Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynastia Han 漢朝. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynastia Han 漢朝. Pokaż wszystkie posty

2020-06-08

Cesarska Pieczęć 傳國璽

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Cesarska Pieczęć to pieczęć wyryta w świętym nefrycie Heshibi 和氏璧 - czyli w nefrytowym dysku bi, należącym do pana He. Stworzono ją w 221 r.p.n.e dla pierwszego cesarza Chin Qin Shi Huanga, a na pieczęci wyryto słowa: Otrzymawszy Mandat Niebios, niech żyje wiecznie i dobrze 受命於天, 既壽永昌. 
Pieczęć przez wieki była ważną sprawą w życiu Chińczyka - tak cesarza, jak i zwykłego zjadacza ryżu, ponieważ to właśnie przy pomocy pieczęci ludzie się podpisywali. Ręcznie robione, unikatowe pieczęcie były trudniejsze do podrobienia od pisma. Jeszcze całkiem niedawno temu na Tajwanie poza podpisem na formalnych dokumentach należało postawić odbicie osobistej pieczęci - np. podczas otwierania konta bankowego.
No a jeśli już robić pieczęć dla cesarza, to nie w jakimś zwykłym kamieniu, a w nefrycie, który w starożytnych Chinach symbolizował wewnętrzne piękno człowieka. Wiecie, nefryt znajduje się wewnątrz ordynarnych skał, których wartości nie sposób ocenić, dopóki się ich nie rozłupie i nie okaże się, jak piękny jest nefryt w środku; jest z tym zresztą związany kamienny hazard. Starożytni posuwali się zresztą dalej: łączyli nefryt również z nieśmiertelnością i próbowali stać się nieśmiertelnymi pijąc eliksiry ze sproszkowanym nefrytem. Cóż. Ja wolałabym jednak pieczątkę...
Pierwszy Cesarz umarł, pieczęć pozostała w rękach kolejnych cesarzy. Pewna cesarzowa wdowa nie chciała oddać pieczęci uzurpatorowi i cisnęła pieczęcią o ziemię, odłupując róg, jednak uzurpator, gdy został (zapewne otrzymawszy Mandat Niebios) cesarzem, zlecił naprawienie pieczęci - ułamany róg uzupełniono złotem*. Dynastie powstawały i upadały, a Cesarska Pieczęć trwała, będąc dowodem, że cesarz ma Mandat Niebios - gdyby go nie miał, nie miałby przecież pieczęci. Gdy rozgrywały się wojenki między królami żądnymi tytułu cesarza, tak naprawdę wojowali właśnie o pieczęć - bo kto miał pieczęć, ten był prawowitym władcą. Ciekawie zerknąć na Okres Trzech Królestw, gdy pieczęć wędrowała z rąk do rąk, każdy, kto ją miał, proklamował się cesarzem choćby na chwilę, a reszta uważała, że nie, tylko nie on, to ja, ja mam Mandat Niebios i muszę odzyskać pieczęć!
Potem znów było trochę spokoju... To znaczy, były zmiany dynastii i rozczłonkowanie Chin, ale pieczęć zawsze gdzieś tam była i posiadanie jej miało swoją wagę. A potem upadli Tangowie, Chiny rozbiły się na Pięć Dynastii i Dziesięć Królestw, a Cesarska Pieczęć przepadła na zawsze. A może wtedy dopiero zauważono, że zaginęła? Teorii jest wiele, przeczą sobie wzajemnie i nikt nic nie wie. Może pieczęć zaginęła wiele wieków wcześniej? Może zepsuł ją cichaczem któryś potomek któregoś cesarza? Może ktoś ją ukradł?
Tak czy owak, za Mingów było już wiadomo na pewno, że Cesarskiej Pieczęci nie ma i nie będzie. Może właśnie dlatego cesarze mandżurskiej dynastii najeźdźców czyli Qingowie, ogarnięci obsesją na punkcie bycia prawowitymi władcami Chin, tworzyli na potęgę cesarskie pieczęcie. Próbowano też podstawiać podróbki - a jednak wiadomo, że byle cesarska pieczęć to nie to samo, co Cesarska Pieczęć...

Tutaj poczytacie o japońskim Mieczu Trawosieczu.

*Mowa tu o Wang Mangu.

