Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Qingowie 清朝. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Qingowie 清朝. Pokaż wszystkie posty

2026-08-27

竹里清风 chłodna bryza w bambusowym gaju

Tym razem kaligrafia lepiej trafiona: przy bambusach wiersz o bambusie, a raczej jego pierwszy wers.
Całość przedstawia się tak:
竹里清风竹外尘, 
风吹不断少尘生。 
此间干净无多地, 
只许高僧领鹤行。 

W bambusach czysty wiatr, poza nimi kurz i pył, 
Wiatr nieustannie wieje, a kurzu wciąż przybywa. 
To miejsce jest czyste, przestrzeni niewiele, 
Tylko dostojny mnich może tu przechadzać się z żurawiem. 

竹 zhú Bambus w buddyzmie symbolizuje pustkę (siunjata) i elastyczność. Dlaczego pustkę? Bo jest pusty w środku - a dokładne tłumaczenie siunjaty na chiński to właśnie 空 kōng - ten sam rodzaj pustki, co wewnątrz bambusa. Jednocześnie jest giętki, niełamliwy - jak wyzwolony, oświecony umysł, nie trzymający się kurczowo żadnych koncepcji. W bambusach - choć niektórzy tłumaczą np. "w bambusowym gaju" - czyli jak we wnętrzu oświeconego umysłu, w czystej, naturalnej, niezakłóconej przestrzeni. 

清風 [清风] qīngfēng to dosłownie rześka bryza, orzeźwiający wiatr, jednak od wieków jest to sformułowanie używane przenośnie znacząc czystość i uczciwość. Czyżby były to zachowania czy też cnoty tak rzadkie, że aż przynosiły orzeźwienie i przewiewały zwykłe, paskudne ludzkie zachowania?
Z kolei 塵 [尘] chén to kurz, brud, ziemia. W buddyjskiej terminologii nazywa się tak skazy umysłu i przywiązania. Wywodzi się to z ajatan czyli zmysłów i guṇa czyli przedmiotów zmysłów czy też wyniku działań zmysłów - to, co widzimy, czujemy, słyszymy itd. 
Wszędzie poza bambusem czai się kurz, którego wciąż przybywa. Nie da się go posprzątać, ani od niego uciec. Prawdziwa czystość to nie unikanie brudu, a brak reakcji (idea bardzo pomocna w zachowaniu spokoju, gdy wchodzi się do pokoju dziesięciolatki...). 
Miejsce, które jest czyste to "puste serce" 心空 xīnkōng, czyli citta-śūnyatā - pustka umysłu, pustka świadomości. Do tego właśnie dążymy w medytacji, koanach, w szukaniu oświecenia tu i teraz. Nie potrzebujemy całego wszechświata i dziesiątek lat, tylko błysku zrozumienia w naszym pustym umyśle. Jeśli uda nam się urzeczywistnić tę pustkę, będziemy jako dostojny mnich w towarzystwie równie dostojnego żurawia. W tradycji zen nabiera on innej symboliki niż długowieczność i zasada niedziałania znane nam z taoizmu; gdyby leciał, oznaczałby umysł, który wzniósł się poza samsarę i osiągnął pełne wyzwolenie; jednocześnie pokazuje nieskalaną naturę umysłu, wolną od splamień i przywiązań. Jednak jeśli stałby na jednej nodze w wodzie, byłby metaforą mnicha w stanie głębokiej medytacji zen na siedząco (zazen). 
Kurz będzie zawsze. Samsara nie pozwala na pełne oczyszczenie, nie daje nam świata bez skazy. Pora więc znaleźć wejście do wnętrza bambusa, gdzie kurz nie będzie już nas kalać. Gdy nam się to uda, będziemy przechadzać się z żurawiami - żyć w świecie, nie dając się mu skazić. 

To wiersz kolejnego z Ośmiu Ekscentryków z Yangzhou*, Jin Nonga... bądź jego ucznia, Luo Pina - często przepisywał on i interpretował wiersze mistrza, ale sam tworzył w podobnym stylu. 

*Poprzednim był oczywiście Zheng Xie, o którym wspomniałam tutaj.

