blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2012-09-29

panienka z Zachodu 洋姑娘

Tym razem to nie o mnie. Ta panienka jest kuzynką papryki i pomidora, też z rodziny psiankowatych. Wabi się miechunka i jest pysznym... no wlaśnie. Dla mnie owocem, ale pewnie Peruwiańczycy by się ze mną nie zgodzili. I wprawdzie w Polsce miechunki też są uprawiane, ale smak poznałam dopiero w Chinach. Ponieważ wiki dość dobrze opisuje wygląd i właściwości miechunki, nie będę powtarzać. To właśnie z anglojęzycznej wiki wzięłam zdjęcia miechunki w "papierowym" kielichu, od którego pochodzi druga nazwa chińska: 燈籠果 czyli owoc papierowolampionowy. Faktycznie, delikatny kielich otacza jagode troche jak chinski lampion...
Chińczycy spożywają "panienkę z Zachodu" na świeżo bądź po wysuszeniu. Jest to kolejny owoc "zimny", który chętnie jadam w celu obniżenia mojego wewnętrznego gorąca. Oczywiście, w chińskiej medycynie leczy wszystko, od zaparć po skrofuły, choroby skóry i reumatyzm, ale z tym bym może nie przesadzała ;)
W Chinach oczywiście nikt nie wierzy, że pochodzi z Ameryki Południowej; jest przecież TRADYCYJNYM środkiem leczniczym. Uprawiana jest od Yunnanu i Syczuanu po Kanton.
W Yunnanie na panienkę z Zachodu mówi się, z niewiadomych przyczyn, grzybowa panienka 菇娘. Mam podstawy sądzić, że zapis wynika z analfabetyzmu sprzedawców, którzy nie odróżniają znaczków 菇 i 姑. Pewnie wkładają grzyby do owoców, bo jest trawa 艹 na górze, a przecież owocek MUSI mieć trawę na górze... ech...

2012-09-27

krowich sto liści 牛百葉

Dobrze jest zacząć dzień od zrozumienia, dlaczego się lubi jeść krowie wnętrzności.
Jest taka potrawa, dosłownie krowich sto liści 牛百葉. Jest apetyczna, zwłaszcza w wersji syczuańskiej:
Wiedziałam, ze względu na konsystencję, że to krowie wnętrzności, ale nie wiedziałam, która to konkretnie część. Wiki moja kochana powiedziała co następuje: krowie sto liści to po polsku
Księgi (omasum, psalterium) - trzeci po żwaczu i czepcu przedżołądek przeżuwaczy położony na prawo od żwacza i ku tyłowi od czepca, połączony z czepcem i trawieńcem. Księgi mają kształt okrągłego, nieco spłaszczonego worka.
Tak więc nie wszamuję ze smakiem krowich wnętrzności dlatego, że jestem łasuchem, tylko dlatego, że jestem molem książkowym! CBDO.

2012-09-25

robinia akacjowa 刺槐

Większość z nas błędnie nazywa ją akacją. Że niby się jej listkami wróży i że miód pyszny... Miód tak, jak najbardziej, ale liście prawdziwej akacji w ogóle się nie nadają do wróżenia.
Właściwości robinii są tak dobrze wszędzie poopisywane, że nie będę powtarzać. Napiszę jednak więcej o jej zastosowaniu kulinarnym, bo jestem Chińczykiem i jem wszystko :) O ile nawet w wiki można znaleźć informację, że kwiaty są jadalne, o tyle według polskich przepisów nadają się do czegoś tylko jako napar albo wysmażone. No, od biedy można znaleźć przepisy na nalewki czy syropy. Na pewno jednak nie wpadlibyście na to, żeby takie kwiaty usmażyć w... jajecznicy.
ZB wpadł na ten pomysł od razu po przyuważeniu powtórnie kwitnącej pseudoakacji w naszym ogródku. I choć Mama narzekała, że akacja jest do oglądania, a nie do jedzenia, przetrząsnął mój łasuch całe drzewo w poszukiwaniu nierozwiniętych pączków, które następnie umył i osuszył, po drodze oczyszczając je z resztek gorzkawej zieleniny.
Po czym wymieszał je z kilkoma jajkami, odrobinę posolił i usmażył. Właściwie bardziej to forma omletowa niż jajecznicowa, a jeszcze lepiej - tortillowa, bo obowiązkowo trzeba na małym ogniu podsmażać z dwóch stron, a w trakcie smażenia się nie miesza (i nie wstrząsa, jeśli już przy tym jesteśmy), ale dla mnie to już zawsze będzie jajecznica :) Jest lekko słodkawa, nie trzeba żadnych dodatków. Pyszna.
Oczywiście, wg ZB większość kwiatów ma zastosowanie przede wszystkim kulinarne, bo jest z Yunnanu, a w Yunnanie kwiaty są traktowane jak warzywa...

2012-09-23

Dzień bez samochodu 無車日

Od 2007 Chiny również uczestniczą w tej chwalebnej inicjatywie proekologicznej. Świętowanie tego dnia, który powinien promować transport publiczny i pokazywać, że istnieje alternatywa dla poruszania się po mieście samochodami osobowymi, zostało przeniesione z centrum Kunmingu do Chenggongu, wioski uniwersytecko-urzędowomiejskiej, w której psy dupami szczekają, a aut prawie nie ma. Ograniczono ruch w godzinach 9-17, czyli wtedy, kiedy i tak wszyscy normalni ludzie są w pracy albo w szkole. Po ulicach wolno się poruszać nie tylko pieszym i rowerzystom, ale i taksówkom, autobusom, busom. Właściwie nie wolno było jeździć tylko motorom, motorynkom i prywatnym samochodom. 
Dlaczego obchody zostały przeniesione?
Żeby nie zakłócać ruchu ulicznego w Kunmingu, oczywiście...

