2025-10-15
chińskie piosenki a przynależność etniczna
2024-12-31
sylwestrowo
![]() |
| Podpisałam kontrakt z Uniwersytetem Yunnańskim. |
![]() |
| Zaczął się Rok Smoka, a Tajfuniątko miało swoich kilka sekund w Yunnańskiej Gali Noworocznej |
![]() |
| Pierwszy raz w życiu puszczałyśmy z Tajfuniątkiem latawce w przemiłych okolicznościach przyrody. |
![]() |
| Znalazłam kolejną enklawę artystyczną w Kunmingu, w parku Świątyni Maitrei. |
![]() |
| Na majówkę wybrałyśmy się z Tajfuniątkiem do Harbinu, w odwiedziny do wspaniałych dziewczyn z Migawek znad Sungari |
![]() |
| Wycieczka z rodziną i przyjaciółmi do Xundian na wspólne grzybobranie, obżarstwo i muzykowanie do późnych godzin nocnych |
![]() |
| Sesja zdjęciowa w hanfu - tradycyjnych chińskich strojach |
![]() |
| Wycieczka do Heijing - miasta soli. |
![]() |
| W końcu udało nam się znów pójść na narty!! |
2024-12-12
badanie
2020-12-23
urwanie głowy
Całe szczęście Polonia zawsze się jakoś organizuje. Więc i tym razem zamiast dwunastu dań przygotuję jedno. No, może dwa...
PS. Wiadomość z ostatniej chwili - niestety, nie uda mi się odpocząć. Rozłożyłam się i to tak po całości. Trzymajcie kciuki, żeby mi zaraza Tajfuniątka nie zaczepiała...
2020-12-01
jest jak jest
***
Kiedy mieszkałam w Krakowie, ciągle ktoś nas odwiedzał. Zresztą - Mama też prowadziła dom otwarty. Przywykłam, że zawsze ktoś u mnie jest.
A potem przyjechałam do Chin. A tu ludzie rzadko się odwiedzają w domach, a już nigdy nie niezapowiedziani. Po dziesięciu latach jestem już do tego przyzwyczajona, ale...
Nagle telefon: jesteś w domu? Jeśli jesteś, to mogę wpaść na pół godzinki? Jestem akurat w okolicy...
Nie zdążyłam wysprzątać, wymyć podłóg, pościerać kurzu. Testu białej rękawiczki nie trzeba byłoby nawet rozpoczynać - na pierwszy rzut oka widać, że z Prawdziwą Panią Domu mam niewiele wspólnego. Ale - była dobra herbata, ciacho, pogaduchy, śmichy-chichy. Kilka chwil relaksu wśród przepracowania i smutków. Przebłysk przyjaźni w dość obcym świecie. Tak - dla mnie właśnie takie wizyty, nieumówione, nieprzygotowane, nieoczekiwane - to jest dla mnie ważne świadectwo wzajemnej bliskości. Ja wybaczam gościowi to, że mnie napada z zaskoczenia, gość wybacza mi to, że jestem do tej wizyty nieprzygotowana. Odkładamy formalności na bok i cieszymy się, że zdołałyśmy dla siebie wykraść te trzy kwadranse. Tak mi tego brakowało!
PS. Nie, koleżanka nie jest Chinką. Chinka nigdy by mi czegoś takiego nie zrobiła. A szkoda.
***
Dawniej utrzymywaliśmy się głównie z uczniów ZB. Jego zwykła pensja szła na konto, a kasa od uczniów na życie.
Od początku pandemii ZB nie ma uczniów. Niektórym nie udało się wrócić do Kunmingu, niektórych rodzice potracili pracę i przestali mieć czas i pieniądze na zbytki typu gra na saksofonie. Niektórzy są studentami i muszą mieszkać w kampusach uniwersyteckich i nie mogą z nich wychodzić. Zakasałam więc rękawy i rzuciłam się w wir pracy. Okazało się, że jestem nawet lepszą nauczycielką niż dawniej, bo teraz potrafię też uczyć małe dzieci i mam do nich zarówno podejście, jak i cierpliwość. Świetnie! Muszę przyznać, że praca ma swoje zalety - oderwanie się od spraw domowych, swoboda finansowa, dobre samopoczucie związane z solidnie wykonywanymi obowiązkami. Jestem też często chwalona, a to pewnie każdy lubi. A jednak są i problemy. Większość uczniów ma czas tylko wieczorami i w weekendy. Czyli niemal cały czas, który dawniej spędzałam z Tajfuniątkiem po jej przedszkolu, teraz spędzam pracując. Już po paru miesiącach wyraźnie daje się zauważyć, jak bardzo popsuł się polski Tajfuniątka. I wprawdzie wymyśliłam dyżury, dzięki którym staramy się utrzymać jej polski na jak najwyższym poziomie, ale... Jest mi trudno. Głowa wie, że akurat teraz robię to, co muszę, ale serce żywo protestuje.
