Przyzwyczailiście się już do tego, że 25 każdego miesiąca (jeśli zdążę) powstają wpisy do akcji W 80 blogów dookoła świata. Tak jest i tym razem; znów temat trochę inny niż zwykle. Jednocześnie jednak - bardzo mój. Bo przecież kocham Yunnan! Inna rzecz, że zawężenie ulubionych produktów do zaledwie trzech było sporym wyzwaniem. Stwierdziłam, że ograniczę się do tych, z których Yunnan naprawdę słynie. No i wykluczyłam żarcie. O yunnańskim żarciu i tak u mnie bez przerwy... Tradycyjnie już na dole wpisu znajdziecie linki do innych wpisów naszej grupy blogerów.
Co więc w Yunnanie pokochałam?
1. Pu'er
Zgodnie ze zwyczajem, chińską herbatę dzieli się na 6 podstawowych typów: białą, żółtą, zieloną, czarnosmoczą (wulong/oolong), czarną i czerwoną. Tu mała zagwozdka: dla Chińczyków czerwona herbata to ta, którą Europejczycy nazywają czarną, a czarna to ta, którą w Polsce zwykło się nazywać czerwoną. Najsłynniejszą czarną chińską herbatą jest pu'er - sfermentowana herbata, mogąca leżakować latami i z każdym rokiem nabierająca smaku. W Polsce jest sprzedawana w wersji sypkiej albo - co gorsza - torebkowej i reklamuje się ją jako herbatę odchudzającą. Większość znanych mi Polek pije ją "z musu", bo wprawdzie niedobra, ale za to odchudza... Dodaje się do niej skórki pomarańczy czy inne aromaty cytrynowe, co dla każdego Yunnańczyka jest żywym dowodem na to, że Polacy to barbarzyńcy.
Prawdziwy, dobry pu'er wygląda tak: Jak widać, liście nie są luzem, a zostały warstwa po warstwie sprasowane w tzw. ciastko. Sprzedaje się te ciastka opakowane w bibułę, a następnie wkłada do pudełka bądź okłada liśćmi bananowca czy innego bambusa:
Z takiego ciasteczka przy pomocy specjalnego noża do herbaty oddziela się warstwy, starając się nie uszkodzić nadmiernie liści, a później parzy. Z parzeniem też nie hop-siup. Pu'er można parzyć, w zależności od jakości, od piętnastu do nawet sześćdziesięciu razy. Pierwsze parzenie to w ogóle nie parzenie, a budzenie herbaty - napar należy wylać. Pierwsze parzenia właściwe trwają sekundy, bo herbata jest niemożebnie mocna. Z czajniczka, w którym parzymy, przelewamy napar natychmiast do większej czarki, z której dopiero nalewamy napar do czarek gości. I tak parędziesiąt razy - oczywiście, z czasem parzenia zaczynają być dłuższe, ale naprawdę nijak się to ma do "zalej wrzątkiem i parz pod przykryciem 3-5 minut"...
I już mam taki długi wpis, a przecież nawet jeszcze nie zaczęłam pisać o podziale na pu'ery "surowe" i "gotowane", o różnych ciekawostkach typu pu'er dojrzewający w bambusie albo w mandarynce. Nie zaczęłam nawet o imponderabiliach herbacianych ani o tym, że herbatą można się upić. No i najważniejsze: że pu'er jest jedną z najpyszniejszych herbat świata...
2. Jadeit
Ten południowo-zachodni kawałek Yunnanu, który graniczy z Birmą - to jest najbogatsze bodaj miejsce w Chinach. Tu bowiem wydobywa się jadeit. Nie pospolity nefryt, a właśnie jadeit, najcenniejszy żad na świecie. Jadeit to bogactwo i duma Yunnanu. Surowca coraz mniej, więc drożeje on niemal z dnia na dzień. Kamienie, które dawniej każdy szanujący się jubiler odrzucał ze wzgardą, dziś są troskliwie szlifowane i zmieniane w małych buddów czy delikatne perełki.
W Kunmingu sklepy z jadeitem są wszędzie. WSZĘDZIE. Wielkie salony z subiektami odzianymi w garnitury i małe sklepiki prowadzone przez staruszków z dłutkiem w dłoni. Wielkie hale i małe stoiska na targach. Wielomilionowe rzeźby nefrytowe, pyszniące się w holach nowobogackich i delikatna jak skrzydła ważki biżuteria. Są także sklepy kamienne, w których można kupić kawał skały z domniemanym jadeitem w środku.
