Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 佤族 Wa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 佤族 Wa. Pokaż wszystkie posty

2026-05-11

云南多依 docynia yunnańska

云南多依 czyli Docynia delavayi - docynia odkryta przez naszego ulubionego misjonarza-botanika Jean Marie Delavay'a. Jest to drzewo należące do rodziny różowatych, tej samej, do której należą też śliwy, jabłonie czy... poziomki. Jej owoce z wyglądu i właściwości najbardziej przypominają pigwowca - jest twarda i kwaśna - dlatego też często do nazwy dodaje się przymiotnik kwaśna: 酸多依. Inna jej nazwa jest zresztą ściśle związana z yunnańską nazwą pigwowca czyli drzewna gua "木瓜" - mówi się na docynię "mały pigwowiec" 小木瓜. Jeszcze jedną często używaną nazwą jest 栘𣐿 yíyī, przy czym warto zauważyć, że jest ona stosowana do wszystkich docynii, a nie tylko yunnańskiej. Ta nasza najczęsciej występuje w Yunnanie, Syczuanie i Guizhou; rośnie często w lasach mieszanych, na wysokości 1000-3000 m.n.p.m. Choć chętnie wyrasta przy strumieniach i w zacienionych dolinach, jest również wyjątkowo wytrzymała na suszę i kiepską, jałową glebę. Najstarsze okazy mają po 400 lat! Oczywiście tak starym drzewom niektóre grupy etniczne przypisują właściwości magiczne, np. Naxi i Bai traktują docynię jak "boskie drzewa" 神树 i bardzo się o nie troszczą. Ostatnimi laty, ze względu na ich wielką urodę podczas jesiennego wybarwiania liści, często wykorzystuje się je jako drzewa ozdobne w yunnańskich parkach. 
W Yunnanie docynia od wieków jest używana w celach medycznych - owoc leczy biegunkę, poprawia trawienie i odrobacza. Kora ma właściwości przeciwzapalne i wywar był stosowany do przemywania ran i robienia okładów. Poza tym jednak zawsze robiono z niej marmoladki (wysoka zawartość pektyn), a także nastawiano ocet i używano jako bazy do napojów - woda przyprawiona plastrem docynii świetnie gasi pragnienie w upalny dzień. Można ją też dodawać do zup, żeby je zakwasić - popularnym daniem kuchni Dai, Wa i Hani jest na przykład rosół z wolnowybiegowych kurczaków lub bażantów z dodatkiem docynii bądź pigwowca. Dopiero jednak w Mojiangu spotkałam się z docynią jadaną na surowo. Nawet dojrzała docynia o żółtej skórce jest mocno kwaśna i twardawa - jak to jeść? Pani z naszego ulubionego mojiańskiego sklepu z owocami przyrządziła więc dla nas pikantną sałatkę z docynii i amli, robioną podobnie do tajskich sałatek z zielonej papai, zielonego mango czy pomelo, tylko zawierającą mniej składników - wystarczyło pokrojone owoce wymieszać z pikantną pastą z wędzonego chilli i poczekać, żeby się przegryzło. Oczywiście w restauracjach znajdziecie raczej tłuczoną wersję prosto z ogromnego moździerza, tak częstą w kuchniach grup etnicznych Dai, Lahu czy Wa: owoce tłucze się ze świeżym chilli, solą, a często również ze świeżymi ziołami i fistaszkami. Jednak łatwo sobie wyobrazić młodzież idącą na cały dzień w góry, by zbierać herbaciane liście - nie nieśli z sobą wielkich moździerzy, a co najwyżej woreczek z solą i kilka chilli w kieszeni, by po prostu umoczyć owoc w soli i zagryźć papryką dla przełamania kwaśnego smaku. Po dziś dzień to tak zresztą wygląda. Och, jakże orzeźwiające są takie owoce!

2025-07-07

Góra Jingmai 景迈山 ᨯᩭᨩ᪂ᨳ ᩱ

Góra Jingmai jest położona w obrębie "województwa" Pu'er w Yunnanie. Od południa graniczy z Xishuangbanna, od Zachodu z Birmą - od wieków było to miejsce spotkań międzykulturowych, ożywionego handlu herbatą i nie tylko, a także zdobywania wiedzy. W 2023 roku porosła starodrzewem herbacianym Góra Jingmai, będąca jedną z sześciu wielkich chińskich gór herbacianych, znalazła się na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO
 Góra dorasta do 1400 m.n.p.m. Średnia roczna temperatura to zaledwie 18 stopni - idealne warunki dla herbacianych upraw, których jest tu niemal dwa tysiące hektarów. Zdecydowana większość herbacianego lasu porośnięta jest tysiącletnimi herbacianymi drzewami, którymi od pokoleń zajmują się zamieszkali tutaj Dajowie, Blangowie, Hani i Wa (najstarsze opisy sadzenia herbaty w celach użytkowych są datowane na 696 rok naszej ery!). Obecnie jest to najstarszy, największy i najlepiej zachowany las herbaciany na świecie. Oczywiście, poza samą herbatą rosną tu i inne subtropikalne rośliny, tworząc swoistą "herbacianą dżunglę" - zwracają uwagę zwłaszcza górski pieprz litsea oraz czerwona cedrela. Ze względu na wspaniałe warunki uprawy i dobrą opiekę, liście herbaciane z Jingmai słyną na całe Chiny. A dzięki uzyskaniu statusu obiektu chronionego, jest nadzieja, że Jingmai nie zmieni się w jakieś niedorzeczny fałszywy obiekt turystyczny; raczej pozostanie czymś w rodzaju żywego skansenu, ponieważ ochroną zostały objęte nie tylko same drzewa, ale również wszystkie wioski położone na tych terenach. 
O tym przede wszystkim opowiada wspaniała wystawa w Muzeum Yunnańskim, na którą udało nam się wybrać. Wystawa podzielona była na kilka części: pochodzenie herbaty, mądrość przodków, harmonijne współistnienie, odziedziczone tradycje, tradycja a innowacja, Jingmai oczami artystów i w końcu herbata: lek, napój, pożywienie i ofiara oraz dzielenie się mądrością. W każdej z nich znaleźć można było zdjęcia i szczegółowe opisy nie tylko samej herbaty, ale również ludów, które na tej górze związały z herbatą swoje życie. Można było zobaczyć próbki rozmaitych liści, modele domostw południowego Yunnanu, stroje kilku grup etnicznych i stare okołoherbaciane zapiski w rozmaitych typach pisma, przetłumaczone na chiński, a nawet niedługie filmy pokazujące ceremonie związane z herbatą. Wszystko było fascynujące.
Gdybym wam zostawił w spadku krowę albo konia, bałbym się, że przyjdzie klęska żywiołowa i zada im śmierć. Gdybym wam zostawił kosztowności, również bałbym się, że je przejecie. Dlatego zostawiam wam tylko herbaciane drzewa, których będą używać jeszcze wnuki naszych wnuków.
Tradycyjne domy budowane nad pustką, jedno z 18 dziwactw Yunnanu
Ofiara dla wody - opis ceremonii Wa pokazującej, jak ważna była zawsze dla nich woda, a także krótka wzmianka o znaczeniu wody dla Dajów. Cała wystawa była wręcz oblepiona takimi ciekawostkami wraz ze zdjęciami; wspaniałe!
Ponieważ podczas ceremonii zawsze się śpiewa i tańczy, był też mały pokaz instrumentów.
srebrne kolczyki grupy etnicznej Hani
Dajski fan 幡 - coś w rodzaju buddyjskiego proporca
Herbata jako warzywo i przyprawa
Na herbacianych górach wystarczyło zapakować w liście bananowca trochę liści herbacianych i domowe "świece", by wystosować zaproszenie na wesele, pogrzeb czy do pomocy przy stawianiu nowego domu. 

