By dostać się z Kunmingu do Strzelistej Jasności, bo tak można przetłumaczyć nazwę gminy, wystarczy niecała godzinka, przy czym więcej czasu zajmuje wyjazd i wjazd do miast niż faktyczna droga, bo autostrada jest raczej pustawa i te czterdzieści kilometrów pokonuje się bardzo szybko. Najważniejsze miasto to Songyang 嵩阳镇, siedziba urzędników, a także ogólne centrum kulturalno-oświatowe. Samo miasteczko nieciekawe; tak naprawdę w Songming najważniejsze są pola, bo przecież ta gmina to swoista spiżarnia dla Kunmingu. Najwcześniejsze ślady osadnictwa pochodzą z epoki kamienia łupanego; za czasów Trzech Królestw ponoć to właśnie w tych okolicach Zhuge Liang w trakcie słynnej Południowej Kampanii brał pod włos naczelników lokalnych klanów, zawierając z nimi rozmaite układy, a komu trzeba przetrzepując skórę.
Choć historia regionu ciekawa i położenie atrakcyjne, jakoś nigdy nie rozwinęło się tu nic poza rolnictwem. Za to rolnictwo jest świetnie rozwinięte i rozwija się nadal - chyba w moim ulubionym kierunku. Tu bowiem trafimy na największe zagęszczenie "chłopskiego jadła" i ekologicznych upraw na kilometr kwadratowy w całym środkowym Yunnanie.
Co mam na myśli mówiąc "chłopskie jadło"? Gdyby to była Polska, mówiłabym o gospodarstwie agroturystycznym. Pewnie byłoby kilka koni albo chociaż kucyków dla dzieci, kilka krów i koniecznie kury, które dzieci goniłyby po całym podwórzu. Byłoby kilka tras spacerowych, może kajaki, może łódki. Byłby pensjonat, w którym można po domowemu zjeść i pomieszkać blisko natury. W Chinach to działa trochę inaczej. Nikt nie chce mieszkać na wsi, bo wieś nadal nie spełnia standardów higieniczno-mieszkaniowych. Ubikacje wolno stojące z dziurami w ziemi, brak ogrzewania czy ciepłej wody, ścieżki po których tylko w gumiakach można przejść suchą stopą itd. - to wszystko nie zachęca do dłuższego pobytu czy nawet spędzenia jednej nocy. Zresztą - nie jest łatwo zdobyć pozwolenie na nocowanie gości. Każdy gość musi się przecież zameldować, wszystko musi być pod stałą kontrolą władz. Zamiast pensjonatów powstały więc restauracje zwane Radością Wieśniaczego Domostwa 农家乐, które nie oferują wprawdzie noclegów, ale za to można w nich spędzić choćby i cały dzionek, nie tylko na spożywaniu ekologicznych darów natury, ale i na "zabawach dla miastowych" - łowieniu ryb w przydomowym stawie, zbieraniu owoców w okolicznych sadach i na polach i spacerach po niezasmogowanych terenach. Takie oderwanie się od miejskiego zgiełku dalekie jest od prawdziwego wiejskiego życia. Może i ubikacja jest na zewnątrz, ale dziura w ziemi została obudowana ładną porcelaną; może i siedzi się na plecionych taborecikach, ale za to w każdej sali tych wiejskich restauracji mamy dostęp do wifi... Ale też miastowym mniej chodzi o autentyczne wiejskie przeżycia, a bardziej o zjedzenie regionalnych potraw przyrządzonych z wolnowybiegowych zwierząt i ekologicznych roślin. Gdy zrywają wiśnie czy truskawki, wrzucenie zdjęć na wechat jest tak samo ważne, jak przywiezienie kobiałki niepryskanych truskawek do domu. Jeśli jednak nie oczekujemy autentyczności, a tylko relaksu w miłym miejscu i smakowitych potraw - takie "chłopskie jadła" są doskonałym wyborem.
Do Songming dojechaliśmy tuż przed południem, od razu pojechaliśmy więc do jednej z pobliskich wiejskich restauracji. W szczerym polu, na końcu asfaltowej drogi stało kilka budynków - wypasiony budynek mieszkalny, kilka pawilonów z salami dla gości, otwarta kuchnia, wolno stojąca toaleta. Pawilony nad wodą - dosłownie, bo część podłogi była przeszklona i doskonale było widać pluskające pod spodem ryby. Staw hodowlany nieduży, ale niezatłoczony. Żeby złowić rybę, trzeba się jednak było trochę wysilić.
