blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2020-02-29

żółte tofu smażone z czosnkiem bulwiastym 韭菜炒黄豆腐

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli w ramach Unii Azjatyckiej.

O mojej miłości do żółtego tofu już wiecie. Wiecie też, że najbardziej lubię grillowane - i to nie na patelni czy w piekarniku, a nad węglem, jak się należy. Kiedy jednak kupujemy żółte tofu, najczęściej przyrządzamy je w najprostszy możliwy sposób.

Składniki:
  • żółte tofu
  • pęk czosnku bulwiastego
  • sól
  • olej
Wykonanie:
  1. Czosnek bulwiasty oczyścić z dolnych błonek, umyć i posiekać na kawałki długości kciuka.
  2. Żółte tofu pokroić w dość cienkie plasterki - z jednej poduszeczki powinno nam wyjść 8-10 plasterków.
  3. Rozgrzać wok, wlać olej. Na rozgrzany tłuszcz wrzucić czosnek bulwiasty i krótko obsmażyć.
  4. Dorzucić tofu, smażyć w ruchu, aż tofu będzie gotowe - wystarczy parę minut.
  5. Pod koniec smażenia dodać szczyptę soli.
A tutaj zobaczcie jak się robi bardzo specjalne sushi w sakiewkach z tofu.

2020-02-28

paczka od rolnika

Jak wiecie, w związku z koronawirusem staramy się raczej nie wychodzić z domu. Mamy zapasy mięsa w zamrażarce, sporo puszek itd. Jedyne, czego nie mamy, to świeże warzywa i owoce. Próbowaliśmy zamawiać przez internet - trzy firmy najpierw przyjęły zamówienie, by dwa dni później powiedzieć, że nie mają kurierów i jednak możemy sobie wbić zęby w ścianę. W końcu się udało! Trafiliśmy na kolektyw rolniczy, który wysyła... hmmm... siatkę niespodzianek. Płaci się 99 yuanów i dostaje około 10 kilogramów jedzenia, ale nie można sobie wybrać produktów - wybierają je z dostępnych gospodarze. Chciałam Wam pokazać, co zostało nam przywiezione:
Cała paka prezentuje się tak.
Wieprzowina, około kilogram, z kością i bez kości. W sumie najmniej atrakcyjna część paczki.
Z przypraw dostaliśmy ostrą zieloną paprykę, kolendrę, zieloną cebulkę i imbir.
Reszta to: marchewki, brokuły, biała rzodkiew, kilka główek różnych sałat i kapust, bakłażan, kalarepa, ziemniaki, pomidory i cebule.
Tak wygląda nasza spiżarnia ze świeżymi warzywami.
Ciekawe, na jak długo to starczy. Oczywiście, część trzeba będzie zjeść szybciej, a takie ziemniaki czy kalarepka mogą poczekać na swoją kolej. 
W paczce było tylko kilka zerwanych listków; dwa pomidory pękły. Reszta przetrwała bez szwanku i wygląda świeżo. Cudowny, ekologiczny pomysł - żywność sezonowa, prosto od rolników. Za drugim razem mieszanka była inna - bez pomidorów, kalarepki czy bakłażana, ale za to z taro, szpinakiem i zupełnie inną zieleniną, a także jabłkami. 
Tylko dlaczego wszystko jest zawsze tak skrupulatnie popakowane w plastik?...