Brzoskwinie Nieśmiertelnych 蟠桃

Różnie je nazywają. A to Saturnowe, a to po prostu UFO. Chodzi zawsze o te, które w Chinach zowią się Brzoskwiniami Nieśmiertelnych 蟠桃. I choć dzisiejsze Brzoskwinie Nieśmiertelnych stanowią ledwie nędzną namiastkę przedłużających życie brzoskwiń z ogrodu Królowej Matki Zachodu, ich smak i aromat jest doprawdy nieziemski.
A było tak.
(zdjęcie z wiki, reprodukcja obrazu autorstwa Liu Yuyi 劉宇一)
Królowa Matka Zachodu obchodziła raz hucznie urodziny, przypadające na trzeci dzień trzeciego miesiąca księżycowego. Zrobiła niezłą imprezkę, zaprosiła wszystkich chińskoniebiańskich celebrytów, aby ich uraczyć owymi brzoskwiniami. A wiedzieć Wam trzeba, że dają one nieśmiertelność temu, kto je spożyje, dlatego Matka Królowa Zachodu mocno uważała, by zaprosić tylko tych, którzy i tak byli już nieśmiertelni i nie mogli na całej zabawie niecnie skorzystać. Ale nawet biedne bóstwa i inni nieśmiertelni musieli się pilnować, ten bowiem, kto naruszył zasady dobrego wychowania, ponosił straszliwe konsekwencje, o których już pisałam. Na przykład Generał-Od-Podnoszenia-Kurtyny Sha Wujing niechcący stłukł wazę, przez co nie tylko został solidnie obity, ale i musiał w niemiłej postaci wrócić na ziemię. Innym przypadkiem był Zhu Bajie, który po pijanemu molestował Boginię Księżyca Chang'e, za co został zdegradowany, zesłany na ziemię i zamieniony w człowieka ze świńskim łbem, skąd się zresztą wzięło jego najpopularniejsze imię. Taaak, milutka ta nasza Królowa...
Wracając do brzoskwiń - nie wiem, na ile są boskie i czy mi wydłużą życie, ale od niedawna weszły na stałe do mojego jadłospisu - zgodnie z chińską medycyną są chłodem, który gasi mój wewnętrzny ogień.
Spłaszczone, malutkie, z bielusieńkim miąższem, okrytym mało włochatą skórką, są od zwykłych, ordynarnych brzoskwiń słodsze, twardsze i bardziej aromatyczne, a poza typowo brzoskwiniowym smakiem, można też wyczuć nutkę migdałową. W Kunmingu pojawiły się w lipcu i nadal można je dostać. Uprawiane w Chinach od setek lat, i na Zachodzie zyskały wielką popularność, widziałam je nawet, drogie jak cholera, na targu w Bytomiu...
A o samych brzoskwiniach więcej tutaj.

2012-09-21

ślub po chińsko-polsku

1) Potrzebne dokumenty (wszystkie skserowane):
~~strona chińska:
*książeczka meldunkowa (tzw. hukou ben 户口本)
*zaświadczenie o stanie cywilnym
*dowód osobisty
~~strona polska:
*paszport z ważną wizą
*zaświadczenie o stanie cywilnym przetłumaczone na chiński.
plus ślubne zdjęcie pary na czerwonym tle, sztuk trzy:
2) Miejsce: przeniesiona na koniec świata siedziba urzędasów kunmińskich - Chenggong.
3) Procedura:
*oddać papiery wraz z kserokopiami
*wypełnić świstki, że dobrowolnie i że dane osobowe się zgadzają
*wpłacić 9 yuanów (około 5 złotych) za fatygę urzędasa w pobliskim banku
*odebrać książeczkę-dokument zawarcia małżeństwa z wklejonym zdjęciem.
4) Czas trwania:
*dojazd: 1,5 godziny w jedną stronę, w korkach.
*procedura: 5-10 minut w zależności od tego, czy urzędas jest rozgarnięty.
PS. Rozwód trwa tyle samo, ale kosztuje 11 yuanów. Zdzierstwo!

2012-09-19

Charaktery :)

W ostatnim numerze ukazał się mój artykuł na temat języka chińskiego. Zapraszam do zakupu :)

Wangfujing 王府井

W Pekinie byliśmy na tyle krótko, że należy nam wybaczyć wizytę w Studni Książęcego Dworu (jak od biedy można by przetłumaczyć tę nazwę) - nie lubię chodzić na zakupy, a w tak skomercjalizowanych miejscach to już w ogóle. Ale mieliśmy tylko dwie godziny na te drobne zakupy, miasta nie znamy, a tam duże zagęszczenie straganów. Niestety, choć Wangfujing jest kreowane na miejsce słynne z przekąsek,
prawie żadnego żarcia-śmy nie kupili, bo pachniało tak, jakby już raz było jedzone, więc nadal nie wiem, jak smakują "tradycyjne przekąski pekińskie", no ale niech już będzie. Trochę fotek cyknęłam - a to szaszłyki ze skorpionków,
a to pieczone gołąbki,
a to żołądki wołowe/owcze, o których jeszcze napiszę, więc na razie nie daję zdjęcia.
Miejsca opisywać nie będę jakoś szczegółowo, bo nawet wiki to za mnie zrobiła. Od siebie dodam, że ceny nieprawdopodobne, badziewie, jakich mało i straszna szkoda, że już prawie nie ma tam sklepów, w których mógłby coś kupić nieturysta. Z wyjątkami - o jednym z tych wyjątków w którymś z następnych postów.
Jedyne moje zdjęcie stamtąd obrazuje dobrze mój stan ducha w Pekinie...

