Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islam. Pokaż wszystkie posty

2026-05-01

回回村 muzułmańska wioska w Mojiangu

Oczywiście przed wyjazdem do Mojiangu coś tam o nim wiedziałam - zwykła kwerenda: parę stron w internecie, kilka zdjęć z Akwamarynowego Strumienia wyhaczonych na WeChacie. Będąc już na miejscu postanowiłam skorzystać z dobrodziejstwa GPSu, szukając ciekawych miejscówek. Na pierwszy rzut oka widać parki, a po zbliżeniu również miejsca kultu i niektóre zabytki. Ponieważ zwiedzenie Świątyni Konfucjusza nie zabrało nam dużo czasu, zerknęłam, czy aby nie ma czegoś jeszcze w okolicy. Ku mojemu najwyższemu zdumieniu odkryłam... meczet. 
Ruszyliśmy. Uliczka robiła się coraz węższa, wspinaliśmy się coraz wyżej, ZB narzekał, że na pewno się zgubiliśmy, aż na rozstajach ujrzeliśmy tablicę informacyjną opowiadającą bardzo skrótowo historię Wioski Huihui czyli wioski muzułmańskiej. Dobra nasza! Jesteśmy na właściwej drodze. Coraz więcej ostrołuków i łuków mauretańskich zamiast zwykłych okien, coraz więcej koloru zielonego, który w Yunnanie jest wręcz zarezerwowany dla islamu (to właściwie najszybszy sposób na rozpoznanie halalowych restauracji), a także bardzo zamożnie wyglądające rezydencje. W końcu doszliśmy do meczetu, który znajdował się tak wysoko nad miastem, że aż trzeba było sobie przysiąść na ławeczce, by odsapnąć po wspinaczce. Piliśmy więc wodę, ja podziwiałam meczet (oczywiście z zewnątrz) i pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie podszedł do nas ahong 阿訇 āhōng* czyli imam. Poważnie traktując okazję do dialogu codzienności, usiadł przy nas - oczywiście najbliżej mojego męża, trzymając się z dala ode mnie - i cierpliwie opowiadał i starał się odpowiedzieć na wszystkie moje pytania. Tak oto poznałam historię muzułmańskiej wioski w Mojiangu. 
Historia wioski sięga końca XVIII wieku i jest nierozerwalnie związana z postacią Ma Shunqinga 马顺清 (jego arabskie miano to Muhammad Abdullah), znanego jako Stary Mistrz z Talang 他郎太爷 (Talang to dawna nazwa Mojiangu). W 1781 roku, po krwawym stłumieniu powstania muzułmańskiego przez Qingów, przywódca religijny Ma Mingxin został stracony - ucięto mu głowę. Jego jedenastoletni syn (właśnie Ma Shunqing) wraz z młodszym bratem zdołał ujść i koniec końców wylądował w odległym Yunnanie, pod opieką lokalnego imama, który przekupił urzędników, by przymknęli oko na jego obecność i swobodę. Osiadł w Talangu i założył tu rodzinę, a z czasem kilka domów zmieniło się w całą wioskę. Po jego śmierci grób - mauzoleum w kształcie perskiej kopuły zwane po chińsku 拱北 gǒngběi - stało się miejscem pielgrzymek dla członków bractwa sufickiego Jahriyya. Po dziś dzień co rok, w rocznicę śmierci Ma Shunqinga, przybywają tu tłumnie pielgrzymi z Gansu i Ningxia. Niestety, jest ono niedostępne dla niewiernych. Datę ahong podał mi zgodnie z tradycyjnym chińskim kalendarzem księżycowym (27. dnia 7. miesiąca księżycowego); niestety, nie wpadłam na to, żeby zapytać, dlaczego liczą chińskim kalendarzem zamiast muzułmańskim. 
To w skrócie. Warto jednak pochylić się nad szczegółami, bo ukażą one niezwykłą zaiste historię. Wróćmy do Ma Mingxina, którego chińskie imię zapisywane jest na dwa sposoby: 馬明心 lub 馬明新, a arabskie to Ibrāhīm. Żył w latach 1719–1781 i był sufijskim imamem, założycielem tariki (czy też z chińska menhuanu) Jahriyya. Nazwa ta wywodzi się z arabskiego słowa jahr (جهر) - głośno, ale o tym za chwilę. Ma urodził się w Gansu i władał zarówno arabskim, jak i chińskim. Jako młodzieniec spędził 16 lat studiując Koran w Mekce i Jemenie. Był uczniem 'Abd al-Khāliqa, który był nauczycielem w mistycznym sufickim bractwie Nakszbandijja. W 1761 roku Ma wrócił do Chin i założył własne bractwo wzorowane na Nakszbandijja - było to drugie tego typu bractwo w Chinach (pierwszym i najważniejszym jest menhuan Khufiyya). Te dwie tariki różnią się przede wszystkim sposobem modlitwy: Khufiyya modlą się po cichu i indywidualnie, podczas gdy wierni z menhuanu Jahriyya modlą się publicznie, śpiewem (kto śpiewa, modli się podwójnie...). Taki głośny, publiczny zikr (modlitwa) może przybierać wiele form - do jednej z nich wrócę za chwilę. Poza tym Ma Mingxin nie zgadzał się z innymi pomysłami sufi z tariki Khuffiya - protestował przeciw ubóstwieniu świętych, budowaniu meczetów na bogato oraz - bodaj najbardziej - przeciw wzbogacaniu się przywódców religijnych kosztem wiernych. Poza tym uważał, że przywództwa w bractwie nie powinni dziedziczyć synowie, a po prostu najlepiej wykształcone i najlepsze jednostki bractwa. Nic więc dziwnego, że w ciągu następnych dwudziestu lat popularność menhuanu Jahriyya rosła nieprzerwanie w całej prowincji. Kłócili się z reprezentantami drugiej tariki o doktrynę i metodę modlitwy, ale również mieli czelność oprotestowywać urzędasów państwowych i ich metody rządzenia, więc w końcu się doigrali. W 1781 roku obie tariki