Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 電影. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 電影. Pokaż wszystkie posty

2026-06-02

Listy miłosne do babci 给阿嬷的情书

Miałam pisać o czymś kompletnie innym, jednak w sobotę podczas spotkania z koleżanką usłyszałam o pewnym filmie, a ponieważ do gustu koleżanki mam pewne zaufanie, w niedzielę wybrałam się do kina na film wspomniany w tytule. Oglądałam go w oryginalnej wersji językowej, czyli w teochew, dialekcie języka minnańskiego - w języku, którego nie znam. Było to bardzo potrzebne. W ogóle wolę filmy w oryginalnych językach z napisami niż z dubbingiem; spodziewam się, że gdybym go oglądała po mandaryńsku, wywarłby na mnie mniejsze wrażenie, ponieważ widać byłoby, że postacie co innego mówią, a co innego słychać. Połowa albo i większość ładunku emocjonalnego przepadłaby na zawsze. Nie będę Wam tego filmu streszczać; angielska wiki zrobiła to dość dobrze. Warto jednak oprócz stronki o filmie poczytać jeszcze o przymusowej taifikacji Chińczyków w Tajlandii, o listach z gotówką zwanych qiaopi, o mieście Shantou... To na pewno pomoże Wam zrozumieć tło filmu. 
Parę słów o reżyserze. Nazywa się Lan Hongchun i jest to jego trzeci film w języku teochew; wszystkie opowiadają przede wszystkim o relacjach rodzinnych, ale również o tle kulturowym, nieco odmiennym od sytuacji w reszcie Chin. Co ciekawe, inspiracją do opowiedzenia akurat tej historii był jego własny film dokumentalny dotyczący kuchni regionu, a zahaczający o doświadczenia Chińczyków mieszkających poza ojczyzną. Pewnie z rzeczywistej znajomości tematu wzięła się ta cudna dbałość o szczegóły - zobaczyć możecie na przykład stroje z epoki albo sposób depilacji, dziś już rzadko spotykany. Jednak jeszcze ważniejszy jest autentyzm wynikający z tego, że zdecydowana większość obsady to naturszczyki! Nie mówimy o dwóch czy trzech osobach, a o WIĘKSZOŚCI obsady! Główną rolę kobiecą odtwarza Li Sitong, absolwentka inżynierii finansowej... Kurczę, albo są genialni, albo reżyser naprawdę potrafi kręcić filmy. Albo jedno i drugie - bo według mnie w ogóle nie dawało się odczuć, że to nie byli zawodowi aktorzy. 
Film zaczął powstawać już trzy lata temu, jednak z powodu przekroczenia bardzo skromnego budżetu filmowany był długo, a że do niektórych miejsc nie udało się pojechać całej ekipie po raz wtóry, w ostatecznej wersji filmu pojawiły się też fragmenty nagrywane komórką, które pierwotnie miały tylko służyć za szkic. Całe szczęście Stowarzyszenie Teochew w Tajlandii wsparło projekt, i to nie tylko finansowo! W filmie pojawili się też prawdziwi chińscy seniorzy diaspory Teochew z Tajlandii w małych rólkach. Warto dodać, że w ciągu pierwszego miesiąca na ekranach film zarobił niebotyczne kwoty. Jak dotąd każda zainwestowana złotówka przyniosła ponad trzydziestokrotny zysk. 
Dlaczego? 
Nie jestem krytykiem filmowym; trudno mi mówić za innych. Za siebie jednak powiem: to film o niezwykłym ciężarze emocjonalnym, a jednocześnie niepozbawiony elementów humorystycznych. Jest w nim bolesna więcz szczerość i "zwykłość", która sprawiła, że od mniej więcej połowy z trudem powstrzymywałam szloch. To nie jest historia jakich wiele, a jednak opowiada o emocjach i wyborach tak ludzkich, tak zrozumiałych i tak trudnych, że chyba każdy jest w stanie się w nią wczuć. Przy okazji jest też to cudowny hołd złożony społeczności i więziom międzyludzkim. 
Film został pokazany w Cannes pod angielskim bezsensownym tytułem Dear You. Jeśli będziecie mieć okazję - serdecznie polecam.

2026-05-27

Diabeł ubiera się u Prady 2

Wybranie się na ten film do kina traktuję jak grzeszną przyjemność, coś jak zjedzenie pół tabliczki czekolady. Na wszelki wypadek nie czytałam recenzji; jedynkę mam na dość świeżo, ponieważ po raz pierwszy obejrzałam ją zaledwie parę lat temu, a internet aż kipi od urywków, które bez przerwy gdzieś wyskakują. 

