Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybetanczycy 藏. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybetanczycy 藏. Pokaż wszystkie posty

2020-05-27

grupy etniczne Yunnanu XII

2019-11-11

yunnańskie nazwiska

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Miał to być niby wpis o chińskich nazwiskach, ale generalnie rzecz biorąc, zostały one opisane w wikipedii na tyle dokładnie, że nie ma sensu się o nich rozpisywać. Dziś kilka ciekawostek o nazwiskach, na które się natknęłam w Yunnanie; są one raczej rzadko spotykane poza naszą prowincją, a niektórzy (łącznie ze słownikami) nawet nie wiedzą, że takie nazwiska istnieją. Będzie też kilka słów o mniejszościach etnicznych i o nazwiskach, których nie ma.
Zacznijmy od tego razu, gdy spytałam o nazwisko, nic mi ono nie powiedziało, a potem próbowałam je wpisać w telefon i mi się nie udało, bo w moim słowniku tego znaku nie było. Dziewczyna nazywała się 㱔 Suǒ. Żeby było ciekawiej, to nazwisko można również wymawiać Xiē. Jest to nazwisko powstałe dla yunnańskich Yi; obecnie są jednak i rodziny etnicznych Chińczyków Han oraz ludu Naxi, które noszą to nazwisko. Świadczy to głównie o przemieszaniu etnicznym, jakie tu występuje. Najczęściej pojawia się w Kamiennym Lesie, Yiliangu, Lijiangu i Shangri-La.
Za drugim razem osłupiałam, gdy zamiast nazwiska usłyszałam, że facet jest matką. Pełna abstrakcja. Okazało się, że znak 母 to nie tylko matka, ale też nazwisko, które często pojawia się u chińskich (nie tylko yunnańskich, ale tutejszych też) mniejszości etnicznych: Yi, Hui, Mongołów, Mandżurów, Tujia, Tybetańczyków, Miao itd. W Yunnanie najczęstsze jest w Zhaotong i Xuanwei.
Już dawno za to przywykłam do nazwiska Diao. Nie, nie normalnego nazwiska 刁 Diāo, a do yunnańskiego  刀 Diāo, którego nie wolno przeczytać tak, jak normalnie się ten znak czyta: 刀 Dāo jeśli jest nazwiskiem, a dāo jeśli jest nożem. Diao jest nazwiskiem, który pewien cesarz podarował ludowi Dai. Dajowie nie mieli nazwisk, tylko imiona - wiele imion. Po odpowiednich przydomkach można było poznać, czy ktoś jest kobietą czy mężczyzną, czy przed ślubem, czy po urodzeniu dziecka itd. Zresztą - wiele ludów nie miało nazwisk i faktycznie rozmaici władcy/królowie Chińczycy obdarowywali podbite ludy nazwiskami. Po to, żeby byli mniej barbarzyńscy? Po to, żeby zaznaczyć, że są zależni od Chińczyków? Po to, żeby władcy mogli w ogóle jakoś ich nazywać, bo właściwych imion nie potrafili wymówić? Nie wiadomo. Ale wiadomo, że niektóre nazwiska właśnie stąd się wzięły. Poza Diao znam jeszcze Pa 怕 i Duo 剁 i wiem, że beneficjentami byli nie tylko Dajowie, ale i Yi, Miao czy Tybetańczycy. Są i inne nazwiska, które są "normalne" czyli rdzennochińskie, ale mniejszości etniczne chętnie je sobie wybierały - czasem ze względu na znaczenie, czasem ze względu na totem, czasem ze względu na podobieństwo brzmienia do jakiegoś ładnego słowa w ich własnym języku. Tak, wybierały - bo od czasu, gdy nie ma cesarza, a mandaryński stał się językiem ogólnym i w dodatku zaczęto się posługiwać dowodami osobistymi, jakoś tych ludzi trzeba było zarejestrować. A są ograniczenia: w nazwiskach i imionach Chińczyków nie mogą występować znaki inne niż chińskie. Dlatego nawet jeśli któraś grupa etniczna posługuje się pismem innym od chińskiego i ma nazwisko, które brzmi inaczej i możnaby je zapisać chociażby przy pomocy alfabetu łacińskiego, nie jest to możliwe u chińskich urzędników. Idźmy dalej: chińskie nazwiska składają się z jednego lub dwóch znaków, tak samo jak chińskie imiona. W związku z tym imię i nazwisko może łącznie mieć co najmniej dwa znaki i co najwyżej cztery. Nawet jeśli jakaś grupa etniczna posiada nazwiska, to jeśli się nie mieszczą razem z imieniem w czterech znakach, dany reprezentant powinien sobie zmienić nazwisko na takie, które przystaje do standardu. I tak mamy na przykład zwykłe chińskie nazwiska typu Bai 白、Li 李、Tao 陶、Hu 胡 i tak dalej, noszone przez ludzi, którzy nie nazywają się tak z dziada pradziada, tylko musieli coś sobie wpisać do dowodu. Inna rzecz, że teraz coraz częściej pojawiają się i u Hanów całkiem nietradycyjne nazwiska łączone, których zasada tworzenia jest taka: znak nazwiska ojca + znak nazwiska matki + imię dziecka. Jedna trzecia klasy Tajfuniątka ma takie właśnie nazwiska. Ciekawam, jak będzie to wyglądać w następnym pokoleniu? Dwuczłonowe nazwisko ojca + dwuczłonowe nazwisko matki + imię dziecka? A jeszcze ze trzy pokolenia dalej? Cóż, zgodnie z zasadą "maksimum cztery znaki" nie będzie to raczej możliwe.
Również w klasie Tajfuniątka zetknęłam się z innym czteroznakowym nazwiskiem z imieniem. Tym razem nazwisko było jednoznakowe, a imię - trzyznakowe. Dwa znaki zwykłe, a oprócz nich 天 - Niebo, dodane, jak się później dowiedziałam, przez wróżbitę, żeby imieniem zrównoważyć niedobory pierwiastka, którego miało dziecku brakować w czasie urodzenia.
Wróćmy jednak do nazwisk niehanowskich grup etnicznych. Grupa etniczna Wa 佤族 wybrała sobie jako nazwiska głównie  Chen 陈、Zhao 赵、Li 李、Xiao肖、Luo 罗、Tian 田、Bao 鲍、Zi 子、Yin 尹 oraz Zhong 钟. To wszystko są oczywiście nazwiska wzięte od Chińczyków, bo gdy próbowano chińskimi znakami zapisywać brzmienia z języka Wa, okazywało się, że ani nie brzmią, ani nie wyglądają, ani znaczenie się nie zgadza. W dodatku, tak samo, jak u niektórych Yi i Naxi, u Wa nazwisko syna powinno zawierać imię ojca, co etnicznym Chińczykom Han oczywiście nie mieści się w głowach. Przyjmują więc mniejszości chińskie nazwiska i nawet imiona pisane w znakach... i używają ich tylko w sytuacjach bardzo formalnych. Zdarza się, że nawet na nie nie reagują, tak bardzo są one oddalone od imion, którymi posługują się na co dzień.
Grupa etniczna Naxi wybrała sobie z kolei dwa główne nazwiska: Mu 木 dla wyżej postawionych i He 和 dla prostaczków. Wiążą się z tym rozmaite legendy, wszystkie jednak pisane są z tak hanowskim podejściem do znaków (których przecież Naxi nie używali, bo sami mają własne pismo Dongba), że żadna nie wydaje mi się prawdopodobna.
W ciekawy sposób wybierają sobie chińskie nazwiska reprezentanci grupy etnicznej Lisu. Otóż mają oni zwierzęce/roślinne totemy i starają się, by nazwiska jakoś tam im odpowiadały. Najłatwiej z prawdziwie odzwierzęcymi nazwiskami typu Xiong 熊 - Niedźwiedź. Z innymi poradzono sobie poprzez podobieństwo brzmień w mandaryńskim (bo przecież nie w języku Lisu): skoro tygrys to hu 虎, to wybrano nazwisko Hu 胡; skoro ryba to yu 鱼, to wybrano nazwisko Yu 余 i tak dalej. 
Nie wszystkim grupom etnicznym się to spodobało, dlatego są też grupy, które obstają przy imionach i nazwiskach zsinizowanych w piśmie, ale jednak nadawanych tradycyjnie. Pisałam kiedyś o tybetańskiej piosenkarce Zongyong Zhuoma, prawda? Jej syn nazywa się, zupełnie legalnie, Zhaxi Dunzhu i nikt nie robi z tego problemu. To samo dotyczy nazwisk na przykład Ujgurów. Śliczna aktorka, którą Chińczycy Han nazywają Dai Si 代斯,tak naprawdę nazywa się 穆克代斯·库尔班/ مۇكدەپ قۇربان/ Mukkadas Kurban albo z angielska Daisy. To samo dotyczy innej śliczności, która zowie się 迪麗熱巴·迪力木拉提/دىلرەبا دىلمۇرات/Dilraba Dilmurat, a z angielska Cherry, a także mojego ukochanego Arkena. Nie wiem, wedle jakiego klucza urzędnicy pozwalają jednym na wieloznakowe i całkiem niechińskie imiona, a innym każą się sinizować na siłę; obawiam się, że mniej tym rządzi prawo, a bardziej przypadek i widzimisię.
Jest też w Yunnanie trochę nazwisk, które są zwykłymi nazwiskami Hanów, ale z czasem coraz mniej osób się tak nazywało i teraz są to nazwiska wyjątkowo rzadkie. Należą do nich np.
Leng 冷 - 1199 osób,
Fei 非 - 1194 osób,
Tan 谈 - 501 osób,
Zhao 招 - 305 osób,
Zhan 旃 - 196 osób,
Dan 但 - 131 osób,
Zhe 柘 - 102 osoby,
Tong 同 - 69 osób,
Guo 过 - 64 osoby,
Bai 摆 - 48 osób,
Da 笪 - 40 osób,
Jian 菅 - 20 osób,
Re 热 - 10 osób, .
i w końcu Jue 爵, które noszą zaledwie 4 osoby!
Dla porównania: najpopularniejszym nazwiskiem w Chinach jest Li 李, które nosi prawie sto milionów ludzi! To tak, jakby w trzech Polskach wszyscy nazywali się Kowalski!...
Ostatnia historia będzie dotyczyć nazwiska, którego nie ma. To znaczy jest. Ale nie ma.
To ja zacznę od początku.
Jest sobie znak 谌, który można wymawiać jako chén oraz jako shèn. Wtedy, gdy jest wymawiany jako chén, jest zwykłym znakiem, przymiotnikiem: szczery, wierny. Może też być nazwiskiem o takim brzmieniu. Jednak w części Yunnanu istniał i istnieje jako nazwisko wymawiane Shen. A jednak, kiedy taki Shen pójdzie do lekarza i lekarz ma zapisać jego nazwisko, wpisze Chen i będzie go nazywał Chen. Tak łatwiej, bo wszyscy znają znak chen, a nikt poza ludźmi noszącymi nazwisko Shen nie wie, że znak ten ma dwa czytania. Swego czasu drugie czytanie było niedostępne na komputerze, ale widzę, że już ten błąd naprawiono. Tyle, że mój kumpel, który nosi właśnie takie nazwisko, mówi, że nawet wykładowcy na uniwerku się z nim kłócili, że tak naprawdę nie nazywa się Shen, tylko Chen...
Swoją drogą, kwestia komputerów jest fascynująca. Jak wiadomo - jeśli się czegoś nie da znaleźć w necie, to to nie istnieje. Można tę regułę spokojnie zastosować do chińskich znaków. Jest ich dużo więcej, niż może nam zaproponować którykolwiek system komputerowego wprowadzania znaków. I w ten sposób znaki umierają. Nawet jeśli ktoś wybierze sobie bardzo piękne i oryginalne imię znane ze starych słowników, jeśli urzędas nie potrafi go wprowadzić w komputer, to nie ma zmiłuj. Znana jest historia o facecie, który nie mógł zmienić dowodu osobistego na nowy, bo dopóki nazwiska i imiona wpisywano ręcznie, to nikomu jego imię nie przeszkadzało, ale gdy zabrakło tego znaku w komputerze, okazało się, że nie może się tak nazywać i ma sobie wybrać inne imię. Ponoć facet postawił się okoniem i nie wymienił dowodu do końca życia.
Podsumowując: jest tak, jak zwykle. Są główne zasady i masa wyjątków. Sporo ciekawostek i lokalnych zwyczajów, które zazwyczaj nie są brane pod uwagę, a przecież są takie ciekawe!
A jeśli chcecie poczytać o japońskich nazwiskach, zapraszam tutaj.