przyciągnęły w końcu uwagę Qingów. Głównym ogniskiem konfliktu była mała miejscowość zamieszkana przez Salarów, turecki lud przybyły na te tereny paręset lat wcześniej. Urzędnicy przybywszy stwierdzili, że wszystko, co nowe jest złe, a Jahriyya było nowym bractwem, to przez nich są kłopoty, huzia! I aresztowali Ma Mingxina, choć on nie plątał się akurat w tamtych okolicach. Zamknęli go w Lanzhou i posłali kompanię do zduszenia w zarodku rewolty sprowokowanej przez członków menhuanu Jahriyya. Kampania została rozbita przez rzeczonych Salarów, którzy następnie ruszyli do Lanzhou uwolnić Ma Mingxina. Nastąpiło oblężenie. Urzędnicy cesarscy wywiedli Ma na mury miejskie i pokazali go Salarom, a ci zaczęli giąć się w ukłonach. Przerażeni urzędnicy nie odważyli się wypuścić Ma - to groziło dalszymi kłopotami - więc sprowadzili go z murów i ucięli mu głowę, a wdowę po nim wraz z jej córkami wygnali do Xinjiangu. Właściwie trudno powiedzieć, jak to się stało, że mali synowie zostali zesłani do Yunnanu - są też źródła, że matka i córki również wylądowały w Yunnanie. Oczywiście nie zostali sami - wszyscy, którzy nie zostali zabici przez cesarskie wojska, musieli się wynieść właśnie w moje lub inne trudno dostępne rejony. Ciężko powiedzieć, jak członkom menhuanu Jahriyya udało się przetrwać do dziś, skoro przez ponad dwieście lat byli uważani (nie bez przyczyny) za wywrotowców i rebeliantów. Weźmy chociażby piąte pokolenie potomków Ma Mingxina - Ma Hualong, również przywódca menhuanu Jahriyya, był jednym z przywódców powstania dungańskiego. Ten również został w końcu stracony, a jego potomstwo wygnane, uwięzione bądź wykastrowane. Potomkowie Ma Mingxina i wyznawcy Jahriyya brali również udział w powstaniu Du Wenxiu
Mauzoleum Ma Mingxina zostało swego czasu zniszczone (czyżby władze dawały znać, jak muszą się skończyć protesty?), ale odbudowano je pod koniec XX wieku. Po dziś dzień jest miejscem pielgrzymek - ponoć w 1985 roku ponad 20 tysięcy muzułmanów przybyło tam w tym samym czasie na ceremonię upamiętniającą założyciela menhuanu Jahriyya. Co najlepiej dowodzi, że represje nie zawsze są w stanie wyrugować wierzących. A już bodaj najgorszym pomysłem było przeganianie ich z prowincji do prowincji - to tylko pomogło w rozprzestrzenianiu się idei. Przecież nie zostawali na tym wygnaniu do końca życia! Robili kariery, na przykład kupieckie - a wtedy podróżowanie było koniecznością. Działalność wywrotowa stawała się dzięki niej łatwiejsza. Członkowie tej samej tariki byli wobec siebie pomocni, lojalni, a gdy mijał odpowiedni czas, pomagali swym braciom w wierze w relokacji. Co prawda, czasem i wewnątrz tariki zdarzały się zgrzyty dotyczące sukcecji, ale sylwetka założyciela, Ma Mingxina, pozostaje na piedestale. Co więcej, Ma Mingxin jako męczennik dorobił się bardzo bogatej mitologii spisywanej czy też wymyślanej przez ahongów - recytacja dzieł związanych z Ma jest ważną częścią upamiętniających go ceremonii. 
Choć społeczność muzułmańska mieszka w naszej wiosce już od dwustu lat, stosunkowo dużo czasu zabrało im wybudowanie prawdziwego meczetu - budynek z dwoma wysokimi minaretami** w stylu arabskim (他郎清真寺) powstał dopiero w 1936 roku. Oczywiście w latach galopującego komunizmu stał zamknięty, jednak już w 1973 roku otwarł podwoje dla wiernych - jako pierwszy w Chinach! Jeszcze dłużej trzeba było czekać na połączenie wioski Hui - oraz znajdującej się obok wioski Hani - ze światem, czyli z miasteczkiem. Choć droga ta ma zaledwie 600 metrów, została wybudowana dopiero na początku XXI wieku, zastępując błotnistą ścieżkę biegnącą wcześniej przez pola ryżowe. Nie mogąc doczekać się pomocy od państwa, zamożniejsza społeczność Hui zainwestowała setki tysięcy yuanów w wybudowanie drogi. Ubożsi Hani w zamian wkładali w to fragmenty swojej ziemi oraz robociznę. Droga ta nazywa się od nazw społeczności drogą Ha-Hui 哈回路 i stała się symbolem współpracy między różnymi grupami etnicznymi.
Pogawędka z ahongiem zajęła nam tak dużo czasu, że aż zaprosił nas na kolację - przy meczecie działa oczywiście muzułmańska stołówka. Nie skorzystaliśmy; mieliśmy już plany na kolację, ale ponownie serdeczność i grzeczność imama zrobiła na nas wielkie wrażenie. Usiadłszy przy stoliku w restauracji, zaczęłam gorączkowo spisywać wszystko, co pamiętałam z rozmowy, żeby nie przepadło, nie umknęło kruchej ludzkiej pamięci. Zwróciłam zwłaszcza uwagę na to, że w menhuanie Jahriyya preferowane jest głośne, wokalne chwalenie Boga. Coś dzwoniło, ale nie wiedziałam, w którym minarecie, więc po powrocie do domu przeszukałam internety, by trafić na fascynujący zaiste gatunek muzyczny: qawwali. Idea doznawania boskiej miłości poprzez wykonywanie muzyki trafiła prosto w moje serce chórzystki. Dlatego dzielę się z Wami dzisiaj niechińską wprawdzie, ale jednak modlitwą śpiewaną qawwali w wykonaniu artysty imieniem Nusrat Fateh Ali Khan:
   