2012-09-17

Edukacja nacjonalistyczna 國民教育

Kilka ostatnich dni z zainteresowaniem śledziłam rozwój sytuacji jeśli chodzi o istnienie problemu edukacji nacjonalistycznej, która planowano wprowadzić w Hongkongu. Śledziłam przede wszystkim powolne acz nieubłagane kasowanie z chińskich stron artykułów wspierających hongkongijczyków i mówiących o partyjnym praniu mózgu. Obecnie po wpisaniu w gugla i baidu terminu podanego w tytule, otrzymuje się całkiem inne wyniki. w pierwszym wypadku większość linków dotyczy protestów przeciw praniu mózgu, jest link do chińskiej wikipedii no i są oczywiście artykuły o wolności i prawach obywatelskich. W drugim wypadku podawane są wyniki wyszukiwania bez wikipedii, ale za to z artykułami typu "dlaczego kongkongijczycy uważają, że jest to pranie mózgu i dlaczego nie mają racji".
Punkty, które zwróciły moją uwagę:
1) Chińskie Ministerstwo Edukacji jak pijany płotu trzyma się stwierdzenia, że materiały przez nich przygotowane są w pełni obiektywnym przedstawieniem dzisiejszego świata. Przykładowo Partia Komunistyczna została przedstawiona jako jednostka nieegoistyczna, postępowa i zintegrowana (zapewne ku chwale Narodu Chińskiego). Dla kontrastu opisano konflikt między amerykańskimi republikanami i demokratami. Jest on bezlitosny i powoduje cierpienie ludu.
2) To nie był plan wprowadzenia całkiem nowego przedmiotu, tylko zamiany dotychczas istniejącej Edukacji Moralnej i Obywatelskiej (德育及公民教育) na Edukację Moralną i Nacjonalistyczną (德育及國民教育). Jeden znak zmienia jednak cały sens i program realizowany w podstawówkach i liceach.
3) W hongkongijskim prawie nie używa się pojęcia "naród". Ludzie poddani prawu Hongkongu są opisywani albo jako mieszkańcy 居民, albo jako obywatele 公民, nigdy jako naród 国民. Wiąże się to nie tylko z faktem, iż mieszka tam na stałe i od pokoleń wielu obcokrajowców (bo tych "wielu obcokrajowców" to i tak zaledwie 5% populacji), ale i z tym, że już Zhou Enlai podważył przynależność do narodu chińskiego tzw. huaqiao 華僑, czyli ludzi pochodzenia chińskiego, którzy jednakowoż niekoniecznie się identyfikują z Chinami Ludowymi, mieszkali zazwyczaj jakiś czas za granicą i uważają się bardziej za spadkobierców wielkiej tradycji chińskiej niż chińskiej partii komunistycznej. Wtedy, kiedy Zhou Enlai tak stwierdził, w roku 1955, Hongkong wraz ze wszystkimi mieszkańcami nie należał do Chin, więc i ludność tam mieszkająca nie była traktowana jak "czyści" Chińczycy - i to bez względu na przynależność etniczną!
Skoro więc w Hongkongu nie ma idei "narodu" - zresztą Hongkong się tym od zawsze chlubił - jakim cudem mogłaby zostać wprowadzona edukacja narodowa/nacjonalistyczna? Którego narodu? Skoro duża część społeczeństwa to Chińczycy tylko etnicznie, a nie ideowo...

Oprócz tego ludzie tacy jak emerytowany biskup Hongkongu Joseph Zen Ze-kiun ostrzegają, że nacjonalizm nie jest niczym dobrym - pokazując jako przykład nazistów, Japończyków tuż przed wojną czy nawet wypaczonych złą edukacją nacjonalistyczną Chińczyków z czasów Rewolucji Kulturalnej. Podobne skojarzenia ma wielu uczonych i dyplomatów. Ja bym może nie szła aż tak daleko; tym niemniej przypominałoby to "historię", jakiej musieli się uczyć moi Rodzice w szkołach. Wszyscy wiedzieli, że podręczniki kłamią, wszyscy widzieli, jaki to dobrobyt przynieśli komuniści, wszyscy się tego uczyli w szkole, ale to, czy Twój mózg został wyprany czy nie, zależało jednak głównie od tego, jak ta propaganda była komentowana w domach...

2012-09-15

o szyby deszcz dzwoni...