***
Ufff. Mąż poszedł do pracy, Tajfuniątko do przedszkola. Zamiast silić się na jakiś rozbudowany, wielodaniowy lunch, zrobię sobie prawdziwą, polską jajecznicę. Z cebulą. Mniam.
Zrobiłam. Jem pierwszy kęs. Niby dobra, ale...
Mój wzrok pada na słoiczek ostrego, słonego sfermentowanego tofu, zwanego u nas lufu. Już po chwili zajadałam, aż mi się uszy trzęsły. Była to mocna, ostra jajecznica, nie jakieś mdłe jajeczne babroły.
Traf chciał, że męża wypuścili wcześniej z pracy. Byłam właśnie w połowie lunchu, gdy podszedł do stołu, by sprawdzić, co takiego pysznego przyrządziłam. Zapytał: "co ta jajecznica taka czerwona?", po czym jego wzrok padł na słoiczek lufu. O matko, jak on się ze mnie śmiał...
***
W poniedziałki, środy i piątki chodzę na badminton. Tuż po tym, jak Tajfuniątko idzie do przedszkola, wsiadam na rower i zmykam, jeszcze przed śniadaniem. Pół godziny drogi w jedną stronę, więc do godzinki badmintona trzeba dodać godzinę roweru - i już mamy dwie godziny ćwiczeń fizycznych. Och, jak mi to dobrze robi!
Tego dnia pytam badmintonową partnerkę: masz czas po badmintonie? Może skoczymy na kawę?
Miała.
Poszłyśmy więc najpierw na szybki brunch złożony z misienów z tofu (najlepsze w mieście!), potem siadłyśmy na słonecznym tarasie z kubkami kawy w dłoniach, a gdy przegadałyśmy całe przedpołudnie, stwierdziłyśmy, że starczy nam jeszcze czasu, by skoczyć na krótki masaż. Po południu posprzątam, zrobię kolację i pójdę do pracy - ale przedpołudnia są dla mnie. Muszę mieć te miłe chwile dla siebie, dla znajomych, dla relaksu. Tak trudno mi ostatnio znaleźć w sobie uśmiech - nie pozwolę sobie odebrać tych drobnych radości, dzięki którym mam jeszcze ochotę wstać z łóżka.
***
Gdy nie mamy pomysłu na lunch, a mamy czas, zabieramy Tajfuniątko do jej ukochanego wegetariańskiego bufetu w Lotosowym Parku. Podeszliśmy. Nie było jeszcze otwarte, a przed wejściem kłębił się tłum. Na początku nic nam to nie powiedziało. Potem przyjrzeliśmy się bliżej: sami emeryci. Głównie tacy trochę... głupio powiedzieć... zaniedbani. Kilku o kulach, kilkoro na wózkach. Ach! No tak. Przecież dziś piętnasty dzień miesiąca księżycowego, pełnia, czas buddyjskiej ofiary i okazania miłosierdzia. Dziś można tam zjeść za darmo.
Odchodzimy. Tak, moglibyśmy tam wejść. Ale czułabym się jak ostatnia flądra, gdybym tam poszła zamiast kogoś, dla kogo jest to prawdziwa uczta, na którą normalnie go nie stać.
***
Moje urodziny. Całą rodziną (wraz z siostrą ZB i jego rodzicami) siedzimy w niemieckim browarze/knajpie; obżeramy się kiełbachą, kiszoną kapustą i preclami, a przed każdym poza Tajfuniątkiem stoi szklanica piwa. Wyobraźcie sobie: mieszkam tutaj już ponad dziesięć lat, a właśnie dopiero pierwszy raz przyszłam się tutaj najeść. Wiecie - to najbardziej podobne do polskiej kuchni, co mogę dostać w Kunmingu. To znaczy: jeśli nie chcę sama gotować.