No i... oszuści. To chyba oczywiste - skoro jadeitu coraz mniej to wiadomo, że nie na każdym straganie znajduje się prawdziwy kamień. To trochę jak z polskim bursztynem. Niby wszyscy wiedzą, jak bursztyn wygląda, a i tak niejeden dał się nabrać na sprasowaną mechanicznie żywicę. Biada ci, jeśli nie jesteś specjalistą - nie rozpoznasz, czy to jadeit, czy nefryt, czy jakiś mniej cenny, a dobrze oszlifowany minerał.
Ja bym w życiu nie robiła poważnych jadeitowych zakupów. Całe szczęście, dostałam piękną bransoletkę (na pewno prawdziwą!) w prezencie. Bransoletka ta dba o mnie tak samo, jak ja o nią i przynosi mi szczęście.
3. Yunnańskie Białe Lekarstwo
W 1902 roku słynny medyk Pieśń Lśniącej Pieczęci 曲焕章 po wielu latach prób i błędów opatentował "lek stu skarbów". Medyk ów to ciekawa postać - choć sam zajmował się wcześniej głównie urazami i opierał się wyłącznie o tradycyjną medycynę chińską, w pewnym momencie udał się w podróż w górskie ostępy Yunnanu. Zetknął się tam z szamanami i znachorami, którzy znacznie poszerzyli jego wiedzę na temat ziół i sposobów leczenia. Później ten swój "lek stu skarbów" jeszcze ulepszył, a ulepszoną recepturę oddał do zbadania placówce rządowej. Ta wystawiła pieczątkę, że lek się nadaje i już w 1917 roku rozpoczęła się masowa produkcja i dystrybucja lekarstwa po całych Chinach. Pieśń Lśniącej Pieczęci nie ustawał w wysiłkach; aż do śmierci próbował ulepszać recepturę. To ukochane dziecko medyka szybko odniosło sukces - zaczęto je sprzedawać i zagranicą, głównie w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Z wielkich zysków korzystał w sposób nader szlachetny, ofiarowując wielkie ilości leku uwikłanym w wieloletnią wojnę wojskom rządowym.
Gdy komuniści wygrali i zaczęli rządzić, żona naszego lekarza postąpiła bardzo politycznie i podarowała "krajowi" recepturę na nasze lekarstwo. Od 1955 roku Yunnańskie Białe Lekarstwo mogło więc być produkowane we wszystkich zakładach farmaceutycznych w całym kraju.
No dobrze, ale to lekarstwo w ogóle leczy?
Przede wszystkim jest znakomitym środkiem przeciwkrwotocznym, chętnie wykorzystywanym przez żołnierzy. Poza tym pomaga w gojeniu kontuzji, opuchlizn itd. Ja spotkałam się z nim po raz pierwszy, gdy skręciłam nogę w kostce. Dzięki temu lekowi po trzech dniach psikania i czterech dniach naklejania plastrów mogłam normalnie chodzić. Ale ja to nic! Tak naprawdę lekarstwo zyskało prawdziwą sławę dlatego, że w latach '40 XXw. uratowało nogę pacjentowi, któremu francuscy lekarze powiedzieli, że jedyna nadzieja w amputacji... Więcej - w anglojęzycznej wiki.
Tak, tak. W Yunnanie da się żyć. A przecież nawet nie zaczęłam mówić o jedzeniu... ;)
A tu linki do innych wpisów powstałych w ramach dzisiejszej akcji:
Austria: Viennese breakfast - 3 austriackie produkty - marki
Francja: Francais-mon-amour - Moje ulubione produkty z Francji; Love for France - Moje ulubione francuskie kosmetyki; Francuskie i inne Notatki Niki - Moje trzy ulubione morskie produkty z Francji; Między Francją a Szwajcarią - Moje ulubione francuskie produkty; Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim - Moje francuskie TOP 3, czyli jak zatrzymać przy sobie Francuza; Madou en France - Ekosprzątanie, czyli moje ulubione francuskie produkty do domu
Gruzja: Gruzja okiem nieobiektywnym - Gdy mi ciebie zabraknie...
