2026-06-14

studenci

Rzadko dzielę się tu doświadczeniami związanymi z pracą. Jakoś tak dziwnie - poniekąd mogłabym włączyć te doświadczenia w treść blogu, bo przecież uczę chińskich studentów i wciąż trafiam na rozmaite różnice kulturowe. Mimo to - ta sfera jest zazwyczaj tak mocno oddzielona od moich pasji i odkryć, że jakoś omijam te ciekawostki szerokim łukiem. Dziś jednak chciałam podzielić się trzema historyjkami, pozwolę więc sobie nakreślić tło. 

Od dwóch lat z kawałeczkiem jestem lektorką angielskiego na Uniwersytecie Yunnańskim i uczę nie tylko języka, ale również podstaw dialogu międzykulturowego. Obecność na moich zajęciach jest obowiązkowa, w związku z czym ląduje u mnie sporo studentów, którzy zajęcia chcą po prostu odbębnić i mieć z głowy. Ponieważ jednak uczę angielskiego mówionego, kiedy ktoś nie odpowiada na moje pytania, tłumaczę, że to jest speaking class, a nie sitting class, więc niech się ogarnie, bo inaczej poniesie niemiłe konsekwencje w postaci niskiej oceny "z lekcji". A że ocena "z lekcji" stanowi 60% oceny końcowej (pozostałych 40% związanych jest z egzaminami), warto się jednak postarać. Oczywiście, jak to bywa - do części studentów dociera, do części dotrze za dziesięć lat, a do części może i nigdy. 

Ponieważ termin egzaminów został wyznaczony na koniec obecnego miesiąca, wystawiłam ołówkiem wstępne oceny do wglądu dla studentów z zastrzeżeniem, że mają jeszcze trzy spotkania na to, żeby coś poprawić i się wykazać. Wiedząc jednak z doświadczenia, że to samo zdanie wypowiedziane z katedry "do wszystkich" działa zupełnie inaczej niż rozmowa twarzą w twarz, przed zajęciami podeszłam do studentów, którzy borykają się z nieśmiałością albo na przykład do tych, których pamiętałam z poprzednich semestrów jako pilnych, ale w tym semestrze jakoś dziwnie odpuszczających, a także do tych, którzy zazwyczaj pilnie słuchają, ale nigdy sami nie zgłaszają się do odpowiedzi - i poprosiłam ich, by dali mi szansę, żebym mogła wystawić im lepsze oceny.

Część puściła mimo uszu, część nie zdołała się przełamać, ale część faktycznie przygotowała ładne wypowiedzi i wyjąkała je na forum. Z wielką przyjemnością wygumowywałam stare oceny i wpisywałam nowe, odrobinę wyższe, mając nadzieję, że przez następne dwa tygodnie będą jeszcze próbować coś wywalczyć. 

A tu nagle na koniec zajęć podchodzi do mnie studentka, jedna z tych cichych i nieśmiałych, która zgłosiła się tego dnia do odpowiedzi, i to dwa razy! Uśmiechnęłam się do niej ciepło, pogratulowałam odwagi, a ona powiedziała: "dziękuję, że mnie zawsze wspierasz" - i się do mnie przytuliła. 

Zdołałam się poryczeć ze wzruszenia dopiero wtedy, gdy już ze śmiechem się pożegnałyśmy, życząc sobie wzajemnie miłego wieczoru.

Mam też ucznia, który od początku semestru nie przepuścił żadnej okazji żeby potowarzyszyć mi po lekcji i jeszcze ze mną pogawędzić. Żywiołowy, rozgadany, uśmiechnięty, zdążył się już ze mną podzielić niejedną historią, choć nie mam dlań wiele czasu - pozwalam się po prostu odprowadzić z sali wykładowej do autokaru, którym dwadzieścia minut po zakończeniu zajęć wracam do Kunmingu. Chętnie z nim rozmawiam, bo widać, że mu bardzo zależy na ćwiczeniu angielskiego, a co mi to szkodzi? Tylko, że ostatnio zanim zdążył mi powiedzieć wszystko, co chciał, już byliśmy pod autokarem, a on aż westchnął z rozczarowaniem, że zawsze jest za mało czasu! Uśmiechnęłam się i przeprosiłam, no ale autokar zaraz rusza, a ja naprawdę muszę już wracać do domu. Na co on się zreflektował, zaśmiał się, a potem spojrzał na mnie ciepło i powiedział, że przecież on rozumie, ale po prostu czas zupełnie inaczej płynie, kiedy rozmawia się z kimś, do kogo ma się zaufanie i kogo można nazwać przyjacielem. Powiedziałam, zgodnie z prawdą zresztą, że czuję się zaszczycona jego zaufaniem i że na pewno go nigdy nie nadużyję.

