2026-10-24

Pięć Gór i Cztery Rzeki 五岳四渎

W poprzednim wpisie wspomniałam o tym, że trzeci król Nanzhao, Yimouxun, próbował zgapić od Chińczyków niektóre tradycje. Nie pojął na przykład, że Pięć Świętych Gór taoizmu stało się świętymi z racji tego, że były ważnymi taoistycznymi ośrodkami religijnymi i, biorąc tylko zwyczaj proszenia ziemi i nieba o błogosławieństwo i wsparcie, postanowił, że też wymyśli sobie góry, które się do tego nadają. Oczywiście w obrębie własnego państwa Nanzhao, czyli - z grubsza rzecz biorąc - w Yunnanie. Zanim jednak razem z Wami poszukam tych gór i przy okazji rzek (bo rzeki również były na swój sposób święte i po chińsku łączyło się je z górami w czteroznaku 五岳四渎), opowiedzmy sobie o tym proszeniu niebios o błogosławieństwo. 
Istniało specjalne sformułowanie 封禅 fēng shàn. Wbrew współczesnej intuicji pierwszy znak nie ma nic wspólnego z zamykaniem i ustanawianiem granic; jest nazwą rytuału - składania ofiary niebiosom. Drugi znak, tutaj czytany 禅 shàn, oznacza ofiarę dla ziemi. Zwróćcie uwagę na ten drugi znak 禪 [禅], później wykorzystany dla opisu buddyzmu zen, czytany po chińsku chán. Ceremonia fengshan była ceremonią dziękczynną w czasach pomyślności, którą odprawić musiał sam cesarz, najczęściej na górze Taishan. No a nasz król Nanzhao postanowił, że też chce dziękować niebiosom i ziemi, tylko jakoś na Taishan mu nie po drodze, więc on sobie wybierze inne pagórki. 
Wang Songben 王崧本 w swej nieoficjalnej kronice Nanzhao (南诏野史) pisze o tym, jak ród Meng zaprowadził pokój w całej krainie, wyznaczył święte góry i rzeki, przy okazji siebie mianując synem niebios, obdarowując tytułami siedemnastu mędrców i aż pięćdziesięciu siedmiu bogów gór (Yunnan faktycznie jest mocno górzysty, więc i bogów gór musiało być sporo). Dopiero później lud Naxi i inni mieszkający w państwie Nanzhao zaczęli wznosić świątynie i składać ofiary. Tak oto narodziły się ważne dla Nanzhao miejsca: 
  • Środkowa Święta Góra - Cangshan czyli Błękitne Góry w Dali 
  • Zachodnia Święta Góra - Gaoligong w Baoshan 
  • Południowa Święta Góra - Mengle między Yuxi a Pu'er 
  • Wschodnia Święta Góra - Wumeng z najwyższym szczytem Guniuzhai 
  • Północna Święta Góra - oczywiście Góry Nefrytowego Smoka koło Lijiangu. 
Z kolei Cztery Święte Rzeki, będące yunnańską odpowiedzią na Jangcy, Rzekę Żółtą, Rzekę Huai i Rzekę Ji, to kolejno Nujiang, Mekong, Heihui (dopływ Mekongu niedaleko Starego Miasta Lushi) i Jinsha, czyli górny bieg Jangcy. 
W ten oto cudowny sposób król Nanzhao uznał się za równego rangą chińskiemu cesarzowi, a swoje królestwo za całkiem niezależne: skoro ma swoje pagórki i rzeki do czczenia, to na co mu, u licha ciężkiego, chiński cesarz?... Porozmawiajmy więc sobie o tym aroganckim władcy. 