Nagle telefon. "Wszystkiego najlepszego!" - to Simona, znajoma Rumunka. Spotykamy się przy okazji rozmaitych imprez towarzyskich, bardzo ją lubię, ale mamy tak odmienny tryb życia, że rzadko się widzimy - ona jest lamparcicą klubową, a ja się rozmamuśkowałam. Kiedy ona wychodzi w miasto, ja zazwyczaj już idę spać. Ale lubimy się bardzo, więc cieszy mnie ogromnie ten telefon i kilka miłych słów. A tymczasem Simona zamiast się pożegnać pyta, czy mogę otworzyć dla niej drzwi. Słucham? No nie bardzo, bo jesteśmy w Paulanerze. "To ja już jadę. Mam coś dla Ciebie!".
Nie.
Niemożliwe!
Simona specjalizuje się w przepysznym cieście cozonac, cudownie podobnym do najlepszych polskich makowców - tylko, że zamiast nadzienia makowego jest w środku nadzienie z orzechów włoskich. Każdy kęs tego ciasta jest dla mnie jak powrót do domu.
Tak. Simona upiekła dla mnie z okazji urodzin to właśnie ciasto i zrobiła mi najbardziej wzruszającą z niespodzianek. Prezent, w który wkładamy czas i własną pracę, taki prezent zostaje w sercu na zawsze.
Następnego dnia poszłam na babski comber... a tam na stół wjeżdża Pavlova. Zrobiona od podstaw, bo w Kunmingu nie da się kupić bezy. I z prawdziwymi malinami! I dostałam prezenty. I kwiaty!
***
Czasem jest lepiej, czasem średnio, czasem całkiem źle. Ostatni rok dał mi w kość. Bywają dni, że chlipanie w kąciku wydaje się jedynym możliwym sposobem przetrwania. Ale... potem patrzę na moje kwiaty. Na zdjęcie ślubne. Przytulam się do Tajfuniątkowego misia, wdycham zapach mojego maleńkiego szczęścia. Wysyłam następną wiadomość do kogoś w mojej strefie czasowej, robię milion rzeczy i - jestem szczęśliwa.
2020-02-22
miasto duchów
2020-02-13
wysyłanie paczki
2020-01-29
koronawirus
2019-10-27
Julia
Podczas Złotego Tygodnia wróciłam do domu rodzinnego. Od słowa do słowa okazało się, że rodzice mają dla mnie inne plany. Nie chcą, żebym jechała do Polski. Ba! Nie chcą, żebym dalej studiowała wiolonczelę. Widzą mnie jako nauczycielkę przedszkolną lub podstawówkową i chcą, bym dalej kształciła się właśnie w tym kierunku. Tylko na to dadzą mi pieniądze.Och, nauczycielko! Tak bardzo mi żal! To były piękne miesiące, gdy podążałam za marzeniem i miałam nadzieję! Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się pojechać do Polski - jeśli nie na studia, to chociaż na wakacje.
2019-01-15
azalie i śliwa, a także garść wieści
![]() |
| źródło |
2018-02-05
siedzenia specjalne
2017-06-01
nauczycielka
2017-05-23
starsi panowie dwaj
2017-04-27
Czosnek
2017-04-18
kolacja
2016-08-21
Moich pierwszych siedem prac
#myfirst7jobs
1) Moją pierwszą pracą było dawanie korków z polskiego i matematyki. Niestety, praca ta była zazwyczaj wolontariatem, choć znaleźli się i przyzwoici koledzy/koleżanki, którzy w zamian za wlewanie oleju do głów przynajmniej zaprosili mnie na jakieś ciacho czy coś. Większość uważała za mój psi obowiązek pomaganie im, a dobrego słowa o mnie za plecami nie rzekli. Ta praca nauczyła mnie, że za pracę należy wymagać opłat - nawet jeśli się ją lubi - ponieważ inaczej inni sobie jej nie szanują.
