blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2012-04-30

雲南映像 Dynamic Yunnan

Przedstawienie „Odbicie Yunnanu” (bo tak należy przetłumaczyć chiński tytuł) to śliczne połączenie tradycji i nowoczesności. W tradycyjne pieśni, sposoby śpiewania, tańca i gry na instrumentach ludowych tudzież oryginalne stroje yunnańskich grup etnicznych włączone zostały współczesne instrumenty perkusyjne, nowe układy choreograficzne i opowiedziano tymi bogatymi środkami nowe historie – oczywiście bazujące na tutejszych baśniach i legendach, ale jednak będące autorskim dziełem Yang Liping 杨丽萍, która z dużym talentem i subtelnością połączyła wszystkie elementy w soczystą całość. Ba! Ona nie tylko to wymyśliła i wyreżyserowała. Ona też szlajała się po yunnańskich wioskach, wyszukując śpiewaków i tancerzy, którzy jeszcze tradycje mieli we krwi, a nie w... mniejsza o to zresztą. Ona również występowała pierwotnie w jednej z głównych ról, wyginając śmiało ciało w pięknym tańcu Dusza Pawia. Jej też zawdzięczają widzowie to, że muzycy grają na oryginalnych etnicznych bębnach i miechach, a także używają niepodrobionych tybetańskich młynów modlitewnych. Nawet pojawiające się w trakcie przedstawienia bawole czaszki są spreparowane tak, że żaden szaman by się ich nie powstydził. Co do autentyczności tańców – oczywiście choreografia jest cokolwiek uwspółcześniona, ale tradycyjny posmak nadaje przedstawieniu fakt, iż 70% tancerzy i śpiewaków to faktycznie naturszczyki powyciągane tutejszych wiosek.
Przedstawienie składa się z siedmiu części.
Wstęp: Na początku był chaos. Nie było słońca ani księżyca, tylko ciemność. Pierwszym uderzeniem Boskiego Bębna szaman rozjaśnił Wschód. Drugim uderzeniem Bębna rozjaśnił Zachód – to jest wywodząca się z tradycji ludu Yi 彝 opowieść o Boskim Bębnie.
Akt pierwszy: Słońce
Trzeba Wam wiedzieć, że w Yunnanie bęben to nie jest zwykły instrument muzyczny. Można się przy jego pomocy modlić, może uosabiać matkę bądź intymne części ciała kobiety. Może być obity skórą, wykonany z kamienia, brązu, drewna. Uderzanie drewnianą palką o napiętą skórę bębna przywodziło dawnym ludom na myśl stosunek płciowy. U wielu yunnańskich grup etnicznych bęben służy kontaktom z bogami albo sam w sobie jest przedmiotem kultu. Choćby Jinuo 基諾 wierzą, że ich przodkowie poczęli ten szczep schowawszy się w wielkim bębnie przed nieszczęściami. Wa 佤 z kolei dzielą swe drewniane bębny na męskie i żeńskie, od razu łącząc je w pary. Przed ścięciem drzewa potrzebnego do stworzenia bębnów odprawiana jest ceremonia ofiarna. Wa powiadają, że nie da się ozdobić bębna tak, żeby był on idealny i skończony. Nie istnieje również ostatnia piosenka czy ostatni taniec. Na bębnie zawsze da się dodać jeszcze jeden wzór, a po wyśpiewaniu ostatniej pieśni można stworzyć nową.
Akt drugi: Ziemia
Niebo jest wielkie, ale tylko jedno. Ziemia jest wielka, ale tylko jedna. Nie mów, że trawy i drzewa są nieme, bo wszystkie rośliny na ziemi mają swój powód i cel. Przodkowie powiedzieli mi, że nasze ciała powstały ze zmian ziemi. I gdy przytulę się mocno do gliny, od razu rozumiem słowa naszych przodków. Jesteś wężem wyginającym smukłe ciało w blasku księżycowego strumienia; lśniące ciało to język, w którym nocne niebo śpiewa swą pieśń...
Druga część przedstawienia poświęcona jest kobietom. Ich związkowi z ziemią, piękności i gibkości ich ciał, temu, że bez nich zamiera życie. Pierwszy taniec, gra cieni, urzekł mnie – mam wrażenie, że tancerka nie ma w ogóle kości. Och, gdyby mi było dane tak się poruszać!
Drugi to pieśń Wzorzastych Pasów, szczepu ludu Yi 彝.
Lubię ten taniec, dziewczyny mają niezłą kondycję.
Ostatni taniec mnie niezbyt przekonuje, za mało autentyczny, ale rozpoczynająca utwór pieśń jest moim zdaniem piękna. A opowiada, z tym całym starczym przydechem, o trudach kobiecego życia.

