blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2019-02-19

Święto Lampionów 元宵節

Święto Lampionów to święto pierwszej pełni księżyca pierwszego miesiąca chińskiego Nowego Roku czyli piętnasty dzień obchodów noworocznych. Jest pełnia, czyli wieczorem podziwiamy księżyc, a także - kolorowe, pięknie zdobione latarnie. Po powrocie do domu zjada się całe miski tangyuanów. To w całych Chinach. Istniała za to garść tradycji specyficznych dla Kunmingu; większość niestety nie przetrwała nastania "nowych czasów". 
Po pierwsze: u nas cała zabawa z oglądaniem księżyca czy latarni zaczynała się już trzynastego dnia po nowym roku. To wieczorem, bo za dnia chodziło się oczywiście do świątyń buddyjskich, w których odbywają się noworoczne jarmarki. W Kunmingu te najbardziej oblegane w Nowy Rok świątynie to Świątynia Haiyuan 海源寺 i Świątynia Zhengjue 正觉寺. Dawniej celem pielgrzymek był też Pawilon Nefrytowego Cesarza 玉皇阁, on jednak, razem z wioską, w której stał, został zmieciony z powierzchni ziemi przy pomocy "postępu": zrównano je z ziemią w czasie budowy kunmińskiego dworca w latach '60 XX wieku. Muszę z ręką na sercu przyznać, że jeszcze w żadnej z powyższych nie byłam. Dla mnie nawet te "mniej oblegane" świątynie są zbyt zatłoczone i zbyt głośne, żeby można było w nich przebywać dłużej niż pięć minut; prawdziwie obawiam się wizyty w tych obleganych...
W dawnym Kunmingu jarmark był okazją dla miastowych i niemiastowych, by się odświętnie ubrać i przyjść się pomodlić o dobre zbiory i powodzenie w całym roku. Przyświątynny jarmark noworoczny był Prawdziwym Świętem - coś jak odpust w dawnej Polsce. Każda wioseczka wystawiała swoje zespoły - tańczące lwy, akrobaci, śpiewacy opery Huadeng 花灯 i ewentualnie innych oper itd., występowały one na placu przed świątyniami. Za to po wejściu do świątyni paliło się wielgachne trociczki, grube jak ramię dorosłego człowieka, a długie nawet na dwa metry; a świece były jeszcze większe! Jeśli pogoda pozwalała, mogły się palić nawet 4-5 dni.
W dawnym Kunmingu dopiero po zjedzeniu świętolatarnianych tangyuanów sprzątało się stół ofiarny (który oczywiście znajdował się w każdym domu) z owocami, cukierkami i innymi dobrociami dla przodków. Każdy członek rodziny dostawał jakąś drobną przekąskę.
Inny ciekawy zwyczaj rodem ze starego Kunmingu to była "kradzież zieleniny" 偷青. Polegała na tym, że młodzież płci obojga udawała się na pola sąsiadów i kradła warzywa, a potem obżerała się nimi do nieprzytomności. Ponoć kto zjadł najwięcej, ten najszybciej miał znaleźć wybranka/wybrankę. Zabawa wzięła się z homofonu: podobnie wymawiane słowo 偷情 tōu​qíng (dosłownie: kraść uczucia) oznacza romans, sekretne miłostki. Kradło się również sąsiadom inne drobiazgi, ale to tylko jako żart. Zabawy zabroniono za czasów republiki, bo szkodziła porządkowi społecznemu...
Kunmińczycy mówią, że dopiero po Święcie Lampionów kończą się małe obchody noworoczne 过小年 (te duże to oczywiście pierwszy dzień Nowego Roku). Dlatego jeśli nie macie jeszcze planów na dziś, idźcie do jakiejś świątyni, a wieczorem - koniecznie do Parku Wielkiego Widoku, w którym pięknie podświetlone lampiony umilą Wam oglądanie pierwszej pełni księżyca w Nowym Roku. No i - najedzcie się tangyuanami, raz do roku można sobie pozwolić!