*訇 Hong jest również rzadko dziś spotykanym, ale dawniej chętnie wybieranym przez muzułmanów nazwiskiem. 
**minaret nazywa się po chińsku zgodnie z funkcją: 宣拜楼 - xuānbài lóu - budynek wzywania do modlitwy lub 光塔 guāngtǎ (świetlna pagoda) czyli zgodnie z oryginalną nazwą - minaret to dosłownie "miejsce skąd widać światło".

2020-05-31

Paifang Wierności i Miłości 忠爱坊

W sercu starego Kunmingu, na środku deptaku, który znajduje się między ulicą Zhengyi 正义路  a paifangami Szmaragdowego Koguta i Złotego Konia, czyli przy ulicy Trzech Targów (三市街), pyszni się piękny, ładnie odnowiony Paifang Wierności i Miłości.

Powstał za czasów mongolskiej dynastii Yuan, dla uczczenia pierwszego gubernatora Yunnanu. Nazwa to skrót od: wierny władcy i miłujący lud 于君而于民. 
Paifang dwa razy został spalony. Po raz pierwszy w 1857 roku, przez... ówczesnego zongdu Yunnanu, Heng Chuna 恒春. Przywódca muzułmańskiego powstania, watażka Ma Xian, groził, że armata rebeliantów wypali z armaty ustawionej na grzbiecie kamiennego lwa z tego właśnie paifangu i że buntownicy zdobędą yamen. Wyruszyli ze Zbudowanej Wody (Jianshui 建水) i nawet udało im się stanąć pod murami Kunmingu z bojową pieśnią na ustach. Heng Chun, usłyszawszy groźbę, stwierdził, że nie będzie jej jak spełnić, jeśli nie będzie paifangu, bo Ma Xian nie będzie miał gdzie postawić armaty. No i spalił paifang - kazał łucznikowi z Jinri Lou strzelić płonącą strzałą w nasz paifang. W kilka godzin doszczętnie spłonął kilkusetletni pomnik pamięci.
W 1882 roku ówczesny zongdu Yunnanu, Cen Yuying 岑毓英 zaproponował zrzutkę, by odbudować paifang (tak, tak... spalić na rozkaz zongdu łatwo, ale kolejni zongdu nie poczuwali się do tego, żeby odbudować z własnej kieszeni...). Pieniądze zbierał wśród okolicznych bogaczy i co bardziej majętnych handlarzy. Odbudowa zajęła dwa lata! Drewniane, wysokie na 4 zhangi pale ciosano z kasztanowców, sprowadzanych specjalnie z Songming. A sam paifang nie przetrwał nawet pół wieku - w 1924 roku pewnej nocy zajął się ogniem, który rozprzestrzenił się z pobliskej wędzarni (niektórzy mówią, że z zakładu produkującego świece), pochłaniając nie tylko wędzarnię i paifang, ale również wiele pobliskich sklepików. Odtąd był obecny tylko w pamięci starych kunmińczyków i przekazach pisemnych. Takie czasy - wojna domowa, wojna światowa, a potem budowa nowego wspaniałego świata nie pozwalały na poświęcanie funduszy na odbudowę. Dopiero w 1998 roku władze Kunmingu postanowiły odbudować paifang w tym samym miejscu, na wzór i podobieństwo starego, ale z wystarczającą ilością kamienia, żeby nie było go łatwo spalić. Wiecie - rok później w Kunmingu miało się odbyć ogrodnicze Expo, więc trzeba było odświeżyć wizerunek miasta... Tak to znów przypomniano mieszkańcom o pierwszym gubernatorze Kunmingu, który... nawet nie był Chińczykiem.
Sayyid Ajall Shams al-Din Omar سید اجل شمس‌الدین عمر 赛典赤·赡思丁, który w latach 1274-1279 pełnił funkcję gubernatora Yunnanu, urodził się w 1211 roku w Bucharze (dzisiejszy Uzbekistan), czyli był Chorezmijczykiem i w dodatku muzułmaninem. Skąd więc wziął się w Yunnanie?
W 1218 roku, gdy nasz bohater był zaledwie siedmioletnim dzieckiem, na rozkaz władcy Chorezmu została zatrzymana karawana idąca z Mongolii. Czyngis-chan próbował się dogadać, ale Chorezmijczycy zamordowali jednego z posłów, co w oczach Mongołów było równoznaczne z wypowiedzeniem wojny. Wówczas Czyngis-chan, jakoś około roku 1220, założył wojenną bazę, a później stolicę - Karakorum. Zaatakował i zdobył najpierw przygraniczny Otrar, potem Bucharę, a w końcu Samarkandę. Po zdobyciu Buchary, przemawiał do przedstawicieli zebranej w meczecie miejscowej elity dowodząc, że zwycięstwo zostało mu dane przez Boga ze względu na ich grzechy. Władca - Mohamed - uciekł na zachód, a jego armia rozpadła się z powodu sporów między dowódcami. Pozostałe w mieście elity albo uciekły, albo... musiały się przystosować. Rodzina naszego bohatera się poddała. Przypuszczalnie nie była to dla nich łatwa decyzja, zwłaszcza, że byli jednymi z potomków Proroka (w 27. pokoleniu). Shams al-Din wziął udział w  podboju Syczuanu pod przywództwem Mengke, wnuka Czyngisa; odpowiadał za logistykę, a później wraz z nim trafił na dwór, który znajdował się wówczas w Jaskółczej Stolicy czyli w dzisiejszym Pekinie. Później był skarbnikiem, aż w końcu Kubilaj, który rządził po Mengke, wysłał go do Yunnanu, gdy Mongołowie podbili Królestwo Dali w 1274 roku. Zwróćcie uwagę na to, że Shams al-Din trafił do Yunnanu, kiedy miał już ponad sześćdziesiątkę na karku! No i - został wysłany, by rządzić podbitym ludem, a sam nie był rdzennym Mongołem, tylko synem podbitego ludu i w dodatku muzułmaninem. No ale Mongołowie nie bali się obcych religii; dbali tylko o to, żeby najwyższy władca i jego rodzina byli wierni tradycji, a religie innych uważali za ich prywatne sprawy. Na samym dworze i w służbie Mongołów było bardzio wielu muzułmanów, a sporo z nich zajmowało wysokie stanowiska.