2) Pierwsze pieniądze zarobiłam pakując drożdże winne w proszku. Za wypłatę kupiłam sobie na targu w Kielcach dżinsowe wiązane sandałki na wysokim obcasie, które służyły mi prawie dwadzieścia lat. :)
3) Po maturze pojechałam na kilka dni ze znajomym gitarzystą na jakieś targi roślin doniczkowych czy czegoś takiego do Pszczyny. Robiłam za wokalistkę i konferansjerkę. Zarobiłam niewiele, ale za to dostałam gratis kilka kwiatków doniczkowych ;)
4) Na studiach śpiewałam za pieniądze od pierwszego roku. Bezpłatnie nie śpiewałam, bo potrzebowałam sobie dorobić - na pierwszym roku Rodzice nie śmierdzieli groszem, a mnie po opłaceniu miejsca w pokoju na stancji i biletu miesięcznego zostawało tak niewiele, że na cokolwiek poza tanim jedzeniem musiałam sobie dorobić.
5) Przez całe studia ciężko pracowałam, żeby mieć dobre oceny. Zapłatą było stypendium naukowe. Za nie kupiłam sobie rower, dzięki któremu mogłam później przyoszczędzić na bilecie miesięcznym :D
6) Jako wolontariuszka uwielbiałam pracować w bibliotekach. Przytrafiły mi się dwie: ta na muzykologii oraz parę lat później ta w Instytucie Konfucjusza. Na zawsze pozostanie to praca moich marzeń :)
7) Na Tajwanie zarobiłam raz jako... tańcząca modelka z Europy na otwarciu jakiegoś domu wczasowego czy innego hotelu :D
Podsumowując: miałam zakręconą młodość i rzucałam się na dziwaczne prace jak w największą przygodę - dzięki temu mam co wspominać. Będę kiedyś z rozrzewnieniem opowiadać o tym wszystkim Joasi :)
2015-09-17
有本事 zdolniacha
Jakoś w okolicach dynastii Song zaczęto słowa używać na określenie jakiejś zdolności czy umiejętności, wyróżniającej z tłumu. Jeśli ktoś potrafił świetnie śpiewać albo lepić garnki - miał tę swoją běnshi.
Współczesne znaczenie słowa wywodzi się właśnie z tego źródła, ale zmieniło znaczenie. Choć słownikowo będzie się tłumaczyć właśnie na zdolność czy umiejętność, gdy używane jest w kontekście znalezienia "amerykańskiej" żony, jakoś nie brzmi. No bo jaką wyjątkową zdolność czy umiejętność mieć trzeba, żeby takową znaleźć?
Dzisiejsze běnshi może być związane z umiejętnością radzenia sobie w społeczeństwie, z pozycją, której się człowiek umiał dochrapać, z pieniędzmi, które zdołał zarobić. Można by je przetłumaczyć jako "zaradność", ale znów: co ma zaradność do białej żony?
I tak wracamy nie do samej zdolności, a raczej - wyjątkowości. Trzeba być niezwykłym, by zdołać przygruchać sobie zagramaniczną żonę. "Ale z Ciebie zdolniacha!" zawsze wypowiedziane jest z podziwem, czasem nawet z nutką zazdrości.
“Co on takiego ma w sobie, czego ja nie mam? Wcale nie wygląda, jakby zasługiwał na białą żonę. Musi być dobry w te klocki/musi mieć dużo pieniędzy/musi świetnie mówić po angielsku..." - w głowie każdego Chińczyka ta tajemnicza běnshi, którą posiada mój mąż, jest czymś innym.
Pewnie żadnemu z nich nie wpada do głowy, że główną běnshi ZB jest jego dobroć, miłość i troska, które mi okazuje na setki różnych sposobów...
A jakie běnshi mają Wasi towarzysze/towarzyszki życia?
2015-09-11
nie mam drobnych 我沒有零錢
2015-02-24
u siebie
Powieka mi nie drgnęła, ale ZB jakoś się domyśla, że tylko udaję i szepce mi na ucho: "małe zgniłe jajo" 小坏蛋 czyli że niby jestem łobuzem. Zaczynam się śmiać, misterny plan, by zaraz po jego wyjściu jeszcze kimnąć właśnie legł w gruzach. Skoro już się obudziłam i nawet zaczęłam dzień od śmiechu, nie wolno tego zmarnować. Wstaję.
