Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legendy 傳說. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legendy 傳說. Pokaż wszystkie posty

2026-07-15

酸菜红豆汤 Zupa fasolowa z kiszoną kapustą

Jedna z najpopularniejszych yunnańskich zup jest tak prosta, że w zasadzie nie da się jej zepsuć. Mowa tu o fasolowej z czerwonej fasoli z dodatkiem yunnańskiej kiszonej kapusty. Zazwyczaj gotowana z dodatkiem kości wieprzowych, równie często dostępna jest jednak w wersji wegetariańskiej. Fasola musi tu zostać ugotowana do miękkości przechodzącej w rozgotowanie, tak, że zupa gęstnieje. Dodatek yunnańskiej kiszonej kapusty sprawia, że zupa jest nie tylko kwaśna, ale i pikantna. Choć nazywa się zupą, często podaje się sam "gęścior" na ryżu - istnieją restauracje, które specjalizują się właśnie w tej zupie w różnych wariantach. 
Co do genezy zupy z kwaszonej kapusty i fasoli czerwonej – podanie ludowe łączy ją z postacią Zhuge Lianga i głośnym epizodem z czasów Trzech Królestw, gdy siedmiokrotnie pojmał Meng Huo. Potrawa zrodzona została w czasach skąpych zasobów jako przejaw pomysłowości, która umożliwiała przedłużanie trwałości warzyw oraz korzystanie z lokalnych darów natury, w tym czerwonej fasoli. Otóż gdy armia Zhuge przebywała w rejonie Gór Wumeng, czyli właśnie w okolicach Zhaotongu, głodowała. Podstawowym warzywem w diecie żołnierzy była rabowana na polach gorczyca i inne kapustowate, które wszakże wiosną zaczynały kwitnąć i przestawały być jadalne. Więc Zhuge postanowił zebrać całą kapustę, umyć ją, a następnie sparzyć wrzątkiem. Tak przygotowane warzywa szczelnie zamknięto w glinianych słojach (stanowiących oczywiście podstawowe wyposażenie armii Zhuge), spokojnie sfermentowały i dały armii kiszoną kapustę. Początkowo zresztą żołnierze nie byli przekonani do jedzenia kapusty, która zrobiła się żółta, kwaśna i śliska. Wódz jednak kazał ugotować czerwoną fasolę i dodać do niej posiekaną kwaśną kapustę. Ten Zhuge kompletnie marnował się jako przywódca; powinien być kucharzem. Nie dość, że wymyślił mantou, to jeszcze fasolową z kiszoną kapustą! 
Kiedy kampania wojskowa się skończyła, Zhuge Liang z armią wrócił do siebie, ale zostawili wdzięcznej ludności nową potrawę, na którą miejscowi nigdy by bez Zhuge nie wpadli... A potem rozwinęli kolejne danie korzystając z tego pomysłu: kwaśna zupa z czymkolwiek to właśnie pochodna eintopfa głodujących żołnierzy. Mamy więc w tej samej palecie smakowej np. kwaśną zupę z "kwiatem fasolowym" 酸汤豆花, kwaśną zupę z raciczkami 酸汤猪脚, kwaśną zupę z kurczakiem 酸汤鸡 itd. Wszystkie są pyszne. 

Składniki
  • 150 g czerwonej fasoli 
  • 200 g kości wieprzowych, np. golonki albo żeberek 
  • 150 g yunnańskiej kiszonej kapusty 
  • 10 g imbiru 
  • 10 g pora lub zielonej cebulki 
  • sól 
Wykonanie
  1. Poprzedniego wieczora namoczyć fasolę. 
  2. Na drugi dzień opłukać fasolę i w świeżej wodzie ugotować ją do miękkości. Może to trwać od pół godziny (w szybkowarze) do trzech (jeśli fasola jest stara lub mocno ususzona). Można ją gotować razem z kośćmi; ja najpierw zagotowuję kości, odszumiam wywar i wtedy dopiero dodaję fasolę, żeby gotować tak długo, aż jest idealnie miękka i kremowa. 
  3. W międzyczasie przygotować dodatki: przepłukać i posiekać kiszonkę; posiekać drobno imbir i por. 
  4. Do zupy dodać kiszonkę i imbir; zobaczyć, czy nie trzeba soli; gotować kwadrans, po czym posypać cebulką. Gotowe!
Czerwona fasola na ryżu
Danie to jest tak popularne, że aż powstała przyśpiewka, która o nim opowiada: 
酸溜溜,滑溜溜,酸菜里面加豆豆。 
红铜锅,洋瓷碗,汤汤水水干两碗 
Kwaśne, śliskie, do kiszonki dodana fasola. 
Czerwona miedź, emaliowana miska, pochłaniam dwie miski tej zupy!

2026-05-21

茶礼 Herbaciane obyczaje

Wielokrotnie spotkałam się już ze sformułowaniem 茶禮 [茶礼] chálǐ. Herbaciane... no właśnie, co? Słowo 禮 [礼] lǐ ma wiele znaczeń: podarunek, rytuał, ceremonia, etykieta, stosowność, uprzejmość, grzeczność... Obecna w nim boska cząstka 礻shì pojawiła się stosunkowo późno; początkowo znak wyglądał tak (obok ilustracja sugerująca co właściwie miał obrazować):
Widzimy tu liczne prezenty (na bogato!) na ołtarzu ofiarnym. Początkowo oddawanie czci bogom bądź ofiara dla bóstw były opisywane właśnie tym znakiem. A że wszelkie ceremonie religijne były mocno zrytualizowane i przedstawiały wyidealizowany kanon zachowań, w zasadzie wszystkie kolejne znaczenia mają tu swoje źródło. Nie dajcie się zwieść krzywej 曲 fasolce 豆 - znak lǐ 豊 czytany również fēng, a oznaczający obfitość, również wywodzący się z tego pierwszego obrazka, w swej współczesnej formie w ogóle nie pozwala się domyślić, o co miało w nim chodzić. 
Wracając do herbaty - jest najważniejsza, nie mogły się więc bez niej obyć żadne ceremonie, nawet wieloetapowe zaręczyny z wymianą podarków, zwaną 聘禮 [聘礼] pìnlǐ. Zatrzymajmy się na chwilę przy znaku 聘 pìn, który ma sporo znaczeń, wiele mówiących o systemie skojarzeń u Chińczyków. Po pierwsze "zaręczyny", po drugie (o kobietach) wychodzić za mąż. Po trzecie (w formalnym chińskim) odwiedzać jakieś miejsce w związku z misją dyplomatyczną (aż zarżałam), a także zatrudniać, np. w jakiejś firmie. Czyż nie układają nam się pięknie te wszystkie znaczenia? 
Wróćmy do zrękowin, podczas których herbata była częścią obyczaju 茶礼 (obyczaj herbaciany), zwanego również 茶银 (herbaciane srebro). Herbata musiała być wspólna dla wszystkich, żadne tam ja wolę zieloną, ja czarną, a ja bawarkę: jedna rodzina nie je herbaty dwóch rodzin 一家不吃两家茶 (pamiętacie na pewno, że w niektórych dialektach herbatę czy papierosy się "jada"). 
Ceremonia ślubna też nie mogła się bez herbaty obyć. Nazywano ją "trzema herbatami i sześcioma rytuałami". Trzy herbaty to oczywiście herbata zaręczynowa 下茶 (podanie herbaty), herbata ślubna 定茶 (umowna herbata) i herbata poślubna 合茶 (wspólna herbata). Jednak trzy herbaty mogą też dotyczyć trzech rodzajów herbaty podawanej w trakcie ceremonii: pierwsza to nasionka miłorzębu, druga to nasionka lotosu bądź głożyny, a dopiero trzecia była prawdziwą herbatą. Po podaniu czarek należało przyjąć je obiema dłońmi i złożyć głęboki pokłon, a następnie przytknąć do ust, nic nie jedząc, a oddając czarki rodzinie; dopiero tę prawdziwą herbatę po pokłonie należało wypić. 
Jednak herbaciane obyczaje nie dotyczą tylko zaręczyn czy ślubów. Przecież herbatą podejmowało się też zawsze gości. Podanie gorącej herbaty gościom ledwie przekroczyli próg domostwa pokazywało gościnność gospodarza bez względu na status materialny zarówno jego, jak i jego gości. Bogaty poda Smoczą Studnię, a bidok zmiotki z podłogi, ale herbata musi być. Jeśli są po temu warunki, rodzaj podanej herbaty powinien zostać dostosowany do preferencji gościa, zarówno jeśli chodzi o rodzaj herbaty, jak i intensywność smaku i sposób parzenia. Jeśli miało się pod ręką dobrą herbatę, można ją było zaparzyć w szkle lub gaiwanie i przy okazji nacieszyć oczy pięknem liści. Jeśli miało się tylko herbatę gorszego gatunku, lepiej było zaparzyć ją w czajniku i nie pokazywać jej gościom (细茶粗吃, 粗茶细吃). 
Kolejny ważny herbaciany obyczaj dotyczy sposobu nalewania herbaty do czarki. W Chinach istnieje powiedzenie 浅茶满酒 (płytka herbata, pełny alkohol), co oznacza, że o ile alkohole nalewamy do pełna (można nawet tak, że nie da się podnieść kieliszka do ust bez rozlania po drodze), o tyle herbata powinna sięgać idealnie siedmiu dziesiątych czarki (七分满). Istnieje ładne powiedzenie, dzieki któremu łatwiej zapamiętać tę niecodzienną proporcję: siedem części herbaty i trzy części uczuć 七分茶三分情. W ten sposób dbamy o to, żeby gość nie oparzył sobie ust ani dłoni. 
Ważne są też obyczaje związane z higieną: wyparzanie akcesoriów, nie sięganie po susz herbaciany bezpośrednio dłonią (choćby i była najczystsza na świecie), podawanie czarek w odpowiednio elegancki sposób - czarkę umieszczamy na spodeczku, który chwytamy obiema dłońmi i z ukłonem podajemy gościom, którzy winni odebrać go od nas również oburącz, a potem elegancko sączyć po łyczku, zamiast wypić do dna. 
Nie można nie wspomnieć również o tzw. 叩指礼 czyli herbacianym ukłonie palcami. Gdy gospodarz dolewa herbaty do naszej czarki, możemy podziękować mu gestem: oprzeć środkowy palec o stół paznokciem w dół i jednocześnie delikatnie palcem wskazującym kilkukrotnie stuknąć o powierzchnię stołu. To najbardziej tradycyjne podziękowanie związane z ciekawą legendą. Ponoć cesarz Qianlong podróżował kiedyś incognito po kraju i wstąpił do herbaciarni, by odpocząć w drodze. Incognito inkognitem ale oczywiście ploty powędrowały we właściwą stronę i jeden z lokalnych lizusów podążył prędko do tej samej herbaciarni, zapewne po to, żeby się przypochlebić cesarzowi. Usiadł z nim przy stoliku jak gdyby nigdy nic, ale Qianlong nie w ciemię bity i zorientował się, w czym rzecz. Udawali, że od dawna chcieli się poznać, pitu pitu, a że to Qianlong był gospodarzem tego stolika, to on nalał urzędasowi herbaty. Ten aż pobladł z wrażenia; chciał się rzucić na kolana i trzykrotnie stuknąć głową o podłogę jak się należy. No ale incognito! Użył więc palców, by zaimitować głęboki pokłon. Z czasem ten pokłon dłonią wszedł w stały repertuar herbaciarzy; z czasem również ewoluował. W zależności od tego, czy osoba, kóra częstuje nas herbatą jest od nas wyżej, niżej czy mniej więcej równo w hierarchii, podziękowanie może wyglądać różnie, od stukania całą pięścią w stół po puknięcie od niechcenia jednym palcem
Ostatnia opowiastka i obyczaj z nią związany również sięga dynastii Qing, a konkretnie kaligrafa i malarza współczesnego Qianlongowi, Eskcentrycznego Mistrza Zheng Xie. Razu pewnego wybrał się on do buddyjskiej świątyni, a ponieważ był skromnie odziany, opat zerknął nań bez zainteresowania i przywitał zwykłym "usiądź" 坐, stosowanym wobec gości niskiego stanu, a następnie zawołał "herbaty!" 茶 do nowicjusza. Wymieniwszy jednak z gościem kilka uwag, opat zorientował się, że musi to być osoba choć trochę wykształcona, więc zaprosił go do bocznego pokoju i tym razem grzeczniej potraktował: usiądź proszę! 请坐, a nowicjusza poprosił: "podaj herbatę"敬茶. I tak rozmawiali sobie, aż w końcu opat odkrył, że skromnie ubranym gościem jest nie kto inny, a Ekscentryczny Mistrz Zheng Xie! Bezzwłocznie zaprosił go do swego prywatnego pokoju i z uszanowaniem poprosił, by ów raczył spocząć 请上坐, a następnie poprosił nowicjusza, by ten zaserwował najlepszą, aromatyczną herbatę 敬香茶. Na koniec wizyty zaczął błagać artystę, by ten zechciał coś dlań wykaligrafować na pamiątkę, a Zheng pomyślał chwilę i stworzył nietypowe kuplety. Pierwszy wers głosił: "usiądź, usiądź proszę, racz spocząć" 坐,请坐,请上坐 , a drugi "herbata, podaj herbatę, zaserwuj aromatyczną herbatę" 茶,敬茶,敬香茶. Opatowi aż w pięty poszło, spiekł raczka i giął się w ukłonach na znak przeprosin. Dostał niezłą nauczkę; przecież stół herbaciany wszystkich zrównuje, a jeśli już ktoś stoi niżej, to zawsze gospodarz, który winien traktować swych herbacianych gości z rewerencją bez względu na ich pochodzenie czy status społeczny. 
Są jeszcze inne herbaciane grzeczności: nalewanie wody do czajnika przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, częstowanie zawsze od lewej strony, a nawet ułożenie dzióbka czajnika w odpowiednią stronę - to wszystko jest skodyfikowane i oczywiste dla chińskich herbaciarzy, choć "nieherbacianym" Chińczykom dziś już umyka. Swego czasu pracując w herbaciarni miałam całą głowę wypełnioną herbacianymi obyczajami; dziś parzę herbatę właściwie tylko dla przyjaciół, więc mogę zachowywać się nieco swobodniej. Lubiłam ceremonię herbacianą zamiast zwykłego zalania liści wodą o odpowiedniej temperaturze; nie wiedząc tego jeszcze, praktykowałam wówczas zen herbaciany i uczyłam się Drogi. A Droga nie ma końca - tak jak herbata.