2017-09-29

10 naj Yunnanu

W ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie dzielimy się tym, co w naszych krajach uważamy za NAJ. Jako, że o chińskich NAJ większość czytelników już coś wie, a także dlatego, że jestem patriotką lokalną, dziś będzie oczywiście o NAJ Yunnanu.







Najwyższe góry to oczywiście Ośnieżone Góry Wśród Śliw Meili xueshan 梅里雪山. Najwyższy szczyt znajduje się na wysokości 6740 m.n.p.m. i zwie się Kawagarbo 卡瓦格博. Nazwa to jednocześnie imię tybetańskiego bóstwa wojny, który ponoć właśnie tu ma swą siedzibę - dlatego góra wśród Tybetańczyków uchodzi za świętą. Ponoć bóg ten opuści Tybetańczyków, jeśli święte miejsce zostanie zbezczeszczone. Ilekroć więc rozmaici himalaiści podejmowali próby zdobycia któregoś szczytu, Tybetańczycy ostro protestowali. Być może właśnie nieprzyjazne usposobienie tego bóstwa powoduje, że dotychczas żadnej ekspedycji nie udało się zdobyć większości tych szczytów? Bo fakt faktem, kolejne ekspedycje kończyły się porażką albo wręcz wielkimi nieszczęściami (w trakcie ekspedycji w 1991 roku zginęło 17 uczestników wyprawy). W 2001 roku władze oficjalnie zakazały naruszania spokoju tych świętych terenów.

Najgłębszy wąwóz to Wąwóz Skaczącego Tygrysa Hutiaoxia 虎跳峡. Jego dnem płynie rzeka Jangcy, która w górnym biegu zwie się Rzeką Złotego Piasku 金沙江. Różnica wysokości między dnem wąwozu a szczytami okalających go gór sięga nawet 3790 metrów! Okolice są zamieszkałe przez lud Naxi, który całe szczęście nie uważa, by mieszkało tu jakieś nieprzyjazne bóstwo, w związku z czym wewnątrz wąwozu znajduje się kilka tras trekingowych i wiele przyjaznych hosteli/schronisk. Powiem szczerze, że obserwowanie rwącego nurtu w pięknym kanonie to jedno z moich najpiękniejszych yunnańskich wspomnień.

Największy i najstarszy park narodowy to oczywiście Park Narodowy Potatso o imponującej powierzchni 1300 km2. Piękne ukształtowanie terenu, krystalicznie czyste jeziora, bogata flora i fauna (wspomnę chociażby o cisie Wallicha oraz żurawiu czarnoszyim). a także dobrze zrobione trasy wycieczkowe sprawiają, że dość wysoka opłata za bilet wstępu wydaje się mimo wszystko sensowną inwestycją. Więcej o nim pisałam tutaj.


