blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2019-04-19

Fantasies & Delusions

O Richardzie Joo, brytyjskim pianiście koreańskiego pochodzenia, już pisałam. Dziś czas na więcej: soczysta playlista z Joo w roli głównej, ponieważ nie tylko zagrał te wszystkie miniatury, ale także pomagał przy ich aranżowaniu. A o co w ogóle chodzi? Chodzi o to, że właśnie odkryłam klasycyzujące, urocze miniatury Billy'ego Joela.

Pobrzmiewa tu i Chopin, i trochę jakby Liszt, i jeszcze całkiem nieklasyczne elementy, które tak zaskakują i bawią.
A teraz Wam się do czegoś przyznam: przegapiłam Billy'ego Joela. Całkiem. Dokumentnie. Nigdy go nie słuchałam. Nie pamiętam nawet, czy był w domu - ale pewnie był, bo mój brat miał hysia na punkcie muzyki rozrywkowej i miał cały pokój obłożony kasetami (tak, to jeszcze czasy kaset magnetofonowych!), a ja regularnie się z nich dokształcałam muzycznie. Ale Billy'ego po prostu w ogóle nie kojarzyłam. No i dziś nagle go odkryłam i - przecząc twierdzeniu, jakobyśmy lubili tylko te piosenki, które znamy - zakochałam się w nim na zabój. ZB nie jest przeciwny tej miłości, bo po pierwsze wie, że żaden pianista nigdy nie zajmie miejsca pewnego saksofonisty, a po drugie - puściłam mu tę piosenkę, z cudnym solo saksofonu. Nie chcecie wiedzieć, ile już razy jej dziś słuchaliśmy...

2019-04-18

Targ Chatuchak

Tym, co mnie podczas pierwszej podróży do Azji zachwyciło najbardziej, były targowiska. Gwarne, tłoczne, barwne pełne mydła i powidła, a przede wszystkim - zaspokajające wszystkie potrzeby, nawet te, o których istnieniu nie miałeś wcześniej pojęcia. Targowiska, dzienne i nocne, na Tajwanie były właśnie takie: szłam tam kupić za grosze bluzkę, a wychodziłam z pełnymi siatkami, a w dodatku objedzona i opita rozmaitościami, z którymi właśnie tam zetknęłam się po raz pierwszy.
Wspomnienia zaczęły się zacierać, jednak niedawno miałam okazję wybrać się do innego miejsca, które wydało mi się bardzo podobne. Wiem już, że zamiast na targowiska w Tajpej mogę się wybrać na bliższy mi geograficznie weekendowy bazar Chatuchak w Bangkoku. Znalazłam tam bowiem wiele tych rzeczy, które znam z Tajpej, a także kilka całkiem nowych.
Grajek z phinem - tajską lutnią
Wahałam się, czy nie kupić takiego stroju dla Tajfuniątka...
można nie tylko zrobić zakupy, ale i zrelaksować się podczas masażu
...albo wziąć coś na ząb.
podczas zakupów możesz również zaspokoić swoje potrzeby duchowe
można również kupić ubranko dla czworonożnego pupila.
uwielbiam przyrządy wykonane z kokosa.
najwięcej pieniędzy wydałam wcale nie na ciuchy i biżuterię, a właśnie na stoisku z przyprawami.
Trzy mądre małpy dotarły i tutaj.
wszystkie przekąski z obowiązkowym chilli
koty mnie urzekły :)
są i bary w europejskim stylu...
...i takież restauracje.
To gdybym się stęskniła za Chinami ;)
wspaniały stragan z koktajlami owocowymi, każdy o innym składzie :)
ja wybrałam taki :)
lody z wody!
i cudne lody kokosowe :)
ukochane obuwie Tajów
nerkowce o smaku tom yam
Spędziłam tam bardzo miły poranek, zrobiłam zakupy, ale bardzo, bardzo się cieszyłam, że już stamtąd idę. Moja tolerancja na hałas i ścisk maleje z każdym rokiem... Ale - jeśli nie byliście jeszcze na żadnym wielkim azjatyckim targu, to Chatuchak jest jak znalazł.
A na deser - muzykant z phinem:

2019-04-17

skolopendrowe lekarstwo przeciwkaszlowe (Hatakabb)