Yimouxun (異牟尋, 754–808) był synem Fengjiayi, który był synem Geluofenga, który był synem Piluoge, który założył Królestwo Nanzhao. Co ciekawe, był trzecim królem Nanzhao - tytuł przeskoczył nań prosto od dziadka - Fengjiayi zmarł przed swym ojcem. Yimouxun panował w latach 779-808. Był ponoć oczytany i utalentowany, zaś jego największym talentem był ten do ludzi. Gdy tylko objął tron, postanowił razem z Tybetańczykami napaść w sile stu tysięcy żołnierzy na region Shu, czyli dzisiejszy Syczuan, będący już wówczas częścią tangowskich Chin. Plan był taki, że w Shu będzie się znajdować wschodnia stolica Nanzhao. I choć chińskie wojska były znacznie mniej liczne, świetni generałowie i rewelacyjne wyszkolenie tangowskich żołnierzy sprawiły, że połączone siły Nanzhao i Tybetu poniosły dotkliwą klęskę. Klęska była tym dotkliwsza dla Yimouxuna, że Tybet ją wykorzystał przeciw Nanzhao: nadał Yimouxunowi tytuł Króla Wschodzącego Słońca 日东王... i obniżył status Nanzhao do państwa wasalnego, grabiąc bezlitośnie jego zasoby. Yimouxun starał się coś poradzić na ewidentne problemy państwa; najpierw przeniósł o parę kilometrów na północ stolicę, później zmodyfikował administrację, tworząc Dziewięć Shuangów i Trzy Tuo 九爽三托 - był to zbiór dwunastu kluczowych urzędów centralnych Nanzhao, które dzieliły między siebie zarządzanie wojskiem, ludnością, rytuałami, sprawiedliwością, kadrami, budownictwem, finansami, dyplomacją, handlem oraz hodowlą koni i bydła. Jednocześnie, gdy rosło społeczne niezadowolenie z ciężkich podatków i ucisku ze strony Tybetu, zaczął rozmawiać z Chińczykami o możliwym sojuszu z Tangami. Rozmowy wypadły tak dobrze, że Tangowie wraz z Nanzhao w 793 roku zaatakowali Tybet, zadając mu bobu - zdobyli szesnaście twierdz, pojmali pięciu królów i podporządkowali sobie sto tysięcy (!) ludzi! Kolejnego roku wraz z synem Xungequanem 寻阁劝 i posłem tangowskim Cui Zuoshi 崔佐时 udał się do świątyni boga góry Cangshan (czyli Środkowej Świętej Góry), by zawrzeć przymierze. Dobre intencje udowodnił... ścinając posła Tybetu, znosząc tytuł nadany przez Tybet i składając w ofierze złotą pieczęć otrzymaną od Tybetu. Odtąd Tangowie używali wobec kolejnych władców Nanzhao tytułu królewskiego 南诏王. Tybet zaczął podupadać, a Nanzhao rosło w siłę, jednocześnie coraz bardziej się sinizując. Yimouxun zaczął wysyłać dzieci arystokracji do Chengdu po nauki; wspierał wymianę kulturalną. Ten pomysł nie wziął się z niczego: sam był od dziecka gorliwie sinizowany. Przez kogo?
Zheng Hui 郑回 był pierwotnie chińskim urzędnikiem dynastii Tang w regionie Shu, który został pojmany przez Nanzhao. Król Nanzhao Geluofeng zamiast go zaciukać, docenił jego wiedzę i mianował nauczycielem rodziny królewskiej. Zheng Hui nauczał kolejno trzech następców tronu: Fengjiayi, Yimouxuna i Xunmengcou. Miał prawo karać ich cieleśnie - widać więc, że musiał mieć nieliche wpływy i cieszyć się dużym szacunkiem. Dlatego nie dziwi, że gdy Yimouxun wstąpił na tron, mianował go... hmmm... kanclerzem czy też premierem 清平官. Cieszył się on takim zaufaniem, że wszystkie sprawy państwowe były z nim konsultowane. To właśnie on namówił Yimouxuna do zerwania sojuszu z Tybetem i nawiązania pokojowych relacji z Tangami. 
Gdy nastąpiło to pojednanie, Yimouxun wielokrotnie wysyłał posłów, śląc dary i ofiarowując Tangom pojmanych tybetańskich generałów. Gdy w 808 roku zmarł, Tangowie wysłali ważnego urzędnika, by wziął udział w ceremoniach żałobnych. 

