blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2019-10-31

ściana zieleni

Idziesz sobie przez zwykłe osiedle, jakich w Chinach miliony. Twoją uwagę przykuwa ściana zieleni. Podchodzisz bliżej. Okazuje się, że to któryś z zaradnych sąsiadów zainwestował w dynie i cukinie :)
Według Chińczyka jedzenie można uprawiać po prostu wszędzie :)

2019-10-27

Julia

Jakoś miesiąc przed wakacjami za pośrednictwem kolegi ZB zgłosiła się do mnie Chinka. Chciała się ode mnie uczyć nie nudnego angielskiego, a polskiego, wybierała się bowiem do Polski na studia. Gra na wiolonczeli - uczy się właśnie u tego kolegi ZB. Ma jeszcze ostatni rok do zrobienia licencjatu i planowała jechać do Polski na studia magisterskie.
Zabrałyśmy się ostro do roboty. Elementarz Falskiego plus rozmaite materiały z internetu plus pierwsze książeczki Tajfuniątka - idealny start. Dziewczę przychodziło dwa razy w tygodniu, zawsze z odrobionymi zadaniami domowymi i opanowanym pamięciowo materiałem. Jeszcze przed wakacjami opanowała typy koniugacji i potrafiła krótko się przedstawić i o sobie opowiedzieć.
Pojechałam na wakacje do Polski, więc zostawiłam Julię (bo takie polskie imię wybrała) z koleżanką - Polką. Gdy wróciłam, zabrałyśmy się znów do roboty. Muszę powiedzieć, że sprawiało mi to wiele radości; po latach nauczania angielskiego, za którym nie przepadam, w dodatku - nauczania ludzi, którzy zazwyczaj się uczyć wcale nie chcieli, nareszcie miałam uczennicę, która chciała się uczyć, miała do tego dryg i szła jak burza. Nie do pominięcia jest też aspekt finansowy - lekcje dwa razy w tygodniu po godzinie przynosiły mi tyle samo kasy, ile całodniowe lekcje saksofonu ZB.
Po Złotym Tygodniu Julia przyszła do mnie jak zwykle z pięknie odrobionym zadaniem i wieloma pytaniami, jednak jakaś nie w humorze.
"Nauczycielko, to jest nasza ostatnia lekcja".
Pytam, czy już nie chce jechać do Polski na studia? Czy coś się zmieniło?
Podczas Złotego Tygodnia wróciłam do domu rodzinnego. Od słowa do słowa okazało się, że rodzice mają dla mnie inne plany. Nie chcą, żebym jechała do Polski. Ba! Nie chcą, żebym dalej studiowała wiolonczelę. Widzą mnie jako nauczycielkę przedszkolną lub podstawówkową i chcą, bym dalej kształciła się właśnie w tym kierunku. Tylko na to dadzą mi pieniądze.
Och, nauczycielko! Tak bardzo mi żal! To były piękne miesiące, gdy podążałam za marzeniem i miałam nadzieję! Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się pojechać do Polski - jeśli nie na studia, to chociaż na wakacje.
Julia zamilkła, pociągnęła parę razy nosem, zaszkliły jej się oczy... Ale za chwilę się otrząsnęła i powiedziała: a może rodzice mają rację, że żaden ze mnie materiał na wiolonczelistkę? Może faktycznie będzie mi lepiej jako nauczycielce?...
***
W Chinach tak jest nadal. Psioczyłabym na Chińczyków, ale... w Polsce też tak jeszcze bywa. Szantaż finansowy, szantaż emocjonalny - jeśli będziesz tak daleko, umrę z nerwów itd.
Rodzice, nie pozbawiajcie dzieci marzeń! Dajcie im żyć, do diaska. Serce się kraje, gdy widzę, że choć świat wygląda teraz zupełnie inaczej niż pięćdziesiąt lat temu, choć jest teraz dużo mniejszy, bliższy i łatwiejszy - w głowach niektórych ludzi nadal się nie mieści to, że można chcieć wyjść ze studni...

2019-10-26

ćapati चपाती 洽巴提

Zazwyczaj piekę chleb, bułki czy inne rogale, ale czasem po prostu nie starcza czasu. Wtedy cudownie szybką alternatywą są indyjskie placuszki ćapati, w których nie ma drożdży, więc nie trzeba na nie prawie w ogóle czekać.

Składniki:
  • 2 szklanki mąki pełnoziarnistej
  • łyżka oleju
  • szczypta soli
  • ciepła woda - ile weźmie ciasto, około niecałej szklanki
Wykonanie:
  1. Połączyć składniki, wyrabiać, powoli dodając wodę. Ciasto ma być miękkie i elastyczne.
  2. Wyrabiać około dziesięć minut.
  3. Zostawić na pół godziny, by odpoczęło.
  4. Dzielić na kulki nieco większe od orzechów włoskich, a potem po kolei wałkować na cieniusieńkie placuszki.
  5. "Piec" na rozgrzanej patelni. W zależności od grubości placków i rozgrzania patelni czas "pieczenia" może się wahać od pół minuty do nawet dwóch minut z każdej strony. Ale - łatwo jest rozpoznać. Kiedy tylko pojawią się bąble, można przewracać na drugą stronę.
  6. Na gorący placek najlepiej od razu włożyć kawałek masła, wtedy nie stwardnieje, a będzie ładnie pachniał i fantastycznie smakował.
Gdy pierwszy raz upiekłam ćapati w domu, miały być do curry, ale... Tajfuniątko wszystkie pożarło na sucho. Jeszcze w trakcie pieczenia. Po jednym. Tak niby nic nie jadła...


2019-10-24

dziecko z próbówki

Szpital dziecięcy, drzwi ubikacji:
Dzieci z próbówki   oferujemy jajeczka    gwarantujemy urodzenie syna (na dole numer telefonu)

Sprawdziłam. Takie reklamy były na drzwiach wszystkich wspólnych ubikacji na wszystkich piętrach. Szowinizm i jakże głęboka potrzeba posiadania syna, bo jest o tyyyyyyle lepszy od córki - kurczę, nadal istnieje, nadal jest tak obrzydliwie rozpowszechniony. Ja żyję w jakiejś bańce - moi znajomi mają w nosie płeć dziecka... Ale, jak widać, choć wzrastają dysproporcje między płciami, w Chinach nadal dziecko = syn...

2019-10-20

jaszczurki

Uwielbiam łazić po torach kolejowych i patrzeć, dokąd mnie one zaprowadzą. W każdym kraju, ba, w każdym mieście i w każdej dzielnicy okolice torów wyglądają inaczej. Idąc torami czuję się, jakbym widziała dane miejsce od kuchni, w sekrecie, zupełnie nieoficjalnie.
Dlatego mijam stację Makkasan, mijam targ, mijam skrzyżowanie i wchodzę na zarośnięte tory. Tyły niewielkich, biednych budyneczków otoczone są przydasiami - oponami, garnkami, miotłami. Idę dalej. Otwarte okna, ciekawskie twarze dzieci. Otwarte drzwi - czy to jeszcze tył domu, czy już front, skoro tu właśnie toczy się życie? Babcia praży chilli w wielkim woku na palniku, który stoi z dala od domu, po drugiej stronie torów. Przecież zapach chilli jest tak mocny, że oczy łzawią. Nie ma sensu go prażyć w kuchni i zasmradzać dom, skoro można na wolnym powietrzu. Obok wnuczka, wymalowana thanaką. Czy to naturalizowane Birmanki? Trudno powiedzieć, język tajski jest mi tak samo obcy, jak birmański. Uśmiechają się do nas, babcia czyni zapraszający gest. Przygotowują posiłek i chętnie się podzielą z obcymi. Nasz wzrok jednak przykuwają ogromne jaszczurki, które najwyraźniej czują się tu jak w domu. Babcia śmieje się z nas, że robimy zdjęcia takim pospolitym stworzeniom. Gdy gestem pytam, czy mogę im zrobić zdjęcie, uśmiecha się do nas i pozuje. Nie, nie zjemy z wami lunchu; po takiej ilości chilli pewnie umarłabym w męczarniach, a poza tym ZB nie czułby się tam komfortowo. Ja to co innego - setki razy jadałam posiłki z obcymi, jako gość i jako zapraszająca. Wiem, że to fajne przeżycie. Cóż, na takie zabawy trzeba będzie poczekać, aż znów będę sama jeździć na wakacje. Może na emeryturze?...
a Tajfuniątko się wcale nie boi...
Taka ot migawka z podróży. Ale... Gdybyście mnie zapytali, dlaczego warto podróżować, odpowiedziałabym: właśnie dlatego.

