blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2020-08-31

Pięciu Bogów Szczęścia 五福神

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej. 

Dziś pójdzie szybko, bo większość tych bóstw już znacie. Bogowie, którzy winni przynosić szczęście Chińczykom to znane już nam Trzy Gwiazdy, Bóg Pieniędzy (a jakże!), a także jedno nowe, debiutujące bóstwo: bóg radości 禧神 (zapisuje się go również zwyczajnym radosnym 喜, zupełnie zapominając o boskiej cząstce). 


To do niego Chińczycy modlą się o wszystkie te dobre rzeczy, które nie są pieniędzmi, karierą i długim życiem; to on błogosławi małżeństwom i wreszcie - po prostu przynosi szczęście. Z tymi małżeństwami to poniekąd kwestia imienia - skoro on jest od radości 喜, to z założenia ma pomagać młodej parze z okazji wesela 喜事 (dosł. wesoła sprawa). Panna młoda powinna podczas wesela siedzieć po stronie tego właśnie bóstwa... szkopuł w tym, że odpowienie miejsce trzeba dobierać indywidualnie, za sprawą odpowiedniego wróża. Im celniej usiądzie panna młoda, tym bardziej udane będzie małżeństwo. Gra warta świeczki! 

źródło

Ciekawostka: kiedy nie są przedstawiani w ludzkich postaciach, najchętniej korzysta się z wizerunku... pięciu nietoperzy. Bo przecież nietoperz to szczęście... Pięć szczęść, pięć bóstw szczęścia, pięć nietoperzy... No sami wiecie.

Tutaj poczytacie o Ebisu, ostatnim japońskim bóstwie szczęścia.

2020-08-30

Orientalna Piękność 東方美人

Gdy przyjechałam do Yunnanu, zakochałam się w pu'erach i czarnych herbatach, które mają złote liście. Jednak istnieje miłość głębsza: do tajwańskich czarnych smoków czyli wulongów. Moim ukochanym mężem jest oczywiście alishański wulong, ale czasem zdarzają mi się romanse z innymi, między innymi właśnie z Orientalną Pięknością - wulongiem zbieranym w lecie, pachnącym owocami i miodem spadziowym, ideałem. Jest to herbata mocno utleniona, nieopieczona, złożona z pędów liści herbacianych obgryzionych przez skoczkowate. To znaczy... hmmm... herbaciane pluskwy. Gdy taki insekt wgryza się w liść, powstaje coś w rodzaju herbacianej terpentyny, dzięki której osiągany jest specyficzny, słodkawy smak i aromat; przy okazji brzegi liści robią się białe - stąd druga nazwa Piękności: wulong o białych końcówkach. Napar pozbawiony jest charakterystycznej dla innych herbat goryczki - oczywiście pod warunkiem, że liście zostaną właściwie zaparzone. 

Prawdziwą Orientalną Piękność można poznać m.in. po tym, że wykorzystuje (w przeciwieństwie do innych wulongów) tylko pęd i dwa liście zamiast czterech czy pięciu liści. W praktyce sprzedaje się również tanie Piękności z dolnych liści.

Należy ją parzyć - jak większość wulongów - wodą o temperaturze około 80 stopni, a parzenie powinno być dość długie - pierwsze trwa nawet 2 minuty, a każde kolejne jeszcze dłużej. 

Nigdy nie kupiłam Orientalnej Piękności. Zazwyczaj tylko na nią patrzę i wzdycham smutnie nad ceną. Tym razem ją dostałam - to prawdziwie królewski prezent. Takiego daru nie mogłabym wypić samotnie - dlatego poczekałam na bardzo specjalnego gościa i napiłyśmy się w zachwycie:





 

2020-08-29

lody fasolowe 绿豆冰棒

Osobiście uważam, że jakiekolwiek słodycze z rozmaitymi odmianami fasoli to wielka pomyłka. Z czasem nauczyłam się akceptować ich istnienie, ale nigdy nie są moim pierwszym wyborem. 

A potem nastało Tajfuniątko. Które, ku mojej rozpaczy, najbardziej kocha lody ze złotej fasoli.

Składniki:

  • fasola złota
  • cukier/ksylitol do smaku
  • ewentualnie mleko

Wykonanie:

  1. Fasolę moczyć całą noc.
  2. Rano ją wypłukać i ugotować do miękkości (czyli do momentu, gdy się będzie rozpadać) w niewielkiej ilości wody (powiedzmy, że woda ma swobodnie przykrywać fasolki). Chodzi o to, żeby nie było za dużo wody, bo konsystencja lodów bardzo na tym straci.
  3. Osłodzić do smaku i solidnie wymieszać.
  4. Można zblendować, ale Tajfuniątko woli czuć ziarenka. Można dodać mleka. Można część zblendować, a część zostawić dla ozdoby. 
  5. Wlać do foremek i wstawić do zamrażalnika. Lody są jak znalazł na upalne lato.

 

2020-08-28

Szmaragdowe Jezioro - lotosy

Jeszcze niektóre kwitną, skubane!...
Spacery nad Szmaragdowym Jeziorem nigdy mi się nie znudzą. To jest właśnie mój Kunming.

2020-08-27

wiewiórki

Szukając niezwykłej wiewiórki do cyklu Unii Azjatyckiej (japonia-info.pl i ja) o fantastycznych zwierzętach, trafiłam na piękną yunnańską legendę. Tak mnie wciągnęła, że zapomniałam o szukaniu wiewiórki-demona; zresztą - wydaje mi się, że takie cudo nie istnieje...

Gdy chłopak Kucong idzie się oświadczyć, zawsze przynosi z sobą upolowaną wiewiórkę bądź wiewiórki - i to zawsze nieparzystą liczbę. Cóż, Kucongowie wierzą, że jeśli ktoś nie potrafi nawet upolować wiewiórki, to nie nadaje się na męża; za to jeśli umiesz schwytać solidny pęk wiewiórek, wydajesz się być solidnym i rzetelnym facetem. Skąd jednak wziął się ten zwyczaj i dlaczego akurat wiewiórki?