Było sporo ekranów z filmikami pokazującymi ceremonie nadal żywe wśród mieszkańców Jingmai.

Dawno nie byłam na tak świetnej wystawie (choć oczywiście wystawy Muzeum Yunnańskiego w ogóle są zazwyczaj bardzo sensowne i ciekawe). No i niesamowicie wzrósł mi apetyt na wycieczkę na Górę Jingmai...

2024-03-18

Dongba 洞巴

Dongba to instrument dęty podwójnostroikowy, podobny nieco do suony, popularny wśród ludu Jingpo. Sama nazwa wywodzi się zresztą z języka Jingpo; w wolnym tłumaczeniu oznacza "flet z bawolego rogu". W języku Wa podobny instrument nazywa się Biqie lub Bike. Najpopularniejszy jest na południowym zachodzie Yunnanu. Skąd się tam wziął? Mówi o tym piękna legenda. 
Dawno, dawno temu żyło sobie małżeństwo, którego bogowie nie obdarzyli potomstwem. Kiedy więc jedna z ubogich rodzin znów powiła syna, którego nie byłaby w stanie wyżywić, nasze małżeństwo postanowiło przyjąć go pod swój dach. Nie traktowali go jednak jak syna, o nie! To jemu zawsze przypadały najcięższe prace, to on zawsze musiał najwcześniej być na nogach. Na przykład gdy zbliżały się żniwa, całymi dniami musiał na polach pilnować, czy aby ptaki nie wchodzą w szkodę. Rósł tak sobie, a samotność tak mu doskwierała, że nieraz łzy zrosiły jego twarz. Razu pewnego, gdy z nudy wielkiej bawił się słomką, nieopatrznie w nią dmuchnął, a ona wydała dźwięk. Pomyślał, że to ciekawe, więc zaczął eksperymentować; w końcu zatknął słomkę w bambusowej rurze i okazało się, że dźwięk był słodki i miły dla ucha. I tak oto powstała dongba, która odtąd często towarzyszy ciężko pracującym ludziom Jingpo i pomaga im rozpraszać smutki. 
Współcześnie dongba najczęściej jest drewniana z dźwięcznikiem drewnianym lub wykonanym z rogu bawolego. Jest instrumentem, którego nie może zabraknąć w trakcie rozmaitych świąt, na przykład dożynek (kiedy to gra się skoczne melodie, tradycyjnie mające za zadanie odganiać ptactwo), ale i pogrzebów, gdy wydobywa się z niej smutne, niskie dźwięki, na pamiątkę zmarłego. Jednak dongba towarzyszy Jingpo nie tylko podczas takich wielkich ceremonii typu uroczystości noworoczne czy weselne, ale również podczas zwykłych, codziennych czynności typu pasanie krów. Na dongba grywa się od dożynek aż do nowego roku; dopiero później, w czasie najpilniejszych robót polowych, nie grywa się na dongba - pewnie to tabu wzięło się po prostu z tego, że nie wolno było próżniaczyć, trzeba było zakasać rękawy... Innym tabu jest to, że na dongba nie wolno grywać w domu. 
Instrument ten możecie zobaczyć (i oczywiście usłyszeć w tle) na przykład na tym filmiku o Jingpo:  
(około 1:05) Niestety, nie udało mi się znaleźć sensownych nagrań pieśni z towarzyszeniem tego instrumentu. Może następnym razem?

2023-10-15

开门节 Święto Otwarcia Drzwi

Święto Otwarcia Drzwi, nazywane również Wyjściem z Bagna 出洼, jest obchodzone przez wyznających buddyzm therawada Dajów, Bulangów, De‘angów i nawet część Wa, popularne w Chinach głównie w Yunnanie, a poza Chinami m.in. w Laosie i Tajlandii. Dokładna data jest wyznaczana zgodnie z dajskim kalendarzem na piętnasty dzień dwunastego miesiąca, jednak w związku z potrzebą nałożenia tego kalendarza na kalendarz gregoriański, oficjalną datę obchodów wyznaczono na piętnastego października. Siostrzanym świętem jest oczywiście Święto Zamknięcia Drzwi 关门节, często zwane też po prostu Świętem Początku Lata 入夏节, ponieważ odbywa się tradycyjnie parę miesięcy wcześniej, wraz z wejściem w porę deszczową (obecnie data jest wyznaczona na 15 lipca). Takie jest zresztą pochodzenie tego wywodzącego się z Indii święta - zróbmy wszystko, by w zdrowiu i spokoju przeżyć porę deszczową i cieszmy się, gdy się ona po mniej więcej kwartale skończy. Z tej okazji kończą się również rozmaite tabu: w lecie nie wolno się na przykład pobierać czy nawet zaręczać, budować domów (bo w regionie to również czynność "weselna"), a także wyjeżdżać w dalsze podróże czy choćby nocować poza domem. Podczas Święta Otwarcia Drzwi niezamężna i nieżonata młodzież idzie więc pięknie ubrana do świątyń paść Buddzie do stóp i ofiarować mu jedzenie, kwiaty, wódeczkę i pieniądze, dziękując za to, że wreszcie mogą planować życie, a starsi i młodsi dziękują zapewne za to, że im już znudzona młodzież nie będzie psuć krwi. Starszyzna zabiera również ze świątyń i spala ofiary, które przyniosła podczas Wejścia do Bagna 进洼 - skoro udało się z owego bagna wyjść, ofiarę można przecież zabrać. Po części religijnej i ceremonialnej zazwyczaj zaczynają się buddyjskie "odpusty" - fajerwerki, wysyłanie lampionów do nieba, taniec, śpiew, a także korowód po okolicznych wioskach z lampionami w kształcie rozmaitych zwierząt. A że zazwyczaj właśnie w tym okresie dobiegały końca zbiory ryżu, Święto Otwarcia Drzwi pełniło przy okazji funkcję dożynek. 

Dawniej często obchody rozkładano na trzy dni: pierwszego dnia szła starszyzna, drugiego młodzież, a odpust z dożynkami zaczynał się dopiero trzeciego dnia, jednak dziś najczęściej wszystko jest upchnięte w czasie jednego dnia - przynajmniej w miasteczkach. Choć święto ma korzenie religijne, osobie, która maczała palce w tworzeniu koncepcji otwierania i zamykania duchowych drzwie, nie można odmówić sprytu, a co najmniej zmysłu praktycznego. Dawnymi czasy lato było najpracowitszą porą roku. Zamiast pozwalać młodzieży na harcowanie na sianie, obcowanie z płcią przeciwną uczyniono w tym okresie tabu, dzięki czemu siła robocza miała siłę skupić się na robocie. I na modłach, bo w całym "bagiennym" okresie raz w tygodniu obywały się w świątyniach... mam pokusę napisać "msze" - oczywiście buddyjskie spotkania modlitewne to nie to samo, ale wiecie, o co chodzi. 

Oczywiście, obchody święta różnią się w rozległym regionie i między poszczególnymi grupami etnicznymi. Na przykład u Achangów i De'angów obchody nadak trwają pełne trzy dni - pierwszego dnia strojnie odziani kawalerowie wędrują po wioskach bijąc w wielkie bębny, a starcy udają się do świątyń, by spalić papier ku czci Buddy; z kolei następnego dnia do świątyń idą panny. Trzeciego dnia organizuje się jarmark, który staje się doskonałą okazją do oględzin płci przeciwnej, bo wszyscy mogą w nim uczestniczyć. Oczywiście, pod pozorem słuchania nauk wioskowych mnichów. Bez względu jednak na szczegóły różniące obchody, główna idea jest jedna: radujmy się!

