Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 传统 tradycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 传统 tradycja. Pokaż wszystkie posty

2026-09-25

Święto Środka Jesieni w Muzeum Yunnańskim

Rodzina ZB jest cokolwiek nietradycyjna - nie mają żadnych specjalnych sposobów świętowania. Ot, spotykają się przy jednym stole - a i to nie zawsze - i tyle. I chociaż na co dzień dbam przede wszystkim o to, żeby Tajfuniątko kojarzyło polskie tradycje, są takie święta chińskie, które bardzo lubię i chciałabym spędzać te dni bardziej świątecznie. Jednym z dobrych na to sposobów jest wybranie się w tego typu dni do Muzeum Yunnańskiego, które regularnie organizuje warsztaty i ciekawe spotkania dla dzieci. Czasem rodzice również są zaproszeni. Tak właśnie było rok temu w Święto Środka Jesieni:
Najpierw była część wykładowa, podczas której pani angażowała dzieci do przytaczania znanych im legend i zwyczajów, by następnie objaśnić, że w Yunnanie wiele grup etnicznych obchodzi to święto po swojemu i ma własne legendy (fascynujące!). Później przygotowaliśmy pachnące saszetki (pachną po dziś dzień!) zgodnie z tradycyjnymi recepturami. Jeszcze konkursy i quizy - i roześmiane, zadowolone Tajfuniątko mogło już wrócić do domu. Wieczorem oczywiście spotkaliśmy się w rodzinnym gronie... przy gorącym kociołku, bo przecież musi być coś w kształcie księżyca. 
Dziś znów pełnia. Wszystkiego najlepszego z okazji Święta Środka Jesieni! Smacznych ciasteczek księżycowych (ostatnio moje ulubione są czekoladowe z nadzieniem ze złotej fasoli)!

2026-05-21

茶礼 Herbaciane obyczaje

Wielokrotnie spotkałam się już ze sformułowaniem 茶禮 [茶礼] chálǐ. Herbaciane... no właśnie, co? Słowo 禮 [礼] lǐ ma wiele znaczeń: podarunek, rytuał, ceremonia, etykieta, stosowność, uprzejmość, grzeczność... Obecna w nim boska cząstka 礻shì pojawiła się stosunkowo późno; początkowo znak wyglądał tak (obok ilustracja sugerująca co właściwie miał obrazować):
Widzimy tu liczne prezenty (na bogato!) na ołtarzu ofiarnym. Początkowo oddawanie czci bogom bądź ofiara dla bóstw były opisywane właśnie tym znakiem. A że wszelkie ceremonie religijne były mocno zrytualizowane i przedstawiały wyidealizowany kanon zachowań, w zasadzie wszystkie kolejne znaczenia mają tu swoje źródło. Nie dajcie się zwieść krzywej 曲 fasolce 豆 - znak lǐ 豊 czytany również fēng, a oznaczający obfitość, również wywodzący się z tego pierwszego obrazka, w swej współczesnej formie w ogóle nie pozwala się domyślić, o co miało w nim chodzić. 
Wracając do herbaty - jest najważniejsza, nie mogły się więc bez niej obyć żadne ceremonie, nawet wieloetapowe zaręczyny z wymianą podarków, zwaną 聘禮 [聘礼] pìnlǐ. Zatrzymajmy się na chwilę przy znaku 聘 pìn, który ma sporo znaczeń, wiele mówiących o systemie skojarzeń u Chińczyków. Po pierwsze "zaręczyny", po drugie (o kobietach) wychodzić za mąż. Po trzecie (w formalnym chińskim) odwiedzać jakieś miejsce w związku z misją dyplomatyczną (aż zarżałam), a także zatrudniać, np. w jakiejś firmie. Czyż nie układają nam się pięknie te wszystkie znaczenia? 
Wróćmy do zrękowin, podczas których herbata była częścią obyczaju 茶礼 (obyczaj herbaciany), zwanego również 茶银 (herbaciane srebro). Herbata musiała być wspólna dla wszystkich, żadne tam ja wolę zieloną, ja czarną, a ja bawarkę: jedna rodzina nie je herbaty dwóch rodzin 一家不吃两家茶 (pamiętacie na pewno, że w niektórych dialektach herbatę czy papierosy się "jada"). 
Ceremonia ślubna też nie mogła się bez herbaty obyć. Nazywano ją "trzema herbatami i sześcioma rytuałami". Trzy herbaty to oczywiście herbata zaręczynowa 下茶 (podanie herbaty), herbata ślubna 定茶 (umowna herbata) i herbata poślubna 合茶 (wspólna herbata). Jednak trzy herbaty mogą też dotyczyć trzech rodzajów herbaty podawanej w trakcie ceremonii: pierwsza to nasionka miłorzębu, druga to nasionka lotosu bądź głożyny, a dopiero trzecia była prawdziwą herbatą. Po podaniu czarek należało przyjąć je obiema dłońmi i złożyć głęboki pokłon, a następnie przytknąć do ust, nic nie jedząc, a oddając czarki rodzinie; dopiero tę prawdziwą herbatę po pokłonie należało wypić. 
Jednak herbaciane obyczaje nie dotyczą tylko zaręczyn czy ślubów. Przecież herbatą podejmowało się też zawsze gości. Podanie gorącej herbaty gościom ledwie przekroczyli próg domostwa pokazywało gościnność gospodarza bez względu na status materialny zarówno jego, jak i jego gości. Bogaty poda Smoczą Studnię, a bidok zmiotki z podłogi, ale herbata musi być. Jeśli są po temu warunki, rodzaj podanej herbaty powinien zostać dostosowany do preferencji gościa, zarówno jeśli chodzi o rodzaj herbaty, jak i intensywność smaku i sposób parzenia. Jeśli miało się pod ręką dobrą herbatę, można ją było zaparzyć w szkle lub gaiwanie i przy okazji nacieszyć oczy pięknem liści. Jeśli miało się tylko herbatę gorszego gatunku, lepiej było zaparzyć ją w czajniku i nie pokazywać jej gościom (细茶粗吃, 粗茶细吃). 
Kolejny ważny herbaciany obyczaj dotyczy sposobu nalewania herbaty do czarki. W Chinach istnieje powiedzenie 浅茶满酒 (płytka herbata, pełny alkohol), co oznacza, że o ile alkohole nalewamy do pełna (można nawet tak, że nie da się podnieść kieliszka do ust bez rozlania po drodze), o tyle herbata powinna sięgać idealnie siedmiu dziesiątych czarki (七分满). Istnieje ładne powiedzenie, dzieki któremu łatwiej zapamiętać tę niecodzienną proporcję: siedem części herbaty i trzy części uczuć 七分茶三分情. W ten sposób dbamy o to, żeby gość nie oparzył sobie ust ani dłoni. 
Ważne są też obyczaje związane z higieną: wyparzanie akcesoriów, nie sięganie po susz herbaciany bezpośrednio dłonią (choćby i była najczystsza na świecie), podawanie czarek w odpowiednio elegancki sposób - czarkę umieszczamy na spodeczku, który chwytamy obiema dłońmi i z ukłonem podajemy gościom, którzy winni odebrać go od nas również oburącz, a potem elegancko sączyć po łyczku, zamiast wypić do dna. 
Nie można nie wspomnieć również o tzw. 叩指礼 czyli herbacianym ukłonie palcami. Gdy gospodarz dolewa herbaty do naszej czarki, możemy podziękować mu gestem: oprzeć środkowy palec o stół paznokciem w dół i jednocześnie delikatnie palcem wskazującym kilkukrotnie stuknąć o powierzchnię stołu. To najbardziej tradycyjne podziękowanie związane z ciekawą legendą. Ponoć cesarz Qianlong podróżował kiedyś incognito po kraju i wstąpił do herbaciarni, by odpocząć w drodze. Incognito inkognitem ale oczywiście ploty powędrowały we właściwą stronę i jeden z lokalnych lizusów podążył prędko do tej samej herbaciarni, zapewne po to, żeby się przypochlebić cesarzowi. Usiadł z nim przy stoliku jak gdyby nigdy nic, ale Qianlong nie w ciemię bity i zorientował się, w czym rzecz. Udawali, że od dawna chcieli się poznać, pitu pitu, a że to Qianlong był gospodarzem tego stolika, to on nalał urzędasowi herbaty. Ten aż pobladł z wrażenia; chciał się rzucić na kolana i trzykrotnie stuknąć głową o podłogę jak się należy. No ale incognito! Użył więc palców, by zaimitować głęboki pokłon. Z czasem ten pokłon dłonią wszedł w stały repertuar herbaciarzy; z czasem również ewoluował. W zależności od tego, czy osoba, kóra częstuje nas herbatą jest od nas wyżej, niżej czy mniej więcej równo w hierarchii, podziękowanie może wyglądać różnie, od stukania całą pięścią w stół po puknięcie od niechcenia jednym palcem. 
Ostatnia opowiastka i obyczaj z nią związany również sięga dynastii Qing, a konkretnie kaligrafa i malarza współczesnego Qianlongowi, Eskcentrycznego Mistrza Zheng Xie. Razu pewnego wybrał się on do buddyjskiej świątyni, a ponieważ był skromnie odziany, opat zerknął nań bez zainteresowania i przywitał zwykłym "usiądź" 坐, stosowanym wobec gości niskiego stanu, a następnie zawołał "herbaty!" 茶 do nowicjusza. Wymieniwszy jednak z gościem kilka uwag, opat zorientował się, że musi to być osoba choć trochę wykształcona, więc zaprosił go do bocznego pokoju i tym razem grzeczniej potraktował: usiądź proszę! 请坐, a nowicjusza poprosił: "podaj herbatę"敬茶. I tak rozmawiali sobie, aż w końcu opat odkrył, że skromnie ubranym gościem jest nie kto inny, a Ekscentryczny Mistrz Zheng Xie! Bezzwłocznie zaprosił go do swego prywatnego pokoju i z uszanowaniem poprosił, by ów raczył spocząć 请上坐, a następnie poprosił nowicjusza, by ten zaserwował najlepszą, aromatyczną herbatę 敬香茶. Na koniec wizyty zaczął błagać artystę, by ten zechciał coś dlań wykaligrafować na pamiątkę, a Zheng pomyślał chwilę i stworzył nietypowe kuplety. Pierwszy wers głosił: "usiądź, usiądź proszę, racz spocząć" 坐,请坐,请上坐 , a drugi "herbata, podaj herbatę, zaserwuj aromatyczną herbatę" 茶,敬茶,敬香茶. Opatowi aż w pięty poszło, spiekł raczka i giął się w ukłonach na znak przeprosin. Dostał niezłą nauczkę; przecież stół herbaciany wszystkich zrównuje, a jeśli już ktoś stoi niżej, to zawsze gospodarz, który winien traktować swych herbacianych gości z rewerencją bez względu na ich pochodzenie czy status społeczny. 
Są jeszcze inne herbaciane grzeczności: nalewanie wody do czajnika przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, częstowanie zawsze od lewej strony, a nawet ułożenie dzióbka czajnika w odpowiednią stronę - to wszystko jest skodyfikowane i oczywiste dla chińskich herbaciarzy, choć "nieherbacianym" Chińczykom dziś już umyka. Swego czasu pracując w herbaciarni miałam całą głowę wypełnioną herbacianymi obyczajami; dziś parzę herbatę właściwie tylko dla przyjaciół, więc mogę zachowywać się nieco swobodniej. Lubiłam ceremonię herbacianą zamiast zwykłego zalania liści wodą o odpowiedniej temperaturze; nie wiedząc tego jeszcze, praktykowałam wówczas zen herbaciany i uczyłam się Drogi. A Droga nie ma końca - tak jak herbata.

