2026-07-13

渔舟唱晚 Wieczorna pieśń rybacka

Jest to klasyczny utwór na guzheng wywodzący się z Henanu. Oparty na starożytnej melodii, w obecnej formie został zaaranżowany przez mistrza Lou Shuhua pod koniec lat trzydziestych XX wieku. Istnieje również wcześniejsza wersja mistrza Jin Zhuonana powstała tuż po upadku cesarstwa; częściowo się one pokrywają, jednak wersja Lou Shuhua cieszy się zdecydowanie większą popularnością. 
Co ciekawe, tytuł pochodzi ze słynnego wersu z Tengwangge xu 滕王閣序 autorstwa tangowskiego poety Wang Bo
渔舟唱晚,响穹彭蠡之滨;
雁阵惊寒,声断衡阳之浦 
Z wieczora pieśni rybackie niosą się nad brzegami Pengli*, 
a klucze dzikich gęsi zrywają się z zimna - ich głos zamiera u brzegów Hengyangu

Utwór, w przeciwieństwie do większości kawałków guzhengowych, jest większości Chińczyków doskonale znany, a to dlatego, że pochodząca z lat osiemdziesiątych wersja na keyboard była przez długi czas wykorzystywana jako muzyka w tle prognozy pogody na zakończenie wieczornego wydania wiadomości (kto chętny, może posłuchać tutaj; ja mam uczulenie). 

Oczywiście, najbardziej znana jest wersja tradycyjna, na guzheng:
 
Ciekawa jest również wersja na skrzypce z towarzyszeniem zachodniej orkiestry:  
Gdy odkryłam wersję na flet, czekało mnie małe zaskoczonko: w tym wykonaniu solistką jest moja szkolna koleżanka, Elżbieta Woleńska! Która, jak się okazuje, wykłada flet na jednej z chińskich uczelni! 
 
Biorąc pod uwagę wielką popularność tej melodii, wcale mnie nie dziwi powstanie na jej bazie piosenek pop: Lotos w wodzie George'a Lam oraz Wieczorna pieśń rybacka Michaela Kwan Ching Kit.

*彭蠡 Pengli to dawna nazwa największego chińskiego słodkowodnego jeziora Poyang.

2026-07-11

Do boju!

Och, jak się cieszę, że Lu Xun, najważniejszy chiński pisarz, został w końcu przetłumaczony na polski! Kilka jego opowiadań czytałam po chińsku (jedno wchodziło nawet w skład mojego podręcznika do nauki chińskiego), jednak chciałam poznać ich smak po polsku.

To nie była uczta duchowa. Albo raczej: była czasem, przy kolejnym trafnym spostrzeżeniu, które niestety nie zestarzało się do dziś: o kołtuństwie, przesądach, kumoterstwie... Ale jednak - literatura zaangażowana ma jedną zasadniczą wadę: pokazuje tylko te brzydkie strony. Najtrudniej jest zawsze widzieć rzeczywistość taką, jaka jest, kiedy się w niej tkwi, ze wszystkimi bolączkami, ale też okruchami dobra. Świat u Lu Xuna jest brzydki, kłamliwy i pełen wad, bo stwierdził on, że ma obowiązek moralny dotykać tego, co boli i mówić głośno o tym, co wszyscy ukrywają. To było ważne sto lat temu i jest ważne dziś, ale - och! jak bardzo chciałabym przeczytać obserwacje Lu Xuna dotyczące piękna, dobra i empatii! Jeśli faktycznie widział świat dokładnie takim, jaki opisywał, to bardzo mi go żal - bo widział tylko wady. Kiedyś też uważałam, że najważniejsze jest pokazywanie brzydkiej i bolesnej prawdy; dziś wiem, że bodaj trudniejsze jest dostrzeganie nudnego i bezbarwnego dobra. Tak trudno czasem je znajdować wokół siebie czy nawet w sobie...

Nie żałuję lektury, broń buddo! Mogę się nie zgadzać z Lu Xunem, mogę patrzeć nań pobłażliwie za nienawiść do chińskiej medycyny, ale nie ulega wątpliwości, że warto czytać rzeczy, które bolą. Tylko - warto je również przetykać lekturami, które pokażą inną, łaskawszą perspektywę.