Ledwo wsiadłam do autokaru, dostałam wiadomość od jednego ze studentów. Poziom jego gramatyki i wymowy jest dramatyczny, jednak treść wypowiedzi zawsze jest przemyślana i ciekawa, a często również przezabawna. I pisze, że ponieważ to nasz ostatni semestr, a on w związku z tym, że planuje zdawać na magisterskie, musi pilnować średniej, chciałby zapytać, czy może zrobić cokolwiek, żeby poprawić swoje wyniki. Cały szkopuł w tym, że wyniki z testów odsłuchowych ma też raczej średnie. O ile za aktywność mogę mu wystawić nawet najwyższą ocenę, testów nie przeskoczę, bo są sprawdzane komputerowo. No ale okazało się, że wziął udział w konkursie angielskiego; wprawdzie nie wygrał, ale zajął jakieś tam daleeeeekie miejsce; od biedy da się to podciągnąć pod specjalne osiągnięcia, a one pozwolą odrobinę podnieść średnią. Gdy mu to powiedziałam, szalenie się ucieszył, a potem stwierdził, że jednak siedzenie w pierwszym rzędzie na moich zajęciach przynosi korzyści. Ja mu wytknęłam, że nie siedział tam z własnej woli - zawsze na początku semestru przesadzam cały ostatni rząd do pierwszego, żeby mieć na oku największych wałkoni i obiboków. A on mi na to: "Yes, exactly! Thank you for making me sit in the front row, Ms. Natalia. I really appreciate it and I hope you'll keep pushing and encouraging me in the future!". Na co odpowiedziałam, że oczywiście - tak długo, jak długo będzie tego potrzebować.

Te trzy (wśród wielu, wielu innych!) historie to takie maleńkie perełki, do których będę wracać, gdy kolejny leser będzie ściągał wypowiedzi ustne z AI, gdy będą opuszczać zajęcia albo ostentacyjnie grać w gierki na telefonie zamiast uczestniczyć w lekcji. A jednak kiedy myślę o tych dzieciakach, poza wielką sympatią czuję przede wszystkim ogromne ukłucie żalu i współczucia. Pomyślcie, jak bardzo są samotni i jak mało dostali wsparcia na swej dotychczasowej ścieżce, skoro odrobina życzliwości od jakiejś tam lektorki wywołuje w nich tak wielkie emocje. 

Ech.

Jak zwykle. Praca miała być tylko pracą, a okazało się, że nie umiem się od niej odgrodzić emocjonalnie i przywiązuję się do moich uczniów i chcę im pomóc - nie tylko z angielskim. I nawet jeśli na tysiąc sztuk pomogę dwóm czy trzem osobom - czuję, że warto. Oni już za chwilę pójdą w świat i pewnie już nigdy się nie spotkamy. Mam jednak nadzieję, że nasionko życzliwości i ciepło zakiełkuje, a gdy wypuści owoce, powędrują one dalej w świat.

2026-06-12

Świątynia Caoxi 曹溪寺

Świątynia buddyjska Caoxi w Anningu była dla mnie bardzo przyjemną niespodzianką. Położona w odległości niedługiego spaceru (1,5 km) od gorących źródeł, jest świetnym miejscem kontemplacji, odpoczynku i... dogodzenia kubkom smakowym - nie przypadkiem znaleźliśmy się tu w okolicach lunchu. Wróćmy jednak do samej świątyni. Jej całkowita powierzchnia to ponad 2000 metrów kwadratowych - bramy, sale, pagody, pawilony, zadaszone korytarze no i wypasiona siedziba opata - to wszystko zabiera sporo miejsca. Świątynia ta od 1983 roku znajduje się na liście najważniejszych zabytków prowincji, więc jest całkiem nieźle zaopiekowana. Miło było w tym zakątku niespiesznie zagłębić się w historię miejsca. A jest ona ciekawa! Po pierwsze: nikt nie wie, kiedy właściwie powstała. Podejrzewa się, że ufundowali ją mnisi wielbiący Caoxi Huinenga (stąd nazwa świątyni), jednego z najsłynniejszych mistrzów chan, Szóstego Patriarchę. Dokładny moment jej powstania nie jest znany, jednak podejrzewa się, że było to za czasów królestwa Dali, czyli w czasie, gdy w Chinach panowali Songowie (pamiętajmy, że Yunnan został włączony w chińskie granice dopiero za czasów Mongołów). Wiemy za to, kiedy mniej więcej została zniszczona i odbudowana, bowiem dobrze już nam znany Yang Sheng'an sporządził z tej okazji inskrypcję na steli w listopadzie 1533 roku. Parędziesiąt lat później świątynię nawiedził znakomity podróżnik Xu Xiake i zapisał treści uwiecznione na stelach. Potem, już za Qingów urzędnik rządzący Yunnanem zbierał datki na odbudowę świątyni, którą ukończono w 1694 roku; w 1881 znów trzeba ją było odbudować. A potem... świat o niej zapomniał, mając ważniejsze rzeczy na głowie. Za Republiki była już ponoć bardzo zaniedbana i zniszczona; po wybuchu wojny z Japonią sam Liang Sicheng prowadził badania terenowe starożytnych budowli w Yunnanie i Syczuanie - wówczas sporządzili jej plan i rysunki konstrukcyjne głównej hali świątynnej; ponoć na ich podstawie prowadzono prace renowacyjne.
Inskrypcja autorstwa cesarza Chongzhena (zgodnie z legendą).
Wracając do kubków smakowych: wegetariańska stołówka prowadzona przez mnichów jest słynna na cały Anning; na lunch przyjeżdżają tu goście nawet z samego Kunmingu! Nie przypadkowi jak my, tylko z pełną premedytacją łączący spacer po annińskich pagórkach z dogodzeniem żołądkowi.
Ciekawostka: po posiłku należy po sobie pozmywać. Nie, posiłek nie jest darmowy ;)

