wachlarzy", śliwek, jianchuańskich dzieł rzeźbionych w drewnie - ale też produktów z całych Chin, a nawet z innych krajów azjatyckich. 
Drugim ważnym aspektem są występy oraz zawody sportowe - poza wyścigami konnymi jest też strzelanie z łuku, zapasy, sztuki walki, sporty intelektualne czyli szachy i tego typu gry. Występy to przede wszystkim przedstawienia zespołów ludowych - tańce smoka czy lwa, śpiewy i tańce ludowe i tak dalej. 
Po trzecie: jest to nieustający piknik. Jeśli chcecie popróbować bajskiej herbaty, ryby z kamiennego gara, mlecznych wachlarzy, dalijskich "grawerowanych" śliwek, kurczaka smażonego z pigwowcem czy innych bajskich przysmaków, to jest najlepsza okazja.
Po czwarte: Dali jest przepięknie ozdobione - lampiony, kwiaty, co sobie wymarzycie. 
Dalijczycy z okazji tego święta mają aż pięć dni wolnego - więc na ulicach są tłumy, zarówno tubylców, jak i przyjezdnych. I to jest właśnie powód, dla którego - choć chciałabym pouczestniczyć w tych obchodach, pewnie nigdy się na to nie zdecyduję. Jak ja nienawidzę ścisku i hałasu!...

Na deser mam dla Was ciekawą legendę, która jeszcze inaczej tłumaczy, skąd się wzięło Targowisko Trzeciego Miesiąca.

Ponoć dawno temu żył sobie pewien tyran, który chciał osiągnąć nieśmiertelność. Uwierzył słudze, który twierdził, że jedynym sprawdzonym sposobem jest spożywanie ludzkich oczu - i odtąd codziennie zjadał parę gałek ocznych. Biada podwładnym! Nikt nie znał dnia ani godziny, gdy na życzenie tyrana zostanie oślepiony. Nieśmiertelności pewnie i tak by nie uzyskał, ale ludność musiałaby nadal cierpieć, gdyby nie śmiałek, który podstępem zaprowadził tyrana do podnóża Gór Błękitnych, a potem przywołał Boskiego Psa 神狗, który rozerwał tyranowi gardło, wypił jego krew do ostatniej kropli i przywrócił spokój i bezpieczeństwo ludowi Bai. Odtąd każdego roku od piętnastego do dwudziestego dnia trzeciego miesiąca księżycowego wszyscy zbierają się u podnóża Gór Błękitnych, by tańcem i śpiewem upamiętnić piękny czyn Boskiego Psa. Te właśnie obchody przerodziły się w nasze święto.
 
*wpis o nim już się pisze. 
**"蹄质坚实,善于驮负, 尤善驰骤"
***"以三百骑赐岳飞,二百骑赐张浚" 
****川广苏杭 czyli Sichuan, Kanton, Suzhou i Hangzhou.

2020-02-07

maczajka dip 蘸水


Jest sobie słówko 蘸 zhàn. Znaczy maczać. Na przykład umoczyć jajko w majonezie, frankfurterkę w keczupie albo i gęsie pióro w kałamarzu. Problem w tym, że polskie słowo "maczać" odnosi się do rzeczy płynnych. Ja wiem, że teoretycznie można też maczać w soli, ale skoro maczać, to w mokrym, żeby było umoczone, prawda? No ale nie bądźmy tacy drobiazgowi, zwłaszcza, że właśnie chińskie słowo też znaczy maczać i w płynach, i w ciałach stałych - na przykład w cukrze. Stąd wzięły się następne dwa słowa na maczajkę, czyli coś, co z definicji służy do maczania. Dip. Suchy bądź mokry. 
  • 蘸酱 zhàn​jiàng - dosłownie: pasta do maczania
  • 蘸水 zhàn​shuǐ - dosłownie: woda do maczania
I tu pojawia się drugi problem, ponieważ w Yunnanie mówi się często 蘸水 woda do maczania, nawet jeśli naszym dipem jest samo sproszkowane chilli albo takie wymieszane z pieprzem syczuańskim i solą (pycha!). W dodatku wymawia się to, zgodnie z naszym dialektem, nie zhàn​shuǐ a zàn​shuǐ... Poprawną formą - spotykaną często, ale nie zawsze - jest po prostu "sucha przyprawa" 干佐料 gānzuǒ​liào lub "mokra przyprawa" 潮佐料 cháozuǒ​liào. Na przykład na straganach sprzedających grillowane tofu lub ziemniaki często pyta się klientów: 你想干的还是潮的? (chcesz suche czy mokre?) - ale nie chodzi tu o samo tofu czy ziemniaki, a o sposób podania maczajki - w woreczku (sucha) lub w kubeczku (mokra).
Teraz namieszam jeszcze bardziej. Jest jeszcze jedno słowo na maczanie. I wymawia się je podobnie, tylko na innym tonie:
沾 zhān znaczy dokładnie zwilżać, nasączać, moczyć. Jest używane właściwie tylko jako czasownik i nie łączy się z innymi słowami, by utworzyć maczajkę. Ale za to można powiedzieć 沾蘸水 - maczać w maczajce...
Typów maczajek jest tyle, ile gwiazd na niebie. Każdy lubi inną. Ale ponieważ ostatnio wszyscy znajomi chwalą naszą maczajkę, którą ZB doprowadził do perfekcji, dziś podzielę się przepisem właśnie na nią:
Składniki:
  • dobry sos sojowy
  • sos ostrygowy
  • odrobina pachnącego, ciemnego octu
  • rozrobniony czosnek
  • posiekana zielona cebulka
  • sól
  • olej chilli lub płatki chilli (z olejem lepsze!)
Wykonanie:
Solidnie wymieszać. Podawać do gorącego kociołka, chińskich pierożków, dowolnych gotowanych warzyw i mięs, a także do miękkiego tofu.