2019-01-20

Bìxì 贔屭

W wielu chińskich świątyniach znajdują się żółwie. Chętnie wpuszczane do sadzawek przy świątyniach buddyjskich, powoli kroczące przez trawniki świątyń taoistycznych, dumnie podtrzymujące kamienne stele... Stop. Te ostatnie, choć przypominają żółwie, tak naprawdę zwą się bìxì i są stworzeniami z bogatej chińskiej mitologii. Ponoć Smoczy Król (ten sam, który mieszka w Kryształowym Pałacu) miał dziewięciu synów, każdego urodzonego z innego stworzenia. Stąd mamy:
  • Qiú niú 囚牛 - pół-krowę, pół-smoka, która lubi muzykę i w związku z tym często zdobi instrumenty muzyczne.
  • Yá zì 睚眦/睚眥 - pół-wilka, pół-smoka, który lubi walczyć i często zdobi broń białą.
  • Cháo fēng 嘲風 - pół-kozła, pół-smoka, który lubi jeść i się wspinać. Często zdobią cztery rogi chińskich dachów.
  • Pú láo 蒲牢 - pół-psa, pół-smoka, który jest bardzo głośny i w związku z tym często zdobi uchwyty dzwonów.
  • Suān ní 狻猊 - pół-lwa, pół-smoka, który lubi siedzieć u stóp buddów i bodhisattwów.
  • Bì àn 狴犴 - pół-tygrysa, pół-smoka, który lubi sądy i pilnuje więzień.
  • Fù xì 負屓 - pół-węża, pół-smoka, który lubi pić wodę i często zdobi mosty.
  • Chī wěn 螭吻/鴟吻 - pół-rybę, pół-smoka, która zdobi kalenice i połyka zło, by nie wkradło się pod dach.
  • Bì xì 贔屭 - pół-żółwia, pół-smoka, z wielką skorupą, dzięki której jest w stanie unieść nawet bardzo ciężkie obiekty. 
Tego ostatniego można często zobaczyć w grobowcach, ale też w świątyniach - głównie jako piedestał dla kamiennych tablic czy stel, upamiętniających ważne wydarzenia albo ludzi. Ta tradycja pojawiła się już za dynastii Han, ale rozkwitła za Mingów i Qingów, a i dziś tzw. "nowe zabytki" są zaopatrzone w jednego bądź kilka bixi. Czasami podtrzymują również fundamenty mostów czy arkad, ale spotyka się również bixi "wolno stojące".
Sama nazwa zwierzęcia jest ciekawa, bowiem 贔 to trzy muszle 貝, a one kojarzą się przede wszystkim z pieniędzmi. Tymczasem 贔 wydaje się nie mieć nic wspólnego z forsą, a w słownikach określa tylko nasze zwierzę oraz siłę, która jest w stanie wiele unieść. Może właśnie to, że muszle są twarde, przywiązało je do bixi? Z kolei znak 屭 czyli trup i trzy muszle w ogóle nie są używane poza nazwą naszego pół-żółwia, a znak trupa został wykorzystany tylko fonetycznie. Często spotyka się również jego inne miano: 龜趺 guī​fū - przetłumaczyłabym go swobodnie jako żółwia siedzącego po turecku w pozycji lotosu. Jest i trzecia nazwa: 霸下 bàxià - dosłownie "pod tyranem".
Interesujące, że o ile samo zwierzę zostało wymyślone bardzo dawno temu, to opisy pojawiły się dopiero za Mingów. Chińska wersja Fantastycznych Zwierząt (i jak je znaleźć) Lu Ronga - czyli tzw. Ogrodowe Zapiski opisywały wygląd i habitat bixi oraz trzynastu innych baśniowych zwierzaków. - ale to dopiero XV wiek! Czemuż skąpiono opisów bixi między dynastią Han a Mingami?
Ponieważ głaskanie nosów bixi ma ponoć przynosić szczęście, w wielu miejscach są teraz odgradzane od zwiedzających. Całe szczęście całkiem nowe bixi, ozdoby parku przy Magnoliowej Świątyni, mogą być dopieszczane przez żądnych szczęścia turystów:

2018-05-17

Hua Tuo 華佗

Hua Tuo to chiński lekarz żyjący na przełomie dynastii Han i Epoki Trzech Królestw. Ponoć to właśnie on pierwszy wpadł na pomysł, że pacjentów poddawanych operacjom chirurgicznym można znieczulić. A znieczulał przy pomocy opium, konopi, haszyszu i dużej ilości alkoholu. To musiało być znacznie przyjemniejsze niż dawać się kroić na żywo... Co ciekawe, był to "lekarz od wszystkiego" - to znaczy nie tylko znał się na anatomii, chirurgii i anestezji, ale również na tradycyjnej medycynie: akupunkturze, moksie, ziołach i ćwiczeniach daoyin. Przy czym muszę zwrócić Waszą uwagę, że skoro na początku naszej ery Hua Tuo przeprowadzał operacje jamy brzusznej, znał się na znieczuleniach, dezynfekcji i szyciu po operacji, to pojęcie "tradycyjna medycyna chińska" i jej wyraźne oddzielenie od tzw. medycyny zachodniej, zwykle z właśnie takimi rzeczami wiązanej, trochę traci rację bytu, prawda?
Postulował również regularne ćwiczenia, zachowanie higieny itd. Jakie ćwiczenia? Oczywiście - taichi :) Podobno to właśnie jemu zawdzięczamy ćwiczenia pięciu zwierząt: tygrysa, jelenia, niedźwiedzia, małpy i ptaka. Mam do nich wielki sentyment, ponieważ to właśnie od tych ćwiczeń zaczęła się moja przygoda z taichi. Przypomniałam sobie o tym słynnym medyku (i o ćwiczeniach, które niestety zaniedbałam) pół roku temu, przy okazji wizyty w szpitalu. Po tym, jak ZB został potrącony przez łajdaka, który zignorował czerwone światło, trochę się nabiegałam, by umawiać kolejne wizyty i odbierać wyniki. Całe szczęście - nic poważnego mu nie jest. Jeszcze tylko ścięgno Achillesa szwankuje, napawając ZB obawą, że dni półzawodowej gry w badmintona już za nim.
Wracając do Hua Tuo - jego statua stoi na szpitalnym dziedzińcu, dając chorym nadzieję, że pracujący w tej placówce lekarze będą równie uważni i dociekliwi, co ich patron.
A ja... chyba wrócę do ćwiczeń taichi. Zwłaszcza do niedźwiedzia i małpy ;) Do żadnych innych już się chyba nie nadaję...

Bierzcie i ćwiczcie :)

2018-04-25

Muzeum Yunnańskie 云南省博物馆

W tym miesiącu blogerzy językowo-kulturowi w ramach akcji W 80 blogów dookoła świata piszą o najważniejszych zabytkach swoich krajów. Powinniśmy ich wybrać pięć. Powiem szczerze - temat mi się nie bardzo spodobał. Nie tylko dlatego, że piszę na blogu o zabytkach bardzo często. Nie tylko dlatego, że wybranie pięciu najważniejszych jest właściwie niemożliwe. Nawet nie dlatego, że "najważniejszość" danego zabytku jest jednak kwestią perspektywy. Przede wszystkim dlatego, że zabytek zabytkowi nierówny i bez dodatkowej definicji się nie obędzie. Pamiętajmy bowiem, że zabytek może być wielkoformatowy (budynki, cmentarze, miasta, krajobrazy kulturowe itd.) oraz małoformatowy (obraz, rzeźba, artefakt, a nawet pięknie rzeźbione krzesło z sypialni jakiegoś szlachetki). Może być ciekawy dla wszystkich albo tylko dla "wtajemniczonych". Może być piękny lub brzydki wedle konkretnych kanonów estetycznych. Z całych Chin wybrać pięć byłoby absolutnie niemożliwe. Wybrać pięć zabytków Yunnanu - też ciężko, ale powiedzmy, że być może wedle jakichś tam kryteriów by się dało. Choć ja nawet z samym Kunmingiem miałabym kłopot - jest tu jeszcze sporo starych świątyń, domostw i innych miejsc tego typu. Dlatego zamiast się zastanawiać, który z kunmińskich zabytków jest najważniejszy i dlaczego akurat ten, zaprezentuję Wam kilka zdjęć zrobionych przeze mnie w miejscu specjalizującym się w artefaktach. Przy okazji - opis mojej ostatniej w nim wizyty i tego, jak właściwie to miejsce wygląda i gdzie się znajduje.