2026-05-17

文玩玉米 kukurydza do pielęgnacji

Muszę przyznać, że na widok tego akurat straganu zdębiałam.
To nie był bowiem stragan na targu obfitującym w warzywa, a w samym sercu Kunmingu - odpicowanej starówce, gdzie każdy kram specjalizował się w jakichś teczanach, gadżetach i pamiątkach. Zresztą - kukurydzę też wystawiono przy bransoletkach, a poza tym za ładnie wyglądała na to, żeby ją zjadać. O co tu chodzi?
Zacząć trzeba od tego, że Chińczycy skrzyżowali amerykańską odmianę wielokolorowej kukurydzy Szklane Paciorki (Glass Gem Corn) ze rdzennie chińską tzw. kukurydzą miniaturową (Zea mays var. minima), zwaną po chińsku "kukurydzą paluszkową" 拇指玉米. Po paru kukurydzianych pokoleniach udało im się uzyskać karłowatą kukurydzę, której nikt nie uprawia w celach spożywczych, a tylko po to, by podziwiać jej piękno. Oczywiście, natychmiast zaczęto stopniować ich piękno (są cztery stopnie piękna takiej kukurydzy); te najpośledniejsze kosztują kilka yuanów za sztukę, za to te najpiękniejsze są wyceniane na tysiące yuanów! Natychmiast zaczęły też powstawać kukurydziane ozdoby: wisiory, breloczki, bransoletki; szybko okazało się, że warto tworzyć coraz to nowe dekoracyjne gatunki kukurydzy, bo zarabia się na nich więcej niż na tych zwykłych, przeznaczonych do konsumpcji. Nie wierzycie? Znalazłam informację o tym, jak to Yunnańczycy z powiatu Yangbi (niedaleko Dali) dzięki sadzeniu ładnych odmian poza sezonem osiągnęli ceny rzędu 2000-8000 yuanów za sztukę! Wielkie pola ozdobnej kukurydzy znajdują się też w Anningu. Ludzie naprawdę wydają tak nieprawdopodobne pieniądze na ładne kukurydze, choć zdają sobie sprawę, że - w przeciwieństwie do szlachetnych kamieni czy rękodzieła - z czasem nie nabiorą one większej wartości. Mało tego, jeśli kukurydza nie zostanie sztucznie utrwalona, po wyschnięciu ziarenka zaczną wypadać z kolby, a nieidealne kolby już się nie nadają do pielęgnacji. Ale o co w ogóle chodzi z tą pielęgnacją?
Przedmioty wenwan 文玩 - dosłownie: kulturalna zabawa - cieszą się w Chinach długą tradycją. Mówiąc najprościej, chodziło o to, że jakiś przedmiot był traktowany z wielką czułością i dbałością: głaskany, niemal nie wypuszczało się go z rąk, a on dzięki temu dotykowi miał nabierać innych, lepszych cech - był gładszy, bardziej błyszczący, ale też zaczynał "współpracować" z człowiekiem, który oń dbał, poprawiając zdrowie, fengshui itd. Mogła to być jadeitowa, bezcenna bransoletka, ale mógł być to i zwykły kamień czy orzech w łupinie, który z czasem przestawał być zwykły.
Kukurydza wenwan czyli kukurydza do pielęgnacji jest stosunkowo nowym wynalazkiem, w którym praktykę opieki nad przedmiotem połączono z nietypowym surowcem - po wysuszeniu i odpowiedniej obróbce staje się gadżetem do noszenia, głaskania i "patynowania". Proces ten nazywa się 盘玩 pánwán - powolne wygładzanie i nabłyszczanie przez dotyk: przekręcanie, obracanie w dłoni, głaskanie. Na początku dana rzecz jest matowa i chropowata, jednak jeśli każdego dnia przynajmniej po parę minut (niektórzy swych wenwanów niemal nie wypuszczają z dłoni!) dziennie pociera się ją palcami, po kilku tygodniach czy miesiącach na powierzchni ziaren utworzy się przezroczysta, ciepła, lśniąca "patyna". Efekt końcowy winien być taki, że kukurydza wygląda jak wyrzeźbiona w kamieniu.
Dlaczego jednak w ogóle ludzie to kupują?
Cóż. Widziałam brzydsze gadżety, choćby horrendalnie wstrętne Labubu. Kukurydze są ładne, kolorowe, a w dodatku każda jest inna. Poza tym kukurydza z dawien dawna jest w Chinach symbolem obfitości, szczęścia i dobrobytu. Dla innych z kolei przedmioty wenwan służą temu, co od początku było podstawą tej praktyki: ćwiczeniu uważności, świadomego relaksu i skupienia. Moim zdaniem trochę za bardzo hipsterska, zwłaszcza jeśli sprzedawana za wiele tysięcy yuanów - przecież gładzić można właśnie zwykłe kamienie czy kawałki drewna - dla osiągnięcia uważności czy dla relaksu z pewnością to wystarczy, a są trwalsze - znane są przedmioty wenwan dziedziczone od wielu pokoleń.
Czyli tu mamy ciekawostkę: filozofia czy też praktyka wenwan, żądająca cierpliwości i zaangażowania, a także wieloletniego dbania, połączona z dość efemerycznym gadżetem, nietrwałym ale charakterystycznym i w sumie dość ładnym. 
Nie kupiłam. Ale za to po wielu latach może wreszcie przyszedł czas na odkurzenie mojej starej bransolety nefrytowej i praktykowanie wenwan na godnym tego obiekcie?

2026-04-19

Święto Podwójnej Trójki w Lufengu

Wiele razy wspominałam już o wiosennych rytuałach oczyszczających, związanych z trzecim dniem trzeciego miesiąca księżycowego. Do tej pory skupiałam się głównie na obchodach święta Podwójnej Trójki w Kunmingu, jednak warto wiedzieć po pierwsze, że obchodzone było w wielu miejscach, a po drugie - obchodzili je w rozmaity sposób nie tylko Chińczycy Han, ale również inne grupy etniczne. Wpadł mi niedawno w oko artykuł autorstwa profesora Liu Jianbo dotyczący obchodów tegoż święta przez Yi mieszkających w okolicach Lufengu - czyli w "województwie" Chuxiong. Ich najciekawsze zwyczaje dotyczyły głównie rytuałów związanych z ochroną przed zarazą - czyli doskonale wstrzeliwały się w pierwotne znaczenie tego święta, związanego z rytuałami oczyszczającymi.
Przeczytawszy artykuł, zaczęłam grzebać w temacie, przy okazji odkurzając dawno zdobytą wiedzę o Yi i Yunnanie. Po drodze sformułowałam dziesiątki pytań, które na razie pozostają bez odpowiedzi. 
Wiele grup etnicznych Yunnanu obchodzi to święto - nie tylko Hanowie, ale również Zhuangowie, Miao i Buyi. Tamtejsi Yi natomiast obchodzą je nietypowo: choć zachowują nazwę Podwójna Trójka 三月三, jednak uroczystości odbywają się trzynastego dnia trzeciego miesiąca - ma to związek z legendą, o której za chwilę. Tego dnia mieszkańcy wioski Gaofeng niedaleko Lufengu organizują uroczystości: ofiary, tańce, śpiewy i oczywiście targowisko.
 