Poza pragmatycznym wyjaśnieniem powstania świąt zamknięcia i otwarcia drzwi, istnieje oczywiście i religijne. Ponoć co roku w połowie dajskiego dziewiątego miesiąca Budda udawał się do Czystej Krainy, by się spotkać z matką i wspólnie recytować sutry. Wracał dopiero po kwartale. Pewnego razu nadgorliwym uczniom wydało się dobrym pomysłem ruszyć między prosty lud z buddyjskimi naukami. Misja nie spotkała się z dobrym przyjęciem - z jednej strony nie można ignorować mnichów głoszących słowo, z drugiej jednak - robota sama się nie zrobi. Lud zaczął się burzyć i narzekać na czas, który wybrali mnisi na głoszenie słowa. Gdy cała historia dotarła do uszu Buddy, uczuł on wielki niepokój i zarządził, by odtąd przez trzy miesiące, które on spędzał w Czystej Krainie, mnisi spędzali zgromadzeni w swoich świątyniach i klasztorach; nie mogli z nich wywędrowywać, mogli tylko w cichości serca żałować za przysporzenie kłopotu wieśniakom. Stąd w dawnych czasach nazwano moment zamknięcia mnichów w klasztorach Świętem Zamknięcia Drzwi, a powrót do normalności - Świętem Otwarcia Drzwi. 

Poniżej możecie zerknąć na kilka migawek z obchodów tego święta oraz na dłuższy program o nim opowiadający.

 

2020-07-07

bawu 巴乌

W jednej z yunnańskich legend o kotach pojawił się ciekawy yunnański instrument, bawu. Posłuchajcie, jak pięknie brzmi:

Bawu to instrument bardzo popularny u yunnańskich grup etnicznych takich jak Yi, Miao, Wa, Blang czy Hani. Może być wykonany z bambusa lub drewna, mierzy około 30 cm, łącznie posiada 7 bądź 8 otworów - 6 lub 7 u góry, 1 na dole. Dmie się weń jak we flet poprzeczny, ale ustnik jest zaopatrzony w miedziany stroik przelotowy w kształcie języczka. Instrument jest dość cichy; często wykorzystuje się go jako akompaniament w melorecytacjach i niektórych tańcach ludowych, ale najczęściej wykorzystywany jest jako instrument solowy - mówi się o nim jako o "instrumencie, który potrafi mówić" 会说话的乐器 - dlatego najchętniej grywa się na nim melodie miłosne, tęskne, pełne uczuć. W Honghe popularne są również bawu proste 直吹巴乌 (z zadęciem takim, jak we flecie prostym) oraz bawu dwupiszczałkowe 双管巴乌. Poza Honghe najpopularniejszy jest w yunnańskich "województwach" Wenshan, Simao, Xishuangbanna, Lincangu i Dehongu, a także w pobliskich prowincjach Guangxi i Guizhou. Obecnie tworzy się również bawu dłuższe i grubsze, które mają większą skalę (nawet dwie oktawy) i są głośniejsze. Mogą mieć różne stroje, w zależności od długości, grubości i materiału, z którego zostały wykonane.
Choć pochodzi z Yunnanu, obecnie można powiedzieć, że jest popularny w całych Chinach, zarówno jako instrument solowy, jak i w zespołach chińskich instrumentów; bardzo często można go usłyszeć w chińskich ścieżkach dźwiękowych, a czasem nawet w piosenkach pop. Coraz bardziej jest również popularny na Zachodzie.
Ciekawostka: można wydobywać dźwięki zarówno na wydechu, jak i na wdechu, choć na wydechu najwyższe dźwięki się nie odezwą, a najniższe mogą zabrzmieć nieczysto.
Istnieje wiele legend dotyczących powstania Bawu, jedna smutniejsza od drugiej. Poza znaną już Wam dajską legendą o kocie, są jeszcze legendy innych ludów. Mnie najbardziej przypadły do gustu dwie, hanijska i yijska. Ta pierwsza brzmi tak:
Dawno, dawno temu w górach Ailao żyła piękna, skromna i dobra dziewczyna, która nazywała się Meiwu. Zakochała się ona w odważnym, przystojnym i pracowitym chłopcu Bazhong. Obiecali sobie być zawsze razem, nierozłączni jak gałęzie i liście. Cała wioska radowała się ich szczęściem. O ich szczęściu wywiedział się pewien zły duch, mieszkający daleko w górach i zgrzytał zębami ze złości. Pewnego dnia, w czasie święta, gdy wszyscy mieszkańcy bawili się i tańczyli, zły duch dosiadł silnego wiatru i porwał dziewczynę. Na wszelkie sposoby próbował ją zmusić do wypowiedzenia sakramentalnego "tak", jednak ona nie dawała się przekonać - i milczała. Rozzłoszczony demon odciął jej więc język, a potem wyrzucił ją do puszczy. Ona zaś wypłakiwała oczy za swoim miłym i błąkała się po lesie, nie mogąc nawet nikomu opowiedzieć swych strasznych dziejów. Pewnego dnia czarodziejski ptak pojawił się w lesie, niosąc w dziobie odcięty język dziewczyny, a w pazurkach - bambus. Polecił dziewczęciu włożyć język do bambusowej rurki - "bambus pomoże ci w mówieniu". Zagrała więc dziewczyna na bambusowym flecie, a dźwięki, które wydobyła, były słodkie jak miłość i smutne jak samotność. Usłyszał je Bazhong, który dotąd bezskutecznie szukał ukochanej; podążył za tym dźwiękiem i odnalazł dziewczynę. Odtąd byli już zawsze razem. A instrument, który potrafi mówić został nazwany na ich cześć - od ich imion.
U Yi opowiada się inną legendę.
W dawnych czasach w okolicach dzisiejszego Gejiu żył niemowa. Zmarła mu matka, więc był bardzo nieszczęśliwy, jednak nie miał jak opowiedzieć o swojej tragedii. Pewnego dnia znalazł jednak bambus podziurawiony przez robaki. Gdy przytknął go do ust, okazało się, że wydaje dźwięk, który potrafi wyśpiewać cały żal zgromadzony w sercu niemowy. Odtąd Yi nauczyli się wiercić dziury w bambusie, by stworzyć instrument, który najlepiej wyraża ból i smutek.

2020-04-25

Pigwowcowe wino 木瓜酒

W styczniu 2005 roku na chińskich półkach pojawiło się pigwowcowe* wino. Reklamują je jako chyba najzdrowszy napój świata - ożywia, przeciwdziała reumatyzmowi, dobrze wpływa na wątrobę i zapobiega wapnieniu żył - no po prostu lekarstwo na wszystko. Ponoć wykorzystują dawne receptury Wa, którzy od setek lat robili pigwowcowe wina. 
Napiłam się. Smakuje prawie tak dobrze, jak moje domowe wino z mirabelek. Oczywiście, pigwowce są tak kwaśne, że trzeba dodać sporo cukru - no ale z winami domowymi tak już jest. Ja wprawdzie wolałabym półsłodkie czy półwytrawne zamiast tego słodkiego, no ale niech już będzie. Niektórzy się w internetach strasznie plują, że przecież pigwowiec jest kwaśny, więc to żadne wino, a sama chemia. Od razu widać, że nigdy nie robili wina w domu...
Kochany Braciszku, przepijam do Ciebie z okazji urodzin (przez litość nie wspomnę, których...)! 