Dawno, dawno temu, w pewnej wiosce na końcu świata mieszkał przystojny i dzielny chłopak, wysoki, szeroki w barach i o potężnych bicepsach. Uzbrojony tylko w bambusowy nóż i własną siłę sprawił, że bały się go wszystkie dziki, pantery i niedźwiedzie w dżungli; na jego widok po prostu brały nogi za pas. Zakochał się on w pewnej dziewczynie, więc zgodnie ze zwyczajem, przyniósł jej pewnego dnia w prezencie zaręczynowym świeżo ubite zwierzę. Sprytna dziewoja wydęła tylko karminowe usteczka i rzekła: Bracie, cóż to jest dla tak silnego i potężnego mężczyzny - upolować dzika czy niedźwiedzia? Przyjmę twój dar tylko, jeśli zdołasz schwytać najzręczniejszą leśną spryciarę - wiewiórkę. Stropiony siłacz poszedł do domu łamać głowę nad tym, jak tu stać się jeszcze lepszym myśliwym. W końcu wykminił, że wiewiórkę najłatwiej ustrzelić z łuku. Najpierw więc wiele dni tworzył łuk, a potem pół wieczności ćwiczył strzelanie. W końcu poszedł do lasu - i udało się! Wystrzelał trzydzieści sztuk. Przepełniony dumą zapukał znów do drzwi ukochanej, by zaofiarować łup. Zarówno ona sama, jak i jej rodzice nie mogli wprost uwierzyć, że udało mu się upolować aż tyle tych sprytnych stworzeń! Przecież nawet złapanie jednej wiewiórki jest niełatwe. Cała wioska patrzyła na młodzieńca z podziwem. Wtedy jednak na najwyższym drzewie w okolicy pojawiła się jeszcze jedna wiewiórka, a dziewczyna powiedziała do chłopaka: Kochany bracie, czy potrafisz zestrzelić tę wiewiórkę? Ów wiedział, że przyszedł dzień sądu. Podszedł więc bez pośpiechu do drzewa, napiął łuk i jednym strzałem strącił wiewiórkę na ziemię. Dołączył ją do reszty i ofiarował dziewczynie, ta jednak przyjęła tylko tę właśnie zestrzeloną i rzekła: Przyjmę tę jedną, tak samo, jak przyjmuję teraz twe odważne, szczere serce. Pozostałe podaruj rodzicom i krewnym w wiosce. Gdy młody wypełnił to zadanie, zaręczyli się. I odtąd u Kucongów to właśnie wiewiórka jest prezentem zaręczynowym.

Tyle legendy, a teraz jeszcze o samym plemieniu. Kucongowie 苦聪人 to grupa etniczna żyjąca w Yunnanie, a także w Tajlandii, Birmie, Wietnamie i Laosie. Oprócz tego części udało się zwiać do USA. Łącznie jest ich niecałe sto tysięcy, dlatego nie załapali się w Chinach jako osobna grupa etniczna i to mimo, że właśnie na południu Yunnanu żyje ich największa ilość. Są ubodzy, a ich kultura jest uznawana za prymitywną. Bywają włączani do innych grup etnicznych, zwłaszcza do Lahu, ale zarówno kulturowo, jak i językowo się od nich różnia, więc włączanie to jest średnio uzasadnione. Tylko... tak naprawdę mało kto ich widział czy o nich słyszał; są niewidoczni, bo nie próbują (nie mogą? nie chcą?) włączyć się w społeczeństwo chińskie. Z "nieswoimi" widują się bodaj tylko, jeśli muszą coś od nich kupić. Ich domostwa są proste i ubogie - są to jednoizbowe kurne chaty z paleniskiem pośrodku, a mieszkają w nich razem ze zwierzętami. Dawniej żyli głównie ze zbieractwa i łowiectwa; teraz jeszcze z dotacji państwowych. Ich dzieci rzadko chadzają do szkół, bo nie ma nauczycieli potrafiących mówić w ich języku, a dzieci nie znają mandaryńskiego; zresztą w szkołach - nawet jeśli położone są w miejscach zamieszkanych przez mniejszości etniczne - nikt nie dba o stworzenie warunków dla dzieci nierozumiejących "mowy powszechnej". Najsłynniejszym Kucongiem był bez wątpienia jeden z przywódców protestów na Placu Bramy Niebiańskiego Pokoju - w owym czasie student na pekińskim uniwersytecie dla mniejszości etnicznych.

Tutaj poczytacie o japońskiej wiewiórce - bestii błyskawic.

2020-08-25

Najdroższy 親密愛人

Na dziś trochę romantyzmu. Najpierw w wykonaniu uroczej Joanny Wang:

今夜還吹著風
Noc jest wietrzna
想起你好溫柔
jednak gdy sobie o Tobie przypomnę, jest mi ciepło
有你的日子分外的輕鬆
Dni z tobą są tak beztroskie!
也不是無影蹤
nie zniknąłeś bez śladu
只是想你太濃
ale tęsknię zbyt mocno
怎麼會無時無刻 把你夢
dlaczegóż wciąż cię wyśniwam?

愛的路上有你
Stanąłeś na drodze miłości
我並不寂寞
nie jestem samotna
你對我那麼的好
jesteś dla mnie tak dobry
這次真的不同
jest naprawdę całkiem inaczej
也許我應該好好 把你擁有
może powinnam cię posiąść na własność
就像你一直為我 守候
tak jak ty mnie wciąż strzeżesz.

親愛的人 親密的愛人
Najdroższy! Najbliższy z kochanków!
謝謝你這麼長的時間 陪著我
Dziękuję, że towarzyszysz mi tak długi czas
親愛的人 親密的愛人
Najdroższy! Najbliższy z kochanków!
這是我一生中 最興奮的時分
Jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak podekscytowana.