Kolacja była pyszna. Mielona wieprzowinka na parze z zhacaiami (świekra), kwiaty taro smażone z bakłażanami (ZB), kurczak curry po birmańsku (ja), smażony wieprz z papryką i cebulą (ja), zupa z gorzkich liści (ZB) i smażona na pikantnie mała kapustka chińska (ZB). Obżarliśmy się jak świnie.
Zakołderkowani (bo zimno) bawimy się swoimi kompami, gdy nagle ZB wzdycha: - Zjadłbym coś.
Patrzę na niego jak na wariata, bo wiem, ile zjadł żarcia przed chwilą. Ale pytam - może makaron jakiś?
- Nie, mam ochotę na pieczone mięsko (ekhm, takie niby szaszlyczki :D).
- To idz i sobie kup - wzruszam ramionami, nieczuła na potrzeby mojego przyszłego.
ZB wzdycha. Nie wiem, czy mial nadzieje, ze pójdę po szaszłyki, nic mnie to nie obchodzi, hue, hue, hue.
Minęło pół godziny.
ZB znowu wzdycha i mówi - tak dawno już nie jadłem szaszłyczków!...
Patrzę nań z rozbawieniem i powtarzam: to idź i sobie kup.
ZB się ubiera możliwie szczelnie, wrzuca do kieszeni komórkę, kasę, klucze. Zakłada buty. Przychodzi po komórkę, bo zapomniał, że już ją zabrał. A potem, jak tylko otworzył drzwi, wrócił jeszcze po słuchawki.
Wyszedł.
Minęła minuta.
Wraca.
Pytam: kochanie, czego zapomniałeś?
ZB: ze złością: nic nie zapomniałem!
Ja, ze zdziwieniem: to dlaczego wróciłeś?!
ZB: Pada! Przecież nie będę łaził w deszczu szukając szaszłyczków...
Czyli jednak jest bardziej piecuchem niż łasuchem, dziwne, cały czas sądziłam, że chętnie poświęci wygodę dla żarcia... :D

2012-09-13

Ołtarz Słońca 日壇

O ołtarzu tym napisano tyle, że naprawdę bez sensu byłoby podawać encyklopedyczne informacje. Mogę co najwyżej własne wrażenia podeprzeć popełnionymi w parku przyołtarzowym zdjęciami.
Zakochałam się. Może dlatego, że było tuż po deszczu, dzięki czemu i ludzi mało,
i jeszcze na liściach i płatkach lotosu perliły się kropelki wody, uwidaczniając efekt lotosu?
Może dlatego, że w ogóle chińskie parki są urocze? Może dlatego, że zawsze mnie rozczulają te parkowe pawiloniki, w których przysiadają zmęczeni staruszkowie?
A może po prostu dlatego, że po raczej przytłaczającym Pekinie-mieście miałam okazję odpocząć w Pekinie-lesie?
I to w dodatku nad jeziorem?
Głęboko mnie natomiast rozczarował fakt, że sam ołtarz znajduje się hen za zamkniętymi bramami i nie mogłam go sobie ostukać i wyoglądać.
Ale... Cieszę się, że tam poszłam. Na pewno jeszcze nieraz tam wyląduję :)

2012-09-11

心寬體胖 Gruba bo szczęśliwa

I znów wylała się zupa pomidorowa. Tym razem powstrzymałam się od poprawiania Chińczyków, zwłaszcza nauczycieli mandaryńskiego, w kwestiach językowych, ale opisać to muszę.
Uwielbiana przeze mnie nauczycielka biologii, która przypadkiem zupełnym zaczęła uczyć białasów chińskiego i której ogromna wiedza zawsze ogromnie mi imponowała, popełniła błąd językowy. Ujrzawszy mnie bowiem i stwierdziwszy, że mi się poprawiło, poczęstowała moje małe moi przysłowiem, które widnieje w tytule. Dosłownie: serce szerokie ciało grube, czyli ktoś, kto ma otwarte serce i nie ma trosk, tyje.
Problem w tym, że wyraz 胖 ma dwie wymowy i tyleż znaczeń. Pierwsza i najpopularniejsza wymowa to pàng i w tym wypadku faktycznie oznacza to bycie grubym. Druga jednak wymowa to pán i przy takiej wymowie wyraz oznacza "zdrowy, spokojny, pogodny". Pierwotnie przysłowie mówiło więc, że ludzi z otwartym sercem łatwo poznać po tchnącym spokojem wyglądzie. Użycie w tym wypadku słowa gruby zamiast tego spokoju i zdrowia jest więc takim bynajmniej w znaczeniu przynajmniej, które popełniają polscy analfabeci, tylko w wydaniu chińskim.
Co ciekawe, większość słowników podaje w tym przysłowiu właściwą wymowę z pán i jednocześnie błędne tłumaczenie zamiast zdrowy -> gruby, choć jeśli poszukać tylko słówka pán 胖, tłumaczenie jest oczywiście właściwe - że znaczy to 安泰舒適 czyli zdrowy, bezpieczny, pogodny. Podpierając się słownikami coraz więcej ludzi będzie więc popełniać ten błąd i pewnie w końcu będzie można nawet używać wymowy z "grubym" na końcu, i wszyscy zapomną, że w Księdze Obyczajów (skąd przysłowie pochodzi) było zupełnie inaczej...
Tu dwie jeszcze sprawy. Po pierwsze nie czepiam się, bo nie lubię, gdy ktoś mówi, że jestem gruba - akurat uważam, że wersja z "byciem grubym" pasuje do mnie ostatnio jak ulał. Po drugie: podoba mi się to, że znak "gruby" wygląda tak samo jak znak "zdrowy", "zadowolony", a znak "chudy" 瘦 ma po lewej stronie cząstkę odpowiedzialną za choroby 疒...