2026-04-27

Studnie Bliźniąt 双胞胎井

Jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Mojiangu jest park, w którym znadują się Studnie Bliźniąt, "dwuoczna" studnia, która ponoć jest odpowiedzialna za niecodziennie wysoką liczbę bliźniąt w regionie. Liczba urodzonych tu bliźniąt jest ponad czterokrotnie większa niż średnia globalna! Konkretny wskaźnik urodzeń bliźniąt w Mojiangu wynosi 8,7 na 1000 urodzeń, podczas gdy światowa średnia to około 2 na 1000. Dawniej pielgrzymowały tu głównie bezdzietne Yunnanki; od początku XXI wieku władze regionu starają się jednak, by cały świat dowiedział się o tym miejscu i cudownej wodzie. Stąd nie tylko otoczenie rzeczonej studni parkiem tematycznym, nie tylko nazwanie Mojiangu "domem bliźniąt" 双胞之家,ale również organizowanie dorocznego Międzynarodowego Święta Bliźniąt 际双胞胎节 w święta majowe. Nie wybieram się, bo nienawidzę tłumów i cen rosnących nagle i to kilkukrotnie, już nie mówiąc o tym, że po prostu mamy już inne plany - jednak z tego, co widziałam w internetach, ludziska naprawdę się wówczas świetnie bawią:
   
Wróćmy jednak do naszych studni. Są położone w wiosce Hexi 河西村, która obecnie została już wchłonięta przez miasto powiatowe Lianzhu, stanowiące serce Mojiangu. Wioska jako taka już nie istnieje; studnie otacza Międzynarodowy Ogród Bliźniaczej Kultury 国际双胞文化园 - cokolwiek autor tej nazwy miał na myśli. Co najciekawsze, choć z dawien dawna rodziło się tu jakby więcej bliźniąt niż gdziekolwiek indziej, dopiero po szczegółowych badaniach w 2002 roku studnie zostały nazwane Studniami Bliźniąt. Od tego czasu woda jest regularnie badana. Cóż. Jest lekko zasadowa (PH 7,8), słodka i łagodna w smaku, jednak nie wykryto żadnych niespodziewanych składników, które mogłyby się przyczyniać do rodzenia bliźniąt. Naukowcy podejrzewają raczej kwestie genetyczne, dietetyczne i geograficzne, które połączone dają tak niezwykłe efekty. Jednak, jak to często bywa, naukowcy swoje, a ludzie swoje - dlatego turyści gromadnie przybywają do studni i piją choćby dwa łyki, mając nadzieję, że rozwiążą wszystkie swoje problemy z rozmnażaniem. Zapewne dają wiarę pięknej legendzie. 
Dawno, dawno temu piękne Hanijskie dziewczę zakochało się w Bóstwie Wody. Bóstwo, przyjrzawszy się dziewczęciu, stwierdziło najwyraźniej, że się nada, w związku z czym wkrótce dziewczę już było brzemienne. Niestety, piękność wpadła w oko złemu szamanowi, który przyuważywszy ciążę wpadł w szał zazdrości! Oskarżył dziewczynę o noszenie w łonie diabelskich dzieci i chciał ją zabić. Ta nie była w ciemię bita i uszła przed pogonią - wędrowała długo lasami i górami, aż trafiła do lasku niedaleko wsi Hexi. Tam, wyczerpana ucieczką i zrozpaczona, powiła parę bliźniąt i, wykończona, zmarła. Bliźnięta zaś, zapewne z pomocą ojca - bóstwa wody, przemieniły się w dwa tryskające tuż obok siebie źródełka czystej, chłodnej wody. Miejscowa ludność, widząc ten cud i smakując słodką, świeżą wodę, zrozumiała całą prawdę. By uczcić jej pamięć i podziękować za dar życia, otoczono źródła opieką i wybudowano dla nich dwie kamienne studnie, które nazwano Studniami Bliźniąt. 
Ponoć ci, którym marzą się bliźnięta, powinni napić się po łyku wody z obu studni. Przy studniach faktycznie znajdują się bambusowe chochelki, którymi można zaczerpnąć wody. Woda ta jest darmowa (choć za wejście do parku trzeba zapłacić); płacić trzeba tylko za butelkowaną - bo i taka jest dostępna. Dodatkowo można sobie pomóc na kilka innych magicznych sposobów: w pobliżu studni powiesić życzenia na czerwonych wstążkach czy wrzucić pieniążek do "stawu życzeń", który na wzór europejskich fontann może zaczarować rzeczywistość. A teraz uwaga: Chińczycy zdołali zepsuć nawet tę miłą bliźniaczą tradycję ostentacyjnym patriarchalnym zadęciem: otóż jedna ze studni to tzw. męska studnia 阳井, a druga żeńska 阴井. Zgadnijcie, do której jest kolejka...
W całym Mojiangu roi się od rozmaitych "bliźniaczych" ozdób.
Nie spróbowałam. Nie żebym się bała bliźniąt. Po prostu obrzydzenie mnie brało, gdy widziałam, co ludzie robią tuż przy tych studniach i jak traktują te chochelki. Nie zdołałabym ani przytknąć ust do tych chochelek, ani nabrać do ust tej wody. Bue. 
Sam park - maleńki, średnio ciekawy. Wielka wystawa zdjęć z przeszłych obchodów Świąt Bliźniąt, kilka posągów, bliźniacze rośliny, dwie alejki. Warto jednak przyjść i zobaczyć, jak Chinki piją wodę z tej studni. Jak udają, że to dla śmiechu, dla zabawy, ale jednocześnie na dnie oka kryją smutek i nadzieję. I co z tego, że nie udowodniono magicznych właściwości wody? Nadzieja jest ważniejsza od całej nauki świata.