2019-12-28

karciochy 紙牌

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Kiedyś byłam straszną karciarą. Straszną. Każdy wieczór to była najpierw wojna i świnka, potem makao, garibaldka, tysiąc, 66, remik, 3-5-8... Masa. Kiedyś czyniłam podejście do brydża, ale ponieważ mnie okropnie nudził (za mało elementów losowych), to dałam spokój. Za to partie remika, tysiąca i pokera na zapałki z Babcią pamiętam do dziś. Tak samo jak 3-5-8 lub tysiąc z Bratem i Mamą. U góry zawsze od początku partii napisane było "Mamusia wygrała" i zresztą zazwyczaj tak właśnie było, bo mama wszystkie karty pamiętała...
Niestety, choć w domu mamy karty - i to sporo - okazało się po pierwsze, że ZB nie lubi grać, a po drugie, że te karty wcale nie są chińskie! To znaczy: są na nich tacy sami królowie, damy i walety, jak na naszych, europejskich kartach. Buuuu... Ponieważ wcześniej grywałam w karty z grupami raczej międzynarodowymi, a i to głównie w pijackie gry typu oczko na kieliszki*, ustalaliśmy tylko, ile co ma punktów, a nazywało się zgodnie z angielskimi skrótami - to znaczy od 2 do 10, a potem J, Q, K i A.
Dopiero niedawno ZB, licząc dni, z rozpędu powiedział po 10 "gou". Oczywiście domyśliłam się, o czym mówi, ale również zastrzygłam uszami; strasznie zaciekawiło mnie, jak kunmińczycy nazywają figury karciane.
  • Mamy więc J - 勾 gōu,traktowany jako wariant 钩 czyli "haczyk" - bo litera J wygląda jak haczyk. Oficjalnie nazywa się go zazwyczaj 杰克 jiékè - czyli fonetyczna przeróbka angielskiego jack
  • Dalej jest Q - 姑 gū - ciocia, szwagierka, a nawet mniszka. W mandaryńskim mówi się raczej 求 qiú albo 圈 quān, żeby zachować literkę Q albo 库 kù, żeby brzmiało jak początek queen - ku. Oficjalnie nazywa się ją zazwyczaj 王后 wánghòu - królową, albo 皇后 huánghou - cesarzową.
  • Jest i K - ke. Że niby tak się tę literę wymawia. Wg "zwykłych Chińczyków" jest to raczej 凯 kǎi - czyli tryumfator, zwycięzca. Idealne zastępstwo za króla, prawda? :) Oficjalnie nazywa się go zazwyczaj 皇帝 huángdi - cesarz, 王 wáng - król, albo 十三 shísān - trzynastka.
  • I w końcu A, który po kunmińsku zowie się albo 幺 yāo czyli 1, ale czytane tak jak w numerach telefonu, albo 尖 jiān czyli szpic, szpiczasty, ostry - od wyglądu literki A. Oficjalnie zwie się 一点 yīdiǎn - jeden punkt albo 愛司 àisī - czyli przeróbka fonetyczna Asa.
Są i inne dialekty z rozmaitymi wersjami, np. hebejska 勾 gou/ 蛋 dan/ 克 ke, fudzieńska to ponoć 勾 gou 皮 pi 凯 kai, a jest jeszcze 夹克 jiākè (czyli zsinizowany jack) /皮蛋 pí​dàn (dosłownie: jajko w skórce, czyli tzw. jajo stuletnie)/ 老k lǎo K (stary K - w domyśle: Król) i wiele, wiele innych. Pewnie co wioska, to inaczej się mówi, tak samo zresztą, jak w Polsce. Pierwsze zetknięcie z jopkiem zamiast waleta było dziwaczne, a przecież jeszcze kolory się różnie nazywają! Dawnymi czasy przyzwyczajona byłam, że w domu mówi się z francuska, więc gdy po raz pierwszy zetknęłam się z odniemieckimi dzwonkami, żołędziami i winem, byłam dość zdziwiona. Już nie mówiąc o tym, że do dziś nie opanowałam nazw śląskich, z którymi przecież powinnam być za pan brat:
Trefle - żołądź – krojc
Piki - wino - grin
Kiery - czerwień – herc
Karo - dzwonki – szel.
Kolory karciane to po chińsku 花色 czyli dosłownie kolory kwiatów i są to:
  • 矛頭 máo​tóu ♠ - grot włóczni, szpica albo 黑桃 hēitáo - czarna brzoskwinia lub 葵扇 kuíshàn - słonecznikowy wachlarz
  • 紅心 hóng​xīn♥ - czerwone serce albo 红桃 hóngtáo - czerwona brzoskwinia
  • 三葉草 sān​yè​cǎo ♣ - koniczyna albo (黑)梅花 (hēi)méihuā - (czarne) kwiaty śliwy
  • 鑽石 zuàn​shí ♦ - diament albo 方块 fāngkuài - kostka, kwadrat
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Gry W Karty!
A link do wpisu o kartach w Japonii znajdziecie tutaj.