2012-09-09

彝良地震 Trzęsienie ziemi w Yiliangu

Opis głównie na podstawie tego artykułu.
Wczoraj około południa Yunnan się zatrząsł, i to dwa razy (11:19 i 12:16). Województwo Yiliang 彝良, pół miliona mieszkańców, dwa ponadpięciostopniowe trzęsienia, 80 zabitych, 795 rannych, a ponad pół miliona ludzi poniosło różnego typu straty. Zawaliły się prawie dwa tysiące domów, a 30 tysięcy zostało poważnie uszkodzonych. Do natychmiastowej przeprowadzki kwalifikuje się 200 tysięcy ludzi.
Jakby tego było mało, ostatnie trzy dni w Yiliangu lało jak z cebra, więc ratownicy mają trudne zadanie. W trakcie trzęsienia zaczęły się bowiem obsuwać górskie drogi; większość jest kompletnie nieprzejezdna, więc ratownicy przybywają do najgorzej położonych rejonów na piechotę.
Wszyscy, z premierem Chin Wen Jiabao na czele pospieszyli na pomoc.
(Reakcja ZB: Tak, ten wspaniały aktor po prostu musiał się tam zjawić, bękart niedo*&^%^%^R@%#^$%&$@$#*@...).
W Kunmingu nie dało się tego trzęsienia odczuć - Yiliang jest od nas oddalony około 450 kilometrów. Na zdjęciu dobrze to widać - Yiliang to górny róg trójkąta, a Kunming dolny, po lewej.
Nic nam się więc nie stało. I tylko szkoda, że te piękne chałupy w górach już nie zostaną odbudowane, i szkoda, że państwo wybuduje śmieciowe bloki, które się zawalą przy najbliższym trzęsieniu ziemi...