2026-04-19

Święto Podwójnej Trójki w Lufengu

Wiele razy wspominałam już o wiosennych rytuałach oczyszczających, związanych z trzecim dniem trzeciego miesiąca księżycowego. Do tej pory skupiałam się głównie na obchodach święta Podwójnej Trójki w Kunmingu, jednak warto wiedzieć po pierwsze, że obchodzone było w wielu miejscach, a po drugie - obchodzili je w rozmaity sposób nie tylko Chińczycy Han, ale również inne grupy etniczne. Wpadł mi niedawno w oko artykuł autorstwa profesora Liu Jianbo dotyczący obchodów tegoż święta przez Yi mieszkających w okolicach Lufengu - czyli w "województwie" Chuxiong. Ich najciekawsze zwyczaje dotyczyły głównie rytuałów związanych z ochroną przed zarazą - czyli doskonale wstrzeliwały się w pierwotne znaczenie tego święta, związanego z rytuałami oczyszczającymi.
Przeczytawszy artykuł, zaczęłam grzebać w temacie, przy okazji odkurzając dawno zdobytą wiedzę o Yi i Yunnanie. Po drodze sformułowałam dziesiątki pytań, które na razie pozostają bez odpowiedzi. 
Wiele grup etnicznych Yunnanu obchodzi to święto - nie tylko Hanowie, ale również Zhuangowie, Miao i Buyi. Tamtejsi Yi natomiast obchodzą je nietypowo: choć zachowują nazwę Podwójna Trójka 三月三, jednak uroczystości odbywają się trzynastego dnia trzeciego miesiąca - ma to związek z legendą, o której za chwilę. Tego dnia mieszkańcy wioski Gaofeng niedaleko Lufengu organizują uroczystości: ofiary, tańce, śpiewy i oczywiście targowisko.
 
Za to bimo (szamani) udają się do starej świątyni w górach, by złożyć w ofierze koguty i owce, modląc się o błogosławieństwo i pomyślność. Część badaczy sądziła, że święto wywodzi się z kultu azalii Delavaya, której kwiaty są związane z płodnością, modlitwami o potomstwo itd. Profesor Liu w trakcie badań odkrył jednak, że istnieją dwie odrębne tradycje ustne dotyczące pochodzenia święta; oprócz kultu górskiego bóstwa ukrytego w naszej azalii, mamy również kult bóstwa medycyny - Króla Lekarstw (药王) - związany bezpośrednio z przekazywaną ustnie historią zarazy i z rytuałami przeciwzarazowymi/oczyszczającymi, dodatkowo nałożony na lokalną wiarę w bóstwo zarazy (瘟神) i bóstwo opiekuńcze ziemi (土主). Wszystkie te kulty początkowo były odrębne, potem zaczęły się jednak poniekąd przenikać. Żeby sprawę dodatkowo skomplikować, nakładają się tu wierzenia chińskie na wierzenia yijskie. Sama koncepcja bóstwa zarazy, z dawien dawna znana etnicznym Chińczykom, zaadaptowana została przez Yi tak, że wrosła w ich własną symbolikę - u nich bóstwo zarazy raz jest białym tygrysem, kiedy indziej wielkim, włochatym bykiem (oba zwierzęta są ważne w yijskich legendach), a kiedy indziej demonem "powstałym po śmierci kobiety, która przez całe życie nie mogła wyjść za mąż z powodu swojej brzydoty", co bardziej szczegółowo opisuje legenda o Dziobatej Ciotce 癞娘娘. 
Ponoć za czasów tangowskich pewien generał walczył z Dziobatą Ciotką; miał do dyspozycji wielkie wojsko, więc w końcu udało mu się zapędzić Dziobatą Ciotkę do jaskini na górze Podwójnej Trójki (!), której wejście następnie zablokował głazami. Biedaczka, zanim zmarła, zapytała tylko, kiedy będzie mogła ujrzeć znów światło dzienne, jednak generał Ma Sanbao odrzekł, że ona wprawdzie już nie wyjdzie, ale za to co rok będzie odwiedzana przez okoliczną ludność, która będzie jej oddawać cześć. Odtąd każdy prowadzący nierówną walkę z trądzikiem czy świerzbem przychodził trzynastego dnia trzeciego miesiąca palić trociczkę i bić pokłony, prosząc Dziobatą Ciotkę o ochronę, zdrowie i pomoc z problemami skórnymi. I teraz tak: wiadomo, że wojny to jedna z głównych przyczyn rozmaitych epidemii i chorób - obecność generała wytłumaczona. Z drugiej łatwo wyguglać Górę Podwójnej Trójki niedaleko Lufengu. Z trzeciej strony ci tangowscy generałowie nie przybywali, żeby pomagać wybijanym zarazą tubylcom, tylko żeby ich trzymać w karbach, a niejednokrotnie i wyrzynać, jeśli ośmielali się butować przeciw władzy chińskiego cesarza. Z czwartej strony generał Ma Sanbao to wprawdzie postać historyczna, faktycznie związana z Tangami, jednak... kompletnie nieobecna w historii Yunnanu! Ciekawe, kiedy inkorporowano go w legendę yijską i kiedy stał się z ich punktu widzenia bohaterem, choć gdyby w ogóle zawitał kiedyś do Yunnanu, byłby najeźdźcą... Tak czy owak, po śmierci Dziobata Ciotka stała się bogiem zarazy, którego zwykły śmiertelnik nie może pokonać, może tylko zaufać rytuałom i błagać mściwe bóstwo o powstrzymanie epidemii czy chorób. Swoją drogą, idea odseparowania ogniska zarazy, żeby ta się nie rozprzestrzeniała, jest ważnym świadectwem wysokiej świadomości medycznej ówczesnych Yi. Ciekawostka: wzięli bóstwo od Chińczyków, jednak zmienili mu płeć. Tradycyjnie wszystkich pięć chińskich bóstw zarazy to mężczyźni - co swoją drogą wydaje mi się zdecydowanie logiczniejsze, skoro to wojska przenosiły choróbska. Stąd właśnie zwyczaj składania ofiar bogu zarazy podczas Podwójnej Trójki. 
Istnieje również niezależna legenda o Królu Lekarstw. Pewnej wiosny wybuchła ponoć nagle wielka epidemia, w trakcie której zmarło wiele ludzi i zwierząt. Na Szczyt Purpurowych Chmur przybył wówczas starzec imieniem Mo Gensheng i zaczął leczyć ludzi i zwierzęta. Jednak epidemia nadal zbierała sute żniwo. Yi wynieśli się więc z tamtych stron (znów: wysoka świadomość medyczna - oddalenie się od miejsca związanego z chorobą), jednak w kolejnym roku, trzynastego dnia trzeciego miesiąca, gdy epidemia już wygasła, Yi zaczęli stopniowo wracać. By uczcić pamięć staruszka, który ratował ludzi, Yi wybudowali świątynię i postawili w niej posąg ku jego czci. Wtedy właśnie narodziła się tradycja dorocznych spotkań owego dnia. Szalenie ciekawi mnie, czy Yi faktycznie zaadaptowali na własne potrzeby któreś z chińskich bóstw buddyjskich (np. Bhajszadźja lub Bhajszadźjarāja) czy taoistycznych (jak Sun Simiao) bądź postać historyczną z historii chińskiej medycyny, czy też są to idee zupełnie niepowiązane, dopiero przez chińskich badaczy opatrzone znakami, które sugerują pokrewieństwo z chińską tradycją. 
Jakby tego było mało, to niejedyna opowieść o Królu Lekarstw. Druga głosi, że w regionie Gaofeng (w przeciwieństwie do Szczytu Purpurowych Chmur łatwo go namierzyć na mapie) wybuchła epidemia, która zdziesiątkowała miejscową ludność. W dodatku nikt nie znał na nią lekarstwa - chorzy mogli już tylko czekać na śmierć. Lokalny zielarz chcąc ratować ludzi przemierzał góry w poszukiwaniu ziół - choćby i musiał spróbować stu, miał nadzieję na znalezienie tego jednego, które pomogłoby jego rodakom. Wspiąwszy się na szczyt góry Podwójnej Trójki wypróbował wiele roślin i w końcu znikła opuchlizna pokrywająca jego rękę. Wrócił więc do domu i nakazał rodakom pójść w góry, nabrać czystej, źródlanej wody zaparzyć w niej herbatkę na bazie tych kilkunastu ziół, które go ozdrowiły. Ponoć po wypiciu wszyscy chorzy ozdrowieli, więc ród Yi został ocalony. By upamiętnić zasługi zielarza, Yi nazwali go Królem Lekarstw. Odtąd wszyscy co roku przychodzą na tę górę, by świętować, a sama góra pełni rolę "świętej". 
Mamy jeszcze trzecią opowieść, o Królu Lekarstw imieniem Naczi Żyma. Był on uczniem swego wuja, a gdy miał zaledwie 15 lat, wuj poddał go próbie: kazał mu się zdiagnozować. Uczeń poprawnie stwierdził, że wuj tak naprawdę udaje chorobę i tak oto zdobył swe lekarskie ostrogi. Razu pewnego zdarzyło mu się leczyć Smoczego Króla i jedną z księżniczek. Upierał się prze dobieraniu leków do chorego, a nie tylko do symptomów. Ponieważ szczęśliwie uleczył oboje, Smoczy Król podarował mu królewską "smoczą szatę" koloru białego. Odtąd chodził on po Yunnanie i leczył lud Yi (źródła nie podają, czy chorych z innych grup etnicznych ignorował). Składając te trzy legendy o yijskich Królach Lekarstw do kupy, zyskujemy przekonanie, że choć historie różnią się w szczegółach, jednak są świadectwem pamięci kulturowej dotyczącej zarazy. Metody leczenia ewoluują; trudno też nie zauważyć podobieństwa zielarza do Boskiego Wieśniaka Shennonga. 
Ale bóstwo zarazy i Król Lekarstw nie wystarczają - Yi dołożyli do nich opiekuńcze bóstwo ziemi 土主. Od zarania dziejów czczone przez Yi jako duch opiekuńczy danego spłachetka ziemi, początkowo "mieszkało" w wysokich sosnach, by wraz z rozwojem kultu dorobić się własnych świątyń i wizerunków - najbardziej znane są te opatrzone sześcioma rękami i trojgiem oczu, dosiadające tygrysa, jednak zdarzają się też bóstwa ziemi będące po prostu przodkami albo dorabiającymi do etatu bóstwami buddyjskimi, jak np. Mahakala - tu widać podobieństwo do lokalnych wierzeń Bajów, którzy z Mahakali również uczynili własne bóstwo bendżuistyczne. Kolejna wersja legendy o Podwójnej Trójce głosi, że aby zapewnić rozkwit wioski, przywódca klanu nakazał wyciąć drzewo azaliowe. Legenda niestety nie podaje, czym owo drzewo mu wadziło, ale najwyraźniej przywódca klanu miał wobec tego miejsca inne plany - może chciał wykarczować las pod pola uprawne? Ścinanie nie poszło łatwo: trwało trzy doby! W końcu jednak drzewo upadło, a z pnia jego wypłynęła strużka krwi. Głupi wieśniacy nie zorientowali się, że to bardzo zły omen, dlatego szalenie ich zdziwiło, gdy ludzie zaczęli chorować, zmniejszyła się dzietność i w ogóle same nieszczęścia. W końcu przywódca poszedł po rozum do głowy i po radę do bimo, a ten rzekł: Azalia koński frędzel jest waszym świętym drzewem, zamieszkanym przez ducha opiekuna. Ściąwszy święte drzewo zabiliście opiekuna waszej wioski, a to nie mogło wam wyjść na dobre. Przerażony przywódca zapytał bimo, czy jest na to jakaś rada. Ten zaś podpowiedział im, by każdego roku trzynastego dnia trzeciego miesiąca wszyscy spotykali się pod posadzonym w tym samym miejscu nowym drzewem by składać w ofierze kurczęta i owce i oddawać cześć świętemu drzewu. Tutaj widać, jak epidemie, choroby, zgony i wszystkie inne nieszczęścia w społeczności Yi wynikają przede wszystkim ze zniszczenia bóstwa opiekuńczego. Z kolei jeśli się przyjrzeć innym tuzhu, okaże się, że bohaterowie, którzy później byli czczeni jako tuzhu zawsze uwalniali lud od nieszczęść, śmierci czy bólu, a niektórzy nawet znali się na ziołach. 
Mamy więc trzy niby niezależne od siebie nawzajem przyczyny świętowania Podwójnej Trójki, jednak tak naprawdę wszystkie te legendy jakoś tam się przenikają i uzupełniają. Bóstwo Zarazy zsyła choroby; Król Lekarstw leczy ziołami i pomaga, a jeśli stanie się w tym naprawdę dobry, zostaje ubóstwiony jako tuzhu - bóstwo opiekuńcze danego miejsca i danej społeczności. Modlitwa do bóstwa opiekuńczego to szamański sposób na pozbycie się choroby, jednak oprócz tego należy zadziałać realną wiedzą medyczną, którą reprezentuje nasz Król Lekarstw. Co ciekawe, to zwalczanie epidemii i chorób zaowocowało nie tylko legendami związanymi z Podwójną Trójką, ale również specyficzną obecnością w trakcie Święta Pochodni - wówczas Yi zakładają maski bóstw i chodząc od domu do domu wykonują Taniec-Z-Maczetami, którego głównym celem jest... odpędzanie demonów i przynoszonych przez nie chorób. Dodając do tego występującą w wielu kulturach symbolikę ognia, który ma oczyszczać, otrzymujemy dodatkowe święto strzegące przed chorobami czy też zarazą. Ciekawostka: w kulturze Yi wierzono dawniej, że również głośny i trudny do ukojenia płacz dziecka spowodowany jest nawiedzeniem go przez ducha/demona choroby. Wprawdzie nikt nie walczy z nim maczetą czy wkładaniem do pieca na trzy zdrowaśki, ale za to podaje się dzieciom do zjedzenia "święty popiół" z ognisk płonących w czasie Święta Pochodni. 
To cudowne pomieszanie wiedzy medycznej (ziołolecznictwo) i szamanizmu z jego wypędzaniem demonów i przywracaniem równowagi we wszechświecie cudownie pokazuje, jak lekarze/bimo starali się zaopiekować i fizycznym, i psychicznym zdrowiem pacjentów. Jedną rzeczą jest wiedza, że kora wierzby to naturalna aspiryna, a drugą świadomość, że jeśli człowiek wierzy, że demon choroby został wypędzony, lekartwo lepiej działa. Nawet w ich dość licznych pismach i eposach zawsze pojawia się ta równowaga: wypędzanie demonów i zażywanie dobrych leków. 
Czy Król Lekarstw Yi jest prototypem bimo? Rytuał dla ducha, lek dla ciała? W trzech przytoczonych legendach leczenie ciała było postawione na pierwszym miejscu, jednak skoro poza Królem Lekarstw Yi poczuli konieczność włączenia w opowieści o Podwójnej Trójce Bóstwa Ziemi, jasnym jest, że równowaga między zdrowiem ciała i zdrowiem duszy jest priorytetem.
Może jeszcze kiedyś zdarzy mi się pojechać do jakiejś yijskiej wioski i przyjrzeć się rytuałom. Gdzieś wciąż żyje we mnie ta dawna studentka kulturoznawstwa pełna entuzjazmu i chęci odkrywania różnorodności świata...