A tu oryginał:


PS. Dzisiejszą dawkę słodyczy sponsoruje Podwójna Siódemka 七夕 czyli chińskie Walentynki

2020-08-24

Lotosowa Wróżka 荷花仙女

Dziś Unia Azjatycka (czyli japonia-info.pl i ja) opowiada o żeńskich bóstwach. W chińskiej gromadzie bóstw szczęścia nie ma niestety żadnej kobiety, wobec tego przedstawię Wam poznaną w czasie Święta Lotosów Lotosową Wróżkę.

Dawno, dawno temu była sobie Góra Nefrytowej Czystości 玉清山, przed nią zaś stały domy Wioski Nefrytowej Czystości 玉清庄. W jednym z takich domów mieszkał młody chłopak, sierota od dziecięctwa. Utrzymywał się on z uprawy lotosów, więc już od dawna wszyscy go nazywali Lotosowym Młodzieńcem 藕郎. Takiego drugiego ze świecą szukać: codziennie ciężko pracował, a nie wałkonił się jak reszta młodzieży. Jeśli nie przycinał kwiatów lotosu, stojąc po kolanach w wodzie, to wędrował z koromysłem sprzedając lotosowe kłącza. Choć taki był pracowity, jednak - biedny jak mysz kościelna. W jego domu nie było nawet jednego połamanego stołka; wciąż też nosił te same podarte ubrania, które pamiętały jeszcze czasy jego dziadków i miały łatę na łacie; na pierwszy rzut oka wyglądały raczej jak suoyi. Wszystkim, co posiadał, był nędzny szałas przy zatoczce. Tak właśnie wyglądało jego życie pełne znoju. I tylko czasem melancholijnie przykucał przed chatynką i w zauroczeniu podziwiał przepiękne lotosy, myśląc: och, jak wspaniale byłoby, gdyby lotosy potrafiły mówić!

 Pewnego roku nadeszła latem susza tak straszna, że uschły wszystkie trawy i kwiaty, pożółkły nawet liście drzew, a spękana ziemia zionęła gorącem. Zboża umierały, psy wywieszały ozory, a ludzie nie mogli spać z gorąca ani nawet spocząć. 

Lotosowy Młodzieniec z rozpaczą patrzył, jak dumne łodygi lotosów zaczynają smętnie pochylać się, a liście żółknąć. W zatoce nie było już wody, a błoto. Chłopak był tak podenerwowany, że nie mógł jeść ani spać i tylko chodził wokół zatoczki, patrząc na ukochane lotosy, a serce jego było jak przebite nożem. W końcu postanowił wziąć się na sposób. Następnego dnia wspiął się z beczką na szczyt Góry. Źródło Nefrytowej Czystości lśniło w blasku słońca, a tafla wody odbijała uradowane oblicze młodzieńca. Zniknęły wszystkie jego troski, a serce znów stało się czyste jak źródlana woda. Odtąd dzień w dzień wstawał przed świtem, a na spoczynek udawał się głęboką nocą. Całymi dniami nosił wodę ze źródła, by podlewać ukochane lotosy. Koromysło zdarło skórę z jego ramion, a krew kapiąca z ran znaczyła górską dróżkę; zwilżone krwią przydrożne kwiaty na nowo rozkwitły. Pot, który wycisnęło zeń palące słońce, sprawił, że trawa przy tej dróżce znów się zazieleniła. Źródlana woda zasiliła zatoczkę, a gdy ziemia ją wchłonęła, lotosy znów uniosły dumne głowy.

Młodzieniec nosił wodę w pocie czoła już trzy miesiące. Dwudziestego dnia szóstego miesiąca księżycowego nadeszło Święto Lotosów. Tego dnia, przyniósłszy wodę, posprzątał Lotosowy Młodzieniec brzeg zatoczki. Dziwnym zrządzeniem losu akurat tego dnia zaczął padać deszcz. Nocą, gdy młodzieniec w świetle lampy cerował ubrania, usłyszał głośny plusk dobiegający z zatoczki. Odłożył więc robotę i chciał pospieszyć zobaczyć, czy coś nie niszczy jego lotosów. Wtedy jednak rozbłysło przed nim czerwone światło, a on, przerażony, cofnął się. Wtedy jednak stanęła przed nim piękna dziewczyna: atramentowoczarne włosy, twarz jak gęsie jajo, wielkie, błyszczące oczy oczy, pięknie uformowany nos, wydęte wargi, a twarz cała w uśmiechach; ubrana była w spodnie koloru morza i różową bluzkę, podobną lotosom, które jeszcze podkreślały jej urodę. Izdebka nagle rozbłysła i zapachniała świeżym kwieciem.

Lotosowy Młodzieniec oniemiał. Zmierzył dziewczę wzrokiem - jeszcze nigdy nie widział takiej piękności, a ona tu stała uśmiechnięta i śmiało spoglądała mu w oczy. Spytał: "Cóż robisz w mojej izbie ciemną nocą?". Dziewczę roześmiało się radośnie i odparło: "Dawniej gapiłeś się na mnie całymi dniami, a jak w końcu przychodzę, to mnie nie poznajesz!". Skonfundowany młodzieniec pomyślał: przecież ja jej wcale nie znam, jakże mógłbym się całymi dniami na nią gapić?! Dziewczę chyba czytało mu w myślach, bo kontynuowało: "Powiem Ci prawdę, Lotosowy Młodzieńcze, jestem Lotosową Wróżką. Długo patrzyłam, jak samotności i trudzie mijają ci dni. Chciałabym ci towarzyszyć. Co ty na to?". I śmiało spojrzała mu prosto w oczy. Uszczęśliwiony młodzieniec był w siódmym niebie! Uśmiechnął się radośnie, ale nie był w stanie wykrztusić słowa. Lotosowa Wróżka jednak rzekła, że chce usłyszeć to z jego własnych ust. Spiekłszy raczka, młodzieniec kiwnął głową i wytarł dziurawym ubraniem brzeg kangu, żeby dziewczyna miała na czym usiąść. Ta zaś od razu wzięła się do roboty - w trymiga załatała odzienie. 

