Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 筇竹寺 Bambusowa Swiatynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 筇竹寺 Bambusowa Swiatynia. Pokaż wszystkie posty

2021-10-03

Dziki park 昆明郊野公园

Tuż obok Bambusowej Świątyni znajduje się Dziki Park. Zabawny oksymoron, prawda? Jak coś tak cywilizowanego i stworzonego przez człowieka jak park może być dzikie? A jednak. Zajmujący powierzchnię 180 hektarów dziki park to swoista mieszanka parku i lasu. Mamy tutaj zarówno wybrukowane dróżki, jak i ścieżki stworzone kołami górskich rowerów (tutaj odbywają się rajdy klubu kunmińskich rowerzystów górskich). Są przestrzenie wysadzane kwiatami i ozdobione pięknymi zbiornikami wodnymi, zbudowanymi ludzką ręką, ale znajdziemy też bez trudu stare, spróchniałe drzewa i trudne do spenetrowania kotlinki, wypełnione głosami ptactwa. Solidny spacer powinien potrwać około 3 godzin; jeśli jednak idziecie na spacer z dzieckiem, będzie on dużo dłuższy. W przeciwieństwie do prawie wszystkich innych kunmińskich parków, ten pozwala na łażenie dzieciaków po trawie, zbieranie patyków, łowienie chrząszczy i tak dalej; myślę, że każde dziecko będzie zachwycone. Najpiękniej jest tu na wiosnę, gdy kwitną drzewa owocowe, a także późną jesienią, gdy park spowijają żółte płomienie liści miłorzębów. My trafiliśmy na końcówkę kwitnienia hortensji, co też było piękne. Można tu znaleźć miejsca całkiem dzikie, ale również - spory plac piknikowo-namiotowy. Park otwarto w 1990 roku. Kiedyś był płatny i chyba bardziej zadbany. Teraz jednak przede wszystkim jest dość pusty - co akurat mnie bardzo przypadło do gustu.
Już dawno nie zdarzyło się, by Tajfuniątko tak się zmęczyło. Po prostu padła!
Park jest otwarty w godzinach 8-18; wstęp jest bezpłatny.

2021-09-14

Bambusowa Świątynia 筇竹寺

Pod koniec wakacji mieliśmy trochę czasu, który mogliśmy dla odmiany spędzić wspólnie: Tajfuniątko miało wakacje, ja zapowiedziałam uczniom, że muszę od nich odpocząć, a w orkiestrze ZB właśnie trwał sezon ogórkowy. Nie mogliśmy wprawdzie wyjechać z Kunmingu, ale za to można było odwiedzić cokolwiek dalsze atrakcje. Takim właśnie sposobem pewnego poranka dotarliśmy do Bambusowej Świątyni 筇竹寺. Tajfuniątko właśnie poznaje yunnańskie legendy, więc staramy się jej przybliżać ciekawe miejsca w Kunmingu; legenda o Bambusowej Świątyni świetnie się nadaje, takoż opowieść o powstaniu pięciuset arhatów (z Jezusem na czele). Po przybyciu na miejsce odkryliśmy, że jakoś w międzyczasie wejście do świątyni przestało być płatne. Hurra!
wejścia strzegą przepiękne kryptomerie
główną ozdobą jest oczywiście nosorożec z legendy
Staruteńka magnolia Delavaya
Kolejny z dziewięciu synów smoka. Jeszcze o nim napiszę :)
i znów nosorożec, tym razem w wersji "na bogato"
W południe skorzystaliśmy ze świątynnej wegetariańskiej stołówki. Takich kwiatów taro, jak tam, jeszcze nigdy nie jadłam.
Była to bardzo miła (i smaczna!) wycieczka. Miło wiedzieć, że stare budynki są stopniowo remontowane; miło też widzieć naprawdę sympatycznych mnichów, którzy nie zadzierają nosa z racji swojej "świętości" i nie stronią od kontaktów z obcymi. A już najbardziej rozczuliły nas koty, szlajające się po całym kompleksie świątynnym, rozpuszczone jak dziadowski bicz i solidnie utuczone, chętne do pieszczot. Tajfuniątko było w raju!

2021-04-05

Jezus arahantem 耶穌羅漢

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.  

