Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybet 西藏 བོད. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybet 西藏 བོད. Pokaż wszystkie posty

2026-02-21

Bóg Pieniędzy

Dziś święto Boga Pieniędzy. Z tej okazji mam dla Was jego bardzo nietypowy wizerunek:
Maska Boga Pieniędzy wprost z tybetańskiej opery - Acze Lhamo.

2025-09-10

Garuda

Kolejne cudne warsztaty, na które wybrałyśmy się z Tajfuniątkiem do Muzeum Yunnańskiego, obejmowały zapoznanie się z lokalną wersją Garudy - ten konkretny ptak pochodzi z czasów Królestwa Dali i doskonale dowodzi faktu, jak ciekawą mieszanką kulturową był już wówczas Yunnan*. W ramach warsztatów najpierw wysłuchaliśmy opisu zabytku i zobaczyliśmy go z bliska, a następnie spróbowaliśmy wykonać własne wersje w formie złotej folii naniesionej na karton. Dlaczego akurat złotej? Bo ptak jest ze złoconego srebra, zdobionego perłami. 
Oczywiście, najtrudniejszym zadaniem było odwzorowanie Garudy, a potem delikatne pozbycie się nadmiaru złotej folii, ale w końcu dałyśmy jakoś radę. No i mamy ślicznego Garudę na pamiątkę. Tudzież po to, by nas strzegł przed chorobami ;)
*Jest to zabytek tak ważny i wartościowy, że aż ma własną stronę w Wiki, niestety tylko po chińsku.

2020-03-12

ryba z futrem

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl oraz kirgiski.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Szukając dla Was chińskich fantastycznych zwierząt (i jak je znaleźć), natrafiłam na świetną książkę o symbolach w buddyzmie tybetańskim. Tam dowiedziałam się o istnieniu Trzech Zwycięskich Stworzeń Harmonii.
źródło
Te trzy zwierzęta zostały stworzone z trzech par zwierząt, które z natury są sobie wrogie. Są to lew-garuda, ryba z futrem oraz ślimak-makara.
  • Lew-garuda to połączenie lwa i ptaka garudy, jego najważniejszego rywala. Połączenie wygląda jak skrzydlaty lew ze szponami wystającymi z lwich łokci - coś w rodzaju naszego gryfa. Lew jest królem zwierząt na ziemi, a garuda - królem przestworzy. Dlatego ich harmonijne połączenie to zarazem harmonijne połączenie nieba i ziemi.
  • Ślimak-makara to złożenie ślimaka z czymś, co się ślimakami żywi - makarą. Przedstawiana jest jako makara, która schroniła się w ślimaczej muszli.
  • Ryba z futrem to połączenie ryby z wydrą - ma wydrze ciało i rybi łeb.
Najczęściej pojawiają się wszystkie trzy naraz; ich wizerunki i figurynki są stawiane w domach i firmach, a nawet noszone w formie breloczków. Przynoszą harmonię i - podobno - bogactwo. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu, można je znaleźć w zachodnich sklepach sprzedających gadżety fengshui. Trudno mi sobie wprawdzie wyobrazić, co ma wspólnego stworzenie z tybetańskiego bestiariusza buddyjskiego z fengshui, zwłaszcza w jego zachodniej wersji, ale - nie będę się czepiać. W sumie moglabym sobie takie figurki postawić w domu po prostu dlatego, że podoba mi się ich symbolika i kreatywność ludzi, którzy je wymyślili.
No i tak sobie szukam dla Was ładnego zdjęcia ryby z futrem i nagle odkrywam... że ryby z "futrem" istnieją naprawdę! Jak się okazało, jeśli tzw. bawełniana pleśń (Saprolegnia) zainfekuje rybę, wyrastają jej kępki sierści pleśni. I ta pleśń sobie rośnie, w końcu uśmiercając rybę, która w momencie wyrzucenia na brzeg jest pokryta białym "futrem". Oprócz tego istnieje ryba Mirapinna esau (z wielorybinkowatych), której potoczna nazwa to właśnie "włochata ryba" (hairyfish), ponieważ jej ciało porastają struktury podobne do włosów. Czyli takie stworzenia niekoniecznie są wymyślone!
Czekam więc na odkrycie pozostałych dwóch hybryd, choć nie ukrywam, że ptakolew wydaje mi się dość groźny...

Tutaj możecie poczytać o zupełnie niesamowitym japońskim sumie, a tutaj o złotej rybie z Morza Aralskiego.

2020-02-10

krwiste tofu 血旺

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Moja córka jest wampirem!
To znaczy: jedną z jej ulubionych potraw jest krew. Pozyskuje ją jednak w wyjątkowo niewampirzy sposób, to znaczy zamiast się przyssać, zajada ją łyżką. Albo pałeczkami. Ponieważ ta krew jest ciałem stałym.