Dlaczego został wysłany do Yunnanu? Ziemie te dopiero niedawno podbito; Mongołowie wykazali się wyjątkową przenikliwością i pozwolili, by tublcy "rządzili" w ich imieniu - dlatego królem Dali był Bai. Został on jednak podstępnie otruty przez mongolskiego "marszałka". Ludność zaczęła się burzyć; Kubilaj skazał więc marszałka-idiotę na karę śmierci, zarządzanie oddał w ręce syna zamordowanego króla i postanowił wysłać tu kogoś, kto będzie rozsądniej dążyć do prawdziwego zjednoczenia imperium.
Najlepsze jest jednak to, co zrobił nasz bohater, gdy już dotarł do Yunnanu. Wyobraźcie sobie, że on, muzułmanin z Buchary, rządzący w imieniu Mongołów w Yunnanie, ówcześnie zamieszkiwanym niemal wyłącznie przez ludzi, którzy dziś są tu uważani za "mniejszość etniczną" (w Królestwie Dali rządzili Bajowie), wzniósł tu pierwsze miasto w chińskim stylu. Czyli Kunming (oczywiście, wówczas nazywany inaczej - Zhongjing Cheng). Wybudował tu nie tylko dwa meczety - co jest zupełnie zrozumiałe - ale również świątynię buddyjską i konfucjańską. Tak! Kunmińska Świątynia Konfucjusza, zbudowana w 1274 roku, za czasów Rewolucji Kulturalnej mocno zniszczona, obecnie odbudowywana, ale pozbawiona resztek historii (vide: zburzenie ośmiokątnej pagody), ta pierwsza (choć niejedyna) świątynia konfucjańska w Yunnanie - została wzniesiona na rozkaz muzułmanina przysłanego przez Mongoła. To się nazywa multi-kulti w najlepszym wydaniu. W dodatku służyła ona przy okazji jako szkoła dla dzieci lokalnych kacyków, których pouczano, jak żyć "po chińsku". Sam Shams al-Din starał się "cywilizować" Yunnańczyków zarówno w duchu islamu, jak i konfucjanizmu tudzież buddyzmu. Według niego Yunnan był zacofany i barbarzyński i należało użyć wszystkich dostępnych środków, by go z tego stanu wydobyć. Mówiło się o nim, że orangutany i dzierzby zamieniał w jednorożce i feniksy, a ich filc i futra zmieniał na szaty i kapelusze, przy okazji sinizując ten kompletnie niechiński dotąd ląd. Nie tylko zaoferował konfucjańską edukację, ale i pokazał Yunnańczykom chińskie struktury społeczne, chińskie pogrzeby czy śluby, zwyczaje zaręczynowe, czczenie przodków i inne koutouy. Tradycyjne stroje zmieniali na szaty darowane kacykom przez naszego Shamsa. Wzbogacił Yunnan choćby przez to, że podatki ograniczył do dziesięciny i że naprawdę słuchał, co lud do niego mówi - a w potrzebie pomagał. To jemu na przykład Kunming zawdzięcza pierwsze regulacje wody w Jeziorze Dian i Rzece Panlong i - niejako przy okazji - stworzenie doskonałych pól ryżowych dzięki groblom i odpowiednio wyregulowanym dopływom. Przy projektach irygacyjnych pracowały tysiące ludzi opłacanych kilka lat z państwowej kiesy. No i - sprowadził tu i konwertował na islam całe stada ludzi. Nawet Marco Polo i Rashidoddin wspominają o tym, jak wielu muzułmanów mieszkało w Yunnanie za czasów mongolskich. W tamtych czasach np. miasto, które dziś nazywa się Dali, było "islamskie" - czyli mieszkało tam sporo muzułmanów.
Niestety, ten światły człowiek nie porządził długo Yunnanem - zmarł w 1279 roku, czyli spędził w Kunmingu zaledwie sześć lat. Gdy zmarł, mieszkańcy Kunmingu rozpaczała wiele dni. Podobno wiele tysięcy ludzi czuwało przy trumnie. Sam Kubilaj mówił o nim jako o porządnym zarządcy i nadał mu pośmiertne imię Król Xianyang 咸阳王. To właśnie dlatego tuż poza murami miasta postawiono paifang na jego pamiątkę. Razem z paifangami Konia i Koguta wygląda z lotu ptaka jak znak 品, dlatego mieszkańcy nazywali te trzy paifangi i przestrzeń przez nie ograniczoną Trzema Paifangami Pin 品字三牌坊 (przy czym trzeba zauważyć, że najpierw powstał paifang Wierności i Miłości, pozostałe dwa dobudowano później).
Następnym gubernatorem Yunnanu został jego najstarszy syn, Nasr al-Din (Nasruddin); dość długo władza w Yunnanie pozostała w rękach tej rodziny, a i potem (po dziś dzień!) Yunnan zamieszkiwali liczni potomkowie Shamsa al-Dina. Bodaj najsławniejszym z nich jest wielki podróżnik Zheng He.
Jestem Shamsem al-Sinem zachwycona. Tak chętnie poczytałabym jakąś powieść napisaną na podstawie jego barwnego życia! A jeszcze chętniej - obejrzałabym serial. Taki serial, w którym pięknie pokazanoby różnokolorowość, wielokulturowość i cudowność Yunnanu. Mojego Yunnanu.
Posąg Sayyida Ajalla Shamsa al-Din Omara, znajdujący się na wybrzeżu Rzeki Panlong.