Za to bimo (szamani) udają się do starej świątyni w górach, by złożyć w ofierze koguty i owce, modląc się o błogosławieństwo i pomyślność. Część badaczy sądziła, że święto wywodzi się z kultu azalii Delavaya, której kwiaty są związane z płodnością, modlitwami o potomstwo itd. Profesor Liu w trakcie badań odkrył jednak, że istnieją dwie odrębne tradycje ustne dotyczące pochodzenia święta; oprócz kultu górskiego bóstwa ukrytego w naszej azalii, mamy również kult bóstwa medycyny - Króla Lekarstw (药王) - związany bezpośrednio z przekazywaną ustnie historią zarazy i z rytuałami przeciwzarazowymi/oczyszczającymi, dodatkowo nałożony na lokalną wiarę w bóstwo zarazy (瘟神) i bóstwo opiekuńcze ziemi (土主). Wszystkie te kulty początkowo były odrębne, potem zaczęły się jednak poniekąd przenikać. Żeby sprawę dodatkowo skomplikować, nakładają się tu wierzenia chińskie na wierzenia yijskie. Sama koncepcja bóstwa zarazy, z dawien dawna znana etnicznym Chińczykom, zaadaptowana została przez Yi tak, że wrosła w ich własną symbolikę - u nich bóstwo zarazy raz jest białym tygrysem, kiedy indziej wielkim, włochatym bykiem (oba zwierzęta są ważne w yijskich legendach), a kiedy indziej demonem "powstałym po śmierci kobiety, która przez całe życie nie mogła wyjść za mąż z powodu swojej brzydoty", co bardziej szczegółowo opisuje legenda o Dziobatej Ciotce 癞娘娘. 
Ponoć za czasów tangowskich pewien generał walczył z Dziobatą Ciotką; miał do dyspozycji wielkie wojsko, więc w końcu udało mu się zapędzić Dziobatą Ciotkę do jaskini na górze Podwójnej Trójki (!), której wejście następnie zablokował głazami. Biedaczka, zanim zmarła, zapytała tylko, kiedy będzie mogła ujrzeć znów światło dzienne, jednak generał Ma Sanbao odrzekł, że ona wprawdzie już nie wyjdzie, ale za to co rok będzie odwiedzana przez okoliczną ludność, która będzie jej oddawać cześć. Odtąd każdy prowadzący nierówną walkę z trądzikiem czy świerzbem przychodził trzynastego dnia trzeciego miesiąca palić trociczkę i bić pokłony, prosząc Dziobatą Ciotkę o ochronę, zdrowie i pomoc z problemami skórnymi. I teraz tak: wiadomo, że wojny to jedna z głównych przyczyn rozmaitych epidemii i chorób - obecność generała wytłumaczona. Z drugiej łatwo wyguglać Górę Podwójnej Trójki niedaleko Lufengu. Z trzeciej strony ci tangowscy generałowie nie przybywali, żeby pomagać wybijanym zarazą tubylcom, tylko żeby ich trzymać w karbach, a niejednokrotnie i wyrzynać, jeśli ośmielali się butować przeciw władzy chińskiego cesarza. Z czwartej strony generał Ma Sanbao to wprawdzie postać historyczna, faktycznie związana z Tangami, jednak... kompletnie nieobecna w historii Yunnanu! Ciekawe, kiedy inkorporowano go w legendę yijską i kiedy stał się z ich punktu widzenia bohaterem, choć gdyby w ogóle zawitał kiedyś do Yunnanu, byłby najeźdźcą... Tak czy owak, po śmierci Dziobata Ciotka stała się bogiem zarazy, którego zwykły śmiertelnik nie może pokonać, może tylko zaufać rytuałom i błagać mściwe bóstwo o powstrzymanie epidemii czy chorób. Swoją drogą, idea odseparowania ogniska zarazy, żeby ta się nie rozprzestrzeniała, jest ważnym świadectwem wysokiej świadomości medycznej ówczesnych Yi. Ciekawostka: wzięli bóstwo od Chińczyków, jednak zmienili mu płeć. Tradycyjnie wszystkich pięć chińskich bóstw zarazy to mężczyźni - co swoją drogą wydaje mi się zdecydowanie logiczniejsze, skoro to wojska przenosiły choróbska. Stąd właśnie zwyczaj składania ofiar bogu zarazy podczas Podwójnej Trójki. 
Istnieje również niezależna legenda o Królu Lekarstw. Pewnej wiosny wybuchła ponoć nagle wielka epidemia, w trakcie której zmarło wiele ludzi i zwierząt. Na Szczyt Purpurowych Chmur przybył wówczas starzec imieniem Mo Gensheng i zaczął leczyć ludzi i zwierzęta. Jednak epidemia nadal zbierała sute żniwo. Yi wynieśli się więc z tamtych stron (znów: wysoka świadomość medyczna - oddalenie się od miejsca związanego z chorobą), jednak w kolejnym roku, trzynastego dnia trzeciego miesiąca, gdy epidemia już wygasła, Yi zaczęli stopniowo wracać. By uczcić pamięć staruszka, który ratował ludzi, Yi wybudowali świątynię i postawili w niej posąg ku jego czci. Wtedy właśnie narodziła się tradycja dorocznych spotkań owego dnia. Szalenie ciekawi mnie, czy Yi faktycznie zaadaptowali na własne potrzeby któreś z chińskich bóstw buddyjskich (np. Bhajszadźja lub Bhajszadźjarāja) czy taoistycznych (jak Sun Simiao) bądź postać historyczną z historii chińskiej medycyny, czy też są to idee zupełnie niepowiązane, dopiero przez chińskich badaczy opatrzone znakami, które sugerują pokrewieństwo z chińską tradycją. 
Jakby tego było mało, to niejedyna opowieść o Królu Lekarstw. Druga głosi, że w regionie Gaofeng (w przeciwieństwie do Szczytu Purpurowych Chmur łatwo go namierzyć na mapie) wybuchła epidemia, która zdziesiątkowała miejscową ludność. W dodatku nikt nie znał na nią lekarstwa - chorzy mogli już tylko czekać na śmierć. Lokalny zielarz chcąc ratować ludzi przemierzał góry w poszukiwaniu ziół - choćby i musiał spróbować stu, miał nadzieję na znalezienie tego jednego, które pomogłoby jego rodakom. Wspiąwszy się na szczyt góry Podwójnej Trójki wypróbował wiele roślin i w końcu znikła opuchlizna pokrywająca jego rękę. Wrócił więc do domu i nakazał rodakom pójść w góry, nabrać czystej, źródlanej wody zaparzyć w niej herbatkę na bazie tych kilkunastu ziół, które go ozdrowiły. Ponoć po wypiciu wszyscy chorzy ozdrowieli, więc ród Yi został ocalony. By upamiętnić zasługi zielarza, Yi nazwali go Królem Lekarstw. Odtąd wszyscy co roku przychodzą na tę górę, by świętować, a sama góra pełni rolę "świętej". 
Mamy jeszcze trzecią opowieść, o Królu Lekarstw imieniem Naczi Żyma. Był on uczniem swego wuja, a gdy miał zaledwie 15 lat, wuj poddał go próbie: kazał mu się zdiagnozować. Uczeń poprawnie stwierdził, że wuj tak naprawdę udaje chorobę i tak oto zdobył swe lekarskie ostrogi. Razu pewnego zdarzyło mu się leczyć Smoczego Króla i jedną z księżniczek. Upierał się prze dobieraniu leków do chorego, a nie tylko do symptomów. Ponieważ szczęśliwie uleczył oboje, Smoczy Król podarował mu królewską "smoczą szatę" koloru białego. Odtąd chodził on po Yunnanie i leczył lud Yi (źródła nie podają, czy chorych z innych grup etnicznych ignorował). Składając te trzy legendy o yijskich Królach Lekarstw do kupy, zyskujemy przekonanie, że choć historie różnią się w szczegółach, jednak są świadectwem pamięci kulturowej dotyczącej zarazy. Metody leczenia ewoluują; trudno też nie zauważyć podobieństwa zielarza do Boskiego Wieśniaka Shennonga. 
Ale bóstwo zarazy i Król Lekarstw nie wystarczają - Yi dołożyli do nich opiekuńcze bóstwo ziemi 土主. Od zarania dziejów czczone przez Yi jako duch opiekuńczy danego spłachetka ziemi, początkowo "mieszkało" w wysokich sosnach, by wraz z rozwojem kultu dorobić się własnych świątyń i wizerunków - najbardziej znane są te opatrzone sześcioma rękami i trojgiem oczu, dosiadające tygrysa, jednak zdarzają się też bóstwa ziemi będące po prostu przodkami albo dorabiającymi do etatu bóstwami buddyjskimi, jak np. Mahakala - tu widać podobieństwo do lokalnych wierzeń Bajów, którzy z Mahakali również uczynili własne bóstwo bendżuistyczne. Kolejna wersja legendy o Podwójnej Trójce głosi, że aby zapewnić rozkwit wioski, przywódca klanu nakazał wyciąć drzewo azaliowe. Legenda niestety nie podaje, czym owo drzewo mu wadziło, ale najwyraźniej przywódca klanu miał wobec tego miejsca inne plany - może chciał wykarczować las pod pola uprawne? Ścinanie nie poszło łatwo: trwało trzy doby! W końcu jednak drzewo upadło, a z pnia jego wypłynęła strużka krwi. Głupi wieśniacy nie zorientowali się, że to bardzo zły omen, dlatego szalenie ich zdziwiło, gdy ludzie zaczęli chorować, zmniejszyła się dzietność i w ogóle same nieszczęścia. W końcu przywódca poszedł po rozum do głowy i po radę do bimo, a ten rzekł: Azalia koński frędzel jest waszym świętym drzewem, zamieszkanym przez ducha opiekuna. Ściąwszy święte drzewo zabiliście opiekuna waszej wioski, a to nie mogło wam wyjść na dobre. Przerażony przywódca zapytał bimo, czy jest na to jakaś rada. Ten zaś podpowiedział im, by każdego roku trzynastego dnia trzeciego miesiąca wszyscy spotykali się pod posadzonym w tym samym miejscu nowym drzewem by składać w ofierze kurczęta i owce i oddawać cześć świętemu drzewu. Tutaj widać, jak epidemie, choroby, zgony i wszystkie inne nieszczęścia w społeczności Yi wynikają przede wszystkim ze zniszczenia bóstwa opiekuńczego. Z kolei jeśli się przyjrzeć innym tuzhu, okaże się, że bohaterowie, którzy później byli czczeni jako tuzhu zawsze uwalniali lud od nieszczęść, śmierci czy bólu, a niektórzy nawet znali się na ziołach. 
Mamy więc trzy niby niezależne od siebie nawzajem przyczyny świętowania Podwójnej Trójki, jednak tak naprawdę wszystkie te legendy jakoś tam się przenikają i uzupełniają. Bóstwo Zarazy zsyła choroby; Król Lekarstw leczy ziołami i pomaga, a jeśli stanie się w tym naprawdę dobry, zostaje ubóstwiony jako tuzhu - bóstwo opiekuńcze danego miejsca i danej społeczności. Modlitwa do bóstwa opiekuńczego to szamański sposób na pozbycie się choroby, jednak oprócz tego należy zadziałać realną wiedzą medyczną, którą reprezentuje nasz Król Lekarstw. Co ciekawe, to zwalczanie epidemii i chorób zaowocowało nie tylko legendami związanymi z Podwójną Trójką, ale również specyficzną obecnością w trakcie Święta Pochodni - wówczas Yi zakładają maski bóstw i chodząc od domu do domu wykonują Taniec-Z-Maczetami, którego głównym celem jest... odpędzanie demonów i przynoszonych przez nie chorób. Dodając do tego występującą w wielu kulturach symbolikę ognia, który ma oczyszczać, otrzymujemy dodatkowe święto strzegące przed chorobami czy też zarazą. Ciekawostka: w kulturze Yi wierzono dawniej, że również głośny i trudny do ukojenia płacz dziecka spowodowany jest nawiedzeniem go przez ducha/demona choroby. Wprawdzie nikt nie walczy z nim maczetą czy wkładaniem do pieca na trzy zdrowaśki, ale za to podaje się dzieciom do zjedzenia "święty popiół" z ognisk płonących w czasie Święta Pochodni. 
To cudowne pomieszanie wiedzy medycznej (ziołolecznictwo) i szamanizmu z jego wypędzaniem demonów i przywracaniem równowagi we wszechświecie cudownie pokazuje, jak lekarze/bimo starali się zaopiekować i fizycznym, i psychicznym zdrowiem pacjentów. Jedną rzeczą jest wiedza, że kora wierzby to naturalna aspiryna, a drugą świadomość, że jeśli człowiek wierzy, że demon choroby został wypędzony, lekartwo lepiej działa. Nawet w ich dość licznych pismach i eposach zawsze pojawia się ta równowaga: wypędzanie demonów i zażywanie dobrych leków. 
Czy Król Lekarstw Yi jest prototypem bimo? Rytuał dla ducha, lek dla ciała? W trzech przytoczonych legendach leczenie ciała było postawione na pierwszym miejscu, jednak skoro poza Królem Lekarstw Yi poczuli konieczność włączenia w opowieści o Podwójnej Trójce Bóstwa Ziemi, jasnym jest, że równowaga między zdrowiem ciała i zdrowiem duszy jest priorytetem.
Może jeszcze kiedyś zdarzy mi się pojechać do jakiejś yijskiej wioski i przyjrzeć się rytuałom. Gdzieś wciąż żyje we mnie ta dawna studentka kulturoznawstwa pełna entuzjazmu i chęci odkrywania różnorodności świata...

2026-04-05

zielony knedel 青团

Dziś chińskie Święto Zmarłych, czyli Święto Czyste i Jasne, a oprócz tego początek kolejnej z naszych 24 pór roku. Z tej okazji chciałam Wam przedstawić przekąskę (a jakże, Chińczycy przecież zawsze świętują brzuchami), która jest popularna właśnie dziś i przez najbliższe dwa-trzy tygodnie (choć oczywiście obecnie można ją dostać również poza sezonem):
青糰/青团 Qīngtuán czyli dosłownie zielona klucha to coś w rodzaju gotowanego na parze knedla ryżowego wywodzącego się z Południowych Chin (Jiangnan), acz popularnego w całych Chinach. Jest zrobiony z ryżu kleistego barwionego bylicą chińską bądź jęczmieniem płonnym. Dziś knedle, które można kupić poza sezonem, mają ciasto barwione matchą, szpinakiem, liśćmi trukwy itp. Nadzienie tradycyjnie powinno być zrobione ze słodkiej pasty z czerwonej lub czarnej fasoli, jednak qingtuany dostępne komercyjnie mogą mieć nadzienia bardzo różne - ostatnio trafiłam na takie z durianem, a także z suszonym słodkim mięsem rousong oraz kiszonym kaczym jajem - słone nadzienia są mniej popularne od słodkich, ale się zdarzają. Oczywiście, mało kto bawi się w samodzielne przygotowanie tej przekąski, zazwyczaj się ją po prostu kupuje na targu, w sklepie bądź od komiwojażerów. Tradycja spożywania qingtuanów podczas naszego święta najprawdopodobniej wzięła się z przedstawionego już kiedyś przeze mnie Święta Zimnego Jedzenia. Ponieważ nie wolno było wówczas rozpalać ognia, to właśnie przekąski w stylu naszych knedelków miały największe wzięcie, ponieważ dało się je przyrządzić z wyprzedzeniem. 
Szczerze mówiąc, nie jestem wielką fanką tej przekąski, ale gdy zaczyna się pojawiać na targu, Tajfuniątko nie potrafi przejść obok nich obojętnie, w związku z czym zdarza mi się uszczknąć kąsek czy dwa.