2026-07-03

兰竹诗 Wiersz o orchidei i bambusie

Wiersz o orchidei i bambusie to wiersz o tematyce przyrodniczej, co łatwo poznać po tytule. Tu ciekawostka: takie wiersze zowią się 咏物诗. 詩 [诗] shī to wiersz, poezja. 詠 [咏] yǒng znaczy śpiewać bądź recytować. Zwróćcie tu uwagę na zupełnie idiotyczne "uproszczenie" klucza: mowa 言 przeszła w usta 口; zamiast cudownego w swej prostocie stwierdzenia, że ludzie zawsze 永 będą używać mowy 言 by wyśpiewać, wypowiedzieć emocje, piękno i nadzieje, mamy tylko nędzne usta, które równie dobrze mogą służyć ziewaniu, kichaniu czy pluciu. Ech. 
Wróćmy jednak do naszych wierszy. Środkowy znak to 物 wù - w zwykłej, codziennej mowie oznacza po prostu rzecz, coś. Jednak w języku literackim może tak naprawdę oznaczać wszystko i wszystkich, którzy nie są mną. Cały zewnętrzny świat. Wszystko, co widzę i czuję. Kiedy więc napotykam tłumaczenie, że są to wiersze o "tematyce przyrodniczej", szlag mnie trafia, bo to zupełnie jakby próbować sprowadzić twórczość Tolkiena do bajek dla dzieci. To wiersze pokazujące wszystko, co autor widzi, ale też czym/kim autor jest; rzeczy, które są niezależne od niego, a przefiltrowane przez jego wiedzę, kulturę, wrażliwość mogą być inne dla każdego człowieka. 
Akurat ten konkretny wiersz stworzył qingowski malarz i kaligraf Zheng Banqiao czyli Zheng Xie, jeden z Ośmiu Ekscentryków z Yangzhou. Choć oficjalnie nazwa "ekscentrycy" dotyczy stylu ich malarstwa, jednak Zheng Banqiao był ekscentrykiem również jeśli chodzi o zachowania. Był, wyobraźcie sobie, urzędnikiem. Pewnego dnia jednak stwierdził, że to, jak urzędnicy żyją, jest nieakceptowalne i, wdrażając górnolotne ideały, zbudował przytułek dla ubogich. Oczywiście dostał za to naganę, a wtedy zrezygnował z ciepłej posadki i rzucił się w wir sztuki. Dziwak, prawda? Ujrzał niesprawiedliwość i postanowił jej przeciwdziałać, naiwniak jeden... 
Tematyka wiersza nie dziwi; Zheng był znany z umiłowania orchidei, bambusów i skał, które były częstymi tematami jego obrazów. Jednak nie dajcie się zwieść: natura jest tu tylko symbolem wyrażającym wewnętrzne dążenia i ideały poety - przecież orchidee i bambusy należą do Czworga Szlachetnych, symbolizując niezłomność i prawość. 

四时花草最无穷, 
W cztery pory roku kwiatów wszędzie mnóstwo 
时到芬芳过便空。 
Gdy ich czas przeminie, zmierzymy się z pustką. 
唯有山中兰与竹, 
Tylko w górach bambus z orchideą trwają 
经春历夏又秋冬。 
Jak rok długi są tu - i nie przemijają. 

Bądźmy prawi, wytrzymali, elastyczni i wzniośli jak bambusy; bądźmy niezłomni, piękni, niezależni i czyści jak orchidee; niech nasz charakter pozostanie pięknym i wzniosłym mimo przemijalności wszystkiego innego, mimo wszystkich burz. 
I tylko kompletnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego na załączonym wyżej obrazku wiersz ten został dopasowany do kwiatów moreli. Co by komu szkodziło połączenie wiersza faktycznie z bambusem i orchideą?... 
Za to na deser mam dla Was piękną kaligrafię z bambusem, orchideą i skałą autorstwa samego Banqiao prosto z Muzeum Pałacowego w Pekinie.