To, co najbardziej lubię w takich miejscach, to domowe składniki potraw. Wędzonki czy raczej suszonki, wiszące wysoko, by ich psy nie dostały, ale na wolnym powietrzu. Bukiety suszonego chilli. Kosze zbóż. Wielkie tanzi kiszonek i domowych alkoholi. Och, marzę o takiej wielkiej kuchni i o miejscu na przetwory...
W salach, poza niskimi stołami i jeszcze niższymi plecionymi taboretami, czekają na gości tradycyjne yunnańskie fajki wodne:Gdy tylko zasiedliśmy do stołu, zanim zdążyliśmy zamówić, pojawił się przed nami talerz słonecznika na zaostrzenie apetytu oraz solidny czajnik zielonej herbaty. Chwilę później dołączyły do nich naczynia, pałeczki oraz obowiązkowe firmowe chusteczki higieniczne.
Ciekawostka: w tej knajpie zamawiało się tylko mięsa i ewentualnie alkohole. Warzywa, świeżo przyrządzone i kiszone, sezonowe i wyłącznie "tutejsze", podawane były tak, by uzupełnić ilość dań. Wiadomo bowiem, że na chińskim stole dań zawsze musi być przynajmniej o jedno więcej niż gości. Teoretycznie można sobie zażyczyć jakąś konkretną potrawę warzywną, ale w praktyce - z tego, co zauważyłam - wszyscy goście zdawali się na wyobraźnię i talent kulinarny gospodarzy.
![]() |
| rzodkiew gotowana w wywarze mięsnym |
![]() |
| smażony gołąb, siekany wraz z kośćmi |
![]() |
| najlepsze frytki świata |
![]() |
| gotowana kapusta |
![]() |
| kiszony na ostro rzepak |
![]() |
| świeża wołowina smażona z płatkami chilli |
![]() |
| smażona ganba (suszona wołowina) z wołu domowego (odmiana bawołu) |
Kolejnych potraw nie zdążyłam nawet sfotografować, przypięło mi się do nich Tajfuniątko i wszamało w rekordowym tempie. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że wszystko było po prostu przepyszne!
Gdy wszyscy już popuścili pasów i chwilę odpoczęli, wybraliśmy się na pobliskie pole zrywać truskawki - pełnia sezonu zobowiązuje! Tajfuniątko miało używanie :)
Jeść można było do woli, a zapłacić należało za to, co trafiło do koszyczków. Mam niejasne wrażenie, że akurat na naszej grupie właściciel raczej stracił, niż zarobił, choć cena własnoręcznie zbieranych truskawek jest znacznie zawyżona w stosunku do tych, które można nabyć na targach.
Ciekawostka: truskawkowe pole znajdowało się tuż obok tradycyjnego... cmentarza.
Później pojechaliśmy jeszcze na farmę storczyków (dostałam donicę z piękną sztuką w prezencie :)) i wróciliśmy do pierwszego miejsca na popołudniową herbatkę i kolację. Muszę przyznać, że najbardziej zachwycił mnie kącik dziecięcy - gospodarze byli bardzo dobrze przygotowani na przyjazd rodzin z małymi dziećmi. Było duże miejsce do zabawy, sporo zabawek, a także małe poletko z pasącymi się gęśmi i kaczkami, dostarczające młodzieży wiele uciechy.
Choć jak dla mnie takie wycieczki są trochę za mało nastawione na różnorakie aktywności, a trochę za bardzo na całodniowe obżarstwo, przyznać muszę, że dla Tajfuniątka była to wycieczka idealna. Od częstotliwości spożywania posiłków i ich kompozycję przez towarzystwo i atrakcje, a kończąc na odległości od domu - wszystko było dla niej idealne. Dzięki temu ani raz nie zapłakała, ani raz nie była przemęczona, ani raz nie narzekała na głód. A, jak wiadomo, szczęśliwe dziecko to szczęśliwa matka. Więc i ja nie narzekam. Jeśli chcecie poznać prawdziwą wiejską kuchnię i pobawić się w zbieraczy czy też wędkarzy, a przy okazji macie małe dzieci - ta propozycja jest dla Was idealna.






