2026-03-27

Herbaciane zwyczaje ludu Hani

Korzystając z wiedzy naszej hanijskiej mistrzyni herbacianej, dowiedzieliśmy się wielu fascynujących rzeczy. Po pierwsze, to właśnie Hani są jedną z najstarszych grup etnicznych świata, które uprawiały herbatę i ją pijały. Nie dziwi więc, że wiele świąt hanijskich jest związanych z herbatą. Bodaj najsłynniejszym jest Ofiara Herbaciana (brzmiała jak "Fumat", ale nie bardzo się znam na hanijskich językach, więc...) obchodzona przez całą wioskę. Podczas tego święta ludność wioski modli się i składa ofiarę przed najważniejszym/najstarszym drzewem herbacianym. Często czyni się to na wiosnę; ofiara służy wtedy "obudzeniu" bóstwa mieszkającego w herbacianym drzewie i powiadomieniu go, że już wiosna, za chwilę zbiory, wypuść nam dużo liści! Główny szaman klęczy wówczas przed wybranym drzewem i recytuje modlitwy. Dopiero po zakończeniu ceremonii można zebrać pierwsze liście danego roku. 
Hani kultywujący dobre herbaciane tradycje zazwyczaj starają się zbierać tzw. dwa liście i serce (czyli z jednym całkiem nierozwiniętym pąkiem liściowym pośrodku), całość pokryta jeszcze białym puszkiem - to są najlepsze liście, z których można zrobić najwięcej rodzajów herbat wysokiej jakości. Można ją oczywiście sprzedać wielkim producentom, jednak część Hani zostawiają sobie i przyrządzają po swojemu: po przyniesieniu do domu suszą godzinę na słońcu, a w tym czasie rozpalają wielki ogień i rozgrzewają na nim do czerwoności żelazny wok. Do takiego wrzucają liście i "smażą" je w ruchu, cały czas zmniejszając ogień. Tego typu przerywanie utleniania (杀青) różni się od operacji o dobrze kontrolowanej temperaturze, która ma miejsce w fabrykach herbacianych. Hani twierdzą, że właśnie dzięki tej bardzo wysokiej temperaturze i osiągniętej w ten sposób szybkości procesu zachowują najwięcej oryginalnych składników odżywczych i smakowych. Następnie należy ręcznie ugniatać herbatę, im dłużej, tym lepiej. Potem już tylko na delikatnym ogniu dosusza się herbatę - i gotowa. Taka herbata ma piękny kolor, wspaniały, świeży zapach i jest cierpliwa w parzeniu (tzn. można ją parzyć bardzo wiele razy), a ponadto doskonale zaspokaja pragnienie. 
Mówiąc o zaspokajaniu pragnienia, również tradycyjny sposób przyrządzania herbaty jest odmienny od typowej chińskiej ceremonii. Otóż tradycyjnie się ją powoli gotuje w kamionkowym dzbanie lub garnku do otrzymania bardzo mocnego napoju (煨酽茶). Zacząć należy od rozgrzania dzbanka przy palenisku, wsypania liści, a potem czekania, aż przypiekana na sucho herbata zacznie ładnie pachnieć. Wówczas dopiero zalewa się ją wodą i gotuje nawet nie na wolnym ogniu, a obok ognia - z boku paleniska. Czas trudno określić - skoro wielkość dzbana, ilość liści i temperatura mogą się różnić. Można zagrzać i po paru minutach podać, ale można też gotować dwie godziny, jednak smakosze tak przyrządzonej herbaty twierdzą, że jest najlepsza, gdy w powolnym gotowaniu połowa wody wyparuje. Taka herbata jest ciemnożółta, aż po odrobinę fioletu, a także przeraźliwie gorzka, a w dodatku czuć ją wędzonką. Podobna jest do herbat mniejszości Wa, które słyną z goryczy. 
Nie bójcie się jednak: to herbata dla "swoich". Gości natomiast podejmuje się herbatą również przyrządzoną w kamionkowym dzbanku (土锅茶), ale zupełnie inną. Bierze się otóż wodę źródlaną i napełnia nią dzbanek, a ten stawia na płaskim kamieniu do gotowania na brzegu paleniska albo żelaznym trójnogu na środku tegoż. Kiedy się zagotuje, wrzuca się do niej starannie wyselekcjonowane liście dobrej jakości, gotuje trzy do pięciu minut i od razu podaje. Jest ona ponoć złota, aromatyczna i - choć mocniejsza od zwykłej - zdecydowanie łatwiejsza do zaakceptowania od tej poprzedniej. 
Ja jednak chyba najbardziej chciałabym spróbować ichniej herbaty bambusowej. Nie tej, którą już Wam kiedyś przedstawiałam - pu'era dojrzewającego w bambusie - a świeżej herbaty bambusowej. Otóż w trakcie prac polowych w górach Hani tradycyjnie przyrządzają sobie ten boski napój tak: ciachają bambusa tak, żeby z jednej strony nie był na przestrzał, tzn. z zachowaniem jednego węzła. Do bambusa następnie wlewają wodę i gotują nad ogniskiem, jednocześnie opalając liście herbaciane na złoto przed dorzuceniem ich do powoli gotującej się wody. Tak oto powstaje herbata zielonobambusowa 青竹茶 - chyba to jest właśnie ta, o której kiedyś opowiadała mi tajska siostrzyczka. Wprawdzie Hani nie żyją w Tajlandii, ale można tam znaleźć spokrewnioną z nimi grupę etniczną Akha, więc zaistnienie podobnego sposobu przyrządzania herbaty jest całkowicie zrozumiałe. 
Jednak nie zawsze herbatę pija się dla przyjemności czy z pragnienia. W hanijskiej kulturze herbaty używa się również w celach leczniczych. Na przykład na zmęczone oczy (które w Polsce potraktowalibyśmy może okładem z czarnej herbaty bądź rumianku) zaleca się zagotowanie dużej ilości liści herbacianych i wielokrotną parówkę nad tym mocnym naparem. Z kolei na potówki, zwłaszcza u dzieci, stosuje się kąpiele bądź przemywanie miejsc chorobowo zmienionych wodą herbacianą z dodatkiem imbiru i zielonej cebulki. Swoją drogą, może cebulkę sobie podaruję, ale samą ideę przemywania herbatą z imbirem zachowam, bo Tajfuniątko po dziś dzień miewa potówki w te co gorętsze kunmińskie miesiące... 
Oczywiście, wszystkie czynności okołoherbaciane były z dawien dawna okraszone śpiewami i/lub tańcami. Przy palenisku, gdy wykrzywiająca gębę gotowana, gorzka herbata jeszcze nie wydaje się wystaczająco mocna - wtedy jest czas zarówno na pieśni kosmogoniczne i te przywołujące historię ludu czy wioski włącznie z migracjami i wojnami, jak i na pieśni herbaciane. Te ostatnie jednak wolno było śpiewać również przy bardziej prozaicznych okazjach: czy to podczas zbierania herbaty, czy w trakcie trudnej, wymagającej dobrego rytmu pracy przy ugniataniu liści. Zresztą nawet tytuły powiedzą nam, o jakie pieśni chodzi: Pieśń sadzenia herbaty 种茶歌, Pieśń zrywania herbaty 采茶歌, Pieśń picia herbaty 饮茶歌 czy nawet Miłosna pieśń herbaciana 情茶歌 itp. 
Na deser mam dla Was stylizowany hanijski Taniec Zbierania Herbaty (哈尼族采茶舞):
   
Herbacianych pieśni możecie zaś posłuchać nawet na youtube, na przykład tutaj i tutaj.

2026-02-16

Bóstwa Łóżka 床神

Wśród licznych bóstw domowych dość ciekawe miejsce miejsce zajmują bóstwa łóżka. Jest ich dwoje - dziad 公 i baba 婆 - 床公 (Łóżkowy Dziad) oraz 床婆 (Łóżkowa Baba); obecnie najpopularniejsi są w Zhoushan i na okolicznych wyspach, jednak w wielu innych miejscach, zwłaszcza w południowych Chinach, można znaleźć mniej lub bardziej przekonanych do idei tego, by spalić czasem trociczkę dla bóstw, które mają się opiekować jakąś jedną trzecią naszego życia... i jeszcze innymi łóżkowymi aspektami, od rodzenia dzieci przez odpoczynek i rekonwalescencję aż po kopulację. Najłatwiej poznać ich po tym, że trzymają w dłoniach jedno wachlarz z liści bananowca, a drugie kwiat lotosu. Taka mała gierka słowna: banan 蕉 jiāo i lotos 荷 hé to homofon sformułowania 交合 jiāohé, które wprawdzie teoretycznie mogłoby być niewinnym spotkaniem, ale jednak najczęściej oznacza stosunek płciowy.
Nie są jedynymi bóstwami związanymi z łóżkiem; często wspomina się też Matkę Łoża  床母, opiekującą się przede wszystkim noworodkami.
Jedna z najwcześniejszych wzmianek o Bóstwach Łóżka pojawiła się w Noworocznych Śpiewach 除夜杂咏 mingowskiego poety Yanga Xunji 杨循吉. Jest to... hmmm. Poemat etnograficzny rzekłabym: opisuje ówczesne obyczaje dotyczące wigilii chińskiego Nowego Roku (która wypada właśnie dzisiaj). Pojawia się tam dwuwiersz skoncentrowany na ofiarach dla bóstw: 
买饧迎灶帝 ,
kupujemy melasę na powitanie Boga Kuchni 
酌水祀床公 
składamy libację dla Łóżkowego Dziada. 