Tak oto przy okazji wycieczki do hal w Huize poznałam nie tylko geografię, ale i historię państwa Nanzhao. Yunnan jest zaiste fascynujący.

2026-10-22

大海草山 czyli Wielka Trawiasta Góra

Około 40 kilometrów od Huize znajduje się góra będąca częścią pasma górskiego Wumeng, której wysokość wynosi od 2570 do 4017 m.n.p.m. (Góra Guniu Zhai 牯牛寨 czyli dosłownie Krowia Wioska, najwyższy punkt w "województwie" Qujing), będąca wielkim turystycznym hitem. Pomyślana została jako ośrodek narciarski; na razie jest tu zaledwie parę tras, jednak w planie jest 26 tras narciarskich o różnym stopniu trudności, 4 wyciągi, hotel tematyczny, miasteczko wypoczynkowe, baza szkoleniowa dla narciarzy... Ośrodek działa od połowy listopada do kwietnia następnego roku; można liczyć mniej więcej na 120-150 dni śniegu rocznie. Jednak poza byciem planowaną bazą narciarską, jest ten teren całą resztę roku otwarty dla zwykłych turystów. A jest po czym pochodzić! Mamy do dyspozycji ponad dziesięć hektarów mieszczących szlaki górskie, jeziora, jaskinie krasowe (w tym Jaskinia Jaskółek/Jerzyków 燕子洞, w której te ptaki mieszkają od kwietnia do października), źródła i strumienie. Wokół zaś yijskie kamienne domy, tak różne od zabudowy yijskiej w innych regionach Yunnanu! Zimą wszystko przykryte śniegiem, ale w maju, gdy się tam wybraliśmy, były to po prostu piękne zielone hale, skubane przez krowy i owce, z porywistym górskim wiatrem i niesamowicie ostrym słońcem. Inna rzecz, że śnieg potrafi tam padać jak rok długi, a na mgłę, deszcz i zimny wiatr trzeba być przygotowanym zawsze.
Szczyt Krowia Wioska nazwę zawdzięcza kształtowi przypominającemu leżącą krowę. Znajdują się na tej górze po dziś dzień pozostałości domniemanej katastrofy lotniczej Latających Tygrysów i innych reliktów związanych z transportem lotniczym w czasie II WŚ. Jednak w źródłach pisanych góra ta pojawia się znacznie wcześniej: ponoć już za czasów, gdy w Chinach rządzili Tangowie, a znaczna część Yunnanu była niezależnym Królestwem Nanzhao, w 787 roku trzeci król Nanzhao - Yimouxun 异牟寻 - nazwał ten szczyt Yunnańskim Taishanem (东岳). Tak konkretnie: chciał naśladować chińską tradycję składania ofiar na Pięciu Świętych Górach w Chinach, więc nadał odpowiednie tytuły Pięciu Świętym Górom i Czterem Rzekom 五岳四渎 na terenie swego królestwa. No a że Guniu zhai jest na wschodzie, została Wschodnią Górą, czyli odpowiednikiem chińskiego Taishanu. Po raz drugi góry te stały się sławne na początku 1942 roku, gdy Rangun w Birmie upadł, wskutek czego wszystkie lądowe i morskie szlaki komunikacyjne Chin z zagranicą zostały przerwane. Aby zapewnić transport amunicji itp. Latające Tygrysy latały nie tylko słynną trasą nad garbami, ale również trasą krajową Kunming-Huize-Chongqing. Ponieważ wysokość szczytów górskich na trasie przekraczała rzeczywisty pułap samolotów transportowych z pełnym ładunkiem, dlatego samoloty musiały przelatywać przez doliny i przełęcze położone poniżej szczytów górskich, co znacznie zwiększało ryzyko lotu. W czasie II wojny światowej w yunnańskich górach straciło życie 2000 pilotów, a 500 maszyn zderzyło się z ziemią. Jednym z nich był duży samolot transportowy o numerze C-46-4717, który rozbił się 24 marca 1944 roku na Guniu Zhai. Po dziś dzień nie znaleziono dokładnego miejsca katastrofy. 