Kiedy jeszcze Muzeum Yunnańskie było położone w centrum, często w nim buszowałam. Jednak w 2015 roku przeniesiono je z "Pałacu Kultury" na peryferie Kunmingu - nr 6393 (sic) przy ulicy Guangfu (光复路6393号). Od tego czasu tam nie byłam. Półtorej godziny w jedną stronę, przy czym pół godziny w samym metrze? Dziękuję, postoję.
Okazało się jednak, że w ramach pracy ZB jeździ czasem dokładnie naprzeciwko - po drugiej stronie placu jest bowiem nowy Teatr Wielki (大剧院), w którym odbywają się również koncerty:
Oba budynki powstały niedawno, są gigantyczne i jeszcze otoczone wdzięcznym parczkiem. Razu pewnego wzięłam więc Tajfuniątko pod pachę i pojechałyśmy do muzeum, a także z zaskoczenia wziąć ZB na lunch gdzieś w okolicy. Plan udał się w stu procentach.
Patrzcie, jaki to gigant. Ciężarówka na tle muzeum wydaje się maleńka jak mróweczka. W środku znajdziemy zawsze przynajmniej parę różnych wystaw; stałe to te o historii Yunnanu, począwszy od dinozaurów poprzez skarby wyrwane ziemi aż do czasów współczesnych. Wystawy czasowe bywają bardzo dla sinofila ciekawe - np. yunnańskie malarstwo, wystawa starych wachlarzy czy kaligrafii. Ja akurat trafiłam na wystawę dotyczącą cesarzowej Sissi, ale Tajfuniątko nie dało mi się zagłębić, więc się nie wypowiem. O wystawach stałych mogę powiedzieć, że są interaktywne, poszczególne obiekty są dobrze wyeksponowane i opisane, często również opatrzone zdjęciami w dużym powiększeniu i dobrej rozdzielczości. Jedyne, co mi przeszkadzało to mrok panujący w całym muzeum. Choć nie mam klaustrofobii, a i ciemności się nie boję, źle się tam czułam. Druga rzecz - poszłyśmy do rozreklamowanego kąciku dziecięcego. Były tam poruszające się repliki dinozaurów, które faktycznie przykuły Tajfuniątko na długo. Szkoda tylko, że aby triceratops zniósł jajko, trzeba było mu wrzucić do pyska pieniądze... Był też drugi kąt dla dzieci, z krzesełkami i stolikami, kredkami itd. Zamknięty na cztery spusty, bo jest otwierany tylko podczas warsztatów dla dzieci, które odbywają się w weekendy - ilość miejsc bardzo ograniczona, bodaj z piętnaścioro może naraz wejść do tej maleńkiej salki. Czyli nie ma szans przyjść do muzeum z dzieckiem i gdy znudzi się ono oglądaniem wystaw, posłać je z tatusiem gdzieś, gdzie będzie się mogło pobawić. Szkoda. Bo muzeum jest niestety za daleko od cywilizacji, żeby jeździć tam często i się naoglądać do syta. Jeśli jednak jest ciepło i sucho, można wysłać dziecię na wspaniały, duży trawnik przed muzeum.
Wróćmy do wystawy głównej. Znajdują się tam artefakty znalezione na terenie dzisiejszego Yunnanu. Opisane są zgodnie z chińską tradycją: czas powstania danego przedmiotu przyporządkowany jest do kolejnych chińskich dynastii, np. zamiast "średniowiecze" mamy "dynastię Tang". Niby logiczne, skoro Chiny rozwijały się inaczej niż Europa i trudno tu mówić o średniowieczu czy innym oświeceniu, prawda? Jeden szkopuł: w czasie powstania znacznej części tych dzieł Yunnan nie należał do Chin i życie wyglądało tu inaczej niż "za Tangów" czy "za Hanów". Były tu niepodległe królestwa (m.in. Nanzhao, Dali czy Sipsong Panna), które z Chinami miały kulturowo dość niewiele wspólnego. Niestety, z ekspozycji się tego nie dowiemy. Możemy tylko zwrócić uwagę na to, że tutejsze rzeźby to bawoły wodne i tygrysy zamiast smoków czy lwów. Że preferuje się inne kształty i inną tematykę niż w innych regionach Chin. Że zabytki piśmiennictwa obfitują w znaki Dongba lub pismo tajskie zamiast chińskich krzaków.
Poniżej wybrałam dla Was pięć zabytków, które przykuły moje spojrzenie. Nie ma tu najważniejszego - tygrysa gryzącego krowę w zadek - ponieważ o tym zabytku kiedyś już szczegółowo pisałam. Przepraszam za kiepską jakość zdjęć, w muzeum jest NAPRAWDĘ bardzo ciemno.
1. Trójramienny świecznik w kształcie klęczącego mężczyzny o niechińskich rysach. Pochodzi z czasów Zachodniej Dynastii Han i dla Chińczyków jest dowodem na mieszanie się wpływów chińskich z niechińskimi, a ja wpływów chińskich tu wcale nie widzę...

2. Dwa artefakty z czasów Wschodniej Dynastii Han: trójnogi... hmmm... shaker oraz długaśny świecznik. Ciekawy jest zwłaszcza "shaker". Jest to 盉 hé, czyli naczynie, w którym rozcieńczało się wodą alkohol. Chińczycy twierdzą, że opatrzony jest głową feniksa; dla mnie wygląda bardziej jak kura, ale i tak jest śliczny.
3. Skarbonka (czyli naczynie do przechowywania muszli płatniczych) z czasów Zachodniej Dynastii Han, z przykrywką ozdobioną sceną składania ofiary z ludzi.