Deszcz nadal kropił, noc już była ciemna, a oni nadal szeptali czułe słowa i śmiali się cicho do siebie wzajem. Chłopak zdobył się wtem na odwagę: "Lotosowa Siostro, chciałbym ci coś powiedzieć, ale nie wiem, czy się nie pogniewasz?". "Mówże!" Chłopak pokraśniał, ale jakoś wykrztusił: "Czy zechcesz być moją żoną?". Któż by pomyślał, że na takie dictum Lotosowa Wróżka nadąsa się i powie: "Takiś ty? W dobrej wierze przychodzę, by ci potowarzyszyć, a ty nie wiadomo, co sobie wyobrażasz! Już tu więcej nie przyjdę!". Młodzieniec spanikował, złapał wróżkę za rękę i zaczął ją upraszać: "Dobra siostro, nie gniewaj się, proszę, nie będę już o tym wspominać". A ona się roześmiała i mówi: "Droczę się tylko z tobą. Jeśli jednak naprawdę chcesz, bym została twoją żoną, musisz mi coś obiecać". Młodzieniec, ucieszony, że jest nadzieja, pomyślał, że jeśli ona zgodzi się za niego wyjść, to on nie ulęknie się gór z noży ani morza płomieni, byle tylko być z nią. Dziewczyna właśnie skończyła łatać jego ubranie, a potem wstała i mówiła: "Jestem jednym z lotosów z twojej zatoczki. Zostanę twoją żoną tylko pod warunkiem, że przed wschodem słońca zgadniesz, którym jestem kwiatem". 

Pełen zwątpienia młodzieniec zupełnie stracił ducha. Zatoczka jest przecież pełna kwiatów - skąd mógłby wiedzieć, który z nich jest tą piękną dziewczyną? Tymczasem w izbie znów rozbłysło światło i ślicznotka znikła. Niebo właśnie zaczęło szarzeć, ustał deszcz. Młodzieniec popędził do zatoczki i zaczął oglądać kolorowe lotosy, ozdobione perłami deszczu, co jeden to piękniejszy. Świt zaczął różowieć na wschodzie, a młodzieniec w pośpiechu szukał Lotosowej Wróżki, aż plecy bolały od schylania się nad taflą wody, aż oczy bolały od żywych kolorów. Powiał wiatr, strząsając krople deszczu, a nasz młodzieniec uśmiechnął się zwycięsko: jest! Znalazł ją! Podszedł do jedynego suchego kwiatu w całej zatoce i ostrożnie go zerwał. Ze środka wyleciała maleńka pszczółka i przestraszyła młodzieńca tak, że szybko zacisnął powieki. Ledwie zamknął oczy, uszu jego dobiegł znajomy śmiech. Zerknął - i już w jego dłoni spoczywała nie łodyżka lotosu, a delikatna biała rączka Lotosowej Wróżki. Spojrzeli na siebie radośnie i, trzymając się za ręce, wrócili do domu.


 

Tutaj poczytacie o japońskim żeńskim bóstwie szczęścia.

2020-08-23

Ramajana

O tym najsłynniejszym sanskryckim eposie słyszeli na pewno wszyscy. Dlatego bez zbędnych wstępów przedstawiam coś, o czym może nie wiedzieliście: Ramajanę jako animację indyjsko-japońską. Enjoy!

2020-08-22

wietnamska kawa z koglem-moglem Cà phê trứng

Lubię swoją kawę bez cukru, ale za to pół na pół z mlekiem. Bardziej napój kawowy niż kawa... Ale mnie do szczęścia wystarczy w zasadzie sam zapach - bo wietnamska kawa pachnie najlepiej na świecie. A jednak przychodzą i takie dni, gdy moje życie zdecydowanie domaga się osłody. Wtedy z pomocą przychodzi właśnie wietnamska kawa z koglem moglem. Jest to napój przygotowywany z kawy, cukru, skondesowanego mleka i żółtek. Należy ubić żółtka z cukrem i skondensowanym mlekiem i nakryć nimi mocny napar kawowy w proporcji 1:1. Podobno przepis wywodzi się z czasów, gdy Wietnamczycy już pijali kawę, ale niestety nie zawsze mieli dostęp do mleka - czyli z czasów II wojny. Kawa taka narodziła się w Hanoi, ale można ją dostać w wielu zakątkach kraju. No i - jest wyjątkowo łatwa do przyrządzenia w domu. Widziałam różne szkoły: kawa była zimna lub gorąca, jajka były zimne lub podane na ciepło, pianka była na dole albo na górze. Nie będę się więc wypowiadać na temat tego, która racja jest czyjejsza i po prostu robię tak, jak mi wygodnie. Zawsze jest pysznie. 

Składniki

  • jajko 
  • kawa 
  • cukier
  • ewentualnie skondensowane mleko (ja nie dodaję, bo przepis wykorzystuję właśnie wtedy, gdy mi brakuje mleka. Jakiegokolwiek) 

Wykonanie

  1. Jajko sparzyć wrzątkiem. 
  2. Następnie oddzielić białko od żółtka i ubić żółtko z łyżką cukru - albo z łyżeczką cukru i łyżką skondensowanego mleka. 
  3. Zaparzyć kawę i dodać jedno do drugiego w dowolnej kolejności. Ja najczęściej najpierw robię piankę, a potem na ten sam kubek nakładam wietnamską zaparzaczkę do kawy i parzę kawę prosto do tego samego kubeczka. 
  4. Jeśli nie mam planów piekarniczo-kuchennych na wykorzystanie białka, po prostu ubijam je na pianę i dodaję do kawy.