2020-02-27

bawoli totem

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl oraz kirgiski.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Wa to grupa etniczna, która żyje na granicy chińsko-birmańskiej - po obu stronach tej granicy. Łącznie jest ich niecały milion, po połowie w Birmie i Chinach. Posługują się własnym językiem, choć w Chinach są już w większości zsinizowani. Ponieważ większość żyje w głębokich lasach, na wsiach, wielu zachowało swoją tradycyjną wiarę (animizm) i zwyczaje (z wyjątkiem tych najbardziej krwawych*). Są też całkiem spore grupy, które przyjęły inne religie - głównie buddyzm therawada i chrześcijaństwo. Jednak bez względu na religię, wierni są jednemu, bodaj najważniejszemu zwyczajowi - ćwiartowaniu bawoła 剽牛. Ociekająca krwią ceremonia służy modlitwie, a także przypomina o wdzięczności, jaką każdy Wa winien żywić względem bawołów. Moim zdaniem wdzięczność można okazać w milszy sposób niż ćwiartując obiekt kultu, ale zwyczaje religijne rzadko są sensowne w oczach niewiernych - dotyczy to wszystkich religii, nie tylko animizmu.
Wracając do Wa - bawół jest dla nich najważniejszym zwierzęciem i totemem, który czczą. Najstarsze malowidła naskalne Wa, w których pojawiają się bawoły, pochodzą sprzed trzech tysięcy lat. Są na nich bawoły prowadzone przez ludzi, dosiadane przez ludzi, jedzone przez ludzi, wystawiane do walk, ćwiartowane. Są pokazane rogi jako broń i w pokojowych kontekstach też. W tych jaskiniowych graffiti doskonale widać, jak wysoką pozycję bawoły od zawsze zajmowały w życiu Wa. Ubrania Wa są ozdobione wzorkim podobnym trochę do procy - to oczywiście uproszczony wizerunek bawolich rogów. Podczas święta plonów czci się nie tylko kolby kukurydzy i korce ziaren, ale i totem z bawolej czaszki. Istnieje legenda, która pięknie pokazuje, dlaczego bawół wodny jest dla Wa najważniejszym ze zwierząt.
Dawno, dawno temu była sobie piękna para pasterzy. Wypasali bydło u stóp wielkiej góry, gdy nagle zagrzmiało i zaczął padać deszcz, a padał tak długo, aż zmienił się w potop. Woda przykryła wszystko: domy, pola uprawne - wszystko zniknęło. W miarę, jak padał deszcz, pasterze przeganiali bawoły coraz wyżej i wyżej. Jednak potop był bezlitosny i w końcu potopił bydło i zakrył wodą całą górę. Pozostała tylko para pastuszków, których uniósł na grzbiecie bawół. Po trzech dniach i trzech nocach wody opadły, ocaleli z radością zeszli na ziemię. Wtedy jednak pojawił się inny problem: skąd wziąć pożywienie? Długo debatowali, jednak nic mądrego nie mogli wymyślić - powódź zmiotła z powierzchni ziemi zarówno rośliny, jak i drobną zwierzyną. Dobry bawół postanowił poświęcić się dla nich. Powiedział, że pozwala się zabić i zjeść. Jego jedynym warunkiem było to, że mają zostawić jego czaszkę i składać jej modły. Para Wa przetrwała trudny czas i dała początek ludzkości. Na zawsze zapamiętali też dzięki komu udało im się przetrwać.
Odtąd Wa wznoszą dziękczynne modły bawołom. Podczas każdej ważnej uroczystości składają ofiarę z bawołu, pozostawiając czaszkę nietkniętą. Czaszka bawołu stanowi podstawową ozdobę domostw Wa, bawole kości to podstawowy materiał ich rękodzieła. Pamiętajmy, że dla ubogich Wa bawół był dawniej ich największym bogactwem. Oddać największe bogactwo bogom - to była najwspanialsza ofiara. Dziś zwyczaj powoli zamiera - bawoły zabija się tylko podczas naprawdę wielkich imprez, albo - niestety - dla turystów. Dotyczy to zarówno ceremonii u Wa, jak i bliźniaczej ceremonii u innego ludu Yunnanu, Drung.
Ceremonia zaczyna się "otwarciem drzwi". Szaman i reprezentant starszyzny tańczą z długimi nożami, jednocześnie się modląc i mówiąc, dlaczego poświęcają bawoła - dla przodków, dla duchów, dla ochrony przed złem czy też dla szczęścia, by prosić o to, żeby w następnym roku stada były jeszcze większe i by ludzie nie zaznali biedy, a także zapraszając całą wioskę i wszystkich gości na ucztę.
Drugim elementem ceremonii jest przysposabianie piki, do której będzie przywiązany bawół - długiej na około trzy metry. Zanosi się ją na plac, na którym będzie się odbywać ceremonia, tańczy się dziki taniec, a szaman "poświęca" pikę alkoholem i modlitwą, modląc się o pomyślny przebieg ceremonii.
Trzecim elementem jest prowadzenie bawołu. Po sprowadzeniu go z gór, przekazuje się go w ręce kobiety, która ozdabia grzbiet zwierzęcia kwiatami i ręcznie tkaną derką, a na rogi wkłada sznury ozdób - tak się ją "upieksza" zanim pójdzie do nieba. Następnie bawół prowadzony jest przez dwóch mężczyzn wielokrotnie naokoło domostwa osoby, której dotyczy ceremonia (liczba okrążeń jest różna w różnych wioskach). Gdy bawół przechodzi koło drzwi, sypie się na niego zboża i pryska go alkoholem, podczas gdy kobiety lamentują, dziękując zwierzęciu za to, że się poświęca i je żegnając. Po okrążeniu domostwa, wszyscy udają się na plac, na którym zwierzę zostanie pozbawione życia.
Ostatnią częścią ceremonii jest ćwiartowanie.
Najpierw rozbrzmiewa muzyka - rytmiczne uderzenia w gongi. Zaczynają się tańce. Szaman pije wódkę i recytuje - dziś jest dzień wielkiej radości, pijmy, tańczmy, śpiewajmy, weselmy się! Seniorka rodu podchodzi do zwierzęcia i tłumaczy mu, że nie chcą go skrzywdzić, choć ono wchodzi w szkodę i wyżera sadzonki; oni tylko chcą jego życie wymienić na długowieczność i zdrowie, jego duszę wymienić na dostatek i szczęście. Na koniec prosi biedaka, by po tym, jak pójdzie do nieba, szepnął dobre słowo o swoich gospodarzach i poprosił o zachowanie ich od złego.
Następnie do akcji przystępuje znów szaman. Z wódeczką w lewej ręce, a oszczepem w prawej tańczy wokół bawołu i recytuje o tym, jak przebije serce zwierzęcia ku swojej i jego chwale. Wypatrzywszy dobry moment, jednym ruchem przebija serce zwierzęcia; jeśli się nie uda od razu, musi celować dalej - aż do momentu, gdy bawół padnie.
Wtedy zgromadzeni znów zaczynają grać na gongach i tańczyć, a część kładzie zwierzę na świeżych gałęziach i zaczyna patroszenie i ćwiartowanie. Gdy utną zwierzęciu głowę, zakłada ją szaman i tańczy taniec zwycięstwa i chwały po całej wiosce, a potem wraca na plac z bawolim truchłem. W międzyczasie wszyscy uczestnicy dostają po kawałku mięsa, które zawijają w liście i mogą zabrać. Resztki, czyli jelita, racice itd. oczyszcza się i gotuje w wielkim kotle dla wszystkich. Tylko czaszka i rogi pozostają dla gospodarza imprezy - po oczyszczeniu zawisną na ścianie domu. Stąd dawniej łatwo było poznać, które domostwo należy do bogacza, a które do biedaka.
Ceremonia taka potrafi czasem trwać trzy dni, a jeśli poświęca się więcej zwierząt, to nawet tydzień do dziewięciu dni. 
Tak to mniej więcej wygląda, przy czym różnice lokalne potrafią być bardzo zasadnicze. Tylko o tym czytałam - całe szczęście nie musiałam być świadkiem takiej ceremonii. Nie zrozumcie mnie źle: jem mięso i wiem, skąd ono pochodzi. Godzę się na uśmiercenie zwierzęcia. Wolę jednak, gdy śmierć ta nastąpi szybko i możliwie bezboleśnie. Długotrwałe przygotowywanie bawołu do ceremonii i potem śmierć od dzidy wydają mi się okrutne. Jeśli szaman trafi od razu w serce, to jeszcze jakoś, ale co, jeśli spudłuje?... Z drugiej strony rozumiem ideę - pokażmy zwierzęciu, dzięki któremu nie umieramy z głodu, że je szanujemy i że jest dla nas ważne. Rozumiem... ale serce boli i tak.
Wizyta w Wiosce Etnicznej - wejście do Wioski Wa
Na koniec zdjęcie rękodzieła Wa - rozmaitych przedmiotów wykonanych z bawolej kości. To mi się bardzo podoba: skoro już zabijamy zwierzę, to z szacunku do niego wykorzystamy do ostatka wszystko, czym nas obdarzyło.