4. Nie mogło się obyć bez akcentu muzycznego: przed Wami wykonany z brązu, więc tylko ozdobny, nie użytkowy "tykwowy szeng" 葫芦苼. W wersji użytkowej jest to aerofon złożony z piszczałek osadzonych na zbiorniku powietrza zrobionym z wydrążonej tykwy. Jest to instrument popularny wśród grup etnicznych zamieszkujących Yunnan.
5. Zestawienie nie byłoby kompletne bez pawi, królewskich ptaków Yunnanu. No właśnie. Pawie, nie jakieś wydumane feniksy ;)
Jak się Wam podobają te artefakty, niby chińskie, a jednak wcale niechińskie? Mnie osobiście bardzo zaskoczyły, bo mają niewiele wspólnego ze sztuką chińską, jaką znałam wcześniej. Pamiętajcie, Yunnan to Yunnan, nie żadne "Chiny"...
Na stronie internetowej muzeum jest link do galerii oraz galerii 3D. Wprawdzie nie są zbyt obficie zaopatrzone w zdjęcia, ale dają pojęcie, czego można się po tym muzeum spodziewać. Niestety, angielskiej wersji językowej jeszcze się nie dorobili.
Tuż koło tych dwóch obiektów (muzeum i teatru), przy ulicy Jihong 季宏路, znajduje się wiele bardzo przyjemnych knajpek. Polecam więc wybrać się do muzeum z rana, po obejrzeniu wystaw iść na tę ulicę na lunch, po południu zaś zwiedzić pobliską starówkę Guandu. Po pysznej kolacji w Guandu można iść prosto na koncert czy przedstawienie do teatru. Tu ich strona główna.
Na dziś tylko tyle. Pamiętajcie, że więcej zabytków znajdziecie np. w zakładce Kunming. A o zabytkach z innych krajów - w linkach poniżej:
Austria:
Viennese breakfast - 5 zabytków, których nie spodziewasz się znaleźć w Wiedniu
Grecja:
Powiedz to po grecku: 5 najbardziej znanych zabytków Grecji
Gruzja:
Gruzja okiem nieobiektywnym: 5 najbardziej przereklamowanych gruzińskich zabytków
Kirgistan:
Kirgiski.pl: 5 zabytków Kirgistanu
Niemcy:
Niemiecki w Domu: 5 znanych niemieckich zabytków
Norwegia:
Norwegolożka: Top 5 norweskich zabytków, które trzeba zobaczyć
Turcja:
Turcja okiem nieobiektywnym: 5 zabytkowych tureckich meczetów… o których prawdopodobnie nie słyszeliście
Włochy:
Po Prostu Włoski: 5 najbardziej znanych zabytków we Włoszech; Studia, parla, ama: Top 5 włoskich zabytków
Jeśli podoba Wam się akcja i chcielibyście do nas dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-01-22

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XV

Wachlował poduszki i ogrzewał kołdrę 扇枕溫衾

Za czasów Wschodniej Dynastii Han żył dziewięciolatek o imieniu Żółty Aromat. Odumarła go matka, a mały bystrzak zauważył, jak żałoba i samotność wyniszczają jego ojca. Postanowił dołożyć wszelkich starań, by rozweselić tatę. Zabrał się do tego przede wszystkim wykonując z wigorem prace domowe - by ująć ojcu zmartwień. Gdy ojciec czytał przy świetle świec do późna w letnią i parną noc, malec wachlował poduszki, by były chłodne gdy ojciec zapragnie się położyć. Zimą zaś, gdy wiały mroźne wiatry i śnieg skuwał świat, chłopak ogrzewał łóżko ojca ciepłem własnego ciała i wołał ojca, by zajął jego miejsce dopiero, gdy kołdra była już ciepła i zachęcająca. Ojciec był bardzo wzruszony tym, jak syn oń dbał, a serce jego poza żałobą po żonie wypełniło się wielką tkliwością dla chłopca. Bo i też niewielu mogło się pochwalić takim synem! Sława Żółtego Aromatu rosła i wkrótce w całych Chinach nie było człowieka, który by nie znał jego historii.

Syn dobry i grzeczny, ale ojcem bym potrząsnęła :P

2017-01-15

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XIV

Harował dla matki 行傭供母
Za czasów Wschodniej Dynastii Han, żyła pewna wdowa z synem o imieniu Jiang Ge. Ojciec jego zmarł wiele lat wcześniej, a oni radzili sobie jak mogli. Kiedy bandy rabusiów i buntowników zaczęły plądrować okolice, Jiang Ge postanowił wyjechać z matką w jakieś bezpieczniejsze miejsce. Jednak wyprawa była o tyle trudna, że nie posiadali ani konia, ani wozu, w związku z czym Jiang Ge niósł po prostu matkę na plecach wzdłuż drogi. Nie uciekli daleko, gdy dopadła ich pierwsza banda. Herszt zażądał, by Jiang Ge do nich dołączył, on jednak padł na kolana i zaczął błagać o łaskę: "Jeśli odejdę z Wami, moja stara matka umrze z głodu. Ktoś musi się nią opiekować, a ma tylko mnie. Błagam, pozwól nam odejść w pokoju".
Wzruszony herszt puścił ich wolno, tak samo zresztą jak kolejne napotkane przez nich bandy. Synowskie oddanie zmiękczało serce bandytów; takim oto sposobem udało im się w końcu dotrzeć do Xiabi w prowincji Jiangsu. Podróż pochłonęła wszystkie oszczędności, a ubrania obojga były w strzępach. Nie mając do kogo zwrócić się o pomoc, zamieszkali w nędznym szałasie z trawy wraz z innymi uciekinierami.
Każdego ranka Jiang Ge wyruszał do pracy; imał się każdego zajęcia, byle tylko móc zarobić parę groszy, by zapewnić matce życie na odpowiednim poziomie. Sam jadł chwasty i połamany ryż, odziewał się w łachmany i chodził boso, ale ubrania i pożywienie matki były najwyższej jakości. Sąsiedzi chwalili jego altruizm, ale radzili też, by był trochę bardziej wyrozumiały dla samego siebie. On jednak niezmiennie odpowiadał z uśmiechem: "Powinnością syna jest dbanie o rodziców".
W końcu udało mu się znaleźć stałą pracę z sensownym wynagrodzeniem, które wystarczało, by zapewnić matce wygodne życie. Traf chciał, że mniej więcej w owym czasie w rodzinnych stronach Jianga zapanował pokój, a matka na wieść o tym wyraziła życzenie, by wrócić do domu. Jednak jazda konną bryczką okazała się dla niej zbyt forsowna. Dlatego Jiang Ge porzucił pracę, która mogłaby mu zapewnić bogactwo i, umościwszy wygodnie matkę, zaprzągł do wozu sam siebie, a po drodze wszyscy dobrzy ludzie wychwalali jego synowskie oddanie. 