Najbardziej znana potrawa to bez wątpienia Kluski-Przechodzące-Przez-Most guoqiao mixian 过桥米线. Jest to w zasadzie rosół, jednak bardziej niż skład, oczywiście trochę inny niż skład polskiego rosołu, liczy się sposób podania. Gdy bowiem zamówimy to danie, dostaniemy wszystko podane osobno: w wielkiej misce wrzący rosół, na małych talerzykach rozmaity wsad: od cieniusieńkich plasterków surowego mięsa przez kwiaty, jajka przepiórcze a także wielką obfitość tutejszych warzyw; do tego jeszcze makaron ryżowy zwany misienami - trzeba wiedzieć, co w jakiej kolejności wrzucać do rosołku, by uzyskać upragniony efekt. Nazwa potrawy i sposób podania wiąże się z piękną legendą.

źródło
Najmniej liczna grupa etniczna to Drungowie, liczący sobie zaledwie 6-7 tysięcy ludzi. Niestety, nie miałam do tej pory okazji ujrzeć ich na żywo ani podziwiać pięknych tatuaży na twarzach staruszek (obecnie młodych dziewcząt już się tak nie tatuuje). Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś pojechać w region, w którym żyją - północny Yunnan, na pograniczu z Birmą. Żyje tam jeszcze całkiem sporo grup etnicznych Yunnanu, o kulturze tak różnej od tej ogólnochińskiej! Zresztą - Yunnan zamieszkuje 26 grup etnicznych (jeśli liczyć tylko te oficjalne), więc pod względem różnorodności kulturowej nie mamy na co narzekać.





źródło
Najdłuższy dwuwiersz to dwuwiersz Sun Ranwenga, opisujący piękny, rozpościerający się z Budynku Wielkiego Widoku, widok na Jezioro Dian i Zachodnie Góry. Tu trzeba powiedzieć, że ze względu na specyfikę języka chińskiego, w którym jeden znak to jedno słowo, a także ze względu na mnogość zasad, których podczas pisania dwuwierszy trzeba przestrzegać, stworzenie dwuwiersza na 180 znaków to nie byle co - zwłaszcza biorąc pod uwagę, że większość chińskich dwuwierszy liczy 8-14 znaków. Wprawdzie w dwudziestym wieku stworzono dłuższe dwuwiersze, ale ciiii! Nie będziemy o tym mówić, bo przecież liczy się tradycja ;) O dwuwierszu jako o formie poetyckiej pisałam już tutaj.



źródło
Najstarsza kolej to wybudowana przez... Francuzów kolej łącząca Yunnan z... Wietnamem, a konkretnie Kunming z Haifongiem - czyli kolej yunnańsko-tonkińska. Powstała w latach 1903-1910 ponad osiemsetkilometrowa trasa, zgodnie z retoryką chińską, miała służyć głównie temu, żeby Francuzom się w Chinach lepiej kradło robiło interesy. Nie da się jednak zaprzeczyć, że wybudowanie tej kolei w czasach, w których właściwie nie istniały w Yunnanie ogólnodostępne drogi i prowincja była raczej dzika i niedostępna, spowodowało nagłe przeniesienie regionu w XX wiek i wielki rozkwit prowincji.

Najpiękniejsze pismo to pismo Tomba/Dongba, używane przez lud Naxi. Powstało najprawdopodobniej około VII wieku, a w X wieku było w powszechnym użyciu. Niestety, po dojściu komunistów do władzy, niechętnie patrzono na wszelkie przejawy odrębności mniejszości etnicznych i dziś to pismo jest w zasadzie już tylko ciekawostką, choć od jakiegoś czasu władze centralne udają, że wspierają odbudowę kultur etnicznych, które sami zniszczyli. Pierwotnie mające znaczenie rytualne pismo trafiło pod strzechy - Lijiang i okolice są nim całe zapisane - pojawia się na ścianach budynków, w nazwach ulic, na breloczkach i innych drobiazgach kupowanych przez turystów. Można też kupić słowniczki dongba-chińsko-angielskie.

Najsłynniejszy las to Kamienny Las Shilin 石林. Są to piękne formacje wapienne liczące sobie ponad 270 milionów lat, zajmujące powierzchnię ponad 500 km2. Skały dają pole wyobraźni: niektóre wyglądają jak zastygli ludzie, niektóre jak zwierzęta (przysięgłabym, że widziałam słonia!); nawet najdłuższy spacer tym nietypowym "lasem" się nie nudzi. Od 2007 roku dwie partie Kamiennego Lasu znajdują się na liście UNESCO, niestety powodując wywindowanie cen biletów w kosmos. Ale - warto!

Najgłębsze jezioro to Jezioro Pieszczenia Nieśmiertelnych Fuxianhu 抚仙湖 - średnia głębokość to 95.2 metry, a w najgłębszym miejscu ma aż 158.9 metrów. W dodatku woda jest ponadprzeciętnie czysta, żyją w niej endemiczne gatunki ryb, a do tego na dnie jeziora znajdują się ruiny jednej z dawnych stolic Yunnanu, z czasów, gdy było tu samodzielne państwo. Więcej o tym przepięknym jeziorze pisałam tutaj.


 
I co? Które NAJ Yunnanu jest według Was tym naj-naj-NAJem? :)
PS. Jeśli chcecie poznać NAJ innych krajów, śledźcie rozwój projektu tutaj.

2015-09-08

Zongyong Zhuoma 宗庸卓玛

Odkąd przeprowadziliśmy się w okolice Żółwiego Odbytu, czyli dawnej Północnej Bramy, często natykamy się na pewną dojrzałą piękność. ZB zawsze z szacunkiem ją pozdrawia, a ona, jeśli go tylko zauważy, miło się do nas uśmiecha. Kontakt nie wykracza poza tę odległą grzeczność, ale jej uśmiech jest tak miły, że cały dzień człowiek chodzi szczęśliwy.

