2026-05-07

Kanton 廣州

Kolejne wyjątki z Frencha
The piles of houses, the swarming river, and docks, instantly gave me a sense of tremendous and baffling energy. Canton was at once, and always will be, too stupendous and too indefinite to be sheathed in words. 
The southern Chinese liked to say that "everything new originates in Canton." That was perhaps not as true in 1924 as it had been previously. Shanghai had emerged to eclipse Canton as the China coast's major trading center and entrepôt port. Still, it was a bustling commercial town, a population of two million in the city and many millions more in the surrounding hinterland. Though it had teeming slums and working-class districts that merged housing with light industry and craftsmen, Canton was in some districts a very wealthy city, by far the wealthiest in southern China. This was thanks in part to the fact that Canton and the surrounding Kwangtung Province was still, as it had for a long time, providing the bulk of immigrants to the Americas (North and South) and throughout Southeast Asia. These migrants sent back ideas and inventions as well as remittance money. They built villas and mansions, and their families opened businesses on the funds remitted. Sun Yat-sen had hatched revolutionary plots and spread modern ideas of republicanism from Canton, and of course, it had become home to his Southern Government after 1911 in opposition to the Northern Government in Peking that was beset by warlord infighting and would-be emperors. By 1925, Canton was well advanced by Chinese urban standards. It had begun to pave its streets, had built an electric tramway system, opened the massive North Railway Station, and eagerly adopted the motorcar, the airplane, and the department store. [...] The city was a center for medicine and modern hospitals and had several highly regarded universities. 
Mieliśmy szczęście mieszkać w dzielnicy Liwan czyli w Zatoce Liczi. To dzielnica świetnie pokazująca architekturę Kantonu doby Republiki. Szczególną uwagę warto zwrócić na historyczne budynki promenady Górnej-i-Dolnej-Dziewiątki Shangxiajiu 上下九 i okolic z ich cudnymi Tong lau 唐樓 czyli budynkami w stylu chińskim.
oczywiście na każdym rogu ziółka sprzedawane pod nazwą "chłodzącej herbaty", wg mnie absolutnie nieakceptowalne smakowo, ale - jak widać - w regionie bardzo popularne
tradycyjne kantońskie zabezpieczenie przeciwwłamaniowe: drzwi były dawniej całą noc otwarte, żeby złapać trochę chłodnej bryzy; wejście było zastawione grubaśnymi drewnianymi prętami
uliczki tak wąskie, że skuter musi nawracać na trzy razy
Zakochałam się w Kantonie. Świetne żarcie, cudny vibe, mili ludzie. Już miałam namawiać ZB na przeprowadzkę, gdy wtem... stanęliśmy w korku i utknęliśmy w nim na dwie godziny. Innymi słowy: nie, jednak nie chciałabym mieszkać w naprawdę dużym mieście. Kanton to obecnie metropolia prawie dwudziestomilionowa, a jeśli liczyć z Deltą Rzeki Perłowej (z którą jest znakomicie skomunikowany), jest jeszcze gorzej. I ci wszyscy ludzie cały czas są w ruchu. Brrr. U nich na co dzień jest tak, jak w Kunmingu z okazji Chińskiego Nowego Roku. Wolę nie myśleć, jak jest u nich z okazji Nowego Roku... 
Tak sobie myślę: niezwykły zaiste przypadek sprawił, że najpierw usłyszałam mandaryński i to w jego miękkiej, tajwańskiej formie. A co gdybym najpierw usłyszała kantoński? Czy wybrałabym Kanton do studiowania tego cudnego języka? Czy teraz pisałabym o tych wąskich brukowanych uliczkach, piosenkach Andy'ego Lau i owocach morza na milion sposobów? Czy pijałabym chłodzące herbatki? Czy nadal nie potrafiłabym sprostać żadnemu daniu z chilli? No i najważniejsze: jak potoczyłoby się moje życie, gdybym nie poznała ZB? Czy w kantojęzycznym świecie istniałaby możliwość spotkania kogoś równie dobrze do mnie pasującego? 
Tak, wiem, gdybanie do niczego nie prowadzi. A jednak lubię sobie przypomnieć, że choć wiele zawdzięczam własnej pracowitości i własnemu pomyślunkowi, to jednak przypadek otworzył przede mną wiele ścieżek, a ja całe szczęście wykazałam się wystarczającą odwagą i spostrzegawczością, by je zauważyć i wybrać. 
Ale do Kantonu na pewno będę wracać. Jeszcze tyle tam do odkrycia!