Jakoś przed II Wojną Światową Juisai Saesim*... nie, jeszcze wtedy pisał się 沈水狮 Shen Shuishi (Shen Wodny Lew) uciekł z Chin i osiadł w Tajlandii, w prowincji Chachoengsao - trochę na wschód od Bangkoku. Zajął się ogrodnictwem i drobiem, a gdy tylko się trochę dorobił, otworzył sklepik na słynnym targowisku Bangkla. Od początku wiadomo jednak było, że to tylko zajęcia doraźne; w Chinach Shen był przecież młodszym aptekarzem, który pomagał lekarzowi tradycyjnej medycyny chińskiej komponować i warzyć uzdrawiające konkokty; znał się zarówno na ziołach, jak i na tradycyjnym badaniu pulsu. Początkowo sporządzał lekarstwa dla rodziny i sąsiadów, ale po przeprowadzce do Bangkoku za dnia pracował w innym zawodzie, jednak nocą robił mieszanki lekarstw, które później sprzedawał aptekom.
Gdy wybuchła II WŚ, uciekł wraz z rodziną do Phra Pradaeng (tuż obok Bangkoku). W czasie powodzi w 1943 roku rozmaite zwierzęta zaczęły wchodzić ludziom do domów, po ścianach jego domostwa zaczęły łazić skolopendry - ponoć właśnie w ten sposób wpadł na swój znak firmowy. Trzeba przypomnieć, że zgodnie ze starożytnymi chińskimi założeniami medycznymi truciznę trzeba było zwalczać trucizną i w ten sposób jad skolopendry mógł kogoś zarówno zabić, jak i ocalić. I tak powstało opakowanie, które nie zmieniło się do dziś:
Jednocześnie Shen nie ustawał w wysiłkach, by lek jakoś sensownie sprzedać. Wiele lat odbijał się od drzwi przedsiębiorstw farmaceutycznych i aptek. Odniósł sukces: w 1953 roku przeniósł się do Thonburi (dzielnicy Bangkoku) i otworzył własną aptekę. Wciąż tworzył nowe mieszanki leków i diagnozował pacjentów, zgodnie z zasadami chińskiej medycyny, z wykorzystaniem ziołowych leków.
Po jego śmierci, w 1972 roku, spadkobiercy zdecydowali, że zamkną aptekę, a na jej miejscu otworzą firmę farmaceutyczną Hatakabb. Choć tworzą różne leki, najbardziej znani są z tego pierwszego, wymyślonego przez Shena, przeciwkaszlowego lekarstwa, a także z lekarstw przeciw czerwonce. Samo lekarstwo przeciwkaszlowe zaczęło być produkowane w różnych smakach - poza tradycyjnym, jadącym starymi skarpetami, jak wszystkie chińskie ziółka, możemy dostać je również w smaku śliwkowym, miętowym i trawocytrynowym. Obecnie jest sprzedawane nie tylko w Tajlandii i w Chinach, ale również w krajach Azji Południowo-Wschodniej i USA, a sprzedaż rośnie z roku na rok.
W skolopendrowym lekarstwie wbrew nazwie nie ma żadnych skolopendr ani nawet innych żyjątek.  Składniki to: sumak chiński (ok 80% leku), kora cynamonowca, kłącza drynaria fortunei, lukrecja gładka, kłącza lotosu orzechodajnego, konwalnik japoński, kokoryczka wonna, migdały i trędownik chiński.
Najważniejszy składnik, czyli sumak chiński, jest stosowany w chińskiej medycynie na kaszel, biegunkę, nocne poty, czerwonkę, a także krwawienia wewnętrzne. Badania in vitro wykazały jego silne działanie antywirusowe, antybakteryjne, przeciwnowotworowe, przeciwbiegunkowe, antyutleniające, a w dodatku chroni wątrobę.
Lekarstwo to ma postać maleńkich kuleczek; jeśli męczy cię kaszel, musisz przyjąć 2-4 kuleczki i ssać je, aż się rozpuszczą, można nawet co godzinę czy dwie. Jedynym przeciwwskazaniem stosowania jest intensywne uprawianie sportu. Swego czasu często ich używałam, dopiero niedawno zaczęłam z moimi kaszlami uczęszczać do lekarzy medycyny chińskiej na indywidualnie dobrane kuracje, zamiast leczyć się sama. Ale lekarstwo bardzo polecam - nie zawiera żadnego szkodliwego dla zdrowia składnika. Może tylko pomóc, na pewno nie zaszkodzi.
Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej o tym lekarstwie i firmie, która je produkuje, zapraszam na tę stronę (po angielsku).
* zwróćcie uwagę na cząstkę Sae, czyli tajski przedrostek do chińskich nazwisk. Pisałam już o nim tutaj.