Skupmy się na dwóch słowach: 
  • 酌 zhuó to nalewać bądź pić alkohol; kolejne po 醮 jiào słowo związane z alkoholowymi rytuałami. 
  • 祀 sì to złożyć ofiarę, w szczególności libację, czyli ofiarę polegającą na wylaniu płynu dla jakiegoś bóstwa czy też w jakiejś intencji. 
Tu jednak warto nadmienić, że ponoć tylko baba lubiła sobie golnąć procenty, a dziad był amatorem herbaty (以酒祀床母,以茶祀床公), więc libacja mogła być niekoniecznie alkoholowa. Być może stąd wziął się również inny zwyczaj wiążący mężczyzn z herbatą a kobiety z alkoholem 男茶女酒 - jednym z tradycyjnych podarków zaręczynowych dla narzeczonej jest stągiew wina ryżowego Shaoxing, za to dziewczę w czasie zaślubin musi rodzicom pana młodego podać herbatę. No ale to tylko mała dygresja, wracajmy do naszych bóstw łóżka. 
Podajemy więc Łóżkowemu Dziadowi herbatę, a Łóżkowej Babie wódeczkę, jednak poza tym w sypialni umieszczamy również słodycze i owoce i modlimy się o spokojny sen aż po kres naszego żywota. Słodycze miały zaspokoić głód, owoce - pragnienie (ciekawe, do czego miały służyć herbata i alkohol). W nogach i głowach łóżka należało również zapalić trociczki - koniecznie właśnie trociczki, nie świeczki! 
Czas tej ceremonii mógł się różnić - niektórzy podejmowali Łóżkowe Bóstwa tuż po Bogu Kuchni, niektórzy zaś czekali z tym aż do pierwszego dnia po Święcie Latarni czyli szesnastego dnia Nowego Roku. Oprócz tych dorocznych ceremonii były również doraźne, związane z wieloma innymi ważnymi dniami: ślub, choroba, pogrzeb... Na wielu wyspach trzy dni po urodzeniu dziecięcia należało złożyć ofiarę naszym bóstwom - ceremonia ta zwała się "Myciem Łóżka" 洗床. Była ona dość specyficzna: dnia owego należało w dwóch czarkach na alkohol ugotować na parze kleisty ryż, ozdobiony czerwoną suszoną głożyną, co miało oznaczać życzenia wczesnego dorośnięcia (pamiętamy, że słówko wcześnie 早 zǎo to homofon głożyny 枣 zǎo, stąd we wszystkich życzeniach, w których chcemy, by coś się szybko zdarzyło, może wystąpić głożyna). Gdy ryż jest gotowy, stawia się go przed łóżkiem, a resztą obdziela dzieci sąsiadów. Gdy dziecko kończy miesiąc, należy natomiast zaprosić któregoś krewniaka do zapalenia Bóstwom Łóżka w ofierze trociczek, a potem zabrać niemowlę na plażę, by związać je z morzem. Po tym symbolicznym związaniu należało przenieść trociczkę do wezgłowia. Ta ceremonia nosiła poetyckie miano "[Stworzenia] łoża z morza, a z nieba błękitu sufitu" 大海为床,蓝天作帐. Ponoć dzieci tak pobłogosławione i zaopiekowane, gdy dorosły nie miały choroby morskiej. W niektórych regionach jedyną osobą uprawnioną do takich czy podobnych ceremonii była babka po mieczu. Czasem ceremonie dla zdrowia dziecka odprawiało się również przy okazji innych dużych świąt takich jak Święto Smoczych Łodzi czy w Podwójną Siódemkę (tu zwłaszcza polecało się dziecię pamięci Matki Łoża, bo właśnie wtedy miała urodziny). Co ważne, w trakcie ceremonii dziecku nie wolno było leżeć na łóżku. 
Ciekawe jest, że gdy dziecko było niespokojne, źle spało i było humorzaste za dnia, również proszono nasze bóstwa o pomoc i zatykano trociczki u wezgłowia. Pewnie kadzidełka i brak tlenu w pomieszczeniu faktycznie świetnie usypiały dzieciaki...
Również dorośli marynarze mieli swoje "łóżkowe" ceremonie. Gdy chorowali, tłukli łóżka, by wygonić czające się w łożu demony. Z kolei podczas pogrzebu udawano się na brzeg morza by spalić prześcieradło - ponoć dzięki temu bóstwa łóżka zabierały duszę do morza. 
Ciekawym jest, że w przeciwieństwie do bodaj wszystkich innych bóstw, te dwa nie miały swych wizerunków ani ustalonego miejsca w domu. Gdzie stało łóżko, tam były i one - bez specjalnych podstawek na trociczki, bez malunków, bez konieczności ubijania zwierząt... Takie łagodne bóstwa, o które bardzo się dbało, dopóki małżeństwo nie dorobiło się potomstwa, a potem modliło się do nich o zdrowie i spokój dzieciaków, ale w sumie mało ważne w codziennym życiu - a już na pewno nie zajmujące pozycji równie poczesnej, co chociażby Bóg Pieniędzy. A przecież spokojny sen jest sto razy ważniejszy od forsy - tak przynajmniej twierdzę ja, od paru tygodni wybita z normalnego rytmu snu przez opiekę nad chorym Tajfuniątkiem i cierpiąca z tej racji katusze.
Czy Chińczycy naprawdę w to wszystko wierzą? 
A czy Polacy wierzą, że jeśli złapiemy się za guzik, to ujrzenie listonosza przyniesie nam szczęście? Może niektórzy wierzą, a większość uważa to za nieszkodliwą tradycję, Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Chińczycy mawiają: 不妨信其有,不敢誣其無 - cóż zaszkodzi wierzyć, w to, że coś tam jest, kiedy nie śmiemy stwierdzić na pewno, że tego nie ma? Niechby przy łóżku kryły się bóstwa czy też anioły, które będą nad nami czuwać. I niech pomogą mi wreszcie odzyskać normalny, zdrowy sen. Zbliża się początek semestru i już NAPRAWDĘ powinnam odespać...

2025-12-04

Minister Wody 水官

Minister Wody to kolejna postać wprost z ludowych legend, kompan Ministra Nieba i Ministra Ziemi, tworzących razem "świętą trójcę" zwaną formalnie 三官大帝 albo po prostu 三元 Trzy Yuany. Są jednymi z najwcześniejszych taoistycznych bóstw. Myślałam, że będzie przeciwwagą dla znanego już nam Ministra Ognia, ale okazało się, że gra w zupełnie innej lidze. Czasem utożsamia się Ministra Nieba z Yao, Ministra Ziemi z Shunem, a Ministra Wody z Yu. Zgodnie z tradycją Minister Nieba ma zsyłać błogosławieństwo, Minister Ziemi przebaczać, a Minister Wody chronić przed nieszczęściami (天官赐福,地官赦罪,水官解厄). Wszyscy oni mają urodziny w czasie pełni księżyca, co dawniej wiązało się z hucznymi obchodami. 
Urodziny Ministra Wody wypadają 15. dnia 10. miesiąca księżycowego czyli właśnie dzisiaj. Uformowany został z qi wiatru i bagien oraz esencji porannego światła i jest odpowiedzialny za wszystkie bóstwa i nieśmiertelnych żyjących w wodzie. W swoje urodziny przybywa do świata ludzi, by zapoznać się z ich grzeszkami i szczęściami, a jednocześnie cały czas stara się ich ochraniać przed nieszczęściem. Niestety, pomoc ta i ichrona są warunkowe: ludzie mogą dostąpić boskiej ulgi w nieszczęściach tylko jeśli świadomie regularnie odprawiają rytuały i składają ofiary Ministrowi Wody. Całe szczęście regularnie to znaczy po prostu raz do roku... Dodatkowo w dawnych czasach był to tradycyjnie dzień, w którym nie można było ubijać zwierzyny ani wykonywać egzekucji.
Dawniej dość powszechne były obchody urodzin ministra połączone z występami artystycznymi zwanymi "teatrem końca zimy"; na Tajwanie są popularne do dziś, a nazywa się je Podziękowaniami za Pokój 谢平安. 
   
(właściwe obchody zaczynają się w szóstej minucie filmu) 

Bardziej ogólnie dzisiejsze święto zowie się Xiayuan (pamiętacie, że naszych trzech ministrów to trzy yuany? Wodny to właśnie dolny yuan). Dziś więc w kaplicach Ministra Wody pojawią się trociczki i ofiary dla naszego bóstwa, a ludzi będą prosić o ochronę przed nieszczęściami. W niektórych regionach ze świeżo zmielonej mąki z kleistego ryżu robiło się knedelki napchane warzywami, które po ugotowaniu na parze stanowiły bezmięsne danie dozwolone w tym dniu - wiemy, że pierwszy i piętnasty dzień miesiąca księżycowego były zgodnie z tradycją zawsze bezmięsne. Wstrzymywanie się od spożywania mięsa w dni urodzin ministrów już za czasów dynastii Tang i Song było głęboko zakorzenione - zresztą, taoiści uważali, że zawsze, gdy się o coś prosi bogów, należy pokazać wstrzemięźliwość i pokorę. 
Dawnymi czasy przed taoistycznymi domostwami stawiano słupy, na których powiewały żółte sztandary z wypisanymi dobrymi wróżbami: Pałac Nieba, Ziemi i Wody, pomyśla pogoda, pokój w państwie, zniszczenie klęsk i nadejście szczęścia itd. Wieczorem w dniu urodzin któregokolwiek z naszych ministrów wieszano na czubku lampiony i robiono knedelki. Często obejmowały też rytuały związane z pracami rolnymi - prośby o wodę podczas pory suchej i błaganie o to, by plony wystarczyły na całą zimę i się nie zepsuły. Ciekawym zwyczajem związanym z Ministrem Wody jest "kolorowanie wody" 水色 - polega na puszczaniu kolorowych łódeczek na pobliskiej rzece. 
Pamiętać jednak należy, że kult Ministra Wody był zdecydowanie popularniejszy na Południu niż Północy. Po prostu tam, gdzie uprawiano ryż na polach zalanych wodą, a dodatkowo rybołówstwo czy połów krewetek były ważną metodą pozyskiwania żywności i/lub bogactwa, właśnie "wodne" bóstwa cieszyły się wielką estymą. Nie znaczy to, że na północy bóstwo to było nieznane - w Pekinie też ludzie palili piekielną forsę, gotowali na parze specjalne bułeczki z czerwoną fasolą itd. - jednak obchody na południu były zdecydowanie huczniejsze. 

2025-11-29

Zamiatanie Wioski 扫寨

Zamiatanie Wioski to tradycja religijna ludu Dong. Polegała na ceremonialnym wygnaniu zarazy i chorób oraz błaganiu bóstw o zdrowie dla wszystkich mieszkańców wioski. Ceremonia taka odbywała się rzadko - raz na trzy do siedmiu lat, a odprawia ją wioskowy szaman, melorecytujący zapożyczony od Zhuangów epos Baeuqloxdoh, opisujący powstanie świata i najważniejsze bóstwa, oraz tłumaczący, dlaczego ludzie powinni być im wdzięczni (tutaj możecie posłuchać maleńkiego fragmenciku melorecytacji). Jeśli chodzi o datę, to Zamiatanie Wioski najczęściej odbywa się w chiński Nowy Rok lub dziesiątego dnia dziesiątego miesiąca księżycowego (Podwójna Dziesiątka), co wypada właśnie dzisiaj. Wielkie obchody potrafią trwać i tydzień, a małe zazwyczaj kończą się po trzech lub pięciu dniach. W zależności od tego, czy ostatnie lata były chude czy tłuste, obchody będą się różnić w wymowie. Jeśli było dobrze, to składamy na boskie ręce podziękowania i prosimy, by bóstwa były w przyszłości jeszcze łaskawsze. Jeśli natomiast wioskę spotkało jakieś nieszczęście - pomór bydła, pożar, powódź, susza - wówczas właśnie sprzątanie i "wymiatanie" nieszczęść i pecha stanowi clou naszej ceremonii. Istotną częścią jest wówczas zarżnięcie kurczaka (bądź ogólnowioskowe zarżnięcie jakiegoś bydlątka) i rytualne wygaszenie ogniska wodą, których celem jest przebłaganie bóstw - ta część odbywa się osobno w każdej chacie, więc kolejnym elementem ceremonii jest rozpalenie nowego ognia i obdarowanie nim wszystkich domostw - ma to być symbol oczyszczenia i nowego początku. 
Podobne ceremonie popularne są w grupach etnicznych Mulam, Miao oraz naszej yunnańskiej Buyi, choć oczywiście obchody owe różnią się w szczegółach - np. nie we wszystkich wioskach gaszenie i rozpalanie ognia jest częścią ceremonii. Próbowałam wyguglać jakieś Zamiatanie Wioski dla Was - myślałam, że w internecie można znaleźć wszystko. Szkopuł w tym, że w tych wioskach, w których takie ceremonie nadal się odbywają, miejscowi często nie zgadzają się na uczestnictwo obcych ani tym bardziej na filmowanie czy robienie zdjęć. I tu dochodzimy do sedna: egzotyczne (dla nas) tradycje są na pewno przeciekawe. Jeśli jednak obiekt "badań" czy "obserwacji" nie zgadza się na uczestnictwo osób trzecich, czegóż możemy się o nich tak naprawdę dowiedzieć? Z drugiej strony doskonale rozumiem niechęć do odprawiania ceremonii przy ludziach traktujących ją nie jak modlitwę, a jak atrakcję turystyczną. Ech.