A tutaj zajrzyjcie, by poczytać o niesamowitych japońskich krowach lub miejscu zwanym Siedem Byków.

*do lat '60-tych XX wieku byli łowcami głów.

2017-11-28

taniec z bambusowymi lagami 竹竿舞

Tajfuniątko oczywiście wystrzeliło jak strzała. Zawsze gdy coś się dzieje, ona jest pierwsza, by wszystko zobaczyć, wszystkiego dotknąć, wszystkiego posłuchać. I dobrze! Dzięki temu nie muszę się wstydzić tego, że ja też zawsze w podskokach biegnę w miejsca, w których się "coś dzieje". Tym razem byli to studenci, ćwiczący taniec z bambusowymi lagami.




Tak naprawdę to nie jest jeden taniec, a cała rodzina tańców. Różnią się ilością i płcią tańczących ludzi, figurami, muzyką, tempem, rytmem. Różnią się też miejscem występowania, okazjami, przy których się je tańczy i grupami etnicznymi, u których występują. Łączy je jedno: bambusowe lagi, które część tancerzy trzyma - na różnych wysokościach i w różnych układach - a druga część przez te lagi zwinnie przeskakuje. Tak jak podczas gry w gumę, tylko że gdy gramy w gumę, nie możemy sobie raczej narobić tą gumą siniaków ani o nią złamać nogi... Lagi składa się razem i rozkłada, robiąc miejsce na nogi. Brzmi prosto - ale układów jest mnóstwo, a tempo może być szybkie. 
Najbardziej znane są tańce ludu Li z Hainanu, ale w Yunnanie też są popularne u grup etnicznych Miao, Yao, Zhuang, Wa czy Hani. U tych ostatnich taniec z bambusowymi lagami jest ważną częścią obchodów noworocznych
Poniżej - stylizowany taniec grupy etnicznej Miao. Taniec z bambusowymi lagami zaczyna się około trzeciej minuty.

2017-11-12

佤族鸡肉烂饭 miękki ryż z kurczakiem w stylu Wa

W Polsce kleik ryżowy podaje się bodaj wyłącznie osobom obłożnie chorym, które muszą być na mocno lekkostrawnej diecie. Z założenia jest nieszczególnie smaczny.
Chiny to zupełnie inna bajka. W niektórych regionach rozmaite kleiki to podstawowe śniadanie albo i inne posiłki. Mnogość dodatków oszałamia: od mięs, owoców morza i jajek po najrozmaitsze warzywa. Są kleiki delikatne i pikantne, słone i słodkie, wodniste i tak gęste, że aż łyżka stoi, mogą być podawane na gorąco i na zimno. Mój ukochany kleik z owocami morza z Chaoshan to potrawa wprost mistrzowska, ale inne też są nienajgorsze. Nie jestem wprawdzie specem od kleików, ale, jak widać, lubię je i znam sporo odmian. Nic mnie jednak nie przygotowało do bliskiego spotkania trzeciego stopnia z miękkim ryżem Wa.
Podczas niedawnej kolacji u Wa podano nam ni to kleik, ni to risotto, aż zielone od tych wszystkich pachnących dodatków, a w dodatku z obfitą wkładką mięsną. Ryż ten bowiem gotuje się na kurzym rosole, z dodatkiem sporej ilości kurczaka, a oprócz tego mamy tu jeszcze rozmaite warzywa i zioła.
Legenda głosi, że potrawę wymyśliło pewne starsze małżeństwo. Mieli oni bardzo dużo dzieci, a dzieci te miały już swoje rodziny. Nieczęsto zdarzało się więc, by wszyscy mogli się spotkać. Pewnego roku wszystkie latorośle wróciły jednak do rodziców na kolację noworoczną. Szkopuł w tym, że starzy i ubodzy rodzice byli nieprzygotowani na taki najazd Hunów i nie mieli ich czym nakarmić. Zarżnęli więc jedyną kurę, wsadzili do gara z zimną wodą, zasypali ryżem i dołożyli garstkę ziół z podwórka - ot i cała noworoczna wyżerka. Sami się pewnie nie spodziewali, że tak gotowany ryż okaże się tak smakowity, że odtąd zaczął się pojawiać na wszystkich noworocznych stołach ludu Wa.
Musiałam, po prostu MUSIAŁAM się nauczyć go robić.

Składniki:
  • kurczak - w zależności od planowanej ilości albo cały, albo jakaś jego część, koniecznie z kością i mięsem
  • ryż dobrej jakości
  • garść drobno posiekanego koperku
  • garść drobno posiekanej zielonej papryki
  • łyżka papryki w proszku
  • garść drobno posiekanej kolendry/pietruszki
  • garść drobno posiekanej zielonej cebulki
  • ściamkany czosnek po uważaniu
  • garść drobno posiekanej mięty
  • garść drobno posiekanego selera naciowego
  • ściamkany imbir po uważaniu
  • pieprzy syczuański po uważaniu
  • odrobina soli
Wykonanie:
  1. Gotujemy kurczaka w niedużej ilości wody - ot, żeby nie wystawał, ale nie za dużo. Chyba, że zamierzamy nakarmić drużynę futbolową, to wtedy na miejscu będą i duży garnek, i dużo wody. Już do tego pierwszego gotowania można dodać imbir, najlepiej w całości, obrany ze skóry.
  2. Gdy zupa przyjemnie pyrka, zajmujemy się myciem i siekaniem zieleniny. Dowolny składnik można pominąć i ilość dowolnego można podwoić. Obowiązkowa jest tylko kolendra i papryka.
  3. Gdy mięso zaczyna odchodzić od kości, wyjmujemy je z wody, do której w zamian wsypujemy dobrze przepłukany ryż. Proporcje wody i ryżu mają być trochę inne niż podczas gotowania zwykłego ryżu - po prostu trzeba dać około dwa razy więcej zupy niż zazwyczaj. Czyli nie 2:1, a raczej 4:1, albo i więcej.
  4. Gdy ryż się spokojnie, na małym ogniu gotuje, a my go co jakiś czas mieszamy, zajmujemy się obieraniem mięsa z kości i rozdrabnianiem go na maleńkie kąski - można ręcznie, można pokroić. Dorzucamy mięso do gotującego się  ryżu.
  5. Gdy ryż wchłonie całą wodę, ale jeszcze będzie mocno wilgotny i miękki, dorzucamy do niego wszystkie nasze przyprawy i dodatki. Gotujemy jeszcze przez chwilę, by połączyły się smaki - i już gotowe!