2012-09-07

白族歌舞茶道館 Droga Herbaty, Śpiew i Taniec mniejszości Bai

Zwiedzając Dali 大理 trudno nie wstąpić do Domu Rodziny Duan 《段氏家院》 na przedstawienie bajskiego „Mazowsza” i bajską herbatkę. Za jedyne 60 yuanów od osoby można obejrzeć program, o którym w tytule, napodziwiać się strojów mniejszości Bai, naoglądać tradycyjnych tańców, skosztować bajskiej herbaty i wyjść z poczuciem dogłębnego zrozumienia innej kultury. To znaczy, Chińczycy tak wychodzą. Ja... no cóż. Nauczyłam się parzyć bajską herbatę, co w późniejszej praktyce herbacianej bardzo mi się przydało, jednakowoż jarmarczna etniczność przedstawienia mnie trochę rozczarowała. Ale do rzeczy.
O herbacie, której piciem przetykane jest przedstawienie, trochę później, bo to coś, co naprawdę mi się spodobało. A przedstawienie? Po pierwsze: mieszają. Na przykład tańczą układy choreograficzne do yijskich zamiast bajskich piosenek, bo te yijskie są bardziej znane. Chcąc przedstawić „bogactwo kultury bajskiej”, zamiast się na niej skoncentrować, dokładają legendy i zwyczaje ludu Mosuo czy Naxi. W dodatku „aktorzy” urządzają sobie pogaduchy w trakcie, uczą się nawzajem kroków – mało profesjonalne i jeszcze mniej autentyczne to wszystko... Ja wcale nie wymagam, żeby cała bajska młodzież potrafiła tańczyć tańce ludowe – ja też nie umiem tańczyć kujawiaka. Tyle, że ja nie zarabiam forsy na folklorystycznych występach scenicznych, tfu, cholera...
Tym niemniej zdjęcia można pocykać; tak czy owak, jest to jedna z niewielu okazji, by pooglądać tradycyjne szmatki... ;)
A teraz o moim koniku, czyli herbacie.
Sławna na całym świecie... ekhm... znaczy, nawet w Chinach nie każdy o niej słyszał, a w samym Yunnanie choć wszyscy słyszeli, to niekoniecznie wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi... No, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi ;) Trochę znana tu i ówdzie bajska herbata, a dokładnie trzy drogi herbaty Bai 白族三道茶, to niespotykane połączenie trzech smaków: pierwszy gorzki, drugi słodki, a trzeci z nietypowym, ostrym posmakiem, które od czasów mingowskich cieszy gości bajskich gospodarzy.
Herbata pierwsza to czysta gorycz. Podobno w życiu też trzeba najpierw zaznać goryczy, żeby potem umieć docenić jego słodycz... Przyrządza się ją w sposób następujacy: rozgrzewamy gliniany garnuszek, a gdy jest już gorący, wsypujemy doń herbaty i, w trakcie jej podgrzewania na ogniu, cały czas garnuszkiem potrząsamy, żeby liście herbaty podpiekły się równomiernie. Gdy liście zaczynają wydawać dziwne odgłosy i zżółkną, a zapach stanie się bardzo intensywny, zalewamy je wrzątkiem. Wystarczy chwila i herbata jest gotowa. Kolor winien być podobny bursztynowi, ale tak naprawdę zależy to głównie od rodzaju użytej herbaty. Malutką czarką tego mocno gorzkiego napoju witamy gości, którzy powinni wypić napar jednym łykiem.
Druga herbata jest słodka. Nie dlatego, że ją jakoś inaczej parzymy – metoda jest taka sama, jak w wypadku herbaty gorzkiej – ale po pierwsze wrzucamy mniej liści, a po drugie do garnuszka dorzucamy kamiennego cukru, cynamonu, miodu i właściwie wszystkich słodkich produktów, jakie mamy pod ręką. Bajowie dorzucają nawet swój owczy ser, który jest niesolony i faktycznie słodkawy, ale moim zdaniem to już lekka przesada...
Herbata trzecia to według mnie już nie napar herbaciany, a raczej zupa. Albowiem do garnuszka dorzucić można oprócz słodkości ryżu dmuchanego, pieprzu syczuańskiego, orzechów, migdałów, imbiru, anyżu gwiazdkowego czy czarnego kardamonu. Taka „zupa herbaciana” jest słodko-gorzko-kwaśno-ostra – słowem, ma bardzo bogaty smak, przypominający i gorycz herbaty pierwszej, i słodycz herbaty drugiej, i jeszcze wiele, wiele innych smaków, cieszących nasze podniebienia w trakcie delektowania się spożywaniem tego boskiego napoju.
A skąd tradycja trzech herbat się wzięła?
Dawno, dawno temu, w pobliżu Dali, u stóp Błękitnych Gór, mieszkał słynny cieśla. Miał on czeladnika, który po wielu latach żmudnej nauki nadal nie mógł zdobyć stopnia mistrza. Za każdym razem nagabywany przezeń mistrz powiadał: "Jeśli chcesz być cieślą, to, że umiesz rzeźbić i ciosać, stanowi zaledwie połowę Twego warsztatu".
W końcu pewnego dnia Mistrz rzekł: Dziś pójdziesz ze mną w góry, zetniesz drzewo i je potniesz na części takie, które będziesz mógł samemu zanieść do domu, by w końcu móc zrobić swój majstersztyk – i wtedy dopiero naprawdę staniesz się mistrzem. Uradowany czeladnik podążył w góry za mistrzem, znalazł sobie piękny orzech i zaczął z nim walczyć. Ale drzewo nie zaczęło się jeszcze dobrze chwiać, gdy czeladnikowi dech zaparło w piersiach, a usta wyschły na wiór. Chwil jeszcze kilka i pragnienie stało się nie do zniesienia; biedny czeladnik prosi więc mistrza: Pozwól mi, czcigodny, bym zszedł do naszej siedziby i przyniósł sobie coś do picia, żar płynący z nieba staje się nie do wytrzymania, w ustach mi zaschło, obawiam się, że nie zniosę długo takiej tortury. Mistrz spojrzał nań surowo i stwierdził, że oczywiście może zejść po wodę, ale musi się liczyć z tym, że następna okazja wyjścia w góry po drzewo może się przydarzyć za rok, za dwa, za pięć, albo i nigdy – wybór należy do niego. Poirytowany nieziemsko czeladnik oczywiście nie chciał zaprzepaścić tej szansy, więc chwycił kilka świeżych liści, wsadził je sobie do ust i, żując, zaczął wysysać z nich wszystką wilgoć. Mistrz uśmiechnął się spod wąsa do młodzieńca i pyta: jak Ci smakuje? Uczniowi nie do śmiechu było, ale odpowiedział tylko, że okropnie gorzkie. Mistrz odparł: chciałeś się nauczyć ciesiołki bez odrobiny wysiłku i goryczy?
Czeladnik pracował aż do zmierzchu. W końcu pociął drzewo. Cóż z tego, skoro, wyczerpany całodziennym wysiłkiem, bez jedzenia i wody, bez wytchnienia, nie daje rady unieść tego, co pociął? Wówczas mistrz wyciągnął zza pazuchy kawałek cukru i podał czeladnikowi ze słowami: To się nazywa najpierw gorycz, a potem słodycz. Zjadłszy cukier, pokrzepiony na ciele i duchu czeladnik zdołał znieść drewno do siedziby mistrza. Majstersztyk okazał się być piękny i nic już nie stało na przeszkodzie, by uczeń opuścił wreszcie mistrza. Na pożegnanie mistrz zaparzył dla czeladnika herbatę. Dodał do niej miodu i liści pieprzu syczuańskiego, a gdy czeladnik wychylił czarkę, mistrz spytał: herbata gorzka jest czy słodka? Uczeń odparł: jest słodka, ale też gorzka i pikantna, ma w sobie wszystkie smaki. Mistrz zaśmiał się serdecznie i mówi: Ta herbata obrazuje Twoją naukę. Czy uczysz się fachu, czy uczysz się, jak być dobrym człowiekiem, logika jest taka sama. Trzeba zaznać goryczy, żeby docenić słodycz, a w końcu trzeba to sobie przypomnieć i wyciągnąć wnioski, które wzbogacą naszą sztukę czy nasze życie wszystkimi innymi smakami.
Od tej pory trzy drogi herbaty stały się sposobem na wskazanie drogi młodemu pokoleniu czy uczniom, na dobrą wróżbę przy zakładaniu własnego biznesu jak i przy wkraczaniu na nową drogę życia. Powszechna wśród ludu Bai tradycja stała się wkrótce ich wizytówką, a z czasem i sposobem witania gości. Zgodnie z pierwotną tradycją, to starsi parzyli taką herbatę dla młodszych, bo to starszym przypada rola pokazania młodym życia. Teraz jednak ten sens się zatracił i młodzież też parzy taką herbatę dla starszych.
Zgodnie z tradycją, powinno się używać yunnanskich herbat puer, ale można też użyć herbaty zielonej, czarnej, czy nawet czarnosmoczej. Najważniejsze jest przecież, żeby było gorzko, słodko i ostro, a nie, jak wyglądają liście...
A to ja, przebrana za Bajkę, parząca herbatę, dawno, dawno temu ;)