Hiszpania: Hiszpański na luzie - Trzy pyszne hiszpańskie produkty
Irlandia: W Krainie Deszczowców - Moje trzy ulubione irlandzkie produkty
Kirgistan: O języku kirgiskim po polsku - Moje ulubione produkty z Kirgistanu
Niemcy: Niemiecka Sofa - 3 rzeczy z Niemiec; Niemiecki po ludzku - 3 ważne dla mnie niemieckie produkty; Językowy Precel - Moje 3 ulubione niemieckie produkty;
Norwegia: Pat i Norway - Trzy ulubione norweskie produkty
Szwajcaria: Szwajcaria moimi oczami - Moje trzy ulubione szwajcarskie produkty; Szwajcarskie Blabliblu - Mój osobisty top 3 szwajcarskich produktów
Szwecja: Szwecjoblog - 3 ulubione wynalazki ze Szwecji
Turcja: Turcja okiem nieobiektywnym - Smak i zapach granatów
Wielka Brytania: Angielska Herbata - Moje trzy brytyjskie naj; Angielski C2 - Moje 3 ulubione; Head Full of Ideas - Moje 3 ulubione produkty z Wielkiej Brytanii
Wietnam: Wietnam.info - 3 produkty z Wietnamu, które warto polubić
Włochy: Studia,parla, ama - W 80 blogów dookoła świata, czyli moje trzy ulubione włoskie produkty
Jeśli podoba Wam się akcja W 80 blogów... i chcielibyście dołączyć, zapraszamy: blogi.jezykowe1@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jadeit 玉. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jadeit 玉. Pokaż wszystkie posty
2015-10-25
2014-05-07
賭石 kamienny hazard
Przed Państwem sklep z kamieniami:
Czy są to zwykłe kamienie? Na oko tak, ale gdyby to miały być zwykłe kamienie, to można by je pozbierać w parku, a nie kupować w sklepie z fiu, fiu, jakimi cenami. Wiadomo więc, że są cenne. Ale jak bardzo cenne? Cóż, nie wiadomo. To znaczy: wiadomo, po jakich cenach sprzedaje je sklep. Nie wiadomo jednak, czy są warte swej ceny.
Brzmi tajemniczo, prawda? A przecież jest to jeden z tysięcy chińskich sklepów, w których można się pobawić w kamienny hazard. Zabawa polega na tym, że kamienie te, mniejsze lub większe, pochodzą z regionów obfitujących w nefryty i jadeity. Problem polega na tym, że wierzch nefrytu/jadeitu to mocno zwietrzała kamienna skorupka, która dopiero po rozbiciu ujawnia prawdziwą wartość kamienia. Normalnie zostawia się to fachowcom, którzy zajmują się obróbką kamieni szlachetnych, po odrzuceniu bezwartościowej warstwy wierzchniej. Jednak jeśli się bawisz w kamienny hazard, najpierw kupujesz kamień, a dopiero potem okazuje się, czy żeśmy wtopili, czy właśnie zarobiliśmy na studia dla dzieci. Zamiast płacić jubilerowi za wiedzę o kamieniu i za obróbkę - sam starasz się odgadnąć, co w kamieniu się kryje. Ludzie przynoszą mocne latarki, wierząc, że jeśli jest to dobry jadeit, to będzie przezroczysty, jeśli się go odpowiednio mocno naświetli. Inni wyliczają, ile powinna ważyć skała danej objętości, a ile nefryt i na tej podstawie kupują kamień. Co najmniej od czasów dynastii Qing powstawali w ten sposób nuworysze a stare, bogate rody popadały w bankructwo. Podobno w dawnej Birmie żaden szanujący się kamienny hazardzista nie był obecny podczas rozłupywania kamienia. Modlili się wówczas wytrwale do swych bogów i palili trociczki w pobliskich świątyniach. Biorąc pod uwagę skalę ryzyka - wcale się nie dziwię. Oczywiście, czasem się zdarzają po rozłupaniu takie cuda:Ale jest ich niewiele.
Cóż. Ja bym nie zaryzykowała. Inna rzecz, że jestem tchórzliwa i niebogata, więc niespecjalnie mam warunki na tego typu zabawy ;) Jeśli zobaczycie kiedyś sklep z kamieniami i dziesiątkami ludzi, oglądających w zapamiętaniu zwykłe, szare kamienie, nie omieszkajcie przyjrzeć się bliżej - i ludziom, i kamieniom.
Czy są to zwykłe kamienie? Na oko tak, ale gdyby to miały być zwykłe kamienie, to można by je pozbierać w parku, a nie kupować w sklepie z fiu, fiu, jakimi cenami. Wiadomo więc, że są cenne. Ale jak bardzo cenne? Cóż, nie wiadomo. To znaczy: wiadomo, po jakich cenach sprzedaje je sklep. Nie wiadomo jednak, czy są warte swej ceny.