2026-04-14

茶祖节 Święto Herbacianego Przodka

Pamiętacie jeszcze herbacianą górę Jingmai? Właśnie dziś Blangowie tam mieszkający rozpoczynają obchody Święta Herbacianego Przodka, będącego ich najważniejszym świętem. A było to tak: 
Ponad 1800 lat temu legendarny przodek Blangów, Pa Aileng, nakazał swemu ludowi sadzenie drzew herbacianych, a przed śmiercią pozostawił przesłanie: 
Gdybym pozostawił wam konie i bydło, bałbym się, że zginą w nieszczęściu; gdybym pozostawił wam złoto i srebro, bałbym się, że je rozpuścicie; pozostawiam wam więc drzewa herbaciane, aby kolejne pokolenia mogły czerpać z nich bez końca.
Pamięć o Pa Ailengu jako Herbacianym Przodku przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Podczas składania ofiar Przodkowi Herbaty wszyscy mieszkańcy wioski, odświętnie przyodziani, wspinają się na starożytne góry herbaciane, by oddać cześć Duchowi Herbaty tam, gdzie po dziś dzień rośnie najgęstsza herbaciana dżungla. Tam to budują bambusowy ołtarz, na którym zatykają papierowe kwiaty; zowie się on Ołtarzem Ducha Herbaty i to właśnie na nim mieszkańcy wioski składają wszystkie ofiary. Po trzykrotnym uderzeniu w bębny, oficjalnie rozpoczyna się ceremonia składania ofiar Przodkowi Herbaty i przywoływania Ducha Herbaty - które też powtarzane jest trzykrotnie. Głośne modły docierają zapewne nie tylko do Ducha, ale również w każdy zakątek gór i lasów, które dla tubylców są najcenniejszym skarbem. Cała ceremonia potrafi trwać nawet cztery dni! 
Każdy herbaciany klan Blangów z Jingmai ma swoje jedno wybrane drzewo - zazwyczaj to najstarsze - Drzewo Ducha Herbaty. Do pnia przymocowany jest maleńki bambusowy koszyczek, służący do przechowywania przedmiotów ofiarnych. Zanim "herbaciani rolnicy" 茶农 zabiorą się za zbieranie liści z owego najważniejszego drzewa (a później wszystkich innych), muszą najpierw oddać cześć Przodkowi Herbaty i złożyć ofiary Duchowi Herbaty. Liście z tego drzewa musi zbierać najstarszy członek rodziny. Zanim jednak w ogóle się do tego zabierze, musi się odpowiednio przygotować: pości, kąpie się i zmienia całą odzież. Nie tylko on się przygotowuje: poprzedniego dnia wszyscy mieszkańcy danej wioski odkurzają instrumenty muzyczne (przede wszystkim bębny i gongi), robią małe białe słonie na szczęście, szykują świąteczne stroje i potrawy. Senior po dotarciu do drzewa klęka przed nim, ofiarowuje świeżo zaparzoną herbatę, a także poczęstunek, zapala świece i recytuje buddyjskie sutry. Dopiero po zakończeniu ceremonii może wejść na drzewo i zbierać liście. 
Ponoć Blangowie wierzą, że w Drzewie Ducha Herbaty jest miejsce i dla człowieka, i dla bóstwa. Dlatego trzeba zarówno dziękować Przodkowi, jak i błagać Ducha o błogosławieństwo i dobre zbiory. Mało tego: zobaczcie, jak pięknie Blangowie inkorporowali buddyzm, tak chętnie wyznawany w tych rejonach, w swe animistyczne wierzenia (Blangowie z innych rejonów równie chętnie inkorporowali chrześcijaństwo). Modlą się do Ducha Herbaty - bo herbata to ich dusza; przenika wszystkie aspekty ich życia, od narodzin do śmierci, sferę sacrum i życie codzienne, wszystko! 
Oczywiście, ceremonia to nie tylko sutry, modły i ofiary. Po oddaniu czci i modlitwach zaczynają się tańce, hulanki i swawole do wtóru bębnów i śpiewów. Jeśli chcecie z daleka poobserwować te obchody, zapraszam do obejrzenia tej audycji - niestety, napisy tylko po chińsku. Tutaj za to artykuł o Górze Jingmai w anglojęzycznym National Geographic z rewelacyjnymi zdjęciami m.in. zrobionymi właśnie w trakcie ceremonii.
Ech, szkoda, że nie mogę tam być! Może kiedyś się uda...