Ta piękność to yunnańska Tybetanka Zongyong Zhuoma, jedna z najbardziej znanych yunnańskich piosenkarek i aktorek. Diament ten oszlifowano w Konserwatorium Szanghajskim, zanim jednak do tego doszło, dziewczę przeszło długą drogę. Urodziła się bowiem w wiosce Yangla 羊拉* na granicy tybetańsko-sichuańsko-yunnańskiej - czyli na końcu świata. Nikt wówczas nie przypuszczał, że tańcząca z kozami dziewczynka stanie się jednym z najsłynniejszych sopranów Yunnanu.
Gdy Zhuoma miała 11 lat, czyli (nie bójmy się zdradzić jej wieku; nie wygląda na swoje lata!) w 1975 roku, jej nauczyciel postanowił jej umożliwić zdawanie egzaminu do wengongdui 文工队, czyli zespołu artystycznego, jednego z setek zespołów powstających wówczas w całych Chinach. Egzamin miał się odbyć w mieście powiatowym Deqin 德钦, a wioska małej Zhuomy była odeń oddalona o 4-5 dni drogi. W sumie patrząc z dzisiejszej perspektywy to wcale nie było tak daleko; brak jednak było wówczas i dróg, i transportu. Trzeba więc było wybrać się tam na piechotę i iść górskimi ścieżkami. O dziwo - babcia wychowująca dziewczynkę puściła ją na tę wyprawę, błagała jednak, by mała nie śpiewała. Już wówczas było wiadomo, że głos ma mocny a słodki i że bez problemu dostanie się do dowolnego zespołu, babcia zaś nie chciała się z dziewczynką rozstawać. Posłuszne dziecko wędrowało pięć dni na egzamin, a potem nawet dzioba nie otworzyła, żeby przypadkiem nikt jej nie wziął do zespołu. Pech chciał, że była tak urodziwa, iż zespół i tak ją przyjął - pożegnała się więc z babcią i następne lata pracowała ciężko w zespole.
Ciężka praca się opłaciła - trzy lata później zespół zakwalifikował się do konkursu zespołów etnicznych w Pekinie. Piętnastoletnia wówczas Zhuoma, najmłodsza bodaj uczestniczka konkursu, powaliła jurorów na kolana. Każdy z Wielkich Profesorów chciał być jej mentorem - i tak to już rok później Zhuoma dostała się do Szanghajskiego Konserwatorium. Miała okazję poznać różne techniki śpiewu i podszkolić się w teorii, a także uczestniczyć w niezliczonych koncertach, na miejscu oraz podczas tournee. To właśnie one były przepustką do dalszej kariery.
W 1983 roku Zhuoma kończy studia i, wbrew oczekiwaniom wszystkich - wraca do ukochanego Yunnanu. Z miejsca przyjął ją Yunnański Teatr Muzyczny - przez wiele lat była najważniejszą diwą tego teatru. Zaczęła się sława, podróże na Zachód i Wschód (Japonia). Ochrzczono ją Złotym Gardziołkiem Shangri-la, stała się dumą tutejszych Tybetańczyków, ona zaś nigdy nie zapomniała miejsca, z którego pochodzi. Jej piosenki, nawet te śpiewane po chińsku, są mocno osadzone w charakterystycznej melodyce tybetańskiej, bazują na tybetańskiej artykulacji.
Z powrotem Zhuomy do Yunnanu wiąże się ciekawa historia - historia powstania naszego osiedla. Mieszkamy przy osiedlu należącym do Yunnańskiego Teatru Muzycznego - tego samego, który stał się miejscem pracy Zhuomy. Osiedle to powstało... na jej prośbę. To ona wpadła na pomysł, by przy teatrze powstało coś w rodzaju akademików dla młodych talentów, przybywających by pracować w Teatrze. Miała wystarczający dar przekonywania, by dyrekcja teatru przychyliła się do jej prośby: wyprosili od miasta kawałek nieużytków koło teatru i zorganizowali fundusze. Zhuoma zaś zaprosiła mnicha ze swej rodzinnej wioski. Mnich - staruszek był kimś w rodzaju tybetańskiego specjalisty od fengshui. Przebadał teren, na który lada dzień miały wjechać ciężkie maszyny. Wiecie - wszystko już było zaplanowane, ale Zhuomie bardzo zależało, by mnich ocenił miejsce, w którym przyjdzie żyć jej i innym artystom. Mnich chodził jak zamroczony i szeptał: "krew, wszędzie krew!". Złe miejsce. Nie można budować. Dwadzieścia metrów dalej znalazł dobre miejsce - i tam stanął budynek, w którym obecnie mieszkamy. Ponoć fengshui tego miejsca jest tak pozytywne, że każdy, kto się tu wprowadzi, stanie się szczęśliwy i bogaty. Cóż, czekam z niecierpliwością ;)
Najciekawsze jednak stało się później. Po wyznaczeniu terenu budowy przez mnicha Zhuoma poszła bić się o to, żeby faktycznie budynek postawiono w innym niż zaplanowane miejscu. Przygotowana na długą walkę - bo przecież nie wierzymy w przesądy itd. - powiedziała szefowi projektu o tym, jak mnich przestraszył się krwi. Szef, stary kunmińczyk, zbladł i pyta - skąd ten mnich się wziął w Kunmingu i czy był tu wcześniej. Nie, nigdy dotąd nie opuszczał powiatu Deqin, przyjechał tylko na prośbę Zhuomy. Blady i roztrzęsiony kierownik nie mógł w to uwierzyć. Przecież już nikt poza starymi kunmińczykami nie wiedział, że właśnie w tym miejscu było w czasach cesarskich miejsce kaźni!
Gdy się nad tym głębiej zastanowić, nie wydaje się to aż tak niesamowite - przecież w dawnych czasach w większości miast miejsce kaźni było tuż za murami miasta - a my mieszkamy przy ulicy Północnej Bramy, więc wszystko się zgadza. A jednak... może faktycznie mnich miał zdolność widzenia tego, co ukryte dla oczu?
Dawne miejsce kaźni do dziś pozostaje niezabudowane. Obecnie mieści się na nim parking - miejmy nadzieję, że samochodom złe fengshui nie zaszkodzi...
Na deser mam dla Was pieśń Zhuomy:


Jak Wam się podoba?

*serce wzdraga się przed przetłumaczeniem tej nazwy jako "koza sra", bo przecież wiem, że nazwa chińska jest tylko próbą oddania fonetyki nazwy tybetańskiej, która na pewno ma inne znaczenie...

2015-02-15

Tybet oczami Terzaniego

Moje pierwsze zetknięcie z Tybetem nastąpiło w bodaj pierwszej albo drugiej klasie podstawówki, kiedy w jedne wakacje pochłonęłam wszystkie "Tomki". Nie spodobało mi się to, co przeczytałam - przede wszystkim było tam zimno i można sobie było w Himalajach odmrozić nogi, co groziło śmiercią. Brrr. Nie wiedziałam, że życie rzuci mnie do Yunnanu, który leży u stóp Tybetu i że Tybetańczyków będę mogła sobie oglądać na co dzień.
Dziś kolejne fragmenty Zakazanych Wrót; o tych sprawach się często mówi; każdy ma na temat Tybetu swoje zdanie. Ja też mam, ale dziś pozwolę mówić Terzaniemu.

