2026-05-15

powiat Tuanjie 团结乡

Zaledwie 17 kilometrów od Kunmingu znajduje się powiat Tuanjie (dosł. Zjednoczenia/Solidarności), zamieszkany nie tylko przez Hanów, ale również Bajów oraz Yi i Miao - a także przez kilku obcokrajowców, jeśli już przy tym jesteśmy. Składa się z grubsza z 63 maleńkich wioseczek; łącznie mieszka tu ponad dwadzieścia tysięcy ludzi, a drugie tyle przyjeżdża na weekend pod gruszą. Jest to miejsce na tyle daleko od miasta, że da się pooddychać świeżym powietrzem i odpocząć od ludzi, a jednocześnie na tyle blisko Kunmingu, że można tu po prostu podskoczyć na cały dzień czy na weekend. Dlatego coraz więcej kunmińczyków kupuje tu stare domy i je pieczołowicie remontuje - dla siebie, żeby mieć domek letniskowy, dla rodziców, żeby nie musieli mieszkać w mieście, jeśli nie lubią, albo pod inwestycję: powstają tu kolejne pensjonaty, agroturystyki i restauracje typu "chłopskie jadło", a obok nich również malutkie restauracyjki, piekarnie czy kawiarnie. Okolice są piękne - jeziorka, laski, pola, łąki, sady (dobrą sławą cieszą się na przykład tutejsze jabłka 红富士) - wszystko z założeniem, że będzie "ekologicznie" i "naturalnie". Obecnie powiat żyje z ekologicznych upraw oraz turystyki, z roku na rok przyciągając więcej gości. Jeśli chodzi o atrakcje, to najbardziej znane są bodaj trzy: 
  • Staw Lotosowy 荷塘 - oczywiście najpiękniejszy w porze kwitnienia lotosów, ale w innych sezonach również obfitujący w atrakcje: można tu łapać małe krewetki, raki i ryby, co dla miejskich dzieciaków stanowi nie lada gratkę! 
  • Stare Domy 古居 w wiosce Radosnych Domów 乐居村 - zachowało się ich sporo; część została już odnowiona i zmieniona w kawiarnie, piekarnie, restauracje i pensjonaty. Można tu w ładnych okolicznościach przyrody i dawnej yunnańskiej zabudowy spędzić miłe popołudnie. Oczywiście, najchętniej przyjeżdżają tu ludzie łaknący klimatycznych fotek. Sama wioska Radosnych Domów 乐居古村 jest zaś yijską wioską o ponad sześćsetletniej historii; w zasadzie każdy tutejszy budynek jest zabytkiem, nie tylko te wyróżnione jako "stare". 
  • Jest również wielka łąka, po której można się ślizgać 滑草场 - tak jakby narty na trawie. Wstęp na nią nie jest darmowy, a przyrządy do zabawy kosztują 100 yuanów za godzinę - mimo to jest tak oblegana, że na weekendy trzeba się umawiać z wyprzedzeniem, bo inaczej nie uda się skorzystać z tego ogromnego placu zabaw. 
Oprócz tego są tu parki, stawy itd. - dla każdego coś miłego. Szkopuł w tym, że dotrzeć tu komunikacją miejską to mordęga - z centrum zabiera to około dwóch godzin, a w samym powiecie poszczególne atrakcje są tak porozsypywane, że bez jakiegoś środka transportu też niełatwo je obczaić. Dlatego jest to jak na razie rozrywka tylko dla osób zmotoryzowanych. Traf chce, że najlepsza przyjaciółka Tajfuniątka i jej mama mają w jednej z wiosek przyjaciół, mieszane małżeństwo z dzieckiem; są często zapraszane i chętnie tam jeżdżą. A z nimi, na doczepkę, i my. Zamiast jednak zwiedzać czy bawić się na płatnej łące, idziemy na żywioł:
Dzieciakom bardzo się podobało łażenie po drzewach, zabawa w chowanego na łące i grill na dziedzińcu, nad ogniem opalanym drewnem. Czasem mniej znaczy więcej.

2026-05-13

素炒花生芽 Smażone kiełki fistaszkowe

Ostatnio często je widuję na targu. Są dużo konkretniejsze od kiełków mung czy innych, a nawet po obróbce cieplnej są nadal przyjemnie chrupiące. Postanowiłam więc nauczyć się je przyrządzać tak, jak się je przyrządza w yunnańskich knajpach. 