2026-04-09

Nieśmiertelny z góry Zhebi

Na północny zachód od Starego Miasteczka Akwamarynowy Strumień znajduje się góra Zhebi (Zasłoniętej Akwamaryny). Góra Zhebi jest wysoka i porośnięta gęstym lasem, dzięki czemu nawet w najskwarniejsze dni jej zbocza pozostają przyjemnie chłodne. Na szczycie góry znajduje się stara świątynia, otoczona wysokim, kamiennym murem, a przy niej studnia, której woda wypływa z pnia uschniętego drzewa. Woda ta jest zawsze chłodna, czysta i słodka. To o tej wodzie mówią ludzie, którzy wspominają, że idą na górę Zhebi napić się chłodnej wody. 
Legenda głosi, że świątynię ową zamieszkiwał swego czasu Nieśmiertelny, która często dosiadłszy białego rumaka przyjeżdżał do Bixi w dni targowe. Jeśli po drodze spotykał żebraków, ludzi chorych bądź słabych, często obdarzał ich jałmużną lub leczył. Z czasem stał się znany jako Nieśmiertelna Dusza z Akwamarynowego Szczytu (碧岫灵仙), a samą górę Zhebi zaczęto nazywać "Miastem Nieśmiertelnych". By mu podziękować, ósmego dnia drugiego miesiąca księżycowego i trzeciego dnia trzeciego miesiąca księżycowego dorocznie przychodzili do tej świątyni okoliczni mieszkańcy, by go odwiedzić. 
Był to jeden z Ośmiu Widoków Mojiangu (czy raczej Talangu, bo w tamtych czasach tak właśnie się Mojiang nazywał). Niestety, choć góra Zhebi faktycznie istnieje, o źródle i świątyni już dawno ani widu, ani słychu. To samo dotyczy większości pozostałych widoków Mojiangu. Czas nie obszedł się z tymi okolicami łaskawie; niegdyś zamożne miasteczko Bixi i jego bezpośrednie okolice, bogate herbatą, srebrem i skarbami lasów, po nadejściu Nowych Chin zmarniały, nie dając miejscowym żadnej możliwości rozwoju. 
Ciekawe, czy na fali powrotu do tradycji i tu odbudują stare widoki na nowo, udając ciągłość i poszanowanie dla lokalnej kultury. W sumie nawet nie wiem, czy wolałabym podróbkę staroci, która przynajmniej coś mówiłaby o tradycji, czy coś zupełnie nowego, zapewne szkaradnego jak betonowe pawilony stylizowane na późnych Mingów, co może i kpi z historii, ale za to pokazuje współczesne Chiny w pełnej krasie...

2026-04-02

Jak Smokoń zniebazstąpił i zostawił odcisk kopyta

Dawno, dawno temu, w pewne skwarne popłudnie, na niebie pojawił się niezwykły znak - purpurowa błyskawica, gruba jak studzienna cembrowina, runęła na ziemię, uderzając w podwórze za domem starego Zhao w górskiej wiosce Bugan. Gdy opadł kurz, oczom wszystkich ukazało się coś przedziwnego: zwinięty w kłębek biały stwór o smoczym łbie i końskim ciele. Ponieważ nijak nie dało się go przepędzić, a krzywdy nikomu nie czynił, dali mu spokój i nadali mało może oryginalne, jednak odpowiadające rzeczywistości imię Smokoń 龙马. Prowadził nocny tryb życia - po zmierzchu wychodził na żer, a całe dnie spał. Wkrótce jednak wieśniakom przestała się podobać jego obecność - pożerał całe połacie dojrzewającego ryżu; postanowiono się go pozbyć. Pewnego dnia, gdy Smokoń pogrążony był w głębokim śnie, związano go linami i zaniesiono pod stare drzewo, by żarłoka złożyć w ofierze. Już go miano zabić, gdy się obudził i zarżał przenikliwie. Po chwili na niebie znów rozbłysły purpurowe światła, takie same, jak podczas jego zejścia na ziemię. Ku największemu zdumieniu wieśniaków, nagle ukazał się wojownik schodzący z nieba po obłokach jak po schodach. W dłoni dzierżył lśniącą srebrną włócznię, odziany był w białą zbroję i takiż hełm. Zszedłszy zawołał w głos: Nie ważcie się skrzywdzić mego ukochanego rumaka! Machnął srebrną włócznią i liny prysły, jakby ich nigdy nie było. Smokoń zerwał się na równe nogi, a wojownik go dosiadł. Zanim oszołomieni wieśniacy zdążyli zareagować, Smokoń z rycerzem na grzbiecie wskoczył na wielki głaz przy górskim zboczu i z głośnym rżeniem jednym susem wskoczył na purpurowe obłoki; wraz z nimi zniknęły purpurowe światła. Gdy przerażeni wieśniacy podbiegli do głazu, okazało się, że widnieje na nim ogromny odcisk kopyta. 

Wiosek o nazwie Bugan jest w Yunnanie sporo, tym razem chodzi o tę tuż przy Mojiangu. Trochę zdziwiło mnie to, że legenda została poniekąd połączona z kanononem wierzeń Hanów, ponieważ tubylcy zrównali swego Smokonia i jego rycerza z nikim innym a Zhao Yunem, czyli legendarnym generałem z Okresu Trzech Królestw, który później został ubóstwiony i zdarza mu się pojawiać w charakterze jednego z Bóstw Drzwi, i jego rumakiem 白龍駒 czyli dosłownie "Białym Smoczym Rumakiem". Może to przez połączenie z chmurami? Imię naszego rycerza to właśnie Chmura. A może przez skojarzenie nazwiska bohatera z nazwiskiem starego wieśniaka, na którego podwórzu wylądował Smokoń? Z drugiej strony, nikt go nie pokojarzył z innym Smokoniem, znanym z Wędrówki na Zachód. Tyle pytań, żadnych odpowiedzi...

2026-01-30

Urodziny Końskogłowej 马头娘生日

Jako że w Chinach produkcja jedwabiu od tysiącleci stanowiła ważną część gospodarki, na pewno Was nie zdziwi, że znanych jest tu wiele bóstw opiekujących się drzewami morwowymi, jedwabnikami i osobami parającymi się produkcją jedwabiu. Najbardziej znaną jest 蚕女 (Jedwabnikowa Kobieta) zwana również 蚕神 (Jedwabnym Bóstwem), 蚕马神 (Bóstwem Jedwabników i Koni). Zgodnie z imieniem, opiekuje się ona jedwabnikami. Zazwyczaj przedstawia się ją jako boginię jeżdżącą na białym rumaku, jest jednak znany również znacznie ciekawszy wizerunek: kobieta o końskim łbie. Wiąże się z tym ciekawa legenda. 
Zgodnie z Zapiskami z poszukiwań bóstw 搜神记 z czasów dynastii Jin sprawa wyglądała tak: Pewna dziewczyna z Syczuanu tak tęskniła za ojcem przebywającym na dalekiej wyprawie, że dnia pewnego rzekła żartobliwie do białego ogiera: jeśli przyprowadzisz mojego ojca, wyjdę za ciebie za mąż! Ogier potraktował jej słowa poważnie, zarżał, zerwał się z postronka i pocwałował w dal. Po kilku dniach wrócił z ojcem na grzbiecie, stając się bohaterem dla całej rodziny. Jednak on odmawiał jedzenia i picia; ożywiał się tylko, gdy owa dziewoja wchodziła do stajni, a wówczas rżał na jej widok z wyraźną ekscytacją. Chcąc nie chcąc musiała więc ona wyjawić ojcu, co za głupstwo zrobiła wcześniej. Ojciec się tak zdenerwował, że zastrzelił konia z łuku, a potem obdarł go ze skóry, którą następnie wyprawił i powiesił na podwórzu, by wyschła. Pewnego dnia córka bawiła się nieopodal z sąsiadką, a na widok skóry podeszła, kopnęła ją i westchnęła: głupie bydlę, chciałoś człowieka za żonę, a teraz tu leżysz - na co ci to było? A wtedy końska skóra niespodziewanie wzleciała i, otuliwszy dziewczę, odleciała w dal. Po wielu dniach rodzina w końcu znalazła dziewczę na drzewie, nadal ciasno otuloną końską skórą na kształt kokonu, a w dodatku zamiast własnej głowy miała końską. Ów koński pysk wypluwał jedwabne nici. Rodzice byli pogrążeni w smutku, jednak wszyscy w okolicy odkryli, że to drzewo to morwa, a gąsienice żywiące się jej liśćmi potrafią produkować jedwabne nici. Pewnego dnia wokół dziewczyny, zwanej już wówczas Jedwabnikową Dziewczyną, pojawiło się kilkudziesięciu niebiańskich strażników, którzy przemówili do rodziców tymi słowy: Pan Niebios (Shangdi) postanowił nagrodzić waszą córkę za nabożność względem rodziców darując jej nieśmiertelność i zapraszając do niebiańskiego pałacu jako konkubinę. Będzie jej tam dobrze, nie musicie już się o nią martwić - i unieśli ją między obłoki. Odtąd ludzie zaczęli ją czcić jako tę, która podarowała ludzkości jedwab i tajemnicę jego produkcji. Stała się Jedwabnikowym bóstwem, czczonym nie tylko w Syczuanie, ale w całych Chinach południowych. 
Przed ustanowieniem nowych Chin wizerunki Końskogłowej Boginii były często spotykane w kapliczkach dla Jedwabnego Bóstwa. Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że w niektórych regionach czczono inne bóstwa: Cánmǔ 蚕母 - Matkę Jedwabników, będącą żoną Huang Di i noszącą imię Leizu. Znana jest również opowieść o Bóstwie-W-Zielononiebieskiej-Szacie 青衣神, mitycznym władcy i przodku wszystkich ludzi królestwa Shu (historyczna nazwa Syczuanu). 
Wracając jednak do naszej Końskogłowej - rolnicy jedwabni dwunastego dnia miesiąca la (czyli właśnie dzisiaj) obchodzili jej urodziny, czyli składali ofiary. Dziś większość tradycji związanych z tym świętem (takich jak przystajanie koszy na kokony sztucznymi kwiatami i gęsimi piórami) już zanikła, ale w niektórych społecznościach pozostał zwyczaj przyrządzania, ofiarowywania i jedzenia kluseczek ryżowych w kształcie kokonów jedwabników, zwanych 茧圆 jiǎnyuán. Pierwotnie mniej więcej w połowie miesiąca la zaczynało się prace związane z jedwabnikami; najprawdopodobniej urodziny Końskogłowej służyły zapamiętaniu tej daty. W trakcie roku świąt związanych z jedwabnikami było oczywiście więcej - tradycje były związane z każdą częścią jedwabniczego cyklu życiowego - od rytuałów związanych z wykluciem larw przez specjalną tradycję w Święto Czyste i Jasne - jedzenie kokonowych kulek w dwóch kolorach, białym i zielonym, które symbolizują kokon i liście jedzone przez larwy. Po obfitych zbiorach bogini trzeba było ofiarować wino i jedzenie - w niektórych miejscach odbywało się to w czasie Święta Smoczych Łodzi. Oprócz tego istniały dziękczynne sztuki o jedwabnikach - wioski żyjące z jedwabiu zapraszały wędrowne trupy teatralne, by zostały one odegrane w odpowiednim czasie. Istnieje też cała gama rytuałów, która miała odpędzić od jedwabników złe moce włącznie z wieszaniem wizerunków... kotów, które miały odstraszać bardzo szkodzące hodowli myszy.
Żadna z tych tradycji nie jest znana w Kunmingu, który z jedwabiem nigdy nie miał nic wspólnego. Jednak jeśli chcielibyście zjeść kokonowe kluseczki, możecie śmiało przygotować ciasto takie, jak na tangyuany i po prostu uformować je na kształt jedwabników, w kokonach czy bez.