Brzmi tajemniczo, prawda? A przecież jest to jeden z tysięcy chińskich sklepów, w których można się pobawić w kamienny hazard. Zabawa polega na tym, że kamienie te, mniejsze lub większe, pochodzą z regionów obfitujących w nefryty i jadeity. Problem polega na tym, że wierzch nefrytu/jadeitu to mocno zwietrzała kamienna skorupka, która dopiero po rozbiciu ujawnia prawdziwą wartość kamienia. Normalnie zostawia się to fachowcom, którzy zajmują się obróbką kamieni szlachetnych, po odrzuceniu bezwartościowej warstwy wierzchniej. Jednak jeśli się bawisz w kamienny hazard, najpierw kupujesz kamień, a dopiero potem okazuje się, czy żeśmy wtopili, czy właśnie zarobiliśmy na studia dla dzieci. Zamiast płacić jubilerowi za wiedzę o kamieniu i za obróbkę - sam starasz się odgadnąć, co w kamieniu się kryje. Ludzie przynoszą mocne latarki, wierząc, że jeśli jest to dobry jadeit, to będzie przezroczysty, jeśli się go odpowiednio mocno naświetli. Inni wyliczają, ile powinna ważyć skała danej objętości, a ile nefryt i na tej podstawie kupują kamień. Co najmniej od czasów dynastii Qing powstawali w ten sposób nuworysze a stare, bogate rody popadały w bankructwo. Podobno w dawnej Birmie żaden szanujący się kamienny hazardzista nie był obecny podczas rozłupywania kamienia. Modlili się wówczas wytrwale do swych bogów i palili trociczki w pobliskich świątyniach. Biorąc pod uwagę skalę ryzyka - wcale się nie dziwię. Oczywiście, czasem się zdarzają po rozłupaniu takie cuda:Ale jest ich niewiele.
Cóż. Ja bym nie zaryzykowała. Inna rzecz, że jestem tchórzliwa i niebogata, więc niespecjalnie mam warunki na tego typu zabawy ;) Jeśli zobaczycie kiedyś sklep z kamieniami i dziesiątkami ludzi, oglądających w zapamiętaniu zwykłe, szare kamienie, nie omieszkajcie przyjrzeć się bliżej - i ludziom, i kamieniom.
2013-05-29
玉手鐲 jadeitowa bransoletka
Jakiś czas temu dostałam prezent. Szwagierka podarowała mi jadeitową bransoletkę. Dar ten mnie oczywiście wzruszył, ale i zaniepokoił. Zwłaszcza, gdy mi ją wcisnęła na rękę i powiedziała, że mam nie zdejmować. Zaczęłam jej mówić, jaka jestem nieostrożna, jak podczas zabaw z dziećmi nabijam sobie siniaki itp., ale była nieugięta. Mam nosić, bo to dobre dla zdrowia i mam się nie przejmować tym, że może popękać.
No dobrze. Ale noszenie na ręku czegoś tak kosztownego mnie dość przeraża...
W Chinach taka bransoletka to skarb. Skarb nie tylko ze względu na jakość kamienia, z którego została stworzona, nie tylko ze względu na trudność wykonania, ale przede wszystkim dlatego, że ma milion znaczeń. Może być symbolem szczęścia, miłości, modlitwą. Chińczycy wierzą, że założenie go na rękę przyniesie szczęście, pokój, wieczną miłość czy radość, a także, oczywiście, bogactwo. Kobiety, które noszą takie bransoletki, niejako z automatu stają się eleganckie i delikatne. Jadeit chroni je przed zranieniem i przynosi szczęście. Istnieją legendy miejskie na temat wypadków, z których kobiety wychodzą cało i zdrowo - ale ich bransolety poszły w drobny mak. Podobno to one chronią życie swych właścicielek. Podobno jadeit zmienia barwę w miarę noszenia. Zależy to od szczęścia i zdrowia właścicielki. Jedna z moich nauczycielek opowiadała, że ma dwie bransoletki, których nie zdejmowała 30 lat. Kiedy zaczęła je nosić były takiego samego koloru; jedną dostała od męża, drugą od teściowej. Z czasem ta od męża zaczęła być coraz świetlistsza, a ta od teściowej coraz ciemniejsza. Nauczycielka wierzyła święcie, że to dlatego, że mąż ją bardzo kochał, a teściowa nie znosiła...