2017-11-06

kolacja u Wa

Jest taka grupa etniczna w Yunnanie i Birmie, która nazywa się Wa. Nie jest bardzo liczna, w obu krajach łącznie liczy około 800 tysięcy ludzi. Swego czasu szalenie ciekawiła mnie ich historia, ponieważ dawniej byli łowcami głów - głowy wieszano nad domami, żeby przynosiły szczęście i dobre plony, a także odganiały złe duchy. No powiedzcie sami, kto wychowany na Tomkach mógł się oprzeć chińskim łowcom głów??
Jakoś mi się jeszcze nie zdarzyło pojechać nad granicę yunnańsko-birmańską. Ani do Birmy, jeśli już o tym mowa. Dlatego miałam szczęście poznać tylko jednego reprezentanta tego ludu. Kolega był śliczny, choć nieduży, bardzo proporcjonalnie zbudowany, miał mocno ciemną karnację i przepiękne białe zęby. Świetnie grał w siatę, ale to akurat zupełnie inna historia. Mogłabym się w nim zakochać za tę urodę i zupełną niechińskość, ale gdy mówiłam, że jest śliczny i patrzyłam nań z zachwytem, on myślał, że żartuję. Bo przecież był Wa o ksywie "Mały Czarny" 小黑 i Chińczycy uważali, że jest zbyt czarny, by w ogóle móc go rozważać w kategoriach urody. Ech, te chińskie kanony estetyczne...
Wa pozostało mi w głowie jako miłe skojarzenie z przystojnym facetem o ciemnej karnacji. Dopiero później zajarzyłam, że to oni jako totem wybrali sobie woły i dlatego często ich domostwa są ozdobione czaszkami o wielkich porożach. Można wprawdzie takie poroża kupić na każdym targu z pamiątkami, ale w przestrzeni publicznej rzadko wpadają w oczy - no chyba, że w knajpach prowadzonych przez Wa. I znów - kiedyś mi nawet jakieś takie knajpy mignęły, ale jakoś nigdy się nie złożyło, byśmy poszli na kolację do Wa. Dlatego gdy szwagierka zaproponowała, by tym razem zjeść po etnicznemu, zareagowałam z wielkim entuzjazmem. Entuzjazm był jeszcze większy, gdy okazało się, że nie jest to prawdziwa knajpa, tylko tzw. "prywatna kuchnia" 私厨. Prywatne kuchnie to szał ostatnich lat. Ludzie w prywatnych mieszkaniach urządzają rodzinne knajpki. Zazwyczaj znajduje się w nich tylko kilka stołów, bo większej ilości gości i tak nie dałoby się obsłużyć. Kucharzami/kelnerami/gospodarzami są bowiem właściciele/najemcy mieszkania, którzy od a do z przygotowują posiłki i zajmują się gośćmi. Stół trzeba zamawiać z wyprzedzeniem; w zależności od typu knajpy menu albo ustala się z kucharzem, albo jest to niespodzianka szefa kuchni dla gości. Z zewnątrz nie są te "prywatne kuchnie" w żaden sposób oznakowane; reklamują się przez znajomych znajomych oraz wszędobylski WeChat. Do takiej to właśnie "prywatnej kuchni" poszliśmy dnia owego na kolację.
Już sam wystrój pokoju był fajny: szafa z dyniami, wiszące rogi (a jakżeby inaczej!), a także wielgachne stągwie z różnymi typami bimbru.
I stoły - niskie stoły, z wielkimi plecionymi blatami. Wyłożone bananowymi liśćmi, mogłyby pomieścić chyba tonę żarcia. Gdy przyszliśmy, na jednym ze stołów właściciel przygotowywał właśnie posiłek ręką łapany.
Ku mojemu zdumieniu, nasz stół był zupełnie zwyczajny. Powoli zaczęły się na nim pojawiać miski z zupełnie zwykłą zawartością. Zupa na żeberkach z beninkazą. Smażone krewetki. Prawdziwki smażone z suszonym chilli. Podduszony kalafior. Nieśmiało pytam szwagierkę, czy to aby na pewno jest kuchnia Wa.
Ach, wiesz, ponieważ masz małe dziecko, postanowiliśmy, że przyjdziemy tutaj, bo fajne miejsce, ale sami przyrządzimy żarcie, takie dobre dla dziecka, bo przecież z kuchni Wa nic by nie mogła jeść, wszystko takie pikantne!
Myślałam, że się rozpłaczę. Wreszcie miałam okazję spróbować kuchni Wa i zostałam tej okazji pozbawiona zupełnie bez powodu! Bo przecież Tajfuniątko po pierwsze bardzo lubi surowe warzywa oraz kukurydzę i gotowane fasolki edamame, a po drugie uwielbia barwny ryż. Który jest inny niż u grupy etnicznej Buyi, ale też bardzo apetyczny; wymieszanie ryżu łuskanego i brązowego jest zdumiewająco dobrym pomysłem.
Właściciel zobaczył zawód na mojej twarzy i rozmarzenie wywołane obserwacją tego, co układał na tym drugim stole. Dlatego po przyrządzeniu dla tej drugiej grupy gości każdej potrawy, przynosił nam w miseczkach resztki, tak na spróbowanie, na koniuszek języka. W tym jeden ryż, który mnie uwiódł - ale o tym innym razem.
Muszę, muszę wrócić do tej knajpy. Tak, jest pikantnie. Ale również pachnąco, świeżo i przepysznie. Mniam! Jeśli Wam się kiedyś rzuci w oczy knajpa Wa, koniecznie idźcie spróbować. Z dużym prawdopodobieństwem wszystko będzie przepyszne...
PS. Tak, ten Wa też jest śliczny ;)