Cieszę się z większej różnorodności postaci - Lucy Liu i Simone Ashley są bezpośrednim powodem, dla którego mogę pisać o filmie u mnie na blogu. Nie pora na recenzje; nie jestem specjalistką, nie znam się, a mam dość mieszane uczucia, więc najpierw je sobie uporządkuję, a potem będę się wypowiadać. 

Dziś o czymś innym: o ogólnochińskim wezwaniu do bojkotu filmu... z powodu pojawienia się w nim Azjatki o imieniu Qin Zhou. 16 kwietnia 2026 roku Twentieth Century Studios opublikowało na swoim oficjalnym kanale YouTube fragment promocyjny filmu, w którym ukazana została interakcja między Andy a jej asystentką Qin Zhou. W postać tę wcieliła się amerykańska aktorka chińskiego pochodzenia, Helen J. Shen. No i oczywiście uczucia narodu chińskiego zostały urażone, bo astystentka jest ewidentnie kujonką, a w dodatku jej imię i nazwisko ma stereotypowe chińskie brzmienie podobne do "ching chong" czyli obraźliwego zwrotu służącego do wyśmiewania się z Chińczyków. W odpowiedzi na powyższe kontrowersje scenarzysta powiedział, że imię Qin Zhou zostało zaczerpnięte od przyjaciela z dzieciństwa. Podkreślił, że postać ta jest „wielowymiarowa” i nazwał ją hołdem dla „ambitnych i inteligentnych asystentek z pokolenia Z”, z którymi zetknął się w swoim życiu. Najśmieszniejsze w tym jest, że zgodnie z chińskimi wyszukiwarkami w samych Chinach kontynentalnych żyje zapewne około kilku tysięcy Chińczyków płci obojga, którzy noszą takie bądź podobnie brzmiące nazwisko i imię. Ech. Do wszystkiego można się przyczepić. Dla mnie na przykład ta asystentka była godną następczynią Andy Sachs - też wydaje się nie pasować do miejsca, w którym pracuje, a jednak doskonale wywiązuje się z powierzonych jej zadań. No ale jeśli ktoś z powodu dorobionej teorii o rzekomym rasizmie nie pójdzie do kina... To cóż - jego strata. Większość jednak nie zbojkotowała. Całe szczęście nie wszyscy są tak przewrażliwieni, żeby wszędzie widzieć obelgi i rasizm...

2026-03-23

《翠湖》As The Water Flows

Kiedy usłyszałam, że powstał film zatytułowany Cuihu (czyli Szmaragdowozielone Jezioro), wiedziałam, że muszę pójść i nasycić się tym, jak MOJE Jezioro widzą inni. Wreszcie ktoś zauważył, że to miejsce jest centrum życia Kunmingu, może wreszcie ktoś rozumie, jak silna jest więź człowieka z miejscem, zwłaszcza takim. 
Film, ukończony w ubiegłym roku i pokazany na masie festiwali pozdobywał rozmaite nagrody; wielu chwali pokazanie złożoności współczesnych chińskich rodzin, inni są podekscytowani mieszanką dialektu z mandaryńskim i kulturowymi smaczkami. 
Tak bardzo chciałabym móc też ten film kochać! Wybaczyłabym mu wszystkie niedoróbki scenariuszowe, drewniane (w większości) aktorstwo, dialogi pisane przez gimnazjalistę z pomocą AI, a nawet płyciznę psychologiczną postaci. Mogę wybaczyć wszystko - ale nie sprzeniewierzenie się Kunmingowi.
Wyobraźmy sobie film o polskiej rodzinie. Trzy siostry z jednych rodziców, od dziecka mieszkające z nimi dajmy na to na Śląsku. Jedna mówi po śląsku, druga mówi po krakosku, a trzecia z zaśpiewem kresowym. Mniej więcej taki efekt został osiągnięty w filmie, w którym każda siostra mówi innym dialektem. Oczywiście, dla widza zagranicznego nie będzie to czytelne; dla 99% widzów chińskich też nie. Ale jeśli nawet JA jestem w stanie wysłyszeć różnice dialektalne, to wyobraźcie sobie, jak prychnął ZB. 
Jest w filmie scena z nastolatkami próbującymi wymuszać forsę. W biały dzień, w centrum Kunmingu, w latach '20 XXI wieku. Twórca scenariusza chyba za długo mieszkał w San Francisco... 
Senior, owdowiała głowa rodziny - wykładowca uniwersytecki. Wychował córki na przekupy bez krzty kultury, wrzaskuny nie potrafiące zjeść posiłku w spokoju i przerywające w środku zdania drugiemu człowiekowi.
Opowiada o tym, jak to poznał swą małżonkę pięćdziesiąt lat wcześniej (czyli w połowie lat '70) podczas koncertu jazzowego (sic!), który miał miejsce w Green Lake Hotel (翠湖宾馆), który, zgodnie ze słowami seniora, "od pięćdziesięciu lat nic się nie zmienił". 
Tak oto w jednej scenie zmieszczono jazz w Kunmingu w czasach Rewolucji Kulturalnej i przeoczenie faktu, że na początku XXI wieku powstały w latach pięćdziesiątych Green Lake Hotel został tak gruntownie przebudowany i zmodernizowany, że po dziś dzień jest jednym z głównych ęą hoteli w centrum. 
Oczywiście, były też sceny i dialogi urokliwe, wyglądające na autentyczne itd. Poruszone problemy - bardzo ludzkie, niekoniecznie specyficzne dla Kunmingu, więc rozumiem, dlaczego publiczność międzynarodowa mogłaby się wczuć. Były też kadry chwytające za serce - choć bardzo, bardzo niewiele. A mówi to osoba, która nad Jeziorem przystaje podczas każdego spaceru, zawsze tak samo poruszona jego pięknem.
Ech. 
PS. Wieczorami nad Jeziorem nie ma mew; wynoszą się spać nad Jezioro Dian. Nawet tego twórcy filmu nie zauważyli...