Dzień zaczynam od zrobienia kolejnej fotki moim cudownym kwiatom. Mamy azalie, kamelię i kwitnący właśnie kumkwat. Kumkwat to zdeaktualizowane drzewko bożonarodzeniowe. W pierwszą wspólną Wigilię kazałam bowiem mężowi przynieść do domu drzewko bożonarodzeniowe, a on, nieobeznany z polską tradycją, zamiast kupić małego iglaczka, wrócił z kumkwatem. Gdy zapytałam, skąd mu kumkwat wpadł do głowy, powiedział, że małe owocki, którymi drzewko było wówczas obsypane, wyglądają zupełnie jak bombki. W sumie - miał rację. Można było przyoszczędzić na dekoracjach. A zdeaktualizował się kumkwat w roli drzewka, bo się na nas wypiął i już w żadne następne Święta nie urodził owoców. Teraz jest luty, a wredny kumkwat dopiero zaczął straszyć białymi pączkami kwietnymi. Widzieliście kiedyś, jak kwitnie kumkwat? Ma takie subtelne, drobniutkie białe kwiatki. Gdybym nie wiedziała na sto procent, że to kumkwat, tobym powiedziała, że tak wygląda jaśmin...
Patrzę więc rankiem na kwiaty. Stoją one na zewnętrznym parapecie, wystawione bezpośrednio na słońce i wiatr. To na pewno dlatego tak pięknie kwitną. Robię zdjęcie i wstawiam je na weixina. WeChat znaczy. Ekhm... Ekspaci wiedzą, o co chodzi. To taka aplikacja telefoniczna, która Chińczykom zastępuje fejsbuka, gadu-gadu, pocztę elektroniczną, skajpa i wszystko inne. Można tam podzielić się ciekawym artykułem, poczatować, wysłać zdjęcie do grupy osób albo tylko do wybranej, zrobić film i go pokazać znajomym, porozmawiać w trybie wideo z mężem... To znaczy, tego ostatniego przeciętne Chinki nie robią, robię to za to namiętnie ja. ZB pracuje naprzeciwko domu, dosłownie pięć minut drogi. Oczywiście okropnie za sobą tęsknimy, więc kiedy tylko ma przerwę w nauczaniu, zaczynamy weixinować. WeChatować. Rozmawiać przez tę aplikację znaczy.
Kiedy już wstawię zdjęcia kwiatków i się trochę ponacieszam yunnańskim słońcem, ogarniam się i idę zrobić sobie śniadanie. Po drodze wstawiam kafeterkę; kiedy skończę robić śniadanie, będzie na mnie czekać aromatyczna wietnamska kawa. Mam przyjaciółkę, która sarka, że wietnamska kawa najsmaczniejsza jest wtedy, kiedy jest zaparzona w wietnamskiej zaparzarce i w ogóle jak ja mogę, ale - cóż, uwielbiam kawę z kafeterki. Obojętnie czy włoską czy wietnamską, choć oczywiście wietnamska jest milion razy lepsza.
Śniadanie czasem jest polskie, czasem chińske, czasem kunmińskie. Przykład polskiego: własnoręcznie upieczony chleb tatarczano-pszenny, doprawiony kuminem, posmarowany nowozelandzkim masłem i obłożony yunnańskim kozim serem. Że nie bardzo tradycyjnie? Co tam! Jeśli jest zimno, wybieram śniadanie chińskie - bułeczkę na parze, makaron z mięsnym sosem albo przesmażony z jajkiem i pomidorem wczorajszy ryż. Jeśli zaś mam ochotę na słodkości, to poza chlebem z własnoręcznie zrobionym dżemem z psianek melonowych albo bananów mam jeszcze alternatywę w postaci kunmińskiego śniadania; może to być pampuch posmarowany masłem i posypany cukrem albo tutejsza wersja zupy mlecznej: mahua zalana gorącym mlekiem. Do tego kawa, komputer, pełnia szczęścia.
Kiedy o dziesiątej wychodzę z domu, słonko już mocno przygrzewa. Na targ jadę więc rowerem, ciesząc się wiatrem we włosach i promieniami całującymi twarz.
Na targu zawsze zdarzy się przynajmniej jedno nowe stoisko, z kimś nerwowo reagującym na obcokrajowca. Dziś pan od sałacianego bambusa i selerów naciowych pytał językiem migowym, które warzywo mi podać i jak dużo. Odpowiedziałam czystym mandaryńskim, pan najpierw nie uwierzył, że mówię po chińsku, później się spłonił jak panienka, a jeszcze później zdał sobie sprawę, że już zapomniał, co powiedziałam i musiałam powtarzać jeszcze raz.
