Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porcelana 瓷. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porcelana 瓷. Pokaż wszystkie posty

2014-05-04

Nie ma drugiego takiego kraju VIII

Dzisiaj krótko, bo jakoś ostatnio mam mało czasu. To dobrze, że mam mało czasu, bo to znaczy, że robię coś interesującego i absorbującego, ale siłą rzeczy blog traktuję trochę po macoszemu. Na dobrą niedzielę: Pani Pastorowa chwali Chińczyków :)

WIEDZA I WYNALAZKI

Musimy się zgodzić, że Chińczycy są bardzo pomysłowi. Odkryli druk, odkryli jak zrobić proch i jeszcze jak używać magnetytu. Co to jest? Kawałek stali potarty o magnetyt będzie zawsze wskazywał Północ. Chińczycy odkryli te trzy rzeczy: druk, proch i użycie magnetytu, zanim my w Europie je odkryliśmy. Ale oni ich nas nie nauczyli, sami je odkryliśmy.
Są jednak dwie sztuki, których nauczyli nas Chińczycy: jak zrobić jedwab i jak zrobić porcelanę. Nie powinnam jednak mówić, że nas nauczyli; próbowali nas bowiem powstrzymać przed nauczeniem się tych sztuk; my jednak zobaczyliśmy ich jedwab i porcelanę i stopniowo nauczyliśmy się je wytwarzać sami. Chytry mnich przywiózł z Chin jaja jedwabników, schowane w wydrążonej lasce.

Czyli: ani jedwabiu, ani porcelany by w Europie nie było, gdyby Europejczycy, czyli dobrzy chrześcijanie, nie ukradli wiedzy Chińczykom. Jakoś w tym akapicie pani Mortimer nie wspomina o tym, ile dobrych rzeczy zrobiliby Chińczycy, gdyby byli wierzący...