2025-11-07

Początek Zimy 立冬

 

Cóż, w Kunmingu by ujrzeć bałwana w Początek Zimy trzeba go sobie faktycznie narysować...

Zgodnie z tradycyjnym kalendarzem solarnym, dziś Początek Zimy 立冬 czyli początek dziewiętnastej pory roku. Z punktu widzenia kunmińczyków jest to o tyle dziwne, że tradycyjnie jednym z przejawów nadejścia zimy miało być to, że przez co najmniej pięć dni z rzędu temperatura musiała spaść poniżej dziesięciu stopni Celsjusza - w Kunmingu jeszcze na to sporo za wcześnie. Trzy tradycyjne "pięciodniówki" (三候) to 
  1. Woda zaczyna zmieniać się lód, 
  2. Ziemia zaczyna zamarzać, 
  3. Bażanty wchodzą do wody by zmienić się w wielkie małże. 
Świetnie sobie wyjaśnili to, że ptaszków widać coraz mniej, za to wielkie małże mogą dostarczyć pożywienia, prawda?
Jest to radosna pora roku. Po dożynkach, z pełnymi spichlerzami, możemy w spokoju i dostatku czekać wiosny, odpoczywając po kolejnym ciężkim roku pracy. W niektórych rejonach Chin z okazji Początku Zimy składano ofiary przodkom, organizowano popijawy, a nawet "zapraszano zimę" 迎冬 - co mogło się wiązać nie tylko z ukręceniem karków bażantom, ale i bardzo praktycznym robieniem sobie prezentów z nowych zimowych strojów. Ponieważ zima związana jest w tradycji chińskiej z kolorem czarnym, ubierano się wówczas w czarne stroje i używano czarnych narzędzi czy pojazdów. Z kulinarnego punktu widzenia - na stole nie mogło zabraknąć pierogów (na Północy), trzciny cukrowej (na Południu) i zielonej cebulki (w Nankinie). Z tą zieloną cebulką ciekawa sprawa, bo w Nankinie powiadano, że jeśli się zje pół cebulki dziennie, to po nadejściu zimy w nogi nadal będą mogły pędzić z wiatrem w zawody. W Pekinie nie mogło zabraknąć również baraniny, głównie w postaci tradycyjnego gorącego kociołka 涮羊肉. Tradycyjnie był to moment, w którym należało skończyć z sałatkami i innymi potrawami podawanymi na zimno. Jednocześnie na północy był to ostatni dzwonek, by zacząć gromadzić warzywa i je kisić. Nie jakiś tam gar ogórków, a setki kilogramów kapusty czy białej rzodkwi. W końcu musiało im wystarczyć aż do nadchodzącej bardzo późno wiosny... Oczywiście, w różnych częściach Chin obchody znacznie się różniły. W Shaoxing zaczynano pędzić "żółty winiak" 黄酒 - dopiero gdy było trochę chłodniej, dało się dobrze kontrolować proces fermentacji. W okolicach Henanu, Jiangsu i Zhejiangu znany był za to zwyczaj zwany "wymiataniem świerzbu" 扫疥, który polegał na to, by na bazie ziół z dodatkiem chryzantem i wiciokrzewu zrobić sobie kąpiel chroniącą od chorób. W regionach, w których ustawały wszelkie prace gospodarcze był to jedyny moment, kiedy otwierano tzw. zimowe szkoły (开冬学), organizowane przez bogatych członków społeczności bądź mnichów. Ale to dla młodszych - starsi w tym czasie "zbierali się wokół palenisk, by gotować herbatę i pić wódeczkę" 围炉煮茶饮酒. Nie tylko w ten sposób poprawiali sobie humor i zdrowie, trzeba było jeszcze "uzupełnić zimowe niedobory" 补冬. Jednym z najlepiej znanych przepisów była tzw. zupa na korzeniach. Nie mylcie jej jednak z rosołkiem! To były korzenie o wielkiej mocy: korzeń dzięglu dahuryjskiego, sumaku chińskiego, werbeny egzotycznej, melastomy i innych. Pocięte w plastry były gotowane tak długo, aż powstawał aromatyczny wywar, w którym następnie gotowano mięso własnego wyboru - kurczaka, kaczkę, królika, ale też raciczki wieprzowe czy flaki. Traktowano to mniej jak przysmak, a bardziej - jak lekarstwo wzmacniające przed zimą. Na tej samej zasadzie w wielu południowych prowincjach jada się kaczkę traktowaną jako lekarstwo wzmacniające, razem z psiną, która ląduje na stołach od Dni Żółtej Ziemi.
Hmmm... Wydaje mi się, że już wiem, co będziemy dziś jeść na kolację. Jakąś pieczoną tadornę. Nie z łakomstwa bynajmniej. Przecież musimy uzupełnić zimowe niedobory, prawda?...

2025-10-29

Podwójna Dziewiątka w Kunmingu

Dziś Święto Seniora - czyli Podwójna Dziewiątka. Jest świętem seniora nie tylko dlatego, że dożyć 99 roku życia to nie lada osiągnięcie, ale i dlatego, że dziewiątka 九 jest homofonem 久 - długowieczności. A jeszcze wypada na jesień - połączenie z jesienią życia, ale też z dobrymi zbiorami i sezonem chryzantemowym jak znalazł. 
Dawnymi czasy kunmińczycy mieli tego dnia we zwyczaju wspiąć się na Ślimaczy Szczyt 螺峰 (dawna nazwa Góry Yuantong), zapić chryzantemówką i obdarowywać krewnych i znajomych "kwiatowym ciastem" 花糕 czyli tym, co nazywa się również po prostu ciastem podwójnej dziewiątki - ciastem podwójnego słońca 重阳糕. Tradycyjnie jest ono wielowarstwowe, dzięki czemu nabiera znaczenia związanego z awansem - 层层高 (coraz wyższe warstwy). Każda warstwa winna być osłodzona roztopionym brązowym cukrem i przełożona longanami. Wierzch za to powinien być ozdobiony suszonymi głożynami, nasionami lotosu i miłorzębu itd. oraz posypany sezamem i kandyzowaną skórką pomarańczową barwioną na czerwono i zielono 红绿丝. Tak przygotowane ciasto gotuje się na parze - ależ aromatyczne! Ślinka cieknie. Oczywiście, ciasto nie było jedyną przekąską; kunmińczycy pakowali do koszyków ulubione dania piknikowe: misieny na zimno, makaron na zimno, makaron grochowy na zimno, duszone w aromatycznym sosie mięsa i warzywa 卤菜, fistaszki, pestki dyni i słonecznik plus nieodłączną chryzantemową wódeczkę. Taki piknik zwał się 吃席子酒 czyli dosłownie "jeść alkohol na macie" - na pewno pamiętacie, że w wielu yunnańskich dialektach alkohol czy herbatę można "jeść" zamiast pić? 
No dobrze. Dlaczego jednak kunmińczycy akurat w Podwójną Dziewiątkę wybierali się w góry? Czy Podwójna Trójka w Zachodnich Górach im nie wystarczała? Przyczynę podaje legenda. 
Dawno, dawno temu, kiedy Kunming nie był jeszcze w Chinach, nad rzeką Ru grasowała Zaraza. Gdzie się pojawiła, w każdym domu ktoś umierał, codziennie słychać było płaczki pogrzebowe. Miarka się przebrała, gdy Zaraza odebrała rodziców dzielnemu Hengjingowi, który zresztą też ledwo co się wykaraskał. Wydobrzawszy, pożegnał czule ukochaną małżonkę i rodzinne strony, po czym wyruszył, by pytać Nieśmiertelnych o radę i znaleźć sposób na zniszczenie Zarazy. Jednak choć strawił lata na studiach u różnych mistrzów i przemierzył świat wzdłuż i wszerz, nie udało mu się znaleźć lekarstwa ani rady. W końcu jednak usłyszał plotkę, że daleko na wschodzie, na najstarszej z gór żyje mocarny Nieśmiertelny - może on mógłby pomóc? Nie bacząc na niebezpieczeństwa ani trudy dalekiej podróży, ruszył Hengjing pod kierunkiem żurawia, a gdy wreszcie dotarł na miejsce, jego męstwo i wytrwałość zrobiły na Mistrzu tak wielkie wrażenie, że aż pozwolił on Hengjingowi pobierać uń nauki. Nie tylko nauczył go walczyć z demonami, ale również podarował mu wiedźmiński miecz. Wręczył mu go mówiąc: jutro jest dziewiąty dzień dziewiątego miesiąca księżycowego, a Zaraza znów wyjdzie dręczyć ludzi. Nauczyłem cię już wszystkiego, co umiem - wracaj więc do siebie i ocal ludzi przed Zarazą. Na pożegnanie dał mu tobołek liści derenia, butelczynę chryzantemówki, pouczył go, jak ich używać dla odpędzania Zła i kazał mu polecieć na żurawiu do domu. Hengjing dotarł akurat w brzasku poranka podwójnej dziewiątki. Zgodnie z zaleceniem mistrza zgromadził mieszkańców wioski na pobliskiej górze i każdemu wręczył po liściu derenia i po kielonku chryzantemówki. W samo południe rozbrzmiały dziwne wrzaski, a Zaraza wyszła z rzeki, gotowa napsuć krwi mieszkańcom wioski. Kiedy zbliżyła się do zbocza góry, poczuła jednak smród liści derenia i chryzantemowej wódeczki. Zatrzymała się dość gwałtownie, nie śmiąc się ruszyć. Wykrzywiła się potwornie, kombinując, co dalej, zanim jednak zdążyła wykoncypować, jak skutecznie zatkać sobie nos, nadbiegł nasz bohater i wiedźmińskim mieczem posiekał Zarazę na kawałki. Na pamiątkę tego niezwykłego zdarzenia ludzie dorocznie wspinają się w Podwójną Dziewiątkę na jakąś pobliską górę, wierząc, że ochroni ich to przed chorobami i wszelkim innym nieszczęściem. A że Ślimaczy Szczyt był najwyższą górą w Kunmingu (pamiętajmy, że małe wtedy miasteczko nie sięgało Gór Zachodnich czy Gór Długiego Robaka) - to właśnie tu piknikowali kunmińczycy w każdą Podwójną Dziewiątkę.