No i te fantastyczne dajskie kapelutki!...
Akt trzeci: Dom
Wiele yunnańskich grup etnicznych wierzy, że w każdym przedmiocie kryje się jego duch – w górze jest bóg gór, w rzece bóg rzek, w drzewach bóg drzew i tak dalej. Biorąc pod uwagę mnogość bóstw, którym oczywiście należy oddawać cześć, nie dziwi spora ilość ofiarnych ceremonii, a w nich i tańców. Przecież wiadomo, że owe bogi będą nas chronić tylko jeśli je ładnie o to poprosimy. W tej części pokazują się ładnie moi ulubieni Yi. Śpiewają o tytoniu i o pracach gospodarskich. Zaskoczyło mnie to, bo zawsze kojarzyłam Yi zawsze z polowaniami i karawanami herbacianymi.
Akt czwarty: Ogień ofiarny
Tutaj trawy tańczą – jeśli umiesz słuchać ziemi; tutaj kamienie przemawiają – jeśli umiesz słuchać duszą; tutejsze góry bliskie nieba, dlatego baśnie wciąż żyją w pieśniach pasterzy; tutaj woda płynie razem z chmurami, dlatego duchy piją z nami wódkę.
Yunnańskie grupy etniczne takie jak choćby Lahu 拉祜, Lisu 傈僳, Wa 佤, Naxi 纳西, Miao 苗 czy Yao 瑶 współdzielą Legendę o Tykwie. Ponoć podczas potopu brat z siostrą ukryli się w tykwie i tę powódź przetrwali, a gdy woda się cofnęła, wyszli z tykwy i poczęli nowy lud. Dlatego głos piszczałki wykonanej z tykwy jest jak głos przodków.
A Wa nie przypominają Indian Północnoamerykańskich :)
Akt piąty: Pielgrzymka – to opowieść tybetańska.
Wędrowałeś przez szczyty ośnieżonych gór, przez bezkresne pustynie, skąd przychodzisz? Przynosisz dobre słowo, myśl, wspomnienia, dokąd zmierzasz? Pielgrzymi wędrują, a ich towarzyszami są tylko młynki modlitewne. Raz po raz odmierzają trasę długością własnych ciał, pocałunkami Matki-Ziemi. Choć wieje wiatr i pali słońce, choć pada deszcz i śnieg, w ich sercach płonie wieczny ogień. W końcu dotrą do Boskiej Góry, do wymarzonego Królestwa Niebieskiego.
I słowa dziecięcej piosenki:
Pośród gór są góry barwy złota
A w nich złote jezioro.
Przy złotym jeziorze rośnie złote drzewo
Na którym siedzi złoty ptak.
A ptak ten śpiewa pomyślną pieśń.
Epilogiem przedstawienia jest dajski taniec Dusza Pawia, którego mistrzynią była za młodych lat sama autorka przedstawienia, Yang Liping. Spójrzcie, jak gra palców odtwarza ruchy głowy pawia, jak skubie piórka, jak otwiera dzióbek. Zakochałam się w tym tańcu i jeśli marzę o gibkim i wygimnastykowanym ciele, to tylko dlatego, że chciałabym móc choć nieudolnie ponaśladować ten taniec...
U Dajów paw, zwany przez nich ptakiem słońca, jest symbolem miłości i ichnim totemem. Gestykulację i w ogóle choreografię do tego tańca stworzyła Yang Liping – i choćby za to mogłabym jej dać medal – ale powstały one na bazie tradycyjnych dajskich tańców.
Gdzież tańczysz?
Samotny cień w blasku księżyca,
skrzydła szybujące ponad chmurami.
Gdzież tańczysz?
Spódnica mieniąca się kolorami tęczy,
a w sercu nieodgadnione znaki ze snu.
Dusza pawia!

