blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2010-12-10

Świątynia Konfucjusza w Kunmingu 昆明文廟

Po przyjeździe do Kunmingu kupiłam setki przewodników i książek o miejscach wartych poznania. Chodziłam z mapą, chcąc poczuć magię tego miasta, chcąc zrozumieć, dlaczego jest inne niż wszystkie i próbując odkryć miejsca, w których będę się czuć jak u siebie. Obeszłam cały bez mała Kunming. Znam Dwie Wieże, znam Targ Kwiatów i Ptaków, znam krajobrazy Jeziora Dian i Budynku Wielkiego Widoku. O nich wszystkich, jak i o skomercjalizowanej do granic bólu Wiosce Mniejszościowej, da się przeczytać w każdej książce opisującej Miasto Wiecznej Wiosny. A jednak te wszystkie miejsca wystarczyło odwiedzić raz – a potem nie chciałam już tam wracać. No, może z wyjątkiem Jeziora Dian, bo tam akurat pięknych miejsc jest w bród, a ja uwielbiam wodę.
I właśnie gdy myślałam, że w centrum Kunmingu do patrzenia na tubylców mam tylko zatłoczone Szmaragdowozielone Jezioro, odkryłam Świątynię Konfucjańską.
Świątynia Konfucjusza w Kunmingu powstała za czasów mongolskiej dynastii Yuan. Postawił ją... i tu małe zaskoczonko: muzułmanin irańskiego pochodzenia, wywodzący się z Buchary, miasta dzisiejszego Uzbekistanu. Ten oto muzułmanin został wysłany przez Kubilaj-chana , żeby zrobić porządek w Yunnanie. Porządek zrobił – a przy okazji zaczął zmuszać Yunnańczyków do przyjmowania kultury chińskiej, która wszak nie była kulturą ani samego Sayyid Ajjal Shams al-Din Omara 赛典赤·赡思丁, o którym tu mowa, ani też Kubilaj-chana, który, jak wszyscy wiedzą, był dzikusem, Mongołem znaczy (choć usankcjonowanym, bo będąc piątym Wielkim Chanem Mongolskim został jednocześnie pierwszym cesarzem dynastii Yuan, którą Chińczycy traktują jak swoją). Tak więc właśnie ten irański muzułmanin wysłany przez Mongoła postawił pierwszą w Yunnanie Świątynię Konfucjusza.
To właśnie tam zaczęło się yunnańskie szkolnictwo. Początkowo studentów było raczej niewielu, ale z czasem Świątynia zaczęła przyjmować nawet 150 studentów w semestrze! Było to miejsce o tyle ważne, że w mury szkoły trafiały również dzieci przywódców poszczególnych mniejszości narodowych (w owym czasie będących jeszcze w większości); tym sposobem nauczyciele świątynni mogli wprowadzać w życie zasadę „ 有教無類”, czyli edukacji dla wszystkich bez względu na status.
Na całe nieszczęście ta najstarsza wersja mojej ulubionej świątyni nie przetrwała do dziś; obecnie oczy nasze cieszy wersja z 1690 roku, co i tak jest imponującym wynikiem w mieście, w którym prawie wszystko jest względnie nowe.
Po co powstaje Świątynia Konfucjusza? Po pierwsze by uczcić pamięć Pierwszego Nauczyciela. Po drugie żeby krzewić konfucjanizm i kształtować charaktery wedle konfucjańskiej matrycy. Jednak w każdym tekście propagandowym na temat tego miejsca znajdziemy setki informacji, jak to świątynia ta stała się miejscem dialogu kultur yunnańskich z kulturą chińską i wypracowywania wspólnego mianownika, tak ważnego w Chinach. Oczywistym jest, że wspólnym mianownikiem mogła się stać jedynie najlepsza z najlepszych kultura chińska. Jednocześnie między wierszami można wyczytać, że dopiero z powstaniem konfucjańskiej świątyni, rdzenni mieszkańcy Yunnanu (a i to tylko wybrani!) poznali pojęcia takie jak moralność, etyka...
Świątynia jest piękna. Wchodzi się do niej jak do zupełnie innego świata. W centrum miasta oaza spokoju, przedsionek nieba. Wszystko jest jak trzeba – jest jeziorko, w środku wielokolorowe karpiki koi, dużo drzew i kwiatów, na ścianach pawilonu herbacianego piękne freski. Czasem udaje się tam podejść tak, że nikt inny nie przeszkadza. Wtedy umiem sobie wyobrazić, że dawniej było jeszcze piękniej.
Po upadku cesarstwa (1911) Świątynią przestali rządzić konfucjaniści, a zaczął dowodzić motłoch. Skończyły się czasy egzaminów cesarskich, więc po co komu miejsce, które do takich egzaminów przygotowywało? Miejsce zaczęło podupadać, przerodziło się w madżongarnię, herbaciarnię, szachogralnię i ogródek działkowy. Po ustanowieniu ChRL nic się nie zmieniło, a jeśli już, to raczej na gorsze. Świątynia została przemianowana na „publiczny ogród sztuki i rozrywki”. W okresie Rewolucji Kulturalnej zniszczono resztki piękna. Z wielkiego kompleksu świątynnego przez lata wykrawano kolejne kawałki, burząc kolejne budynki. Żeby śladu nie zostało, żeby wiatr miał czym poruszać... Teraz powoli władze miasta zaczynają sobie przypominać, że właściwie to dałoby się niewielkim nakładem pracy i środków doprowadzić to miejsce do względnego porządku. Cóż jednak z tego? Dawne tereny świątynne już dawno zostały wchłonięte przez miasto. Tutaj został rzeczony ogród i pawilon herbaciany z malutką herbaciarenką w stylu chengduńskim (herbaty zielone i kwiatowe, gaiwany, termosy z 5 litrami wrzątku, sam sobie zaparzasz wedle uznania i za wszystko płacisz zaledwie kilka kuajów, a możesz tam przesiedzieć cały dzień), jest to również siedziba sekretariatu Miejskiego Domu Kultury, ale niewiele z tego wynika. Tyle, że jest w środku miasta miłe miejsce dla emerytów, uprawiających operę pekińską i grających w rozmaite gry planszowe/karciane. A ja? Zakochałam się w świątynce od pierwszego, zimowego wejrzenia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że będę tam spędzać całe godziny na podpatrywaniu życia Chińczyków. Kiedy poszłam tam po raz pierwszy, w stawie nie było ryb, drzewa dopiero zaczynały kwitnąć, a w środku nie było nikogo. Gdy tam chodzę teraz, ogród tętni życiem. Staruszkowie uprawiają hazard, dzieci biegają, matki plotkując piją herbatę. Ja siedzę, uczę się krzaków, robię zdjęcia, odpowiadam uśmiechem na zaciekawione spojrzenia. Gdy przymknę oczy, wyobrażam sobie, jak dawna arystokracja mandżurska przynosiła tu klatki z ptakami, coby ptaki się od siebie nawzajem uczyły śpiewu, a małe chińskie dzieci grzecznie powtarzały za nauczycielami konfucjański katechizm. A może przychodzili ubrani w czarne peleryny Yi? A może lekcjom przysłuchiwali się szamani? A może?......
Gdy chcę odpocząć od zgiełku, szukam spokoju właśnie w tym miejscu. Które, nie oszukujmy się, dla większości kunmińczyków jest tylko nazwą przystanku autobusowego. Z tymi, którzy kochają to miejsce tak samo jak ja, czuję silną więź. To my, prawdziwi starzy kunmińczycy, którym jest żal każdej starej cegły...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.