Po pierwsze: z opowiastki na opowiastkę bardziej zdumiewają mnie łagodne serduszka chińskich bandytów.
Po drugie: syn był w sumie ok, ale matka... grrrr...

2017-01-08

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XIII

Ukrył pomarańcze dla matki 懷桔遺親
Za czasów Wschodniej Dynastii Han żył chłopiec, który mając zaledwie sześć lat wsławił się jako dobry syn. Razu pewnego ojciec, wybierając się z wizytą do Yuan Shu, zabrał chłopca z sobą. Minister był przyjemnie zaskoczony tym, jaki chłopiec okazał się dojrzały i rozsądny; zaordynował, by służący przyniósł dla małego Lu Ji talerz pomarańcz. Mały łakomczuch od razu pochłonął dwie, bo były pyszne i soczyste, a gdy nikt nie patrzył - następne trzy schował ukradkiem za pazuchę. Niestety, tajemnica się wydała, gdy chłopiec uniósł ręce, by się pożegnać - trzy wielkie pomarańcze wytoczyły się z szaty chłopca i upadły przed jego stopami.
Yuan Shu zaśmiał się gromko: "Chłopcze, przecież dzisiaj jesteś moim gościem i możesz jeść do woli. Dlaczego postanowiłeś ukraść pomarańcze?". Lu Ji odparł z całą powagą: "Wybacz, panie, ale matka moja uwielbia pomarańcze. Jesteśmy jednak za biedni, by je kupować. Dziś ja miałem szczęście spożyć dwie dojrzałe i słodkie pomarańcze i chciałem, by moja matka również mogła ich spróbować - na pewno by jej smakowały".
Yuan Shu był bardzo zaskoczony tym, jak mocno sześciolatek dba o swą matkę i podarował chłopcu cały talerz dorodnych cytrusów. 

A można było po prostu poprosić. Ale nie, prawdziwie cnotliwy syn musi ukraść...

2016-12-18

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XII

Wyrzeźbił z drewna posążki rodziców, by móc im służyć 刻木事親

Za czasów dynastii Han żył młody mężczyzna o imieniu Ding Lan. Rodzice odumarli go, gdy był tak mały, że nie potrafił jeszcze dobrze się nimi zajmować. Gdy więc dorósł, pragnął okazać rodzicom należny szacunek i troskę. Ponieważ odeszli już oni z tego świata, pragnienie to pozostawało niezaspokojone. Młodzieniec wymyślił jednak sposób, w jaki może służyć rodzicom i po ich śmierci: oddał w ręce utalentowanego snycerza kawał szlachetnego drewna i poprosił, by ten wyrzeźbił wizerunki jego rodziców. Artysta wykonał zadanie i odtąd oczy Ding Lana cieszyły statuetki rodziców. Młodzieniec umieścił je na ołtarzu w salonie. Każdy poranek zaczynał ofiarowaniem trociczki, ukłonem i modłami przed posążkami, takoż i kończył każdy dzień. Zachował ten zwyczaj również gdy się ożenił - a żona składała statuom takie same ukłony.
Jednak żonę męczyły te żmudne rytuały; nie bardzo rozumiała, dlaczego mąż traktuje te statuetki jak żywych ludzi. Dnia pewnego, zapewne z nudów, gdy Ding Lan był poza domem, żona ukłuła igłą dłoń jednego z posągów, po prostu dla hecy, a może i z ciekawości? Jakież było jej zdumienie, gdy ręka posągu zaczęła krwawić! Widok prawdziwej krwi kapiącej z rzeźby na ołtarzu przestraszył żonę na śmierć.
Gdy Ding Lan wrócił wieczorem do domu i pokłonił się jak zwykle wizerunkom rodziców, zauważył, że oczy jednej statui są pełne łez. Dziwując się niepomiernie, otoczył posągi uważnym spojrzeniem i ujrzał krew cieknącą z jednej dłoni. Natychmiast zażądał od żony wyjaśnień. Ona ze wstydem przyznała się do psoty. A on!... Wprost pękał ze złości i, wyrzekając żonie od wstrętnych łajdaczek, wyrzucił ją z domu i się rozwiódł.

Ech, idiotka z tej żony. Dlaczego się nie bawiła swoimi rzeczami, tylko musiała próbować zepsuć akurat posążki najważniejsze dla swego męża? Mnie rodzice nauczyli, że cudzego się nie rusza. Ale nawet gdyby mnie nie nauczyli, to bardzo niewielkiego czasu potrzebowałam, by zrozumieć, że w żadnym wypadku mam nie dotykać saksofonu męża. On zaś wie, że ma zostawić w świętym spokoju mój komputer ;)