Opowiadałam Wam już kiedyś o Bambusowej Świątyni, pyszniącej się pięćsetką arhatów i opatrzonej ciekawą legendą. Dziś, z okazji Świąt, chcę się skupić na sylwetce Jezusa, która znajduje się w naszej świątyni. Otóż Li Guangxiu wraz z uczniami stworzył sylwetki arhantów, czerpiąc inspirację ze scenek życia codziennego ale i wzorując sylwetki na możnych oraz biedocie tego świata - bardzo równościowe podejście, prawda? Nie wiedzieć czemu, jedną figurę zrobili taką jakby... trochę niechińską. Kolor włosów, ubranie, wszystko jest niechińskie. To podobno właśnie nasz Jezus. Plotka głosi, że tworzący pod koniec XIX wieku mistrz Li miał okazję zetknąć się z misjonarzami, wysłuchać opowieści i oczywiście wykorzystać to spotkanie dla wzbogacenia swej twórczości. Czy Jezus mógłby być arahantem? Arahant znaczy godny. Czy Jezus jest godzien piedestału? Z pewnością. W dodatku arahant to nazwa tych, którzy już osiągnęli oświecenie. Czy z perspektywy buddysty Jezus osiągnął oświecenie? Zapewne zależy to od rodzaju wyznawanego buddyzmu i od rzetelności tłumaczenia kanonu chrześcijańskiego i buddyjskiego. Czy możemy sobie wyobrazić, że buddyjski artysta słyszy od misjonarzy o Jezusie i wyobraża go sobie po prostu jako jednego z oświeconych? Ja mogę. 

A jednak internet wrze. Czy Jezus mógł być jednym z pięciuset arhatów? Nie, ależ skąd! Przecież to legenda wczesnobuddyjska, a buddyzm jest wcześniejszy od chrześcijaństwa, więc Jezus nie może być prawdziwym arhatem, a już na pewno nie jednym z tych tradycyjnych pięciuset. A jednak... widać tutaj, że do kłótliwych nie przemawia to, że ktoś mógł sobie po prostu nałożyć jedną sylwetkę na drugą, popełnić - chcący lub nie - synkretyzm religijny, albo wykorzystać prawo artysty do własnych koncepcji czy przekonań. A może buddyjski mistrz Li uważał, że chrześcijaństwu do buddyzmu niedaleko? Może uznał Jezusa za "swojaka"? A może po prostu stwierdził, że i tak nikt nie zauważy? Już nie mówiąc o tym, że nawet jeśli Jezus nie był jednym z tradycyjnych pięciuset arhatów, to przecież nikt nie wie, czy przypadkiem nie stał się jednym z późniejszych? Może buddyjskiemu oświeceniu nie jest do chrześcijańskiego daleko? Może w niebie (czy gdzie tam) te sprawy nie są tak zagmatwane i można być jednocześnie oświeconym według standardów wielu religii? Może można nawet być dobrym człowiekiem według reguł kilku religii?... 

Tutaj dowiecie się, czy Jezus umarł w Japonii.