Kiedy Mao wydawał chińskiej armii rozkazy wkroczenia do Tybetu w 1950 i do Lhasy w 1951 roku (Tybetańczycy stawili wtedy silny opór, ale chińska propaganda przedstawia to jako „pokojowe wyzwolenie”), kraj ów pod teokratycznymi rządami lamów i szlachty z Dalajlamą („Oceanem Mądrości”) na czele zdecydowanie nie nadążał za współczesnością. Nie było dróg, szkół, szpitali, fabryk. Trzynasty Dalajlama sprowadził z Indii jedynie trzy samochody, przetransportowane przez Himalaje kawałek po kawałku na grzbietach jaków i ludzi, ale stały się one szybko bezużyteczne ze względu na brak benzyny. Oprócz kół tych aut kręciły się w Tybecie tylko młynki modlitewne, bo zgodnie ze starym proroctwem „wraz z wprowadzeniem kół następuje kres pokoju”.
I w istocie Chińczycy przyjechali tu na ciężarówkach.
***
Nowa Lhasa rozciągająca się obecnie w dolinie ku zachodowi i stara Lhasa skupiona u podnóża Potali stykają się wzdłuż szerokiej alei. Rano po jednej stronie tej ulicy Chińczycy zaczynają swój dzień gimnastyką i biegami; po drugiej Tybetańczycy przystępują do zwyczajowych modłów, przebierając paciorki różańca. Obie społeczności żyją osobno, podzielone, często nie utrzymując ze sobą żadnego kontaktu. Czasem wydaje się nawet, że żyją w dwóch różnych epokach. Na drodze z ubitej ziemi, wiodącej w stronę lotniska, widziałem chińskich żołnierzy, którzy zakładali druty linii telefonicznej; za nimi nadeszli Tybetańczycy, aby porozwieszać na tych drutach swoje białe kartki modlitewne.
***
Pekin wypłaca teraz miesięczną pensję tym niewielu lamom, którym udało się przeżyć. Ocalałym klasztorom przyznano na odbudowę pół miliona dolarów amerykańskich. W jednym z nich zakończono już roboty; zwiedzają go obowiązkowo przybywający teraz do Tybetu turyści, którym komunistyczny rząd chiński chce dowieść swojej troski o dawną kulturę w nadziei, że zapomną, iż to właśnie rząd chiński tę kulturę zniszczył.
Położony w odległości pięciu kilometrów na zachód od Lhasy Drepung był – mówią Tybetańczycy – największym klasztorem świata. W 1959 roku było to prawdziwe miasto, zamieszkane przez dziesięć tysięcy mnichów; w 1962 roku zostało ich już tylko siedmiuset. Chińczycy w imię swoich „demokratycznych reform” sprawili, że ogromna większość tybetańskich duchownych zrezygnowała z życia zakonnego. Zmuszono ich do podjęcia pracy i do ożenienia się.
***
W kraju, gdzie twardą ziemię trudno kopać i gdzie brakuje drewna na stosy, podniebny pogrzeb był zawsze najbardziej pobożnym sposobem pozbycia się zmarłych. Owinięte w białe prześcieradła ciała przynoszą na ramionach rodziny. Wykonawcy rytuału kładą je na głazie twarzą w dół. Najpierw jednym uderzeniem rozbijają czaszkę, aby dusza mogła ulecieć ku swojemu nowemu wcieleniu. Potem otwierają pierś i rzucają serce i wątrobę największemu z sępów. Następnie tną na kawałki skórę i mięso; wtedy na posiłek zlatują się kruki.
Wreszcie jeden z wykonawców zbiera oskrobane z mięsa kości, kładzie je na kamieniu i powoli miażdży młotem, aby i one mogły zostać zjedzone przez ptaki. Później przed wielkim głazem stoi już tylko trzech zmęczonych mężczyzn i podająca im herbatę z masłem kobieta.
***
Przed przybyciem Chińczyków ogromna większość ziemi należała do klasztorów, a ludzie – zgodnie z tybetańskim powiedzeniem – „musieli płacić tyle podatków, ile jest włosów na skórze jaka”. Chińczycy znieśli podatki, wyzwolili ludność z na wpół niewolniczego uzależnienia od klasztorów, ale podobnie jak w pozostałej części państwa wprowadzili kolektywizację, która dla przyzwyczajonych do koczowniczego trybu życia Tybetańczyków stała się nową formą niewolnictwa. Wtłoczeni w sztywne ramy komun ludowych, zmasowani w nich tubylcy poczuli się jak w kaftanie bezpieczeństwa, a zbiory musieli oddawać państwu mniej więcej w takiej samej ilości, jak przedtem klasztorom.
Największym błędem popełnionym przez Chińczyków było jednak zmuszenie Tybetańczyków do uprawy żyta zamiast ulubionego przez nich jęczmienia, który od wieków był zasadniczym składnikiem ich posiłków. Wielką zaletą jęczmienia jest to, że po zmieleniu nie trzeba go gotować i że garść jęczmiennej mąki zmieszana z odrobiną herbaty i łyżką zjełczałego masła stanowi gotowe danie. Natomiast żyto należy gotować, co w kraju pozbawionym drewna na opał – drzewa są tutaj rzadkością – stanowi wielką niedogodność. Na domiar złego żyto wysusza występujący w Tybecie rodzaj gleby i powoduje jej jałowienie. I tak plony zaczęły stopniowo maleć, co powodowało niedostatek żywności, zaś komuniści nadal narzucali uprawę żyta zamiast jęczmienia, ponieważ polityczne hasło „zwiększyć produkcję żyta” dotyczyło całego kraju i wszędzie należało do niego się stosować.
***
Chińczycy przez dwadzieścia lat usuwali na bok tybetańską kulturę i pisali na nowo historię kraju, aby dowieść, że Tybet jest nierozłączną częścią Chin. Chwalą się, że wydrukowali po tybetańsku książki w pięciu milionach egzemplarzy, ale są to w dużej części przekłady tekstów z zakresu marksizmu-leninizmu oraz pism Mao. Autorem jedynej publikacji o dziejach Tybetu dostępnej w księgarni w Lhasie jest Chińczyk, a jego praca obfituje w wygodne dla Hanów kłamstwa i wypaczenia historii. Czytamy w niej na przykład, że Dżokang zbudowali Chińczycy dla uczczenia małżeństwa chińskiej księżniczki z Songcenem Gampo, ówczesnym królem Tybetu, a z dokumentów wynika przecież, że ów władca miał trzy żony i że świątynię tę kazał wznieść na cześć małżonki pochodzącej z Nepalu, dlatego też główna brama przybytku zwrócona jest ku zachodowi.

Najbardziej mi żal - właśnie podniebnych pogrzebów. Uważam, że zepsute mięso mogłoby się jeszcze przydać przyrodzie; nie rozumiem, dlaczego tylu ludzi kurczowo trzyma się ciała i nie chce go oddać naturze. Ja marzę o pogrzebie ekologicznym, w biodegradowalnej urnie, która po roku czy dwóch zwróci me szczątki Ziemi. Ponoć teraz w Chinach do takich pogrzebów są spore dopłaty, więc jeszcze ewentualne potomstwo na mnie zarobi...

2014-12-09

Świątynia Xingjiao w Shaxi 沙溪兴教寺

Naprzeciwko teatralnej sceny w Shaxi znajduje się wejście do buddyjskiego kompleksu świątynnego - jest to świątynia Xingjiao. Właściwie to nie kompleks, a maleńkie kompleksiątko, z paroma na krzyż budynkami, niewysokimi, bo głównie drewnianymi i z biletami wejściowymi*.
Świątynia ta została zbudowana za czasów dynastii Ming, w 1415 roku. Jedyne, co z czasów mingowskich pozostało to piękne freski, które właśnie są pomalutku odnawiane oraz ogólna budowa kompleksu i struktura budynków, która, choć w ogólnym założeniu jest typowo mingowska, szczegółami odpowiada raczej tradycji bajskiej. Co ciekawe, jedna z postaci ujętych na freskach, posiadająca liczne atrybuty Siakjamuniego, ma również atrybuty kobiece! Cóż, nawet jeśli Kopernik nie była kobietą, może dla odmiany Budda nią był? Jest to bodaj jedyny żeński Budda na świecie - wart zobaczenia.
Ciekawy jest odłam buddyzmu, który się w tej świątyni czci. Jest to bowiem bajska wersja tradycji sekretnej mantry, najlepiej znanej i najczęstszej u Tybetańczyków, a u Chińczyków etnicznych - bardzo rzadkiej. Mnisi tego odłamu przybyli w okolice Dali już za czasów dynastii Tang. W owym czasie Sześciu Wodzów** jeszcze nie zjednoczyło się w jedno państwo Nanzhao; między szczepami krążyli mnisi, nawracając wytrwale wodzów i ich ludy. Dzięki wiedzy niedostępnej wówczas owym ludom pomagali im - ponoć sprowadzali deszcz, modlili się o słońce, potrafili znajdować wodę w ziemi itd. Pewnie właśnie dlatego wielu mnichów otrzymało wysokie pozycje na dworze, doradzając Królowi Yunnanu nawet w kwestiach politycznych, gdy państwo Nanzhao już powstało. W późniejszych walkach Nanzhao z całym światem mnisi też chętnie pomagali. Z czasem wrośli w krajobraz. Kontakty mieli szerokie - dzięki ożywionemu handlowi Nanzhao z Tangami, mogli się porozumieć z chińskimi mnichami wadżrajany. Co ciekawe, ponoć będąc mistrzami wadżrajany, jednocześnie pilnie studiowali... księgi konfucjańskie! Tak, tak. Kiedy w Yunnanie... ups, w Nanzhao, a potem w Państwie Dali zaczęto wdrażać system wzorowany na systemie cesarskich egzaminów, wyłaniający przyszłych urzędników, to właśnie między mnichami, znającymi konfucjańskie reguły, szukano najlepszych kandydatów.
Za czasów mongolskich Yunnan zaczęła zalewać fala buddystów chan, a "azhali", jak nazywano naszych mistrzów, zeszli do podziemia. No, może nie do podziemia - wysocy rangą mnisi nadal zajmowali wysokie pozycje i mieli dostęp do najważniejszych ludzi w Yunnanie, ale sam odłam zdecydowanie stracił na popularności. Później bywało różnie - mnisi ukrywali się jak przyczajony tygrys i ukryty smok; zasłynęli złą sławą czarnoksiężników, którzy potrafią sprowadzić śmierć zaklęciem itp. Mingowie nie lubili całej tej wadżrajany i cesarskim dekretem zabroniono wchodzenia na tę ścieżkę. Jednak yunnańskich azhali zostawili (o dziwo!) w spokoju, uznając ich zapewne za reprezentantów nieszkodliwej lokalnej religii. Takim to sposobem w niepozornym Shaxi powstała świątynia, która była siedzibą tutejszych Aćarjów czyli mistrzów. Przez wieki opiekowali się świątynią i okoliczną ludnością; stanowili elitę. Za Qingów podupadli, a po dojściu komunistów do władzy zabroniono wyznawania buddyzmu tej odmiany. Aćarjowie powymierali, skarby świątynne rozkradziono; całe szczęście żadnemu czerwonogwardziście nie wpadło do głowy, żeby zniszczyć doszczętnie freski.
Od 2006 roku świątynia w Shaxi znajduje się na liście obiektów będących pod oficjalną rządową opieką. Prace są mozolne; pewnych spraw nie da się odwrócić, a budynki świątynne są zdrowo ogołocone. Ale na pustych ścianach drewnianych budynków i na dziedzińcach ustawiono postery informujące o pracach renowacyjnych, o powolnym odradzaniu kultu pod przywództwem azhali, o świętach hucznie tu obchodzonych, o mieszkańcach i historii Shaxi... A na dziedzińcach trzechsetletnie drzewa, kamienne ścieżki i... niestety cisza. Mało kto się tu przychodzi modlić, świątynia nie żyje, jest to tylko muzeum.
Świątynia Xingjiao to znaczy Świątynia Rozkwitającej Nauki. Dziś jest to raczej więdnięcie - choć, jeśli restauracja Shaxi będzie przebiegać tak pięknie, jak do tej pory, może za parę lat świątynia będzie znów kwitła? Życzę jej tego. I trzymam kciuki, by po wsze czasy stała drewnem i freskami, a nie betonem i plastikiem...