2013-06-03

Purpurowa ceramika ze Zbudowanej Wody 建水紫陶

Jako kompletny wariat herbaciany wiedziałam, po co przyjeżdżam do Jianshui: po czajnik do parzenia herbaty. Jianshui jest w Chinach znane z ceramiki, choć poza granicami Chin mało kto o tym miejscu słyszał, a jeszcze mniej osób widziało tutejsze wyroby. Ja po prostu MUSIAŁAM kupić tutejszy czajnik, sami rozumiecie. Pan i Władca rozumie mniej, ale nie miał nic przeciwko wydaniu bajońskich sum dla mojej przyjemności. Dobry mąż, grzeczny mąż...
W czasach dynastii Song odkryto tu duże złoża niezłej gliny, które pozwoliły na wyrób ceramiki dobrej jakości. Przez prawie tysiąc lat technika wytwarzania i wypalania właściwie się nie zmieniła, zaś uzyskiwane wyroby nie ustępują porcelanie czy ceramice z Yixing. Tak naprawdę wszystko zaczęło się jednak znacznie, znacznie wcześniej – najstarsze znaleziska wyrobów ceramicznych z okolic Jianshui pochodzą sprzed ponad 3000 lat!
Znaczenie tej ceramiki potwierdzone jest powiedzeniem: Songowie mieli seladon, Yuanowie (Mongołowie) porcelanę biało-niebieską qinghua, Mingowie – kamionkę, a Qingowie (Mandżurowie) – purpurową ceramikę. Jest więc nasza ceramika o barwie przydymionego zachodu słońca wyrobem bardzo tradycyjnym, należącym do elitarnej grupy czterech tradycyjnych chińskich wyrobów ceramicznych (pozostałe to wspomniana już ceramika z Yixing, ceramika z Shiwan oraz ceramika z Rongchang). Z tutejszej gliny da się wprawdzie wytwarzać również porcelanę qinghua (za dynastii Yuan i Ming wytwarzano ją m.in. właśnie w tej części Yunnanu), ale to purpurowej ceramice zawdzięcza sławę Jianshui.
Od wieków tradycyjnie wyrabiana ceramika urodę swą zawdzięcza pięciu kolorom okolicznej gliny (czerwona, żółta, ciemna, brązowa i biała). Po wydobyciu glinę dzieli się właśnie według koloru:
Następnie trzeba ją rozetrzeć na proszek i porządnie namoczyć:
a gdy będzie miała już odpowiednią fakturę, wysuszyć:
Gdy jest już solidnym, zbitym i tłustym kawałkiem gliny, trafia do rąk garncarza:
Skrawki, które wdzięczną serpentyną opadają na podłogę, trafiają znów do gara z wodą i wchodzą w skład następnego worka gliny. Nic się nie marnuje.
Po ulepieniu naczynia maluje się na nim wzory, które następnie trzeba wyrzezać małymi dłutkami na brzuścu. W manufakturze ceramicznej, którą odwiedziłam, był jeden artysta-malarz i do tuzina rzeźbiarzy.
Wyżłobienia są następnie wypełniane gliną odmiennej barwy.
Tak przygotowane naczynia trzeba przed wypaleniem wysuszyć:
a po wypaleniu wyszlifować:
Organoleptycznie badamy, czy nasza ceramika to oryginał, czy podróbka: podróbka będzie gładziutka jak pupcia niemowlaka, a na oryginale ślady po dłucie pozostawią nierówności – choć wypełnione zostały gliną innego koloru, będzie można je wyczuć pod palcami. Wyroby te nie są bowiem glazurowane. Wypalane są w temperaturze sięgającej 1100 stopni Celsjusza, która jak na ceramikę jest już bardzo wysoka, ale jeszcze nie daje szkliwa. Dlatego też wewnętrzna strona mojego czajniczka jest mniej gładka niż zewnętrzna - zewnętrzna została wyszlifowana, a wewnętrzna nie.
Najcenniejsze są te, których barwa podstawowa jest ciemna, wpadająca w matową czerń, a inkrustacja jest koloru écru. Mój czajniczek nie jest aż tak ciemny, by być bardzo cenny, ale wypełnienie jest wystarczająco écru, by cieszyć oko :)
Z naszej glinki wytwarza się nie tylko subtelne imponderabilia herbaciane, ale też doniczki, wazony czy pospolite gary. Ozdobione mogą być kaligrafiami czy wzorami ludowymi, przy czym najbardziej popularny zdaje się być bambus. Ponieważ glinka wydobywana w okolicach Jianshui ma dużą zawartość żelaza, ceramika jest twarda i mocna, wydająca charakterystyczny „metalowo-kamienny” dźwięk przy puknięciu. To, co stało się jej znakiem rozpoznawczym, to ręczne wykonanie wysokiej klasy kaligrafii na brzuścu dzbanów czy czajniczków, a potem idealne wyrzezanie tych napisów czy miniobrazów. Każda manufaktura ceramiczna w okolicy zatrudnia jednego-dwóch artystów, wymyślających wzory i kreślących je pewną ręką. Wzory różnią się drobiazgami; każda czarka, każdy drobiazg jest inny, bo nie ma gotowców ani sztampy. Po tym łatwo poznać oryginał; nie znajdziemy kilku takich samych czarek czy czajniczków. Oczywiście, tego typu wykonanie wpływa na cenę. Dawniej zawsze psioczyłam na nieludzkie ceny ceramiki. Odkąd zwiedziłam zakład ceramiczny pod Jianshui, uważam, że mój czajniczek jest wart każdego yuana, którego nań wydał mój Pan i Władca :)
A było to tak: jechaliśmy sobie z Jianshui w stronę wioski-skansenu Tuanshan, gdy nagle zahamowałam wypożyczony rower z piskiem opon. ZB usłyszał, umarł na zawał serca, odwrócił się, zobaczył, że nic mi się nie stało i na mnie nakrzyczał, że go straszę. Ale ja nie zwracałam już nań uwagi, bo ujrzałam bramę wejściową do zakładu ceramicznego, w którym spędzić miałam następną godzinę.
ZB powiedział, że mnie nie wpuszczą, że mnie przegonią, że będą chcieli, żebym zapłaciła, albo coś kupiła i w ogóle marudził.
Weszłam. Uśmiechnęłam się blondynkowatym uśmiechem do znudzonej panienki w biurze i zapytałam, czy mogłabym pooglądać ich zakład. Dziewczę się rozjaśniło, jakby ujrzało sto dolców na chodniku, wstało zza biurka i zaczęło mówić. Szansę na zadawanie pytań miałam tylko, gdy musiała zaczerpnąć oddech. Oprowadziła mnie, pozwoliła cyknąć kilka fotek, nie żądała rekompensaty za wstanie zza biurka. Niestety nie mogłam utrwalić pieca garncarskiego, bo jego szczegółowa budowa jest tajemnicą, przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Na początku myślałam, że stary piec mają tylko dla picu i że wszytko wypalają w nowym, z możliwością idealnej kontroli temperatury. Okazało się jednak, że wyroby na specjalne zamówienia, dla konkretnych klientów, jedyne w swoim rodzaju dzieła sztuki zawsze są wypalane w piecu tradycyjnym.
Wyszłam z manufaktury olśniona bogactwem wzorów, dokładnością wykonania, szlifem, który wygląda jak najdoskonalsze szkliwienie i serdecznością, z jaką zostałam potraktowana. Pan i Władca próbował stroić fochy, że go porzuciłam przy wejściu na pół dnia dla kawałków jakiejś gliny, ale słyszałam, jak wczoraj się pysznił przed rodziną, jaki to wspaniały czajniczek kupiła jego zagraniczna małżonka :D
Przed Państwem ceramika z Jianshui:
TADAM!