*no co? Byłam wówczas młoda, głupia i mieszkałam w chińskim akademiku, a piłam... tfu! grałam głównie z Yunnańczykiem, Tajwańczykiem i dwoma Wietnamczykami...

2019-12-02

sos sojowy

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Opowiem Wam dziś o sosie sojowym. Ponieważ nie jest to już produkt szczególnie ekskluzywny, można go przecież dostać w każdym większym sklepie, i to w rozmaitych odsłonach, zamiast ględzić o historii, typach i tym, który najlepszy*, postanowiłam przetłumaczyć dla Was esej miłośników Starego Kunmingu, Zhao Li oraz Li Chuanzhi - wiele lat pisali oni na łamach internetowych serwisów, aż w 2015 roku ich eseje (Zhao Li) opatrzone stosownymi rysunkami (Li Chuanzhi) zostały w końcu wydane nakładem Chińskiego Wydawnictwa Turystycznego. Stanowią kopalnię wiedzy o mieście, w którym mieszkam, jego mieszkańcach i zwyczajach.
Przed esejem jednak - małe wprowadzenie językowo-kulturowe. Swego czasu kupno sosu sojowego było znacznie bardziej ekologiczne: kupowało się go na wagę. Zazwyczaj wysyłano z butelkami (szklanymi, a jakże, żadne tam plastikowe śmieci!) dzieci, które stawały w ogonku i prosiły o wlanie jednej czy dwóch porcji. Kosztowało to grosze. Mówiło się na tę czynność 打酱油 dǎ​jiàng​yóu, dosłownie: bić sos sojowy. Już dawno temu pisałam, że czasownik "bić" ma po chińsku milion znaczeń i że często oznacza po prostu interakcję z danym przedmiotem. Jednak za tym konkretnym sformułowaniem kryje się też inne znaczenie: we współczesnej potocznej chińszczyźnie iść po sos sojowy 打酱油 dǎ​jiàng​yóu oznacza, że ktoś wtyka nos w nie swoje sprawy, jest gapiem (co się gapisz? a nic, przyszedłem tylko po sos sojowy). Można też tym sformułowaniem wysłać kogoś w diabły - idź po swój sos sojowy 打你的酱油去.

Z przyjemnością idziemy po sos sojowy

W '40-'50-tych latach XX wieku w Kunmingu była popularna dziecięca przyśpiewka - idź po swój jasny sos, idź do swojego nieba. Znaczyło to "mam w nosie to, co robisz". Starzy Kunmińczycy nazywali sos sojowy jasnym sosem, ponieważ, choć w Chinach sos sojowy jest znany od czasów dynastii Song, to jednak w odseparowanym od reszty Chin wysokimi górami Kunmingu nigdy nie było słonego sosu sojowego. W czasie gotowania często zamiast sosu sojowego używało się sosu mącznego zmieszanego z wodą. Dopiero w 1932 roku pewien Zhejiangczyk przybył do Kunmingu i zaczął wyrabiać i sprzedawać słony sos sojowy, a kunmińczycy od razu pokochali ten "jasny sos". W 1936 roku w Kunmingu było już pięć zakładów produkujących sos sojowy.
Zanim pojawił się słony sos sojowy, w Kunmingu był słodki sos sojowy, uwarzony z soi, brązowego cukru, cukru maltozowego, soli, przypraw i drożdży; bardzo smaczny i aromatyczny. Pisarz i smakosz Wang Zengqi mawiał, że smak kunmińskiego słodkiego sosu sojowego znany jest tylko tutaj, poza prowincją próżno go szukać. W tradycyjnych yunnańskich przepisach dużo potraw i kunmińskich przekąsek wymaga dodania słodkiego sosu sojowego - na przykład sławne kluski przechodzące przez most.
Jest w Kunmingu jedna słynna knajpka [a właściwie sieć knajpek - przyp. tłum.] sprzedająca misieny z miękkim tofu; ponoć codziennie rano właścicielka każe pracownikom zanieść słony i słodki sos sojowy wraz z innymi przyprawami do sekretnego pokoju. Gdy wszyscy opuszczą pomieszczenie, zamyka ona szczelnie drzwi i okna, a potem własnoręcznie miesza przyprawy, by następnie gotowe mieszanki wiadrami przesyłać do innych knajpek tej sieci. Misieny z jej knajpy właśnie dlatego są tak smaczne, że właścicielka ma tak niezwykłą umiejętność [przyprawiania].
Po dziś dzień najlepsze sosy sojowe w Kunmingu to sos sojowy Tuodong 拓东酱油 oraz sos sojowy Sanjian 三监酱油, nazwy obu sosów są bardzo interesujące. Sos sojowy Tuodong nazywa się tak dlatego, że zakład, który go produkuje, znajduje się przy ulicy Tuodong w Kunmingu, choć etykietka głosi, że ten sos sojowy nazywa się tak naprawdę Kunfu 昆福牌**. Sos sojowy Sanjian [dosł. trzecie więzienie] był w przeszłości produktem wytwarzanym w zakładzie produkcyjnym trzeciego więzienia [w Kunmingu].
Bardzo długi okres sos sojowy w Kunmingu sprzedawano na wagę, a chodzeniem poń zajmowały się dzieciaki. Kunmińczycy nazywali nawet dzieciaki "mały jasny sos" 小清酱.
"Małe jasne sosy", trzymając butelki o różnym kształcie, szły do sklepików z kiszonkami 咸菜铺 i napełniały butelki słonym sosem sojowym z wielkich kadzi, dwadzieścia groszy za chochelkę, a grosz czy dwa, które dostały "za drogę" od dorosłych, kupowały odrobinę kiszonek czy lufu, które się jadło w drodze, przy pomocy "pałeczek" z zapałek. Chodzenie po sos sojowy było tak przyjemne!

/Zhao Li, Li Chuanzhi - Kunmińskie dawne czasy/

Choć autorzy mówią o latach przedwojennych, mam dla Was ciekawostkę. Otóż - pod koniec lat '80-tych XX wieku ZB pojechał na rok do Pekinu. Pekińczycy zapytywali go wówczas, czy w Yunnanie naprawdę jeździ się na słoniach i jada pawie zamiast kur. ZB oczywiście potwierdzał, a oni mu wierzyli. W jedno natomiast nie potrafili uwierzyć: że w Kunmingu poza słonym sosem sojowym istnieje także słodki sos sojowy. Było to dla nich coś kompletnie niewyobrażalnego i nieprawdopodobnego.
Gdy rok później ZB wrócił do Kunmingu, opowiadał o rozmaitych pekińskich ciekawostkach, oczywiście fantazyjnie sztukując te opowiadania, doprawiając je szczyptami nieprawdopodobieństw. I znów: wszyscy przełykali te opowieści dziwnej treści i tylko w jedno nie byli w stanie uwierzyć, choć to akurat prawda: w to, że w Pekinie istnieje sos sojowy w kostkach, który trzeba rozpuścić w wodzie przed użyciem, a także w to, że istnieje tam coś takiego, jak sos sojowy niesłony (i niesłodki, ma się rozumieć), który służy jako barwnik potraw a nie wzmacniacz smaku.
Teraz niby wszystko można wszędzie dostać (ach, te zakupy internetowe!), ale na moich kuchennych regałach i tak królują stare, sprawdzone marki. O, proszę:

Dwa z trzech moich ulubionych produktów firmy Tuodong: po lewej słodki sos sojowy, po prawej biały ocet ryżowy. Namiętnie kupuję jeszcze ciemny, aromatyczny ocet ryżowy, ale ponieważ wykorzystuję go do marynowania czosnku, kupuję go w opakowaniach uzupełniających albo na wagę, bo i tak trafia do słoja.
Kunhu  昆湖牌 jak na dłoni.
Ja kupuję je w sklepie. Kiedyś jednak bywałam często na ulicy Tuodong, przy której nie mieszczą się już wprawdzie zakłady, ale nadal jest sklep firmowy, w którym po dziś dzień można kupić na wagę nie tylko sosy sojowe, ale również octy firmy Tuodong. Codziennie na chodniku cierpliwie czeka ogonek; od tego z dawnych czasów różni go tylko to, że nie składa się z dzieci, a z emerytów. Któż inny miałby czas na takie wydziwiania?



Po cóż kupować na wagę, skoro można iść do sklepu i kupić w butelce, albo i w folii?
Jak to po co? Po to, by sprostać trzywiekowej tradycji. Firma Tuodong powstała bowiem już w 1684 roku! I choć niby wszystko można kupić i owszem, są lepsze niż Tuodong firmy, ale takiego słodkiego sosu sojowego, jaki robią oni, na całym świecie nie znajdziecie!

Widzicie więc, że sos sojowy sosowi sojowemu nierówny i nawet w samych Chinach sosy się różniły i różnią - tak jak różnią się smaki różnych chińskich kuchni i przyzwyczajenia różnych Chińczyków. Dlatego, jeśli macie okazję, kupujcie lokalne produkty, nawet jeśli to "zwykły sos sojowy". A nuż odkryjecie coś tak pysznego jak słodki sos sojowy Tuodong?

Jeśli chcecie poczytać o japońskim sosie sojowym, zapraszam tutaj.
* najlepsze są oczywiście takie z krótkim składem: soja, pszenica, woda i sól plus pleśń, bakterie i drożdże, dzięki którym całość fermentuje.
** Nieprawda. Nie Kunfu, tylko Kunhu 昆湖. Znów dialekt kunmiński i jego mieszanie h z f wszedł autorom w paradę. Szkoda, że nie sprawdzili, tylko zawierzyli własnej, zawodnej pamięci - i własnej złej wymowie ;)