2025-08-29

Próbowanie Nowego 尝新节

Próbowanie Nowego 尝新节 zwane również Świętem Jedzenia Nowego 吃新节 jest zwyczajem znanym między innymi w Hunanie, Guizhou, Guangxi i Yunnanie, czyli wszędzie tam, gdzie znajdziemy grupy etniczne Gelao, Miao, Buyi, Bai, Zhuang, Dong, Pumi i wiele innych, bo to właśnie ich tradycyjne święto. Dziś Hanowie (zwłaszcza młodzi i stanu wolnego) obchodzą święto Podwójnej Siódemki czyli "chińskie walentynki",ale w wiejskich obszarach zamieszkanych przez inne grupy etniczne ważne jest to, że właśnie zaczynają się żniwa i nowe zboże trafia na rynek. Trzeba przy tym zauważyć, że choć oficjalna data święta to Podwójna Siódemka, jednak oczywiście w rzeczywistości święto odbyć się może po prostu wtedy, gdy zboża zaczynają dojrzewać - czyli każdego roku i w każdej wiosce może być inaczej - terminy mogą być tak wczesne jak szósty i tak późne jak ósmy miesiąc księżycowy! Również wielkość imprezy może być różna - albo cała wioska obchodzi święto razem, albo obchodzą je osobno pojedyncze rodziny (tak jest np. u Zhuangów). 
Bezpośrednio przed świętem panie domu, wystrojone i zbrojne w słomiane kapelusze (albo z głowami obwiązanymi chustami) i bambusowe kosze wybierają się na pola by zebrać i wymłócić kłosy dojrzałego już ryżu względnie zebrać dojrzałe kolby kukurydzy (jak jest np. u ludu Yao). Całe wioski rozbrzmiewają wówczas perkusją młócki okraszoną pięknymi pieśniami pracy. 
W świąteczny poranek gotują nowy ryż na parze i takim poczęstunkiem wabią na pola starszyznę i dzieciaki, by wspólnie złożyć ofiarę przodkom tudzież odpowiednim bóstwom i zapalić dla nich trociczki lub świeczki (tak jest np. u Lahu). Oczywiście, znane są i inne wariacje, np. uprażony ryż ubity na mączkę z imbirem bądź innymi dodatkami jak w grupie etnicznej Jingpo albo gotowana kukurydza jak u Yao. Później całą rodziną jedzą posiłek dziękczynny - w zależności od regionu i zasobności mogą być to posiłki skromne, w niektórych istnieje ściśle określona ilość potraw (np. bajskie osiem wielkich misek 八大碗, w skład których wchodzą takie delicje jak smażony ser "mleczny wachlarz", kurczak duszony z pigwowcem czy piskorzowa zupa rybna z tofu), ale może się okazać, że trzeba zarżnąć koguta, kozę i świniaka! 
W niektórych regionach praktykuje się podawanie posiłku najpierw psom, a dopiero później ludziom (tu widzimy przenikanie się zwyczajów różnych grup etnicznych - pamiętacie może legendę Pumi o tym, jak to pies zdobył dla ludzi zboże? Oczywiście Pumi również obchodzą to święto, a poza tym wiele innych grup etnicznych również opowiada legendę tego rodzaju z psem w roli głównej). 
Tego dnia nikt nie pracuje, całe wioski się rozmaicie bawią - puszczają fajerwerki, urządzają ceremonię "sprzątania wioski" 扫寨 oraz rozmaite występy artystyczne od operowych po śpiewanie zwykłych piosenek ludowych czy pokazy sztuk walki. Wioskowa starszyzna bądź szaman (w regionach, w których ten zawód przetrwał) wraz z dzieciarnią idą pozbierać jeszcze trochę zbóż, owoców i warzyw i przywiązać je do najstarszego drzewa w wiosce. Później zaś przywiązują do bambusowej tyczki zdobnej czerwonymi papryczkami i zielonymi pędami czosnku czerpak z mięsem kurzym i wieprzowym oraz wódeczką, a następnie wbija tę tyczkę w ziemię uprawną, by pożegnać przodków. Lud Gelao włączył w świąteczne obchody również tradycję darowania życia. Zresztą - łatwo sobie wyobrazić, że skoro Próbowanie Nowego istnieje w wielu regionach i u rozmaitych grup etnicznych, obchody są bardzo zróżnicowane. Niezmienne pozostaje jedno: wdzięczność dla bóstw, przodków czy po prostu natury za to, że w swej łaskawości znów pozwoli nam się wyżywić pracą własnych rąk.

2025-07-17

Minister Ognia 火官

Będąc w Heijingu po raz pierwszy w życiu (bądź po raz pierwszy świadomie) spotkałam się z Ministrem Ognia. Figurka bóstwa w taoistycznym kompleksie świątynnym ku czci Czarnego Wojownika była podpisana, co niestety rzadko się zdarza, a co bardzo pomaga w mych sinologicznych badaniach, że tak bezwstydnie i szumnie nazwę zaspakajanie nieskończonych pokładów okołochińskiego wścibstwa. Oczywiście sylwetkom bóstw nie wolno robić zdjęć, co swoją drogą szalenie utrudnia szukanie informacji. W internecie jednak można znaleźć wszystko, łącznie z Ministrem Ognia, który OCZYWIŚCIE jest płomiennie rudy. 
Zgodnie z Księgą rytuałów można go utożsamiać z Yan Di - Płomiennym Cesarzem, bądź bóstwem Zhurong, czyli właśnie z bóstwami związanymi z ogniem; czasem jest też uważany za ich potomka. Dba on o to, by ogień nie wygasł; jeśli straci pracę, nie będzie komu ognia podtrzymać. Jednocześnie otrzymał pozycję opiekuna planety Mars (bo przecież Mars jest "ognistą planetą") 火德星君. Taki jego wizerunek można na przykład znaleźć w British Museum:
Jako gwiezdne bóstwo (w taoizmie wszystkie ciała niebieskie są "gwiazdami") pozostał bogiem ognia 火神, opiekującym się wszystkimi ogniowymi sprawami, ale również robactwem, fenghuangami i innym ptactwem. A dziś są jego urodziny (23. dzień 6. miesiąca księżycowego). Tak swoją drogą, bardzo ładnie się to zgrało z yijskim Świętem Pochodni (znów ogień!), które też jest świętem ruchomym i rozpoczyna się jutro. Z kolei fenghuangi bywały często tłumaczone na języki zachodnie jako chińskie feniksy; ciekawe, czy ich związek z bóstwem ognia mógł na to wpłynąć. 
Wiara weń sprowadza się do tego, żeby złożyć mu ofiarę, a on dzięki temu nie pokarze nas pożarem. W dzisiejszych czasach modlą się do niego - oraz do Ministra Wody - przede wszystkim strażacy, dla których jest swoistym bóstwem ochronnym. W niektórych miejscach, m.in. w Tajpej, Pekinie i w Hubei istnieją osobne świątynie boga ognia. Na terenie jednej świątyni czci się w osobnych kaplicach cztery bóstwa: Ministrów Nieba, Ziemi, Wody i Ognia (czasem istnieją też osobne świątynki dla każdego z tych bóstw). 
W Tajnanie istnieje zwyczaj "odsyłania Króla Ognia" 送火王 (od ministra do króla - spory awans społeczny!). Zwyczaj narodził się pod koniec XIX wieku. Ponieważ w okolicy istniały wielkie plantacje bawełny i zakłady produkujące bawełniane kołdry, a bawełna jest wysoce łatwopalna, do dziś ludzie modlą się tam o ochronę przed pożarem. W ramach obchodów na drzwiach nakleja się "wodne talizmany" i odsyła Króla Ognia wraz z ogniowymi bestiami 火鬼火兽 do niebiańskich zastępów, jada się czerwone żółwiowe ciasteczka przynoszące szczęście i bardzo dba o to, by Król Ognia nie zerknął w tył i się nie rozmyślił z tym powrotem do nieba. 
W Wędrówce na Zachód Minister Ognia pomagał Małpikrólowi podłożyć ogień, ale nie bardzo im wyszła walka z przeciwnikiem.
Jak widać, postać ciekawa i w sumie całkiem popularna, choć dla mnie nowa. 

2025-07-09

drzeworyty - warsztaty

Moja całkiem obfita wiedza o yunnańskich drzeworytach nie wzięła się znikąd. Muzeum Yunnańskie poza świetnymi wystawami, organizuje również czasem warsztaty na różne okołochińskie tematy. Razu pewnego wybrałyśmy się więc z Tajfuniątkiem właśnie na warsztaty dotyczące drzeworytów, ze szczególnym uwzględnieniem yunnańskich talizmanów jiama. W ramach warsztatów nie tylko mogłyśmy posłuchać o drzeworytach, ich powstawaniu i używaniu, ale również same spróbowałyśmy odbić wzory:
modlitwa do Boga Pieniędzy
Tajfuniątko wybrało sobie wzór ze współcześnie wystylizowanym Kuixingiem, czyli jednym z naszych najulubieńszych bóstw literatury i opiekunem egzaminów. Zwróćcie uwagę na to, że Kuixing wbrew tradycji nie depcze ryby, a raczej jakiegoś smoka.

PS. Oczywiście pomogło! Tajfuniątko dostało bardzo wysoką notę z chińskiego, matmy i angielskiego: z chińskiego jest najlepsza w klasie, a uśredniając te trzy najważniejsze przedmioty, zajęła siódme miejsce w swojej szkole w tym roczniku (na ponad dwusetkę dzieci). Byle tak dalej!