2016-12-11

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XI

Zrywał morwy dla matki 拾椹供親

Za czasów dynastii Han żył dobry syn - Cai Shun. Ojciec odumarł go młodo i przez całe lata musieli sobie radzić z matką sami. Owego roku Wang Mang ogłosił się cesarzem i całe cesarstwo pogrążyło się w chaosie - głód, susze i wojna domowa sprawiały, że lud cierpiał okrutnie. Wiele rodzin poumierało z głodu, a ci, którzy przetrwali, żywili się korzonkami i chwastami. Dobrzy ludzie zmieniali się w bandytów i złodziei - wola przeżycia była ważniejsza od moralności. Na drogach grasowały bandy zbójów i rebeliantów o czerwonych brwiach, a lasy stały się schronieniem dla bezdomnych.
Pewnego dnia Cai Shun wziął dwa wiklinowe koszyki i poszedł do lasu zrywać morwy dla matki. Jednak pod drzewami został napadnięty przez dwóch bandytów. Byli przerażający, przypasali ostre miecze, a ich ciemne twarze znamionowało okrucieństwo.
"No, dzieciaku, życie ci niemiłe? Jak śmiesz plądrować tereny naszego herszta? - wykrzyknął większy z bandytów. Mały Cai Shun aż zaniemówił z przerażenia. Mniejszy bandyta przyglądał się uważnie efektom pracy chłopca, planując pochłonąć wszystko, co się nadawało do zjedzenia. "Chłopcze - zapytał. - Dlaczego wrzucasz czarne i czerwone owoce do dwóch różnych koszyków?". Cai Shun, drżąc ze strachu jak osika, odparł: - "Czarne morwy są dojrzalsze i słodsze. Oddaję je matce. Czerwone są niedojrzałe i kwaśne. Te zjadam sam, panie. Mam nadzieję, że panowie oszczędzą moje nędzne życie, w przeciwnym wypadku nie będzie komu zadbać o moją matkę".
Szczera i prosta odpowiedź wzruszyła serca rzezimieszków. Pamiętając jeszcze cierpienia własnych rodziców, zdecydowali oszczędzić życie chłopca. Mało tego, zaopatrzyli go jeszcze w strawę i napoje. Dopiero wówczas puścili go z powrotem do matki.

Może to dziwne, ale moje pierwsze skojarzenie dotyczyło... Powrotu taty. Ciekawe, że w polskiej literaturze dzieci wymodliły sobie powrót ojca, a tutaj syn wyprasza życie dla siebie, żeby móc się opiekować matką. I tu, i tu bandyci, ale jakże inna logika!

2016-11-27

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 X


Trysnęło źródło, wyskoczyły karpie 湧泉躍鯉

Jiang Shi był dobrym synem, żyjącym za czasów dynastii Han. Razem z żoną usługiwał posłusznie matce. Ta zaś miała parę dziwactw, m.in. nie lubiła pić studziennej wody, bo ta była znacznie mniej czysta i smaczna niż woda źródlana. Najbliższe źródełko znajdowało się wprawdzie sześć li od domu, ale żona Jiang Shi codziennie kursowała z wiadrem, by przynieść źródlanej wody dla świekry. Nigdy na ten trud nie narzekała; z radością usługiwała matce męża. Ta zaś miała również zachcianki kulinarne: codziennie chciała się raczyć świeżymi rybami. Całe szczęście te dwa życzenia dało się pogodzić bez problemu: podczas brania wody z rzeki trzeba było również złowić ryby. By sprostać kolejnemu życzeniu staruszki, na kolację zapraszano wszystkie okoliczne staruszki, by matka miała towarzystwo.
Tak minęło wiele lat i nikt nigdy się nie uskarżał na trudy związane ze spełnianiem życzeń staruszki. Pewnego dnia stał się cud: tuż za domem trysnęło źródło, którego wody smakowały równie dobrze jak te z oddalonej rzeki. Nie koniec to cudowności: każdego dnia ze źródełka wyskakiwały dwa karpie wprost do rąk żony Jiang Shi, by mogła z nich przyrządzić posiłek. Odtąd małżeństwo mogło spełniać życzenia matki nie musząc wędrować wiele li do odległego źródła.

Cóż. Biorąc pod uwagę to, jak świekry traktują przeważnie synowe, wcale się nie dziwię, że żona Jiang Shi wolała iść na spacer, choćby i z wiaderkiem, niż siedzieć w domu ;)


2016-11-20

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 IX


Chciał pochować syna, by ocalić matkę 爲母埋兒

Guo Ju żył w czasach dynastii Han. Miał żonę, trzyletniego synka oraz starzejącą się matkę. Żyli bardzo ubogo - pieniędzy nie starczało dla czterech osób. Nie było ubrań, niedojadali... Babka, uwielbiająca wnuka, często oddawała mu swoje porcje żywności. Mówiąc wprost - głodowała, żeby wnuka nakarmić. Im zaś wnuk był starszy i im więcej żywności potrzebował, tym bardziej babka podupadała na zdrowiu. W końcu ciężko zachorowała, a Guo Ju znalazł się w kropce. Nie stać go było ani na więcej pożywienia, ani, tym bardziej, na drogie lekarstwa. Poszedł więc naradzić się z żoną. Stwierdzili, że są niedobrymi dziećmi, bo nie potrafią się dobrze zająć matką, ani nawet zadbać o jej pełny brzuch, ale wyjścia z sytuacji nie znaleźli.
W końcu zdesperowany rzekł do żony, że trzeba im się rozstać na zawsze z synkiem, by móc odpowiednio zaopiekować się matką. Przecież w przyszłości mogą mieć jeszcze wiele dzieci, a matce w ostatnich latach życia należy się najlepsza możliwa opieka, prawda?
Żona Guo Ju, choć kochała synka, była jednakowoż oddaną synową. Pochlipując z żałości pokiwała głową i zgodziła się, by właśnie w ten sposób rozwiązać problem. Zaprowadzili więc synka do ogrodu i Guo Ju zaczął motyką wykopywać grób, myśląc by zakopać synka żywcem. Zanim jednak wykopał dół odpowiedniej głębokości, motyka stuknęła o coś twardego. Ostrożnie odkopał znalezisko: była to metalowa skrzynka, w której znaleźli kupkę złotych monet i sztabki srebra. Prawdziwy skarb! Na wierzchu skrzynki widniała inskrypcja: "Dar dla wspaniałego syna, Guo Ju".
Małżeństwo zaniosło skarb do urzędu, jednak urzędnicy ujrzawszy napis i niecodzienne okoliczności znalezienia skarbu, oddali skrzynkę parze. Guo Ju natychmiast poszedł po lekarza i lekarstwa dla matki. No i - mógł zachować syna przy życiu. Już nigdy niczego im nie brakowało - a wszystko dzięki temu, że Guo Ju był tak dobrym synem.