2026-06-20

Wyryte w skale 石刻

Pamiętacie te czasy, gdy na ławkach szkolnych dłubało się rozmaitymi narzędziami, głównie cyrklem, rozmaite napisy, od Marek kocha Kaśkę po poczciwą d..ę? Chińscy literaci też się tak zabawiali, z tym, że po pierwsze dłubali nie na ławkach, a na skałach, a po drugie napisy te po wiekach stały się ważnymi zabytkami, a oni nigdy nie musieli za takie zabawy pójść do kąta... 
温泉摩崖石刻群 Grupa inskrypcji naskalnych przy gorących źródłach Anningu to doskonały przykład takiej literackiej aktywności. Znajdują się między Rzeką Modliszki a gorącymi źródłami. Są rozmieszczone na przestrzeni około dwustu metrów od Smoczego Legowiska - jaskinki 九曲龙窝
aż po same gorące źródła w trzech większych grupach i jest ich łącznie ponad 160. Są głównie dziełami mingowskich i qingowskich literatów i/lub urzędników, którzy odwiedziwszy gorące źródła, pragnęli utrwalić na skałach opisy krajobrazu i emocje. Najstarszą jest Słuchając źródła 听泉 autorstwa He Mengchuna, który w 1521 roku był namiestnikiem/gubernatorem Yunnanu. Do innych sławnych napisów należą Chmurne Legowisko 云窝
autorstwa Shi Wenshenga, gubernatora Yunnanu z czasów Kangxi (przełom XVII/XVIII wieku), Nie można nie pić 不可不饮 autorstwa Yang Sheng'ana, Można zapytać o drogę do Brzoskwiniowego Źródła 桃源可问
autorstwa Yu Sanxiana, kolejnego qingowskiego namiestnika, a także wiele, wiele innych.
Od zawsze obiecuję sobie, że kiedyś tam pojadę, żeby znaleźć i przeczytać wszystkie. Wielka jest radość odkrywania tych sztubackich wygłupów za sprawą talentu przerodzonych w sztukę.

