Pisałam kiedyś dla Was o filmie Forever Young, opisującym powstanie Południowo-Zachodniego Połączonego Uniwersytetu 西南联大. Pojawia się tam scena, jak to nauczający w mocno polowych warunkach wykładowca raz po raz dopytuje, czy aby studenci go słyszą wyraźnie, ale okazuje się, że nie bardzo. Nic dziwnego - trwała pora deszczowa i lało jak z cebra, co skutecznie zagłuszało słowa wykładowcy.
W związku z czym napisał on na tablicy cztery słowa: 静坐听雨. Siedźcie cicho, słuchajcie deszczu.
(Scena pojawia się w pierwszych pięciu minutach powyższego fragmentu filmu)
Bardzo mnie ta scena wzruszyła; przede wszystkim dlatego, że jest oparta na faktach. Te słynne cztery znaki, pokazujące studentom, że okoliczności okolicznościami, a umiejętność zachowania spokoju i dostrzeżenia tego, co ważne tkwi w nas - bez względu na zgiełk i chaos - te właśnie cztery znaki zostały napisane przez Chen Daisuna 陈岱孙, jednego z najsłynniejszych chińskich ekonomistów i wielkiego erudytę.
Urodzony w 1900 roku Chen Daisun pochodził z Fujian, z rodziny o bogatych tradycjach intelektualnych - już jego dziadek wraz z braćmi pozdawali egzaminy państwowe najwyższego stopnia (jinshi). On sam mając lat piętnaście dostał się do prowadzonej przez metodystów szkoły średniej, a trzy lata później został przyjęty do Akademii Qinghua. W 1920 roku dostał stypendium na studia w Stanach Zjednoczonych, gdzie kolejno uzyskał tytuł licencjata, a potem magistra literatury i doktorat z filozofii na Uniwersytecie Harvarda. W 1927 roku wrócił do Chin, by objąć kierownictwo Katedry Ekonomii na Uniwesytecie Qinghua. I właśnie jako profesor ekonomii przybył do Kunmingu nauczać na Południowo-Zachodnim Połączonym Uniwersytecie.
Wykład połączony z przymusowym słuchaniem deszczu przeszedł do historii i zawsze wydawał mi się szalenie inspirujący. Uwielbiam pokazaną tu postawę wobec życia. Nie chodzi tylko o akceptację tego, czego nie można zmienić, nauczenie się przeżywania nieuniknionych trudności w sposób, który jest twórczy i czegoś nas uczy. Nie chodzi nawet o spokój w środku chaosu i umiejętność zachowania porządku w głowie mimo zgiełku na zewnątrz - choć to buddyjsko-taoistyczne podejście jest mi z wielu względów bliskie (zwłaszcza odkąd mam przy sobie Tajfuniątko). Nie chodzi nawet o równie mi miłą uważność, nie oceniającą, a obserwującą, tak podobną medytacji. Choć całe to wyciszenie i postawa ogólna są oczywiście warte zadumy i naśladowania, ja patrzę na całą tę sytuację z punktu widzenia wykładowczyni i nauczycielki. Kim chcę być? Nauczycielką pilnującą gramatyki i wymowy, przekazującą wiedzę, a potem otrzepującą ręce z kredy i - finito? Czy kimś, kto poza wiedzą może przekazać coś więcej: postawę, uważność i elastyczność w reagowaniu na zmiany? Trudności i niedogodności nie muszą być przeszkodą, mogą być studium przypadku i nauką na przyszłość. Czasem to, co najważniejsze, kryje się w ciszy, podczas przerwy, gdy dajemy czas sobie i innym. Czasem najlepszym nauczycielem jest deszcz, szum, fala, chmura i skrzypienie bambusów. Mogą być tłem, a mogą być motywem przewodnim, jak wszystkie inne piękne i dobre rzeczy i sprawy - muzyka, przyjaźń, miłość...
Parę tygodni temu do Kunmingu wróciła pora deszczowa z burzami i przemakaniem w pięć minut do suchej nitki. I podczas jednej lekcji, gdy okna były otwarte, a chwilę przed dzwonkiem lunęło jak z cebra, udało mi się skończyć lekcję przed czasem, spojrzeć na studentów i poprosić ich, by odłożyli wszystko i po prostu posłuchali deszczu.
Jeśli nawet zapomną wszystkie słówka i czasy, chciałabym, żeby zapamiętali tę właśnie chwilę.



