Ci starożytni Chińczycy byli chorzy na głowę, zdecydowanie. Chcieć zabić własne dziecko, żeby matka miała co jeść? Do kaduka!...

2016-11-13

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 VIII


Sprzedał samego siebie, by opłacić pogrzeb ojca 賣身葬父

Dong Yong żył w czasach Dynastii Han. Matka odumarła go młodo, a on wiódł nędzny żywot z chorowitym ojcem. Utrzymywał ojca i siebie z pracy na farmie; pensyjka jednak ledwo starczała na leki dla ojca. Jako, że ten był niepełnosprawny, syn układał ojca w cieniu drzew okalających pole, na którym Dong Yong pracował. Jedynie w ten sposób mógł jednocześnie pracować i opiekować się ojcem. Przeżyli tak we dwójkę wiele lat, ale pewnego dnia kostucha przyszła po seniora. Dong Yong, który wydał ostatniego miedziaka na ojcowskie lekarstwa, nie mógł zapłacić za porządny pogrzeb. By móc nabyć trumnę i opłacić płaczki, musiał się sprzedać w niewolę z mlistą obietnicą, że jak już odpracuje koszty, zostanie uwolniony.
Po pogrzebie udał się do domu swego nowego pana, jednak po drodze spotkał piękną dziewczynę; stała pod drzewem i wyglądała na zagubioną. Ona również była sierotą, nie mogącą odnaleźć żadnych krewnych. Poprosiła Dong Yonga, by się nią zajął; zaraz więc młodzi przed Niebem i Ziemią przysięgli, że odtąd są parą. Razem więc wkroczyli do domu pana, okropnie skąpego tkacza. Ów tkacz przeczytał młodej parze kontrakt: żeby odpracować pogrzebowe pieniądze, musiał Dong Yong wypracować trzysta bel idealnego materiału. Młodzieniec był przerażony. Choć nie bał się ciężkiej pracy, wyliczył sobie, że jeśli wraz z żoną będą razem tkać, zajmie im to co najmniej trzy lata. Ku jego wielkiemu zdziwieniu, żona zdołała utkać całość... w miesiąc! Jeszcze bardziej zdziwiony był tkacz, gdy wręczyli mu materiał wraz z kontraktem i z radością odeszli w poszukiwaniu szczęścia.
Gdy doszli do drzewa, przy którym się po raz pierwszy spotkali, żona zamilkła, a jej twarz rozjaśniło nieziemskie światło. Łzy pociekły po jej obliczu, gdy wyznała: "Jestem Nieśmiertelną przybyłą z niebios. Tak bardzo wzruszył mnie Twój synowski szacunek dla ojca i Twa szlachetność, że postanowiłam zstąpić na ziemię i pomóc Ci w spłaceniu długu. Teraz jednak muszę wracać, nie jest mi dane zostać z Tobą. Bywaj zdrów!". Serce Dong Yonga krajało się, gdy piękność powoli wstąpiła na niebiosa i odpłynęła w dal; kimże jednak on był, by móc zatrzymać Nieśmiertelną?...

Syn dobry. Ale mąż chyba niezazbytni, skoro Nieśmiertelna tak szybko zdecydowała, że woli jednak wrócić do domu ;)