2026-05-21

茶礼 Herbaciane obyczaje

Wielokrotnie spotkałam się już ze sformułowaniem 茶禮 [茶礼] chálǐ. Herbaciane... no właśnie, co? Słowo 禮 [礼] lǐ ma wiele znaczeń: podarunek, rytuał, ceremonia, etykieta, stosowność, uprzejmość, grzeczność... Obecna w nim boska cząstka 礻shì pojawiła się stosunkowo późno; początkowo znak wyglądał tak (obok ilustracja sugerująca co właściwie miał obrazować):
Widzimy tu liczne prezenty (na bogato!) na ołtarzu ofiarnym. Początkowo oddawanie czci bogom bądź ofiara dla bóstw były opisywane właśnie tym znakiem. A że wszelkie ceremonie religijne były mocno zrytualizowane i przedstawiały wyidealizowany kanon zachowań, w zasadzie wszystkie kolejne znaczenia mają tu swoje źródło. Nie dajcie się zwieść krzywej 曲 fasolce 豆 - znak lǐ 豊 czytany również fēng, a oznaczający obfitość, również wywodzący się z tego pierwszego obrazka, w swej współczesnej formie w ogóle nie pozwala się domyślić, o co miało w nim chodzić. 
Wracając do herbaty - jest najważniejsza, nie mogły się więc bez niej obyć żadne ceremonie, nawet wieloetapowe zaręczyny z wymianą podarków, zwaną 聘禮 [聘礼] pìnlǐ. Zatrzymajmy się na chwilę przy znaku 聘 pìn, który ma sporo znaczeń, wiele mówiących o systemie skojarzeń u Chińczyków. Po pierwsze "zaręczyny", po drugie (o kobietach) wychodzić za mąż. Po trzecie (w formalnym chińskim) odwiedzać jakieś miejsce w związku z misją dyplomatyczną (aż zarżałam), a także zatrudniać, np. w jakiejś firmie. Czyż nie układają nam się pięknie te wszystkie znaczenia? 
Wróćmy do zrękowin, podczas których herbata była częścią obyczaju 茶礼 (obyczaj herbaciany), zwanego również 茶银 (herbaciane srebro). Herbata musiała być wspólna dla wszystkich, żadne tam ja wolę zieloną, ja czarną, a ja bawarkę: jedna rodzina nie je herbaty dwóch rodzin 一家不吃两家茶 (pamiętacie na pewno, że w niektórych dialektach herbatę czy papierosy się "jada"). 
Ceremonia ślubna też nie mogła się bez herbaty obyć. Nazywano ją "trzema herbatami i sześcioma rytuałami". Trzy herbaty to oczywiście herbata zaręczynowa 下茶 (podanie herbaty), herbata ślubna 定茶 (umowna herbata) i herbata poślubna 合茶 (wspólna herbata). Jednak trzy herbaty mogą też dotyczyć trzech rodzajów herbaty podawanej w trakcie ceremonii: pierwsza to nasionka miłorzębu, druga to nasionka lotosu bądź głożyny, a dopiero trzecia była prawdziwą herbatą. Po podaniu czarek należało przyjąć je obiema dłońmi i złożyć głęboki pokłon, a następnie przytknąć do ust, nic nie jedząc, a oddając czarki rodzinie; dopiero tę prawdziwą herbatę po pokłonie należało wypić. 
Jednak herbaciane obyczaje nie dotyczą tylko zaręczyn czy ślubów. Przecież herbatą podejmowało się też zawsze gości. Podanie gorącej herbaty gościom ledwie przekroczyli próg domostwa pokazywało gościnność gospodarza bez względu na status materialny zarówno jego, jak i jego gości. Bogaty poda Smoczą Studnię, a bidok zmiotki z podłogi, ale herbata musi być. Jeśli są po temu warunki, rodzaj podanej herbaty powinien zostać dostosowany do preferencji gościa, zarówno jeśli chodzi o rodzaj herbaty, jak i intensywność smaku i sposób parzenia. Jeśli miało się pod ręką dobrą herbatę, można ją było zaparzyć w szkle lub gaiwanie i przy okazji nacieszyć oczy pięknem liści. Jeśli miało się tylko herbatę gorszego gatunku, lepiej było zaparzyć ją w czajniku i nie pokazywać jej gościom (细茶粗吃, 粗茶细吃). 
Kolejny ważny herbaciany obyczaj dotyczy sposobu nalewania herbaty do czarki. W Chinach istnieje powiedzenie 浅茶满酒 (płytka herbata, pełny alkohol), co oznacza, że o ile alkohole nalewamy do pełna (można nawet tak, że nie da się podnieść kieliszka do ust bez rozlania po drodze), o tyle herbata powinna sięgać idealnie siedmiu dziesiątych czarki (七分满). Istnieje ładne powiedzenie, dzieki któremu łatwiej zapamiętać tę niecodzienną proporcję: siedem części herbaty i trzy części uczuć 七分茶三分情. W ten sposób dbamy o to, żeby gość nie oparzył sobie ust ani dłoni. 
