2026-10-10

会泽药王庙 Świątynia Króla Leków w Huize

Wędrując starówką Huize w poszukiwaniu Historii szybko trafiliśmy do zamkniętego na cztery spusty budyneczku:
Choć nazwa sugeruje świątynię, rzecz nie jest taka prosta. Jest to otóż jeden ze znanych już nam Domów Spotkań 会馆, tym razem wybudowany przez ludzi z Jiangxi, a konkretnie z prefektury Linjiang. Prefektura ta słynęła z galopującego kapitalizmu. Wszyscy znali powiedzenie, że kupcy z Wu i handlarze z Shu cwałują tym szlakiem (吴商蜀贾走骎骎) - znaczy, ruch panuje tu duży. W czasach dynastii Ming była ona regionalnym centrum politycznym, gospodarczym i kulturalnym. Szczególnie rozwinięte było w niej zielarstwo (handel lekami oraz medycyna), przemysł drzewny i gorzelnictwo. Jeśli chodzi o handel - ta prefektura nie miała wówczas sobie równych. Nikogo więc nie dziwiło, że właśnie z Linjiangu przybyli do Huize licznie zielarze i lekarze, przywożąc z sobą medycynę i lekarstwa. Dla nich to powstał nasz Dom Spotkań; tym razem jest on tyleż regionalny co i cechowy, bo tak się akurat złożyło, że z Linjiangu przybyli głównie znachorzy. Jednocześnie jednak ów Dom Spotkań służył przy okazji jako tzw. świątynia branżowa. W Domu miał bowiem swój ołtarz Sun Simiao, legendarny Król Leków 药王. I wprawdzie nasza Świątynia Króla Leków nie została zbudowana przez cech lekarzy czy aptekarzy jako taki — powstała jako hala ziomkowska Linjiańczyków, a funkcję branżową dostała w pakiecie, bo jej członkowie masowo trudnili się medycyną, jednak dziś na mapach jest oznaczona jako świątynia, a nie jako Dom Spotkań Linjiańczyków 临江会馆. 
Niestety, z wielkiego kompleksu (4000 m²) obejmującego bramę ze sceną teatralną i trzech wielkich budynków pozostała tylko sala główna z odtworzonym posągiem Suna Simiao, otwierana od wielkiego dzwonu. 
Swoją drogą, te świątynie branżowe są po prostu fantastyczne. W Huize (i oczywiście w większości chińskich miast) istniały (a w niektórych nadal istnieją) prawdziwe świątynie branżowe, budowane osobno przez poszczególne cechy: Świątynia Lu Bana dla cieśli i murarzy, Zhang Fei dla rzeźników, Żółtego Cesarza dla krawców, Bóg Pieniędzy dla kupców, Mazu dla żeglarzy... A przy tych świątyniach organizowano tzw. "branżowe jarmarki" 行业庙会. Skoro każdy cech miał swojego boskiego opiekuna, swojego Floriana dla strażaków czy Krzysztofa dla kierowców, trzeba było im nieba przychylić, organizowano więc dla nich doroczne czy nawet okresowe święta. A w ich trakcie poza częścią religijną obejmującą składanie ofiar, modlitwy i procesje, były jeszcze: część cechowa (zebrania, ustalanie cen, rozstrzyganie sporów, przyjmowanie nowych członków, zakrapiane bankiety), część handlowa (sprzedaż towarów/usług związanych z daną branżą, wymiana doświadczeń, zawieranie transakcji) i część rozrywkowa (przedstawienia operowe/teatralne, występy, gry, przekąski uliczne). Integracja środowiska zawodowego, regulacja cen, wzmocnienie tożsamości grupowej, networking, a przy okazji święto i rozrywka dla całej okolicy! 
Doskonale potrafię sobie wyobrazić taki jarmark w Domu Spotkań Linjiańczyków w czasach, gdy jeszcze kompleks miał powierzchnię 4000 m² i poza zwykłymi budynkami miał jeszcze scenę!
Ech, szkoda, że te barwne sceny istnieją tylko w mojej wyobraźni...

2026-10-08

寒鸦戏水 Kawki bawią się w wodzie

Kawki bawią się w wodzie to słynny utwór na guzheng ze szkoły Chaozhou (Kanton). Pierwotnie na zespół tradycyjnych instrumentów ze smyczkami na czele, na guzheng został zaadaptowany przez słynnego wirtuoza guzheng Guo Yinga 郭鹰 w 1930 roku. Tu mała ciekawostka zahaczająca o Yunnan: w latach '30 XX wieku yunnański kompozytor Nie Er pomógł muzykom z Szanghajskiego Stowarzyszenia Chazhou w próbach i rekomendował ich do Szanghajskiej Wytwórni Płytowej Pathé. Pośrednio dzięki niemu w kraju i za granicą rozpropagowano muzykę chaozhou, w tym właśnie nasze Kawki...  
Na koniec małe sprostowanie językowe: w internecie często pojawiają się błędne tłumaczenia tytułu. 寒鸦 to kawka, jednak jeśli te dwa znaki przetłumaczyć osobno, otrzymamy "zimne kruki/wrony". Wśród angielskich tłumaczeń spotkałam się też z zimowymi krukami, zimowymi gęśmi, zimnymi gęśmi, a deepseek podrzuca z niewiadomych przyczyn morskie wróble. Ech, jeszcze wiele wody w Jangcy upłynie zanim jakikolwiek AI będzie cokolwiek poprawnie tłumaczyć... 
Tu wersja na guzheng:
   