2012-09-05

Muzeum kultury mniejszosci Yi w Nuohei 糯黑彝族文化博物館

Polozone w dystrykcie kamiennolesnym 石林, w wiosce Nuohei, ktora jest czyms w rodzaju skansenu. W skansenie tym nie znajdziemy przedmiotow starych badz bardzo cennych; zgromadzone tam zostaly natomiast przedmioty codziennego uzytku ludu Sani 撒尼 (jeden ze szczepow Yi), ktore zapewne, w zwiazku z szybkim rozwojem gospodarczym Chin, za kilka lat pojda w zapomnienie. Pieknie wykonczone skorzane siodla, sliczne gliniane cacuszka, zazwyczaj sluzace do przechowywania badz picia alkoholu, drewniane plugi... Tak wygladalo zycie codzienne ludu Sani jeszcze calkiem niedawno.
W jezyku Yi Nuohei znaczy: staw, w ktorym pluskaja sie malpy. Takoz posrodku wioski znajduje sie piekny staw, bez mostkow, rowerow wodnych i innych unowoczesnien - pasuje do naszego skansenu bardzo.
W wiosce zyje zupelnie zwykla spolecznosc: staruszki zajmuja sie przedzeniem lnu, na ktorym dziewczeta haftuja yijskie wzory; bawia sie z okazji Swieta Pochodni, tancza taniec z trzystrunna mandolina itd. Trudno mi powiedziec, na ile te zabawy sa na pokaz, dla turystow, a na ile sa faktycznie wazne w zyciu mieszkancow. Ale jest ta wioska milion razy bardziej autentyczna niz wszystkie "Wioski mniejszosciowe", o Starej Wiosce Przy Granicy nawet nie wspominajac...
Jedzie sie tam przyjemnie, bo droga do wioski zostala wyasfaltowana. W calej wiosce mieszka okolo 600 osob, z czego zaledwie dwadziescia kilka nie nalezy do ludu Yi - ale nawet oni posluguja sie jezykiem yijskim. Uprawiaja kukurydze, tyton, kartofle itp., przy czym wiekszosc przychodu wioskowego pochodzi niewatpliwie z uprawy tytoniu oraz z produkcji... batiku. Tak, Sani maluja woskiem wzory, a potem farbuja tkaniny w indygo - piekne sa te szmatki :) Nauczyli sie tez od Baiow innej techniki, gdzie material sie w specjalny sposob zgniata, a potem farbuje, moczac dziesieciokrotnie w indygo. Zagniecenia pozostaja biale, przez co na niebieskim tle powstaja piekne kwiaty czy inne wzory. Sposob ten nazywany jest 扎染 zharan - farbowanie zwiazane.
Jako, ze zyja w rejonach, w ktorych zwykle lasy zostaly w duzej czesci zastapione lasem kamiennym, to kamien byl podstawa ich architektury. Teraz oczywiscie wiekszosc nowych domow jest juz z cegiel, bo nikomu sie nie chce szukac pasujacych do siebie nawzajem kamieni, ale sa jeszcze domy, ktore wzniesione zostaly z kamienia.
Wewnatrz wioski zreszta nadal drogi sa kamienne. Sama wioska powstala tak niedawno (1816 rok), ze czesc dziedzictwa architektonicznego faktycznie pokazuje, jak to sie kiedys budowalo.
Gdy przyjezdza sie do wioski z okazji jakiegos swieta, tubylcy poubierani w stroje ludowe tancza swoj najbardziej popularny taniec: taniec trzystrunnej mandoliny.
Mezczyzni grajac na mandolinie, a kobiety klaszczac
robia trzy kroki i podskakuja, krecac sie raz w lewo, raz w prawo. Skad taki dziwny taniec?
Dawno temu, gdy jeszcze przed zasianiem zboz trzeba bylo wypalic trawy, by oczyscic teren, wiesniacy nie mogli sie doczekac, kiedy wreszcie teren ostygnie. Wbiegali wiec na bosaka na pole szybkim krokiem, a gdy zaczynaly ich parzyc stopy, podskakiwali, posykujac jednoczesnie (to posykiwanie zostalo w piesniach jako bezznaczeniowy okrzyk).
Ale trojstrunna mandolina nie jest ich jedynym tradycyjnym instrumentem. Maja tez traby, dlugie tak, ze musza byc podtrzymywane przez druga osobe,
oraz drumle, na ktorych potrafia grac nawet male dzieci.
Sa tez flety i bebny. Jedyny szkopul, ze akurat za mojej bytnosci pogrywali i tancowali glownie emeryci i dzieci. Nie wiem, czy faktycznie tradycja juz umarla i tanczy sie tak i spiewa tylko na pokaz?...
W calej wiosce, ba, w calym regionie pelno jest magnolii. Jest nie tylko piekna, ale i smaczna. Z platkow magnolii, startych na proszek i wymieszanych z maka, cukrem i woda, mozna usmazyc pyszne ciasteczka.
Okolica naprawde przyjemna. I nawet jesli tance sa tanczone pod turystow, a stroje zakladane dla kasy, to i tak jest tu pieknie :)