2025-05-31

Pięć Trucizn 五毒

Pięć Trucizn może oznaczać dwie podstawowe rzeczy: pięć groźnych stworzeń znanych w starożytnych Chinach lub pięć niebezpieczeństw widzianych oczami chińskiej partii. Drugie znaczenie odłóżmy na bok i skupmy się na pierwszym. 
Piątego dnia piątego miesiąca księżycowego, czyli właśnie dzisiaj, przypada Święto Smoczych Łodzi, które w dawnych Chinach oznaczało początek lata. Nikt się jednak z tego nie cieszył! Podwójna Piątka była uważana za niepomyślny a nawet groźny dzień - z nadejściem lata wszystkie jadowite paskudztwa zaczynały wyłazić, a w dodatku gorąco było uważane za przyczynę wielu chorób. Zgodnie z przekonaniami starożytnych Chińczyków, truciznę należało zwalczać trucizną. Dlatego pijali realgarową wódkę zawierającą tetrasiarczek tetraarsenu - czegóż by to nie wybiło! Z nietypowych antyjadowych specjałów znane jest również wino przyprawione cynobrem. Jeśli chcieli mieć pupila, który mógłby ich ochronić przed wszelkimi truciznami, sporządzali gu. Inną, zdecydowanie mniej inwazyjną metodą było wieszanie wizerunków chińskiego wiedźmina Zhong Kuia. Jednak za bodaj najskuteczniejszą metodę radzenia sobie z pięcioma truciznami uważano tzw. amulety pięciu trucizn (w zależności od formy: 五毒錢 lub 五毒图案). Uważano je zwłaszcza za najlepszą ochronę dla dzieci, a już w połączeniu z torebeczką pachnącą ziołami, przede wszystkim bylicą chińską, powieszoną wraz z amuletem na szyi dziecka - ochrona zdawała się być stuprocentowa. 
Cóż to było za pięć jadowitych stworzeń? W różnych czasach i warunkach geograficznych mogły się one oczywiście różnić, ale zazwyczaj złota piątka zawierała węża, skorpiona, skolopendrę, ropuchę i gekona. W niektórych tradycjach zamiast zwykłych ropuch pojawiała się trójnoga żaba, a w innych dodatkiem był tygrys albo pająk zamiast nieszkodliwego przecież i pożytecznego gekona. Ciekawa jest również wersja, wedle której pięć trucizn to wyłącznie stworzenia należące do chińskiej grupy owadów 虫: 蜈蚣 (skolopendra)、蛇 (wąż!)、蝎 (skorpion)、蜂 (pszczoła) oraz 蜮 yù - pewne mityczne stworzenie, o którym kiedyś jeszcze napiszę.
Tu ciekawostka: nie, Chińczycy nie uważali tygrysów za jadowite. Po prostu są to zwierzęta samotnicze, a samotność 獨 [独] dú czyta się identycznie, jak truciznę 毒 dú. Inna interpretacja zakłada, że tygrys pojawia się nam tego dnia nie jako jedna z pięciu trucizn, a na pamiątkę po Qu Yuanie, ponieważ ów był urodzony w dniu tygrysa. 
Druga ciekawostka: choć gekony są dla ludzi kompletnie nieszkodliwe, a wiele pająków faktycznie jest jadowitych i bardzo dla nas groźnych, tradycjonaliści nigdy nie zgodzą się na zastąpienie gekona przez pająka w wizerunku pięciu trucizn. Dlaczego? Otóż dlatego, że tradycyjnych pięć trucizn to nie tylko trucizny, ale i lekarstwa - z tych wszystkich stworzeń przyrządzano dawniej medykamenty, a z pająków nie. Dlatego używanie ich wizerunku uważane jest za niewłaściwe. 
Tradycja tych amuletów żyje również w Wietnamie. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu w Chinach nadal są bardzo popularne, wraz z rozmaitymi kolorowymi smoczołodziowymi bransoletkami, ozdobionymi już niekoniecznie wizerunkami pięciu jadowitych stworzeń, a tygryskami lub maleńkimi dzongdzami. 
Tradycją zupełnie nieznaną u nas, na południu, jest jedzenie Ciastek Pięciu Trucizn 五毒餅. W północnych Chinach jada się je właśnie w Święto Smoczych Łodzi i są one również traktowane jak talizman - mają przynosić zdrowie i szczęście. Zazwyczaj kupuje się komplet pięciu; na każdym ciastku znajduje się wizerunek jednej z trucizn, ale są też dostępne wielkie z wymalowanym od razu kompletem stworzeń i wtedy wystarczy jedno.
Współcześnie uważa się też dość powszechnie, że gekon został włączony do grupy omyłkowo zamiast salamandry, która jest wprawdzie zazwyczaj niegroźna dla człowieka, ale faktycznie jest toksyczna. Najbardziej prawdopodobną trucizną jest powszechna tutaj traszka chińska. 
W dzisiejszych Chinach pięcioma truciznami określa się również pięć "grzechów": obżarstwo, opilstwo, dziwkarstwo, hazard i palenie. Według innych mogłoby to być też pięć złych człowieczych zachowań: oszukiwanie, sprzeniewierzanie, zdrada, zwodzenie i złodziejstwo. Buddyści zaś pierwotnie mieli trzy trucizny: chciwość, złość i głupotę, a potem dodali jeszcze powolność i wątpliwość.

Z okazji dzisiejszego Święta Smoczych Łodzi życzę Wam wszystkim zdrowia, spokoju i żadnych spotkań z truciznami w dowolnym tego słowa znaczeniu.

2025-05-29

dzongdzowa radość 粽是快乐

Gra słowna na dziś:
W związku ze Świętem Smoczych Łodzi znak 总 zǒng - zawsze, w każdym wypadku został zamieniony na podobnie brzmiące 粽 zòng - czyli to od dzongdzów, tradycyjnej smoczołodziowej przekąski. Dzięki temu "zawsze radośni", "zawsze szczęśliwi" są dzongdzowo radośni i szczęśliwi.
Wszystkiego najlepszego z okazji Święta Smoczych Łodzi, które będzie już za dwa dni!

2025-05-05

Święto Krowiej Duszy 牛魂节

Znanych jest wiele ludów, które obchodzą Krowie Urodziny czy też Święto Krowiej Duszy: Buyi, Zhuangowie, Dongowie, Mulao, Gelao, jednak wiele ludów żyjących od Guizhou i Yunnanu aż po Zhejiang przyswoiło część zwyczajów z dniem tym związanych. Najczęściej święto przypada ósmego dnia czwartego miesiąca księżycowego - w bieżącym roku ten dzień wypada właśnie dzisiaj - ale znane są też obchody ósmego dnia szóstego miesiąca bądź ósmego dnia ósmego miesiąca. Zawsze wtedy właściciele dają odpocząć swemu bydłu, a sami naprawiają bydlęce zagrody czy obory. Z samego rana rodzice przestrzegają pastuszków - czyli wioskowe dzieciaki - aby tego dnia nie ważyły się smagnąć krówska batem; niech bydlątka nacieszą się swoimi urodzinami! Wioskowa starszyzna organizuje dla bydła swoisty "konkurs piękności" - trzeba omówić, który byczek najpostawniejszy, która jałówka dobrze rokuje, które cielę najlepiej przybiera. Jednocześnie seniorzy pouczają właścicieli, że swoje bydło trzeba kochać i szanować, i się nim odpowiednio opiekować. Nie dość na tym! Tego dnia w każdym domu gotuje się czarny ryż (乌饭) barwiony liśćmi smokrzynu, który następnie owija się w liście nieśplika i podaje bydłu*. W niektórych miejscach tradycyjnie zastawia się stoły dobrem wszelakim - od mięs i alkoholi po warzywa i owoce, po czym senior-człowiek prowadzi seniora-byka lub seniorkę-krowę wokół stołu, by się częstowały, a jednocześnie nie ustaje w werbalnych, a czasem nawet śpiewnych pochwałach. W niektórych regionach przetrwał zwyczaj pojenia bydła alkoholem zmieszanym z surowymi jajami. Dopiero gdy krowa się posili, ludzkim członkom rodziny wolno zasiąść do stołów. Jednak to nie koniec obchodów! W niektórych regionach urządza się bydłu kąpiel, pławiąc je w pobliskich rzekach przy wtórze bębnów; w innych organizuje się dla stadka kąpiel w wodzie aromatyzowanej liśćmi ambrowca. Co bardziej pracowici i troskliwi właściciele tego właśnie dnia wyczesują stadko z kołtunów i insektów, a drobne ranki czy ślady ukąszeń smarują maściami. Po tych ablucjach częstokroć przystraja się krowie rogi. Na koniec dnia tradycyjnie cała rodzina powinna pogłaskać swoją krowę po grzbiecie, by życzyć jej szczęścia. 
W dawnych czasach cześć oddawana przy tej okazji krowom równała się czci boskiej, a obchody były wzbogacone o podziękowania dla Boga Bydła (敬牛神), które odbywały się w Świątyniach Króla Byczego Demona 牛魔王庙, jednak wraz z nadejściem nowego porządku stare wierzenia wyblakły, a świątynie poznikały. Samo święto jednak przetrwało, razem z kładzeniem nacisku na to, by wszyscy cenili sobie te pracowite i pożyteczne zwierzęta. 
Skąd jednak wziął się ten niecodzienny zwyczaj? Mówi o tym wiele legend. Pierwsza jest taka: Dawno, dawno temu w straszliwych czasach, gdy pomór bydła zabierał większość stad, ludność północnego Guizhou postanowiła zbierać się ósmego dnia czwartego miesiąca, by modlić się i próbować przebłagać bogów, by raczyli otoczyć opieką ich stada. Razu pewnego słysząc te modły na ziemię zstąpiło krowie bóstwo - Byczy Król 牛王 - by osobiście dopilnować tego, by bydłu nie działa się krzywda. Na pamiątkę tego wydarzenia ludzie ustanowili ten dzień świętem Byczego Króla. 
Ale inni twierdzą, że było inaczej. Otóż dawno dawno temu było sobie małżeństwo. Mąż był zaradnym, pracowitym gospodarzem o gołębim sercu, za to jego żona była leniwym łakomczuchem. Kiedy tylko mąż ruszał rano w pole, ona chowała się w domu, by pomaszkiecić. Pewnego dnia, a było to właśnie ósmego dnia czwartego miesiąca, mąż jak zwykle ruszył w pole, by orać w pocie czoła, choć żona zaspała i nawet dlań nie przyrządziła prostego śniadania. Dzień był tak gorący, a chłop tak osłabiony, że wkrótce zemdlał. Bawół, z którego pomocą chłop orał swe poletko, współczuł mu bardzo, a gdy nieszczęśnik się wreszcie przebudził, odezwał się doń tymi słowy: "Ta twoja żona nie dość, że jest wygodna i leniwa, to jeszcze za twoimi plecami objada się smakołykami, tobie każąc głodować. Teraz właśnie gotuje na parze kleisty ryż, bo ma chrapkę na słodką wódkę. Wracaj prędko do domu!". Chłop nie do końca dowierzał bawołowi, jednak wrócił do domu, a jako osoba prostolinijna powiedział żonie o wszystkim, co rzekł mu bawół. Żonce aż para z uszu buchnęła ze złości, a za karę napchała bawołowi gorącego ryżu do pyska. Odtąd krowy nie potrafią mówić i nie mogą zdradzać mężom żoninych sekretów. Jednak wieść o tym zdarzeniu stugębną plotką rozniosła się po okolicy; żona stała się pośmiewiskiem. A na pamiątkę wydarzenia i w podzięce za dobroć, pracowitość i współczucie bydła co roku stadka krów są karmione kleistym ryżem, oczywiście już nie gorącym, a krowy mogą tego dnia odpocząć od codziennego znoju. 
Wróćmy na chwilę do czarnego ryżu. Tak przyrządzony ryż jest popularny w południowych Chinach, nie tylko wśród mniejszości etnicznych, ale i wśród Hanów. W niektórych miejscach jest tradycyjnym pożywieniem na Święto Czyste i Jasne bądź Święto Zimnego Jedzenia, w innych jada się go tylko przy okazji Krowiego Święta. Tradycyjnie ryż bawiło się w każdym domostwie, jednak dziś można taki kupić i w sklepach - nie tylko przy okazji rozmaitych świąt, ale też jako opcję śniadaniową bądź deser. Najczęściej jest jadany na zimno, posypany białym lub brązowym cukrem. 

*W innych miejscach podaje się wielobarwny ryż.