Ważne są też obyczaje związane z higieną: wyparzanie akcesoriów, nie sięganie po susz herbaciany bezpośrednio dłonią (choćby i była najczystsza na świecie), podawanie czarek w odpowiednio elegancki sposób - czarkę umieszczamy na spodeczku, który chwytamy obiema dłońmi i z ukłonem podajemy gościom, którzy winni odebrać go od nas również oburącz, a potem elegancko sączyć po łyczku, zamiast wypić do dna. 
Nie można nie wspomnieć również o tzw. 叩指礼 czyli herbacianym ukłonie palcami. Gdy gospodarz dolewa herbaty do naszej czarki, możemy podziękować mu gestem: oprzeć środkowy palec o stół paznokciem w dół i jednocześnie delikatnie palcem wskazującym kilkukrotnie stuknąć o powierzchnię stołu. To najbardziej tradycyjne podziękowanie związane z ciekawą legendą. Ponoć cesarz Qianlong podróżował kiedyś incognito po kraju i wstąpił do herbaciarni, by odpocząć w drodze. Incognito inkognitem ale oczywiście ploty powędrowały we właściwą stronę i jeden z lokalnych lizusów podążył prędko do tej samej herbaciarni, zapewne po to, żeby się przypochlebić cesarzowi. Usiadł z nim przy stoliku jak gdyby nigdy nic, ale Qianlong nie w ciemię bity i zorientował się, w czym rzecz. Udawali, że od dawna chcieli się poznać, pitu pitu, a że to Qianlong był gospodarzem tego stolika, to on nalał urzędasowi herbaty. Ten aż pobladł z wrażenia; chciał się rzucić na kolana i trzykrotnie stuknąć głową o podłogę jak się należy. No ale incognito! Użył więc palców, by zaimitować głęboki pokłon. Z czasem ten pokłon dłonią wszedł w stały repertuar herbaciarzy; z czasem również ewoluował. W zależności od tego, czy osoba, kóra częstuje nas herbatą jest od nas wyżej, niżej czy mniej więcej równo w hierarchii, podziękowanie może wyglądać różnie, od stukania całą pięścią w stół po puknięcie od niechcenia jednym palcem
Ostatnia opowiastka i obyczaj z nią związany również sięga dynastii Qing, a konkretnie kaligrafa i malarza współczesnego Qianlongowi, Eskcentrycznego Mistrza Zheng Xie. Razu pewnego wybrał się on do buddyjskiej świątyni, a ponieważ był skromnie odziany, opat zerknął nań bez zainteresowania i przywitał zwykłym "usiądź" 坐, stosowanym wobec gości niskiego stanu, a następnie zawołał "herbaty!" 茶 do nowicjusza. Wymieniwszy jednak z gościem kilka uwag, opat zorientował się, że musi to być osoba choć trochę wykształcona, więc zaprosił go do bocznego pokoju i tym razem grzeczniej potraktował: usiądź proszę! 请坐, a nowicjusza poprosił: "podaj herbatę"敬茶. I tak rozmawiali sobie, aż w końcu opat odkrył, że skromnie ubranym gościem jest nie kto inny, a Ekscentryczny Mistrz Zheng Xie! Bezzwłocznie zaprosił go do swego prywatnego pokoju i z uszanowaniem poprosił, by ów raczył spocząć 请上坐, a następnie poprosił nowicjusza, by ten zaserwował najlepszą, aromatyczną herbatę 敬香茶. Na koniec wizyty zaczął błagać artystę, by ten zechciał coś dlań wykaligrafować na pamiątkę, a Zheng pomyślał chwilę i stworzył nietypowe kuplety. Pierwszy wers głosił: "usiądź, usiądź proszę, racz spocząć" 坐,请坐,请上坐 , a drugi "herbata, podaj herbatę, zaserwuj aromatyczną herbatę" 茶,敬茶,敬香茶. Opatowi aż w pięty poszło, spiekł raczka i giął się w ukłonach na znak przeprosin. Dostał niezłą nauczkę; przecież stół herbaciany wszystkich zrównuje, a jeśli już ktoś stoi niżej, to zawsze gospodarz, który winien traktować swych herbacianych gości z rewerencją bez względu na ich pochodzenie czy status społeczny. 
Są jeszcze inne herbaciane grzeczności: nalewanie wody do czajnika przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, częstowanie zawsze od lewej strony, a nawet ułożenie dzióbka czajnika w odpowiednią stronę - to wszystko jest skodyfikowane i oczywiste dla chińskich herbaciarzy, choć "nieherbacianym" Chińczykom dziś już umyka. Swego czasu pracując w herbaciarni miałam całą głowę wypełnioną herbacianymi obyczajami; dziś parzę herbatę właściwie tylko dla przyjaciół, więc mogę zachowywać się nieco swobodniej. Lubiłam ceremonię herbacianą zamiast zwykłego zalania liści wodą o odpowiedniej temperaturze; nie wiedząc tego jeszcze, praktykowałam wówczas zen herbaciany i uczyłam się Drogi. A Droga nie ma końca - tak jak herbata.