2020-02-27

bawoli totem

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl oraz kirgiski.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Wa to grupa etniczna, która żyje na granicy chińsko-birmańskiej - po obu stronach tej granicy. Łącznie jest ich niecały milion, po połowie w Birmie i Chinach. Posługują się własnym językiem, choć w Chinach są już w większości zsinizowani. Ponieważ większość żyje w głębokich lasach, na wsiach, wielu zachowało swoją tradycyjną wiarę (animizm) i zwyczaje (z wyjątkiem tych najbardziej krwawych*). Są też całkiem spore grupy, które przyjęły inne religie - głównie buddyzm therawada i chrześcijaństwo. Jednak bez względu na religię, wierni są jednemu, bodaj najważniejszemu zwyczajowi - ćwiartowaniu bawoła 剽牛. Ociekająca krwią ceremonia służy modlitwie, a także przypomina o wdzięczności, jaką każdy Wa winien żywić względem bawołów. Moim zdaniem wdzięczność można okazać w milszy sposób niż ćwiartując obiekt kultu, ale zwyczaje religijne rzadko są sensowne w oczach niewiernych - dotyczy to wszystkich religii, nie tylko animizmu.
Wracając do Wa - bawół jest dla nich najważniejszym zwierzęciem i totemem, który czczą. Najstarsze malowidła naskalne Wa, w których pojawiają się bawoły, pochodzą sprzed trzech tysięcy lat. Są na nich bawoły prowadzone przez ludzi, dosiadane przez ludzi, jedzone przez ludzi, wystawiane do walk, ćwiartowane. Są pokazane rogi jako broń i w pokojowych kontekstach też. W tych jaskiniowych graffiti doskonale widać, jak wysoką pozycję bawoły od zawsze zajmowały w życiu Wa. Ubrania Wa są ozdobione wzorkim podobnym trochę do procy - to oczywiście uproszczony wizerunek bawolich rogów. Podczas święta plonów czci się nie tylko kolby kukurydzy i korce ziaren, ale i totem z bawolej czaszki. Istnieje legenda, która pięknie pokazuje, dlaczego bawół wodny jest dla Wa najważniejszym ze zwierząt.
Dawno, dawno temu była sobie piękna para pasterzy. Wypasali bydło u stóp wielkiej góry, gdy nagle zagrzmiało i zaczął padać deszcz, a padał tak długo, aż zmienił się w potop. Woda przykryła wszystko: domy, pola uprawne - wszystko zniknęło. W miarę, jak padał deszcz, pasterze przeganiali bawoły coraz wyżej i wyżej. Jednak potop był bezlitosny i w końcu potopił bydło i zakrył wodą całą górę. Pozostała tylko para pastuszków, których uniósł na grzbiecie bawół. Po trzech dniach i trzech nocach wody opadły, ocaleli z radością zeszli na ziemię. Wtedy jednak pojawił się inny problem: skąd wziąć pożywienie? Długo debatowali, jednak nic mądrego nie mogli wymyślić - powódź zmiotła z powierzchni ziemi zarówno rośliny, jak i drobną zwierzyną. Dobry bawół postanowił poświęcić się dla nich. Powiedział, że pozwala się zabić i zjeść. Jego jedynym warunkiem było to, że mają zostawić jego czaszkę i składać jej modły. Para Wa przetrwała trudny czas i dała początek ludzkości. Na zawsze zapamiętali też dzięki komu udało im się przetrwać.
Odtąd Wa wznoszą dziękczynne modły bawołom. Podczas każdej ważnej uroczystości składają ofiarę z bawołu, pozostawiając czaszkę nietkniętą. Czaszka bawołu stanowi podstawową ozdobę domostw Wa, bawole kości to podstawowy materiał ich rękodzieła. Pamiętajmy, że dla ubogich Wa bawół był dawniej ich największym bogactwem. Oddać największe bogactwo bogom - to była najwspanialsza ofiara. Dziś zwyczaj powoli zamiera - bawoły zabija się tylko podczas naprawdę wielkich imprez, albo - niestety - dla turystów. Dotyczy to zarówno ceremonii u Wa, jak i bliźniaczej ceremonii u innego ludu Yunnanu, Drung.
Ceremonia zaczyna się "otwarciem drzwi". Szaman i reprezentant starszyzny tańczą z długimi nożami, jednocześnie się modląc i mówiąc, dlaczego poświęcają bawoła - dla przodków, dla duchów, dla ochrony przed złem czy też dla szczęścia, by prosić o to, żeby w następnym roku stada były jeszcze większe i by ludzie nie zaznali biedy, a także zapraszając całą wioskę i wszystkich gości na ucztę.
