Około 40 kilometrów od Huize znajduje się góra będąca częścią pasma górskiego Wumeng, której wysokość wynosi od 2570 do 4017 m.n.p.m. (Góra Guniu Zhai 牯牛寨 czyli dosłownie Krowia Wioska, najwyższy punkt w "województwie" Qujing), będąca wielkim turystycznym hitem. Pomyślana została jako ośrodek narciarski; na razie jest tu zaledwie parę tras, jednak w planie jest 26 tras narciarskich o różnym stopniu trudności, 4 wyciągi, hotel tematyczny, miasteczko wypoczynkowe, baza szkoleniowa dla narciarzy... Ośrodek działa od połowy listopada do kwietnia następnego roku; można liczyć mniej więcej na 120-150 dni śniegu rocznie. Jednak poza byciem planowaną bazą narciarską, jest ten teren całą resztę roku otwarty dla zwykłych turystów. A jest po czym pochodzić! Mamy do dyspozycji ponad dziesięć hektarów mieszczących szlaki górskie, jeziora, jaskinie krasowe (w tym Jaskinia Jaskółek/Jerzyków 燕子洞, w której te ptaki mieszkają od kwietnia do października), źródła i strumienie. Wokół zaś yijskie kamienne domy, tak różne od zabudowy yijskiej w innych regionach Yunnanu! Zimą wszystko przykryte śniegiem, ale w maju, gdy się tam wybraliśmy, były to po prostu piękne zielone hale, skubane przez krowy i owce, z porywistym górskim wiatrem i niesamowicie ostrym słońcem. Inna rzecz, że śnieg potrafi tam padać jak rok długi, a na mgłę, deszcz i zimny wiatr trzeba być przygotowanym zawsze.
Szczyt Krowia Wioska nazwę zawdzięcza kształtowi przypominającemu leżącą krowę. Znajdują się na tej górze po dziś dzień pozostałości domniemanej katastrofy lotniczej Latających Tygrysów i innych reliktów związanych z transportem lotniczym w czasie II WŚ. Jednak w źródłach pisanych góra ta pojawia się znacznie wcześniej: ponoć już za czasów, gdy w Chinach rządzili Tangowie, a znaczna część Yunnanu była niezależnym Królestwem Nanzhao, w 787 roku trzeci król Nanzhao - Yimouxun 异牟寻 - nazwał ten szczyt Yunnańskim Taishanem (东岳). Tak konkretnie: chciał naśladować chińską tradycję składania ofiar na Pięciu Świętych Górach w Chinach, więc nadał odpowiednie tytuły Pięciu Świętym Górom i Czterem Rzekom 五岳四渎 na terenie swego królestwa. No a że Guniu zhai jest na wschodzie, została Wschodnią Górą, czyli odpowiednikiem chińskiego Taishanu.
Po raz drugi góry te stały się sławne na początku 1942 roku, gdy Rangun w Birmie upadł, wskutek czego wszystkie lądowe i morskie szlaki komunikacyjne Chin z zagranicą zostały przerwane. Aby zapewnić transport amunicji itp. Latające Tygrysy latały nie tylko słynną trasą nad garbami, ale również trasą krajową Kunming-Huize-Chongqing. Ponieważ wysokość szczytów górskich na trasie przekraczała rzeczywisty pułap samolotów transportowych z pełnym ładunkiem, dlatego samoloty musiały przelatywać przez doliny i przełęcze położone poniżej szczytów górskich, co znacznie zwiększało ryzyko lotu. W czasie II wojny światowej w yunnańskich górach straciło życie 2000 pilotów, a 500 maszyn zderzyło się z ziemią. Jednym z nich był duży samolot transportowy o numerze C-46-4717, który rozbił się 24 marca 1944 roku na Guniu Zhai. Po dziś dzień nie znaleziono dokładnego miejsca katastrofy.
Jednym z najpiękniejszych widoków tej góry są ponoć ukwiecone hale. Miałam nadzieję, że w maju będzie można to ujrzeć, ale okazało się, że zima trwa tu zdecydowanie dłużej niż w Kunmingu, a w maju hale dopiero zaczynały się zielenić. Pewnie latem byłoby piękniej. Drugim widokiem, na który bez własnego samochodu nie mieliśmy szans, jest Światło Buddy - złoty blask tuż przed wschodem słońca. Zgodnie z legendą, pewien mnich ukrywał się dawnymi czasy we wnętrzu naszej góry. Pewnego dnia udało mu się osiągnąć oświecenie. Odtąd zawsze, gdy spotka osobę, której zostało to przeznaczone, emituje światło Buddy. A tam, dokąd ono dotrze, ozłaca górskie skały tak, że lśnią jak skarby.
To wszystko mocno działa na wyobraźnię, ale szczerze mówiąc - i tak byłam zachwycona błękitem nieba, mocą słońca, wiatrem, jeziorem, a nade wszystko chmurami, w które mogłabym się wpatrywać godzinami.
| Pierwszą część trasy pokonaliśmy na yunnańskich konikach - głównie dla uciechy Tajfuniątka. |
| Wspinamy się na szczyt szczytów. |
Wycieczka była szalenie przyjemna, jednak popełniliśmy wielki błąd taktyczny: zapomnieliśmy, że w tak wysokich górach będzie bardzo zimno nawet w tak piękny, słoneczny dzień. Dlatego niestety wycieczkę musieliśmy skrócić, gdy okazało się, że wszyscy jesteśmy już przemarznięci. Mieliśmy grube spodnie, kurtki itd., ale to wszystko okazało się za mało - do jurt na początku trasy wróciliśmy niemal bez czucia w palcach u rąk i nóg. Jeśli się tam wybierzecie, pamiętajcie o wielowarstwowym odzieniu. No i o tym, żeby w jurtach zamówić na lunch coś ciepłego!
| Po żmudnej wspinaczce schowaliśmy się w jurcie i spróbowaliśmy baranich szaszłyków. |
| jęczmienne podpłomyki, pycha! |






