Składniki
  • pęk kiełków fistaszkowych 
  • suszone chilli albo duża słodka papryka 
  • czosnek 
  • sól 
  • ewentualnie: sos sojowy lub ostrygowy 
Wykonanie
  1. Kiełki dokładnie umyć, pozbawić korzonków i pokroić na mniejsze kawałki, łatwe do uchwycenia pałeczkami. 
  2. Chilli i czosnek drobno posiekać; jeśli robicie wersję ze słodką papryką, to pokroić ją w paseczki.
  3. Obsmażyć chilli i czosnek, a gdy zapachną, dodać kiełki. 
  4. Chwilę smażyć, a na koniec dosmaczyć solą i ewentualnie sosem sojowym lub ostrygowym (ja tego nigdy nie robię, ale w restauracjach jest to normalna praktyka).

2026-05-11

云南多依 docynia yunnańska

云南多依 czyli Docynia delavayi - docynia odkryta przez naszego ulubionego misjonarza-botanika Jean Marie Delavay'a. Jest to drzewo należące do rodziny różowatych, tej samej, do której należą też śliwy, jabłonie czy... poziomki. Jej owoce z wyglądu i właściwości najbardziej przypominają pigwowca - jest twarda i kwaśna - dlatego też często do nazwy dodaje się przymiotnik kwaśna: 酸多依. Inna jej nazwa jest zresztą ściśle związana z yunnańską nazwą pigwowca czyli drzewna gua "木瓜" - mówi się na docynię "mały pigwowiec" 小木瓜. Jeszcze jedną często używaną nazwą jest 栘𣐿 yíyī, przy czym warto zauważyć, że jest ona stosowana do wszystkich docynii, a nie tylko yunnańskiej. Ta nasza najczęsciej występuje w Yunnanie, Syczuanie i Guizhou; rośnie często w lasach mieszanych, na wysokości 1000-3000 m.n.p.m. Choć chętnie wyrasta przy strumieniach i w zacienionych dolinach, jest również wyjątkowo wytrzymała na suszę i kiepską, jałową glebę. Najstarsze okazy mają po 400 lat! Oczywiście tak starym drzewom niektóre grupy etniczne przypisują właściwości magiczne, np. Naxi i Bai traktują docynię jak "boskie drzewa" 神树 i bardzo się o nie troszczą. Ostatnimi laty, ze względu na ich wielką urodę podczas jesiennego wybarwiania liści, często wykorzystuje się je jako drzewa ozdobne w yunnańskich parkach. 
W Yunnanie docynia od wieków jest używana w celach medycznych - owoc leczy biegunkę, poprawia trawienie i odrobacza. Kora ma właściwości przeciwzapalne i wywar był stosowany do przemywania ran i robienia okładów. Poza tym jednak zawsze robiono z niej marmoladki (wysoka zawartość pektyn), a także nastawiano ocet i używano jako bazy do napojów - woda przyprawiona plastrem docynii świetnie gasi pragnienie w upalny dzień. Można ją też dodawać do zup, żeby je zakwasić - popularnym daniem kuchni Dai, Wa i Hani jest na przykład rosół z wolnowybiegowych kurczaków lub bażantów z dodatkiem docynii bądź pigwowca. Dopiero jednak w Mojiangu spotkałam się z docynią jadaną na surowo. Nawet dojrzała docynia o żółtej skórce jest mocno kwaśna i twardawa - jak to jeść? Pani z naszego ulubionego mojiańskiego sklepu z owocami przyrządziła więc dla nas pikantną sałatkę z docynii i amli, robioną podobnie do tajskich sałatek z zielonej papai, zielonego mango czy pomelo, tylko zawierającą mniej składników - wystarczyło pokrojone owoce wymieszać z pikantną pastą z wędzonego chilli i poczekać, żeby się przegryzło. Oczywiście w restauracjach znajdziecie raczej tłuczoną wersję prosto z ogromnego moździerza, tak częstą w kuchniach grup etnicznych Dai, Lahu czy Wa: owoce tłucze się ze świeżym chilli, solą, a często również ze świeżymi ziołami i fistaszkami. Jednak łatwo sobie wyobrazić młodzież idącą na cały dzień w góry, by zbierać herbaciane liście - nie nieśli z sobą wielkich moździerzy, a co najwyżej woreczek z solą i kilka chilli w kieszeni, by po prostu umoczyć owoc w soli i zagryźć papryką dla przełamania kwaśnego smaku. Po dziś dzień to tak zresztą wygląda. Och, jakże orzeźwiające są takie owoce!