I dla porównania awangardowa wersja na erhu z towarzyszeniem tradycyjnego zespołu kameralnego:
   
Muszę przyznać, że choć obie mi się podobają, wersja na erhu absolutnie mnie zawojowała i przysporzyła mi więcej radości. Po prostu widzę przed oczyma duszy mojej figlarne kawki wpadające niby niechcący do kałuży...

2026-10-01

行不履阈 nie stój w progu

Wśród wielu zasad savoir-vivre'u w buddyjskich świątyniach jedna zwłaszcza może zaskakiwać i budzić zaciekawienie: zasada niedeptania po progach. Wchodząc do jakiejkolwiek buddyjskiej sali powinniśmy przekroczyć próg nie następując na niego. Jest to zasada tak oczywista, że nie wspomina się o niej nawet na tablicach informacyjnych, bo przecież nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby deptać po progu. Jest to uważane za brak szacunku, złamanie etykiety, a oprócz tego niszczenie antycznej architektury (progi dawniej bywały zazwyczaj drewniane). Ta sama zasada występuje również w tajskich świątyniach, jednak w Chinach - i to mnie chyba najbardziej zafascynowało - tradycyjnie dotyczyła nie tylko progów świątynnych. Obok opieki nad zabytkami i szacunku względem Buddy mamy tu bowiem do czynienia również z tradycyjną chińską etykietą i symboliką. 
Zgodnie z etykietą konfucjańską (prosto z Analektów) nie wolno stać w wejściu ani następować na próg domostwa (立不中门,行不履阈). Następowanie na próg było uważane za aroganckie, jako, że stawiało deptacza wyżej od reszty. Myślę, że właśnie to myślenie może stać za wprowadzeniem podobnej zasady również w świątyniach, gdzie przecież pokorny wierny winien być skromny.
Jeśli zaś chodzi o stronę językową, to zacznijmy od tego, że próg zowie się po chińsku 槛 kǎn, co wymawia się identycznie jak 坎 kǎn oznaczające trudność, przeszkodę. Stąd przekroczenie progu jest widziane o wiele lepiej niż wdepnięcie weń; przekraczając bez trudu próg symbolicznie przekraczamy przeszkody zamiast w nie wpadać jak śliwka w kompot. Później zresztą Chińczykom tak mocno wszedł ten symbol do głowy, że aż do pierwotnego słowa 门槛 stworzyli oboczne 门坎, które później nawet weszło do słowników jako możliwy zapis. Co jest o tyle ciekawe, że jeśli weźmiemy samo 槛, znaczy to oczywiście nadal próg, ale jeśli rozdzielimy ten drugi zapis, samo 坎 nie będzie miało w słownikach nic wspólnego z progiem. 
Wracając do progu - nie mniej ważna jest symbolika związana z przekraczaniem progu, występująca również w Polsce. Próg oddziela moje od cudzego, bezpieczne od niebezpiecznego, bycie u siebie od bycia u obcych, zwykłe od formalnego, publiczne od prywatnego, a w świątyniach również świeckie od świętego. Przekraczanie progu dorosłości, przekraczanie progu nadziei... Polszczyzna pod tym względem niczym nie ustępuje chińszczyźnie. 
Czytając sobie o tych progach i etykiecie skłoniło mnie do jednej dodatkowej refleksji: tabliczka o niestaniu w wejściu bardzo przydałaby się rzeszom Chińczyków, którzy zasłaniają całe wyjście z windy czy metra. Ponad dwa tysiące lat temu skodyfikowano zasady współżycia społecznego; one się nie zmieniły i nadal mogłyby znaleźć zastosowanie, gdyby tylko chińskie dzieci były uczone z dawnych konfucjańskich czytanek albo chociaż przez ludzi, którzy tego nieszczęsnego Konfucjusza czytali... 
Na deser kilka smaczków progowych: 
  • 踏破門檻 [踏破门槛] tāpòménkǎn - tłoczyć się pod czyimiś drzwiami. Dosł. zadeptany próg. 
  • 門檻精 [门槛精] ménkǎnjīng - osoba mająca smykałkę do biznesu, przebiegła jak lis. Dosł. demon progu (osobiście bardzo mi się kojarzy z komiwojażerami). 
  • 懂门槛 dǒngménkǎn - mieć swoje sposoby, triki, znać wszystkie chwyty. Dosł. rozumieć próg
Dom Spotkań Jiangxi w Huize: ten próg też należy przekroczyć :)