2013-04-11

porcelana ryżowa 米瓷

Uwielbiam porcelanę. W ogóle glina, kamień, wszystko, co nie jest szkłem, to moje ukochane naczynia. Szkło akceptuję, bo przez nie lepiej widać, ale to tę resztę kocham.
W domu mieliśmy od zawsze chińskie miseczki plus łyżki z płaskim dnem. Oczywiście, były biało-niebieskie (tzw. 青花瓷 czyt. cinhuacy). Oczywiście były ryżowe. Przecież takie są najbardziej chińskie, prawda?
Mój Pan i Władca posiadał tylko kilka biało-niebieskich talerzyków w kwiaty i dwie duże biało-niebieskie miski ryżowe w smoki. Kwiaty i smoki - ulubione tematy chińskie, biel i kobalt - tradycyjne kolory chińskie, małe prześwity w kształcie ryżu służące ozdobie - chińskość nad chińskościami. Do tego dokupiłam miseczki do ryżu w smoki, ryżowe oczywiście, a od ZB dostałam cudowne talerze z przykrywkami,
które można postawić jedna na drugiej,
co oszczędza miejsce, a dzięki przykrywkom żarcie nie stygnie aż tak szybko. Oczywiście w kwiaty i oczywiście też z ryżowej porcelany.
Na wszystkich jest wyraźnie, dużymi znakami napisane (jeszcze przed szkliwieniem): Jingdezhen 景德鎮. Ma to być dowód na to, że powstały w najsłynniejszej chińskiej miejscowości "porcelanowej", w stolicy porcelany, czyli właśnie w Jingdezhen. To właśnie tam od wieków powstaje biała jak śnieg porcelana z niebieskimi wzorami. Ten niebieski to taka chińska tradycja...
Ekhm.
No właśnie.
Porcelana była biała. Różna zresztą. Zanim jednak Chińczycy nauczyli się eksploatować złoża kobaltu (dopiero w XVI wieku!), sprowadzali ten cenny materiał z... Iranu/Persji, gdzie wyroby ceramiczne ozdabiano w ten sposób od wieków. Stąd zresztą, zanim zaczęli wymyślać własne wzory, na porcelanie często pojawiały się wzory muzułmańskie, włącznie z arabskimi napisami.
Jingdezhen w prowincji Jiangxi nie było bynajmniej pierwszym miejscem, w którym wykorzystano zdobienie kobaltem; znacznie wcześniej zaczęli to robić Chińczycy w Henanie, czyli całkiem daleko. Oni jednak nie potrafili wypalać porcelany - albo ich glina była niewystarczająco dobra. Tak więc wytwarzaniem białej PORCELANY w niebieskie wzory zajęło się Jingdezhen, od XIV wieku zajmujące się tym już na naprawdę dużą skalę. I zaczęli wyrabiać porcelanę ryżową, zapiekając ziarenka ryżu w porcelanie...
Ekhm. Nie.
Po pierwsze, ona się tylko nazywa ryżowa. Tak naprawdę robi się ją w ten sposób: gotowe naczynie przed wypieczeniem nakłuwa się ostrym narzędziem, po czym wstępnie wypieka (to nie jest jeszcze porcelana, tylko tzw. biskwit). Ten wyrób się glazuruje; podczas kolejnego wypiekania, w znacznie wyższej temperaturze, glazura wpada do dziurek zasklepiając je i tworząc półprzezroczyste "okienka".
Po drugie, wcale nie Chińczycy wpadli na to, żeby takie dziurki robić. Dziurki u Chińczyków pojawiły się bowiem dopiero pod koniec XVIII wieku, natomiast już pod koniec pierwszego tysiąclecia naszej ery były doskonale znane Persom. Persowie wprawdzie nie wytwarzali porcelany, tylko kamionkę, ale technika była właśnie taka: dziurki w ściankach, wstępne pieczenie, glazura i końcowe wypiekanie. My zaś znamy tę technikę jako chińską i jako ryżową tylko dlatego, że to porcelana nas bardziej ujęła niż kamionka - kamionkę mieliśmy swoją i nie musieliśmy importować, a otworki są zbliżone kształtem do ziarenek ryżu.
Tak więc najbardziej znane chińskie kolory nie są chińskie i najbardziej znana chińska technika zdobnicza też nie jest chińska.
Moje miseczki są jednakowoż chińskie. Ale co do ich pochodzenia ze "stolicy porcelany" mam spore wątpliwości...