2026-02-14

Jak bawi się nami miłość 向左走, 向右走

Kiedy myślę o dialogu międzykulturowym i tym, dlaczego tak ważna jest wymiana myśli z ludźmi kompletnie od nas odmiennymi, przychodzi mi na myśl ta niepozorna książeczka, napisana i zilustrowana przez Jimmy'ego Liao, tajwańskiego autora książek podobno dla dzieci. Piszę "podobno", bo nawet książeczka wspomniana w tytule, choć maleńka i obrazkowa, zawiera idee i wzbudza uczucia, które dla dzieci są kompletnie niedostępne. Dlaczego jednak wspominam o niej przy okazji dialogu międzykulturowego? Dlatego, że bezpośrednią inspiracją był dla Jimmy'ego wiersz Szymborskiej Miłość od pierwszego wejrzenia. 
Właśnie tak powinno być. Coś trafia w nasze ręce przypadkiem i któraś synapsa sprawia, że obca idea rozkwita w coś "najmojejszego", przefiltrowanego przez moje uczucia, myśli, doświadczenia. Nie zawsze od razu - czasem hibernuje wiele lat, czekając na odpowiednią chwilę, odpowiednią glebę, odpowiednią proporcję deszczu i słońca, a może uśmiechu i łez. Jeśli będę mieć szczęście, to moje też kiedyś rozkwitnie w coś innego - i tak dalej. 
Polecam nie tylko samą książeczkę (wraz z innymi tegoż autora), ale i film nakręcony na jej podstawie:

Życzę nam wszystkim wiele miłości, wiele inspiracji i ciągłego dialogu.

2025-02-10

Arrival

Jeśli macie wolne dwie godzinki, serdecznie polecam filmową adaptację jednego z opowiadań Teda Chianga, tę o językach i o tym, jak postrzegamy świat. Opowiadanie jest genialne, a film niewiele mu ustępuje. A może nie tyle ustępuje, co jest swobodną interpretacją - niekoniecznie gorszą, tyle że kładącą akcenty w innych miejscach.

PS. Ktokolwiek "przetłumaczył" na polski tytuł jako Nowy początek, winien się smażyć w piekle.
PS.2. Dziękuję, Tato, za polecajkę.

2024-08-24

What Dreams May Come

Dziś ramotka filmowa zupełnie niechińska - Między piekłem a niebem, amerykański melodramat z 1998 roku. Z racji chwilowego unieruchomienia oglądam, co mi tam zalega na dysku. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu i tu znalazł się akcent azjatycki, mianowicie Rosalind Chao w obsadzie. W polskiej wiki o niej niewiele, w wersji angielskiej znajdziecie więcej, m.in. to, że za młodu grała w kultowym serialu M*A*S*H! 
Oczywiście polecam film nie z racji tego azjatyckiego wątku, a po prostu dlatego, że jest piękny. I daje tyle nadziei!...

2024-06-27

Pewnego razu w Chinach 黄飞鸿

Tafuniątko dorosło już do tego, żeby do Totoro, Kung Fu Pandy i innych Moan dołączyć klasyki filmografii dla nieco większych dzieci. Na pierwszy ogień poszły filmy jednego z najwybitniejszych hongkońskich reżyserów (Hark Tsui) opowiadające o jednym z najciekawszych istniejących naprawdę chińskich bohaterów - Żółtej Gęsi Łabędzionosej. Huang Feihongu znaczy. Czyli Wong Fei-hungu. 
Nawet w polskiej wiki da się znaleźć kilka słów na jego temat, jednak wersja anglojęzyczna da Wam lepsze pojęcie o tej postaci. Jako obrońca uciśnionych, ostatni sprawiedliwy, w dodatku biegły zarówno w sztukach walki, jak i tradycyjnej medycynie, stał się jedną z najczęściej filmowanych postaci całego chińskojęzycznego świata. Jeden z hongkońskich aktorów, Kwan Tak-hing zagrał tę postać w ponad siedemdziesięciu filmach! Przypomnijmy, że taki Roger Moore zagrał Bonda zaledwie siedem razy... 
Dla mnie jednak przygoda z Huang Feihongiem zaczęła się od Jeta Li w Pewnego razu w Chinach, stworzonego właśnie przez Harka Tsui. Trafiony-zatopiony; twarz Huanga to dla mnie twarz Jeta Li i kropka. Filmów w serii powstało sześć czy siedem; nie wszystkie obejrzałam... Tym bardziej więc cieszę się, że będę to mogła nadrobić z Tajfuniątkiem i z ZB. Wreszcie jakieś filmy, które możemy oglądać całą rodziną! 
Serdecznie polecam. Można się pośmiać, popodziwiać sztuki walki i jeszcze można się zakochać w głównym aktorze (Tajfuniątko już doń wzdycha).
A na zachętę jedna ze scen walki z dwójki:
 

PS. Seria po chińsku nazywa się po prostu nazwiskiem i imieniem głównego bohatera; na potrzeby zachodniego widza utworzono nazwę Dawno temu w Chinach. Wyobraźcie sobie, jak trudno się dogadać ZB i mnie - on podaje nazwę filmu, nazwisko głównego aktora i nazwisko reżysera po mandaryńsku: Huáng Fēihóng, Lǐ Liánjié i Xú Kè, a ja znam Once upon a Time in China, aktora Jeta Li i reżysera w kantońskiej wymowie Hark Tsui. Gdyby nie wielka dociekliwość z obu stron, w życiu nie doszlibyśmy do tego, że oboje oglądaliśmy i bardzo lubimy ten sam film.

2024-05-30

Pawia Królewna - film

Youtube okazał się prawdziwą kopalnią skarbów, jeśli chodzi o Pawią Królewnę. Znalazłam ramotkę sprzed ponad czterdziestu lat, opartą na tej samej dajskiej legendzie! Tym razem królewna ma na imię Namunuona 喃穆诺娜, po drodze królewicz ratuje smoka, a w odnalezieniu królewny pomaga młodemu Złoty Jeleń - a potem żyli długo i szczęśliwie. W filmie można zobaczyć dajski styl życia - może trochę za bardzo trącący tym, co Hanowie wyobrażają sobie na temat dajskiego stylu życia, ale jednak. 
Zwróćcie uwagę na ścieżkę dźwiękową. Jej twórca, Tian Liantao, był znanym chińskim kompozytorem i etnomuzykologiem. Swego czasu spędził ładnych kilka miesięcy zbierając dajskie pieśni ludowe i starając się je przekuć w muzykę filmową. Wszystkie ważne postaci mają swoje leitmotivy, niektóre zaczerpnięte wprost z folkloru - na przykład melodia szamana naprawdę nazywa się "wiedźmią nutą" 巫娘调. Jednocześnie postarał się czerpać inspiracje i z innych typów muzyki - są tu muzyczne wątki birmańskie, yijskie, a nawet zachodnie - niektóre utwory są po prostu sonatami. Jeden z utworów, który po skróceniu dzieła nie znalazł się w filmie, to Taniec Kaktusowej Uwodzicielki 仙人掌妖女舞:
   
W którym dość niespodziewanie pojawiają się wpływy hiszpańskie (!). 
W celu uetnicznienia wykorzystał w partyturze kilka dajskich instrumentów: pi, ding (instrument strunowy szarpany podobny do lutni), bęben "słoniowa noga", gong "mang" i dajskie talerze - czy raczej talerzyki - 小镲 xiǎochǎ. W połączeniu ze zwykłą orkiestrą daje to efekt bardzo niecodzienny i ciekawy.
Miłego oglądania!
 

2023-07-08

John Wick

Tak rzadko oglądam filmy dla dorosłych, że mam okropne zaległości. Pamiętam, że w Polsce lubiłam chodzić do kina; w Chinach nienawidzę, bo Chińczycy są w kinach głośni, rozmawiają przez telefon albo piszą wiadomości i jeszcze w dodatku niekulturalnie jedzą i piją. Niektórzy nawet palą papierosy. Z kolei w domu mamy niby telewizor, ale bez podłączonej kablówki; oglądamy głównie te filmy, które mamy na płytach DVD - nie mamy Blue Raya. No i właśnie niedawno chciałam dla Tajfuniątka kupić Hobbita na płytach, ale okazało się, że w sklepach z filmami nie ma już DVD poza jakimiś niesprzedawalnymi resztkami i że powinniśmy zmienić sprzęt na Blue Raya... No ale to taka dygresja. W każdym razie: wszystko to do kupy sprawia, że mam ogromne zaległości filmowe. Czasem jednak nagle trafi mi się jak ślepej kurze ziarno okazja. Ostatnio taka sposobność pojawiła się w Święto Smoczych Łodzi, kiedy zapadłam na COVID. Przeszłam go jak wyjątkowo ciężką grypę; byłam tak słaba, że ZB musiał mnie prowadzać do ubikacji i karmić. Całe szczęście rozłożyliśmy się jedno po drugim, więc zawsze był ktoś, kto mógł się opiekować tą drugą osobą. 

Po COVIDzie długo dochodziłam do siebie. Właściwie dopiero dwa dni temu przestałam czuć zmęczenie po wejściu po schodach do domu (a mieszkamy na drugim piętrze). Dlatego wolne popołudnia spędzałam leżąc i starając się nie myśleć (od myślenia pękała głowa). Zupełnym przypadkiem trafiłam na pierwszy film o Johnie Wicku i... przepadłam. W ciągu następnych paru dni pochłonęłam wszystkie cztery części i - jestem zakochana. Uważam, że jest to rola życia Keanu Reevesa. On jest oczywiście pierwszym azjatyckim elementem i powodem, dla którego mogę o filmie wspomnieć na blogu. Drugim azjatyckim elementem jest tło czwartej części przygód Johna - część dzieje się w Osace, a w dodatku poznajemy dwóch dawnych przyjaciół Johna: Japończyka i Chińczyka, którzy są grani przez fantastycznych aktorów. 

Fabuły nie będę zdradzać. Powiem jednak, że dawno się tak dobrze nie bawiłam. No, może przy okazji Kill Billa, chociaż John Wick podoba mi się chyba jeszcze bardziej niż postać Umy Thurman. Pierwsza i czwarta część (zwłaszcza czwarta) wcisnęły mnie w fotel; pozostałe dwie były poprawne, choć do nich pewno nie wrócę. No i Keanu!... Kiedy wychodziłam za Chińczyka, po cichutku marzyłam, żeby nasza mieszanka też była tak udana. Jest oczywiście jeszcze lepsza, bo przecież moja. Ale Keanu też daje radę ;) 

Oglądajcie Johna Wicka!

2023-03-24

Wszystko wszędzie naraz

Michelle Yeoh dostała Oscara! A w dodatku film, w którym grała pierwszoplanową rolę dostał kilka statuetek. Stwierdziłam, że muszę obejrzeć. 

Kurczę, jak bardzo żałuję, że musiałam oglądać ten film na raty!... No i - że musiałam oglądać go sama. Nie znam tutaj nikogo, kogo ten film mógłby bawić tak, jak mnie. 

Hmmm... W Polsce też nie wiem, czy bym kogoś znalazła. Niby mam kilku znajomych fanów Monty Pythona; niby mam też kilku znajomych fanów kina azjatyckiego klasy Ś, mam też kilku znajomych lubujących się w filmach o superbohaterach. Ale te grupy nie przenikają się wzajemnie, więc pewnie skończyłoby się tak, że część byłaby zdegustowana, część znudzona, a część oszołomiona, ale bez zachwytu. Ja nie jestem zachwycona, ale świetnie się bawiłam. I płakałam też. Szkoda, że musiałam oglądać ten film na ekranie komputera, a nie w kinie. Tam pewnie byłoby jeszcze fajniej... 

Tutaj i tutaj dwie recenzje, z którymi się zgadzam najbardziej. 

PS. Jedyną odpowiedzią jest miłość. Zawsze. 

PS.2. Dla mnie to nie jest komedia, kopanka ani nawet sci-fi. Dla mnie to film o relacji matki z córką przede wszystkim, a po drugie - dający coś w rodzaju katharsis. Ja pewnie też nie jestem najlepszą wersją siebie. Miliony moich wyborów stworzyły miliony wersji mnie w milionie światów. Ale JA jestem tutaj - i to jest ważne. I to jest piękne. I to jest CUDOWNE.

2022-01-02

Więcej niż myślisz

Obejrzałam film dla młodzieży w wieku szkolnym - ale tylko dlatego, że główna bohaterka jest Chinką, a jej ojca gra cudny Collin Chou. No i jeszcze dlatego, że wyszedł spod ręki Alice Wu, której Zachować twarz było bardzo dobrym filmem. I mam odczucia bardzo ambiwalentne. Mam wrażenie, że reżyserka chciała do tego filmu wcisnąć za dużo rzeczy, na których rozwiązanie i omówienie nie starczyło czasu. Tak jakby bardzo wiele historii musiało się znaleźć w środku, koniecznie, teraz, natychmiast! I teraz tak: wolałabym albo film wchodzący głębiej w mniej tematów, albo serial, w którym wszystkie ważne problemy byłoby czas dopowiedzieć i pokazać. Ojca, który nie dał rady nostryfikować dyplomu i dlatego żyje, jakby wcale nie żył. Dziewczynę, która zdecydowanie wybija się intelektualnie i zdolnościami a także pracowitością na tle rówieśników, a jednocześnie tak bardzo boi się życia, że woli zostać tam, gdzie nic jej nie czeka, niż działać. Właściwie każdy z bohaterów, głównych i drugoplanowych, zasługiwałby na kilka słów więcej. Alice Wu pokazuje ich nam tak, że jest to lizanie cukierka przez szybkę - czujemy, że mogliby stać się pełnokrwistymi bohaterami, ale nikt nie zwraca na nich uwagi, więc przemykają papierowi i niechciani.

2021-08-05

Zielona Wężyca 青蛇

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej. 

Dawniej rzadko chodziłam w Chinach do kina. Chińczycy nie potrafią się w kinach zachować (w teatrach, filharmoniach i w innych miejscach związanych z kulturą wysoką zazwyczaj też nie): rozmawiają przez telefony, rozmawiają bez telefonów, śmiecą, hałasują, świecą telefonami... Na samo wspomnienie mam ochotę uciekać. Jednak od czasu pandemii jest lepiej. Kina świecą pustkami, jest obowiązek wchodzenia w maseczkach, a kina mogą sprzedawać tylko część biletów. Teraz do kina chodzą zazwyczaj już tylko prawdziwi zapaleńcy, którzy za bardzo kochają magię ekranu, by odpuścić. Z takimi to mogę oglądać. I tak oto wybraliśmy się na Zieloną Wężycę, czyli kontynuację Białej Wężycy. Obie są komputerowymi animacjami koprodukcji chińsko-amerykańskiej; pierwsza weszła na ekrany w 2019, a druga właśnie teraz. 

O ile pierwsza opowiada po prostu raz jeszcze historię Białej Wężycy (ekranowych wersji tej opowieści jest bardzo dużo), o tyle dwójka to skok w nieznane: Zielona Wężyca po śmierci nie może się reinkarnować, ponieważ nie jest w stanie przestać myśleć o siostrze. Trafia do przejściowego świata: Miasta Asurów, w którym nieustannie toczą się wojny gangów, złożonych z ludzi i demonów buddyjskich i chińskich; takich, którzy nie potrafią sobie odpuścić. Bo jeśli tylko zdobędą się na uwolnienie myśli od tęsknoty i pragnień, mogą opuścić Asuraville. Zielona Wężyca pozna nowych/starych znajomych i dowie się wiele o sobie samej oraz o istocie miłości. A przy okazji jest też trochę scen pościgów i walk, więc historia była wystarczająco ciekawa, żeby krzesła nie zrobiły się niewygodne. I choć nie przepadam za stylistyką tego dzieła, ani za dość nachalnym morałem, cieszę się, że film zobaczyłam. Dlaczego? Ponieważ pojawiło się tu sporo fantastycznych stworzeń, o których już Wam opowiadałam, odkąd zaczęłam się interesować chińskimi bestiariuszami. Mamy więc poza wężycami bykogłowych i końskogębych, dziewięcioogoniastą lisicę, pajęczycę i dziesiątki innych stworzeń. To one najbardziej zwróciły moją uwagę. 

Potrafią Chińczycy korzystać ze swojego folkloru, oj, potrafią! Gdzie - poza Wiedźminem - jest nasz folklor?...

Tutaj poczytacie o anime.

2020-12-18

Mała Qian 小倩

Pewnego razu Tsui Hark 徐克, tuz hongkońskiej kinematografii, postanowił zrobić film animowany. Żeby jednak nie odejść daleko od głównego nurtu zainteresowań, reżyser stworzył animację dla dorosłych, bardzo, bardzo przerażającą. Zaczytał się po prostu w chińskich opowieściach z dreszczykiem autorstwa Pu Songlinga, choć oczywiście nie przeniósł historii 1:1, a tylko zaispirował się nią. Nie będę opowiadać treści - lepiej po prostu obejrzeć. Podpowiem tylko, że jedną z głównych bohaterek jest tytułowa Mała Qian, która oczywiście nie jest tym, kim się wydaje.

2020-12-11

耳をすませば Szept serca

Dlaczegóż ja na to nie trafiłam gdy byłam nastolatką?! No dlaczego? Wtedy wiedziałabym, jak ważne jest znalezienie pasji. Może zmarnowałabym mniej czasu na rzeczy, które nie są chińskim? 

Dlaczegóż nie trafiłam na to, gdy serce było tak niespokojne i spragnione kochania, a ja pojęcia nie miałam jeszcze wtedy, że miłość ma pomagać w rozwoju, a nie go hamować?

Ech.

No ale - lepiej późno niż wcale. Zostawiam sobie ten film w pamięci i gdy Tajfuniątko dorośnie, obejrzymy go sobie razem. Może dzięki temu ona pewne rzeczy zrozumie wcześniej?

2020-12-07

Pięć Smaków

Nigdy nie udało mi się dotrzeć na festiwal filmów azjatyckich Pięć Smaków. Raz że Warszawa, czyli okropnie daleko, dwa - za co?, trzy: skąd miałabym wziąć tyle wolnego?

Przyszła pandemia i... nie mówię, że pandemia jest dobra, ale przeniesienie festiwalu do internetu ma swoje dobre strony. Jeśli przebywa się na terenie Polski bądź dysponuje VPNem z polskim serwerem - hulaj dusza! Za jedyne 100 złotych za dziesiątki filmów z wielu krajów Azji - och, jak bardzo warto!

Ja wprawdzie takiego VPNu nie mam, ale koleżanka poratowała i zdołałam u Niej obejrzeć kilka filmów:

Mekong 2030

Przebudowy

Kim Ji-young, urodzona w 1982

Czy je polecam? Tak, bezwzględnie. Po prostu dlatego, że uważam, że warto zasmakować innego tempa filmu, innej poetyki, zanurzyć się w innych językach i klimacie, choćby po to, żeby móc powiedzieć: spróbowałam i wiem, że to nie dla mnie.

Kino Azji to dla mnie podróż sentymentalna. Niby nie napodróżowałam się po Azji, a jednak - mam znajomych z tylu azjatyckich krajów! O tylu problemach i o urzekającym pięknie tych krajów rozmawialiśmy przy winie do późna w noc! 

Tęsknię za widokami, zapachami. Na widok Mekongu, Bangkoku czy wietnamskiej wioski czuję się rozrywana na strzępki. Kocham Kunming, ale kocham też tak wiele innych miejsc! To zdumiewające, jak wiele z nich znajduje się w Azji...

Film o Kim Ji-young polecam szczególnie. Był po prostu świetny, w każdym możliwym rozumieniu tego słowa. Nie mogę jednak o nim pisać - bo zaraz się znowu rozpłaczę.

2020-11-20

Kłamstewko

Obejrzałam film, z polecenia koleżanki. Och, jak trafiła. Film też trafia - w emocje, w niuanse, w nasze drobne emigranckie sprawy i skomplikowane relacje rodzinne. To pytanie: czy kłamstwo może być dobre dla tego, kogo się okłamuje? Czy białe kłamstwo w ogóle istnieje? Film mówi, że tak. Ja... nie wiem. Nie jestem przekonana, choć idea wzięcia ciężaru na siebie, by go nie zwalać na głowę bliskiej osoby, nie jest mi obca. Mój mąż i jego rodzina mi kiedyś coś takiego wywinęli - nie podobało mi się to, choć rozumiem ich intencje. Jestem za bardzo z Zachodu czy po prostu mam inny charakter? Przecież ludzie na całym świecie kłamią, między innymi właśnie dlatego, by chronić bliskich. 
Obejrzyjcie. Tylko... nie czytajcie opisu z angielskiej wiki - bo zepsuje Wam całą przyjemność oglądania.

2020-10-23

Słońce też wschodzi 太阳照常升起

Wiem, jakie jest Wasze pierwsze skojarzenie. Takie jak moje: Hemingway. Ale Hemingway jakoś wyjątkowo niewiele pisał o Chinach, więc nie. Tym razem mowa o filmie Jiang Wena, niezwykłego aktora i reżysera. Film jest z 2007 roku, czyli żadna nowość. Przegrał w Wenecji z... Ostrożnie, pożądanie. Czy słusznie? Nie wiem.
Ostrożnie, pożądanie jest spokojnie piękne, szczegółowe, skupione na życiu wewnętrzym bohaterów. Piękne, ciekawe, warte obejrzenia. Słońce... jest szalone. Magiczne. Pełne słów, których nie rozumiemy, niedopowiedzeń i nieprawdopodobieństw. Nielinearne, niespójne, nielogiczne. A jednak - piękne. Cały film siedziałam jak na szpilkach, czekając na następną scenę, zgadując (bez powodzenia) co będzie dalej i czekając na wyjaśnienie. Wyjaśnienia nie otrzymałam. Jiang Wen nie daje żadnej łatwej odpowiedzi. Jeśli więc chcecie błahej historii - wybierzcie coś innego. Ten film da Wam tylko niepokój i magię.
No i da Wam Yunnan. Wioskę z polami ryżowymi, a także mój ukochany kampus Uniwersytetu Yunnańskiego. I kawał świetnego aktorstwa. No i jeszcze muzykę genialnego Hisaishiego.

Tutaj znajdziecie dość szczegółowy opis fabuły.

2020-09-18

罗曼蒂克消亡史 Historia zaniknięcia romantyzmu The Wasted Times

Film z 2016 roku obejrzałam z czteroletnim opóźnieniem, choć jedną z głównych ról gra w nim mój najukochańszy Ge You. Cóż. Zdarza się. Od urodzenia Tajfuniątka... Sami wiecie. Wspominam o nim dzisiaj, bo dziś jest rocznica napaści Japończyków na Chiny, a film jest m.in. opowieścią o Chinach i Japonii - opowiada bowiem o tym, co się działo w Szanghaju za czasów okupacji japońskiej i II wojny (obejmuje mniej więcej lata 1934-1945). Najważniejszymi postaciami są mafiozo Lu (Ge You) oraz jego japoński szwagier Watabe (Tadanobu Asano, czyli Hogun z Ragnaroku). Watabe mówi o sobie "szanghajczyk", uważa się za patriotę lokalnego i jest oddanym mężem i ojcem... jednak później sprawy się komplikują. Nie będę Wam opowiadać całej historii - znajdziecie ją w internetach. Powiem tylko tyle: nie jest łatwo wiedzieć, kim się jest, kiedy się mieszka na obcej ziemi... ani kiedy się mieszka na "swojej". W ogóle, bycie dobrym człowiekiem wymaga trochę wysiłku. No i - praca żołnierza jest naprawdę najgorszą bodaj pracą, jeśli chcemy zachowywać się moralnie. Bywa, że mafiozo jest bardziej ludzki od żołnierza.
Film sprawił mi wielką przyjemność - Japończycy mówiący po japońsku - albo po chińsku, ale z japońskim akcentem. Szanghajczycy mówiący po szanghajsku. Ciekawie zarysowane postaci drugoplanowe i wątki oboczne, które pokazują tamte czasy jak na dłoni. I tylko - brakuje mi choćby jednej dobrej japońskiej postaci. Nie chcę wierzyć, że takich nie było.
W zagranicznych witrynach film oceniany jest dość kiepsko; Chińczycy oceniają go wysoko - i to nie tylko Chińczycy kontynentalni. Film zdobył wiele nagród m.in. w Makau - oczywiście dla najlepszego aktora, czyli Ge You.

2020-08-23

Ramajana

O tym najsłynniejszym sanskryckim eposie słyszeli na pewno wszyscy. Dlatego bez zbędnych wstępów przedstawiam coś, o czym może nie wiedzieliście: Ramajanę jako animację indyjsko-japońską. Enjoy!

2020-07-30

wężyca 蛇精

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Magiczna wężyca, tak jak lisica, powstaje dzięki długiemu, długiemu życiu. Ponoć czuje ducha niebios i ziemi, wchłania esencję słońca i księżyca - i dlatego jest taka niezwykła. Magiczne węże zazwyczaj są kobietami - i to pięknymi. Dość szybko zaczynają władać silną magiczną mocą i mają niezwykłe umiejętności. Gdy przyjmują postać ludzką, często nie potrafią już wrócić do wężowej, choć na potrzeby filmowe często pokazuje się ich wężową formę, a w kreskówkach miewają po prostu wężowe ciało i piękną kobiecą twarz - tak jest np. u moich ulubionych Tykwowych Braci 葫芦兄弟. Zgodnie z literaturą jednakowoż powinny być po prostu pięknościami, a ich wężowa natura objawiała się tylko po kilku głębszych (działa na nie tylko jeden rodzaj alkoholu - realgarowe wino).
Najsłynniejszymi wężycami w chińskiej kulturze są niewątpliwie Biała i Zielona Wężyca z Legendy o Białym Wężu 白蛇传. Sama opowieść należy do kanonu czterech najważniejszych ludowych podań Chin i była wielokrotnie ekranizowana; jest także tematem wielu oper. Moja ulubiona wersja to oczywiście opaczny i intrygujący film Harka Tsui, który udało mi się dla Was wyszperać na Youtube:

Tutaj poczytacie o japońskim strasznym wężu.