2019-10-19

małże po domowemu

Oczywiście bardzo lubię wykwintne dania typu małże z winem czy ostrygi z grilla z masełkiem czosnkowym. Ale najbardziej na świecie kocham małże, które robi ZB w domu. Taki prosty smak, a nie można się od niego uwolnić.

Składniki:
  • porcja małży (u nas to zazwyczaj około pół kilograma)
  • łycha posiekanego czosnku
  • łycha posiekanego imbiru
  • łycha albo dwie posiekanej zielonej cebulki
  • kapka sosu sojowego
  • kapka sosu ostrygowego
Wykonanie:
  1. Małże opłukać, a potem krótko obgotować. Nie gotujemy długo - tylko chwilę, żeby się pootwierały. Te, które się otworzą pod wpływem ciepła, są świeże - te zostawiamy. Zamknięte - wyrzucamy.
  2. Na rozgrzany tłuszcz wrzucić czosnek, imbir i cebulkę. Obsmażyć.
  3. Gdy przyprawy zapachną, dodać małże. Smażyć w ruchu około 5 minut.
  4. Na koniec doprawić odrobiną sosu sojowego i/lub ostrygowego.

2019-10-17

Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu

Amerykanin chińskiego pochodzenia, który tworzy fantasy? MUSIAŁAM po to sięgnąć.
Odłożyłam czytnik po skończeniu drugiego tomu, kilka dni później, usatysfakcjonowana jak rzadko. Porządne fantasy, świetnie zarysowany świat, który jest konfucjańską Azją, ale... lepszą. Dlaczego? Ponieważ choć bohaterami pierwszoplanowymi są głównie faceci, to mamy tu też pełnokrwiste sylwetki kobiece. Wiecie, kobiety, które MYŚLĄ, a nie tylko czują i wyglądają. Palce lizać!
A to jeszcze nie wszystko! Jeszcze są pokazane relacje - niepowierzchownie, niebanalnie. Nieidealnie. Jeszcze są piękne nawiązania do filozofii dalekowschodnich. Jeszcze jest świetna dynamika - wydaje mi się, że dwie powieści wchodzące w skład cyklu nadają się bezpośrednio do przeniesienia na mały ekran. Właśnie na mały - szkoda byłoby spłycić tę fantastyczną historię. 
Jak cudownie książka jest napisana i jak daje do myślenia, zobaczcie sami:
Jesteś moją córką, lecz nie należysz do mnie. Jedyne, co dziecko jest winne swojemu rodzicowi, to żyć w zgodzie z samym sobą.
[...] Przyjemność, jaką czerpią rodzice z posiadania potomstwa, podobna jest do przyjemności, jaką czuje człowiek, wypuszczając dzikiego ptaka.
Tak, wiem, wybieram fragmenty dzieckowe, ponieważ jestem szaloną matką. Oj tak, muszę przyznać, że takie fragmenty nagle bardzo rzucają mi się w oczy. Ale... wyobraźcie sobie teraz, jak pełnokrwiści są bohaterowie tej powieści, skoro potrafią myśleć tak pięknie o rodzinie. I czytajcie, czytajcie Kena Liu!