 

2020-08-21

Kenton Chen

Dziś Amerykanin chińskiego pochodzenia, który śpiewa "po czarnemu" i bardzo dobrze mu to wychodzi. O, matko, aż ciary przechodzą.

I jeszcze jedna rzecz, tym razem jego własne, nie cover:

Tutaj jego strona.

2020-08-20

koci demon 猫鬼

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Koci demon, nazywany również kocim gu, jest stwarzany przez szamanów czy też czarowników. Biorą oni sobie kota "na wychowanie", a wtedy przy owych kotach pojawia się demon, który wciąż za kotem chodzi. Tak samo, jak u ludzi, trzeba, żeby kot umarł, żeby powstał demon czy też duch, czyli potrzebujemy dwa koty: jeden zdechły, żeby mieć ducha, a drugi żywy, wzięty na wychowanie przez szamana, żeby demon się przyczepił. Wystarcza zaklęcie, by poszedł krzywdzić i zabijać ludzi. To tłumaczy doskonale, dlaczego czarownicy chętnie zabijali koty - dodatkowy koci demon zawsze się przyda. Utrudnieniem jest to, że trzeba było załatwić starego kota, a nie na przykład świeży i bezbronny koci miot. 

Kiedy już szaman przysposobił kota, musiał pilnować, by codziennie koło północy (w godzinie Szczura) złożyć mu ofiarę, inaczej wygłodniały koci demon zwróciłby się przeciw niemu.

Ponoć kocie demony najbardziej popularne były za czasów dynastii Sui, kiedy z takich niecnych sposobów na pozbycie się innych ludzi korzystały nawet rody cesarskie. Po co? Otóż wszystkie bogactwa osoby zabitej przez kociego demona natychmiast tajemniczym sposobem dostawały się osobom wychowującym te koty. Podobno człowiek zaatakowany przez kociego demona zaczynał czuć kłujący ból w całym ciele, a na samym końcu w klatce piersiowej - wtedy demon pożerał wnętrzności. W niedługim czasie człowiek zaczynał pluć krwią i umierał. 

No dobra. Skoro wiadomo, że koty są takie groźne, to wystarczy nie wpuszczać obcych sierściuchów do domu i sprawa załatwiona, prawda? Problem w tym, że one mogły być niewidzialne dla ludzkich oczu. Człowiek orientował się, że zaatakowały dopiero, gdy zaczynało go nagle boleć i jednocześnie uczuwał nagłe przerażenie. Jeśli się jednak pojawiają w kociej postaci, można je poznać po tym, że są większe od zwykłych kotów, a sierść mają długą na trzy chi 尺 czyli kilkadziesiąt centymetrów. Za dnia uktywają się w cieniu dużych drzew, a na polowanie wychodzą nocą. Lubią zapach kurczaka w oleju sezamowym, a już najlepiej, jeśli w domu, z którego dochodzi taki zapach, mieszka noworodek. Rzucają się wówczas na niemowlę z łapami i je duszą - najniebezpieczniejsze są trzeci, siódmy i trzynasty dzień po urodzeniu, a także dzień, w którym niemowlę kończy miesiąc. Ale to tak bezinteresownie, jeśli ich opiekun-szaman nie zleci im jakiejś roboty...

A tutaj poczytacie o japońskim kocim demonie.

2020-08-18

mieć oczy, ale nie poznać Taishan 有眼不识泰山

Istnieje w chińskim przysłowie, które mówi o górze, ale... nie mówi o górze:
有眼不识泰山
yǒu​yǎn​bù​shí​ Tài​ Shān​
Przetłumaczone dosłownie: mieć oczy, ale nie poznać Góry Tai (Tai Shan). Używa się tego, by powiedzieć, że ktoś pozostaje na coś ślepym lub że nie potrafi się poznać na kimś ważnym czy utalentowanym. Cały wic w tym, że przysłowie to nie dotyczy wcale góry, a... człowieka, który nazywał się Tai Shan!
Przysłowie pojawiło się w mingowskich Opowieściach znad brzegów rzek i opowiadało o uczniu znanego już nam Lu Bana.
A było to tak:
U stóp Góry Taishan żyła rodzina, w której jedynego, długo wyczekiwanego syna nazwano tak, jak górę, by stał się równie mocny. Chłopak rósł zdrowo ku uciesze rodziców. Pewnego razu zawitał w te okolice Lu Ban - był on mocno zajęty podróżami, bo przecież naprawiał świat. Rodzice stwierdzili, że dobrze byłoby wysłać Tai Shana do terminu u mistrza ciesiołki. Chłopak wrócił więc z Lu Banem do jego warsztatu i uczył się od mistrza. Szło mu jednak dość opornie - dlatego zniechęcony mistrz wykorzystywał ucznia głównie do sprzątania w pracowni, a na koniec umówionego terminu bez żalu odesłał młodzieńca do domu. Ten jednak, gdy wrócił do rodziny, nie mógł przestać kombinować z drewnem. Zaczął tworzyć różne cacuszka i po jakimś czasie stał się sławnym w swoim regionie cieślą.
Po paru latach Lu Ban znów trafił w okolice Góry Tai. Gdy w dzień targowy przechadzał się po miasteczku, uwagę jego przykuł stragan z drewnianymi drobiazgami - pięknie wykonanymi, pełnymi wdzięku. Zapytał właściciela straganu któż jest twórcą tych cacuszek. Odpowiedź go zdumiała: to Tai Shan, ten młodzieniec, którego on sam ocenił jako kompletne beztalencie! "Mam oczy, ale nie poznałem się na Tai Shanie" rzekł stropiony Lu Ban. I odtąd jeśli ktoś nie potrafi się poznać na czyimś talencie, tak właśnie się o nim mówi.