2012-04-30

雲南映像 Dynamic Yunnan

Przedstawienie „Odbicie Yunnanu” (bo tak należy przetłumaczyć chiński tytuł) to śliczne połączenie tradycji i nowoczesności. W tradycyjne pieśni, sposoby śpiewania, tańca i gry na instrumentach ludowych tudzież oryginalne stroje yunnańskich grup etnicznych włączone zostały współczesne instrumenty perkusyjne, nowe układy choreograficzne i opowiedziano tymi bogatymi środkami nowe historie – oczywiście bazujące na tutejszych baśniach i legendach, ale jednak będące autorskim dziełem Yang Liping 杨丽萍, która z dużym talentem i subtelnością połączyła wszystkie elementy w soczystą całość. Ba! Ona nie tylko to wymyśliła i wyreżyserowała. Ona też szlajała się po yunnańskich wioskach, wyszukując śpiewaków i tancerzy, którzy jeszcze tradycje mieli we krwi, a nie w... mniejsza o to zresztą. Ona również występowała pierwotnie w jednej z głównych ról, wyginając śmiało ciało w pięknym tańcu Dusza Pawia. Jej też zawdzięczają widzowie to, że muzycy grają na oryginalnych etnicznych bębnach i miechach, a także używają niepodrobionych tybetańskich młynów modlitewnych. Nawet pojawiające się w trakcie przedstawienia bawole czaszki są spreparowane tak, że żaden szaman by się ich nie powstydził. Co do autentyczności tańców – oczywiście choreografia jest cokolwiek uwspółcześniona, ale tradycyjny posmak nadaje przedstawieniu fakt, iż 70% tancerzy i śpiewaków to faktycznie naturszczyki powyciągane tutejszych wiosek.
Przedstawienie składa się z siedmiu części.
Wstęp: Na początku był chaos. Nie było słońca ani księżyca, tylko ciemność. Pierwszym uderzeniem Boskiego Bębna szaman rozjaśnił Wschód. Drugim uderzeniem Bębna rozjaśnił Zachód – to jest wywodząca się z tradycji ludu Yi 彝 opowieść o Boskim Bębnie.
Akt pierwszy: Słońce
Trzeba Wam wiedzieć, że w Yunnanie bęben to nie jest zwykły instrument muzyczny. Można się przy jego pomocy modlić, może uosabiać matkę bądź intymne części ciała kobiety. Może być obity skórą, wykonany z kamienia, brązu, drewna. Uderzanie drewnianą palką o napiętą skórę bębna przywodziło dawnym ludom na myśl stosunek płciowy. U wielu yunnańskich grup etnicznych bęben służy kontaktom z bogami albo sam w sobie jest przedmiotem kultu. Choćby Jinuo 基諾 wierzą, że ich przodkowie poczęli ten szczep schowawszy się w wielkim bębnie przed nieszczęściami. Wa 佤 z kolei dzielą swe drewniane bębny na męskie i żeńskie, od razu łącząc je w pary. Przed ścięciem drzewa potrzebnego do stworzenia bębnów odprawiana jest ceremonia ofiarna. Wa powiadają, że nie da się ozdobić bębna tak, żeby był on idealny i skończony. Nie istnieje również ostatnia piosenka czy ostatni taniec. Na bębnie zawsze da się dodać jeszcze jeden wzór, a po wyśpiewaniu ostatniej pieśni można stworzyć nową.
Akt drugi: Ziemia
Niebo jest wielkie, ale tylko jedno. Ziemia jest wielka, ale tylko jedna. Nie mów, że trawy i drzewa są nieme, bo wszystkie rośliny na ziemi mają swój powód i cel. Przodkowie powiedzieli mi, że nasze ciała powstały ze zmian ziemi. I gdy przytulę się mocno do gliny, od razu rozumiem słowa naszych przodków. Jesteś wężem wyginającym smukłe ciało w blasku księżycowego strumienia; lśniące ciało to język, w którym nocne niebo śpiewa swą pieśń...
Druga część przedstawienia poświęcona jest kobietom. Ich związkowi z ziemią, piękności i gibkości ich ciał, temu, że bez nich zamiera życie. Pierwszy taniec, gra cieni, urzekł mnie – mam wrażenie, że tancerka nie ma w ogóle kości. Och, gdyby mi było dane tak się poruszać!
Drugi to pieśń Wzorzastych Pasów, szczepu ludu Yi 彝.
Lubię ten taniec, dziewczyny mają niezłą kondycję.
Ostatni taniec mnie niezbyt przekonuje, za mało autentyczny, ale rozpoczynająca utwór pieśń jest moim zdaniem piękna. A opowiada, z tym całym starczym przydechem, o trudach kobiecego życia.

No i te fantastyczne dajskie kapelutki!...
Akt trzeci: Dom
Wiele yunnańskich grup etnicznych wierzy, że w każdym przedmiocie kryje się jego duch – w górze jest bóg gór, w rzece bóg rzek, w drzewach bóg drzew i tak dalej. Biorąc pod uwagę mnogość bóstw, którym oczywiście należy oddawać cześć, nie dziwi spora ilość ofiarnych ceremonii, a w nich i tańców. Przecież wiadomo, że owe bogi będą nas chronić tylko jeśli je ładnie o to poprosimy. W tej części pokazują się ładnie moi ulubieni Yi. Śpiewają o tytoniu i o pracach gospodarskich. Zaskoczyło mnie to, bo zawsze kojarzyłam Yi zawsze z polowaniami i karawanami herbacianymi.
Akt czwarty: Ogień ofiarny
Tutaj trawy tańczą – jeśli umiesz słuchać ziemi; tutaj kamienie przemawiają – jeśli umiesz słuchać duszą; tutejsze góry bliskie nieba, dlatego baśnie wciąż żyją w pieśniach pasterzy; tutaj woda płynie razem z chmurami, dlatego duchy piją z nami wódkę.
Yunnańskie grupy etniczne takie jak choćby Lahu 拉祜, Lisu 傈僳, Wa 佤, Naxi 纳西, Miao 苗 czy Yao 瑶 współdzielą Legendę o Tykwie. Ponoć podczas potopu brat z siostrą ukryli się w tykwie i tę powódź przetrwali, a gdy woda się cofnęła, wyszli z tykwy i poczęli nowy lud. Dlatego głos piszczałki wykonanej z tykwy jest jak głos przodków.
A Wa nie przypominają Indian Północnoamerykańskich :)
Akt piąty: Pielgrzymka – to opowieść tybetańska.
Wędrowałeś przez szczyty ośnieżonych gór, przez bezkresne pustynie, skąd przychodzisz? Przynosisz dobre słowo, myśl, wspomnienia, dokąd zmierzasz? Pielgrzymi wędrują, a ich towarzyszami są tylko młynki modlitewne. Raz po raz odmierzają trasę długością własnych ciał, pocałunkami Matki-Ziemi. Choć wieje wiatr i pali słońce, choć pada deszcz i śnieg, w ich sercach płonie wieczny ogień. W końcu dotrą do Boskiej Góry, do wymarzonego Królestwa Niebieskiego.
I słowa dziecięcej piosenki:
Pośród gór są góry barwy złota
A w nich złote jezioro.
Przy złotym jeziorze rośnie złote drzewo
Na którym siedzi złoty ptak.
A ptak ten śpiewa pomyślną pieśń.
Epilogiem przedstawienia jest dajski taniec Dusza Pawia, którego mistrzynią była za młodych lat sama autorka przedstawienia, Yang Liping. Spójrzcie, jak gra palców odtwarza ruchy głowy pawia, jak skubie piórka, jak otwiera dzióbek. Zakochałam się w tym tańcu i jeśli marzę o gibkim i wygimnastykowanym ciele, to tylko dlatego, że chciałabym móc choć nieudolnie ponaśladować ten taniec...
U Dajów paw, zwany przez nich ptakiem słońca, jest symbolem miłości i ichnim totemem. Gestykulację i w ogóle choreografię do tego tańca stworzyła Yang Liping – i choćby za to mogłabym jej dać medal – ale powstały one na bazie tradycyjnych dajskich tańców.
Gdzież tańczysz?
Samotny cień w blasku księżyca,
skrzydła szybujące ponad chmurami.
Gdzież tańczysz?
Spódnica mieniąca się kolorami tęczy,
a w sercu nieodgadnione znaki ze snu.
Dusza pawia!

No dobrze. Tyle muzyki i poezji. Ale właściwie dlaczego warto ten spektakl obejrzeć? Po pierwsze dlatego, że ci artyści mają tę muzykę i te tańce we krwi. To tak jakby do zespołu „Śląsk” brali tylko Ślązaczki, i to takie nietknięte cywilizacją. W Polsce tego typu smak etniczny jest już chyba nie do odtworzenia... Części tańców Yang Liping w ogóle nie musiała jakoś specjalnie aranżować, wystarczyło przyzwyczaić artystów do sceny i trochę wygładzić. Po drugie: dziś już, poza Wioską Etniczną, niewiele jest miejsc, w których można zobaczyć młodzież ubraną w stroje ludowe. I są to prawdziwe stroje, nie podróbki z targu!.
Po trzecie, można liczyć na to, że ponad piećdziesięcioletnia Yang Liping zaszczyci przedstawienie swoją obecnością i opowie, jak to przez prawie rok szlajała się po Yunnanie, zbierając folklor i ludzi. Albo jakim cudem dziewczę wychowane w kulturze Bai (ona sama) nauczyło się dajskich tańców. Jest wspaniała.
Na koniec kilka fotek. Mało, bo nie wolno z fleszem, a bez flesza to za ciemno, żeby foty były udane. Ale część prawie wyszła.




Jeśli będziecie w Kunmingu - idźcie na to. Koniecznie.