2018-05-30

konwersja

wołowinę z tego straganu wykorzystuję do zrobienia pysznego pho po kunmińsku.
Wizytę na targu zaczynam od straganu tuż przy głównym wejściu. To stragan z wołowiną, już przetworzoną: gotowaną do miękkości w aromatycznym bulionie. Można kupić mięso, ozór, a także ścięgna, przypominające wołową gumę do żucia. Oprócz tego na straganie pojawia się świeże pieczywo - naany oraz muzułmańskie pączki youxiang. Stragan obsługuje muzułmańska rodzina, kilka kobiet i paru mężczyzn. Ponieważ często u nich kupuję, piękne, zachustowane kobietki znają mnie już dobrze. Wymieniłyśmy się wechatami; mówią, że przyślą mi swoje pociechy na naukę angielskiego. Z ich wechatów wiem, że kiedy tylko kończą pracę na straganie, natychmiast zdejmują chusty. Cóż, taki chwyt marketingowy: im bardziej stragan wygląda na muzułmański, tym bardziej kunmińczycy wierzą, że znajdą tam przepyszną wołowinę, a także oryginalne wypieki. W pracy więc muzułmanki te są zachustowane, chociaż poza pracą chust nie używają.
Pracuje na tym straganie również młody chłopak, który zawsze zaczyna ze mną gawędzić. Zaczynał od zwykłego "skąd jesteś?" i "świetnie mówisz po chińsku!", ale z czasem zaczął się spoufalać.
- jesteś piękna!
- nieważne, za ile robisz zakupy, ważne, byśmy zostali przyjaciółmi!
- a dużo jest w Polsce muzułmanów?
- a lubisz muzułmanów?
- a może chciałabyś zostać muzułmanką?
- jeśli zostaniesz muzułmanką, zaproszę Cię do domu i przedstawię rodzicom.
Z czasem doszło do tego, że każdą moją wizytę zaczynał od próby konwersji i od tłumaczenia mi, że islam jest najlepszą religią świata. Mówił, że muzułmanów jest dużo, coraz więcej. Że to religia przyjaźni, miłości i pokoju. Że kiedy zostanę muzułmanką, na całym świecie będę miała siostry i braci. Że jeśli będę wyznawała tę samą religię, co on, łatwo się zaprzyjaźnimy i jego dom stanie się moim domem.
Za którymś razem nie wytrzymałam: "jeśli będziemy wyznawać tę samą religię, będziemy przyjaciółmi? To przejdź na katolicyzm!".
Próby konwersji skończyły się jak nożem uciąć. Odtąd chłopak odstępuje przywilej obsługiwania mnie kobietom. Które jakoś nigdy nie próbowały mnie nawracać i zawsze miło się nam rozmawia na całkiem niereligijne tematy.