Jednym z najpiękniejszych widoków tej góry są ponoć ukwiecone hale. Miałam nadzieję, że w maju będzie można to ujrzeć, ale okazało się, że zima trwa tu zdecydowanie dłużej niż w Kunmingu, a w maju hale dopiero zaczynały się zielenić. Pewnie latem byłoby piękniej. Drugim widokiem, na który bez własnego samochodu nie mieliśmy szans, jest Światło Buddy - złoty blask tuż przed wschodem słońca. Zgodnie z legendą, pewien mnich ukrywał się dawnymi czasy we wnętrzu naszej góry. Pewnego dnia udało mu się osiągnąć oświecenie. Odtąd zawsze, gdy spotka osobę, której zostało to przeznaczone, emituje światło Buddy. A tam, dokąd ono dotrze, ozłaca górskie skały tak, że lśnią jak skarby. 
To wszystko mocno działa na wyobraźnię, ale szczerze mówiąc - i tak byłam zachwycona błękitem nieba, mocą słońca, wiatrem, jeziorem, a nade wszystko chmurami, w które mogłabym się wpatrywać godzinami.
Pierwszą część trasy pokonaliśmy na yunnańskich konikach - głównie dla uciechy Tajfuniątka.
Wspinamy się na szczyt szczytów.
Wycieczka była szalenie przyjemna, jednak popełniliśmy wielki błąd taktyczny: zapomnieliśmy, że w tak wysokich górach będzie bardzo zimno nawet w tak piękny, słoneczny dzień. Dlatego niestety wycieczkę musieliśmy skrócić, gdy okazało się, że wszyscy jesteśmy już przemarznięci. Mieliśmy grube spodnie, kurtki itd., ale to wszystko okazało się za mało - do jurt na początku trasy wróciliśmy niemal bez czucia w palcach u rąk i nóg. Jeśli się tam wybierzecie, pamiętajcie o wielowarstwowym odzieniu. No i o tym, żeby w jurtach zamówić na lunch coś ciepłego!
Po żmudnej wspinaczce schowaliśmy się w jurcie i spróbowaliśmy baranich szaszłyków.
jęczmienne podpłomyki, pycha!