Krwiste tofu 血豆腐 xuèdòu​fu w różnych regionach różnie się nazywa. Zwierzęca czerwień - np. kurza czerwień 鸡红 czy świńska czerwień 猪红. W Yunnanie - 血旺 xuèwàng - kwitnąca krew czy samo 旺子 wàngzi. Albo po prostu - nazwa zwierzęcia plus krew. Krew kurza, świńska, kozia, kacza... Krwiste tofu najbardziej mnie przekonuje, ponieważ ona właśnie tak wygląda: jakby ktoś zabarwił kostki tofu na czerwono. Ponoć w Guizhou naprawdę robią tofu razem z krwią - taka przekąska podnosząca poziom żelaza.
Dla Chińczyków jest to normalna potrawa. Mięso w płynie. Ma zawartość białka większą od wołowiny, w dodatku dużo lepiej przyswajanego. Wzmaga odporność. Opóźnia starzenie. Dobrze wpływa na słuch i wzrok. Przeciwdziała zwapnieniu żył. Jest idealnym pożywieniem dla staruszków, osób o wysokim ciśnieniu krwi i chorobach wieńcowych i zbyt wysokim cholesterolu. Ponieważ jest dobrym źródłem łatwo przyswajalnego białka, cudownie nadaje się również dla sportowców i dzieci.
Jak się ją robi? Krew trzeba po prostu spuścić do czystego naczynia. Po około dziesięciu minutach sama zacznie krzepnąć. Wtedy należy ją pokroić na mniejsze kawałki i na maleńkim ogniu podgrzewać z odrobiną soli, ale nie zagotowywać, od czasu do czasu mieszając. Po pół godzinie jest gotowa i można ją jeść.
Często pojawia się w zupach i gorących kociołkach, zwłaszcza tych pikantnych.
Ja objadałam się kurzą krwią z czonkiem bulwiastym w czasie połogu codziennie. Chińczycy wierzą, że jeśli szwankuje jakaś część ich ciał, należy jeść właśnie tę część, by ją sobie podreperować (吃什么补什么). Jeśli mamy problem z wątrobą, należy jeść wątróbkę, jeśli zaś nastąpiła duża utrata krwi - warto jeść krew. Może z wątrobą, a zwłaszcza z mózgiem, nie bardzo działa, ale akurat krew jest tak fantastycznym, łatwoprzyswajalnym białkiem, że aż głupio byłoby nie skorzystać. Już nie mówiąc o tym, że jest pyszna! Wiedzą o tym zresztą nie tylko Chińczycy, ale też Tybetańczycy, Koreańczycy, Wietnamczycy, a także... Węgrzy. Tak, oni także jadają taką krew.
U nas można krew, już wstępnie ugotowaną, kupić na wagę na targu. Można też dostać kurzy rosół z kurzą krwią i czosnkiem bulwiastym. Surowa oczywiście też jest, ale raczej wcześnie rano, a wszyscy i tak wolą kupować już tę wstępnie obrobioną, bo mniej z tym roboty. No i - są knajpy, które się specjalizują w potrawach z krwią. My często zabieramy Tajfuniątko do misieniarni, w której kluchy są dostępne w dwóch wersjach: z kurczakiem lub krwią - albo z mieszanką powyższych. ZB zawsze wybiera kurczaka, bo on uwielbia obgryzać kości, ale my wolimy krew. 
W ogóle, na krew patrzy się w Chinach dużo bardziej spożywczo, niż u nas. Nigdy nie zapomnę, jak zszokował mnie widok staruszka, który tuż po świniobiciu rzucił się do picia świeżo utoczonej krwi. Krew jest obecna w jadłospisie - nie tylko w postaci smutnej kaszanki (a raczej ryżanki) i naszego tofu, ale nawet - w postaci tak niezwykłej jak chilli marynowane we krwi. Względnie krew marynowana chilli...
Mówiąc szczerze, polubiłam się z krwią na tyle, by jej smak i zapach mnie nie odrzucały, a już krwiste tofu uwielbiam! Jednak od krwi na surowo trzymam się z daleka. Kiepsko byłoby zasiedlić własne ciało jakimś życiem wewnętrznym przez brak obróbki cieplnej, prawda? 
Tak czy inaczej: jeśli kiedyś zdarzy się Wam trafić na krew spożywczą, zanim otrząśniecie się z obrzydzeniem, przynajmniej spróbujcie. Być może okaże się, że lubicie ją tak samo, jak ja?

O krwi w kulturze japońskiej poczytajcie tutaj.

2019-02-16

twaróg po tybetańsku - chura loenpa

Ostatnio lubię się z kuchnią Nepalu, Pakistanu i Tybetu. Jeśli mam czas zrobić sensowne zakupy, próbuję rozmaitych nowości, szukam łatwych przepisów i zachwycam tymi smakami Tajfuniątko i ZB. Kiedy jednak znajduję w lodówce głównie resztki zaschniętego sera, robię kunmińską wersję twarogu po tybetańsku. Pierwszy raz jadłam taki twaróg jakieś dziesięć lat temu. Jedna z moich nauczycielek należała do grupy etnicznej Lisu, która dzieli z Tybetańczykami grupę językową i całkiem sporą ilość tradycji, w tym kulinarnych. Zaprosiła mnie, z braku knajpy Lisu, do knajpy tybetańskiej. Zamówiła rozmaite ciekawostki kulinarne, ale nie zdołała mnie zaskoczyć ani tybetańską słoną herbatą z masłem, ani - tym bardziej - twarogiem jedzonym na słodko. Próbowała mnie nawet podpuścić, pytając, czy wiem, co jem. Była trochę zawiedziona, gdy skonstatowała, że jednak wiem doskonale. Jaczy twaróg ma wprawdzie bardzo intensywny zapach, ale samo danie było jak powrót do dzieciństwa. Smakiem przypominał ten osłodzony twaróg, który jadło się z makaronem, gdy nie było mięsa.

Składniki:
  • masło/masło klarowane
  • twaróg albo zmielony/starty twardy biały ser. U mnie jest to yunnański kozi ser rubing
  • cukier/rodzynki
Wykonanie:
  1. Rozgrzać masło.
  2. Dorzucić ser i smażyć na wolnym ogniu, aż będzie miękki i pachnący. Jeśli chcemy posłodzić rodzynkami, trzeba je dorzucić na patelnię razem z serem
  3. Ewentualnie doprawić cukrem po uważaniu.
Podawać jako samodzielne danie albo jako deser.

2017-09-29

10 naj Yunnanu

W ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie dzielimy się tym, co w naszych krajach uważamy za NAJ. Jako, że o chińskich NAJ większość czytelników już coś wie, a także dlatego, że jestem patriotką lokalną, dziś będzie oczywiście o NAJ Yunnanu.