2013-05-19

Muzułmanin

Opowiadam mojej Tajce o muzułmance. Tajka najpierw umiera ze śmiechu, a potem, ocierając łzy radości, kiwa ze zrozumieniem głową i mówi:
U nas też jest sporo muzułmanów. Tata miał takiego kolegę, muzułmanin pełną gębą. Pił do upadłego, żarł wieprzowinę jak się patrzy, ba, właśnie wieprzowinę najbardziej lubił. Jak się go zapraszało na imprezę, trzeba było pamiętać tylko o jednym: nie wolno wypowiedzieć słów "alkohol" i "świnia" oraz ich pochodnych. Gdyby, nie daj Allah, przestrzec go, że na półmisku jest wieprz, toby nie mógł z czystym sumieniem zjeść. Gdyby ktoś powiedział, że chce spełnić toast wódeczką, toby musiał wyjść. A tak - z kompletnie czystym sumieniem, mimo oczywistej świadomości tego, co spożywa - jadł i pił delikatesy, których w domu mu jeść nie było wolno...
A już myślałam, że kołtuństwo religijne to tylko w Polsce i w Chinach... :D

2011-08-01

火把節 Święto Pochodni

Pisałam już dwa lata temu o tej tradycji, więc nie będzie etnografizujących opisów. Tylko tyle: święto początkowo yijskie zaczęli obchodzić również Bajowie, a w końcu i Hanowie zaczęli z pochodniami w dłoniach tańcować 24 dnia szóstego miesiąca księżycowego. Tegoroczne Święto Pochodni odbyło się dokładnie tydzień temu, a mnie się udało przydybać tubylców obkupujących się w pochodnie różnych wielkości na ulicy targowej w maleńkim Kunyangu 昆陽, które jest znane właściwie tylko z tego, że stało się miejscem narodzin największego chińskiego marynarza: Zheng He. Tak, moi drodzy! Wielki chiński admirał pochodził z Yunnanu, jednej z chińskich prowincji położonych najdalej od morza!