2026-10-20

雨碌大地缝 Wąwóz szczelinowy Yulu

Drugiego dnia pobytu w Huize ruszyliśmy do pobliskiego (oddalonego o około 60 kilometrów) wąwozu szczelinowego Yulu. Yulu to słowo z yijskiego, oznaczające Mały Smoczy Staw. Tu rzeka Xiaomi spada gwałtownie z wysokości ponad 600 metrów, tworząc spektakularny wąwóz. Choć cały wąwóz ma około 10 kilometrów długości, do zwiedzania udostępniono mniej więcej połowę. Jest pełen ciekawych formacji skalnych, widoków i zapachów.
Początek wycieczki jest bardzo przyjemny: spływ niewielkim kanałem aż do wejścia do wąwozu. Tajfuniątko (i ZB, który przy Tajfuniątku ma wreszcie okazję przeżyć to wszystko, czego nie doświadczył za chłopięctwa) było zachwycone!
Potem zaczyna się ścieżka. Powoli opada po zboczu, prowadząc nas do pierwszego wodospadu i tzw. Bramy Życia, czyli szczeliny będącej wejściem do wąwozu. Wtedy zaczyna się robić naprawdę pięknie: niebo to wąska (szczelina w najwęższym miejscu ma niecały metr szerokości*) kreska majacząca gdzieś u góry (w najgłębszym miejscu dno od szczytu ściany dzieli niemal pięćset metrów); ściany porasta wiele warstw zieleni, a na nich perli się woda, jeszcze upiększając nacieki i niesamowite formacje. Jedną ze znanych skał jest Wielki Myśliciel, wyrastający tuż przed Bramą Życia. Jego wiecznie zamyślona sylwetka pięknie odcina się od błękitnego nieba. Ponoć jest to jeden z tych, któremu udało się osiągnąć nieśmiertelność, jednak by podziękować matce za dar życia, zamienił swe doczesne ciało w kamienny posąg, który miał koić matczyną tęsknotę.
Idziemy dalej przez rozpadlinę. Och, zdjęcia nie oddają gry barw, gdy światło słoneczne wpada przez skalne szczeliny. Wszystko jest wilgotne i lśni; tu paproć, tam mech, pod stopami szemrze woda, a my z każdym krokiem bardziej czujemy, że wkradamy się do wnętrza ziemi trochę bez pozwolenia. Co jakiś czas widzimy wodospady: Wodospad Kochanków 情人瀑布 - dwa strumienie, raz razem, raz osobno. Boskie Źródło 神泉 i drobne perełki szeroko rozpostartych strużynek, niteczek drobnych jak tchnienie. I Brama Niebios 天门瀑 - och, gdybyż tylko woda raczyła zabrać nas w górę! 
Skąd się wzięła ta piękna, tajemnicza, czarodziejska szczelina? Ponoć dawno temu w yijskiej wiosce na górze Douhong żyła piękna i zaradna dziewczyna. Rodzice, nie potrafiąc wybrać dla niej męża, postanowili zorganizować konkurs śpiewu podczas Święta Pochodni - wtedy będzie mogła przebierać jak w ulęgałkach! Do wioski przybyło 99 młodych mężczyzn, jednak każdy śpiewał tak słodko i tańczył tak zwinnie, że nie dało się wyłonić zwycięzcy. Korzystając z rejwachu niebiański generał, który również miał chrapkę na tę ślicznotkę porwał ją het, daleko. 99 młodych mężczyzn ruszyło w pogoń, a generał rozłupał górę toporem, tworząc nieprzebytą rozpadlinę. Już by mu się udało zwiać, gdy nagle - zapiał kogut, pozbawiając generała niebiańskich mocy. Dziewczyna spadła z nieba i zamieniła się w leżącą twarzą do góry Śpiącą Piękność, a niebiański generał zamienił się w niski pagórek Dahei. 
Idziemy dalej: tu Pangu rozdziela niebo od ziemi - Hanowie przynieśli do tych yijskich okolic swoje własne legendy dotyczące pękniętych formacji skalnych. I jeszcze Niebiańska Księga - na gładkiej ścianie pnącza rosną tak, że wyglądają jak kaligrafia. 
Idziemy, rozgrzewając się żwawym marszem. Choć na powierzchni jest gorąco, we wnętrzu szczeliny jest zaledwie siedemnaście stopni; warto zabrać kurtkę. Tę pięciokilometrową trasę można przejść w dwie do czterech godzin - zależy to głównie od wrażliwości na piękno, a nie kondycji, bo szlak jest łatwy. Jeśli ma się dobre antypoślizgowe buty, nadaje się nawet dla małych dzieci i emerytów. Jedynym trudnym i męczącym momentem jest końcówka: wyjście schodami z dna wąwozu na powierzchnię.
Brama Życia

Wycieczka bardzo przyjemna - tylko z transportem jest kłopot. Nie ma żadnego kursowego autobusu czy autokaru z i do Huize. Do Yulu wzięliśmy taksówkę, jednak wyszedłszy z wąwozu odkryliśmy, że znajdujemy się w środku niczego. Przypadkowy kierowca podrzucił nas do pobliskiej wioski; tam złapaliśmy transport do większej wioski, a stamtąd za bajońskie sumy udało nam się wrócić do Huize. Choć sama wycieczka to zaledwie parę godzin, zmarnowaliśmy cały dzień.

*w najszerszym pewnie ponad dziesięć metrów.