2019-10-10

mistrz chaosu 乱子壳

Zobaczywszy nazwę tej knajpy, umarłam ze śmiechu:
乱子壳 [wym. luandzyko] to po kunmińsku osoba, która dużo robi, ale im więcej robi, tym gorsze efekty. Mistrz chaosu. ZB nazywa tak sprzątające Tajfuniątko: sprząta z wielkim samozaparciem, ale pokój jest w coraz gorszym stanie. Można tak również pieszczotliwie nazywać przyjaciół, którzy mają mrówki w zadku - nie potrafią spokojnie usiąść na pięć minut, ale efekty ich działań są raczej mizerne. Niektórzy Chińczycy bardziej dosadnie nazywają takie osoby "kijami do mieszania gówna" 搅屎棒... Epitet 乱子壳 został wykorzystany również w yunnańskojęzycznej wersji Animaniaków - oni właśnie zostali przezwani 乱子壳. Bardzo trafnie! Swoją drogą, serdecznie polecam kreskówki z yunnańskim dubbingiem, są pięć razy śmieszniejsze niż ich mandaryńskie wersje.
Wracając do knajpy - tak nazywa się jeden z kunmińskich ogniowych kociołków. Może i bym spróbowała, bo lubię kociołki, zwłaszcza jesienią, ale po szybkim riserczu w internetach okazało się, że poirytowani klienci nazywają mistrzami chaosu tamtejszych... kelnerów, którzy ledwo sobie radzą z dostarczaniem na czas pożywienia. 
I teraz się zastanawiam: czy takie było założenie, stąd nazwa knajpy, czy po prostu kelnerzy się postanowili dostosować...

2018-07-25

kunmińskie rymowanki dziecięce

Dziś blogerzy kulturowi i językowi będą pisać o piosenkach i wierszykach dla dzieci. Dobrze się złożyło, bo akurat niedawno trafiłam na coś, co i tak chciałam Wam pokazać. Najpierw jednak apel:
Kochani! Chcecie się porządnie nauczyć języka obcego? Idźcie i rozmnażajcie się!
No dobrze. Może troszeczkę rozwinę, byście ujrzeli, że po dołożeniu kilku klocków ta wypowiedź naprawdę ma sens.
Nieźle znam chiński. Coraz lepiej kumam kunmiński. Powolutku podciągam się z literatury, filmów i szeroko pojętej kultury. A jednak dopiero po urodzeniu chińsko-polskiej mieszanki zaczęłam mieć bliższy kontakt z okołodziecięcą kulturą regionu. Yunnańskie chusty do noszenia pacholąt, dania dziecięce z naszego regionu i tak dalej. Aż dochodzimy do niematerialnego dziedzictwa kulturowego w postaci przekazywanych z pokolenia na pokolenie rymowanek i zabaw słownych dla dzieci, pochodzących z samego serca Kunmingu. To jest tak, jakby jakiś obcokrajowiec nagle zakochał się w... bo ja wiem? Entliczku-pentliczku. Albo w "Idzie kominiarz po drabinie". Nagle otwiera się zupełnie inny poziom odbioru literatury, w której często pojawiają się odniesienia do tych głupiutkich wierszyków, które wszyscy znają od dziecka. Zerknijcie na ten:

大雨大雨大大下
Wielki deszcz, wielki deszcz, wielki pada
小雨小雨我不怕
Małego deszczyku, małego deszczyku nie boję się
铜牛铜牛叫三声
krowa z brązu, krowa z brązu trzykroć zaryczała
水淹水淹大东门
woda zalała, woda zalała Wielką Wschodnią Bramę
云朝东有雨变成风
Chmury ciągną ze wschodu, a deszcz zmienia się w wiatr
云朝南有雨下不长
Chmury ciągną z południa, a deszcz będzie krótki.

大头大头下雨不愁
Wielki łeb, wielki łeb, deszczu się nie lęka
别人有伞我有大头
Inni mają parasole, a ty swoją wielką głowę
栽黄秧吃白米
Sadzisz żółte ziarno, jesz biały ryż
又出太阳又下雨
Wyszło słońce i deszcz pada
青蛙出来讲道理
żaba logikę wykłada.

Zacznę od elementów tekstu, po których można od razu poznać, że to rymowanka z Kunmingu. Po pierwsze: krowa. Chodzi oczywiście o krowę, która jest symbolem Yunnanu, a którą tygrys gryzie w tyłek. Po drugie - brama. Wielka Wschodnia Brama to była jedna z sześciu bram miejskich Kunmingu w czasach, gdy miasto było jeszcze okolone murem miejskim w kształcie żółwia. Po trzecie rym: 米/雨/理 czyli mǐ/yǔ/lǐ. O ile bez problemu można ujrzeć, że mi i li się rymują, o tyle yu pasuje do tego jak wół do karety... ale tylko po mandaryńsku. Ponieważ w dialekcie kunmińskim umlaut ü (bo tak się czyta yu) jest wymawiany "yi" czyli jak długie i, to doskonale pasuje do reszty.
Początek wierszyka pamiętają już tylko najstarsi kunmińczycy. Mój mąż pamiętał już tylko ostatni dwuwiersz o padaniu deszczu i jednoczesnym słońcu, który zresztą często powtarza przy odpowiedniej pogodzie. Od pierwszego razu dwuwiersz tłumaczę sobie w głowie na wierszyk, którego nauczyła mnie jeszcze babcia:
Deszczyk pada, słonko świeci
Baba Jaga masło kleci.