2026-05-05

nadziewana przepękla 肉釀苦瓜

Tę potrawę wyjątkowo rzadko jem, jednak na upalne lato i drapiące gardło jest jak znalazł. A że dziś właśnie Początek Lata, warto znać ten przepis.

Składniki
  • przepękla pokrojona w grube, ukośne plastry i wydrążona - tak, by zostały pierścienie 
  • mielone mięso doprawione solą, pieprzem, imbirem, sosem sojowym, sosem ostrygowym i mąką ziemniaczaną (dla poprawy konsystencji) 
  • dodatki do mięsa: grzyby, krewetki etc. (można pominąć) 
  • sos: niedbale pokrojony czosnek, czarne sfermentowane fasolki douchi, szklanka wody, sos sojowy, sos ostrygowy, kapka alkoholu, odrobina cukru 
  • mąka ziemniaczana 
Wykonanie
  1. Pierścienie przepękli obgotować przez minutę w osolonym wrzątku, by pozbawić je części goryczki. Odcedzić i ostudzić. 
  2. Wnętrze przepękli posmarować mąką ziemniaczaną, a następnie nadziać mięsnym farszem i oprószyć z wierzchu mąką ziemniaczaną. 
  3. Obsmażyć na niedużym ogniu z obu stron na złoto, odsączyć z tłuszczu i odstawić na talerz. 
  4. Obsmażyć czosnek i douchi aż zapachną, dodać szklankę wody, alkohol, sos sojowy i ostrygowy i cukier. 
  5. Gdy sos się zagotuje, dodać obsmażoną przepęklę i dusić na dużym ogniu pod przykryciem 3 minuty, a potem bez przykrycia aż do zredukowania sosu. 
  6. Gdy sosu zostało już niewiele, można go zagęścić dodając łyżeczkę mąki ziemniaczanej wcześniej wymieszanej z paroma łyżkami wody.
Tutaj możecie zerknąć, jak to danie przygotowuje Kantończyk.
Przy okazji warto sobie przypomnieć, że po kunmińsku takie nadziewane warzywa nazywają się "rang".