No dobrze. Tyle muzyki i poezji. Ale właściwie dlaczego warto ten spektakl obejrzeć? Po pierwsze dlatego, że ci artyści mają tę muzykę i te tańce we krwi. To tak jakby do zespołu „Śląsk” brali tylko Ślązaczki, i to takie nietknięte cywilizacją. W Polsce tego typu smak etniczny jest już chyba nie do odtworzenia... Części tańców Yang Liping w ogóle nie musiała jakoś specjalnie aranżować, wystarczyło przyzwyczaić artystów do sceny i trochę wygładzić. Po drugie: dziś już, poza Wioską Etniczną, niewiele jest miejsc, w których można zobaczyć młodzież ubraną w stroje ludowe. I są to prawdziwe stroje, nie podróbki z targu!.
Po trzecie, można liczyć na to, że ponad piećdziesięcioletnia Yang Liping zaszczyci przedstawienie swoją obecnością i opowie, jak to przez prawie rok szlajała się po Yunnanie, zbierając folklor i ludzi. Albo jakim cudem dziewczę wychowane w kulturze Bai (ona sama) nauczyło się dajskich tańców. Jest wspaniała.
Na koniec kilka fotek. Mało, bo nie wolno z fleszem, a bez flesza to za ciemno, żeby foty były udane. Ale część prawie wyszła.




Jeśli będziecie w Kunmingu - idźcie na to. Koniecznie.

2012-04-25

滾 turlaj się!

Zwykła Belka ma okropne poczucie humoru. Jest inteligentny, złośliwy, ironiczny. Hmmm... Kogoś Wam to przypomina? ;) Od czasu do czasu, gdy dojdzie w werbalnym absurdzie do poziomu, w którym mam go już dość, mówię Mu "滾", co, w wolnym tłumaczeniu, znaczy "spieprzaj". Ale gun ma jeszcze kilka znaczeń, m.in. jako przymiotnik znaczy "gotujący się", jako przysłówek znaczy "bardzo", a jako czasownik poza wspomnianym już oznajmieniem drugiej osobie, że winna opuścić szybko to miejsce, znaczy jeszcze "robić fikołki", "turlać się".
No i właśnie Zwykła Belka na moje "gun" wziął i się odturlał. Gdy zmartwychwstałam po zejściu ze śmiechu, powiedziałam Mu więc 滾回來 czyli "przyturlaj się z powrotem". Się przyturlał. I już tak został.

2012-04-18

kantonskie cuda kulinarne 廣東美食

Jesli zyjecie, jak ja, na koncu swiata, a nie na wybrzezu i jesli kiedys traficie w koncu do kantonskiej knajpy, nie wyjdziecie z niej predko.
Po pierwsze: oprocz zwyklego menu z owocami morza, zupa z pletwy rekina i innymi takimi, zostanie Wam podsuniety pod nos wozek z przystawkami:
Czego tam nie ma! Miesa, kleiste ryze, ciasteczka, kurze lapki, pierozki, no WSZYSTKO! Jako, ze sa to przystawki, zamowilismy tylko trzy:
Problem w tym, ze najchetniej zamowilabym same przystawki i zadnego dania glownego, tak mnie kusilo bogactwo tych pierwszych. Kiedy tak sie przygladalam tym kotlecikom, zeberkom na slodko-kwasno, a slinianki pracowaly tak glosno, ze obsluga zaczela sie obawiac potopu, mignelo mi cos soczyscie zielonego:
Okazalo sie to, ze sa to kluski na parze z dodatkiem soku szpinakowego, nadziane hmmm... budyniem?
Od naszego rozni sie glownie dodatkiem mleczka kokosowego, ktore sprawia, ze jest tlusciutki, gladki i kaloryczny.... Pycha! Kocham je!. Zwa sie 奶黃包 i bede je wpieprzac jak glupia przy kazdej okazji, wiec poprosilam Zwykla Belke, zeby mnie moze jednak nie zabieral do tych kantonskuch knajp...
A tutaj przepis, po angielsku, ale raczej dacie rade, skoro nawet ja rozumiem. Jak kiedys bede miala kuchnie i sama wykonam, to wrzuce wlasna wersje ;)