2020-08-17

Król Li Dzierżący Pagodę 托塔李天王

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej. 

Wajśrawana to bóstwo buddyjskie, które jest głównym obrońcą - początkowo Buddy, później świątyń - a także strażnikiem północy, zarządcą zimy i deszczu, wodzem jakszów i najważniejszym z Czterech Niebiańskich Królów w jednej osobie. W Chinach jest także kimś innym... ale o tym za chwilę. Jest to postać znana i popularna nie tylko w Indiach i Chinach, ale również w Tybecie, Tajlandii, Korei, Wietnamie i Japonii. W Chinach najczęściej nazywa się go 多聞天 Duōwéntiān lub 毘沙門天 Píshāméntiān. Co ciekawe, gdy zawędrował do Wietnamu, jako bóstwo północy miał ponoć chronić Wietnam przed... Chińczykami, od których przyszedł. Zresztą - w ogóle gościu jest ciekawy, bo właściwie w każdym kraju pełni inne funkcje, opisują go inne mity i posiada różne atrybuty. W Chinach przestawiany jest najczęściej jako czarny, dlatego nazywa się go również "czarnym wojownikiem". Jego symbolami mogą być klejnot i wąż. Ale... może być także różowy, bezbrody, trzymający parasol i szczura. Pewnie zależy to głównie od tego, z której tradycji się wywodzi. Według mnie najciekawszym jego wcieleniem jest... ojciec znanego nam już księcia Nezha.
Był sobie otóż Li Jing 李靖 czyli Śliwkowy Spokój, znany także jako tytułowy Król Li Dzierżący Pagodę - ważna postać chińskiej mitologii, literatury i religii ludowej. Pagoda, którą dzierży, może pochwycić dowolnego ducha, demona czy boga i go uwięzić. Taki jest mocarny, że aż pojawił się w dwóch wspaniałych chińskich klasycznych powieściach: Wędrówce na Zachód 西游记 oraz Stworzeniu Bogów 封神演义.
Zgodnie z podaniem, Li Jing był swego czasu dowódcą o wysokiej randze. Miał żonę - panią Yin - a także trzech synów o imionach Jingzha, Muzha i Nezha. Za czasów, gdy uczył się od mistrza z góry Kunlun, opanował wspaniałą umiejętność podróżowania pod ziemią tysięcy kilometrów nie dość że bardzo szybko, to jeszcze niezauważenie. Kiepsko sobie za to radził jako ojciec - zwłaszcza z Nezhą, najmłodszym synem, który był urwipołciem, wdającym się w konflikty nawet z samym królem Zachodniego Morza, smokiem Ao Guangiem. No ale tę historię już znamy, więc idźmy dalej. Nezha wraca do życia, ojciec z nim walczy, ale ponieważ Nezha jest już czymś w rodzaju bóstwa, Li Jing nie jest dlań żadnym przeciwnikiem i ucieka z pola walki. Po kolejnych porażkach porywa się na swoje życie, ale Wenshu go ratuje i przy okazji poskramia Nezhę. Później inne bóstwo zaopatrza Li Jinga w magiczne moce i w pagodę, będącą pułapką na demony i bóstwa. I tak właśnie Li Jing został Królem Li Dzierżącym Pagodę, czyli baśniowym chińskim odpowiednikiem Wajśrawany.
Dlatego kiedy widzę Czterech Niebiańskich Królów, którzy strzegą wejścia w świątyniach buddyjskich, zawsze się przyglądam, która wersja na tapecie. Bo chłopak może mieć parasol lub pagodę, może być ubrany na żółto lub zielono, może być czarny lub biały... no i może być podpisany jako Wszystkosłyszący 多聞天王 [多闻天王], ale i tak większość dzieci kojarzy go głównie jako niedobrego tatę Nezhy...

A tutaj poczytacie o jego japońskim wcieleniu.

2020-08-16

Pijane tango 酒醉的探戈

W czeluściach internetów czai się taki oto cover:

Kurczę, ta przeróbka ma już dwadzieścia lat! Niemal tak długo się uczę chińskiego...

2020-08-15

domowa paratha பராட்டா

Nieczęsto ją robimy, bo tłusta. Ale bywa też tak, że paratha MUSI wylądować na talerzu, często jako samodzielne danie śniadaniowe, a nie jako dodatek do curry czy innych dań indyjskich.

Składniki:
  • 2 szklanki mąki pszennej
  • niepełna szklanka wody
  • łyżka oleju
  • szczypta soli
  • ewentualnie szczypiorek lub cebulka zielona, drobno posiekane
  • olej/masło klarowane do smażenia i do smarowania
Wykonanie:
  1. Zagnieść ciasto z mąki, oleju, soli i wody (oraz ewentualnie cebulki). W zależności od mąki, ilość wody może się różnić. Ciasto powinno być miękkie i elastyczne, ale nie może się kleić.
  2. Przykryć ciasto ściereczką i odstawić na kwadrans lub dwa.
  3. Podzielić ciasto na kuleczki - trzeba je będzie rozwałkować na takie placki, które się Wam zmieszczą na patelni, więc nie mogą być zbyt duże. Mnie z podanej ilości mąki wychodzi 8 placków. W czasie wałkowania trzeba podsypywać mąką.
  4. Rozwałkować cienko pierwszy placek. Posmarować dokładnie olejem bądź roztopionym masłem i złożyć na pół.
  5. Znów rozwałkować, posmarować i złożyć.
  6. Znów rozwałkować i smażyć na średnim ogniu na płaskiej patelni do zezłocenia, po czym odwracamy na drugą stonę i również złocimy. W razie potrzeby dodajemy tłuszcz. Placki nie powinny być spieczone, tylko delikatnie usmażone, tak, żeby dawały się zwijać jak krokiety.
Śniadaniową parathę można podać z jogurtem naturalnym lub dowolnym dipem. Ja, by śniadanie było bardziej pożywne, smażę omlety i nadziewam nimi nasze parathy.