2025-12-06

Most Błękitnego Smoka 青龙桥

W trakcie wycieczki do przepięknego Lushi szukałam Mostu Błękitnego Smoka. Nawet gdybym nie przeprowadziła kwerendy, dzięki której wiedziałam, czego szukać, to przecież opis tego zabytku był wymalowany na ścianie jednego z budynków w miasteczku:
Szukałam więc wytrwale, póki tubylcy nie powiedzieli, że tego mostu już tu nie ma i żebym poszukała w Fengqingu. Trochę mnie to zdumiało, ale spotkana w Fengqingu Lushinianka wytłumaczyła nam, o co chodzi. Otóż w 2004 roku stary most deska po desce został przeniesiony z wiosek po dwóch stronach Mekongu (należąca do Lushi 金马村 i należąca do Xiaowan 正义村). Przestał pełnić funkcję użytkową, więc zdecydowano, że zostanie przeprowadzony w inne malownicze miejsce o podobnej odległości między brzegami. Trafiło na przedmieścia Fengqingu i tam właśnie należało się wybrać, by go sobie obejrzeć. Dlatego też przybywszy do Fengqingu i posiliwszy się przepysznymi krokietami z plackami wzięliśmy taksówkę i podjechaliśmy zobaczyć cud qingowskiej inżynierii. Niby to tylko sześć kilometrów, ale chcieliśmy zdążyć, gdy było jeszcze dobre światło, a potem kombinować dalej. 
Most Błękitnego Smoka zbudowano w 1761 roku, a w qingowskich kronikach zachowały się wzmianki o dwóch poważnych remontach (1814 i 1844 rok), i dziesięciu pomniejszych. Nigdy jednak te remonty nie zaburzały pierwotnej konstrukcji, dzięki czemu można dziś zobaczyć i dotknąć prawdziwego, zabytkowego mostu południowo-zachodniego Yunnanu. Ma prawie sto metrów długości, trzy metry szerokości i jest zawieszony ponad 15 metrów nad korytem rzeki. My zwiedzaliśmy Fengqing w trakcie pory suchej, przez co tak solidna konstrukcja i wysokość mostu wydają się przesadzone i niepotrzebne. Widziałam jednak zdjęcia z czasu pory deszczowej i powiem szczerze - most nie wisi ani odrobinę za wysoko. 
Most wzmacnia 16 żelaznych łańcuchów ręcznie kutych, które w swej pierwotnej lokalizacji były bardzo niekonwencjonalnie przymocowano do brzegu: otóż wykuto w skale jaskinie w kształcie zwanym "byczym nosem", o których "przegrody nosowe" zahaczono łańcuchy - czternaście na dole, a dwa na górze. Kamienne filary umożliwiały przerzucenie mostu nad rzeką. Po obu stronach most zwieńczony jest sporymi pawilonami, które same w sobie są ciekawe - łatwo sobie wyobrazić, że w dawnych czasach pełniły rolę strażnic i rogatek jednocześnie. Tu wartownicy mieli swoje kwatery; most zamykano z nastaniem nocy i otwierano dopiero o świcie. Ze względu na długość mostu, wysokie brzegi i oczywiście znakomitą obsadę wież strażniczych, w razie ataku nieprzyjaciela nawet bardzo niewielka liczba wartowników mogła długo "trzymać fort". Podsumowując: za Qingów była to bodaj najbardziej imponująca budowla Fengqingu i okolic. 
Skąd jego jakże poetyczna nazwa? Ponoć do budowy zaproszono cieśli i kamieniarzy z Jianchuanu. Jeden z nich, Cai Dengran, uchodził za najlepszego w Yunnanie. Wyobraźcie sobie, że spędził on pół roku badając okolice pod względem hydrologicznym i geologicznym i nadal nie potrafił wybrać odpowiedniego miejsca na most. Pewnego ranka, wstawszy bladym świtem, ujrzał on nad powierzchnią Mekongu poranną mgłę, zasnuwającą najwęższe i najbardziej strome miejsce. Uznał to za znak nieba i postanowił wybudować most właśnie w tym miejscu. Ponoć wykucie jaskiń "byczy nos", a potem nawleczenie na nie łańcuchów zajęło mu pełnych pięć lat! Kiedy właśnie miał zostać zapięty ostatni z łańcuchów, syn mistrza Cai nieopatrznie poślizgnął się i runął w kanion. W tej właśnie chwili znad Mekongu uniosła się gęsta chmura mgły i otuliła go troskliwie, nie pozwalając, by doznał uszczerbku. Okoliczna ludność mawiała potem, że najwidoczniej most został wzniesiony na smoczych żyłach i sam Błękitny Smok ocalił chłopca. Tak właśnie narodziła się nazwa naszego mostu. 
Brzegi długiego na 4880 km Mekongu spina wiele mostów: bambusowe, plecione, żelazne, stalowe, betonowe - ten jednak wydaje się być wyjątkowy przynajmniej w skali Lincangu, ponieważ jest tu najstarszym zachowanym mostem (pomińmy fakt, że został przeniesiony). Ilekroć część zostawała zniszczona, tylekroć odbudowywano go według dawnego wzoru - stanowi więc wizytówkę dawnego Szlaku Końsko-Herbacianego. Musiała po nim przejść każda karawana i każdy kupiec, podróżujący do lub z Lincangu, każdy oddział wojsk, każdy podróżnik. Wiemy już, że Fengqing herbatą stał i stoi. Jednak z racji trudnego położenia i braku sensownych dróg, cały Lincang był terenem niedostępnym i nieznanym. Lincańska przepyszna herbata miała małe szanse podbić świat, skoro nikt o niej nie wiedział, a jej transport był tak skomplikowany. Radę na to znalazł prefekt Shunningu (ówczesna nazwa Fengqingu) Liu Jing 刘靖, który osobiście nadzorował budowę naszego mostu; chciał, by jego miasto zostało w końcu połączone sensownym szlakiem komunikacyjnym z resztą Chin. I tak się stało: budowa mostu wyznacza historyczne połącznie regionu Dali i Lincangu oraz umożliwia transport towarów do Weishan, Dali a potem i do Kunmingu. Tak strategicznego położenia oczywiście jak rok długi strzegli żołnierze. W niespokojnych czasach po upadku cesarstwa bywało, że stacjonował tu cały batalion! 
Najcięższe czasy przyszły oczywiście w czasach współczesnych, wraz ze zmianą sposobu prowadzenia wojny. Po Incydencie na Moście Marco Polo, który rozpoczął drugą wojnę światową, wojska japońskie powoli acz nieubłaganie zajmowały kolejne partie Chin, coraz dalej na południe i na zachód. Pod koniec września 1938 roku dziewięć japońskich samolotów zbombardowało Kunming, ale dopiero w kwietniu 1941 roku trzy samoloty wojskowe doleciały nad tę część Mekongu, by zrzucić łącznie 13 bomb. I wyobraźcie sobie, żadna nie uszkodziła naszego drewnianego mostu! Japończycy wielokrotnie wracali do tego kanionu, jednak mistrz Cai dobrze wybrał miejsce: było tak wąskie, kręte i strome, że piloci obawiali się zanurkować i mogli bombardować tylko z dala - nieefektywnie. Do końca wojny to właśnie tym mostem maszerowały wojska, transporty żywności i lekarstw oraz amunicji. 
Po ustanowieniu ChRL niedaleko wybudowano nowoczesny most wraz z asfaltową drogą, a ten nasz był używany już tylko przez okolicznych wieśniaków. W 2004 roku w związku z projektem dotyczącym hydroelektrowni znajdującej się w górnym biegu Mekongu, wszystkie yunnańskie mosty miały zostać zalane. By tego losu mógł uniknąć nasz zabytkowy most, zarządzono wielką przeprowadzkę, deska po desce, nad maleńką rzeczkę Luozha w pobliżu Fengqingu, będącą zresztą dopływem Mekongu. Znajduje się tam do dziś. Nadal piękny, interesujący i majestatyczny... ale żałuję bardzo, że już nie w tym miejscu, co trzeba. Przetrwał Qingów, Republikę, wojnę i nawet utworzenie nowego państwa na gruzach starego. Szkoda, że historyczne miejsca nad Mekongiem zostały utracone w imię postępu...