Drugim elementem ceremonii jest przysposabianie piki, do której będzie przywiązany bawół - długiej na około trzy metry. Zanosi się ją na plac, na którym będzie się odbywać ceremonia, tańczy się dziki taniec, a szaman "poświęca" pikę alkoholem i modlitwą, modląc się o pomyślny przebieg ceremonii.
Trzecim elementem jest prowadzenie bawołu. Po sprowadzeniu go z gór, przekazuje się go w ręce kobiety, która ozdabia grzbiet zwierzęcia kwiatami i ręcznie tkaną derką, a na rogi wkłada sznury ozdób - tak się ją "upieksza" zanim pójdzie do nieba. Następnie bawół prowadzony jest przez dwóch mężczyzn wielokrotnie naokoło domostwa osoby, której dotyczy ceremonia (liczba okrążeń jest różna w różnych wioskach). Gdy bawół przechodzi koło drzwi, sypie się na niego zboża i pryska go alkoholem, podczas gdy kobiety lamentują, dziękując zwierzęciu za to, że się poświęca i je żegnając. Po okrążeniu domostwa, wszyscy udają się na plac, na którym zwierzę zostanie pozbawione życia.
Ostatnią częścią ceremonii jest ćwiartowanie.
Najpierw rozbrzmiewa muzyka - rytmiczne uderzenia w gongi. Zaczynają się tańce. Szaman pije wódkę i recytuje - dziś jest dzień wielkiej radości, pijmy, tańczmy, śpiewajmy, weselmy się! Seniorka rodu podchodzi do zwierzęcia i tłumaczy mu, że nie chcą go skrzywdzić, choć ono wchodzi w szkodę i wyżera sadzonki; oni tylko chcą jego życie wymienić na długowieczność i zdrowie, jego duszę wymienić na dostatek i szczęście. Na koniec prosi biedaka, by po tym, jak pójdzie do nieba, szepnął dobre słowo o swoich gospodarzach i poprosił o zachowanie ich od złego.
Następnie do akcji przystępuje znów szaman. Z wódeczką w lewej ręce, a oszczepem w prawej tańczy wokół bawołu i recytuje o tym, jak przebije serce zwierzęcia ku swojej i jego chwale. Wypatrzywszy dobry moment, jednym ruchem przebija serce zwierzęcia; jeśli się nie uda od razu, musi celować dalej - aż do momentu, gdy bawół padnie.
Wtedy zgromadzeni znów zaczynają grać na gongach i tańczyć, a część kładzie zwierzę na świeżych gałęziach i zaczyna patroszenie i ćwiartowanie. Gdy utną zwierzęciu głowę, zakłada ją szaman i tańczy taniec zwycięstwa i chwały po całej wiosce, a potem wraca na plac z bawolim truchłem. W międzyczasie wszyscy uczestnicy dostają po kawałku mięsa, które zawijają w liście i mogą zabrać. Resztki, czyli jelita, racice itd. oczyszcza się i gotuje w wielkim kotle dla wszystkich. Tylko czaszka i rogi pozostają dla gospodarza imprezy - po oczyszczeniu zawisną na ścianie domu. Stąd dawniej łatwo było poznać, które domostwo należy do bogacza, a które do biedaka.
Ceremonia taka potrafi czasem trwać trzy dni, a jeśli poświęca się więcej zwierząt, to nawet tydzień do dziewięciu dni. 
Tak to mniej więcej wygląda, przy czym różnice lokalne potrafią być bardzo zasadnicze. Tylko o tym czytałam - całe szczęście nie musiałam być świadkiem takiej ceremonii. Nie zrozumcie mnie źle: jem mięso i wiem, skąd ono pochodzi. Godzę się na uśmiercenie zwierzęcia. Wolę jednak, gdy śmierć ta nastąpi szybko i możliwie bezboleśnie. Długotrwałe przygotowywanie bawołu do ceremonii i potem śmierć od dzidy wydają mi się okrutne. Jeśli szaman trafi od razu w serce, to jeszcze jakoś, ale co, jeśli spudłuje?... Z drugiej strony rozumiem ideę - pokażmy zwierzęciu, dzięki któremu nie umieramy z głodu, że je szanujemy i że jest dla nas ważne. Rozumiem... ale serce boli i tak.
Wizyta w Wiosce Etnicznej - wejście do Wioski Wa
Na koniec zdjęcie rękodzieła Wa - rozmaitych przedmiotów wykonanych z bawolej kości. To mi się bardzo podoba: skoro już zabijamy zwierzę, to z szacunku do niego wykorzystamy do ostatka wszystko, czym nas obdarzyło.