2026-06-10

Kwiaty szorstkowca Fortunego 棕包

O tym, że palmy mają wiele zastosowań, wiedziałam od dawna. Już pomijając te bananowe czy kokosowe, których zastosowanie jest oczywiste, są przecież jeszcze takie palmy jak nasz szorstkowiec, które można "ogolić" a z otrzymanych zeschłych liści łatwo zrobić matę przed drzwi, kapelusz czy nawet pelerynę suoyi. Dlatego raczej średnio mnie zdziwiło, gdy ZB na widok kwitnącej palmy westchnął, że koledzy, którzy potrafili się lepiej wspinać, mieli odeń bardziej urozmaiconą dietę. Właściwie bardziej mnie dziwiło, że choć już od dawna wiedziałam, że kwiaty palmy są jadalne, nigdy mi się ich nie zdarzyło zobaczyć w menu żadnej restauracji. Nawet angielska wiki twierdzi, że "The young flower buds are cooked and eaten in a variety of ways", a ja nie mogę spróbować? Cóż za niedpatrzenie! 
Całe szczęście w Anningu wybraliśmy się do restauracji typu chłopskie jadło 农家乐 akurat w sezonie ich kwitnienia - i były! Oczywiście zamówiliśmy.
Pąki kwiatowe palmy są znane jako palmowy tobołek 棕包,palmowy pęd bambusa 棕笋 lub ryż palmowego tobołka 棕包米. Złotożółte pąki kwiatowe wyrastają u nasady ogonków liściowych i zawierają gęste, drobne kwiaty, które dojrzewając przekształcają się w czerwone, groniaste owoce. Zgodnie z zasadami chińskiej medycyny działają chłodząco i obniżają ciśnienie krwi. Z kolei zgodnie z badaniami naukowymi zawierają 24 rodzaje aminokwasów oraz białko przeciwgrzybicze. Zarówno kwiatostany, jak i liście używane były tradycyjnie przez Chińczyków do leczenia biegunek, krwotoków z macicy i nadciśnienia. Naturalny smak kwiatów jest lekko gorzki i cierpki (do tego jednak wrócę za chwilę). Jeśli chodzi o sposoby przyrządzania, to najczęściej się je smaży, dusi albo gotuje - my zamówiliśmy smażone z czosnkiem bulwiastym. 
Wróćmy do smaku: zależy on nie tylko od geografii - im dalej na południe, tym są słodsze, ale również od gatunku i od... płci. Otóż żeńskie kwiaty są ponoć tak słodkie, że można je jeść nawet na surowo. Z kolei kwiaty męskie (czyli te, z których nie powstaną owoce) na surowo są gorzkie i cierplkie, dopiero po wymoczeniu i obróbce termicznej stają się aromatyczne i smakowite, choć osobom nieprzyzwyczajonym do ich specyficznego smaku nadal mogą się wydawać gorzkawe. Te nasze zdecydowanie były męskie, ale i tak mi smakowały, głównie z racji cudnej konsystencji.
Najważniejsze jednak, by spożywać raczej nierozkwitłe pąki, bowiem rozkwitłe kwiaty stają się coraz twardsze i coraz mniej smaczne. Najlepszy czas na ich zbieranie to 3-4 miesiąc księżycowy, czyli mniej więcej kwiecień-maj. Przy okazji dowiedziałam się też, że również serce palmy - sam środek pnia - jest jadalne gdy palma jest jeszcze niska i gruba. Przypomina wówczas pędy bambusa i podobnie się je przyrządza. 
Ciekawostka: w większości miejsc w Chinach się ich nie jada, ponieważ Li Shizhen - słynny chiński szesnastowieczny medyk - napisał, że kwiaty palmowe są toksyczne. Całe szczęście większość Yunnańczyków była analfabetami, więc nigdy nie przestali spożywać tego skarbu...