2026-05-03

Mojiang - impresje

Byliśmy w Mojiangu zaledwie parę dni; mieliśmy jednak możliwość zanurzenia się w jego małomiasteczkowej, mocno yunnańskiej atmosferze. Spotkaliśmy kilka ciekawych osób, ujrzeliśmy trochę ciekawych miejsc i rzeczy. 
Trafiliśmy na jeden sklep z ręcznie robionymi hanijskimi strojami. Matko, jak one mi się podobają! Są absolutnie obłędne. Już-już miałam kupić dla siebie jeden komplet, gdy cena rzędu kilku tysięcy yuanów osadziła mnie na miejscu. Oczywiście nie jest to cena wygórowana, jeśli weźmie się pod uwagę stopień skomplikowania tych strojów i fakt, że są zdobione ręcznie. Jednak jest to cena za wysoka dla kogoś, kto będzie taki strój nosił może raz czy dwa razy w roku... Ograniczyliśmy zakupy do torebeczki dla Tajfuniątka.
W wielu miejscach miasta pojawiają się ornamenty zaczerpnięte wprost od Hani.
Czego jak czego, ale wieży Eiffla się nie spodziewałam...
Reminiscencje Szlaku Końsko-Herbacianego
Bardzo nam się spodobał pokoik na poddaszu. Okropnie podekscytowane Tajfuniątko już na drugi dzień, po trzecim rąbnięciu głową w belkę stropową, stwierdziło, że już nigdy nie chce mieszkać na poddaszu...
To bardzo niewyględne miejsce okazało się najlepszą śniadaniową miejscówką. Restauracja bez nazwy, ale "wszyscy wiedzą", że tam jest najlepszy rosół z makaronem. Faktycznie było pysznie.
Główna ulica Mojiangu. Można ją poznać między innymi po tym ozdobnym pasie biegnącym środkiem. Wybrukowano tak rozmaite mojiańskie ciekawostki. 
Trafiliśmy w Mojiangu do owocarni, której właścicielka okazała się tak sympatyczna i pomocna, że aż wracaliśmy do niej codziennie - nie tylko po owoce, ale również po prostu dla miłych pogawędek. Urzekła nas ona niezwykle, kiedy, odkrywszy, że kupujemy tylko takie owoce, które tradycyjnie przygotowuje się do spożycia już w sklepie, zaproponowała, że może dla nas umyć i zapakować wszystko, co chcemy - przecież wie, że jako turyści na pewno nie mamy do dyspozycji kuchni ze wszystkimi przyrządami. Gdy, bardzo poruszeni, serdecznie dziękowaliśmy, powiedziała, że to przecież normalne i że na pewno w Kunmingu też tak robią wszyscy właściciele straganów z owocami. Zatkało nas. Oczywiście, w Kunmingu być może też są tacy ludzie, ale zdecydowanie to nie jest standardowa usługa. Codziennie szliśmy tam więc po truskawki dla polskiego Dziadka i Tajfuniątka oraz po pikantne sałatki owocowe dla nas. O najchętniej spożywanym przez nas owocu jeszcze napiszę.
To właśnie scenka ze śniadaniarni - każdy sobie przyprawia po swojemu miskę klusek w rosole. Cudowne były zwłaszcza kiszonki...
Ostatniego dnia chciałam jeszcze przejść nowo wybudowaną "ścieżką zdrowia", biegnącą herbacianymi pagórkami otaczającymi Mojiang. Niestety, gdy do niej doszliśmy, okazało się, że składa się niemal wyłącznie ze schodów i że jest trochę za długa jak na taszczenie plecaków i włóczenie ze sobą dziecka i emeryta. Wspięłam się więc zaledwie kawałek, obiecując sobie, że jeszcze tam wrócę, bo z mapy wynika, że szlak obfituje w piękne widoki.
nawet tutejsza wódeczka jest spod znaku bliźniąt. Zwróćcie uwagę, że jest dużo łagodniejsza od większości chińskich wódek, oscylujących w okolicach 50%-60%.

To już jeden z ostatnich mojiańskich wpisów. Jak Wam się Mojiang spodobał? Dwa miesiące zeszły na opis kilkudniowej wycieczki. Kwartał, jeśli liczyć z kwerendą. Oczywiście, w międzyczasie jeździłam, czytałam, próbowałam, zbierałam myśli, pracowałam, grałam w badmintona, Tajfuniątkowałam, towarzyszyłam ZB, udzielałam się towarzysko no i nie pisałam TYLKO o Mojiangu. Tym niemniej czasem mam wrażenie, że po każdej wycieczce powinnam sama sobie dać szlaban na następne przygody, dopóki nie opiszę tych wcześniejszych. Ale potem diabełek szepce do ucha, że przecież będę kiedyś stara i nie będę już miała siły podróżować ani grać w badmintona - wówczas będę mogła wyciągnąć te archiwalne zdjęcia i uzupełniać, uzupełniać, uzupełniać. Prawdopodobieństwo, że w międzyczasie nauczę się szyć albo szydełkować jest w zasadzie zerowe, więc w zasadzie mam już plan na emeryturę!...