2019-10-13

targ przy stacji Makkasan

Tuż koło wejścia na stację Makkasan znajduje się targ. Nie wielkie targowisko typu Chatuchak, a raczej targunio zaspokajające podstawowe potrzeby spożywcze Tajów mieszkających w pobliżu.
świeża trawa cytrynowa za grosze. Kupiłam, przywiozłam do Kunmingu, zamroziłam. Rewelacyjna!
są i przekąski. Nieekologiczne, pakowane w plastik i ekologiczne - w liściach bananowca i w pandanie
moje ukochane tajskie bakłażanki
ZB kupił również kilka rodzajów chilli (tak, tych yunnańskich mu za mało...)
pomelo sprzedawane od razu z maczajką: solą z cukrem i chilli.
Owoc w wężowej skórze czyli oszpilna jadalna
smaczeliny, rambutany, do wyboru do koloru. Tajfuniątko najbardziej kocha rambutany, może ich spożyć dowolną ilość...
parkia wspaniała zaiste wspaniała!
Zawsze idę na targ i żałuję, że nie mam kuchni. A potem stukam się w głowę, bo przecież najbardziej lubię w Tajlandii się żywić na mieście. A potem stwierdzam, że byłoby świetnie nie tyle mieć kuchnię, co móc buszować bezkarnie po czyjejś kuchni i uczyć się od Tajów, co z czym do czego i jak - bo przecież ja nie mam pojęcia, co to za warzywa i jak je najsensowniej przyrządzić...

2019-10-12

pudina ćatni czyli pakistański gąszcz miętowy

W Kunmingu chętnie korzysta się z mięty jako warzywa i przyprawy. Jest jeden warunek: używa się tylko pędów i młodych liści. Co kunmińczycy robią z resztą? Wyrzucają na śmietnik. A mnie serce pęka. Dlatego ja tak nie robię. Zazwyczaj duże liście suszę na herbatkę, a część suszę i mielę - żeby była jako barwnik albo przyprawa. Ale kiedy już mam pół szafki wypełnionej miętą, znajduję dla niej inne zastosowania. Tym razem - wynalazek pakistański.

Składniki:
  • miseczka liści mięty
  • łyżeczka brązowego cukru
  • łyżeczka garam masala
  • sok z jednej-dwóch limonek
  • kawałek startego imbiru
  • jedno lub dwa chilli, najlepiej zielone
  • kilka posiekanych dymek
  • rozgnieciony ząbek lub dwa czosnku
  • sól do smaku
  • jogurt lub woda do rozrzedzenia
  • ewentualnie dodatek jakichś innych liści, np. kolendry
Wykonanie:
  1. Zblendować czosnek, chilli, imbir, cukier i sól; nie musi być bardzo drobno.
  2. Dodać liście, limonkę i wodę lub jogurt i blendować do uzyskania pożądanej konsystencji.
  3. Spożyć od razu albo przechowywać w lodówce (najwyżej 3-4 dni)
Można traktować jako dip do mięsa, warzyw czy pieczywa albo na przykład sos do pieczonych ziemniaków. Ja takim chutney smaruję pieczywo i maczam w nim kabanosy - miodzio!

2019-10-10

mistrz chaosu 乱子壳

Zobaczywszy nazwę tej knajpy, umarłam ze śmiechu:
乱子壳 [wym. luandzyko] to po kunmińsku osoba, która dużo robi, ale im więcej robi, tym gorsze efekty. Mistrz chaosu. ZB nazywa tak sprzątające Tajfuniątko: sprząta z wielkim samozaparciem, ale pokój jest w coraz gorszym stanie. Można tak również pieszczotliwie nazywać przyjaciół, którzy mają mrówki w zadku - nie potrafią spokojnie usiąść na pięć minut, ale efekty ich działań są raczej mizerne. Niektórzy Chińczycy bardziej dosadnie nazywają takie osoby "kijami do mieszania gówna" 搅屎棒... Epitet 乱子壳 został wykorzystany również w yunnańskojęzycznej wersji Animaniaków - oni właśnie zostali przezwani 乱子壳. Bardzo trafnie! Swoją drogą, serdecznie polecam kreskówki z yunnańskim dubbingiem, są pięć razy śmieszniejsze niż ich mandaryńskie wersje.
Wracając do knajpy - tak nazywa się jeden z kunmińskich ogniowych kociołków. Może i bym spróbowała, bo lubię kociołki, zwłaszcza jesienią, ale po szybkim riserczu w internetach okazało się, że poirytowani klienci nazywają mistrzami chaosu tamtejszych... kelnerów, którzy ledwo sobie radzą z dostarczaniem na czas pożywienia. 
I teraz się zastanawiam: czy takie było założenie, stąd nazwa knajpy, czy po prostu kelnerzy się postanowili dostosować...