Wróćmy jednak do naszej dużej głowy i deszczu. Spójrzcie, jak bogata jest treść! Wiadomości kulturowe (o krowie i bramie), meteorologiczne (kierunek wiatru pozwala powiedzieć, jaki deszcz spadnie), drwina (kpiny z wielkiej głowy zamiast parasola) i surrealistyczna opowieść o żabie, która wykłada logikę, gdy jednocześnie pada deszcz i świeci słońce. Miodzio!
Takich rymowanek są oczywiście setki. Wspominałam już kiedyś o jednej, związanej z cukierkami dzyń-dzyń. Druga, o myszce, nie jest aż tak kunmińska, ale też fajna. Myślę, że jeszcze niejedną opiszę. A tymczasem zostawiam Was z prawdziwą perełką: nowymi muzycznymi aranżacjami rymowanek ze Starego Kunmingu. Kiedy naciśniecie na słuchawki przy poszczególnych tytułach, będą Wam się otwierać poszczególne piosenki. Jeszcze tylko "play" i można słuchać. Nie jest to może mój ulubiony styl muzyczny, ale bardzo się cieszę, że komuś się zechciało zebrać te stare teksty i przypomnieć je nowym pokoleniom kunmińczyków. Nasza rymowanka "duża głowa" znajduje się tutaj. Posłuchajcie, jak bardzo wymowa różni się od mandaryńskiej mowy powszechnej. W tym wykonaniu tekst został wzbogacony o jedną linijkę, której jednak nie rozumiem, a jej zapis różni się w różnych przekazach, więc nie przetranskrybowałam. Może kiedyś zdołam ten tekst uzupełnić...
A teraz zostawiam Was z dziecięcymi wierszykami z innych krajów:
ANGIELSKI: English Freak - Angielskie piosenki dla dzieci
GRUZIŃSKI: Gruzja okiem nieobiektywnym - Iavnana
NIEMIECKI: Niemiecki w Domu - Piosenki niemieckie dla dzieci; Niemiecka Sofa - Kinderreim - niemieckie rymowanki dla dzieci
TURECKI: Turcja okiem nieobiektywnym - (wyjątkowo irytująca) turecka piosenka

Jeśli podoba Wam się akcja i chcielibyście do nas dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2018-05-25

Yunnan w dziesięciu słowach

I znów duma przyćmiewa spojrzenie - "mój" temat wygrał w głosowaniu blogerów kulturowych i językowych. W ramach dzisiejszej akcji W 80 blogów dookoła świata wybieramy słowa najlepiej oddające specyfikę naszych krajów/regionów i języków, które w tych krajach występują. Pomysł prześladował mnie już od dawna - mianowicie od momentu zapoznania się z Chinami w dziesięciu słowach autorstwa Yu Hua. Wybrał słowa, które pozwoliły mu pokazać subiektywnie historię i przemiany współczesnych Chin. Ja... cóż, nie jestem autorem na miarę Yu Hua, więc będą tylko i aż skojarzenia. Moje, yunnańskie. Pierwsze będą skojarzenia stricte językowe.

JEŚĆ
Jestem obżartuchem, łakomczuchem i smakoszem. Yunnańska kuchnia to moja wielka miłość - co stali bywalcy na pewno zdołali już zauważyć. Jednak tym razem mowa nie o całej kuchni, a o pewnym yunnańskim przyzwyczajeniu językowym, które jest bardzo powszechne w tutejszych dialektach. Otóż całe Chiny używają słówka jeść 吃 chī dla spożywania pokarmów, inne czynności związane z przyjmowaniem czegoś doustnie pozostawiając innym czasownikom. Mamy więc, tak samo jak w polskim, pić 喝 hē oraz palić (papierosy czy fajkę) 抽烟 chōu​yān/吸烟 xī​yān. Jednak w wielu yunnańskich oraz syczuańskich dialektach wszystko się "je". Można więc nie tylko całkiem normalnie spożywać posiłek (吃饭), ale również "jeść" wodę 吃水, alkohol 吃酒 czy herbatę 吃茶, a także "jeść" papierosy 吃烟. Co ciekawe, takie użycie słowa "jeść" było dawniej powszechne w całych Chinach, o czym świadczy występowanie tego typu zbitek w mingowskich i qingowskich powieściach.

MEME
Kolejną ciekawostką językową jest zbitka 么么 me​me. W całych Chinach jest to slangowa onomatopeja oddająca pocałunek. Czyli taki chiński "cmok". Jednak w Yunnanie 么么 meme albo pełniej 么么三 memesa! to wykrzykniki oznaczające zdziwienie, lekki przestrach, a czasem zakłopotanie albo nawet lekką dezaprobatę. Można tak na przykład krzyknąć, gdy ktoś o mały figiel nie wyrżnął o ziemię albo gdy rzucił dobrze zarabiającego chłopaka, albo gdy Tajfuniątko oblało się sokiem od stóp do głów...

BANDŻA
Spolszczyłam sobie kolejne yunnańskie słówko, ponieważ po pierwsze się da (mamy w polskim wszystkie potrzebne brzmienia), a po drugie bardzo często go używam. Yunnańczyk nie powie, że jesteś "byczy" (太牛了) ani wspaniały (太棒了). Zawsze użyje rodzimej zbitki 板扎 bǎnzhā. Nie pytajcie, co dokładnie to słowo znaczy ani jaka jest jego etymologia. Wiedzcie tylko, że połączenie deski 板 z ukłuciem 扎 jest wyrazem najwyższego uznania.