PS. Kong Yiji <3

2026-07-09

静坐听雨 Siedźcie cicho, słuchajcie deszczu

Pisałam kiedyś dla Was o filmie Forever Young, opisującym powstanie Południowo-Zachodniego Połączonego Uniwersytetu 西南联大. Pojawia się tam scena, jak to nauczający w mocno polowych warunkach wykładowca raz po raz dopytuje, czy aby studenci go słyszą wyraźnie, ale okazuje się, że nie bardzo. Nic dziwnego - trwała pora deszczowa i lało jak z cebra, co skutecznie zagłuszało słowa wykładowcy. W związku z czym napisał on na tablicy cztery słowa: 静坐听雨. Siedźcie cicho, słuchajcie deszczu.
  
(Scena pojawia się w pierwszych pięciu minutach powyższego fragmentu filmu) 

Bardzo mnie ta scena wzruszyła; przede wszystkim dlatego, że jest oparta na faktach. Te słynne cztery znaki, pokazujące studentom, że okoliczności okolicznościami, a umiejętność zachowania spokoju i dostrzeżenia tego, co ważne tkwi w nas - bez względu na zgiełk i chaos - te właśnie cztery znaki zostały napisane przez Chen Daisuna 陈岱孙, jednego z najsłynniejszych chińskich ekonomistów i wielkiego erudytę.
Urodzony w 1900 roku Chen Daisun pochodził z Fujian, z rodziny o bogatych tradycjach intelektualnych - już jego dziadek wraz z braćmi pozdawali egzaminy państwowe najwyższego stopnia (jinshi). On sam mając lat piętnaście dostał się do prowadzonej przez metodystów szkoły średniej, a trzy lata później został przyjęty do Akademii Qinghua. W 1920 roku dostał stypendium na studia w Stanach Zjednoczonych, gdzie kolejno uzyskał tytuł licencjata, a potem magistra literatury i doktorat z filozofii na Uniwersytecie Harvarda. W 1927 roku wrócił do Chin, by objąć kierownictwo Katedry Ekonomii na Uniwesytecie Qinghua. I właśnie jako profesor ekonomii przybył do Kunmingu nauczać na Południowo-Zachodnim Połączonym Uniwersytecie. 
Wykład połączony z przymusowym słuchaniem deszczu przeszedł do historii i zawsze wydawał mi się szalenie inspirujący. Uwielbiam pokazaną tu postawę wobec życia. Nie chodzi tylko o akceptację tego, czego nie można zmienić, nauczenie się przeżywania nieuniknionych trudności w sposób, który jest twórczy i czegoś nas uczy. Nie chodzi nawet o spokój w środku chaosu i umiejętność zachowania porządku w głowie mimo zgiełku na zewnątrz - choć to buddyjsko-taoistyczne podejście jest mi z wielu względów bliskie (zwłaszcza odkąd mam przy sobie Tajfuniątko). Nie chodzi nawet o równie mi miłą uważność, nie oceniającą, a obserwującą, tak podobną medytacji. Choć całe to wyciszenie i postawa ogólna są oczywiście warte zadumy i naśladowania, ja patrzę na całą tę sytuację z punktu widzenia wykładowczyni i nauczycielki. Kim chcę być? Nauczycielką pilnującą gramatyki i wymowy, przekazującą wiedzę, a potem otrzepującą ręce z kredy i - finito? Czy kimś, kto poza wiedzą może przekazać coś więcej: postawę, uważność i elastyczność w reagowaniu na zmiany? Trudności i niedogodności nie muszą być przeszkodą, mogą być studium przypadku i nauką na przyszłość. Czasem to, co najważniejsze, kryje się w ciszy, podczas przerwy, gdy dajemy czas sobie i innym. Czasem najlepszym nauczycielem jest deszcz, szum, fala, chmura i skrzypienie bambusów. Mogą być tłem, a mogą być motywem przewodnim, jak wszystkie inne piękne i dobre rzeczy i sprawy - muzyka, przyjaźń, miłość... 
Parę tygodni temu do Kunmingu wróciła pora deszczowa z burzami i przemakaniem w pięć minut do suchej nitki. I podczas jednej lekcji, gdy okna były otwarte, a chwilę przed dzwonkiem lunęło jak z cebra, udało mi się skończyć lekcję przed czasem, spojrzeć na studentów i poprosić ich, by odłożyli wszystko i po prostu posłuchali deszczu. Jeśli nawet zapomną wszystkie słówka i czasy, chciałabym, żeby zapamiętali tę właśnie chwilę.