2026-06-06

Rzeka Modliszki 螳螂川

Skoro już jesteśmy przy Rzece Modliszki, wokół której powstał Anning, powiedzmy sobie o niej nieco więcej. Jej druga nazwa to Rzeka Pudu 普渡河 i nad nią warto się pochylić na chwilę. Przetłumaczone dosłownie 普渡 pǔdù znaczy uniwersalną przeprawę (przez rzekę). Jednak obok tego jest również ciekawym sformułowaniem buddyjskim, w którym oznacza powszechne wyzwolenie ("wyprowadzenie wszystkich istot z oceanu cierpienia na drugi brzeg") oraz taoistycznym, w którym jest związane z niesieniem ulgi głodnym duchom. Jednak akurat w tym wypadku pochodzenie nazwy nie jest ani religijne, ani poetyckie; po prostu po rzece kursował w tę i we w tę prom należący do rodziny Pu...
Wracając do rzeki: ma długość ponad 360 kilometrów. Wypływa z Jeziora Dian i wówczas nazywa się Rzeką Modliszki. Ma wiele dopływów, płynie przez Anning i Fumin, tam nazywając się już Pudu, a sama w końcu wpada do Jinsha, czyli początku Jangcy. Rzeka jak rzeka. Z naszego punktu widzenia ważniejsze jest nabrzeże. A ono zostało ostatnimi laty zmienione w cudowną ścieżkę spacerową oraz rowerową, bogatą w miejsca rekreacji dla dzieci i dorosłych, strefy odpoczynku oraz liczne toalety publiczne (co jest faktem nie do pogardzenia). Wędrując brzegami Rzeki Modliszki można spokojnie z centrum miasta dojść do uzdrowiska z gorącymi źródłami, annińskich lasów, parków i pagórków. Nie przeszlimy całej trasy; obecnie liczy ona około dziesięciu kilometrów, ale cały czas jest rozbudowywana. Oczywiście, dla Tajfuniątka najważniejszy był plac zabaw...
Zaczyna się niepozornie, ale będzie piękniej.
Wzdłuż ścieżki pojawiają się mapki, które baaaaardzo pomagają w orientacji.

2026-06-04

Most Wiecznego Spokoju 永安桥

Tuż obok Muzeum Yang Sheng'ana znajduje się przerzucony przez Rzekę Modliszki 螳螂川 Most Wiecznego Spokoju, czyli most Yong'an. Został zbudowany w 1494 roku, za panowania dynastii Ming, czyli ma już ponad pół tysiąclecia za sobą. Dawniej był największym kamiennym mostem łukowym na starożytnym Szlaku Końsko-Herbacianym łączącym Kunming z zachodnią częścią Yunnanu. Ma trzy przęsła, trzy paifangu i piękne zadaszenie nad całością. Dawniej boczne części szerokiego na 7 metrów mostu zastawione były straganami, a ku uciesze turystów na końcu mostu czekał na nich "Pawilon Odbijający się w Rzece" (niestety, nic po nim nie zostało). Za Mandżurów most dwa razy odbudowywano czy też przebudowywano, a w nowych Chinach zamieniono piękny kamienny most najpierw na drewniany, a potem na betonowy. Skutek jest taki, że z oryginalnego (albo qingowskiego) zostały tylko filary. W końcu w 2013 roku władze poszły po rozum do głowy i postanowiły odbudować most na wzór mingowski używając znanego już nam drewna nanmu. Pięknym ukłonem w stronę chlubnej przeszłości mostu było to, że w Święto Środka Jesieni w 2019 roku na moście zorganizowano nocny targ, pilnowany przez "mingowskich" żołnierzy. Szkoda, że był to wyczyn jednorazowy. To samo dotyczy innych projektów kulturalnych typu "wędrówka śladami Xiake", podczas której na jednej końcówce mostu można było przysiąść nad herbatą i pogadać z wcieleniem jednego z najsłynniejszych chińskich podróżników. Kurczę, czy komuś by zaszkodziło, gdyby takie imprezy były cykliczne? 
My weszliśmy na most po prostu po drodze z Muzeum Yang Sheng'ana do jednego z najpiękniejszych yunnańskich ogrodów.
pora sucha doskwiera Anningowi tak samo jak Kunmingowi...