A tutaj zajrzyjcie, by poczytać o niesamowitych japońskich krowach lub miejscu zwanym Siedem Byków.

*do lat '60-tych XX wieku byli łowcami głów.

2020-02-26

cesarski miłorząb

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z enesaj.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Przed bramą Świątyni Taihua rośnie wspaniały miłorząb - obecnie pozbawiony liści (muszę tu wrócić jesienią!). Legenda głosi, że zasadził go własną ręką cesarz Jianwen 建文. Ponieważ możecie gościa nie kojarzyć, przybliżę: był to drugi cesarz dynastii Ming, panujący zaledwie cztery lata (1398-1402). Zazwyczaj za datę jego śmierci przyjmuje się datę końca panowania, czyli 13 lipca 1402, kiedy to jego własny stryj Zhu Di, który od początku kwestionował prawa Jianwena do tronu, po kilkuletniej wojnie domowej zdołał zdobyć ówczesną stolicę państwa, Nankin, po czym podpalił pałac cesarza. Ciało Jianwena nigdy nie zostało odnalezione. I tutaj właśnie rodzi się legenda. Ponoć młody (dwudziestoczteroletni) władca po wtargnięciu złego stryja do stolicy obciął włosy, przebrał się za mnicha i, zaopatrzony w mnisie papiery, uciekł z miasta. Resztę życia spędził jako wędrujący, żebrzący mnich, zachodząc nawet w najodleglejsze partie Chin. Na starość miał zostać zidentyfikowany przez jednego ze starych eunuchów. 
Kurczę, Nankin jest ponad 2000 km od Kunmingu. Podróż tutaj musiała trwać ładnych parę miesięcy, albo i lat - bo jakoś nie sądzę, by wędrował rzetelnie 25 kilometrów dziennie, a poza tym w niektórych świątyniach na pewno zatrzymywał się na dłużej. Z drugiej strony - miał czas. Właściwie to nawet miał wyłącznie czas. A jeśli nie hołubił w sercu myśli o zemście, to mogła to być piękna  i odprężająca wędrówka. Yunnańska wersja legendy głosi, że były cesarz spędził pięć lat jako mnich w Świątyni Taihua. Byłby to gorzki żart historii: jego dziadek Hongwu był żebrakiem i mnichem, który został cesarzem, on sam był cesarzem, który stał się mnichem i żebrakiem...
Jak mówię - to tylko legenda, nie ma żadnych dowodów, historycy wątpią i tak dalej. Ale mnie się szalenie podoba idea władcy, któremu udaje się uciec przed niechybną śmiercią i który zamiast zwołać wojska, zamiast żądać zemsty, wędruje po swoim kraju incognito, modli się i sadzi drzewa. Zaraz, zaraz - skoro wędruje incognito, to skąd wiadomo, że to właśnie on zasadził nasz miłorząb?... Nie, nie pozwolę, żeby ta nędzna podejrzliwość popsuła mi przyjemność z tak pięknej legendy. Przed Wami miłorząb Jianwena!

A tutaj poczytacie o drzewie - osi świata.