*napisane jak byk, że dla emerytów wejście jest za darmo, ale niestety ulga dotyczy wyłącznie Chińczyków, co napisane dla odmiany nie jest. Tak, pokłóciłam się z tą idiotką, która sprzedawała bilety; powinni ponosić odpowiedzialność za to, co piszą...
**Sześciu Wodzów Liuzhao 六诏 to tradycyjna nazwa sześciu...hmmm... klanów? plemion? które władały okolicami dzisiejszego Dali i ani im się śniło zjednoczyć. Później, gdy większość została już podbita przez Tybet, południowe szczepy poprosiły Chiny o protekcję. Otrzymali pomoc. Do tego stopnia, że później wzięli i zjednoczyli sześć szczepów w jedno wspaniałe państwo Nanzhao - ale to już zupełnie inna historia...

2014-09-09

Chengduńscy Mandżurowie 成都的满族

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak to Chińczycy są okropnie dumni z własnych podbojów, które nie były własne i z własnych dynastii, które jednoczyły kraj, a które nie były chińskie. Ot, taki Yunnan: został włączony do Chin przez Mongołów, którzy owe Chiny i parę innych miejsc podbili. W dodatku pierwszym gubernatorem podległego Chinom Yunnanu był muzułmanin. Ale o tym innym razem...
Taką samą dumą otaczają teraz Chińczycy Mandżurów, czyli kolejnych barbarzyńców z północy, którym udało się podbić Chiny. To pewnie dlatego współcześni Chińczycy taką atencją obdarzają Osiem Chorągwi - że tak wspaniale zorganizowane i w ogóle. To trochę tak, jakby Polacy chwalili się, bo ja wiem, wspaniałością wojska pruskiego...
Wracając do Mandżurów: podbili Chiny, a potem po pierwsze musieli tego ogromnego państwa pilnować - ludność lokalna nie poddała się im bez walki. Porozsyłano więc dawnych żołnierzy po chińskich miastach, by zwalczali rebelie i protesty w zarodku, a także dano im ziemię. Nie no, sami sobie rączek nie brudzili - byli w końcu elytą - ale odnajmowali ziemię chłopom i się bogacili, czas spędzając na hazardzie, łażeniu po burdelach i hodowli ptaków. A, no tak, przepraszam, jeszcze na tłumieniu rebelii.
Nie inaczej wyglądało życie Mandżurów, którzy w latach 1718-1721 osiedlili się w Chengdu. Poprosił o ich towarzystwo i pomoc w zdobyciu Qinghai ówczesny gubernator Syczuanu - Nian Gengyao. Zresztą nie tylko o Qinghai chodziło; Mandżurowie, w liczbie około 2000*, walczyli też z Dżungarami, Tybetańczykami i innymi tubylcami okołosyczuańskich terenów. W nagrodę otrzymali kawał ziemi w zachodniej części... chciałam napisać w zachodniej części Chengdu, ale wówczas to w zasadzie jeszcze nie była część miasta - raczej przedmieścia. Początkowo były to koszary; wkrótce powstało "Mandżatown": najpierw wybudowano mandżurskie domy, później do żołnierzy dołączyły ich rodziny. Koło domów wyrosły jak grzyby po deszczu knajpki. Chwilę później było to już prawie miasteczko - z nieregularnymi ulicami, budowanymi bez planu, według widzimisię mieszkańców: jedna szeroka, jedna wąska, jedna prosta, jedna krzywa. Tak właśnie powstały tzw. Uliczki Szerokowąskie 寬窄巷子 (przez Piekielną Fantazję i przeze mnie pieszczotliwie zwane chengduńską Pokątną), pierwszy stricte konsumencki dystrykt Chengdu. Po jakimś czasie Mandżurowie wrośli w krajobraz; poczuli się bardziej chengduńczykami niż ludnością napływową. Nic dziwnego, przecież mieszkali tam prawie dwieście lat, zanim z upadkiem cesarstwa zlikwidowano chorągwie. W dodatku, choć ich rolą teoretycznie było wspieranie militarne władz danego dystryktu, to po rozbiciu w pył iluś tam grup rebeliantów, po prostu nie mieli co ze sobą zrobić. Oczywiście poza hazardem, chlaniem i chodzeniem na dziwki...
Będąc w Chengdu, wybrałam się chętnie na Pokątną. Potem się wybrałam znowu. A gdy pojadę raz jeszcze do Chengdu - powtórzę ten wypad. Właściwie mogłabym tam zamieszkać. Niezliczone knajpki z lokalnym i nielokalnym żarciem przetykane barami, herbaciarniami, kawiarniami. Znalazło się miejsce i na sklep z pandami, i na księgarnię z bogatym wyborem książek o Syczuanie. Można połazić wśród ładnie, choć mocno nowocześnie zrekonstruowanych domów, przysiąść z dala od zgiełku, ciesząc się czarką herbaty, obejrzeć przedstawienie, poczytać książkę... Przede wszystkim można zaś nacieszyć się śladami historii: dziś w Chengdu nadal mieszka około 2000 Mandżurów; ci najstarsi znają jeszcze język i chętnie dają młodym Mandżurom darmowe lekcje języka i historii. Istnieją fora internetowe, przez które potomkowie dawnych elit szukają swych korzeni, starych mandżurskich nazwisk, ksiąg rodzinnych. Choć po Ośmiu Chorągwiach mało kto już pamięta, w Chengdu nadal można spotkać potomków dawnych mandżurskich żołnierzy, starających się odnaleźć i zachować szczątki dawnej kultury.
Gdy pierwszy raz dreptałam tymi uliczkami, o historii Ośmiu Chorągwi i o obecności Mandżurów w Chengdu miałam pojęcie dość kiepskie; dziś chodziłabym tamtędy, przed oczyma mając coś zupełnie innego niż beton, Starbucksa i tłumy turystów. Ale nawet wtedy Pokątna mnie urzekła - chińskim pokojem zatopionym w ścianie budynku, uchem od grabi, resztką siheyuanu, tymi wszystkimi drobiazgami, które wpłynęły na wyjątkowość miejsca. Za czasów mandżurskich do tego "małomiasteczka" 少城 w zasadzie nie wolno było wchodzić etnicznym Chińczykom - nawet najwyżsi rangą dostojnicy musieli się trzymać z daleka. Zasada zresztą działała w obie strony: żołnierzom również nie wolno było opuszczać mandżatown bez oficjalnego pozwolenia. Żadnego handelku, żadnej pracy zarobkowej - dostawali przecież cesarski żołd, odpowiednią ilość jedzenia itd. Uliczki nie były zakorkowane, bo przecież przemieszczała się po nich "szlachta" w lektykach bądź wierzchem, a nie pospólstwo. Z pospólstwa tylko drobni uliczni sprzedawcy, zaopatrujący dzielnicę we wszystkie niezbędne produkty, byli tolerowani. Na pamiątkę jeżdżących wierzchem Mandżurów, zostawiono w murach uchwyty do przywiązywania koni.
