2026-05-13

素炒花生芽 Smażone kiełki fistaszkowe

Ostatnio często je widuję na targu. Są dużo konkretniejsze od kiełków mung czy innych, a nawet po obróbce cieplnej są nadal przyjemnie chrupiące. Postanowiłam więc nauczyć się je przyrządzać tak, jak się je przyrządza w yunnańskich knajpach. 

Składniki
  • pęk kiełków fistaszkowych 
  • suszone chilli albo duża słodka papryka 
  • czosnek 
  • sól 
  • ewentualnie: sos sojowy lub ostrygowy 
Wykonanie
  1. Kiełki dokładnie umyć, pozbawić korzonków i pokroić na mniejsze kawałki, łatwe do uchwycenia pałeczkami. 
  2. Chilli i czosnek drobno posiekać; jeśli robicie wersję ze słodką papryką, to pokroić ją w paseczki.
  3. Obsmażyć chilli i czosnek, a gdy zapachną, dodać kiełki. 
  4. Chwilę smażyć, a na koniec dosmaczyć solą i ewentualnie sosem sojowym lub ostrygowym (ja tego nigdy nie robię, ale w restauracjach jest to normalna praktyka).

2026-05-11

云南多依 docynia yunnańska

云南多依 czyli Docynia delavayi - docynia odkryta przez naszego ulubionego misjonarza-botanika Jean Marie Delavay'a. Jest to drzewo należące do rodziny różowatych, tej samej, do której należą też śliwy, jabłonie czy... poziomki. Jej owoce z wyglądu i właściwości najbardziej przypominają pigwowca - jest twarda i kwaśna - dlatego też często do nazwy dodaje się przymiotnik kwaśna: 酸多依. Inna jej nazwa jest zresztą ściśle związana z yunnańską nazwą pigwowca czyli drzewna gua "木瓜" - mówi się na docynię "mały pigwowiec" 小木瓜. Jeszcze jedną często używaną nazwą jest 栘𣐿 yíyī, przy czym warto zauważyć, że jest ona stosowana do wszystkich docynii, a nie tylko yunnańskiej. Ta nasza najczęsciej występuje w Yunnanie, Syczuanie i Guizhou; rośnie często w lasach mieszanych, na wysokości 1000-3000 m.n.p.m. Choć chętnie wyrasta przy strumieniach i w zacienionych dolinach, jest również wyjątkowo wytrzymała na suszę i kiepską, jałową glebę. Najstarsze okazy mają po 400 lat! Oczywiście tak starym drzewom niektóre grupy etniczne przypisują właściwości magiczne, np. Naxi i Bai traktują docynię jak "boskie drzewa" 神树 i bardzo się o nie troszczą. Ostatnimi laty, ze względu na ich wielką urodę podczas jesiennego wybarwiania liści, często wykorzystuje się je jako drzewa ozdobne w yunnańskich parkach. 
W Yunnanie docynia od wieków jest używana w celach medycznych - owoc leczy biegunkę, poprawia trawienie i odrobacza. Kora ma właściwości przeciwzapalne i wywar był stosowany do przemywania ran i robienia okładów. Poza tym jednak zawsze robiono z niej marmoladki (wysoka zawartość pektyn), a także nastawiano ocet i używano jako bazy do napojów - woda przyprawiona plastrem docynii świetnie gasi pragnienie w upalny dzień. Można ją też dodawać do zup, żeby je zakwasić - popularnym daniem kuchni Dai, Wa i Hani jest na przykład rosół z wolnowybiegowych kurczaków lub bażantów z dodatkiem docynii bądź pigwowca. Dopiero jednak w Mojiangu spotkałam się z docynią jadaną na surowo. Nawet dojrzała docynia o żółtej skórce jest mocno kwaśna i twardawa - jak to jeść? Pani z naszego ulubionego mojiańskiego sklepu z owocami przyrządziła więc dla nas pikantną sałatkę z docynii i amli, robioną podobnie do tajskich sałatek z zielonej papai, zielonego mango czy pomelo, tylko zawierającą mniej składników - wystarczyło pokrojone owoce wymieszać z pikantną pastą z wędzonego chilli i poczekać, żeby się przegryzło. Oczywiście w restauracjach znajdziecie raczej tłuczoną wersję prosto z ogromnego moździerza, tak częstą w kuchniach grup etnicznych Dai, Lahu czy Wa: owoce tłucze się ze świeżym chilli, solą, a często również ze świeżymi ziołami i fistaszkami. Jednak łatwo sobie wyobrazić młodzież idącą na cały dzień w góry, by zbierać herbaciane liście - nie nieśli z sobą wielkich moździerzy, a co najwyżej woreczek z solą i kilka chilli w kieszeni, by po prostu umoczyć owoc w soli i zagryźć papryką dla przełamania kwaśnego smaku. Po dziś dzień to tak zresztą wygląda. Och, jakże orzeźwiające są takie owoce!

2026-05-09

dżakarandy

Mało brakowało, a nie załapalibyśmy się na dżakarandowy sezon! Przestaliśmy każdego dnia po odprowadzeniu Tajfuniątka do szkoły spacerować nad Szmaragdowym Jeziorem, a tam przecież rosną moje ulubione dwie dżakarandy, które, wystawione na pełne słońce, dość szybko kwitną. Jakoś nie złożyło się, byśmy wędrowali wzdłuż Rzeki Panlong (Wijącego-Się-Smoka), a na ulicy Targu Nauki to już w ogóle wieki nie byliśmy. Tymczasem Kunming spłatał nam figla, bo w tym roku nie było zimy - Wieczna Wiosna okazała się być prawdziwsza niż kiedykolwiek - i gdy w końcu doszliśmy nad Jezioro, okazało się, że dżakarandy w pełnym rozkwicie! Aaaaaa! Szybko zabrałam ZB i Tajfuniątko na dłuuuuugi spacer nad Panlongiem.
Wieczorem przeszliśmy jeszcze Dżakarandowym Parkiem:
a potem na szybkie zakupy w Pomyślnej Piekarni, w której znów pojawiły się sezonowe łakocie, tym razem kolorystycznie dobrane właśnie do dżakarand. 
Jak zwykle z uwagą obejrzeliśmy dżakarandowe gadżety; tym razem jednak odpuściliśmy. Naszych 40 metrów kwadratowych już nic nie może pomieścić.
Niby nic by się nie stało, gdybym tym razem odpuściła sobie te nieszczęsne dżakarandy. Przecież są i inne kwiaty - kąciciernie też już dają po oczach, ogrody różane olśniewają, przyroda jest nieokiełznana nawet w miejskim więzieniu. Ale... moje pory roku biegną w Kunmingu zgodnie z kwitnieniem, złoceniem liści, porą suchą i deszczową, grzybami, sezonowymi przekąskami i zmianą kołder. Przegapienie zmian mogłoby oznaczać, że Kunming mi spowszedniał. A tego nie mogłabym mu zrobić.