2026-05-01

回回村 muzułmańska wioska w Mojiangu

Oczywiście przed wyjazdem do Mojiangu coś tam o nim wiedziałam - zwykła kwerenda: parę stron w internecie, kilka zdjęć z Akwamarynowego Strumienia wyhaczonych na WeChacie. Będąc już na miejscu postanowiłam skorzystać z dobrodziejstwa GPSu, szukając ciekawych miejscówek. Na pierwszy rzut oka widać parki, a po zbliżeniu również miejsca kultu i niektóre zabytki. Ponieważ zwiedzenie Świątyni Konfucjusza nie zabrało nam dużo czasu, zerknęłam, czy aby nie ma czegoś jeszcze w okolicy. Ku mojemu najwyższemu zdumieniu odkryłam... meczet. 
Ruszyliśmy. Uliczka robiła się coraz węższa, wspinaliśmy się coraz wyżej, ZB narzekał, że na pewno się zgubiliśmy, aż na rozstajach ujrzeliśmy tablicę informacyjną opowiadającą bardzo skrótowo historię Wioski Huihui czyli wioski muzułmańskiej. Dobra nasza! Jesteśmy na właściwej drodze. Coraz więcej ostrołuków i łuków mauretańskich zamiast zwykłych okien, coraz więcej koloru zielonego, który w Yunnanie jest wręcz zarezerwowany dla islamu (to właściwie najszybszy sposób na rozpoznanie halalowych restauracji), a także bardzo zamożnie wyglądające rezydencje. W końcu doszliśmy do meczetu, który znajdował się tak wysoko nad miastem, że aż trzeba było sobie przysiąść na ławeczce, by odsapnąć po wspinaczce. Piliśmy więc wodę, ja podziwiałam meczet (oczywiście z zewnątrz) i pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie podszedł do nas ahong 阿訇 āhōng* czyli imam. Poważnie traktując okazję do dialogu codzienności, usiadł przy nas - oczywiście najbliżej mojego męża, trzymając się z dala ode mnie - i cierpliwie opowiadał i starał się odpowiedzieć na wszystkie moje pytania. Tak oto poznałam historię muzułmańskiej wioski w Mojiangu. 
Historia wioski sięga końca XVIII wieku i jest nierozerwalnie związana z postacią Ma Shunqinga 马顺清 (jego arabskie miano to Muhammad Abdullah), znanego jako Stary Mistrz z Talang 他郎太爷 (Talang to dawna nazwa Mojiangu). W 1781 roku, po krwawym stłumieniu powstania muzułmańskiego przez Qingów, przywódca religijny Ma Mingxin został stracony - ucięto mu głowę. Jego jedenastoletni syn (właśnie Ma Shunqing) wraz z młodszym bratem zdołał ujść i koniec końców wylądował w odległym Yunnanie, pod opieką lokalnego imama, który przekupił urzędników, by przymknęli oko na jego obecność i swobodę. Osiadł w Talangu i założył tu rodzinę, a z czasem kilka domów zmieniło się w całą wioskę. Po jego śmierci grób - mauzoleum w kształcie perskiej kopuły zwane po chińsku 拱北 gǒngběi - stało się miejscem pielgrzymek dla członków bractwa sufickiego Jahriyya. Po dziś dzień co rok, w rocznicę śmierci Ma Shunqinga, przybywają tu tłumnie pielgrzymi z Gansu i Ningxia. Niestety, jest ono niedostępne dla niewiernych. Datę ahong podał mi zgodnie z tradycyjnym chińskim kalendarzem księżycowym (27. dnia 7. miesiąca księżycowego); niestety, nie wpadłam na to, żeby zapytać, dlaczego liczą chińskim kalendarzem zamiast muzułmańskim. 
To w skrócie. Warto jednak pochylić się nad szczegółami, bo ukażą one niezwykłą zaiste historię. Wróćmy do Ma Mingxina, którego chińskie imię zapisywane jest na dwa sposoby: 馬明心 lub 馬明新, a arabskie to Ibrāhīm. Żył w latach 1719–1781 i był sufijskim imamem, założycielem tariki (czy też z chińska menhuanu) Jahriyya. Nazwa ta wywodzi się z arabskiego słowa jahr (جهر) - głośno, ale o tym za chwilę. Ma urodził się w Gansu i władał zarówno arabskim, jak i chińskim. Jako młodzieniec spędził 16 lat studiując Koran w Mekce i Jemenie. Był uczniem 'Abd al-Khāliqa, który był nauczycielem w mistycznym sufickim bractwie Nakszbandijja. W 1761 roku Ma wrócił do Chin i założył własne bractwo wzorowane na Nakszbandijja - było to drugie tego typu bractwo w Chinach (pierwszym i najważniejszym jest menhuan Khufiyya). Te dwie tariki różnią się przede wszystkim sposobem modlitwy: Khufiyya modlą się po cichu i indywidualnie, podczas gdy wierni z menhuanu Jahriyya modlą się publicznie, śpiewem (kto śpiewa, modli się podwójnie...). Taki głośny, publiczny zikr (modlitwa) może przybierać wiele form - do jednej z nich wrócę za chwilę. Poza tym Ma Mingxin nie zgadzał się z innymi pomysłami sufi z tariki Khuffiya - protestował przeciw ubóstwieniu świętych, budowaniu meczetów na bogato oraz - bodaj najbardziej - przeciw wzbogacaniu się przywódców religijnych kosztem wiernych. Poza tym uważał, że przywództwa w bractwie nie powinni dziedziczyć synowie, a po prostu najlepiej wykształcone i najlepsze jednostki bractwa. Nic więc dziwnego, że w ciągu następnych dwudziestu lat popularność menhuanu Jahriyya rosła nieprzerwanie w całej prowincji. Kłócili się z reprezentantami drugiej tariki o doktrynę i metodę modlitwy, ale również mieli czelność oprotestowywać urzędasów państwowych i ich metody rządzenia, więc w końcu się doigrali. W 1781 roku obie tariki przyciągnęły w końcu uwagę Qingów. Głównym