Najwyższe góry to oczywiście Ośnieżone Góry Wśród Śliw Meili xueshan 梅里雪山. Najwyższy szczyt znajduje się na wysokości 6740 m.n.p.m. i zwie się Kawagarbo 卡瓦格博. Nazwa to jednocześnie imię tybetańskiego bóstwa wojny, który ponoć właśnie tu ma swą siedzibę - dlatego góra wśród Tybetańczyków uchodzi za świętą. Ponoć bóg ten opuści Tybetańczyków, jeśli święte miejsce zostanie zbezczeszczone. Ilekroć więc rozmaici himalaiści podejmowali próby zdobycia któregoś szczytu, Tybetańczycy ostro protestowali. Być może właśnie nieprzyjazne usposobienie tego bóstwa powoduje, że dotychczas żadnej ekspedycji nie udało się zdobyć większości tych szczytów? Bo fakt faktem, kolejne ekspedycje kończyły się porażką albo wręcz wielkimi nieszczęściami (w trakcie ekspedycji w 1991 roku zginęło 17 uczestników wyprawy). W 2001 roku władze oficjalnie zakazały naruszania spokoju tych świętych terenów.

Najgłębszy wąwóz to Wąwóz Skaczącego Tygrysa Hutiaoxia 虎跳峡. Jego dnem płynie rzeka Jangcy, która w górnym biegu zwie się Rzeką Złotego Piasku 金沙江. Różnica wysokości między dnem wąwozu a szczytami okalających go gór sięga nawet 3790 metrów! Okolice są zamieszkałe przez lud Naxi, który całe szczęście nie uważa, by mieszkało tu jakieś nieprzyjazne bóstwo, w związku z czym wewnątrz wąwozu znajduje się kilka tras trekingowych i wiele przyjaznych hosteli/schronisk. Powiem szczerze, że obserwowanie rwącego nurtu w pięknym kanonie to jedno z moich najpiękniejszych yunnańskich wspomnień.

Największy i najstarszy park narodowy to oczywiście Park Narodowy Potatso o imponującej powierzchni 1300 km2. Piękne ukształtowanie terenu, krystalicznie czyste jeziora, bogata flora i fauna (wspomnę chociażby o cisie Wallicha oraz żurawiu czarnoszyim). a także dobrze zrobione trasy wycieczkowe sprawiają, że dość wysoka opłata za bilet wstępu wydaje się mimo wszystko sensowną inwestycją. Więcej o nim pisałam tutaj.


Najbardziej znana potrawa to bez wątpienia Kluski-Przechodzące-Przez-Most guoqiao mixian 过桥米线. Jest to w zasadzie rosół, jednak bardziej niż skład, oczywiście trochę inny niż skład polskiego rosołu, liczy się sposób podania. Gdy bowiem zamówimy to danie, dostaniemy wszystko podane osobno: w wielkiej misce wrzący rosół, na małych talerzykach rozmaity wsad: od cieniusieńkich plasterków surowego mięsa przez kwiaty, jajka przepiórcze a także wielką obfitość tutejszych warzyw; do tego jeszcze makaron ryżowy zwany misienami - trzeba wiedzieć, co w jakiej kolejności wrzucać do rosołku, by uzyskać upragniony efekt. Nazwa potrawy i sposób podania wiąże się z piękną legendą.

źródło
Najmniej liczna grupa etniczna to Drungowie, liczący sobie zaledwie 6-7 tysięcy ludzi. Niestety, nie miałam do tej pory okazji ujrzeć ich na żywo ani podziwiać pięknych tatuaży na twarzach staruszek (obecnie młodych dziewcząt już się tak nie tatuuje). Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś pojechać w region, w którym żyją - północny Yunnan, na pograniczu z Birmą. Żyje tam jeszcze całkiem sporo grup etnicznych Yunnanu, o kulturze tak różnej od tej ogólnochińskiej! Zresztą - Yunnan zamieszkuje 26 grup etnicznych (jeśli liczyć tylko te oficjalne), więc pod względem różnorodności kulturowej nie mamy na co narzekać.





źródło
Najdłuższy dwuwiersz to dwuwiersz Sun Ranwenga, opisujący piękny, rozpościerający się z Budynku Wielkiego Widoku, widok na Jezioro Dian i Zachodnie Góry. Tu trzeba powiedzieć, że ze względu na specyfikę języka chińskiego, w którym jeden znak to jedno słowo, a także ze względu na mnogość zasad, których podczas pisania dwuwierszy trzeba przestrzegać, stworzenie dwuwiersza na 180 znaków to nie byle co - zwłaszcza biorąc pod uwagę, że większość chińskich dwuwierszy liczy 8-14 znaków. Wprawdzie w dwudziestym wieku stworzono dłuższe dwuwiersze, ale ciiii! Nie będziemy o tym mówić, bo przecież liczy się tradycja ;) O dwuwierszu jako o formie poetyckiej pisałam już tutaj.



źródło
Najstarsza kolej to wybudowana przez... Francuzów kolej łącząca Yunnan z... Wietnamem, a konkretnie Kunming z Haifongiem - czyli kolej yunnańsko-tonkińska. Powstała w latach 1903-1910 ponad osiemsetkilometrowa trasa, zgodnie z retoryką chińską, miała służyć głównie temu, żeby Francuzom się w Chinach lepiej kradło robiło interesy. Nie da się jednak zaprzeczyć, że wybudowanie tej kolei w czasach, w których właściwie nie istniały w Yunnanie ogólnodostępne drogi i prowincja była raczej dzika i niedostępna, spowodowało nagłe przeniesienie regionu w XX wiek i wielki rozkwit prowincji.