2012-09-01

補碗匠 naprawiacz misek

W każdym chińskim domu znajdują się miseczki do ryżu. Niby jest to podstawą oprzyrządowania kuchennego, ale dawnymi czasy w domach znajdował się komplet, no może dwa, a jeszcze częściej resztki wielu kompletów, które akurat wystarczały członkom rodziny. W razie wielkich uroczystości typu wesele czy pogrzeb, miseczki pożyczało się od sąsiadów, bo po pierwsze były drogie, a po drugie gdzie to to trzymać na co dzień, nawet jeśli się wyda na nie wszystkie oszczędności? Bo przecież głównym materiałem była porcelana, którą tak łatwo stłuc. Dawnymi czasy żałowano każdej rozbitej miseczki, a dzieci, które dopuściły się takiej nieuwagi były surowo karane. Jeśli zaś miseczka się zbiła w trakcie obchodów noworocznych, na rodzinę padał blady strach, bowiem był to jeden z najgorszych omenów...
W takich to czasach wędrowali od wioski do wioski naprawiacze misek. Wyuczeni rzemiosła w Jiangxi (to w końcu tam, w Jingdezhen, produkowana jest od wieków porcelana, więc mieli się gdzie uczyć rzemiosła), z potrzebnym oprzyrządowaniem na plecach chodzili od domu do domu, szukając zbitych misek, których kawałki były skrzętnie zbierane i przechowywane dla naprawiacza.
Naprawiacz rozkładał przyrządy, siadał na taborecie i zaczynał pracę. Po pierwsze, trzeba było dopasować kawałki i sprawdzić, czy będzie się dało złożyć miskę do kupy. Nie mogło zabraknąć żadnej cząsteczki. Przykładał więc naprawiacz specjalnymi szczypcami kawałki do siebie, starając się je złożyć w pierwotny kształt, a składane w ten sposób porcelanowe puzzle przytrzymywał między kolanami. Ułożywszy odpowiednio kawałki, brał w lewą dłoń drewniany uchwyt, na którego końcu znajdował się diamencik. Porcelana jest bowiem tak twarda, że niczym poza diamentem nie dało się wywiercić w niej dziurek, które były potrzebne do "sklejenia" miski. W prawej dłoni naprawiacza znajdowało się coś w rodzaju łuku, którym wprowadzał swoje prymitywne wiertło w ruch, w sposób podobny do rozniecania ognia dawnymi czasy. Ilość wierconych oczek zależała oczywiście od wielkości pęknięcia; oczywiście trzeba było robić dziurki symetrycznie po dwóch stronach, żeby się później przyprawiona część miseczki dobrze trzymała. W tak przygotowane dziurki wsadzał naprawiacz coś w rodzaju dzisiejszej zszywki do papieru - kawałek żelaza bądź miedzi z haczykami przy końcach. Miedź była lepsza od żelaza, bo nie rdzewiała, dlatego też była od żelaza droższa.
Naprawiona miseczka nadawała się oczywiście do użytku, ale zdaniem specjalistów traciła wartość i piękno. W dodatku w trakcie jedzenia zostawał w ustach metaliczny posmak, a i powierzchnia nie mogła być tak gładka jak w nówce. Chińczycy śmieją się, że po reperacji nie była to już miska porcelanowa, tylko "żelazna miska ryżu" (co po chińsku znaczy "stała praca").
Starzy kunmińczycy wspominają, że za ich szczenięcych lat pojawiał się w Kunmingu naprawiacz-cudotwórca. Oprócz metalu, miedzi itp. miał w zanadrzu schowane kawałki porcelany, takie ni przypiął, ni przyłatał, zbierane, gdy miski już się nie dało uratować. Po co? Otóż, jeśli spotkał na swej drodze miskę, której jeden kawałek został połknięty przez kury, albo, bo ja wiem, rozsypał się w drobny mak, on wyciągał te resztki i próbował dopasować do miski. Tu coś odtłukł, tu trochę przyszlifował, stwierdzał, że kolory tak mniej więcej pasują - i ratował miskę, która wydawała się już być na straconej pozycji. Jego pracy uwielbiały się przyglądać dzieciaki; zresztą i starsi lubili patrzeć, jak jego sękate ręce manewrowały porcelanowym drobiazgiem, by przywrócić miseczce życie. Niejeden raz ktoś z zachwytem mówił, że jest mistrzem; niejedno też dziecko marzyło o tym, żeby uczyć się od niego fachu. On jednak zawsze powtarzał, że jego czasy już minęły, że jeszcze chwila i zużyta bądź zniszczona zastawa stołowa będzie lądować na śmietniku, a nie w jego rękach. Przyjdą czasy - mówił - kiedy poziom Waszego życia będzie za wysoki, żeby się przejmować skorupami. Nie trzeba więc uczyć młodych tego fachu - gdy znikniemy, nikt nie będzie pamiętał, że istnieliśmy ani po co.
W centrum Kunmingu, na popularnym deptaku między Dwiema Wieżami postawiona została ta rzeźba:
Przystają przy niej dziadkowie i babcie, by tłumaczyć wnukom, kim byli naprawiacze misek i żeby choć na chwilę przywołać baśniowy urok tamtych czasów...