2013-03-01

Pięciuset arahantów

Arahant, po chińsku zwany Luohan 羅漢, to, w dużym uproszczeniu, buddyjski odpowiednik świętego. Li Guangxiu*, artysta ludowy lubiący babrać się w glinie, przywiózł swoich sześciu uczniów do Kunmingu specjalnie po to, żeby stworzyć dla Bambusowej Świątyni pięciuset arahantów. Do tej pory bowiem świątynia nie miała się czym pochwalić – no może poza piękną legendą. Taka jakaś nijaka była... Stary opat postanowił coś z tym zrobić; podobno we śnie ukazał mu się Budda nakazujący nawiązać do legendy i stworzyć sylwetki wielu mnichów, a każdy w innej pozie. Zaprosił więc opat mistrza Li Guangxiu i zlecił prace.
Legenda bardzo podziałała mistrzowi na wyobraźnię. Mieli mnisi przecież różne pozy i cechy szczególne, zupełnie jak... ludzie. Zaczął więc szkicować z głowy. Ale im bardziej zachwycali się szkicami uczniowie, tym bardziej mistrz był niezadowolony. Dlaczego? Do tej pory rzeźby buddyjskie wszystkie rzeźbiono na jedną modłę – inne atrybuty, lecz te same twarze; jeśli zobaczyło się jednego, to tak, jakby się widziało wszystkie. A przecież jeśli nawet na ziemi ludzie się różnią, to co dopiero w niebie! Uczniowie się zafrasowali. Przecież nie pójdą do nieba szkicować? Mistrz rozwiał ich obawy – jeśli nie możemy iść do nieba szukać wzorów, możemy znaleźć je tu, na ziemi. Przecież arahanci to ludzie, którym udało się wybić ponad przeciętność, wyćwiczyć, przekroczyć siebie – ale wciąż ludzie! Muszą się więc, jak ludzie, różnić. Uczniowie pojęli, że powinni szukać cech szczególnych i nadać je arahantom. Podobno Li Guangxiu zabierał uczniów do Kunmingu w każdy dzień targowy i robili szkice napotkanych ludzi. Zwracali uwagę na ich charakter, postawę, mimikę, ubiór i ozdoby. Niejeden wieśniak, mieszczka czy kupiec zapałaliby pewnie świętym oburzeniem wiedząc, że są modelami dla artystów...
Dnia pewnego mistrz Li wybrał się z jednym uczniem w góry. Zmęczeni wspinaczką odpoczywali właśnie pod rozłożystym drzewem, gdy usłyszeli krzyk, jakby kogo mordowano. Uczeń chciał uciec, ale mistrz go zatrzymał i ostrożnie zakradli się w kierunku, z którego dochodził krzyk. Po rozchyleniu gęstego poszycia, ujrzeli dwóch potężnych jak dęby drwali, urządzających sobie na polanie zapasy. Ich ruchy, postawa i sprawność zachwyciły artystów, którzy natychmiast rzucili się robić szkice. Jeśli więc ujrzycie umięśnionych i silnych arahantów, pewnikiem są to właśnie ci dwaj.
Wracając wieczorem do domu, mistrz z uczniem trafili nad urokliwe oczko leśne, pokryte liliami wodnymi. Blask księżyca oświetlał pięknie tę scenę: śliczny młodzieniec wyciągający rękę, by zerwać lilię i dłuuuugi cień jego ręki odbity w wodzie, zlewający się z sylwetką. Mistrz rzecze: patrz, jakie długie ramię! Oczywiście i tego młodzieńca odwzorowano w rzeźbie – jeśli więc ujrzycie arahanta o długim ramieniu, jest to właśnie ten.
Dokądkolwiek by nie poszli mistrz czy uczniowie, wracali ze szkicownikami pełnymi inspiracji. Każdy był dobry: grubasy podobne beczkom i ci chudzi jak szczapy; weseli jak szczygieł i smutni jak śmierć; rybacy znad jeziora i kamieniarze z gór, urzędnicy z wielkiego miasta i drobni uliczni złodzieje tudzież dziewczęta sprzedające kwiaty...
Rozpoczęto rzeźbienie. Czy proces twórczy był tak trudny, czy wymagania mistrza bardzo wysokie, dość, że siedem lat z okładem zeszło, zanim pięciuset arahantów stanęło w świątyni. Kiedy jednak stanęli, wzbudzili podziw wszystkich odwiedzających. W większości chińskich świątyń buddyjskich są statuy arahantów. Dlaczego więc akurat nasza świątynia stała się z ich powodu znana? Po pierwsze: jest ich dużo – pięciuset arahantów znajduje się poza tym tylko w kilku miejscach. Poza tym jacy to arahanci! Wyglądają jak żywi, widać dbałość artystów o szczegóły. Arahanci mają po metr wysokości, każdy stoi w odmiennej pozie i stroją różne miny. To właśnie jest najważniejsze – bowiem przełamało tradycję niemal jednakowych sylwetek rzeźby buddyjskiej. Miny naszych arahantów są mocno przesadzone, wykrzywione aż do śmieszności – ale dzięki temu zamiast zwykłych rzeźb mamy do czynienia z... życiem. Niektórzy się śmieją, inni są przerażeni czy wściekli; wyciągają nieproporcjonalnie długie ręce do księżyca bądź przekraczają ocean na nieprawdopodobnie długich nogach, są tu nieobuci biedni mnisi i buddowie z wielkimi brzuchami; czasami zostają z nagła nakryci podczas intymnych czynności typu dłubanie w uszach czy drapanie po plecach. Nic, co ludzkie, nie jest im obce – wszyscy, również arahanci, są tylko ludźmi. Jest to niejakie odczarowanie boskości – to trochę tak, jakby świętej Barbarze włożyć na głowę górniczą czapkę, do ręki szpadel i umazać ją na czarno tudzież wsadzić świętego Krzysztofa w skafander i do Formuły I. Nic dziwnego, że nazywa się ich „perłą w skarbcu Wschodniej rzeźby” (東方雕塑寶庫中的明珠). Są uroczy – a że atmosfera wyciszenia w świątyni sprzyja kontemplacji, przyglądałam się im długo i zachłannie. Ciekawostką na skalę światową jest fakt, że jednym z arahantów jest Jezus – co dużo mówi o sposobie przyswajaniu idei chrześcijańskich przez Chińczyków. Są też arahanci, których twarze i postury zostały wzięte od uczniów naszego chińskiego Wita Stwosza – nie wiadomo, czy z braku innych pomysłów, czy z rozwiniętego poczucia humoru mistrza. Pokolorowani zostali umbrą, indygo i innymi barwnikami pochodzenia mineralnego czy roślinnego, które podobno nie blakną (nie znam się, nie wiem, czy co jakiś czas kolory na rzeźbach nie są po chamsku poprawiane).
Zdjęć mam zaledwie kilka – ot, przeklęte zakazy fotografowania. Cały czas łaził za mną mnich z sękatym kosturem i miałam lekkiego pietra. Dobrze, że mi aparatu nie odebrał...