Najpiękniejsze pismo to pismo Tomba/Dongba, używane przez lud Naxi. Powstało najprawdopodobniej około VII wieku, a w X wieku było w powszechnym użyciu. Niestety, po dojściu komunistów do władzy, niechętnie patrzono na wszelkie przejawy odrębności mniejszości etnicznych i dziś to pismo jest w zasadzie już tylko ciekawostką, choć od jakiegoś czasu władze centralne udają, że wspierają odbudowę kultur etnicznych, które sami zniszczyli. Pierwotnie mające znaczenie rytualne pismo trafiło pod strzechy - Lijiang i okolice są nim całe zapisane - pojawia się na ścianach budynków, w nazwach ulic, na breloczkach i innych drobiazgach kupowanych przez turystów. Można też kupić słowniczki dongba-chińsko-angielskie.

Najsłynniejszy las to Kamienny Las Shilin 石林. Są to piękne formacje wapienne liczące sobie ponad 270 milionów lat, zajmujące powierzchnię ponad 500 km2. Skały dają pole wyobraźni: niektóre wyglądają jak zastygli ludzie, niektóre jak zwierzęta (przysięgłabym, że widziałam słonia!); nawet najdłuższy spacer tym nietypowym "lasem" się nie nudzi. Od 2007 roku dwie partie Kamiennego Lasu znajdują się na liście UNESCO, niestety powodując wywindowanie cen biletów w kosmos. Ale - warto!

Najgłębsze jezioro to Jezioro Pieszczenia Nieśmiertelnych Fuxianhu 抚仙湖 - średnia głębokość to 95.2 metry, a w najgłębszym miejscu ma aż 158.9 metrów. W dodatku woda jest ponadprzeciętnie czysta, żyją w niej endemiczne gatunki ryb, a do tego na dnie jeziora znajdują się ruiny jednej z dawnych stolic Yunnanu, z czasów, gdy było tu samodzielne państwo. Więcej o tym przepięknym jeziorze pisałam tutaj.


 
I co? Które NAJ Yunnanu jest według Was tym naj-naj-NAJem? :)
PS. Jeśli chcecie poznać NAJ innych krajów, śledźcie rozwój projektu tutaj.

2016-07-02

balep korkun - tybetański chleb

Wszyscy na pewno znacie moją miłość do naanu, płaskiego chleba środkowoazjatyckiego, wypiekanego w piecach tandoor, który na kunmińskich ulicach pojawia się wszędzie tam, gdzie Ujgurzy. Choć na co dzień wypiekam chleby sama (ostatni hit to chleb razowy z ruskiej żytniej mąki kupowanej hurtem przez internet, z dodatkiem pachnotki i sezamu), to od czasu do czasu łapię lenia mam ochotę na inny smak i wówczas kupuję bagietkę w Carrefourze albo naan od Ujgurów albo innych chińskich muzułmanów. Kiedyś było wygodnie - najbliższy tandoor był położony tuż koło mojego ukochanego targu i zaopatrywałam się w naany podczas każdych większych zakupów. Niestety, po jakimś czasie tandoor znikł z tej ulicy, a ja zostałam bez chleba...
Ostatnio jednak na targu pojawił się nowy stragan - rzuciłam się doń jakbym tydzień nie jadła, bo wydawało mi się, że widzę naan. Dopiero po chwili zauważyłam, że ciasto jest innego koloru i inaczej wypiekane - nie w tandoorze. Przeczytałam uważnie napis nad straganem - ach, to jęczmienny placek!
Balep korkun to płaski, okrągły chlebek, popularny w Tybecie. Robiony jest z mąki tsampa, wody i proszku do pieczenia; zazwyczaj smaży się go bez tłuszczu na patelni. Mąka tsampa (རྩམ་པ) to gruboziarnista mąka z prażonego jęczmienia, stanowiąca podstawowe pożywienie Tybetańczyków. Poza wyrabianiem z niej placków, można ją dodać do... herbaty. Ale o tym kiedy indziej. Wróćmy do samego jęczmienia - w Tybecie rośnie odmiana "naga" - Hordeum vulgare L. var. nudum - która tak naprawdę nie jest naga, ale ma łatwiejszą do obrania łuskę. W Tybecie służy za podstawę wyżywienia przynajmniej od V w. Poza mąką z ziaren tego jęczmienia robi się piwo czang, którego jeszcze nie miałam okazji spróbować (wszystko przede mną :)).
Oczywiście placki kupiłam. Są cieńsze od naanu, bardziej aromatyczne i - według mnie - lżej strawne. Z najwyższą przyjemnością włączyłam je do swej diety - i jeśli kiedyś na nie traficie, Wam również je polecam :)

2015-09-20

Zwyczajność jest drogą 平常是道

春有百花秋有月
Sto kwiatów ma wiosna, a jesień - księżyc
夏有涼風冬有雪
Lato - wiatr zimny, a zima - śnieg.
若無閒事掛心頭
Jeśli tylko serca nie trapią błahostki
便是人間好時節
Każda chwila jest dobra.

Nie dajcie się zwieść siedmiozgłoskowości. To nie jest zwykły wiersz, a  część dziewiętnastego kōanu z Bezbramnej bramy Wumen Huikaia. I choć koany służyć mają medytacji, nie sztuce dla sztuki, akurat ten koan zaczął żyć własnym życiem. Pewnie dlatego, że jest taki prosty i uniwersalny...
W 2002 roku He Xuntian, bardzo znany współczesny kompozytor chiński, wykorzystał ten tekst jako podstawę "Pieśni wiosennej" 春歌.
Pieśń ukazała się na płycie Paramita, będącej w moim odczuciu poszukiwaniem Drogi. Bo czymże jest paramita? Próbą osiągnięcia nirwany. He Xuntian testuje i odkrywa na nowo teksty i muzykę buddyjską, chińską i tybetańską. Opracowuje ją wedle własnych, całkiem nowoczesnych założeń - i sprzedaje w świat. A ludzie to kupują. Nie wiem, czy dla azjatyckości, czy może właśnie dla lekkostrawnego New Age'owego stylu. Dla lekkości czy dla głębi buddyjskiej podstawy. Dlatego, że chcą razem z He szukać Drogi, czy dlatego, że akurat jest modny.
A ja?...
Ja wyciągam się pod oknem, patrzę na deszcz. Na niebo, jaśniejące i chmurniejące znów. Na wiatr, niewidzialny, ale widoczny. I włączam następny utwór He. I następny. I następny...
Jeśli tylko serca nie trapią błahostki, każda chwila jest dobra.
Czyli - mieć serce puste jak orzeszek? 
O, buddyjska droga nie jest dla mnie. Dla mnie drogą jest miłość. Wypełnia mi ona serce, ale nie jest błahostką. 