CAONAI
Skoro mamy słowa uznania, musimy też znać słowa krytyki. Każde zachowanie, które nas denerwuje, każdy człowiek, który nas drażni, każde paskudztwo, na widok którego się wzdragamy - to wszystko możemy opisać słówkiem 曹奈 caonai, przy czym pamiętajcie, że w Yunnanie wiele osób ma problem z rozróżnianiem "n" i "l", w związku z czym często wyjdzie z tego caolai.

NE
Dla każdego ucznia języka chińskiego jedną z najgorszych zmór są partykuły. Jest ich od cholery, mają milion zastosowań i zazwyczaj chodzi nie o to, które mamy na myśli. Mam dla Was dobrą informację: ukochaną partykułą Yunnańczyków jest 呢 ne. Poza zwykłymi znaczeniami, tzn. w pytaniach, w pytaniach o lokalizację, sygnalizowaniu zastanawiania się nad odpowiedzią, pokazywaniu, że właśnie trwa jakaś czynność oraz przy silnym potwierdzeniu, yunnańskie ne może również zastępować partykułę dzierżawczą 的 de oraz, w niektórych przypadkach 了 le używane dla zakończonych czynności. Prawda, że to wiele ułatwia?

Jeśli chcecie poczytać więcej o dialektach, zapraszam do zakładki dialekt Kunmingu. 
 
Jednak Yunnan wyróżnia się w Chinach nie tylko słownictwem i brzmieniem dialektów. Yunnańskość to również:

ETNODYWERSYFIKACJA*
Czyli ogromna różnorodność mieszkających tu z dawien dawna ludów. Setki lat żyły całkiem niezależnie od siebie - nie tylko dlatego, że tak chciały. Po prostu ciężko się było przedostać przez wielkie wąwozy z rwącymi rzekami albo wiecznie ośnieżone szczyty. Stąd do mniej więcej połowy dwudziestego wieku, gdy modernizacja zaczęła wreszcie powoli wkraczać do Yunnanu, ludy te niewiele o sobie nawzajem wiedziały. Czasem walczyły, czasem handlowały, ale generalnie rzecz biorąc nie bardzo się między sobą mieszały. Gdy po dojściu komunistów do władzy w Yunnanie nagle wylądowało całkiem sporo intelektualistów i naukowców, postanowili oni trochę uporządkować wiedzę o ludziach tu występujących. Niestety, nie wpadli na to, że najpierw wypadałoby je dokładnie zbadać, a dopiero potem porządkować. Stąd odgórny podział na 26 grup etnicznych Yunnanu. Do jednego worka trafiały czasem plemiona czy szczepy, które w ogóle nie czują się z sobą związane kulturowo i nawet nie do końca rozumieją wzajemnie swoje języki... Ale to już inna historia. Dla nas, laików, którzy nie zamierzają badać różnic między, powiedzmy, Dajami z różnych pagórków, ta ogromna różnorodność kulturowa ma przełożenie przede wszystkim na materialne i niematerialne dziedzictwo kulturowe, które grupy owe przekazują z pokolenia na pokolenie. Stąd kolejny punkt:

RĘKODZIEŁO
Dla przeciętnego Europejczyka "made in China" to synonim tandety. Tak. Wiele tandety pochodzi z Chin. Jest tu jednak również wiele wspaniałych marek, do których najwybredniejszy konsument z Zachodu nie może się przyczepić. Jednak to, co w Chinach najwspanialsze, niestety jest bardzo rzadkie. Mowa tu u rękodziele, które trwało przez wieki, by potem zostać zniszczone przez komunistyczną urawniłowkę. No, całe szczęście nie zdołali zniszczyć do końca, ale tradycyjne warsztaty odbudowuje się powoli. Czasem w pięknych manufakturach został zaledwie jeden mistrz, który dopiero na starość ma możliwość przekazać wiedzę maleńkiej grupie czeladników... Ważne jednak, że w Yunnanie tego rękodzieła jest jeszcze sporo, począwszy od ceramiki (piękna ciemna ceramika z Jianshui, biała ceramika z Yiliang czy nasze yunnańskie koty) poprzez piękne materiały tie-dye (rozmaitych materiałów jest zresztą sporo), hafty, tkactwo i produkcję od A do Z lokalnych strojów ludowych i obuwia. A to nie koniec! Przecież są jeszcze grzebienie rzeźbione w bawolich rogach, bambusowe fajki wodne i cała masa innych wspaniałych cacek.

MUZYKA
Skoro jesteśmy już przy różnorodności kulturowej i etnicznej oraz sztukach, muszę wspomnieć o muzyce. Chińczycy mawiają, że Yunnańczycy rodzą się z umiejętnością tańca i śpiewu. To nie tylko tańce weselne i pieśni pracy, ale również np. śpiewane improwizowane dialogi, które są yunnańską tradycyjną formą podrywu (tzw. 对歌). W ogóle, improwizowane pieśni nadal są ważnym elementem kultury wiejskiej Yunnanu - można ich posłuchać podczas wiejskich wesel oraz rozmaitych lokalnych świąt. Tak samo tańce - w każdym obfitującym w mniejszości etniczne mieście, w każdej wiosce mieszkańcy zbierają się, by potańczyć ludowiznę, czasem zresztą do bardzo współczesnych wersji muzycznych typu folk-disco. Poza tańcami i śpiewami mamy jeszcze unikatowe yunnańskie instrumenty muzyczne, jak moja ukochana fletogruszka 葫芦丝 czy tykwosheng 葫芦苼 albo trójstrunna gitara ze smoczą głową 龙头三弦. Generalnie - jeśli lubicie sztuki audiowizualne, to Yunnan jest świetnym miejscem, by się nimi nacieszyć. Jeśli zaś nie macie czasu na naukę gry na nowych instrumentach, a śpiewy i tańce wolicie obserwować z bezpiecznej odległości, a nie angażować się w nie osobiście, polecam wspaniałe przedstawienie Odbicie Yunnanu.

CHWASTY
Nie wiem, czy Chińczycy w ogóle znają słowo "chwast"...
Sprawdziłam. Znają. To znaczy: istnieje w słownikach. Problem tylko w tym, że rośliny, które uchodzą za chwasty (a nawet za chwasty trujące) w Polsce, w Yunnanie znajdują się na straganach warzywnych i w aptekach. Orlica, bylica, głowienka, liście mlecza, lebioda, szarłat, pałka wodna, gryka tatarka (ta gorzka), płoczyniec, marchwica i dziesiątki innych roślinek zajmuje poczesne miejsce w kuchniach grup etnicznych Yunnanu. Na początku aż mi się w oczach mieniło, gdy patrzyłam w skrzące zielenią pęczki różnych roślin. Teraz przywykłam, a nawet - kiedy tylko zobaczę nowe zielsko w knajpianej wystawce, natychmiast je zamawiam. Po pierwsze po to, żeby dowiedzieć się, jak się nazywa, a po drugie po to, żeby wiedzieć, jak je przyrządzić. A kiedy tylko po udanej kolacji wracam do domu, natychmiast guglam za innymi zastosowaniami tych roślin. Są bowiem chętnie używane w tradycyjnej chińskiej medycynie, którą uwielbiam i dzięki której wyleczyłam się z kilku bardzo uciążliwych dolegliwości.

HERBATA
Ostatnia na liście - i pierwsza w moim sercu. Yunnańska herbata, albo dokładniej: yunnańskie herbaty to powód sam w sobie, żeby tutaj zamieszkać. W Yunnanie występują zarówno zwykłe uprawy herbaciane złożone z niewielkich krzewów, jak i starodrzew herbaciany czyli prarodzice całej herbaty świata. To tutaj się wszystko zaczęło. Yunnańskie herbaty pu'er i czarne to klasa sama w sobie, a zielone, chociaż mniej znane, są wprost wspaniałe. Jest to doskonałe miejsce, by zakochać się w herbacie i odkryć herbacianą pasję. Ja sama wpadłam z kretesem - dlatego poszłam na kurs herbaciany, a później zaczęłam pracować jako mistrzyni ceremonii herbacianej w jednej z tutejszych herbaciarń. Gdy wróciłam do Polski, zaczęłam prowadzić wykłady w ramach projektu Akademia Herbaty. Okazjonalnie prowadzę wykłady dla polskich Instytutów Konfucjusza, a także kilku uniwersytetów w Yunnanie. A to wszystko właśnie dlatego, że wylądowałam akurat tutaj, wśród herbacianych wzgórz, przy targowiskach herbaty. Nie wyobrażam sobie już życia bez herbaty...
I bez Yunnanu.
Im dłuższy jest ten wpis, tym bardziej widzę, jak bardzo wrosłam w tutejszą rzeczywistość. W dialekty, w grupy etniczne, w kuchnię, w sposób życia. Czuję się Yunnanką. Zmieszczenie mojego Yunnanu w dziesięciu słowach jest tak bardzo niemożliwe! Możliwe jest za to w jednym słowie. Nie wiem, czy wiecie, że synonimem słowa Yunnan jest "miłość".

Poniżej znajdziecie linki do wpisów innych blogerów biorących udział w naszej akcji:
Angielski: Angielski C2 - Kraj w 10 słowach; Angielska Herbata - 10 arcybrytyjskich słówek; Englishake - 10 najważniejszych słów po angielsku
Duński - Ukryty Kot - Dania w 10 słowach
Fiński - Suomika - Finlandia w 10 słowach
Gruziński: Gruzja okiem nieobiektywnym - 10 słów, które na pewno usłyszycie w Gruzji
Hiszpański: Hiszpański dla Polaków - Hiszpania w 10 słowach i kilkunastu powiedzeniach
Irlandzki: W Krainie Deszczowców - Irlandia w 10 słowach
Niemiecki: Viennese breakfast - Austria w 10 słowach na „a”
Rosyjski: Dagatlumaczy - blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim - Rosja w 10 słowach
Szwedzki: Szwecjoblog - Szwecja w 10 słowach
Turecki: Turcja okiem nieobiektywnym - Turcja w 10 słowach

Jeśli zaś spodobała Wam się nasza akcja i chcielibyście dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

*wiem, że użycie wymyślonego słowa to pewne nadużycie, ale na pewno mi wybaczycie :)