2020-02-25

Świątynia Taihua 太華寺

Dawniej zwano ją Świątynią Surowego Buddy, jednak z czasem przyjęła nazwę od Góry Taishan, na której jest położona. Znajduje się w lesie, na szczycie (2500 m.n.p.m) jednego ze wzniesień Gór Zachodnich, z pięknym widokiem na Jezioro Dian. Budowę rozpoczęto za czasów mongolskiej dynastii Yuan, w roku 1306, z rozkazu ówczesnego yunnańskiego władyki, potomka Kubilaj-chana. Ojciec duchowy yunnańskiego buddyzmu chan, Xuan Jian 玄鉴, często tu nauczał. Kiedy w Kunmingu zamieszkał wielki Mu Ying, wzbogacił kompleks o dwa pawilony, jeden służący odpoczynkowi, a drugi - będący świątynią prywatnego użytku - to tzw. kapliczka przodków 家庙, bardziej związana z konfucjańskimi ideami posłuszeństwa rodzicom, niż z buddyjskimi zaleceniami. Gdy Mandżurowie pobili Mingów, przy okazji zniszczyli ten kompleks świątynny, ale już za cesarza Kangxu, w 1687 roku, odbudowano go ze środków ówczesnego zongdu, Fana Chengxun 范承勋. Niestety, w drugiej połowie XIX wieku część kompleksu spłonęła, ale jeszcze przed końcem wieku ją odbudowano. I odtąd stoi sobie w pięknych okolicznościach przyrody, ciszy, zieleni i spokoju.
Najważniejszym budynkiem jest oczywiście hala Daxiongbao (Skarb Wielkiego Bohatera) 大雄宝殿, połączona z innymi pawilonami zadaszonymi ścieżkami. Najważniejszym bóstwem świątyni jest Awalokiteśwara czyli Guanyin. Łącznie kompleks ma ponad 3,5 tysiąca metrów kwadratowych... ale obecnie niemal wszystkie pawilony poza tym najważniejszym są w stanie prawie kompletnej ruiny. Dziury w dachach, przegniłe belki, a większość budynków jest odgrodzona - zakaz wstępu. Najwyższym punktem kompleksu jest Pawilon Wielkiego Smutku 大悲阁 - to właśnie ten, który swego czasu spłonął, a w 1883 roku został odbudowany. On również jest zamknięty na cztery spusty i odgrodzony.
Na marmurowej poręczy stoją tam pięknie wyrzeźbione zwierzęta - to dar Wu Sanguia, ale obecnie zwiedzający nie mają szansy go obejrzeć.
Dawna kapliczka Mu Yinga, hala Sizhao, została przerobiona na "świetlicę" - salę, w której można usiąść, odpocząć, napić się herbaty (wielkie termosy czekają, za jednego yuana można też napełnić wrzątkiem własną manierkę/butelkę).
Jest też ogród - oczy cieszą magnolie, kamelie, śliwy, azalie i złote wończe. Przynajmniej te są w dobrym stanie i widać, że zaopiekowane.
to przypominające żółwia stworzenie już znamy - to bixi.
Takie właśnie są tu dachy - i cała reszta...
Zamknięty na głucho Pawilon Wielkiego Smutku.
Wejście do Sali Skarbu Wielkiego Bohatera
Starożytny szlak między świątyniami w Górach Zachodnich - łączy Świątynię Taihua ze Świątynią Huating.
na tej tablicy szlak między świątyniami jest pokazany przerywaną linią.
Jest to bez wątpienia świetne miejsce na cichy piknik, chwilę spokoju, na nacieszenie się buddyjską świątynią bez tłumów i bez hałasu. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że jeśli ktoś miałby doznać oświecenia - to właśnie tutaj. 
A jednak... serce boli, gdy widać, jak bardzo świątynia jest zaniedbana, choć przecież żyją tu mnisi i toczy się zwykłe zakonne życie, a historia miejsca jest przecież na tyle ciekawa, by świątynię wesprzeć, zwłaszcza, że - zgodnie z tym, co jest napisane na kamiennej tablicy przy wejściu - władze miejskie Kunmingu objęły obiekt opieką. 
Ech.