*Zazwyczaj tłumaczę wszystkie chińskie nazwiska i imiona, bo uważam je za urocze. Ale przy najlepszy chęciach mistrz Czarny Obszerny Remont po prostu nie nadawał się do urokliwej legendy ;)

2013-02-25

Bambusowa Świątynia 筇竹寺

Położona 12 kilometrów na północny zachód od Kunmingu, na Górze Nefrytowego Stołu 玉案山 w pięknych okolicznościach przyrody, jest pierwszą świątynią buddyzmu chan (czyli zen) w Yunnanie. Budowę rozpoczęto najprawdopodobniej za czasów, gdy w Chinach rządzili Tangowie – teren obecnego Yunnanu to ówczesne Królestwo Dali. Potem teren podbili Mongołowie, więc dopiero następna dynastia chińska objęła teren we władanie. Tym samym twierdzenie, że jest to zabytek chiński jest nieco przesadzone, ale niech tam. Za Qianlonga i Guangxu świątynia była przebudowywana i remontowana. Znana jest ze słynnych pięciuset arahantów – pojawili się oni dopiero za czasów dynastii mandżurskiej, więc należą do nowszych elementów, nieimmanentnych. W głównej sali (大殿) na dwóch ścianach znajduje się ich 68 sztuk, a w dwóch pawilonach po 216, co faktycznie daje okrągłe 500, choć wielu przed przyjazdem do świątyni sądzi, że to przesadzona liczba. Zostały one wykonane przez syczuańskiego Wita Stwosza Li Guangxiu z pięcioma uczniami, a całość prac zajęła im 7 lat (1883-1890). To właśnie podczas tego remontu dokonano największych zmian w strukturze i wyglądzie kompleksu świątynnego. Po czasach najwcześniejszych nie zostało więc nic poza piękną legendą, po Mongołach pozostał jeden kąt z tripitaką, umieszczoną tu edyktem cesarskim. Czy to jednak oryginał – śmiem wątpić. Świątynię strawiło przecież kilka pożarów. Wprawdzie odradzała się jak feniks z popiołów, ale sądzę, że Chińczycy nie dbali o rekonstrukcję, woleli odbudować od nowa.
Znajduje się na tylu listach najważniejszych zabytków, że nie ma sensu nawet zaczynać wymieniać. Dzięki temu jest dofinansowywana. Na co jednak idą pieniądze, wspominałam w innym poście – urządzenie wesela dużo w Chinach kosztuje...
Jak przystało na porządną świątynię zen, jest tu piękny ogród, dużo świętego spokoju i... świetna knajpa. Oczywiście wegetariańska. I oczywiście te wegetariańskie dania udają mięsne. Nie jest tanio – bo brak konkurencji, co dobrze wziąć pod uwagę w razie planowanej całodziennej wycieczki.
Rzeźby, którymi wypełniony jest kompleks świątynny – nie mówię tu o dobru narodowym w postaci arahantów, tylko o zwykłych świątynnych zdobieniach – są zaniedbane i noszą ślady Rewolucji Kulturalnej, kiedy obiekt był oczywiście mocno zniszczony.
Ale za to w ogrodzie wygrzewają się w słońcu żółwie,
kwiaty pachną niezmiernie, a na tyczkach i pergolach dynie podpierają ciężkie brzuchy.


Wymarzone miejsce, by usiąść z książką czy z samymi myślami i pozwalać słońcu wygnać z nas melancholię. By posłuchać monotonnych recytacji mnichów, krążących jak ciche zjawy po obiekcie.

By nacieszyć się miejscem niemal nieuczęszczanym. By poczuć zen...