Podobno jadeit może chronić zdrowie. W Chinach każdy zna powiedzenie "Człowiek opiekuje się jadeitem trzy lata, a jadeit człowiekiem całe życie" (人養玉三年, 玉養人一生). Podobno poprawia przepływ krwi i energii, dobrze działa na skórę, poprawia odporność, wspomaga w walce z chorobą. Dawni chińscy lekarze powiadali nawet, że "na niektóre choroby nie pomogą lekarstwa, za to noszenie jadeitu może je wyleczyć" (有的病吃藥不能醫好,經常佩玉卻可醫).
Żeby jednak jadeit dobrze działał, trzeba się nim zaopiekować. Jak?
1) Unikać zetknięcia z twardymi powierzchniami (to chyba oczywiste, że nie powinniśmy go rozwalić w drobny mak).
2) Chronić przed kurzem i brudem (też dość uniwersalna zasada).
3) Jeśli wisi na czymś niejadeitowym, na przykład jest wisiorkiem na srebrnym łańcuszku, należy go od tego srebra separować, jeśli go akurat nie nosimy.
4) Chronić przed perfumami czy płynem do naczyń i wszelką chemią.
5) Nie kłaść na słońcu, lepiej w cieniu.
6) Miejsce spoczynku jadeitu winno być odpowiednio nawilżone.
Oczywiście, to tylko główne zasady.
Zupełnie inną kwestią jest ocena jego wartości - to jednak jest dla mnie zadanie zbyt skomplikowane, więc nie będę się na ten temat szerzej wypowiadać.
Mam bransoletkę. Nie zdejmuję jej wcale, zgodnie z prośbą szwagierki. Od czasu do czasu niechcący w coś nią stuknę, od czasu do czasu kapnie na nią jakiś detergent. Nie zauważyłam zmiany koloru ani pęknięć. Nie zauważyłam wpływu na zdrowie. Ale jest piękna i jest moja, więc po prostu będę ją nadal nosić :)
No dobrze. Ale noszenie na ręku czegoś tak kosztownego mnie dość przeraża...
W Chinach taka bransoletka to skarb. Skarb nie tylko ze względu na jakość kamienia, z którego została stworzona, nie tylko ze względu na trudność wykonania, ale przede wszystkim dlatego, że ma milion znaczeń. Może być symbolem szczęścia, miłości, modlitwą. Chińczycy wierzą, że założenie go na rękę przyniesie szczęście, pokój, wieczną miłość czy radość, a także, oczywiście, bogactwo. Kobiety, które noszą takie bransoletki, niejako z automatu stają się eleganckie i delikatne. Jadeit chroni je przed zranieniem i przynosi szczęście. Istnieją legendy miejskie na temat wypadków, z których kobiety wychodzą cało i zdrowo - ale ich bransolety poszły w drobny mak. Podobno to one chronią życie swych właścicielek. Podobno jadeit zmienia barwę w miarę noszenia. Zależy to od szczęścia i zdrowia właścicielki. Jedna z moich nauczycielek opowiadała, że ma dwie bransoletki, których nie zdejmowała 30 lat. Kiedy zaczęła je nosić były takiego samego koloru; jedną dostała od męża, drugą od teściowej. Z czasem ta od męża zaczęła być coraz świetlistsza, a ta od teściowej coraz ciemniejsza. Nauczycielka wierzyła święcie, że to dlatego, że mąż ją bardzo kochał, a teściowa nie znosiła...
Podobno jadeit może chronić zdrowie. W Chinach każdy zna powiedzenie "Człowiek opiekuje się jadeitem trzy lata, a jadeit człowiekiem całe życie" (人養玉三年, 玉養人一生). Podobno poprawia przepływ krwi i energii, dobrze działa na skórę, poprawia odporność, wspomaga w walce z chorobą. Dawni chińscy lekarze powiadali nawet, że "na niektóre choroby nie pomogą lekarstwa, za to noszenie jadeitu może je wyleczyć" (有的病吃藥不能醫好,經常佩玉卻可醫).
Żeby jednak jadeit dobrze działał, trzeba się nim zaopiekować. Jak?
1) Unikać zetknięcia z twardymi powierzchniami (to chyba oczywiste, że nie powinniśmy go rozwalić w drobny mak).
2) Chronić przed kurzem i brudem (też dość uniwersalna zasada).
3) Jeśli wisi na czymś niejadeitowym, na przykład jest wisiorkiem na srebrnym łańcuszku, należy go od tego srebra separować, jeśli go akurat nie nosimy.
4) Chronić przed perfumami czy płynem do naczyń i wszelką chemią.