Zdziwić może mieszanka europeizmów z chińszczyzną. Cóż, taki chengduński styl - tutejsze hutongi zmieniły się w chengduńskie; tutejsza "architektura europejska" też wchłonęła chengduńskie budowlane nawyczki. Mamy więc pseudoeuropejskie portale, bo któryś z dawnych mieszkańców Pokątnej był w Europie i chciał to pokazać całemu światu, a obok mamy drzwi zaopiekowane przez bogów.
Straszna szkoda, że gdy z upadkiem cesarstwa rozpirzono Osiem Chorągwi na cztery wiatry, przy okazji zburzono prawie całe mandżatown. Ostało się ledwie kilka ulic - Szeroka, Wąska, Studzienna... Niechęć do cesarstwa przekładała się wprost na niechęć do Mandżurów. Początkowo przydatni żołnierze mnożyli się niepowstrzymanie; dla synów mandżurskich oficerów w zasadzie jedyną ścieżką kariery było pójście w ślady ojca. Z paru tysięcy obrońców regionu zrobiło się przez tych dwieście lat dwadzieścia tysięcy próżniaków, którzy żyli o żołdzie i próżniaczyli. Nie dość, że trzeba ich było utrzymywać, to jeszcze się szarogęsili. W tym świetle nie dziwią hasła, którymi się karmiła nienawiść do nich: wygnać Mandżurów! (驱除鞑虏; 排满). Na tle tego, co robiono z Mandżurami w innych regionach, Chengdu do pozbycia się ich i tak podeszło dość pokojowo. Odebrano im wprawdzie przywileje i musieli się wziąć do roboty; dostali na pocieszenie trzymiesięczne zapasy pożywienia, zorganizowano także "pomoc społeczną" dla byłych chorągwian. Mandżatown zostało otwarte dla Chińczyków, a Mandżurowie z konieczności musieli się w nich wmieszać. Bali się - po prostu się bali. Wielka była nienawiść Chińczyków do najeźdźców, którzy w dodatku się bawili na ich koszt; jedli ich ryż, pili ich alkohol sami nic nie robiąc. W tamtych czasach wielu Mandżurów zmieniło nazwiska na chińskie i ukrywało tożsamość. Niby Sun Yat-sen mówił o równości pięciu wielkich chińskich grup etnicznych, ale w praktyce wyglądało to różnie. Mandżurskiej szlachcie nie w smak było, że sprowadzono ich do roli zwykłych obywateli, w dodatku nie mających żadnych pożytecznych umiejętności. Mandżurskich chłopów wpieniało, że patrzy się na nich przez pryzmat żołnierzy - czyli jak na próżniaków. A przecież szybko się próżniacy nauczyli, by nie mówić, że są Mandżurami i zaczęli zarabiać na ryż ich powszedni. Z potomków żołnierzy zmienili się w rowerowych taksówkarzy, mięśniaków od przeprowadzek, sprzedawali herbatę, owoce czy papierosy. Wreszcie, po dwustu latach trwania w zawieszeniu, stali się chengduńczykami.
Na jednym z chengduńskich blogów (swoją drogą, warto tam zajrzeć dla zdjęć) znalazłam wspaniałe zdanie, mówiące o staronowych, współczesnodawnych Starowąskich uliczkach: Jest to nowa wizytówka starego Chengdu i jednocześnie stary salon nowego Chengdu. Tak, to właśnie o to chodzi: historia i nowoczesność na jednym talerzyku deserowym.


*łącznie żołnierzy chorągwianych było 3000, ale ponoć trzecia chorągiew była złożona z Mongołów. Trzeba jednak pamiętać, że później ich liczba znacznie wzrosła, niektóre źródła mówią o 20 tysiącach (!) Mandżurów w Chengdu.

2014-07-18

Tybetańczycy

-A więc byłaś w Chengdu, tak? Jak Ci się podobało?
-Byłam, byłam. Chengdu jest fajne, chociaż wolę Kunming, bo w Chengdu beznadziejna pogoda.
-No tak, nasz błękit nieba bije wszystko na głowę! A co w Chengdu widziałaś?
-W sumie niewiele: Wuhouci, Pałac Zielonej Kozy, Świątynię Wenshu, Pawilon z Widokiem na Rzekę, uliczkę Jinli, chengduńską Pokątną...
-Ale, skoro byłaś w Wuhouci, to pewnie przechodziłaś dzielnicą tybetańską. Jak wrażenia?
-Nie bardzo mi się podobało.
-Dlaczego?
-Smród niemytych ciał był zbyt intensywny. Ja rozumiem, że kiedy mieszkają w małej wiosce w Himalajach, w której warunki sanitarne ani klimatyczne nie sprzyjają częstym kąpielom, taki zapach jest naturalny. Sama śmierdziałam dość ostentacyjnie, gdy pomieszkiwałam w małej wiosce Yi. Ale dlaczego się nie myją, gdy mieszkają w mieście? Buddyzm im tego z całą pewnością nie zakazuje... Poza tym - bardzo niewybrednie komentowali pojawienie się w dzielnicy dwóch białych. We własnym języku, więc nie rozumiałam słów, ale rozumiałam gesty, ton i intencje. Naprawdę się cieszyłam, że poza Tybetańczykami byli tam również policjanci...
-Tak, ja też za nimi nie przepadam. Miałam na studiach kolegę Tybetańczyka. W sumie nawet przystojny, tylko ten zapach! Zupełnie jakby był dzikim zwierzęciem, które musi pokazać, że to jego terytorium. Zupełnie nie wiem, jakim cudem znalazł sobie dziewczynę. Ale znalazł. Japonkę. Regularnie prał ją do nieprzytomności, właściwie nawet nie wiedzieliśmy za co. Na wszelkie próby perswazji odpowiadał: nic wam do tego, piorę wstrętną Japonicę za krzywdy wojenne. Ja rozumiem nienawiść do Japończyków - faktycznie są to dranie pierwszej klasy. Ale skoro ich nienawidzisz, po co znajdujesz sobie japońską dziewczynę? Po to, żeby płaciła za zbrodnie wojenne sprzed sześćdziesięciu lat?!...