2025-11-16

Góra Feniksa 凤山

Ponoć przed wiekami Złoty Feniks szukał swojego miejsca na świecie. Gdy doleciał do pięknych, zalesionych gór i czystych stumieni, zrezygnował z dalszych poszukiwań i osiadł tutaj, zmieniając się w górę, którą ludzie na jego cześć nazwali Górą Feniksa. Podobno przypomina ptaszysko z rozpostartymi skrzydłami, choć jest tak gęsto porośnięta drzewami i krzewami, że ciężko ten kształt dostrzec, zwłaszcza gdy szczyt góry zasłonią tak nisko tu wiszące chmury. Mgła i chmury ukrywające szczyt są tak charakterystyczne, że dawnymi czasy wliczano je w poczet Dziesięciu Krajobrazów Shunningu (pamiętamy, że Shunning to dawna nazwa Fengqingu) - 凤岫凝烟 "Szczyt Feniksa w mgle zastygły". Od zawsze było to ulubione miejsce lokalnej ludności - wspinali się tu, by pooddychać wilgotnymi chmurami i by zerknąć z lotu ptaka na swe miasto. Sto lat temu z hakiem nie było to jednak jedynie miejsce rekreacji, a centrum wielkiego projektu, który zmienił oblicze Fengqingu na zawsze.
W 1906 roku przybył tu trzydziestodwuletni wówczas Qilin 琦璘 (brzmi jak jedno z mitycznych stworzeń, ale inaczej się pisze) - Mandżur z Czerwonej Chorągwi Z Białym Obramowaniem 镶红旗 - by objąć etacik opiekuna miasta i regionu na następnych sześć lat (upadek cesarstwa odebrał mu nie tylko stołek, ale również życie - ale o tym za chwilę). Był znany z uczciwości, surowości, pracowitości i miłości do ludu - przez wszystkie lata swej kariery, czy na północy, czy na południu, lokalna ludność zawsze go chwaliła. Trudno się dziwić - niektóre z jego projektów do dziś przynoszą korzyści miejscowym. 
Qilin wywodził się z jednego z największych mandżurskich rodów ᡶ᠋ᠣᡳ᠌ᠮᠣ ᡥᠠᠯᠠ Foimo hala. Był na tyle sprawnym urzędnikiem, że wybierano go do projektów tyleż ciekawych, co trudnych - zanim wylądował w Shunningu, zarządzał Chengjiangiem (miasteczko koło Jeziora Pieszczenia Nieśmiertelnych), który zapewne też nie był łatwą placówką. Qilin był urzędnikiem wyjątkowym w skali Chin - surowy i nieprzekupny, a w dodatku tego samego oczekiwał od podwładnych. Oczywiście, nie wszystkim się to podobało - zwłaszcza inni urzędnicy mieli mu za złe tę uczciwość. Doskonale widać to w przekazach o jego śmierci. Otóż w stolicy prowincji wybuchł bunt (zapewne ten, przez który Chiny przestały być cesarstwem) i zaczęto zbierać żołnierzy, by ich tam wysłać w celu stłumienia rebelii. Jakiś czas wcześniej powiatowy sędzia Shunningu, Xiao Guixiang, pomógł uciec wysoko postawionemu przestępcy, co w oczach Qilina było przestępstwem. Guixiang żywił oczywiście wobec Qilina, który próbował mu szkodzić, wielką urazę, więc gdy Qilin zajął się organizacją wojsk i nie zwracał uwagi na Xiao Guixianga, ten w towarzystwie garnizonu lokalnej "policji" wkroczył do miasta i pod pretekstem spotkania w świątyni Wenchanga otoczył Qilina z jego wojskiem. Ponoć początkowo Guixiang chciał z Qilinem pójść na jakiś układ, jednak nieprzekupny i ostentacynie uczciwy Qilin zaczął go wyklinać wymyślnymi słowy. Rozwścieczeni poplecznicy Guixianga otworzyli ogień i zabili uczciwego urzędnika. W mieście wybuchł chaos, a Guixiang uciekł. 
Wróćmy jednak do zasług Qilina dla regionu. Otóż podobno to on pierwszy wpadł na to, że można tu rozwinąć przemysł herbaciany! Nie zrozumcie mnie źle: już za czasów najsłynniejszego chińskiego podróżnika Xu Xiake tutejsza herbata była znana na całe Chiny i uważana za absolutnie wspaniałą - zwała się Taihua 太华茶 i jest produkowana do dziś. Jednak dawnymi czasy nie uprawiano tu herbaty na skalę przemysłową. To zmienił właśnie Qilin - kupił nasion herbacianych za nieprawdopodobne ilości srebra, które zgromadził m.in. prosząc lokalnych bogaczy o pomoc, a także wysłał ludzi do Shuangjiangu, żeby się nauczyli metod uprawy i obróbki. Trzy lata później nastąpiły pierwsze zbiory; ponoć jakość liści była tak wyśmienita, że niedługo w każdym domostwie posadzono herbatę i cały region zaczął żyć z jej uprawy. Herbata ta nazywała się od pierwszego miejsca sadzenia Herbatą z Góry Feniksa 凤山茶 i stała się zarzewiem rozkwitu regionu. Co roku organizowano Święto Herbaty Qingming, które było wielkim spotkaniem handlowym dla kupców herbacianych i plantatorów; tradycja ta trwała aż do upadku Republiki Chińskiej. Można powiedzieć, że rozwój regionu spowodował jeden człowiek, który nie tylko wpadł na wyśmienity pomysł, do czego wykorzystać shunnińskie pagórki, ale również zainwestował własne pieniądze w to, żeby stworzyć warunki rozwoju dla herbacianego przemysłu. Do dziś herbata jest filarem gospodarki Fengqingu; pijana jest chętnie zarówno w kraju, jak i za granicą. Tutejsza ludność żyje herbatą: podejmuje się nią gości, jest ona podstawą rozmów o świecie i życiu, śpiewają o niej pieśni i rozwijają lokalną kulturę i gospodarkę myśląc właśnie o herbacie. Gdy królowa Elżbieta II przyjechała do Kunmingu, m.in. to właśnie czarna fengqińska herbata Dianhong 滇红 została jej wręczona w prezencie. Herbata stała się w Fengqingu symbolem cywilizacji i rozwoju, a wszystko za sprawą Qilina. 
Dbał zresztą o wiele innych spraw, nie tylko o herbatę i związany z nią rozwój regionu. Starał się, by dotarły do Shunningu nowości telekomunikacyjne i pocztowe, a poza tym zachęcał miejscowych również do rozwijania hodowli jedwabników, by herbata nie stanowiła jedynego źródła ich dochodu. Poza tym zainwestował w rozwój edukacji: stworzył szkoły podstawową i średnią oraz centrum kształcenia nauczycieli (studium pedagogiczne?), dzięki czemu dzieciaki zyskały zupełnie nowe perspektywy, a region mógł się rozwijać wielotorowo. 
W 1990 roku właśnie te tereny, które Qilin uznał za odpowiednie dla uprawy herbaty, zostały włączone do Parku na Górze Feniksa. Powolutku, powolutku krajobraz się trochę zmienia. Oczywiście, wielkie plantacje herbaciane, z których Fengqing nadal czerpie niemało korzyści materialnych, pozostają plantacjami, po których nikomu nie wolno się bezkarnie włóczyć, jednak zdziczałe poletka na Górze Feniksa wraz z gęstym lasem, który je przenika zostały zmienione w park. Jest tu chyba tylko jedna ścieżka w stylu chińskim - czyli schody i kamienny chodnik - za to wytrwali mogą dojść na szczyt również "na dziko". Spacer uprzyjemniają pawilony, rzeźby itd. 
Ciekawostka: Góra Feniksa należy do "Stu Gór Yunling" 云岭百峰 czyli jest częścią promowanych w ostatnich latach górskich wycieczek działających trochę na zasadzie PTTK: po wdrapaniu się na szczyty należące do Stu Gór Yunling można zeskanować apkę, żeby 打卡 czyli "zaliczyć" kolejny szczyt. Nie udało mi się dotrzeć do informacji, czy za "zaliczenie" wszystkich szczytów dostaje się jakąś odznakę, jednak z całą pewnością sama aplikacja jest bardzo pomocna w robieniu planów wycieczkowych przez osoby, które lubią chodzić po górach - możemy tu znaleźć lokalizacje kolejnych szczytów należących do tej yunnańskiej setki.
zwróćcie uwagę na palindormiczny siedmiozgłoskowiec 天连云海云连天 o połączeniu nieba z chmurami.
Miejmy nadzieję, że nie będą tej góry bardziej "cywilizować" - gdyby została taka, jaką jest teraz, byłoby chyba najpiękniej. No, może tylko przydałoby się bardziej wyeksponować stare drzewka herbaciane i opisać zupełnie nieznaną laikom tutejszą florę...