A jeśli macie ochotę na więcej koanów, zajrzyjcie tutaj.

2015-09-08

Zongyong Zhuoma 宗庸卓玛

Odkąd przeprowadziliśmy się w okolice Żółwiego Odbytu, czyli dawnej Północnej Bramy, często natykamy się na pewną dojrzałą piękność. ZB zawsze z szacunkiem ją pozdrawia, a ona, jeśli go tylko zauważy, miło się do nas uśmiecha. Kontakt nie wykracza poza tę odległą grzeczność, ale jej uśmiech jest tak miły, że cały dzień człowiek chodzi szczęśliwy.

Ta piękność to yunnańska Tybetanka Zongyong Zhuoma, jedna z najbardziej znanych yunnańskich piosenkarek i aktorek. Diament ten oszlifowano w Konserwatorium Szanghajskim, zanim jednak do tego doszło, dziewczę przeszło długą drogę. Urodziła się bowiem w wiosce Yangla 羊拉* na granicy tybetańsko-sichuańsko-yunnańskiej - czyli na końcu świata. Nikt wówczas nie przypuszczał, że tańcząca z kozami dziewczynka stanie się jednym z najsłynniejszych sopranów Yunnanu.
Gdy Zhuoma miała 11 lat, czyli (nie bójmy się zdradzić jej wieku; nie wygląda na swoje lata!) w 1975 roku, jej nauczyciel postanowił jej umożliwić zdawanie egzaminu do wengongdui 文工队, czyli zespołu artystycznego, jednego z setek zespołów powstających wówczas w całych Chinach. Egzamin miał się odbyć w mieście powiatowym Deqin 德钦, a wioska małej Zhuomy była odeń oddalona o 4-5 dni drogi. W sumie patrząc z dzisiejszej perspektywy to wcale nie było tak daleko; brak jednak było wówczas i dróg, i transportu. Trzeba więc było wybrać się tam na piechotę i iść górskimi ścieżkami. O dziwo - babcia wychowująca dziewczynkę puściła ją na tę wyprawę, błagała jednak, by mała nie śpiewała. Już wówczas było wiadomo, że głos ma mocny a słodki i że bez problemu dostanie się do dowolnego zespołu, babcia zaś nie chciała się z dziewczynką rozstawać. Posłuszne dziecko wędrowało pięć dni na egzamin, a potem nawet dzioba nie otworzyła, żeby przypadkiem nikt jej nie wziął do zespołu. Pech chciał, że była tak urodziwa, iż zespół i tak ją przyjął - pożegnała się więc z babcią i następne lata pracowała ciężko w zespole.
Ciężka praca się opłaciła - trzy lata później zespół zakwalifikował się do konkursu zespołów etnicznych w Pekinie. Piętnastoletnia wówczas Zhuoma, najmłodsza bodaj uczestniczka konkursu, powaliła jurorów na kolana. Każdy z Wielkich Profesorów chciał być jej mentorem - i tak to już rok później Zhuoma dostała się do Szanghajskiego Konserwatorium. Miała okazję poznać różne techniki śpiewu i podszkolić się w teorii, a także uczestniczyć w niezliczonych koncertach, na miejscu oraz podczas tournee. To właśnie one były przepustką do dalszej kariery.
W 1983 roku Zhuoma kończy studia i, wbrew oczekiwaniom wszystkich - wraca do ukochanego Yunnanu. Z miejsca przyjął ją Yunnański Teatr Muzyczny - przez wiele lat była najważniejszą diwą tego teatru. Zaczęła się sława, podróże na Zachód i Wschód (Japonia). Ochrzczono ją Złotym Gardziołkiem Shangri-la, stała się dumą tutejszych Tybetańczyków, ona zaś nigdy nie zapomniała miejsca, z którego pochodzi. Jej piosenki, nawet te śpiewane po chińsku, są mocno osadzone w charakterystycznej melodyce tybetańskiej, bazują na tybetańskiej artykulacji.
Z powrotem Zhuomy do Yunnanu wiąże się ciekawa historia - historia powstania naszego osiedla. Mieszkamy przy osiedlu należącym do Yunnańskiego Teatru Muzycznego - tego samego, który stał się miejscem pracy Zhuomy. Osiedle to powstało... na jej prośbę. To ona wpadła na pomysł, by przy teatrze powstało coś w rodzaju akademików dla młodych talentów, przybywających by pracować w Teatrze. Miała wystarczający dar przekonywania, by dyrekcja teatru przychyliła się do jej prośby: wyprosili od miasta kawałek nieużytków koło teatru i zorganizowali fundusze. Zhuoma zaś zaprosiła mnicha ze swej rodzinnej wioski. Mnich - staruszek był kimś w rodzaju tybetańskiego specjalisty od fengshui. Przebadał teren, na który lada dzień miały wjechać ciężkie maszyny. Wiecie - wszystko już było zaplanowane, ale Zhuomie bardzo zależało, by mnich ocenił miejsce, w którym przyjdzie żyć jej i innym artystom. Mnich chodził jak zamroczony i szeptał: "krew, wszędzie krew!". Złe miejsce. Nie można budować. Dwadzieścia metrów dalej znalazł dobre miejsce - i tam stanął budynek, w którym obecnie mieszkamy. Ponoć fengshui tego miejsca jest tak pozytywne, że każdy, kto się tu wprowadzi, stanie się szczęśliwy i bogaty. Cóż, czekam z niecierpliwością ;)
Najciekawsze jednak stało się później. Po wyznaczeniu terenu budowy przez mnicha Zhuoma poszła bić się o to, żeby faktycznie budynek postawiono w innym niż zaplanowane miejscu. Przygotowana na długą walkę - bo przecież nie wierzymy w przesądy itd. - powiedziała szefowi projektu o tym, jak mnich przestraszył się krwi. Szef, stary kunmińczyk, zbladł i pyta - skąd ten mnich się wziął w Kunmingu i czy był tu wcześniej. Nie, nigdy dotąd nie opuszczał powiatu Deqin, przyjechał tylko na prośbę Zhuomy. Blady i roztrzęsiony kierownik nie mógł w to uwierzyć. Przecież już nikt poza starymi kunmińczykami nie wiedział, że właśnie w tym miejscu było w czasach cesarskich miejsce kaźni!
Gdy się nad tym głębiej zastanowić, nie wydaje się to aż tak niesamowite - przecież w dawnych czasach w większości miast miejsce kaźni było tuż za murami miasta - a my mieszkamy przy ulicy Północnej Bramy, więc wszystko się zgadza. A jednak... może faktycznie mnich miał zdolność widzenia tego, co ukryte dla oczu?
Dawne miejsce kaźni do dziś pozostaje niezabudowane. Obecnie mieści się na nim parking - miejmy nadzieję, że samochodom złe fengshui nie zaszkodzi...
Na deser mam dla Was pieśń Zhuomy:


Jak Wam się podoba?

*serce wzdraga się przed przetłumaczeniem tej nazwy jako "koza sra", bo przecież wiem, że nazwa chińska jest tylko próbą oddania fonetyki nazwy tybetańskiej, która na pewno ma inne znaczenie...

2015-02-15

Tybet oczami Terzaniego

Moje pierwsze zetknięcie z Tybetem nastąpiło w bodaj pierwszej albo drugiej klasie podstawówki, kiedy w jedne wakacje pochłonęłam wszystkie "Tomki". Nie spodobało mi się to, co przeczytałam - przede wszystkim było tam zimno i można sobie było w Himalajach odmrozić nogi, co groziło śmiercią. Brrr. Nie wiedziałam, że życie rzuci mnie do Yunnanu, który leży u stóp Tybetu i że Tybetańczyków będę mogła sobie oglądać na co dzień.
Dziś kolejne fragmenty Zakazanych Wrót; o tych sprawach się często mówi; każdy ma na temat Tybetu swoje zdanie. Ja też mam, ale dziś pozwolę mówić Terzaniemu.

Kiedy Mao wydawał chińskiej armii rozkazy wkroczenia do Tybetu w 1950 i do Lhasy w 1951 roku (Tybetańczycy stawili wtedy silny opór, ale chińska propaganda przedstawia to jako „pokojowe wyzwolenie”), kraj ów pod teokratycznymi rządami lamów i szlachty z Dalajlamą („Oceanem Mądrości”) na czele zdecydowanie nie nadążał za współczesnością. Nie było dróg, szkół, szpitali, fabryk. Trzynasty Dalajlama sprowadził z Indii jedynie trzy samochody, przetransportowane przez Himalaje kawałek po kawałku na grzbietach jaków i ludzi, ale stały się one szybko bezużyteczne ze względu na brak benzyny. Oprócz kół tych aut kręciły się w Tybecie tylko młynki modlitewne, bo zgodnie ze starym proroctwem „wraz z wprowadzeniem kół następuje kres pokoju”.
I w istocie Chińczycy przyjechali tu na ciężarówkach.
***
Nowa Lhasa rozciągająca się obecnie w dolinie ku zachodowi i stara Lhasa skupiona u podnóża Potali stykają się wzdłuż szerokiej alei. Rano po jednej stronie tej ulicy Chińczycy zaczynają swój dzień gimnastyką i biegami; po drugiej Tybetańczycy przystępują do zwyczajowych modłów, przebierając paciorki różańca. Obie społeczności żyją osobno, podzielone, często nie utrzymując ze sobą żadnego kontaktu. Czasem wydaje się nawet, że żyją w dwóch różnych epokach. Na drodze z ubitej ziemi, wiodącej w stronę lotniska, widziałem chińskich żołnierzy, którzy zakładali druty linii telefonicznej; za nimi nadeszli Tybetańczycy, aby porozwieszać na tych drutach swoje białe kartki modlitewne.
***
Pekin wypłaca teraz miesięczną pensję tym niewielu lamom, którym udało się przeżyć. Ocalałym klasztorom przyznano na odbudowę pół miliona dolarów amerykańskich. W jednym z nich zakończono już roboty; zwiedzają go obowiązkowo przybywający teraz do Tybetu turyści, którym komunistyczny rząd chiński chce dowieść swojej troski o dawną kulturę w nadziei, że zapomną, iż to właśnie rząd chiński tę kulturę zniszczył.
Położony w odległości pięciu kilometrów na zachód od Lhasy Drepung był – mówią Tybetańczycy – największym klasztorem świata. W 1959 roku było to prawdziwe miasto, zamieszkane przez dziesięć tysięcy mnichów; w 1962 roku zostało ich już tylko siedmiuset. Chińczycy w imię swoich „demokratycznych reform” sprawili, że ogromna większość tybetańskich duchownych zrezygnowała z życia zakonnego. Zmuszono ich do podjęcia pracy i do ożenienia się.