2019-10-06

Stacja Makkasan

Nasz "brak zwiedzania" zaprowadził nas do zabytkowej stacji kolejowej Makkasan. Nie mówię o stacji szybkiej kolei lotniskowej Makkasan, znajdującej się, co ciekawe, w zupełnie innym miejscu. Nasza stacja znajduje się jeden przystanek szybkiej kolei dalej, przy Ratchathewi. Jadąc szybką kolejką, można sobie nasz dworzec zobaczyć z góry. My właśnie tak go ujrzeliśmy i postanowiliśmy go odwiedzić. Jak przystało na zabytek, jest maleńki i urokliwy. Otwarto go w styczniu 1908 roku, ale historia kolei w tym miejscu sięga roku 1897, kiedy to otwarto tu Zajezdnię Makkasan. Zajezdnię niestety zniszczono w czasie II WŚ, ale została odbudowana i służy obecnie za "szpital dla pociągów" - niestety, w przeciwieństwie do dworca, nie jest otwarta dla zwiedzających.
Dokąd można stąd pojechać? Na przykład do Aranyaprathet, na granicę z Kambodżą. Do odległej o 120 kilometrów prowincji Prachinburi, słynnej z dwóch parków narodowych. Do regionu Sattahip, słynnego z przepięknych wysp... należących do Tajskiej Marynarki Wojennej. Do Prachinburi, które warto byłoby odwiedzić. Do targowiska Hua Takhe. Och, z tej stacji mam ochotę pojechać wszędzie!

2019-10-05

yunnańska kuchnia fusion

Z okazji świętowania wylądowaliśmy w eleganckiej knajpie, w której zamówiliśmy dania jednocześnie typowe dla kuchni yunnańskiej i bardzo nowoczesne. Z takimi wersjami się jeszcze nigdy nie spotkałam, dlatego pozwolę je sobie opisać.
rzeczne krewetki z jaśminem, smażone na ostro
zupa-krem z edamame, czyli niedojrzałej, zielonej soi, z dodatkiem "makaronu" z cukinii
rushan czyli yunnański ser podpuszczkowy, uprażony i podany z mango, w sosie mango-cytrynowym
wieprzowina na parze w ryżowej panierce 粉蒸肉, podana z pszennymi bułeczkami, z których można zrobić "hamburgera"
A jednak... samej knajpy nie polecę. Bo kelnerom przy pustych stolikach zajęło prawie godzinę dostarczenie nam zamówienia. Ostatniego zamówionego dania już nie zdążyli przynieść, ponieważ my opróżniliśmy już wszystkie półmiski i byliśmy gotowi do wyjścia; tak się nie robi!
Będę się za to starała te smaki odtworzyć w domu.

2019-10-03

jarzębina

Jarząb zwyczajny pięknie się po chińsku nazywa:
花楸
huāqiū
Kwietna katalpa znaczy. Ale to nie jest takie piękne, dopóki się katalpy nie rozbije na części pierwsze. Składa się ona bowiem z klucza drzewa 木 oraz jesieni 秋. Wiecie - pięknie kwitnące jesienne drzewo. I wszystko jasne :)
wpis ilustruje Tajfuniątko z jarzębinowymi kolczykami