2026-08-25

chrupiąca czerwona fasola 酥红豆

Skoro już jesteśmy przy czerwonej fasoli, to pomówmy o bodaj jedynej wersji, którą naprawdę kocham: o chrupiącej czerwonej fasoli prażonej z gorzką kapustą 苦菜酥红豆*. Jest to jedno z najbardziej yunnańskich dań świata, składające się głównie ze wspomnianych dwóch składników z dodatkiem chilli. W dodatku, choć mieszkam tu już tak długo, nadal chadzam na nie do knajpy. Nie to, że nie umiem zrobić. Po prostu samodzielne zrobienie tej fasolki tak, żeby była co najmniej tak dobra, jak w restauracji, jest trudne. Chodzi głównie o dobrą kontrolę temperatury oleju, żeby fasola była chrupiąca, ale żeby jej nie przypalić. 
Składniki
  • 500 g czerwonej fasoli 
  • suszone papryczki chili 
  • gorzka kapusta (大苦菜) 
  • skrobia ziemniaczana 
  • sól 
Wykonanie
  1. Poprzedniego dnia fasolę namoczyć. 
  2. Następnego dnia fasolę najpierw ugotować do miękkości, a następnie dokładnie odcedzić. 
  3. Gorzką kapustę pokroić w drobną kostkę. 
  4. Do miski wsypać skrobię ziemniaczaną; wsypać do niej ugotowaną fasolę i dokładnie obtoczyć.
  5. Rozgrzać wok, wlać olej - na tyle dużo, by mógł całkowicie przykryć fasolę. 
  6. Gdy olej będzie gorący, wrzucić suszone papryczki chilli i smażyć, aż zapachną. 
  7. Następnie dodać obtoczoną fasolę i smażyć na dużym ogniu, by całkowicie odparować wodę z jej powierzchni. 
  8. Gdy woda odparuje, zmniejszyć ogień i smażyć dalej, aż fasola zacznie lekko pękać - to znak, że jest gotowa. 
  9. Wówczas należy wyjąć i odcedzić usmażoną fasolę. 
  10. Z woka odlać większość tłuszczu, a potem obsmażyć pokrojoną kapustę, aż wilgoć odparuje. 
  11. Dodać usmażoną fasolę, posolić i przesmażyć - danie gotowe! 
Doskonałe nie tylko jako jedno z dań obiadowo-kolacyjnych, ale również jako zakąska.



Ciekawostka: danie to jest od lat jednym z moich ukochanych. Jednak jakoś nigdy nie złożyło się, by o nim napisać. Gdy przeglądałam wpisy pod kątem czerwonej fasoli, która została nam podana w Anningu, na hasło "czerwona fasola" na blogu pojawiły się... trzy szkice z naszą chrupiącą czerwoną fasolą. Pierwszy był z 2015 roku. Zawsze wrzucałam zdjęcie, a potem mówiłam sobie, że napiszę kiedy indziej, jak będzie czas, tratata. Właśnie widać. Dziesięć lat z hakiem minęło od pierwszego szkicu. Ech, prokrastynacja. Jeśli czegoś nie zrobię od razu, to potem tak to właśnie wygląda... 
*istnieje również w wersji z yunnańską kiszoną kapustą 酸菜酥红豆.

2026-08-18

鳳尾蘭 orchidea z ogonem feniksa czyli jukka

Ponieważ Tato wyzbierał cały agrest, poza kompotami i dżemami zrobiłam parę słoików gąszczu czyli staropolskiego chutney oraz nastawiłam agrestowy ocet. Z mirabelek i ałyczy zrobiłam hektolitry kompotu, dżem i moją ukochaną tkemali, oczywiście dostosowaną do zawartości tutejszego ogródka. No a potem załapałam się jeszcze na jukkę, szpilecznicę, kręplę (jakież te nazwy są piękne!):


Wszystkie jędrne jeszcze płatki i pędy zebrałam, pozbawiłam pręcików i słupków, opłukałam w zimnej wodzie, a potem, yunnańskim zwyczajem, usmażyłam w omlecie. Na miseczkę kwiatów musiałam wbić pięć jaj, żeby konsystencja była omletowa. Następnym razem usmażę jajecznicę...

Został pożarty tak szybko, że nie zdążyłam zrobić zdjęć. Jeśli macie jeszcze jukkę, to bardzo polecam.

No.

Tym pozytywnym i apetycznym akcentem kończę leniuchowanie. Ruszyłyśmy już w drogę. W przyszłym tygodniu, kiedy trochę odpocznę i odchoruję loty i zmianę stref czasowych, a także kiedy przyzwyczaję się znów do niemal 2000 m.n.p.m, będę chciała powoli wrócić do pisania, czytania (może się to wydawać mało prawdopodobne, ale okazało się, że na przestrzeni ostatniego miesiąca nie tylko nie przeczytałam ani jednej książki, ale nawet nie skończyłam tej, z którą wyjechałam z Kunmingu!) i mojego małego, chińskiego świata. Wracam bardziej zmęczona fizycznie, ale za to z przewietrzoną głową i sercem, które wróciło do rytmu maleńkiej wioski, lasu, morza i pól. Mam nadzieję, że tak naładowane akumulatory wytrwają do przyszłych wakacji. 


2026-07-19

madan มะดัน

Za granicą - obojętnie za którą: kraju, prowincji, czasem nawet miasta czy wręcz dzielnicy - uwielbiam odwiedzać nie tylko targi, ale również supermarkety oraz moje ukochane 7-11. Zawsze znajduje się w nich coś unikalnego, niespotykanego w innych miejscach, choć niby marka ta sama. Po pierwsze mogę tam znaleźć jedzenie, które jest mi całkowicie nieznane. Po drugie - i chyba nawet ważniejsze - w przeciwieństwie do tego na targowiskach, sklepowe jest zazwyczaj opisane, często kilkujęzycznie. Dzięki temu odkryłam madan - tajski owoc wyglądający jak skrzyżowanie śliwki z zielonym chilli. Odkryłam go w postaci piklowanej, odpestkowany, zapakowany w opakowanie próżniowe, jednak teraz już będę wiedzieć, że istnieje, więc na straganie też go nie przeoczę. Jest to kuzyn moich ukochanych mangostanek czyli smaczelin - one też należą do rodzaju Garcinia, tyle, że mangostany to Garcinia mangostana, a madan to Garcinia schomburgkiana
Madan jest rośliną wieloletnią, zimozieloną. Owoce są podłużne, zielone i bardzo kwaśne, bogate w witaminy C oraz A. Mogą być jedzone na surowo, chętnie maczane w papryce z solą, a także kiszone/marynowane, kandyzowane i suszone. Owoce są również wykorzystywane jako przyprawa w tajskich zupach i sosach. Młode pędy i liście są jadane jako warzywo. Roślina jest też używana jako zioło: owoc działa wykrztuśnie, łagodzi stany zapalne gardła, a korzenie i liście wzmacniają organizm. Więcej o owocku możecie się dowiedzieć tutaj: