O ludzie Sani już wspominałam. Przede wszystkim przy okazji legendy o Ashimie, bodaj najsłynniejszej sanijskiej piękności, ale też opisując Sani zamieszkałych w Puzhehei. Pokazałam Wam wówczas trochę ich strojów, dziś jednak będzie o tradycyjnym sanijskim hafcie.
Wróćmy do Ashimy. Pamiętacie może, że pochodziła z wioski Azhudi, położonej niedaleko Kamiennego Lasu. Wioska o takiej nazwie istnieje i na współczesnej mapie Yunnanu (choć ile ma wspólnego z tą legendarną, trudno dociekać). Mieszkają tu Sani, uważający się za spadkobierców Ashimy. Pędzą yijską wódkę, robią yijskie placki gryczane, jadają tutejszy rubing i zawzięcie haftują. Do tradycyjnych zajęć sanijskich kobiet należy bowiem uprawa lnu, jego przędzenie i tkanie, a później właściwe ozdobienie. A właściwe znaczy - tak jak to robiły i babki i babki ich babek. Haftowały ubrania, turbany, pasy, apaszki, buty, ubranka dziecięce, obrusy, zasłony, portfele, sakiewki, a nawet parasole! Haft skrzy kolorami i zadziwia wzorami, bardziej zbliżonymi do buddyjskich mandali czy planów kanalizacji miejskiej niż do wizerunków flory i fauny, tak popularnych u innych Yi.
Piękne sanijskie hafty trafiły na listę chińskiego dziedzictwa niematerialnego w 2008 roku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sani 撒尼. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sani 撒尼. Pokaż wszystkie posty
2016-06-21
2015-08-03
Ashima - film
Dziś mam dla Was film: Ashima z 1964 roku. Musical. Jestem w nim zakochana. Efekty specjalne mnie wprost uwiodły. Nibyyijska wioska, yunnańskie fajki wodne, stroje, tańce - no wszystko jest po prostu cudne!
Treść już znacie, więc zaskoczeń nie będzie. No może tylko to, że brata zmieniono w kochanka, żeby było bardziej tragicznie i po chińsku... Zresztą, co Wam będę psuć przyjemność - sami odkryjcie różnice w treści:
Mimo wszelkich niedoróbek, urzekła mnie próba zachowania autentyczności - główna aktorka, grająca Ashimę Yang Likun, to Yijka z krwi i kości. Niemało się zresztą nacierpiała w życiu. Dziewiąte dziecko w rodzinie, za brzdąca osierocona przez matkę, nie mogła iść do szkoły. Dopiero ciotka zabrała ją z rodzinnego Pu'er do Kunmingu i zagoniła do nauki. W wieku 12 lat Yang Likun po raz pierwszy trafiła na scenę. Gdy dorosła, zaangażował ją Yunnański Teatr Muzyczny (nota bene: miejsce pracy ZB), z którym była związana wiele lat. Wiele ucierpiała w czasie Rewolucji Kulturalnej; nie chcąc codziennie patrzyć na swych dręczycieli przeniosła się do Shanghaju i z tam kontynuowała karierę. Była głównie aktorką teatralną i tancerką, zdarzyło jej się jednak parę przygód z filmem.
To jednak, poza statystami, jedyna Yijka w obsadzie. Czarne charaktery były grane przez Hanów (sic), a główny amant Ahei, czyli 包斯尔 to... Mongoł. To mnie zafrapowało - ciekawe, czy faktycznie dał sobie przebić ucho, żeby lepiej udawać Yi (yijscy faceci noszą srebrne kolczyki), czy dali mu klipsa :D
Z przyjemnością obejrzałam tę ramotkę i śpiewam teraz urywki ZB, który się okropnie ze mnie śmieje...
2015-08-02
Ashima 阿诗玛
Dawno, dawno temu, w sanijskiej wiosce Azhudi*, mieszkał sobie pracowity i dobroduszny Gelu Riming**. Nie sam, oczywiście - miał piękną żonę i dwójkę wspaniałych dzieci. Syn nosił imię Ahei***, a postawny był on i mocny jak sosna. Córka zaś urodziwa była niczym kwiat, a w oczach rodziców skrzyła się niczym złoto. Dlatego też na imię dali jej Ashima, co znaczy "skarb cenniejszy od złota"./Ashima, w: Opowieści o znanych yunnańskich obiektach 阿诗玛, 在: 云南风景名胜故事/
Ashima piękniała z dnia na dzień. Gdy miała 14 lat, nosiła stożkowaty kapelusz i palmową pelerynę suoyi, w dłoni dzierżyła bacik i z innymi dziećmi chodziła pasać kozy. Gdy one pożywiały się trawą porastającą górskie zbocza, Ashima siadywała pod rozłożystym drzewem i zręcznie haftowała z innymi dziewczętami. Łączyła różnobarwne tkaniny w mieniące się w oczach szaty, a ludzie powiadali, że kwiaty wyhaftowane przez Ashimę piękniejsze są niźli te zdobiące łąki. Kozy, które pasała były zaś podobne płynącym po niebie obłokom. Sama zaś Ashima piękna była jak czerwona azalia, albo rozkwitła właśnie kamelia, najpiękniejsza wśród tysięcy dziewcząt Sani. Gdy Ashima ukończyła lat piętnaście, umiała już tkać, a len przez nią utkany miał splot gęsty i gładki. Skończywszy lat szesnaście, towarzyszyła bratu w uprawie roli na kamienistych zboczach. Gdy zaś skończyła lat siedemnaście, wszyscy ją już kochali, za pracowitość, urodę i głos słodki jak miód, wabiący okolicznych młodzieńców.
Gdy Ashima miała lat 18, była już sławna w całej okolicy Azhudi. Kochali się w niej wszyscy okoliczni młodzieńcy; pod byle pretekstem przybywali do domu jej rodziców by nacieszyć oczy i uszy tym cudnym zjawiskiem.
Poniżej wioski Azhudi znajdowało się domostwo Bogacza, a zwał się on Rebu Bala. Miał on syna o imieniu Azhi, brzydkiego jak noc i w dodatku kurdupla, podobnego małpie. Nie trzeba było długo czekać, by i w domostwie Bogacza posłyszano o urodzie i wdzięku Ashimy. Bogacz uważał, że przyszedł już dla syna jego czas najwyższy na ożenek i nie chciał nawet słyszeć o innej niż Ashima synowej. W swaty wysłał złotoustego Haire, który przemówił do rodziców Ashimy w te słowy: "Dojrzałą kukurydzę należy zebrać, a dorosłą córkę - wydać. Rodzina Rebu Bala chce przyjąć pod swój dach Waszą córkę". Gelu Riming wiedział jednak doskonale, że z Bogacza niezłe ziółko i odparł wprost: "Ashima może pójść tylko za dobrego człowieka, a nie za łajdaka". Niestropiony Haire podjął: "Rebu Bala może postawić srebrny dom przykryty złotym dachem, a drzwi ozdobić złotym smokiem i srebrnym feniksem. Spichlerze jego są pełniusieńkie, że aż myszy ważą dziewięć jinów****, a w ośmiu wioskach na siedmiu pagórkach pasą się jego krowy i kozy. Gdzież znajdziecie lepszą partię?".
Traf chciał, że wtedy właśnie wróciła z pastwiska Ashima. Usłyszawszy słowa Haire, rozgniewała się okropnie: "Rebu Bala to nie jest dobry człowiek. Gdy posadził kwiaty, by przywabić pszczoły, nawet one omijały jego dom z daleka. Nie wzruszyłoby mnie jego bogactwo, choćbym była najbiedniejszą osobą na świecie. Czysta woda nie chce się mieszać ze ściekiem, owca nie brata się z wilkiem, a ja nigdy nie zgodzę się wejść w rodzinę Rebu Bala!".
Rozzłoszczony Haire z groźbą w głosie perswadował dziewczynie: "Słowo Rebu Bala jest jak głaz przygniatający pędy drzew. Jeśli zechce Cię on zaślubić, będziesz musiała za niego pójść, z wolą czy bez!". Ashima nie była mu dłużna. Bez cienia strachu odparła: "Nie pójdę do tego domu i już! Choćbyś zapytał dziewięćdziesiąt dziewięć razy, usłyszałbyś dziewięćdziesiąt dziewięć nie! Niech przyjdzie i mnie pojma - jeśli zdoła!".
Niestety, Rebu Bala zdołał. Przyprowadził pachołków i porwał opierającą się Ashimę, a następnie uwięził w swoim domostwie. Jak bambusowy płot nie zatrzyma nawałnicy, ani słomiany dach spadającego głazu, tak rodzice Ashimy nie zdołali powstrzymać bandytów. Ashima, powstrzymując łzy, rzekła do rodziców: "Wielki śnieg może przysypać sosnę, ale nie będzie przygniatał jej wiecznie, pewnego dnia wzejdzie słońce i go stopi. Choć wielka jest siła Bogacza, nie zdoła mnie zatrzymać w swym ręku. Tatko, matulu, poślijcie po brata mego Ahei, by przybył ratować swą siostrę! Przy jego pomocy na pewno zdołam wrócić do domu".
W wiosce Azhudi nastał wielki smutek. Bez Ashimy było tak, jakby wiosna nie podarowała kwiatom nowych pąków, jakby majowych pól nie maiły kwiaty. Starzy i młodzi, chłopcy i dziewczęta prosili Nefrytowe Ptaszę, by zaniosło Aheiowi wieści: "Wracaj do domu co żyw, wracaj ratować Ashimę!".
Bo Ahei w owym czasie pasał kozy w wysokich górach, nie było go już ponad pół roku. Pewnej nocy przyśnił mu się dziwaczny sen: że dom rodzinny naszła wielka woda, a przed nim wywalił cielsko wielki wąż. Zbudziwszy się ze snu owego nie mógł Ahei zaznać spokoju; coraz bardziej martwił się, że pod jego nieobecność stało się jakieś nieszczęście. Postanowił więc wracać, ile sił w nogach. Przez trzy dni i trzy noce bez spoczynku ni strawy spieszył do domu, a gdy stanął w progu, matka jego, złamana przez smutek, powiedziała mu co się stało.
Ahai przytroczył do pleców łuk i kołczan pełen strzał i, dosiadłszy konia, popędził do domu Bogacza.
Tymczasem w domu Rebu Bala wstrętny Azhi zerkał na Ashimę małpimi oczkami, niosąc jej dary ze złota i srebra, wskazując spichlerze i stada rogacizny i zachwalając swe włości. Do głowy by mu nie przyszło, że Ashima może wzgardzić bogactwem i odwracać się odeń ze wstrętem. Jak ona może?! Ashima spojrzała nań z pogardą i rzekła: "choćby Twe zbiory były wielkości góry, a bryłki złota wielkości końskich kopyt, nie zmienisz mojej woli. Pójdę za tego, kogo me serce wybierze, a Wam nic do tego!". Na takie dictum w Rebu Bala zawrzała krew - przyskoczył do dziewczyny, popchnął ją na podłogę i zaczął okładać batem, wrzeszcząc: "kto wstąpił w progi mego domu, należy do mnie! Zostaniesz żoną Azhi, czy tego chcesz, czy nie!".
Uparta Ashima mimo srogich batów nie poddawała się jednak ich woli. Bogacz stwierdził, że trzeba zmiękczyć jej wolę, zamknął ją więc w lochu, mówiąc, że wypuści ją dopiero, gdy ona przyrzeknie wyjść za jego syna.
W taki to czas do domu Bogacza przybył Ahei. Stanął przed bramą i trzykrotnie zawołał: "Ashima! Ashima! Ashima!".
W posępnym domostwie Rebu Bala Ashima właśnie gorzko cierpiała: zamknięta w lochu wilgotnym a ciemnym, dokąd nie dochodził najlżejszy powiew wiatru, najmniejszy promień słońca! Jednak gromki krzyk Aheia przebił się przez grube mury i smutne serce Ashimy zaznało niewysłowionej ulgi.
Krzyk ten nie wszystkim niósł jednak ukojenie. Azhi skoczył na równe nogi i natychmiast zawarł wrota, nie chcąc wpuścić Aheia. Zza drzwi doń przemówił: "Spróbujmy swoich sił w pieśni - jeśli pokonasz mnie w śpiewie, wpuszczę Cię do naszego domu". Zaczęli więc pieśniarski bój; śpiewali dzień cały, a potem całą noc, zanim Azhi się zmęczył: niepiękne wersy wyśpiewywał ropuszym głosem. Śpiew Ahei był za to coraz piękniejszy i pełny wigoru, a barwa jego była piękna niczym głos cykad.
Rebu Bala zobaczył, że pojedynek pieśni nie skończy się dobrze, więc narzucił młodzieńcom następne zadanie: zawody w rąbaniu drewna. I te jednak Azhi przegrał sromotnie. Rebu Bala się nie poddawał: narzucił kolejne zadanie, zbieranie prosa z podłogi - i w tym zadaniu Ahei poradził sobie lepiej. Bogacz nie miał już więcej wymówek i rad nierad musiał wpuścić młodzieńca do swego domu. Oddał niechcianemu gościowi piętro domu i wszyscy poszli spać.
Ale cóż to? Kto w środku nocy skrada się cichutko? Ach! To trzy tygrysy, napuszczone przez gospodarza i jego syna na gościa. Już wdrapują się na piętro, już zbierają się do skoku! Ahei jednak nie był w ciemię bity - od początku wiedział, że Bogaczowi nie wolno ufać. Zanim więc tygrysy zdążyły do niego podejść, świst, świst, świst - świsnęły trzy strzały, kładąc tygrysy trupem.
Następnie położył się Ahei między truchłami, udając, że smacznie śpi.
Gospodarze o czarnych sercach nie wiedzieli, co mają myśleć. Na górze panowała cisza. Czy tygrysy zjadły już Aheia? Nie mieli jednak odwagi pójść i się przekonać, całą noc więc nie spali, straszliwie zdenerwowani. O pierwszym brzasku Rebu Bala, dla niepoznaki niosąc dla gościa miskę z wodą do mycia twarzy, poszedł sprawdzić, jak się sprawy mają. Wchodził powolutku po schodach, wszędzie było cicho i tylko jeden z tygrysich ogonów nieprzerwanie się ruszał. "Dobra nasza! Skoro macha ogonem, to na pewno jest już po sutej kolacji!" - nie zdążył nawet dopowiedzieć tego zdania, gdy z góry usłyszał ryk i trzy tygrysie cielska stoczyły się na dół. "Wiele jest sierści na tygrysim cielsku, jednak Waszych podłości jest jeszcze więcej! Skończcie już z tym, wypuśćcie Ashimę, chcę ją zabrać do domu!" - Aheiowi sprzykrzyło się już czekanie. Przestraszony siłą i odwagą młodzieńca Rebu Bala nie miał już wyjścia - obiecał wypuścić dziewczynę. Ahei wyprowadził konia i siodłał go, czekając na siostrzyczkę. Rebu Bala jednak znów złamał słowo - zawarł wrota, a dziewczynę trzyma jak trzymał i wprzódy.
Zezłościł się Ahei okrutnie - brzdęk! - wypuścił strzałę, która uderzając w drzwi, mało nie potrzaskała ich w drobne drzazgi. Żadna ziemska siła nie była w stanie wyrwać grotu strzały z drewnianych wrót. Rebu Bala wpadł na ostatni szatański pomysł. Przywołał Ashimę i rzecze: "wypuszczę Cię, dziecko moje, jeśli tylko uda Ci się wyciągnąć strzałę z mojej bramy" - i już śmiał się w duchu, bo wiotkie dziewczę na pewno nie było silniejsze od potężnych dryblasów, którzy przedtem próbowali wyciągnąć strzałę z bramy.
Jednak Ashimie wystarczyło delikatnie dotknąć strzały, by ta się sama wysunęła. Rebu Bala wściekł się: "A więc to tak! Sztuczki diabelskie tutaj odchodzą! Silni mężczyźni nie dali rady wyciągnąć strzały, a Tobie wystarczyła mała chwilka! Nigdzie Cię nie puszczę!" - i dalej nie otwierał bramy.
Wypuścił więc Ahei drugą strzałę, tym razem trafiła w belkę stropową - cały dom zaczął się trząść w posadach. I znów wszyscy mieszkańcy domu Bogacza próbowali wyciągnąć strzałę z belki i znów wszyscy musieli odejść z kwitkiem, a Ashima wyciągnęła strzałę bez trudu. Bogacz jednak dalej nie chciał jej wypuścić.
Ahei wycelował więc trzecią strzałę - a ta z wielkim hałasem wbiła się w środek domowego ołtarza. Przerażonemu nie na żarty, że bogowie się odeń odwrócą Rebu Bala nie pozostało nic innego niż wypuścić Ashimę.
Jednak kiedy tylko rodzeństwo zniknęło za zakrętem, Bogacz stwierdził, że niesubordynacja nie może im ujść na sucho. Wiedział, że będą wracać koło stóp Dwunastej Skały. Błagał więc Rebu Bala Ducha Skały, by pomógł on zatrzymać Ashimę.
Dzwoni końska uprząż, śpiewa Nefrytowe Ptaszę, rodzeństwo wraca do domu. Brat z radości gra na bambusowym flecie, a siostra akompaniuje mu na drumli. Śpiewają: "brat jest jak kapelusz chroniący głowę siostry, a siostra - jak grzyb rosnący w cieniu drzewa". I gdy tak radośnie wędrowali, nagle niebo pokryły czarne chmury, ujrzeli błysk, usłyszeli grzmot i nagle lunął rzęsisty deszcz. Właśnie gdy dotarli do stóp Dwunastej Skały, maleńka rzeczułka tamtędy płynąca zmieniła się w rwącą rzekę. Ashima jednak tak tęskniła do domu, że ubłagała brata, by przeszli przez rzekę, bo przecież do domu już tak niedaleko! Trzymając się za ręce weszli w wartki nurt. I nagle nadeszła wielka fala, wysoka na parę zhangów, chlusnęła im prosto w twarze, a potem wciągnęła Ashimę w wielki wir. I tylko w strugach deszczu i szumie wzburzonych fal słychać było wołanie: "Ahei, braciszku, ratuj mnie!".
Zrozpaczony Ahei nie ustawał w wysiłkach - coraz to nurkował w głębinę, szukając ukochanej siostry, wołając wciąż jej imię: "Ashima, Ashima!".
Lecz wiatr wciąż dął i deszcz nie ustawał, a nurt rzeki zdawał się wołać: "Ahei, braciszku, ratuj mnie!".
Niebo powoli się przejaśniało. Nurt rzeki wyspokojniał, a potem wrócił do dawnego koryta i z wielkiej rzeki znów zrobiła się maleńka rzeczułka. Ahei nie znalazł siostry, lecz wciąż wołał z rozpaczą: "Ashima! Ashima! Ashima!".
I wtedy zdało mu się, że na szczycie Dwunastej Skały zjawiła się postać, która ludzkim głosem odpowiedziała: "Ashima! Ashima! Ashima!".
Nieboskłon oblała gorąca czerwień zachodzącego słońca, barwiąca skały w fantastyczne obrazy. Cóż to za postać na Dwunastej Skale? To przecież dziewczę podobne kwiatom, to nasza Ashima! Rzekła ona w głos: "Bracie kochany, stworzona przez niebiosa skała będzie odtąd moim domem. Słońce będzie wschodzić i zachodzić, chmury będą się zbierać i rozchodzić, a głos mój na zawsze już tu pozostanie".
Odtąd Ashima zmieniła się w echo. Nie wierzysz? Sam sprawdź - cokolwiek do niej krzykniesz, ona odkrzyknie dokładnie to samo. Wołają więc do niej starzy i młodzi, chłopcy i dziewczęta: "Ashima! Ashima! Ashima!". Ona zaś ze szczytu skały odpowiada: "Ashima! Ashima! Ashima!", a głos jej słychać aż het, daleko...
Obiecałam historię Ashimy - i przyznacie, piękna jest, prawda? Oczywiście, przełożyłam ją z chińskiego przekładu, nie z yijskiego oryginału, dlatego są tu detale, które w wersji oryginalnej na pewno wyglądały zupełnie inaczej.
Już same imiona i nazwy własne są zchińszczone, więc brzmią nie po yijsku. Poza tym żaden Yi by z okazji planowanego ślubu nie grawerował smoka i feniksa na drzwiach - są to zwierzęta zakorzenione w mitologii chińskiej, nie yijskiej. Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że po raz pierwszy została ta historia spisana w 1953 roku właśnie przez chińskojęzycznych etnografów, bo w tradycji ludu Sani była to opowieść przekazywana ustnie, śpiewana na głosy z towarzyszeniem instrumentów. I tak jak pierwsi etnografowie europejscy z czystej niewiedzy naginali trochę etniczną rzeczywistość do swoich teorii czy przyzwyczajeń, tak pierwsi tłumacze Ashimy pozwolili sobie na drobne zmiany w tekście, zostawiając ogólny sens i nastrój. Ponieważ do oryginału nie mam dostępu, pozostaje mi się cieszyć się tłumaczeniem i samą historią.
A jeśli pojedziecie kiedyś do Kamiennego Lasu, nie zapomnijcie przed kamienną Ashimą krzyknąć trzykrotnie jej imię. Może Wam odpowie?
*Wioska istnieje naprawdę, jest położona tuż przy Długim Jeziorze, obok Kamiennego Lasu.
**Tradycyjne yijskie imiona są zawsze dwuczłonowe i prawie zawsze czterosylabowe. Tradycyjnie ostatnie dwie sylaby imienia ojca są jednocześnie dwiema pierwszymi imienia syna, ale od tej zasady są liczne wyjątki, a poza tym na dzieci zazwyczaj nie woła się pełnym imieniem.
***Czyli "Czarnuszek" - nie wiadomo jednak, czy to nie jest tylko fonetyczna transkrypcja na chiński yijskiego imienia. Jest jednak całkiem prawdopodobne, że imię faktycznie było związane z czymś czarnym - dla wielu grup Yi jest to najlepszy, najpiękniejszy i najszczęśliwszy kolor.
****czyli 4,5 kg.
2015-07-26
Sani 撒尼人
Na 8 milionów reprezentantów ludu Yi ponad połowa mieszka w Yunnanie. Od zawsze mieszkali raczej w górach i raczej daleko od miast - tradycyjnie zajmowali się głównie wypasaniem bydła, myślistwem i rabowaniem podróżnych*. W dodatku powiedzieć "Yi" to trochę tak, jakby powiedzieć "Słowianie" - niby grupa językowa i wierzenia się zgadzają, ale jednak nikt nie wątpi, że Polak od Czecha się jednak czymś różni. Dlatego nie dziwi, że istnieje przynajmniej 6 zupełnie niezależnych i wzajemnie niezrozumiałych języków Yi oraz że poszczególne podgrupy Yi przedstawiają się raczej nazwą własnego plemienia niż ogólnym "jestem Yi".
Nie inaczej jest z ludem Sani, który został zakwalifikowany jako Yi, bo język jest w sumie podobny, bo czczą tych samych bogów itd., ale żaden porządny Sani nie powie o sobie "jestem Yi". Mają własny język, własne stroje, własne tańce, a nade wszystko - mają własne legendy - znana jest przede wszystkim Ashima. O tym pięknym dziewczęciu napiszę jednak kiedy indziej, a tymczasem wracam do współczesnych Sani.
Sani mieszkają przede wszystkim w Kamiennym Lesie i okolicach, a także w południowo-wschodnim Yunnanie. W tym i w Puzhehei, w którym miałam okazję się im poprzyglądać. Zwróciłam na nich uwagę przede wszystkim dlatego, że przyglądałam się ich strojom - kompletnie różnym od Yi znanych mi z Kunmingu czy Chuxiongu.
Oczywiście w domu sobie trochę o nich poczytałam. O tym, że od zawsze panowała u nich swoboda wyboru partnera życiowego - co zadziwia etnicznych Chińczyków, do dziś posłusznych w tej kwestii rodzicom. Wyboru dokonywało się zazwyczaj podczas wielkich świąt, gdy dużo młodzieży wspólnie tańczyło i śpiewało; oczywiście, dzisiaj i oni korzystają z internetu i tym podobnych współczesnych sposobów.
Dawniej każda porządna dziewczyna Sani musiała umieć haftować tradycyjne yijskie hafty. Dziś większość ledwo daje radę zwykłemu haftowi krzyżykowemu. Cóż. Znak czasów. Tak i mężczyźni Sani nie polują już, nie potrafią wabić partnerki słodką grą na flecie czy liściu...
Większość młodzieży była w tych wioskach poubierana na bardzo współczesną modłę; stroje ludowe i charakterystyczne nakrycia głowy z "rogami" czy też "kokardą" widniały głównie na głowach staruszek. Wyjątkiem była obsługa niektórych knajp i hoteli - dla podniesienia autentyzmu nakazano się ubrać w stroje ludowe całej obsłudze. Ta zaś nosiła stroje z raczej umiarkowanym wdziękiem, ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu. Z drugiej strony - ja nigdy w życiu nie miałam śląskiego stroju ludowego, nigdy nawet nie widziałam takiego z bliska. Trudno się dziwić, że młodzież woli się ubrać w dżinsy i trampki - ja na co dzień też wolę...
Udało mi się cyknąć zaledwie parę zdjęć. Zwróćcie uwagę na to, jak bardzo kolorowe są te stroje!
Piękne są, prawda? I stroje, i modelki!
*znajomy Yi kiedyś opowiadał mi z dumą, że prawdziwy Yi nigdy nie okradnie nikogo pod osłoną nocy, w tajemnicy. Jeśli będzie Cię chciał okraść, zrobi to z podniesionym czołem, w świetle dnia, z bronią w ręku. Opowiadał z dumą, bo napad z bronią w ręku to przejaw odwagi, a kradzież pod osłoną nocy - tchórzostwa. Zgodnie z tradycyjną moralnością Yi, jeśli masz chrapkę na własność drugiego człowieka, powinieneś mieć wystarczająco duże cojones, żeby mu ją odebrać jawnie.
Nie inaczej jest z ludem Sani, który został zakwalifikowany jako Yi, bo język jest w sumie podobny, bo czczą tych samych bogów itd., ale żaden porządny Sani nie powie o sobie "jestem Yi". Mają własny język, własne stroje, własne tańce, a nade wszystko - mają własne legendy - znana jest przede wszystkim Ashima. O tym pięknym dziewczęciu napiszę jednak kiedy indziej, a tymczasem wracam do współczesnych Sani.
Sani mieszkają przede wszystkim w Kamiennym Lesie i okolicach, a także w południowo-wschodnim Yunnanie. W tym i w Puzhehei, w którym miałam okazję się im poprzyglądać. Zwróciłam na nich uwagę przede wszystkim dlatego, że przyglądałam się ich strojom - kompletnie różnym od Yi znanych mi z Kunmingu czy Chuxiongu.
Oczywiście w domu sobie trochę o nich poczytałam. O tym, że od zawsze panowała u nich swoboda wyboru partnera życiowego - co zadziwia etnicznych Chińczyków, do dziś posłusznych w tej kwestii rodzicom. Wyboru dokonywało się zazwyczaj podczas wielkich świąt, gdy dużo młodzieży wspólnie tańczyło i śpiewało; oczywiście, dzisiaj i oni korzystają z internetu i tym podobnych współczesnych sposobów.
Dawniej każda porządna dziewczyna Sani musiała umieć haftować tradycyjne yijskie hafty. Dziś większość ledwo daje radę zwykłemu haftowi krzyżykowemu. Cóż. Znak czasów. Tak i mężczyźni Sani nie polują już, nie potrafią wabić partnerki słodką grą na flecie czy liściu...
Większość młodzieży była w tych wioskach poubierana na bardzo współczesną modłę; stroje ludowe i charakterystyczne nakrycia głowy z "rogami" czy też "kokardą" widniały głównie na głowach staruszek. Wyjątkiem była obsługa niektórych knajp i hoteli - dla podniesienia autentyzmu nakazano się ubrać w stroje ludowe całej obsłudze. Ta zaś nosiła stroje z raczej umiarkowanym wdziękiem, ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu. Z drugiej strony - ja nigdy w życiu nie miałam śląskiego stroju ludowego, nigdy nawet nie widziałam takiego z bliska. Trudno się dziwić, że młodzież woli się ubrać w dżinsy i trampki - ja na co dzień też wolę...
Udało mi się cyknąć zaledwie parę zdjęć. Zwróćcie uwagę na to, jak bardzo kolorowe są te stroje!
Piękne są, prawda? I stroje, i modelki!
*znajomy Yi kiedyś opowiadał mi z dumą, że prawdziwy Yi nigdy nie okradnie nikogo pod osłoną nocy, w tajemnicy. Jeśli będzie Cię chciał okraść, zrobi to z podniesionym czołem, w świetle dnia, z bronią w ręku. Opowiadał z dumą, bo napad z bronią w ręku to przejaw odwagi, a kradzież pod osłoną nocy - tchórzostwa. Zgodnie z tradycyjną moralnością Yi, jeśli masz chrapkę na własność drugiego człowieka, powinieneś mieć wystarczająco duże cojones, żeby mu ją odebrać jawnie.
2012-09-05
Muzeum kultury mniejszosci Yi w Nuohei 糯黑彝族文化博物館
Polozone w dystrykcie kamiennolesnym 石林, w wiosce Nuohei, ktora jest czyms w rodzaju skansenu. W skansenie tym nie znajdziemy przedmiotow starych badz bardzo cennych; zgromadzone tam zostaly natomiast przedmioty codziennego uzytku ludu Sani 撒尼 (jeden ze szczepow Yi), ktore zapewne, w zwiazku z szybkim rozwojem gospodarczym Chin, za kilka lat pojda w zapomnienie. Pieknie wykonczone skorzane siodla, sliczne gliniane cacuszka, zazwyczaj sluzace do przechowywania badz picia alkoholu, drewniane plugi... Tak wygladalo zycie codzienne ludu Sani jeszcze calkiem niedawno.
W jezyku Yi Nuohei znaczy: staw, w ktorym pluskaja sie malpy. Takoz posrodku wioski znajduje sie piekny staw, bez mostkow, rowerow wodnych i innych unowoczesnien - pasuje do naszego skansenu bardzo.
W wiosce zyje zupelnie zwykla spolecznosc: staruszki zajmuja sie przedzeniem lnu, na ktorym dziewczeta haftuja yijskie wzory; bawia sie z okazji Swieta Pochodni, tancza taniec z trzystrunna mandolina itd. Trudno mi powiedziec, na ile te zabawy sa na pokaz, dla turystow, a na ile sa faktycznie wazne w zyciu mieszkancow. Ale jest ta wioska milion razy bardziej autentyczna niz wszystkie "Wioski mniejszosciowe", o Starej Wiosce Przy Granicy nawet nie wspominajac...
Jedzie sie tam przyjemnie, bo droga do wioski zostala wyasfaltowana. W calej wiosce mieszka okolo 600 osob, z czego zaledwie dwadziescia kilka nie nalezy do ludu Yi - ale nawet oni posluguja sie jezykiem yijskim. Uprawiaja kukurydze, tyton, kartofle itp., przy czym wiekszosc przychodu wioskowego pochodzi niewatpliwie z uprawy tytoniu oraz z produkcji... batiku. Tak, Sani maluja woskiem wzory, a potem farbuja tkaniny w indygo - piekne sa te szmatki :) Nauczyli sie tez od Baiow innej techniki, gdzie material sie w specjalny sposob zgniata, a potem farbuje, moczac dziesieciokrotnie w indygo. Zagniecenia pozostaja biale, przez co na niebieskim tle powstaja piekne kwiaty czy inne wzory. Sposob ten nazywany jest 扎染 zharan - farbowanie zwiazane.
Jako, ze zyja w rejonach, w ktorych zwykle lasy zostaly w duzej czesci zastapione lasem kamiennym, to kamien byl podstawa ich architektury. Teraz oczywiscie wiekszosc nowych domow jest juz z cegiel, bo nikomu sie nie chce szukac pasujacych do siebie nawzajem kamieni, ale sa jeszcze domy, ktore wzniesione zostaly z kamienia.
Wewnatrz wioski zreszta nadal drogi sa kamienne. Sama wioska powstala tak niedawno (1816 rok), ze czesc dziedzictwa architektonicznego faktycznie pokazuje, jak to sie kiedys budowalo.
Gdy przyjezdza sie do wioski z okazji jakiegos swieta, tubylcy poubierani w stroje ludowe tancza swoj najbardziej popularny taniec: taniec trzystrunnej mandoliny. Mezczyzni grajac na mandolinie, a kobiety klaszczac robia trzy kroki i podskakuja, krecac sie raz w lewo, raz w prawo. Skad taki dziwny taniec?
Dawno temu, gdy jeszcze przed zasianiem zboz trzeba bylo wypalic trawy, by oczyscic teren, wiesniacy nie mogli sie doczekac, kiedy wreszcie teren ostygnie. Wbiegali wiec na bosaka na pole szybkim krokiem, a gdy zaczynaly ich parzyc stopy, podskakiwali, posykujac jednoczesnie (to posykiwanie zostalo w piesniach jako bezznaczeniowy okrzyk).
Ale trojstrunna mandolina nie jest ich jedynym tradycyjnym instrumentem. Maja tez traby, dlugie tak, ze musza byc podtrzymywane przez druga osobe, oraz drumle, na ktorych potrafia grac nawet male dzieci. Sa tez flety i bebny. Jedyny szkopul, ze akurat za mojej bytnosci pogrywali i tancowali glownie emeryci i dzieci. Nie wiem, czy faktycznie tradycja juz umarla i tanczy sie tak i spiewa tylko na pokaz?...
W calej wiosce, ba, w calym regionie pelno jest magnolii. Jest nie tylko piekna, ale i smaczna. Z platkow magnolii, startych na proszek i wymieszanych z maka, cukrem i woda, mozna usmazyc pyszne ciasteczka.
Okolica naprawde przyjemna. I nawet jesli tance sa tanczone pod turystow, a stroje zakladane dla kasy, to i tak jest tu pieknie :)
W jezyku Yi Nuohei znaczy: staw, w ktorym pluskaja sie malpy. Takoz posrodku wioski znajduje sie piekny staw, bez mostkow, rowerow wodnych i innych unowoczesnien - pasuje do naszego skansenu bardzo.
W wiosce zyje zupelnie zwykla spolecznosc: staruszki zajmuja sie przedzeniem lnu, na ktorym dziewczeta haftuja yijskie wzory; bawia sie z okazji Swieta Pochodni, tancza taniec z trzystrunna mandolina itd. Trudno mi powiedziec, na ile te zabawy sa na pokaz, dla turystow, a na ile sa faktycznie wazne w zyciu mieszkancow. Ale jest ta wioska milion razy bardziej autentyczna niz wszystkie "Wioski mniejszosciowe", o Starej Wiosce Przy Granicy nawet nie wspominajac...
Jedzie sie tam przyjemnie, bo droga do wioski zostala wyasfaltowana. W calej wiosce mieszka okolo 600 osob, z czego zaledwie dwadziescia kilka nie nalezy do ludu Yi - ale nawet oni posluguja sie jezykiem yijskim. Uprawiaja kukurydze, tyton, kartofle itp., przy czym wiekszosc przychodu wioskowego pochodzi niewatpliwie z uprawy tytoniu oraz z produkcji... batiku. Tak, Sani maluja woskiem wzory, a potem farbuja tkaniny w indygo - piekne sa te szmatki :) Nauczyli sie tez od Baiow innej techniki, gdzie material sie w specjalny sposob zgniata, a potem farbuje, moczac dziesieciokrotnie w indygo. Zagniecenia pozostaja biale, przez co na niebieskim tle powstaja piekne kwiaty czy inne wzory. Sposob ten nazywany jest 扎染 zharan - farbowanie zwiazane.
Jako, ze zyja w rejonach, w ktorych zwykle lasy zostaly w duzej czesci zastapione lasem kamiennym, to kamien byl podstawa ich architektury. Teraz oczywiscie wiekszosc nowych domow jest juz z cegiel, bo nikomu sie nie chce szukac pasujacych do siebie nawzajem kamieni, ale sa jeszcze domy, ktore wzniesione zostaly z kamienia.
Wewnatrz wioski zreszta nadal drogi sa kamienne. Sama wioska powstala tak niedawno (1816 rok), ze czesc dziedzictwa architektonicznego faktycznie pokazuje, jak to sie kiedys budowalo.
Gdy przyjezdza sie do wioski z okazji jakiegos swieta, tubylcy poubierani w stroje ludowe tancza swoj najbardziej popularny taniec: taniec trzystrunnej mandoliny. Mezczyzni grajac na mandolinie, a kobiety klaszczac robia trzy kroki i podskakuja, krecac sie raz w lewo, raz w prawo. Skad taki dziwny taniec?
Dawno temu, gdy jeszcze przed zasianiem zboz trzeba bylo wypalic trawy, by oczyscic teren, wiesniacy nie mogli sie doczekac, kiedy wreszcie teren ostygnie. Wbiegali wiec na bosaka na pole szybkim krokiem, a gdy zaczynaly ich parzyc stopy, podskakiwali, posykujac jednoczesnie (to posykiwanie zostalo w piesniach jako bezznaczeniowy okrzyk).
Ale trojstrunna mandolina nie jest ich jedynym tradycyjnym instrumentem. Maja tez traby, dlugie tak, ze musza byc podtrzymywane przez druga osobe, oraz drumle, na ktorych potrafia grac nawet male dzieci. Sa tez flety i bebny. Jedyny szkopul, ze akurat za mojej bytnosci pogrywali i tancowali glownie emeryci i dzieci. Nie wiem, czy faktycznie tradycja juz umarla i tanczy sie tak i spiewa tylko na pokaz?...
W calej wiosce, ba, w calym regionie pelno jest magnolii. Jest nie tylko piekna, ale i smaczna. Z platkow magnolii, startych na proszek i wymieszanych z maka, cukrem i woda, mozna usmazyc pyszne ciasteczka.
Okolica naprawde przyjemna. I nawet jesli tance sa tanczone pod turystow, a stroje zakladane dla kasy, to i tak jest tu pieknie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