2013-06-10

twaróg 奶渣

Chińczycy nie jedzą serów, to prawda stara jak świat. W tutejszych Carrefourach nie ma masła, maślanki, kefiru, twarogów i żółtych serów, o dojrzewających już nie wspominając. Jest mleko. Są słodkie do granic obrzydliwości jogurty. Są pakowane po plasterku nibysery.
Nawet w Chinach istnieją jednak dwie grupy etniczne, które wytwarzają ser i jego spożywania nie uznają za coś obrzydliwego i dziwnego: Mongołowie i Tybetańczycy. Właśnie z racji odwiedzin w knajpie tybetańskiej, w której spożywaliśmy smażony na maśle kwaśny twaróg z cukrem (Mongołowie witają tą potrawą gości), nagle zatęskniłam za tym przysmakiem. Tybetańczycy uważają, że twaróg dobrze uzupełnia dobrą florę bakteryjną naszych organizmów, używają sera jako lekarstwa na problemy z trawieniem po przeprowadzkach czy w podróży.
O wiele ciekawsze jest to, że Chińczycy piszą o nas, białasach w kontekście twarogu (wzięłam te rewelacje żywcem z baidu, chińskiego google'a):
Za granicą twaróg jest powszechnie spożywany. Wytwarza się go na masową skalę, wraz z produktami pochodnymi: pierogami z serem, leniuszkami, chlebem (wtf?), ciastami itd. Te produkty są lubiane nie tylko przez dorosłych, ale i przez dzieci. Poza tym za granicą uważa się, że spożywanie twarogu i produktów z twarogiem wpływa na pozytywny rozwój dzieci, dlatego też wytwarza się dużo produktów dla dzieci na bazie twarogu; są dość kosztowne (?).
Chleb jako produkt zrobiony z twarogu trochę mnie rozbawił. Tylko trochę.
W każdym razie, z tęsknoty za twarogiem zaczęłam robić własny. Bezrobocie sprzyja zmianie w idealną panią domu :)
Przepis jest wypadkową setek przepisów internetowych. Biorę kwaśne mleko, gotuję na wolnym ogniu całe wieki, czasem mieszam, ale staram się nie rozbić struktury sera, a gdy ser jest już tak ciepły, że parzy paluchy, wylewam go na sito wyłożone gęstą gazą. Gdy większość serwatki przecieknie, zawiązuję gazę dość ciasno i wieszam, żeby odkapała do końca.
Po paru godzinach mam przepyszny twarożek. Ostatnią partię w całości pożarła moja ulubiona Tajka, obficie polewając chleb z twarogiem miodem. Mniam.

2012-08-27

普達措國家公園 Park Narodowy Pudacuo

Park położony jest w północno-zachodnim Yunnanie, już na Wyżynie Tybetańskiej, tam, gdzie rodzą się trzy ważne rzeki: Saluin, Jangcy i Mekong. Jako, że region znajduje się jednocześnie na liście światowego dziedzictwa UNESCO, wycieczki tam są coraz popularniejsze. Całe szczęście, na tyle wcześnie trafili na listę, że nic nie można tam zmieniać.
Trzy najważniejsze obiekty tam się znajdujące to Morze Czarodziejskiego Dywanu z Jaka 碧塔海, Jezioro Wielkiego Du 碩都湖 oraz Czerwonochmurny skansen tybetański 霞給藏族文化自然村. To właśnie tam ląduje większość wycieczek, którym udało się dostać do nieodłegłego (22 km) Szangri-La 香格里拉.
Położony na wysokości 3500-4159 m.n.p.m. park o powierzchni 300 kilometrów kwadratowych obfituje w jeziora, mokradła, lasy i wysokie trawy, kotlinki z bijącymi w nich czyściutkimi źródełkami; znaleźć tu można niespotykane w innych miejscach okazy fauny i flory. Bilety są wprawdzie drogie - około 200 kuajów - a godziny otwarcia zbyt krótkie, by móc tam naprawdę pobuszować (8-17), ale moim zdaniem krajobrazy, które się tam na nas rzucają, zapierają dech w piersiach.
Nazwa Pudacuo jest transkrypcją fonetyczną nazwy sanskryckiej, która oznaczała Jezioro Łodzi - a według Tybetańczykow to jezioro od jakowego dywanu (cokolwiek by to miało oznaczać). Najwcześniejsze opisy jeziora i otaczającego je krajobrazu można znaleźć podobno już w XIII-wiecznych tybetańskich księgach buddyjskich, w których opisywane jest jako mieniące się w oczach i oczyszczające serce. Serio - niewiele się tam zmieniło. Krajobraz jest iście bajkowy, bez skaz, bez zanieczyszczeń, bez ludzi. Gdybym miała być mnichem taoistycznym/buddyjskim, to właśnie tam bym się wybrała, by doskonalić charakter. W otoczeniu tego surowego piękna po prostu nie można być złym człowiekiem...
Jeziora pełne są ryb, lasy pełne zwierzyny wszelakiej, a nad głowami wrzeszczą ptaszyska. Jesień piękna jest ptasimi wędrówkami, wiosna i lato - kwitnącymi różanecznikami i setkami innych kwiatów. Ja byłam już prawie w zimie, której powietrze zdaje się być ostre jak nóż, a słońce odbite w lustrach wód pali żywym ogniem. Trzy warstwy ubrań nie są Cię w stanie ochronić przed zimnem, gdy na chwile zajdzie słońce. Tak, zimy są tu długie i nieprzyjemne, średnia temperatura w roku nie przekracza 6 stopni, a nawet w takim lipcu średnia temperatura to zaledwie 13 stopni!
Rośnie tu dużo ładnych roślin - jak fargezja (ten bambus, który tak lubią pandy), wiciokrzew japoński, masy świerków, sosen, dębów, przepięknych białych chińskich brzóz (brzóz tu zresztą w ogóle ładnych parę typów) czy chińskich osik. A przecież jeszcze trawy, kwiaty i cała zielenina podwodna!!!
Zwierzaków też nie brakuje. Mają tu swą siedzibę rezusy, rysie, pantery mgliste, a także zagrożone wyginięciem kotowate mormi; również przepyszne podobno mundżaczki, jelonki czubate czy piżmowce znajdują tu schronienie. I miliony ptaków: żurawie czarnoszyje czy uszaki białe z tych rzadszych; są i tłumy gryzoni, od polatuch począwszy przez szczury bambusowe aż po wiewiórki. Są tez tybetańskie zające i masa innego drobiazgu.
W naszym jakowodywanowym jeziorze żyją ponadto ryby, które zachwyciły ichtiologów: są to tak zwane karpie bitahajskie, które właściwie nie zmieniły się od czwartorzędu. Oprócz tego, że ciekawe, bo niezmienione, są też ponoć bardzo smaczne. Jednak nikt nie śmie ich spożywać. Dlaczego? Tutejsi Tybetańczycy wyprawiają swoim zmarłym pogrzeby godne wikingów. Ciała ludzkie stanowią więc pożywienie dla ryb, toteż Tybetańczycy ryb nie jedzą. Swoją drogą, skoro maja poza pogrzebami wodnymi jeszcze pogrzeby powietrzne (zostawia się ponacinane ciała na żer ptactwu), to ptaków też nie jedzą?
Tak więc ryby spokojnie sobie żyją w naszym jeziorze, a że nieczęsto wypływają na powierzchnię czy podpływają do brzegu, stały się świętymi rybami. Kto taką świętą rybę ujrzy, jest wielkim szczęściarzem i do końca życia nie zazna niedostatku.
Ja wprawdzie ryb nie widziałam - może to i dobrze, bo bym złowiła i upiekła, nie wiedząc nawet, że łamię tabu - ale za to widziałam inne cuda tej krainy. Jak zawsze żałuję, że nie dość, że aparat mam kiepski, to jeszcze nie umiem robić zdjęć. Ale tym, co mam, chętnie się podzielę :)








Na tym ostatnim zdjęciu widać granicę śniegu i słońca :)