2010-12-10

Świątynia Konfucjusza w Kunmingu 昆明文廟

Po przyjeździe do Kunmingu kupiłam setki przewodników i książek o miejscach wartych poznania. Chodziłam z mapą, chcąc poczuć magię tego miasta, chcąc zrozumieć, dlaczego jest inne niż wszystkie i próbując odkryć miejsca, w których będę się czuć jak u siebie. Obeszłam cały bez mała Kunming. Znam Dwie Pagody, znam Targ Kwiatów i Ptaków, znam krajobrazy Jeziora Dian i Budynku Wielkiego Widoku. O nich wszystkich, jak i o skomercjalizowanej do granic bólu Wiosce Mniejszościowej, da się przeczytać w każdej książce opisującej Miasto Wiecznej Wiosny. A jednak te wszystkie miejsca wystarczyło odwiedzić raz – a potem nie chciałam już tam wracać. No, może z wyjątkiem Jeziora Dian, bo tam akurat pięknych miejsc jest w bród, a ja uwielbiam wodę.
I właśnie gdy myślałam, że w centrum Kunmingu do patrzenia na tubylców mam tylko zatłoczone Szmaragdowozielone Jezioro, odkryłam Świątynię Konfucjańską.
Świątynia Konfucjusza w Kunmingu powstała za czasów mongolskiej dynastii Yuan. Postawił ją... i tu małe zaskoczonko: muzułmanin irańskiego pochodzenia, wywodzący się z Buchary, miasta dzisiejszego Uzbekistanu. Ten oto muzułmanin został wysłany przez Kubilaj-chana , żeby zrobić porządek w Yunnanie. Porządek zrobił – a przy okazji zaczął zmuszać Yunnańczyków do przyjmowania kultury chińskiej, która wszak nie była kulturą ani samego Sayyid Ajjal Shams al-Din Omara 赛典赤·赡思丁, o którym tu mowa, ani też Kubilaj-chana, który, jak wszyscy wiedzą, był dzikusem, Mongołem znaczy (choć usankcjonowanym, bo będąc piątym Wielkim Chanem Mongolskim został jednocześnie pierwszym cesarzem dynastii Yuan, którą Chińczycy traktują jak swoją). Tak więc właśnie ten irański muzułmanin wysłany przez Mongoła postawił pierwszą w Yunnanie Świątynię Konfucjusza. Dlaczego powstała dopiero wtedy? Powód jest prosty: wcześniej żadnym Chińczykom nie udało się podbić Yunnanu, zrobili to dopiero Mongołowie...
To właśnie tam zaczęło się yunnańskie szkolnictwo. Początkowo studentów było raczej niewielu, ale z czasem Świątynia zaczęła przyjmować nawet 150 studentów w semestrze! Było to miejsce o tyle ważne, że w mury szkoły trafiały również dzieci przywódców poszczególnych mniejszości narodowych (w owym czasie będących jeszcze w większości); tym sposobem nauczyciele świątynni mogli wprowadzać w życie zasadę „ 有教無類”, czyli edukacji dla wszystkich bez względu na status.
Na całe nieszczęście ta najstarsza wersja mojej ulubionej świątyni nie przetrwała do dziś; obecnie oczy nasze cieszy wersja z 1690 roku, co i tak jest imponującym wynikiem w mieście, w którym prawie wszystko jest względnie nowe.
Po co powstaje Świątynia Konfucjusza? Po pierwsze by uczcić pamięć Pierwszego Nauczyciela. Po drugie żeby krzewić konfucjanizm i kształtować charaktery wedle konfucjańskiej matrycy. Jednak w każdym tekście propagandowym na temat tego miejsca znajdziemy setki informacji, jak to świątynia ta stała się miejscem dialogu kultur yunnańskich z kulturą chińską i wypracowywania wspólnego mianownika, tak ważnego w Chinach. Oczywistym jest, że wspólnym mianownikiem mogła się stać jedynie najlepsza z najlepszych kultura chińska. Jednocześnie między wierszami można wyczytać, że dopiero z powstaniem konfucjańskiej świątyni, rdzenni mieszkańcy Yunnanu (a i to tylko wybrani!) poznali pojęcia takie jak moralność, etyka...