Ciekawostka: pierwszy raz z tego typu plackami spotkałam się w... Xishuangbanna, gdzie bardzo popularne są tajskie przekąski. A w Tajlandii również robi się tego typu placki, tylko nazywane nie paratha, a roti. Oczywiście, różnią się w szczegółach, ale idea pozostaje podobna, z tym, że w Tajlandii i Xishuangbanna te placki najczęściej są przyrządzane na słodko, a nie na słono.

2020-08-14

kunmińskie górki

Dziś będziecie mieć przyjemność poczytać tekst koleżanki, która poznaje Kunming od zupełnie innej strony niż ja. Jest urodzoną podróżniczką, więc i w Kunmingu nie może usiedzieć na miejscu i włóczy się - na przykład po okolicznych górach. I to nie tych zwykłych, Zachodnich, a po takich bez przetartych szlaków i czasem nawet bez nazw.

W Kunmingu lato. O lecie w tym przepięknym mieście Wiecznej Wiosny (nazwa mocno przereklamowana; choć w ciągu roku pogoda jest rzeczywiście dość przyjemna to zdarzają się okresy meteorologiczne znacznie odbiegające od standardów wiosennych) musicie wiedzieć, że jest deszczowe. A jak zacznie padać, to po pierwsze nie pada, tylko leje jak z cebra; a po drugie końca tej katastrofy nie widać. Dzisiaj jednak mieliśmy szczęście i w końcu słońce się nad nami zlitowało pokazując swe oblicze, z czego skrzętnie skorzystaliśmy.
Samo miasto jest położone stosunkowo wysoko, bo około 1900 m n.p.m., a górki mają średnio 2300 m, więc nie są to bardzo wymagające wspinaczki, jednakże nie zawodzą pod względem wspaniałych widoków. Czasem też przygód; łatwo tam trafić na bezpańskie psy, węże, rolników chroniących swych pól maczetami czy przypadkowo wejść na tereny wojskowe (a to nigdzie i nigdy nie jest najlepszym posunięciem).

Mimo że Kunming jest zewsząd otoczony górami to trudno mówić tu o szlakach podobnych do tych w Tatrach czy innych naszych górach. Tutaj te obszary to raczej wioski i pola uprawne rozsiane po zboczach, które dla nas są malownicze i stanowią dodatkowe atrakcje, ale miastowi rzadko wybierają się w te miejsca na wycieczki. Nie ma tam tras sensu stricto, czasami zdarza się wydeptana ścieżka, czasami trzeba wejść na asfalt, czasami trafią się drogi przeciwpożarowe, ale bardzo często trzeba przełazić przez chaszcze, co niewątpliwie dodaje uroku całej wyprawie.

Niby górki są wszędzie, ale dostanie się do nich często jest dosyć kłopotliwe. Oczywiście znajomość chińskiego ułatwia sprawę. Możliwości jest kilka; można na przykład podjechać autobusem na rogatki i stamtąd złapać mianbaoche 面包车* (prywatny van siedmioosobowy podwożący mieszkańców okolicznych wiosek) albo skontaktować się z kierowcą takiego mianbaoche, żeby podjechał do miasta, co jest o wiele wygodniejsze, ale też troszkę bardziej ryzykowne, jako że mianbaoche nie powinny operować w centrum miasta. My skusiliśmy się na drugą opcję. Dlaczego nie pierwszą? Otóż wymaga ona pewnej wiedzy lokalnej, czyli trzeba dokładnie wiedzieć, gdzie zatrzymują się mianbaoche jadące do konkretnej wioski (co nie jest takie łatwe, wierzcie mi), po drugie, żeby tam dojechać, podróż autobusami może zająć sporo czasu. Czyli, żeby było wygodniej - umówienie się z kierowcą jest optymalne. Jest to opcja trochę droższa, ale plus tego jest taki, że kierowca może wyrobić dniówkę jedną trasą.

Nasz kierowca podwiózł nas do wioski mniejszości etnicznej Miao i już o jedenastej byliśmy na szlaku. Chińskie wioski są malownicze i, muszę przyznać, za każdym razem mnie zaskakują, bo nie tak je sobie wyobrażałam. Mają jedną zasadniczą wadę - psy. Dobra, boję się psów, które na mnie szczekają, nie są na łańcuchach i podchodzą za blisko, z zamiarem posmakowania mojej łydki, dlatego marsz z kijem tudzież kamieniem jest wskazany.

Minąwszy wioskę zobaczyliśmy już pierwszą górkę i zwróciliśmy się w jej stronę. Tak jak wspominałam wcześniej, szlaki często są nieobecne, tak że jedynym wyjściem jest wytyczenie nowego, co niewątpliwie napawa dumą, ale też może się skończyć skręconą kostką, czy co najmniej poharatanymi nogami w przypadku osób nieodpowiednio ubranych. Raz czy dwa musieliśmy lekko zawrócić, gdyż zapędziliśmy się w kozi róg, a raczej stanęliśmy przed ścianą, może niezupełnie pionową, ale zbyt stromą, żeby swobodnie się po niej wspinać. Zdobyliśmy szczyt wysokości 2482 m i wszelkie trudy zostały zapomniane, a my rozkoszowaliśmy się pięknym widokiem. Zejście też rozpieszczało niesamowitym krajobrazem, jako że część drogi prowadziła wzdłuż doliny, przecinała kolejne wioski, mijała tamę, czy odsłaniała malownicze pola uprawne.

 

Po 15 kilometrach większość z nas była na tyle zmęczona, że zdecydowaliśmy się wracać do Kunmingu, co okazało się nie być tak proste. Musieliśmy podejść kolejne 4 kilometry do najbliższej szosy, żeby złapać jakiś transport, ale na szczęście nie musieliśmy czekać zbyt długo.