2012-01-03

Mengzhe 勐遮镇

Wczoraj wybrałam się do miasteczka Mengzhe. Buu, ta nazwa w ogóle mnie nie przekonuje, o ileż lepsza jest nazwa dajska: Miejsce-Opromienione-Przez-Słońce! Wybrałam się tu jednak nie z powodu nazwy - ani słońca, jeśli już przy tym jesteśmy. Nie dlatego też, że żyje w nim fascynująca mieszanka Dajów,
Hanów, Hani, Lahu, Wa, Blang i innych mniejszości. Nie dlatego, że tak naprawdę ma mało wspólnego z miasteczkami w naszym rozumieniu (u nas w miasteczkach raczej nie włóczą się po ulicach krowy).
Nawet nie ze względu na piękne górskie krajobrazy. Po prostu - w domu rodzinnym koleżanki z pracy było świniobicie i zaprosiła mnie na wyżerkę. Im więcej jednak czytam o Mengzhe, tym bardziej mnie ono ciekawi, więc podzielę się z Wami moją wiedzą. 
Położone jest miasteczko w powiecie Menghai, w górach (1172-2147m n.p.m), a wysoka wilgotność powietrza i miłe memu sercu temperatury (do 40 stopni) sprawiają, że jest to kraina mlekiem i miodem płynąca. Jakim cudem miasteczko ma taką różnicę w wysokościach? W Chinach nazwa 镇 może odnosić się albo do rzeczywistego miasteczka - ulice, poczta, bazar, dworzec autobusowy itp., albo do terenu, obejmującego liczbę ludzi odpowiednią dla miasteczka (w tym wypadku ok. 50 tys. ludzi), a mieszkająca po wsiach. Pozbierawszy wsie należące do miasteczka Mengzhe, otrzymujemy właśnie taką różnicę poziomów.
Po wsiach mieszkają oczywiście głównie mniejszości (prawie 94% populacji), a Hanowie to głównie przedstawiciele rządu i firm państwowych - założono tu na przykład cukrownię, w której pracuje duża ilość miejscowych, ale na stanowiskach kierowniczych są ludzie z zewnątrz. Druga część Hanów bądź mieszańców Hano-mniejszościowych to potomkowie inteligencji, zsyłanej za czasów rewolucji kulturalnej na wieś. To ta inteligencja w latach '50 po raz pierwszy badała pod względem etnograficznym tutejszych ludzi, to dzięki nim wyodrębniono tutejsze grupy etniczne i to oni sprawili, że zaczęto tu uprawiać trzcinę cukrową. Zadzierają więc nosa i uważają, że to dzięki nim pojawiła się w Mengzhe kultura. To nieprawda. Kultura istniała od dawna, ale dzięki Hanom (przez Hanów?) pojawił się przemysł i jego trzy najważniejsze odnogi: uprawa ryżu na dużą skalę, uprawa trzciny cukrowej i uprawa ogromnej ilości herbaty. Oczywiście, zarówno ryż, jak i herbata to produkty, które "od zawsze" tu uprawiano. Ale herbata tradycyjnie była zbierana z wielkich drzew herbacianych, a nie małych krzaków uprawianych specjalnie pod zbiory, a ryż nie szedł na eksport, tylko był uprawiany na własne potrzeby. Teraz tam, gdzie nie ma ryżu, jest herbata i trzcina cukrowa. Zwłaszcza herbata rośnie prawie wszędzie, wszystkie pagórki przy drodze są nią obrośnięte. Oprócz tego reprezentanci niektórych mniejszości oczywiście polują - sporo tu dzikiego ptactwa - a także hodują ryby na zalanych wodą polach ryżowych (wielką popularnością cieszą się przede wszystkim karpie, tilapie zbliżone do naszych okoni i inne tołpygi), zbierają grzyby itd.
Zgodnie z legendą, w dawnych czasach ziemie te były okupowane przez zaklętego żółwia, zaklętego węża i zaklętego orła, które dręczyły ludność, mieszkającą nad wspaniałym jeziorem, po którym dziś śladu nie ma. Dajski śmiałek Shaodimie załatwił jednak złe stworzenia czarodziejskim mieczem, a szczątki wrzucił do jeziora. Gdy przybył tu mnich buddyjski Pashao, powalił go smród, od którego się opędził dopiero wachlując się własną kaszają (szatą mnichów buddyjskich). Przy pomocy kostura utworzył więc Smrodliwą Rzekę "南哈", którą spłynęła cała woda z jeziora, a oczom mieszkańców ukazała się żyzna gleba, na której zaczęli się osiedlać i ją uprawiać. 
Tyle legendy. Jeśli chodzi o prawdziwą historię - pierwsze wzmianki o tym miejscu pochodzą już z XII wieku, ale żeby dokładniej opisać historię rejonu, musiałabym dłużej poszperać, przede wszystkim w źródłach... tajskich i birmańskich, bo te okolice długo należały do Chińczyków tylko na papierze (przypomina nam o tym choćby skład etniczny wiosek). Jako tako radzą sobie Chińczycy z panowaniem zaledwie od pięciuset lat, przy czym panowanie zazwyczaj polegało tylko na ciągnięciu zysków, a nie na integracji regionu z resztą Chin. Poza zmuszeniem mniejszości do upraw na wielką skalę itp. jedyną korzyścią, jaką przynieśli Chińczycy temu regionowi są szkoły. Prawie wszystkie dzieci w wieku szkolnym faktycznie uczęszczają do szkół, większość kończy też (OBOWIĄZKOWE!) gimnazjum. Mało kto jednak idzie dalej - po pierwsze dlatego, że z pracy własnych rąk można tu dobrze żyć, po drugie dlatego, że do szkół daleko, a po trzecie... Po trzecie to naprawdę zaskakujące, że w takim sobie miasteczku, w którym po ulicach chadzają krowy, a starsi ludzie wędrują w łapciach z trawy, zdarzają się wille z fontannami i auta, których obecność tutaj co najmniej zdumiewa - nowe Hondy, Mercedesy, Volkswageny. Skąd tych ludzi po gimnazjach na to stać? Z uprawy ryżu? 
Xishuangbanna to region położony przy granicy z Birmą. Stamtąd pochodzą narkotyki, które w dużych ilościach szmuglowane są przez granicę i rozprowadzane po Chinach. W ciągu ostatnich czterech miesięcy policja powiatowa wszczęła postępowanie wobec 10 dilerów narkotyków i nałożyła kary na kilkadziesiąt osób przyłapanych świeżo po zaaplikowaniu sobie narkotyku (co ujawniły badania lekarskie). Jakiś czas temu na wszystkich drogach odchodzących z Mengzhe pojawiły się na stałe patrole policji, która losowo zatrzymuje podejrzanie wyglądające samochody. Trzeba móc się wylegitymować, pozwolić na szczegółowe przeszukanie pojazdu i dać się zbadać, jeśli policja tak nakaże. Koleżanka mówi jednak, że narkotyki i ogromne ilości nieoclonej biżuterii wędrują już tędy od lat i wiele rodzin utrzymuje się wyłącznie z tego. Pieniędzy nie trzymają w bankach, żeby nie wzbudzać podejrzeń, tylko kupują kamienie szlachetne i trzymają w domach. Nie boją się kradzieży, bo dilerzy w większości są mafiozami i znajdują się pod opieka mafii. Skoro tak łatwo jest tutaj stać się bogatym bez edukacji i bez własnej pracy - dla większości młodzieży płci męskiej najważniejsze jest odróżniać dobry towar od złego, a dla większości młodzieży żeńskiej - złapać dobrze ustawionego męża...
Takie to właśnie opowieści o małym miasteczku można usłyszeć z ust tych mieszkańców, którzy wybrali inną ścieżkę rozwoju i są obecnie nauczycielami czy policjantami.