5) Nie kłaść na słońcu, lepiej w cieniu.
6) Miejsce spoczynku jadeitu winno być odpowiednio nawilżone.
Oczywiście, to tylko główne zasady.
Zupełnie inną kwestią jest ocena jego wartości - to jednak jest dla mnie zadanie zbyt skomplikowane, więc nie będę się na ten temat szerzej wypowiadać.
Mam bransoletkę. Nie zdejmuję jej wcale, zgodnie z prośbą szwagierki. Od czasu do czasu niechcący w coś nią stuknę, od czasu do czasu kapnie na nią jakiś detergent. Nie zauważyłam zmiany koloru ani pęknięć. Nie zauważyłam wpływu na zdrowie. Ale jest piękna i jest moja, więc po prostu będę ją nadal nosić :)
2008-01-08
Nefrytowy Pies 玉狗
Nie obchodzi mnie, czy to nefryt czy jadeit. Wisi mi to, czy nie jest skalany jakąś żyłką czy innym pęknięciem. Wiem, że dostałam amulet, który zaprawiony jest przyjaźnią, więc najlepiej mnie ochroni przed złem, obojętnie czy ma wzór chemiczny Ca2Mg5[(OH,F)2Si4O11]2 czy NaAlSi2O6.
Kiedy byłam na Tajwanie, moja Nauczycielka, przewspaniała pani He, mówiła, że kamień ten chroni przed chorobami i że pomaga płynąć dobrym prądom przez ciało. Mówiła, że kamień żyje, że jeśli Cię lubi to zmienia kolor na głębszy i soczystszy, a jeśli do siebie nie pasujecie, to nie rozgrzejesz go nawet ciepłem swojego ciała. Sama nosiła dwie bransoletki, z jedną dobrze żyła, a drugą dostała od teściowej i jej wprawdzie nie zdejmowała, ale niespecjalnie się lubiły. Pani He i bransoletka, rzecz jasna, teściowa wcale nie była taka zła :D
Cóż. Jakoś nie udało mi się kupić żadnej zielonkawej biżuterii przed wyjazdem z Mojego Miejsca Na Ziemi; pierścionek, który dostałam od Brata zwinięto mi tuż po powrocie do Polski. Dobrze, że prezent od Przyjaciela uzupełnił ten brak. No i - widać jak na dłoni mój chiński znak zodiaku. Ha, teraz już wszyscy wiecie, ile mam lat...
PS. Dominik jest zirytowany dzieleniem prądów na złe i dobre. Domaga się konkretyzacji: od czego zależy "lepszość/gorszość" prądu? Od natężenia, napięcia czy częstotliwości? Postuluje równość wszystkich prądów. W tym celu powołana zostaje Międzynarodowa Organizacja Obrony Praw Prądów - ja zostałam obwołana przewodniczącą sekcji azjatyckiej :D Orkiestra tusz!!!!
Kiedy byłam na Tajwanie, moja Nauczycielka, przewspaniała pani He, mówiła, że kamień ten chroni przed chorobami i że pomaga płynąć dobrym prądom przez ciało. Mówiła, że kamień żyje, że jeśli Cię lubi to zmienia kolor na głębszy i soczystszy, a jeśli do siebie nie pasujecie, to nie rozgrzejesz go nawet ciepłem swojego ciała. Sama nosiła dwie bransoletki, z jedną dobrze żyła, a drugą dostała od teściowej i jej wprawdzie nie zdejmowała, ale niespecjalnie się lubiły. Pani He i bransoletka, rzecz jasna, teściowa wcale nie była taka zła :D
Cóż. Jakoś nie udało mi się kupić żadnej zielonkawej biżuterii przed wyjazdem z Mojego Miejsca Na Ziemi; pierścionek, który dostałam od Brata zwinięto mi tuż po powrocie do Polski. Dobrze, że prezent od Przyjaciela uzupełnił ten brak. No i - widać jak na dłoni mój chiński znak zodiaku. Ha, teraz już wszyscy wiecie, ile mam lat...
PS. Dominik jest zirytowany dzieleniem prądów na złe i dobre. Domaga się konkretyzacji: od czego zależy "lepszość/gorszość" prądu? Od natężenia, napięcia czy częstotliwości? Postuluje równość wszystkich prądów. W tym celu powołana zostaje Międzynarodowa Organizacja Obrony Praw Prądów - ja zostałam obwołana przewodniczącą sekcji azjatyckiej :D Orkiestra tusz!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