2012-09-01

補碗匠 naprawiacz misek

W każdym chińskim domu znajdują się miseczki do ryżu. Niby jest to podstawą oprzyrządowania kuchennego, ale dawnymi czasy w domach znajdował się komplet, no może dwa, a jeszcze częściej resztki wielu kompletów, które akurat wystarczały członkom rodziny. W razie wielkich uroczystości typu wesele czy pogrzeb, miseczki pożyczało się od sąsiadów, bo po pierwsze były drogie, a po drugie gdzie to to trzymać na co dzień, nawet jeśli się wyda na nie wszystkie oszczędności? Bo przecież głównym materiałem była porcelana, którą tak łatwo stłuc. Dawnymi czasy żałowano każdej rozbitej miseczki, a dzieci, które dopuściły się takiej nieuwagi były surowo karane. Jeśli zaś miseczka się zbiła w trakcie obchodów noworocznych, na rodzinę padał blady strach, bowiem był to jeden z najgorszych omenów...
W takich to czasach wędrowali od wioski do wioski naprawiacze misek. Wyuczeni rzemiosła w Jiangxi (to w końcu tam, w Jingdezhen, produkowana jest od wieków porcelana, więc mieli się gdzie uczyć rzemiosła), z potrzebnym oprzyrządowaniem na plecach chodzili od domu do domu, szukając zbitych misek, których kawałki były skrzętnie zbierane i przechowywane dla naprawiacza.
Naprawiacz rozkładał przyrządy, siadał na taborecie i zaczynał pracę. Po pierwsze, trzeba było dopasować kawałki i sprawdzić, czy będzie się dało złożyć miskę do kupy. Nie mogło zabraknąć żadnej cząsteczki. Przykładał więc naprawiacz specjalnymi szczypcami kawałki do siebie, starając się je złożyć w pierwotny kształt, a składane w ten sposób porcelanowe puzzle przytrzymywał między kolanami. Ułożywszy odpowiednio kawałki, brał w lewą dłoń drewniany uchwyt, na którego końcu znajdował się diamencik. Porcelana jest bowiem tak twarda, że niczym poza diamentem nie dało się wywiercić w niej dziurek, które były potrzebne do "sklejenia" miski. W prawej dłoni naprawiacza znajdowało się coś w rodzaju łuku, którym wprowadzał swoje prymitywne wiertło w ruch, w sposób podobny do rozniecania ognia dawnymi czasy. Ilość wierconych oczek zależała oczywiście od wielkości pęknięcia; oczywiście trzeba było robić dziurki symetrycznie po dwóch stronach, żeby się później przyprawiona część miseczki dobrze trzymała. W tak przygotowane dziurki wsadzał naprawiacz coś w rodzaju dzisiejszej zszywki do papieru - kawałek żelaza bądź miedzi z haczykami przy końcach. Miedź była lepsza od żelaza, bo nie rdzewiała, dlatego też była od żelaza droższa.
Naprawiona miseczka nadawała się oczywiście do użytku, ale zdaniem specjalistów traciła wartość i piękno. W dodatku w trakcie jedzenia zostawał w ustach metaliczny posmak, a i powierzchnia nie mogła być tak gładka jak w nówce. Chińczycy śmieją się, że po reperacji nie była to już miska porcelanowa, tylko "żelazna miska ryżu" (co po chińsku znaczy "stała praca").
Starzy kunmińczycy wspominają, że za ich szczenięcych lat pojawiał się w Kunmingu naprawiacz-cudotwórca. Oprócz metalu, miedzi itp. miał w zanadrzu schowane kawałki porcelany, takie ni przypiął, ni przyłatał, zbierane, gdy miski już się nie dało uratować. Po co? Otóż, jeśli spotkał na swej drodze miskę, której jeden kawałek został połknięty przez kury, albo, bo ja wiem, rozsypał się w drobny mak, on wyciągał te resztki i próbował dopasować do miski. Tu coś odtłukł, tu trochę przyszlifował, stwierdzał, że kolory tak mniej więcej pasują - i ratował miskę, która wydawała się już być na straconej pozycji. Jego pracy uwielbiały się przyglądać dzieciaki; zresztą i starsi lubili patrzeć, jak jego sękate ręce manewrowały porcelanowym drobiazgiem, by przywrócić miseczce życie. Niejeden raz ktoś z zachwytem mówił, że jest mistrzem; niejedno też dziecko marzyło o tym, żeby uczyć się od niego fachu. On jednak zawsze powtarzał, że jego czasy już minęły, że jeszcze chwila i zużyta bądź zniszczona zastawa stołowa będzie lądować na śmietniku, a nie w jego rękach. Przyjdą czasy - mówił - kiedy poziom Waszego życia będzie za wysoki, żeby się przejmować skorupami. Nie trzeba więc uczyć młodych tego fachu - gdy znikniemy, nikt nie będzie pamiętał, że istnieliśmy ani po co.
W centrum Kunmingu, na popularnym deptaku między Dwiema Wieżami postawiona została ta rzeźba:
Przystają przy niej dziadkowie i babcie, by tłumaczyć wnukom, kim byli naprawiacze misek i żeby choć na chwilę przywołać baśniowy urok tamtych czasów...