***
W kraju, gdzie twardą ziemię trudno kopać i gdzie brakuje drewna na stosy, podniebny pogrzeb był zawsze najbardziej pobożnym sposobem pozbycia się zmarłych. Owinięte w białe prześcieradła ciała przynoszą na ramionach rodziny. Wykonawcy rytuału kładą je na głazie twarzą w dół. Najpierw jednym uderzeniem rozbijają czaszkę, aby dusza mogła ulecieć ku swojemu nowemu wcieleniu. Potem otwierają pierś i rzucają serce i wątrobę największemu z sępów. Następnie tną na kawałki skórę i mięso; wtedy na posiłek zlatują się kruki.
Wreszcie jeden z wykonawców zbiera oskrobane z mięsa kości, kładzie je na kamieniu i powoli miażdży młotem, aby i one mogły zostać zjedzone przez ptaki. Później przed wielkim głazem stoi już tylko trzech zmęczonych mężczyzn i podająca im herbatę z masłem kobieta.
***
Przed przybyciem Chińczyków ogromna większość ziemi należała do klasztorów, a ludzie – zgodnie z tybetańskim powiedzeniem – „musieli płacić tyle podatków, ile jest włosów na skórze jaka”. Chińczycy znieśli podatki, wyzwolili ludność z na wpół niewolniczego uzależnienia od klasztorów, ale podobnie jak w pozostałej części państwa wprowadzili kolektywizację, która dla przyzwyczajonych do koczowniczego trybu życia Tybetańczyków stała się nową formą niewolnictwa. Wtłoczeni w sztywne ramy komun ludowych, zmasowani w nich tubylcy poczuli się jak w kaftanie bezpieczeństwa, a zbiory musieli oddawać państwu mniej więcej w takiej samej ilości, jak przedtem klasztorom.
Największym błędem popełnionym przez Chińczyków było jednak zmuszenie Tybetańczyków do uprawy żyta zamiast ulubionego przez nich jęczmienia, który od wieków był zasadniczym składnikiem ich posiłków. Wielką zaletą jęczmienia jest to, że po zmieleniu nie trzeba go gotować i że garść jęczmiennej mąki zmieszana z odrobiną herbaty i łyżką zjełczałego masła stanowi gotowe danie. Natomiast żyto należy gotować, co w kraju pozbawionym drewna na opał – drzewa są tutaj rzadkością – stanowi wielką niedogodność. Na domiar złego żyto wysusza występujący w Tybecie rodzaj gleby i powoduje jej jałowienie. I tak plony zaczęły stopniowo maleć, co powodowało niedostatek żywności, zaś komuniści nadal narzucali uprawę żyta zamiast jęczmienia, ponieważ polityczne hasło „zwiększyć produkcję żyta” dotyczyło całego kraju i wszędzie należało do niego się stosować.
***
Chińczycy przez dwadzieścia lat usuwali na bok tybetańską kulturę i pisali na nowo historię kraju, aby dowieść, że Tybet jest nierozłączną częścią Chin. Chwalą się, że wydrukowali po tybetańsku książki w pięciu milionach egzemplarzy, ale są to w dużej części przekłady tekstów z zakresu marksizmu-leninizmu oraz pism Mao. Autorem jedynej publikacji o dziejach Tybetu dostępnej w księgarni w Lhasie jest Chińczyk, a jego praca obfituje w wygodne dla Hanów kłamstwa i wypaczenia historii. Czytamy w niej na przykład, że Dżokang zbudowali Chińczycy dla uczczenia małżeństwa chińskiej księżniczki z Songcenem Gampo, ówczesnym królem Tybetu, a z dokumentów wynika przecież, że ów władca miał trzy żony i że świątynię tę kazał wznieść na cześć małżonki pochodzącej z Nepalu, dlatego też główna brama przybytku zwrócona jest ku zachodowi.

Najbardziej mi żal - właśnie podniebnych pogrzebów. Uważam, że zepsute mięso mogłoby się jeszcze przydać przyrodzie; nie rozumiem, dlaczego tylu ludzi kurczowo trzyma się ciała i nie chce go oddać naturze. Ja marzę o pogrzebie ekologicznym, w biodegradowalnej urnie, która po roku czy dwóch zwróci me szczątki Ziemi. Ponoć teraz w Chinach do takich pogrzebów są spore dopłaty, więc jeszcze ewentualne potomstwo na mnie zarobi...