W domu rozmraża się mielona wołowina; dokupuję więc dwadzieścia deko świeżej mięty, garść równie świeżej kolendry i dwa pomidory - będzie tajska wołowina z miętą, sosem rybnym i cebulą. Do tego warzywa: poza groszkiem cukrowym i marchewką kupiłam jeszcze wyjątkowo apetyczne kłącza lotosu, wspomniany już sałaciany bambus i troszkę świeżych uszaków bzowych - będzie sałatka. Przeciskam się w stronę wyjścia, kiwając z sympatią do zaprzyjaźnionych sprzedawców. Nie, dziś nie kupię ani sera koziego, ani suszonej wołowiny, ani nawet pieczonej i chrupiącej skóry wieprzowej. Te przyjemności zostawię sobie na jutro. Przecież jutro trzeba będzie kupić świeże warzywa. Świeże, czyli prosto z targu. Te, które spędziły noc w koszyczku albo w lodówce, są już nieświeże. Wyjątkiem mogą być ziemniaki, imbir czy inny czosnek; nawet kapusta pekińska na drugi dzień jest już inna. Może nie w smaku, ale na pewno w konsystencji.
Drogę powrotną obieram przez kampus Uniwersytetu Yunnańskiego. Piękne alejki; studentów niewielu, bo przecież pojechali na chiński Nowy Rok do domów. Ze zdziwieniem zobaczyłam przy mapie kampusu dwie dziewczyny, jedna wygląda na Chinkę, ale druga jest naturalną blondynką, więc zapewne jednak jest przyjezdna. Zagajam, bo słyszę, że nie orientują się w terenie. Też kiedyś nie wiedziałam, która brama kampusu jest bramą północną; z największą przyjemnością mogę im wskazać drogę. Ale po co im brama północna? Bo chciałyby dotrzeć do Szmaragdowozielonego Jeziora. W tym momencie wiedziałam już na sto procent, że ledwo co przyjechały do Kunmingu. Przecież ktokolwiek był tu dłużej niż tydzień, wie, gdzie jest to jezioro!
Pytam blondynkę, skąd jest. Ze Stanów. Pytam Azjatkę, skąd jest. Też ze Stanów. Są koleżankami z klasy i przyjechały razem na jeden semestr nauki chińskiego. Tak naprawdę to poziom chińskiego blondynki jest wyższy od poziomu chińskiego Azjatki - choć jej rodzice są z chińskich rodzin, w domu od zawsze mówiło się tylko po angielsku, a w ogóle to właśnie ta blondynka się zawsze interesowała Azją, jej samej tam nigdy za bardzo nie ciągnęło...
Bardzo mi dziękują za odprowadzenie. Nie wiedzą, że są doskonałą wymówką, żeby przejść znów tymi alejkami, zobaczyć taflę jeziora, nacieszyć się najpiękniejszą częścią Kunmingu. Obym sczezła w dniu, w którym przestanę na piękno tych miejsc zwracać uwagę! Ale jeśli nie mam dobrej wymówki, to mam tysiąc ważniejszych spraw na głowie: trzeba zrobić kolację dla ciężko pracującego w weekendy męża, trzeba mu zacerować gacie (co on, na żelaznym tronie z mieczy zasiada? Który już raz je ceruję?...) i wyprasować koszulki. Dobrze, że dziewczyny się zgubiły - przecież nie mogłam ich zostawić na pastwę losu pięćset metrów od Jeziora. Nie trafiłyby, na pewno by nie trafiły bez mojej nieocenionej pomocy. Kolacja będzie pół godziny później, trudno.
Wiecie, dlaczego opisałam akurat ten dzień? Bo właśnie w takie dni czuję się w Kunmingu najwspanialej. Pokazuję komuś drogę, wymieniam pozdrowienia z przelotnie znajomymi, wykonuję czynności domowe. Jem posiłki kuchni "confusion". Całe moje życie to właśnie taka confusion - zupełnie zaskakująca i nieprawdopodobna mieszanka różnych kultur, zwyczajów, sposobów myślenia, smaków, zapachów...
I to właśnie w tej mieszance jestem u siebie.
