2014-05-09

冥幣 piekielna forsa

Kiedy, jako dziecko podstawówkowe, uległam szaleństwu zbierania "karteczek", nie wiedziałam jeszcze, że przynajmniej ich część pochodziła z Chin. Nie wiedziałam też, do czego służą. Pewnie Chińczycy też nie wiedzieli, że akurat ten typ "karteczek" służy do zabawy... O jakie karteczki chodzi? O takie z notesików, których cechą szczególną było to, że karteczki były z jednej strony puste, a z drugiej mogły mieć wszystko. Zbierało się serie postaci z Disneya, serie tematyczne o samochodach, zwierzętach, o czymkolwiek. Istniały nawet specjalne klasery do przechowywania pojedynczych karteczek. Wymieniało się nimi na przerwach, starając powiększać zbiory przy każdym kieszonkowym. Pojawiły się i dolary o niespotykanych nominałach i jeszcze jakieś dziwne pieniądze, wyglądające trochę jak forsa do Eurobiznesu czy innej gry planszowej.
Mania minęła, karteczki zostały wykorzystane jako fiszki, życie poszło dalej i dopiero jako osoba dorosła zetknęłam się znów z "pieniędzmi" zadrukowanymi tylko z jednej strony. Czytelnicy już się na pewno domyślili, o jakie pieniądze chodzi - o papierowe pieniądze, które się pali, by z dymem zostały uniesione do zmarłych i mogły im posłużyć w następnym świecie.
Jest wiele rodzajów mingbi 冥幣 czyli "piekielnej waluty". Poza niedbale skserowanymi dolarami, euro czy nawet yuanami, istnieją prawdziwe dzieła sztuki. Z nastaniem nowych czasów pojawiły się też papierowe karty Visa i Mastercard :D Wystawiane są w "banku niebiańskim" albo w "banku piekielnym". Szefem banku zazwyczaj jest Nefrytowy Cesarz - jego podobiznę widać na awersie banknotów; obok niego jego prawa ręka, Jama - władca piekła. Rewersem może być coś buddyjskiego, żeby zmarły był wszechstronnie chroniony, bez względu na to, czy po śmierci trafi w szpony bóstw buddyjskich, czy taoistycznych. Pieniądze te pali się dla przodków, ale można oczywiście palić i papierowe sztabki złota, ubrania, wille, wizerunki modelek, które chętnie by się dostało jako konkubiny itp. Chodzi o to, żeby dusze bliskich nie cierpiały po śmierci głodu i biedy. Ba, pieniędzmi spalonymi w ofierze może dusza przekupić Jamę i w ten sposób uniknąć przynajmniej części kar i mąk piekielnych. Pieniądze ofiarne nie są wynalazkiem nowym - ponoć pojawiły się już za czasów Wschodniej Dynastii Han (25-220r.n.e.). W zależności od regionu i okresu pieniądze takie nosiły różne nazwy i różnie wyglądały, ale funkcja cały czas pozostawała ta sama: pomoc dla tych, którzy już odeszli z tego świata.
Zgodnie z wierzeniami ludowymi, dusza po śmierci zmierza ku Żółtym Źródłom. Gdy dojdzie do mostu, u Babci Meng musi napić się Wody Zapomnienia - dopiero wówczas może dojść do "Ciemnego Hrabstwa". Po drodze trzeba przejść przez wiele bram piekielnych - a żeby je przejść, trzeba zapłacić. Są przecież diabły małe i duże, dusze powieszonych i zabitych za wiarę - a wszystkie duchy czepiają się "gości", i, tłocząc się wokół nich, próbują obmacać im kieszenie... Tak więc muszą mieć pieniądze, żeby sobie oczyścić drogę.
Jest jeszcze legenda o Cai Lunie, wynalazcy papieru. Wynalazł on papier już za czasów Wschodniej Dynastii Han. Młodszy brat też się chciał nauczyć, ale jakoś mu to nie szło - papier wychodził żółtawy i chropowaty, nikt nie chciał takiego kupować. Jego żona okazała się spryciarą. Gdy zobaczyła, że sąsiedzi ofiarowują zmarłym gliniane i brązowe drobne monety (pierwsze to 陶錢, drugie zwą się 五銖錢), pomyślała, że nieudany mężowski papier też by się na ofiarę świetnie nadał. Reklama dźwignią handlu - pewnie wspomniała, że papier można spalić i z dymem łatwiej trafi do dusz zmarłych...
Druga wersja legendy jest moim zdaniem zdecydowanie bardziej interesująca. Mówi ona, że uczeń Cai Lunam You Xiucai znalazł knif, żeby sprzedawać papierowe pieniądze. Udał on otóż, że jest trzy ćwierci do śmierci, jego małżonka zaś zaczęła opowiadać, że podobno palenie papierowych pieniędzy może przywrócić zdrowie umierającemu - przekupuje się Jamę, żeby nie zabierał chorego. Sąsiedzi postukali się w czoła. A jednak parę dni później You wstał, cały i zdrowy, oczywiście dzięki pieniądzom spalonym przez żonę. No i wtedy właśnie zaczęło się szaleństwo papierowych pieniędzy. Chociaż nie, pierwsze opowieści o tym, jak to spalone przedmioty trafiają z dymem do "nieba", pojawiły się chyba dopiero za Mingów, w dawnej tradycji zmarłych po prostu grzebano ze wszystkim, czego mogli potrzebować. Choć legenda jest niejasna, wiadomo, że dopóki papier był kosmicznie drogi, bo wyrób objęty był tajemnicą państwową, palenie go dla zmarłych nie mogło być jakoś mocno popularne - więc pewnie jednak wśród ludu tradycja ta zakorzeniła się nieco później niż za Wschodniej Dynastii Han. Co ciekawe, nawet, gdy zwyczaj ten już przeniknął na dwór cesarski, zdarzali się ludzie jawnie krytykujący wiarę, że duszom zmarłych pomoże spalenie papierowych pieniędzy; sprzeciwiał się tej praktyce m.in. słynny tangowski kaligraf Yan Zhenqing czy takoż tangowski, ale poeta Zheng Ji. Ba, sam Sima Guang, jeden z najważniejszych chińskich historyków, potępiał palenie papierowych pieniędzy jako "czarownictwo". A lud, nic sobie z tego nie robiąc, palił je i pali do dziś. Często kwoty, na jakie opiewa "piekielna waluta", mogą zaskakiwać; idą w dziesiątki tysięcy, biliony nawet. Internauci żartują sobie, że z pewnością piekło ledwo daje radę inflacji.
Jakiś czas temu otrzymałam od czytelniczki zdjęcia banknotu chińskiego. Pytała, co to za banknot, z jakich czasów i czy ma jakąś wartość. Okazało się, że banknot to właśnie piekielna forsa, ale nie jakieś głupie dolary czy euro, tylko małe arcydziełko. Spójrzcie:
Zacznijmy od banku: 天堂地府銀行 czyli bank niebiańsko-piekielny. Tak żeby się zabezpieczyć na wszystkich frontach, nieważne, dokąd trafiła bliska nam osoba :) Numer seryjny banknotu to oczywiście A 9999 - dziewiątki dla długowieczności i nieskończoności, ale też na szczęście i dla cesarza. Jakiego cesarza? Nefrytowego, oczywiście! To jego podobiznę widzicie na banknocie. Ponoć teraz jest dyrektorem naszego banku - tak przynajmniej głosi podpis. Drugi podpis należy zaś do jego zastępcy, Jamy. Podobno to on sądzi dusze i ocenia, które mogą iść do nieba, a które muszą zostać na jakiś czas w piekle. Na lewo od podpisu Jamy widnieje kwota: 拾萬 czyli 100000, oczywiście napisane od prawej do lewej :)
Wystarczy banknot odwrócić, by wartość została tu zapisana innym sposobem: - jak byk widnieją tu arabskie cyfry (100000). W dodatku bóstwa taoistyczne zastępuje tu prosta modlitwa buddyjska: 南無阿弥陀佛 względnie नमोऽमिताभा czyli Namo Amitābhā - powtarzanie tych sześciu prostych słów wystarczy ponoć, by osiągnąć nirwanę. Czyli Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek - na awersie bóstwa taoistyczne, na rewersie modlitwa buddyjska. Tak na wszelki wypadek. I gdyby bóstwa nie potrafiły czytać po chińsku, to kwotę zapisano też po arabsku.
Jeśli przyjedziecie do Chin, pamiętajcie, żeby nie kupować takich pieniędzy nikomu w prezencie - przecież to podarunek dla zmarłych. No chyba, że kogoś bardzo nie lubicie ;)