2025-10-29

Podwójna Dziewiątka w Kunmingu

Dziś Święto Seniora - czyli Podwójna Dziewiątka. Jest świętem seniora nie tylko dlatego, że dożyć 99 roku życia to nie lada osiągnięcie, ale i dlatego, że dziewiątka 九 jest homofonem 久 - długowieczności. A jeszcze wypada na jesień - połączenie z jesienią życia, ale też z dobrymi zbiorami i sezonem chryzantemowym jak znalazł. 
Dawnymi czasy kunmińczycy mieli tego dnia we zwyczaju wspiąć się na Ślimaczy Szczyt 螺峰 (dawna nazwa Góry Yuantong), zapić chryzantemówką i obdarowywać krewnych i znajomych "kwiatowym ciastem" 花糕 czyli tym, co nazywa się również po prostu ciastem podwójnej dziewiątki - ciastem podwójnego słońca 重阳糕. Tradycyjnie jest ono wielowarstwowe, dzięki czemu nabiera znaczenia związanego z awansem - 层层高 (coraz wyższe warstwy). Każda warstwa winna być osłodzona roztopionym brązowym cukrem i przełożona longanami. Wierzch za to powinien być ozdobiony suszonymi głożynami, nasionami lotosu i miłorzębu itd. oraz posypany sezamem i kandyzowaną skórką pomarańczową barwioną na czerwono i zielono 红绿丝. Tak przygotowane ciasto gotuje się na parze - ależ aromatyczne! Ślinka cieknie. Oczywiście, ciasto nie było jedyną przekąską; kunmińczycy pakowali do koszyków ulubione dania piknikowe: misieny na zimno, makaron na zimno, makaron grochowy na zimno, duszone w aromatycznym sosie mięsa i warzywa 卤菜, fistaszki, pestki dyni i słonecznik plus nieodłączną chryzantemową wódeczkę. Taki piknik zwał się 吃席子酒 czyli dosłownie "jeść alkohol na macie" - na pewno pamiętacie, że w wielu yunnańskich dialektach alkohol czy herbatę można "jeść" zamiast pić? 
No dobrze. Dlaczego jednak kunmińczycy akurat w Podwójną Dziewiątkę wybierali się w góry? Czy Podwójna Trójka w Zachodnich Górach im nie wystarczała? Przyczynę podaje legenda. 
Dawno, dawno temu, kiedy Kunming nie był jeszcze w Chinach, nad rzeką Ru grasowała Zaraza. Gdzie się pojawiła, w każdym domu ktoś umierał, codziennie słychać było płaczki pogrzebowe. Miarka się przebrała, gdy Zaraza odebrała rodziców dzielnemu Hengjingowi, który zresztą też ledwo co się wykaraskał. Wydobrzawszy, pożegnał czule ukochaną małżonkę i rodzinne strony, po czym wyruszył, by pytać Nieśmiertelnych o radę i znaleźć sposób na zniszczenie Zarazy. Jednak choć strawił lata na studiach u różnych mistrzów i przemierzył świat wzdłuż i wszerz, nie udało mu się znaleźć lekarstwa ani rady. W końcu jednak usłyszał plotkę, że daleko na wschodzie, na najstarszej z gór żyje mocarny Nieśmiertelny - może on mógłby pomóc? Nie bacząc na niebezpieczeństwa ani trudy dalekiej podróży, ruszył Hengjing pod kierunkiem żurawia, a gdy wreszcie dotarł na miejsce, jego męstwo i wytrwałość zrobiły na Mistrzu tak wielkie wrażenie, że aż pozwolił on Hengjingowi pobierać uń nauki. Nie tylko nauczył go walczyć z demonami, ale również podarował mu wiedźmiński miecz. Wręczył mu go mówiąc: jutro jest dziewiąty dzień dziewiątego miesiąca księżycowego, a Zaraza znów wyjdzie dręczyć ludzi. Nauczyłem cię już wszystkiego, co umiem - wracaj więc do siebie i ocal ludzi przed Zarazą. Na pożegnanie dał mu tobołek liści derenia, butelczynę chryzantemówki, pouczył go, jak ich używać dla odpędzania Zła i kazał mu polecieć na żurawiu do domu. Hengjing dotarł akurat w brzasku poranka podwójnej dziewiątki. Zgodnie z zaleceniem mistrza zgromadził mieszkańców wioski na pobliskiej górze i każdemu wręczył po liściu derenia i po kielonku chryzantemówki. W samo południe rozbrzmiały dziwne wrzaski, a Zaraza wyszła z rzeki, gotowa napsuć krwi mieszkańcom wioski. Kiedy zbliżyła się do zbocza góry, poczuła jednak smród liści derenia i chryzantemowej wódeczki. Zatrzymała się dość gwałtownie, nie śmiąc się ruszyć. Wykrzywiła się potwornie, kombinując, co dalej, zanim jednak zdążyła wykoncypować, jak skutecznie zatkać sobie nos, nadbiegł nasz bohater i wiedźmińskim mieczem posiekał Zarazę na kawałki. Na pamiątkę tego niezwykłego zdarzenia ludzie dorocznie wspinają się w Podwójną Dziewiątkę na jakąś pobliską górę, wierząc, że ochroni ich to przed chorobami i wszelkim innym nieszczęściem. A że Ślimaczy Szczyt był najwyższą górą w Kunmingu (pamiętajmy, że małe wtedy miasteczko nie sięgało Gór Zachodnich czy Gór Długiego Robaka) - to właśnie tu piknikowali kunmińczycy w każdą Podwójną Dziewiątkę.

2025-05-05

Święto Krowiej Duszy 牛魂节

Znanych jest wiele ludów, które obchodzą Krowie Urodziny czy też Święto Krowiej Duszy: Buyi, Zhuangowie, Dongowie, Mulao, Gelao, jednak wiele ludów żyjących od Guizhou i Yunnanu aż po Zhejiang przyswoiło część zwyczajów z dniem tym związanych. Najczęściej święto przypada ósmego dnia czwartego miesiąca księżycowego - w bieżącym roku ten dzień wypada właśnie dzisiaj - ale znane są też obchody ósmego dnia szóstego miesiąca bądź ósmego dnia ósmego miesiąca. Zawsze wtedy właściciele dają odpocząć swemu bydłu, a sami naprawiają bydlęce zagrody czy obory. Z samego rana rodzice przestrzegają pastuszków - czyli wioskowe dzieciaki - aby tego dnia nie ważyły się smagnąć krówska batem; niech bydlątka nacieszą się swoimi urodzinami! Wioskowa starszyzna organizuje dla bydła swoisty "konkurs piękności" - trzeba omówić, który byczek najpostawniejszy, która jałówka dobrze rokuje, które cielę najlepiej przybiera. Jednocześnie seniorzy pouczają właścicieli, że swoje bydło trzeba kochać i szanować, i się nim odpowiednio opiekować. Nie dość na tym! Tego dnia w każdym domu gotuje się czarny ryż (乌饭) barwiony liśćmi smokrzynu, który następnie owija się w liście nieśplika i podaje bydłu*. W niektórych miejscach tradycyjnie zastawia się stoły dobrem wszelakim - od mięs i alkoholi po warzywa i owoce, po czym senior-człowiek prowadzi seniora-byka lub seniorkę-krowę wokół stołu, by się częstowały, a jednocześnie nie ustaje w werbalnych, a czasem nawet śpiewnych pochwałach. W niektórych regionach przetrwał zwyczaj pojenia bydła alkoholem zmieszanym z surowymi jajami. Dopiero gdy krowa się posili, ludzkim członkom rodziny wolno zasiąść do stołów. Jednak to nie koniec obchodów! W niektórych regionach urządza się bydłu kąpiel, pławiąc je w pobliskich rzekach przy wtórze bębnów; w innych organizuje się dla stadka kąpiel w wodzie aromatyzowanej liśćmi ambrowca. Co bardziej pracowici i troskliwi właściciele tego właśnie dnia wyczesują stadko z kołtunów i insektów, a drobne ranki czy ślady ukąszeń smarują maściami. Po tych ablucjach częstokroć przystraja się krowie rogi. Na koniec dnia tradycyjnie cała rodzina powinna pogłaskać swoją krowę po grzbiecie, by życzyć jej szczęścia. 
W dawnych czasach cześć oddawana przy tej okazji krowom równała się czci boskiej, a obchody były wzbogacone o podziękowania dla Boga Bydła (敬牛神), które odbywały się w Świątyniach Króla Byczego Demona 牛魔王庙, jednak wraz z nadejściem nowego porządku stare wierzenia wyblakły, a świątynie poznikały. Samo święto jednak przetrwało, razem z kładzeniem nacisku na to, by wszyscy cenili sobie te pracowite i pożyteczne zwierzęta. 
Skąd jednak wziął się ten niecodzienny zwyczaj? Mówi o tym wiele legend. Pierwsza jest taka: Dawno, dawno temu w straszliwych czasach, gdy pomór bydła zabierał większość stad, ludność północnego Guizhou postanowiła zbierać się ósmego dnia czwartego miesiąca, by modlić się i próbować przebłagać bogów, by raczyli otoczyć opieką ich stada. Razu pewnego słysząc te modły na ziemię zstąpiło krowie bóstwo - Byczy Król 牛王 - by osobiście dopilnować tego, by bydłu nie działa się krzywda. Na pamiątkę tego wydarzenia ludzie ustanowili ten dzień świętem Byczego Króla. 
Ale inni twierdzą, że było inaczej. Otóż dawno dawno temu było sobie małżeństwo. Mąż był zaradnym, pracowitym gospodarzem o gołębim sercu, za to jego żona była leniwym łakomczuchem. Kiedy tylko mąż ruszał rano w pole, ona chowała się w domu, by pomaszkiecić. Pewnego dnia, a było to właśnie ósmego dnia czwartego miesiąca, mąż jak zwykle ruszył w pole, by orać w pocie czoła, choć żona zaspała i nawet dlań nie przyrządziła prostego śniadania. Dzień był tak gorący, a chłop tak osłabiony, że wkrótce zemdlał. Bawół, z którego pomocą chłop orał swe poletko, współczuł mu bardzo, a gdy nieszczęśnik się wreszcie przebudził, odezwał się doń tymi słowy: "Ta twoja żona nie dość, że jest wygodna i leniwa, to jeszcze za twoimi plecami objada się smakołykami, tobie każąc głodować. Teraz właśnie gotuje na parze kleisty ryż, bo ma chrapkę na słodką wódkę. Wracaj prędko do domu!". Chłop nie do końca dowierzał bawołowi, jednak wrócił do domu, a jako osoba prostolinijna powiedział żonie o wszystkim, co rzekł mu bawół. Żonce aż para z uszu buchnęła ze złości, a za karę napchała bawołowi gorącego ryżu do pyska. Odtąd krowy nie potrafią mówić i nie mogą zdradzać mężom żoninych sekretów. Jednak wieść o tym zdarzeniu stugębną plotką rozniosła się po okolicy; żona stała się pośmiewiskiem. A na pamiątkę wydarzenia i w podzięce za dobroć, pracowitość i współczucie bydła co roku stadka krów są karmione kleistym ryżem, oczywiście już nie gorącym, a krowy mogą tego dnia odpocząć od codziennego znoju. 
Wróćmy na chwilę do czarnego ryżu. Tak przyrządzony ryż jest popularny w południowych Chinach, nie tylko wśród mniejszości etnicznych, ale i wśród Hanów. W niektórych miejscach jest tradycyjnym pożywieniem na Święto Czyste i Jasne bądź Święto Zimnego Jedzenia, w innych jada się go tylko przy okazji Krowiego Święta. Tradycyjnie ryż bawiło się w każdym domostwie, jednak dziś można taki kupić i w sklepach - nie tylko przy okazji rozmaitych świąt, ale też jako opcję śniadaniową bądź deser. Najczęściej jest jadany na zimno, posypany białym lub brązowym cukrem. 

*W innych miejscach podaje się wielobarwny ryż.