Cały wypad trwał 8 godzin, z czego wędrówka zajęła 6, a dojazdy około 2. Choć cała trasa wyniosła 18 km, przewyższenia mieliśmy tylko 512m. Doświadczenie z tej wycieczki nauczyło nas, że warto zabrać dużo wody i prowiantu, jako że pierwszy i jedyny sklepik znaleźliśmy dopiero pod koniec wyprawy. Nazwa samego miejsca, w którym byliśmy, jest trudna do ustalenia, ponieważ nie ma jej na mapie, a nawet lokalni mieszkańcy o to zapytani, mówili tylko, że to wioska mniejszości Miao. Najprościej rzecz ujmując, wyjechaliśmy 20 km na północ od Kunming. Zaczęliśmy marsz 5 km na północy-zachód od wioski Taoyuan, a skończyliśmy 2km na zachód od wioski Sanduoda. Wybraliśmy się w sześć osób, co niewątpliwie zmniejszyło koszty przejazdu. Za mianbaoche do punktu startowego zapłaciliśmy 100 yuanów, a za dojazd do Kunming już tylko 25.

Jeśli chcecie zobaczyć więcej, zapraszam na krótki filmik:


Matalata - Bydgoszczanka w Kunmingu ucząca chińskich policjantów, hmm, przyszłych policjantów, angielskiego. W międzyczasie podróżująca po świecie. 100 krajów w 10 lat?

Matalata na facebooku

Matalata na youtube

 
*麵包車 [面包车] miànbāochē - w dosłownym tłumaczeniu: chlebochód. Znaczy samochód jak bochenek chleba. Nazwa używana w stosunku do vanów służących do przewożenia osób albo do taksówek-minibusów.

2020-08-13

nietoperze 蝙蝠

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

W Chinach nietoperz jest symbolem szczęścia. Wszystkiemu winien język: i nietoperz, i szczęście są fu. Konkretnie: 福 z boskim kluczem 礻 to szczęście, a 蝠 z kluczem-robakiem 虫 to nietoperz. Oczywiście samo 畐 fú to cząstka fonetyczna, aczkolwiek kiedyś słyszałam ludową etymologię: szczęście 福 jest wtedy, gdy bogowie 礻 napełniają nasz węzełek 畐 w ten sposób, że jedne 一 usta 口 dostają plon z całego pola ryżu 田 na własność. Ponieważ Chińczycy kochają kalambury, chętnie wrzucają nietoperze gdzie się da: na ramy okienne, framugi drzwi, chodniki, ozdoby świątynne, krawędzie i denka miseczek...

Jednym z bardzo częstych wizerunków jest 五福捧壽 - pięć nietoperzy (błogosławieństw) wokół znaku długowieczności 壽, czasem tak mocno wystylizowanego, że nie wiadomo, co to. Owych pięć błogosławieństw czy też szczęść to oczywiście długowieczność, bogactwo, zdrowie, umiłowanie cnoty oraz spokojna śmierć. Dość częsty jest też widok Zhong Kuia (taoistycznego bóstwa) otoczonego nietoperzami w czasie walki z demonami - ponoć uczynił on je sobie poddanymi i służyły mu za przewodników. 

Kiedy mowa nie o kalamburach, a o samych zwierzętach, ciekawostką jest to, że nietoperze, tak jak lisice czy pajęczyce, mogą żyć tak długo, aż zmienią się w demony lub... bogów. Ciekawym przykładem takiej przemiany jest jeden z chińskich nieśmiertelnych, Zhang Guolao.

 Tutaj poczytacie o niesamowitych nietoperzach z Japonii.

2020-08-11

lotosy w Parku Wielkiego Widoku

Ładnych parę lat nie byłam w domu podczas sezonu lotosowego. Odkąd Tajfuniątko podrosło, jeździłyśmy do Polski, na wakacje do dziadków. W tym roku z przyczyn oczywistych nam się nie udało - w moim sercu na zawsze pozostanie drzazga... Ale wróćmy do lotosów. Mamy ich oczywiście pod dostatkiem w Szmaragdowym Jeziorze, ale pewnego pięknego dnia wystroiłyśmy się z małą jak na odpust i ruszliśmy zdobywać Park Wielkiego Widoku. Dlaczego akurat ten park? Ponieważ co wakacje organizowane jest tam Święto Lotosów. Sprowadza się ono do tego, że najrozmaitsze gatunki lotosów są tam zasadzone WSZĘDZIE: w stawach, w specjalnie stworzonych niewielkich zbiornikach, w ogromnych donicach... Oto kilka fotek (przepraszam, że nieuporządkowane, ale blogger zmienił ustawienia i dopiero się zaczynam odnajdywać w nowej formule):


Tak właśnie się za Tajfuniątkiem wszyscy oglądali :)
















Legendarna Wystawa Lotosów Wielkiego Widoku

Lotosowa Wróżka 荷花仙女. Jeszcze o niej napiszę.












Nie tylko my wpadliśmy na pomysł sesji zdjęciowej w tradycyjnych strojach...

Tajfuniątko udaje Nezhę tuż po urodzeniu... tzn. po wykluciu się z lotosu.

W jednym z budynków trwa wystawa zdjęć lotosów.













Bardzo spodobały mi się lotosowe mozaiki na deptaku:




To był piękny dzień: słońce, Tajfuniątko w dobrym humorze, przepiękne lotosy... Ale widać było, że za chwilę zacznie się jesień: owoce miłorzębów już zaczęły spadać na ziemię. 

Czas jest nieubłagany. Nie wolno go więc trwonić na smutki i gniew. Lepiej zadumać się nad lotosem i jego ulotnym pięknem. I westchnąć z uśmiechem i ze łzą w oku, mając nadzieję, że to tchnienie zostanie wysłuchane.