2009-03-24

雨不灑花花不紅 Niezroszone kwiaty nie czerwienieją

哥是天上一條龍,
妹是地下花一蓬,
龍不翻身不下雨,
雨不灑花花不紅。

高高山上一樹槐,
手攀槐樹望郎來,
娘問女兒望什麼,
我望槐花幾時開。

On to smok w przestworzach, ona to pąk kwiatu. Bez poruszenia smoczego ciała nie spadnie deszcz. Bez deszczu zaś kwiat się nie zaczerwieni.
Wysoko w górach ona wspina się na perełkowca japońskiego (czyli inaczej na szupin chiński), żeby wyglądać powrotu lubego. Mama pyta: czego wyglądasz? Ja tylko czekam, kiedy kwiaty perełkowca otworzą swe pączki...
Jak widać, spodobała mi się nazwa perełkowiec japoński (zdecydowanie bardziej niż jakiś tam szupin) i samo drzewo, choć należy do rodziny bobowatych, co według mnie odbiera tekstowi cały romantyzm.
W tekście jest kilka knifów. Po pierwsze porównanie Onego do smoka - czyli symbolu męskiej siły w tradycji chińskiej. To, że Ona to kwiat to zbyt banalne, żeby musieć tłumaczyc. Z tym poruszeniem ciała smoka to taki trick dawnych szamanów chińskich - w zależności od regionu i od typu wierzeń smok mógł przynosić deszcz (na przykład Yi wierzyli, że 只要龍張開嘴,就能讓天空下雨了 wystarczy, że smok ziewnie, zaraz zacznie lać jak z cebra) albo nawet trzęsienie ziemi (to z kolei Tybetańczycy - 地龍翻身 czyli ziemny smok się przeciąga). Każde dziecko wie, że 龍翻身, 風水變 czyli jak się smok z boku na bok przewraca, to zmieniają się wiatry i woda. Ale tutaj wystarczy ruszyć głową, żeby wiedzieć, o jakiego hmmm "smoka" i jakiego typu "deszcz" chodzi, jeśli zadaniem bojowym jest zaczerwienienie hmmm "kwiatu". A w drugiej zwrotce knif polega na wykorzystaniu wieloznaczności znanego nam już słowa 望 wàng. Córka sobie wanguje - czyli: patrzy w dal. Ale również oczekuje i ma nadzieję - bo to wszystko się w poczciwym 望 mieści. Wypatruje lubego, ale odpowiada mamie, że czeka, aż się otworzą kwiaty perełkowca - i wcale nie kłamie, ona naprawdę czeka, aż przybędzie smok by za pomocą deszczu otworzyć kwiat...
Takie sprośne są te chińskie mniejszości etniczne. Zwłaszcza Yi - bo piosenka ta jest w wersji mandaryńskiej niemal dokładnym tłumaczeniem wersji yijskiej.
Poniżej jedno z najwcześniejszych wykonań:

Ciekawostka: Żółta Tęcza, wykonawczyni, była jedną z najsłynniejszych wokalistek yunnańskich; jej wykonania yunnańskiego folku stały się kanoniczne. Z ramienia Yunnańskiego Teatru Muzycznego jeździła z ludowym repertuarem nie tylko po całych Chinach, ale również do... Polski i innych bratnich krajów w czasach słusznie minionych.

2009-02-04

外甥女 siostrzeniczka

Wstawała wcześniej ode mnie (żadna sztuka), szła spać później i całymi dniami mi towarzyszyła. Wulkan energii. Początkowo trochę się mnie bała (bo nieśmiała to na pewno nie jest):
Ale potem oswoiłam to urocze stworzonko, i to mimo absolutnego braku wspólnego języka (tamtejszy dialekt mandaryńskiego w ogóle nie brzmi jak jakakolwiek odmiana mandaryńskiego). Po paru dniach już mną rządziła, chowała się pod moja kurtkę i dawała swobodnie obcykiwać:
Ale powód, dla którego o niej piszę zaraz na wstępie jest inny. Otóż nauczyłam się od niej przepięknej piosenki pod tytułem 拉薩酒吧 czyli Bar w Lhasie.

Tekst, w wolnym tłumaczeniu, wygląda tak:

W barach w Lhasie
Trafić można na ludzi wszelkiej maści
Nie ma tylko pani mego serca
Powiedziała,
że mnie nie kocha
ponieważ nie mam grosza przy duszy.

W barach w wielkim mieście
Sprzedają każdy alkohol
Ale nie ma tybetańskiej wódki.
Szklaneczka czy dwie
nie są w stanie mnie upić
bo jestem potężnym moczymordą.
W całym wielkim świecie
Jest mnóstwo pieśni
Nie ma tylko tej, którą właśnie śpiewam.
Żadna z moich pieśni
nigdy nie będzie sławna
Bo jestem tylko wędrownym śpiewakiem.

Moment, w którym pięcioletnia dziewczynka, podkreślając wymowę pieśni potężnym czknięciem, wyśpiewywała na całe gardło "jestem potężnym (hep!) moczymordą" da się porównać tylko z tym, że moje małe moi w podobnym wieku śpiewało z dużym samozaparciem "bo we mnie jest seks"...

2007-08-12

Himalaya 喜馬拉雅

Rok temu mniej więcej Kasia M. podarowała mi ścieżkę dźwiękową do filmu Himalaya - Dzieciństwo wodza. Posłuchałam kilka razy i zapomniałam. Widać to nie był dobry czas.
Kilka tygodni temu film przyłapałam w telewizorni; siadłam i nie mogłam oczu i uszu oderwać...
Rzecz prosta - młodzi sprzeciwiają się starym; starzy to tradycja, ale nowoczesność nie zawsze szkodzi; całe szczęście niektórzy starzy potrafią przyznać młodym rację. A oprócz tego o surowych i groźnych górach. O miłości. O poświęceniu. I ta muzyka!!! W muzyce jest wszystko! Zwłaszcza ta walka, surowość, niepewność. Cudowne!!
No i właśnie.
Jak się potem wraca do tej ścieżki dźwiękowej, to można przeżyć duże rozczarowanie. Tak, ładne to jest, ale...
Film jest piękny; może i nie wybitny, ale przykuwa uwagę. Muzyka w filmie dobrze pełni swoją rolę. Ale jeśli się wsłuchać - to równie dobrze mogłaby być ścieżką dźwiękową do filmu z Nepalu, Kambodży, Chin, Litwy i Peru. To nie jest prawdziwa muzyka Himalajów. To tak, jakby chcieć powiedzieć, że Lin Hai jest chińskim Chopinem. Chińczycy twierdzą, że jest, ale żaden poważny muzykolog/muzyk nie będzie twierdził, że Lin Hai (którego skądinąd uwielbiam) jest genialny i że oddaje ducha narodu... Dobrze robi ten swój New Age i tyle.
Wracając do tematu: Himalaya to też dość typowy New Age - tylko jeszcze bardziej zeuropeizowany niż większość. Dlatego dobrze się tego słucha, ale tak samo łatwo wpada do ucha, jak i zeń wypada...
Od czasu do czasu będę jednak pewnie mieć nastrój na właśnie taką muzykę. Może i Wy czasem macie taki nastrój?