ogniskiem konfliktu była mała miejscowość zamieszkana przez Salarów, turecki lud przybyły na te tereny paręset lat wcześniej. Urzędnicy przybywszy stwierdzili, że wszystko, co nowe jest złe, a Jahriyya było nowym bractwem, to przez nich są kłopoty, huzia! I aresztowali Ma Mingxina, choć on nie plątał się akurat w tamtych okolicach. Zamknęli go w Lanzhou i posłali kompanię do zduszenia w zarodku rewolty sprowokowanej przez członków menhuanu Jahriyya. Kampania została rozbita przez rzeczonych Salarów, którzy następnie ruszyli do Lanzhou uwolnić Ma Mingxina. Nastąpiło oblężenie. Urzędnicy cesarscy wywiedli Ma na mury miejskie i pokazali go Salarom, a ci zaczęli giąć się w ukłonach. Przerażeni urzędnicy nie odważyli się wypuścić Ma - to groziło dalszymi kłopotami - więc sprowadzili go z murów i ucięli mu głowę, a wdowę po nim wraz z jej córkami wygnali do Xinjiangu. Właściwie trudno powiedzieć, jak to się stało, że mali synowie zostali zesłani do Yunnanu - są też źródła, że matka i córki również wylądowały w Yunnanie. Oczywiście nie zostali sami - wszyscy, którzy nie zostali zabici przez cesarskie wojska, musieli się wynieść właśnie w moje lub inne trudno dostępne rejony. Ciężko powiedzieć, jak członkom menhuanu Jahriyya udało się przetrwać do dziś, skoro przez ponad dwieście lat byli uważani (nie bez przyczyny) za wywrotowców i rebeliantów. Weźmy chociażby piąte pokolenie potomków Ma Mingxina - Ma Hualong, również przywódca menhuanu Jahriyya, był jednym z przywódców powstania dungańskiego. Ten również został w końcu stracony, a jego potomstwo wygnane, uwięzione bądź wykastrowane. Potomkowie Ma Mingxina i wyznawcy Jahriyya brali również udział w powstaniu Du Wenxiu
Mauzoleum Ma Mingxina zostało swego czasu zniszczone (czyżby władze dawały znać, jak muszą się skończyć protesty?), ale odbudowano je pod koniec XX wieku. Po dziś dzień jest miejscem pielgrzymek - ponoć w 1985 roku ponad 20 tysięcy muzułmanów przybyło tam w tym samym czasie na ceremonię upamiętniającą założyciela menhuanu Jahriyya. Co najlepiej dowodzi, że represje nie zawsze są w stanie wyrugować wierzących. A już bodaj najgorszym pomysłem było przeganianie ich z prowincji do prowincji - to tylko pomogło w rozprzestrzenianiu się idei. Przecież nie zostawali na tym wygnaniu do końca życia! Robili kariery, na przykład kupieckie - a wtedy podróżowanie było koniecznością. Działalność wywrotowa stawała się dzięki niej łatwiejsza. Członkowie tej samej tariki byli wobec siebie pomocni, lojalni, a gdy mijał odpowiedni czas, pomagali swym braciom w wierze w relokacji. Co prawda, czasem i wewnątrz tariki zdarzały się zgrzyty dotyczące sukcecji, ale sylwetka założyciela, Ma Mingxina, pozostaje na piedestale. Co więcej, Ma Mingxin jako męczennik dorobił się bardzo bogatej mitologii spisywanej czy też wymyślanej przez ahongów - recytacja dzieł związanych z Ma jest ważną częścią upamiętniających go ceremonii. 
Choć społeczność muzułmańska mieszka w naszej wiosce już od dwustu lat, stosunkowo dużo czasu zabrało im wybudowanie prawdziwego meczetu - budynek z dwoma wysokimi minaretami** w stylu arabskim (他郎清真寺) powstał dopiero w 1936 roku. Oczywiście w latach galopującego komunizmu stał zamknięty, jednak już w 1973 roku otwarł podwoje dla wiernych - jako pierwszy w Chinach! Jeszcze dłużej trzeba było czekać na połączenie wioski Hui - oraz znajdującej się obok wioski Hani - ze światem, czyli z miasteczkiem. Choć droga ta ma zaledwie 600 metrów, została wybudowana dopiero na początku XXI wieku, zastępując błotnistą ścieżkę biegnącą wcześniej przez pola ryżowe. Nie mogąc doczekać się pomocy od państwa, zamożniejsza społeczność Hui zainwestowała setki tysięcy yuanów w wybudowanie drogi. Ubożsi Hani w zamian wkładali w to fragmenty swojej ziemi oraz robociznę. Droga ta nazywa się od nazw społeczności drogą Ha-Hui 哈回路 i stała się symbolem współpracy między różnymi grupami etnicznymi.
Pogawędka z ahongiem zajęła nam tak dużo czasu, że aż zaprosił nas na kolację - przy meczecie działa oczywiście muzułmańska stołówka. Nie skorzystaliśmy; mieliśmy już plany na kolację, ale ponownie serdeczność i grzeczność imama zrobiła na nas wielkie wrażenie. Usiadłszy przy stoliku w restauracji, zaczęłam gorączkowo spisywać wszystko, co pamiętałam z rozmowy, żeby nie przepadło, nie umknęło kruchej ludzkiej pamięci. Zwróciłam zwłaszcza uwagę na to, że w menhuanie Jahriyya preferowane jest głośne, wokalne chwalenie Boga. Coś dzwoniło, ale nie wiedziałam, w którym minarecie, więc po powrocie do domu przeszukałam internety, by trafić na fascynujący zaiste gatunek muzyczny: qawwali. Idea doznawania boskiej miłości poprzez wykonywanie muzyki trafiła prosto w moje serce chórzystki. Dlatego dzielę się z Wami dzisiaj niechińską wprawdzie, ale jednak modlitwą śpiewaną qawwali w wykonaniu artysty imieniem Nusrat Fateh Ali Khan:
   