2019-02-17

Prowadzący umarłych

Mówiąc szczerze, nie miałam odwagi do tej książki nawet zajrzeć. I słusznie. To nie lektura na miłe, słoneczne popołudnie. Czytałam ją prawie miesiąc, musząc zachowywać przerwy między rozdziałami, tak silnie na mnie podziałała. Sporo się o Chinach dowiedziałam. Choć mam oczy i uszy otwarte, choć mieszkam tu długo, do pewnych grup ludzi po prostu nie mam dostępu. Już nie mówiąc o tym, że nie chciałabym się z nimi nigdy w życiu spotkać. I właśnie takich ludzi przedstawił Liao Yiwu.
Liao: Posłał pan córki na drugi koniec kraju i wydał za obcych dla zarobku?
Qian: A co one wiedzą o szczęściu? Są córkami biednego chłopa. Jak tylko ich mężowie mają fiuty, to co mnie więcej obchodzi. Im częściej się babę posuwa, tym ładniej wygląda. Oczywiście na niektóre po tym, jak urodzą dzieci, nie da się już patrzeć.
*
Zalecałem się do niej, kiedy oboje byliśmy młodzi. [...] Śpiewaliśmy sobie pieśni miłosne z sąsiednich górskich szczytów.[...] Śpiewanie pieśni miłosnych ze szczytów gór to tradycyjny rytuał zalotów w tej okolicy. Chłopiec i dziewczyna śpiewają z sąsiednich szczytów przez całą noc. To taki konkurs. Jeżeli chłopiec pokona dziewczynę, ona zostanie jego żoną. Ja śpiewałem z Ruan tylko pół nocy, potem musiałem uznać, że przegrałem.
*
Przy wejściu do świątyni stały dwa królewskie żeliwne kotły, podarunki cesarza Yongle z dynastii Ming. Nie przetrwały Wielkiego Skoku Naprzód. Ponieważ były olbrzymie i wykonane z grubego żeliwa, do ich rozbicia trzeba było dwudziestu potężnych mężczyzn z młotami.
*
Ponieważ chłopi rzadko czytają powieści, to można o nich pisać, co się chce, oni i tak się nie dowiedzą.

Piękna historia o cesarzu Yongle i tym, jak chciał się pozbyć bratanka. W ogóle - piękne historie. O tym, jak "prawicowi" nie mścili się na sąsiadach za tortury, ale za to gdy wydawali przyjęcie, zapraszali tylko tych sąsiadów, którzy zachowywali się jak ludzie. Historia o dawnym uczniu, który zabrał nauczyciela do burdelu, sądząc, że sprawia mu przyjemność. Opowieści ludzi, którzy kiedyś naprawdę wierzyli w komunizm. Straszne historie. I Historia, sama w sobie. Uczyłam się tego, widziałam na filmach, słyszałam różne opowieści... a i tak za każdym razem te historie wydają mi się tak samo wstrząsające. I ta przepaść między ludźmi. Niby żyją w tym samym kraju, ale tak naprawdę - każdy z tych ludzi żyje obecnie w całkiem innych Chinach...

2019-02-16

twaróg po tybetańsku - chura loenpa

Ostatnio lubię się z kuchnią Nepalu, Pakistanu i Tybetu. Jeśli mam czas zrobić sensowne zakupy, próbuję rozmaitych nowości, szukam łatwych przepisów i zachwycam tymi smakami Tajfuniątko i ZB. Kiedy jednak znajduję w lodówce głównie resztki zaschniętego sera, robię kunmińską wersję twarogu po tybetańsku. Pierwszy raz jadłam taki twaróg jakieś dziesięć lat temu. Jedna z moich nauczycielek należała do grupy etnicznej Lisu, która dzieli z Tybetańczykami grupę językową i całkiem sporą ilość tradycji, w tym kulinarnych. Zaprosiła mnie, z braku knajpy Lisu, do knajpy tybetańskiej. Zamówiła rozmaite ciekawostki kulinarne, ale nie zdołała mnie zaskoczyć ani tybetańską słoną herbatą z masłem, ani - tym bardziej - twarogiem jedzonym na słodko. Próbowała mnie nawet podpuścić, pytając, czy wiem, co jem. Była trochę zawiedziona, gdy skonstatowała, że jednak wiem doskonale. Jaczy twaróg ma wprawdzie bardzo intensywny zapach, ale samo danie było jak powrót do dzieciństwa. Smakiem przypominał ten osłodzony twaróg, który jadło się z makaronem, gdy nie było mięsa.

Składniki:
  • masło/masło klarowane
  • twaróg albo zmielony/starty twardy biały ser. U mnie jest to yunnański kozi ser rubing
  • cukier/rodzynki
Wykonanie:
  1. Rozgrzać masło.
  2. Dorzucić ser i smażyć na wolnym ogniu, aż będzie miękki i pachnący. Jeśli chcemy posłodzić rodzynkami, trzeba je dorzucić na patelnię razem z serem
  3. Ewentualnie doprawić cukrem po uważaniu.
Podawać jako samodzielne danie albo jako deser.