2026-06-02

Listy miłosne do babci 给阿嬷的情书

Miałam pisać o czymś kompletnie innym, jednak w sobotę podczas spotkania z koleżanką usłyszałam o pewnym filmie, a ponieważ do gustu koleżanki mam pewne zaufanie, w niedzielę wybrałam się do kina na film wspomniany w tytule. Oglądałam go w oryginalnej wersji językowej, czyli w teochew, dialekcie języka minnańskiego - w języku, którego nie znam. Było to bardzo potrzebne. W ogóle wolę filmy w oryginalnych językach z napisami niż z dubbingiem; spodziewam się, że gdybym go oglądała po mandaryńsku, wywarłby na mnie mniejsze wrażenie, ponieważ widać byłoby, że postacie co innego mówią, a co innego słychać. Połowa albo i większość ładunku emocjonalnego przepadłaby na zawsze. Nie będę Wam tego filmu streszczać; angielska wiki zrobiła to dość dobrze. Warto jednak oprócz stronki o filmie poczytać jeszcze o przymusowej taifikacji Chińczyków w Tajlandii, o listach z gotówką zwanych qiaopi, o mieście Shantou... To na pewno pomoże Wam zrozumieć tło filmu. 
Parę słów o reżyserze. Nazywa się Lan Hongchun i jest to jego trzeci film w języku teochew; wszystkie opowiadają przede wszystkim o relacjach rodzinnych, ale również o tle kulturowym, nieco odmiennym od sytuacji w reszcie Chin. Co ciekawe, inspiracją do opowiedzenia akurat tej historii był jego własny film dokumentalny dotyczący kuchni regionu, a zahaczający o doświadczenia Chińczyków mieszkających poza ojczyzną. Pewnie z rzeczywistej znajomości tematu wzięła się ta cudna dbałość o szczegóły - zobaczyć możecie na przykład stroje z epoki albo sposób depilacji, dziś już rzadko spotykany. Jednak jeszcze ważniejszy jest autentyzm wynikający z tego, że zdecydowana większość obsady to naturszczyki! Nie mówimy o dwóch czy trzech osobach, a o WIĘKSZOŚCI obsady! Główną rolę kobiecą odtwarza Li Sitong, absolwentka inżynierii finansowej... Kurczę, albo są genialni, albo reżyser naprawdę potrafi kręcić filmy. Albo jedno i drugie - bo według mnie w ogóle nie dawało się odczuć, że to nie byli zawodowi aktorzy. 
Film zaczął powstawać już trzy lata temu, jednak z powodu przekroczenia bardzo skromnego budżetu filmowany był długo, a że do niektórych miejsc nie udało się pojechać całej ekipie po raz wtóry, w ostatecznej wersji filmu pojawiły się też fragmenty nagrywane komórką, które pierwotnie miały tylko służyć za szkic. Całe szczęście Stowarzyszenie Teochew w Tajlandii wsparło projekt, i to nie tylko finansowo! W filmie pojawili się też prawdziwi chińscy seniorzy diaspory Teochew z Tajlandii w małych rólkach. Warto dodać, że w ciągu pierwszego miesiąca na ekranach film zarobił niebotyczne kwoty. Jak dotąd każda zainwestowana złotówka przyniosła ponad trzydziestokrotny zysk. 
Dlaczego? 
Nie jestem krytykiem filmowym; trudno mi mówić za innych. Za siebie jednak powiem: to film o niezwykłym ciężarze emocjonalnym, a jednocześnie niepozbawiony elementów humorystycznych. Jest w nim bolesna więcz szczerość i "zwykłość", która sprawiła, że od mniej więcej połowy z trudem powstrzymywałam szloch. To nie jest historia jakich wiele, a jednak opowiada o emocjach i wyborach tak ludzkich, tak zrozumiałych i tak trudnych, że chyba każdy jest w stanie się w nią wczuć. Przy okazji jest też to cudowny hołd złożony społeczności i więziom międzyludzkim. 
Film został pokazany w Cannes pod angielskim bezsensownym tytułem Dear You. Jeśli będziecie mieć okazję - serdecznie polecam.