*訇 Hong jest również rzadko dziś spotykanym, ale dawniej chętnie wybieranym przez muzułmanów nazwiskiem. 
**minaret nazywa się po chińsku zgodnie z funkcją: 宣拜楼 - xuānbài lóu - budynek wzywania do modlitwy lub 光塔 guāngtǎ (świetlna pagoda) czyli zgodnie z oryginalną nazwą - minaret to dosłownie "miejsce skąd widać światło".

2026-04-16

Świątynia Konfucjusza w Mojiangu 墨江文庙

Jednym z nielicznych dobrze zachowanych zabytków powiatowego miasta Mojiangu czyli 联珠镇 Lianzhu Zhen (Miasteczko Połączonych Pereł) jest Świątynia Konfucjusza. Niby jest sporo młodsza np. od tej w Kunmingu - powstała dopiero w 1821 roku - jednak trzeba pamiętać, że zwykły śmiertelnik i tak nie wie, jak starych murów dotyka. Ta kunmińska, najstarsza w Yunnanie (1274) została całkowicie zrównana z ziemią; przetrwała tylko brama główna i mostek; reszta jest niby utrzymana "w stylu", ale powstała już w XXI wieku. Dlatego kiedy czytam, że świątynia w Mojiangu została "wszechstronnie" odnowiona w latach 1995-2003, zastanawiam się, ile w niej Qingów, a ile współczesności - zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że wiemy, iż ucierpiała w trakcie Rewolucji Kulturalnej. No ale miejąc nadzieję, że może jednak jest choć trochę autentyczna, i tak chciałam do niej wstąpić. Jest pięknie położona - na stromym pagórku, więc by odwiedzić kolejne pawilony, musimy się trochę nasapać. I ona, jak wiele yunnańskich Świątyni Konfucjusza, poza "zwykłymi" pawilonami zawiera również pawilon taoistycznego bóstwa nauki i wiedzy Kuixinga 魁星阁, a całość kompleksu w zamierzeniu miała być miniaturką Świątyni Konfucjusza z Qufu. Kompleks ma powierzchnię 7600 m²; bilety kosztują 20 yuanów. Ponoć znajduje się tu jedno drzewo liczące sobie dwa i pół tysiąca lat... jednak o jego istnieniu dowiedziałam się dopiero z internetu; w obrębie świątyni nie było to nijak zaznaczone, nie wiem nawet, czy nadal istnieje.
Szczególnie urokliwa jest ta świątynia jesienią, gdy zostaje ozłocona liśćmi miłorzębu.