Świątynia jest piękna. Wchodzi się do niej jak do zupełnie innego świata. W centrum miasta oaza spokoju, przedsionek nieba. Wszystko jest jak trzeba – jest jeziorko, w środku wielokolorowe karpiki koi, dużo drzew i kwiatów, na ścianach pawilonu herbacianego piękne freski. Czasem udaje się tam podejść tak, że nikt inny nie przeszkadza. Wtedy umiem sobie wyobrazić, że dawniej było jeszcze piękniej.
Po upadku cesarstwa (1911) Świątynią przestali rządzić konfucjaniści, a zaczął dowodzić motłoch. Skończyły się czasy egzaminów cesarskich, więc po co komu miejsce, które do takich egzaminów przygotowywało? Miejsce zaczęło podupadać, przerodziło się w madżongarnię, herbaciarnię, szachogralnię i ogródek działkowy. Po ustanowieniu ChRL nic się nie zmieniło, a jeśli już, to raczej na gorsze. Świątynia została przemianowana na „publiczny ogród sztuki i rozrywki”. W okresie Rewolucji Kulturalnej zniszczono resztki piękna. Z wielkiego kompleksu świątynnego przez lata wykrawano kolejne kawałki, burząc kolejne budynki. Żeby śladu nie zostało, żeby wiatr miał czym poruszać... Teraz powoli władze miasta zaczynają sobie przypominać, że właściwie to dałoby się niewielkim nakładem pracy i środków doprowadzić to miejsce do względnego porządku. Cóż jednak z tego? Dawne tereny świątynne już dawno zostały wchłonięte przez miasto. Tutaj został rzeczony ogród i pawilon herbaciany z malutką herbaciarenką w stylu chengduńskim (herbaty zielone i kwiatowe, gaiwany, termosy z 5 litrami wrzątku, sam sobie zaparzasz wedle uznania i za wszystko płacisz zaledwie kilka kuajów, a możesz tam przesiedzieć cały dzień), jest to również siedziba sekretariatu Miejskiego Domu Kultury, ale niewiele z tego wynika. Tyle, że jest w środku miasta miłe miejsce dla emerytów, uprawiających operę pekińską i grających w rozmaite gry planszowe/karciane. A ja? Zakochałam się w świątynce od pierwszego, zimowego wejrzenia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że będę tam spędzać całe godziny na podpatrywaniu życia Chińczyków. Kiedy poszłam tam po raz pierwszy, w stawie nie było ryb, drzewa dopiero zaczynały kwitnąć, a w środku nie było nikogo. Gdy tam chodzę teraz, ogród tętni życiem. Staruszkowie uprawiają hazard, dzieci biegają, matki plotkując piją herbatę. Ja siedzę, uczę się krzaków, robię zdjęcia, odpowiadam uśmiechem na zaciekawione spojrzenia. Gdy przymknę oczy, wyobrażam sobie, jak dawna arystokracja mandżurska przynosiła tu klatki z ptakami, coby ptaki się od siebie nawzajem uczyły śpiewu, a małe chińskie dzieci grzecznie powtarzały za nauczycielami konfucjański katechizm. A może przychodzili ubrani w czarne peleryny Yi? A może lekcjom przysłuchiwali się szamani? A może?......
Gdy chcę odpocząć od zgiełku, szukam spokoju właśnie w tym miejscu. Które, nie oszukujmy się, dla większości kunmińczyków jest tylko nazwą przystanku autobusowego. Z tymi, którzy kochają to miejsce tak samo jak ja, czuję silną więź. To my, prawdziwi starzy kunmińczycy, którym jest żal każdej starej cegły...