blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2012-10-20

土黃天 Dni Żółtej Ziemi

W Yunnanie do dziś są bardzo popularne tradycyjne określenia pór roku. I nie mam tu na myśli nawet 24 pór określonych tradycyjnym kalendarzem chińskim, tylko jeszcze inne, specjalne nazwy, które częstokroć pozayunnańskim Chińczykom mówią niewiele, jeśli nie nic. Jednym z takich określeń są Dni Żółtej Ziemi 土黃天. Szkopuł w tym, że chociaż większość kunmińczyków bez większego wahania powie, kiedy się zaczynają i kończą Dni Żółtej Ziemi, niekoniecznie będą wiedzieć skąd ta nazwa. Nie będą też wiedzieć, że tak naprawdę powinni znać cztery daty... Określenie kolorystyczne i elementarne (chodzi o 5 chińskich elementów, żywiołów) uzupełnia tradycyjny kalendarz chiński, uściślając czas. W związku z tym tak naprawdę czas Żółtej Ziemi pojawia się trzeciego, szóstego, dziewiątego i dwunastego miesiąca księżycowego, mniej więcej w dziesiątym dniu jego trwania. Czyli dni te wypadają kolejno:
Qingming - początek kwietnia (Święto Czyste i Jasne)
Xiaoshu - początek lipca (Małe Gorąco)
Hanlu - początek października (Mroźna Rosa)
Xiaohan - początek stycznia (Mały Mróz)
Dni Żółtej Ziemi charakteryzuje to, że leje jak z cebra i jest zimno, bez względu na porę roku. Jednak ze względu na fakt, że to właśnie jesienny deszcz jest najgroźniejszy dla zdrowia, październikowe Dni Żółtej Ziemi są TYMI dniami. Z czasem po prostu zapomniano, że i wiosną, latem czy zimą Dni Żółtej Ziemi też przychodzą.
W tym roku DŻZ powinny zacząć się 7 a skończyć 23 października. Jednak w Kunmingu i okolicach obchodzi się je z opóźnieniem: zaczynają się trzy dni przed Opadnięciem Szronu, czyli pod koniec właściwych DŻZ, właśnie dzisiaj i trwać będą 18 dni. Z obchodami związany jest zwyczaj, który być może zostanie przez czytelników uznany za barbarzyński, ja jednak weszłam już między wrony i ich krakanie uważam za całkiem miłe dla ucha...
Dla zachowania zdrowia mimo mżącego od rana do wieczora deszczu, mimo przenikliwego zimna bez trudu radzącego sobie z nieocieplonymi ścianami kunmińskich budynków, dla rozgrzania starych, schorowanych kości, spożywa się psinę.
Gatunek w sumie nieważny, choć w czasach dobrobytu nie spożywa się zwierząt domowych, tylko hodowane na mięso, co implikuje spożywanie ras łatwo przybierających na wadze i dużych. Ważny jest za to kolor sierści. Wszyscy starzy kunmińczycy wiedzą, że 一黃二黑三花四白 (pierwszy żółty, drugi czarny, trzeci łaciaty, czwarty biały), tak więc żółte najlepiej się sprzedają. Zgodnie z tradycją, ubija się bezkrwawo, topiąc. Potem oblewa wrzątkiem i pozbawia sierści, by przygotować do obróbki cieplnej.
Dawnymi czasy psinę jadało się rzadko, a że nie bywała "na stanie", tylko trzeba było wcześniej zamówić psa w całości, zazwyczaj na taki obiad przychodziła cała rodzina. Z racji tego, że psina jest "gorąca", bardzo rozgrzewająca, dzieciom po przekąszeniu odrobiny zaczynała lecieć krew z nosa, a dorośli kończyli posiłek oblani potem. Dlatego też oszczędzano psinę dla starszych, zreumatyzowanych, potrzebujących psiny do przetrwania zimy. Ci nie tylko nie krwawili i się nie pocili, ale i żartowali sobie z brzdąców, że psina niepotrzebna dzieciom, które mają w tyłkach po trzy pochodnie i zimna się w ogóle nie boją.
W Yunnanie psina w ogóle jest dość popularna. Oprócz regionu Wenshan, gdzie psina to na śniadanie, obiad i kolację, w każdym niemal mieście w Yunnanie jak rok długi sprzedaje się rosół z psiny z kluskami ryżowymi. To jednak zawsze jest kilka zaledwie plasterków mięsa, dlatego gdy przychodzi październik, ożywać zaczynają knajpy, w których psina jest na stanie od rana do wieczora, w każdej postaci.
Pieczone żeberka na ostro,
grillowane poduszeczki z psich łap, no i oczywiście psi rosół
to największe hity.
Zdaję sobie sprawę z kontrowersji, jakie może wzbudzać fakt, że zjadłam "najlepszego przyjaciela człowieka". Ale, tak szczerze... nie bardzo widzę różnicę między zjedzeniem psa a zjedzeniem świni. Podobno to świnie są inteligentniejsze, a przecież nie odmawiam sobie szynki czy boczku. Nie zjadłabym też własnego psa - chociaż wiem, że ludzie, którzy doświadczyli prawdziwego głodu nie przepuszczali żadnym stworzeniom. Ale obcy, hodowany na mięso?... Cóż...
Inna rzecz, że ja jestem z natury "gorąca", dlatego psina nieszczególnie mi służy. Jeśli zaś chodzi o smak - po pierwszym spożyciu umiarkowanie mi się spodobał. Po drugim - bardziej. Dziś jestem wielką fanką żeberek, a w zimne dni końca października tęsknię za psim rosołkiem...

4 komentarze:

  1. Tez czekam na zime, podobno populacja bezdomnych psow zauwazalnie sie zmniejsza z nadejsciem chlodow...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, że w sumie jest to sensowna alternatywa dla bezdomnych psów, bez sensu utylizowanych = marnowanych. Inna rzecz, że wolę psy z hodowli, która przynajmniej teoretycznie musi przeprowadzać badania zwierząt przeznaczonych do uboju...

      Usuń
  2. Wow! Nie wiem, czy byłabym w stanie zjeść jakiegokolwiek psa, tak samo mam z końmi... Ale rozumiem Twój argument, że to w końcu żadna różnica, jakie zwierzę się je. Nie wiem czemu tyle osób (w tym ja) nie ma problemu ze zjedzeniem krowy, kurczaka czy świni, a już psa czy kota by nie tknęli... Ja na przykład nie przełamałam się, żeby spróbować zebry, bo za bardzo przypomina mi konia, ale już z antylopami nie mam problemu... No i tak, własnych kur też bym nie zjadła, ale tu chodzi chyba o przywiązanie emocjonalne do tych akurat konkretnych egzemplarzy. Ciekawe, czy ktoś już przeprowadził jakieś badania psychologiczno-antropologiczne nad tym dziwnym rozdwojeniem jaźni!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja koninę też lubię, więc z zebrą nie miałabym żadnych dylematów ;) No chyba, żeby była moja, domowa - tak jak mówisz, przywiązanie emocjonalne do konkretnych egzemplarzy mnie powstrzymuje, ale sam gatunek to już nie bardzo...

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.