2012-04-17

wianek 花環

Na glowie kwietny ma wianek
W reku zielony badylek (ale zle wykadrowane i nie widac ;))
A przed nia siedzi baranek,
A nad nia stoi motylek :D

2012-04-13

Buyi 布依

To grupa etniczna zyjaca na poludniu Chin, a takze w Wietnamie. Majac calkiem spora populacje (prawie 3 miliony), zalapala sie jako chinska/wietnamska mniejszosc etniczna, przy czym oni sami raczej uwazali siebie za kulturowo mieszczacych sie w grupie etnicznej Zhuang, nalezacej jezykowo do tutejszych Tajow – bo oni tez mowia w jezyku zblizonym do tajskiego. Nasi Buyi wprawdzie jezykowo roznia sie zarowno od Tajow, jak i od Zhuangow, ale sa to jezyki mocno zblizone. Chwala sie, ze maja wlasne pismo, ale tak naprawde jest to forma wymyslona przez jezykoznawcow w latach '50 XX wieku i zblizona do chinskiego pinyinu, wiec nie bardzo sie maja czym chwalic ;)
Zyja w Guizhou, Syczuanie i Yunnanie juz od ponad 2000 lat, co czyni z nich jedna z najstarszych mniejszosci etnicznych w Chinach. Poniewaz okropni Chinczycy, gdy tylko byli wystarczajaco silni, najechali te ziemie i oddali je w rece kilku krwiopijcow, dla ktorych Buyi mieli pracowac, Buyi sie zbuntowali – bylo to tzw. Powstanie Poludniowego Smoka (1797), po ktorym po pierwsze liczebnosc naszej mniejszosci znaczaco sie zmniejszyla, a po drugie czesc z nich wyemigrowala do Wietnamu, gdzie zaczeli sie mieszac z innymi grupami etnicznymi, w zwiazku z czym jest ich tam teraz bardzo niewielu.
Poza tym dwie grupy etniczne majace wlasne zwyczaje i jezyki zostaly wlaczone do Buyi dla wygody urzedasow: Mo莫家人 i Jin 錦人.
Ci ze wsi nadal ubieraja sie w tradycyjne ubrania, ktore sa wygodne i ladne:





Pocykalam troche fotek, ale musialam to robic z ukrycia, wiec nie bardzo powychodzily...

2012-04-09

滾床 fikołki na łóżku

Spodziewając się mojego szybkiego zamążpójścia (WTF? No dobra, lubię Zwykłą Belkę, ale żeby od razu ślub? Eeee...), Mała Deng ze szczerego serca zaproponowała, że załatwi mi fikołki na łóżku, przy pomocy swojego siostrzeńca zresztą.
Ekhm.
Nie no, młodsi faceci oczywiście mają swoje zalety, ale siostrzeniec Małej Deng ma niecałe dwa lata, więc wizja jakichkolwiek jego fikołków na moim łóżku wydała mi się zupełnie bez sensu. Zapomniałam o tym, czym są fikołki na łóżku w chińskiej kulturze, biję się w pierś.
Otóż: zanim nowożeńcy udadzą się do swojej nowej sypialni w celu płodzenia potomstwa, ich krewni i przyjaciele przygotowują odpowiednio łóżko. Jak? Biorą chłopaczka (bądź kilku) w wieku przedszkolnym i skłaniają go, żeby się przetoczył/przetoczyli trzykrotnie od nóg do głów łóżka. Podobno jeśli się dobrze przetoczą, młoda małżonka szybko powije synka. I choć ta tradycja mocno pokazuje szowinizm Chińczykow, a w 2040 roku istnieć będzie całe spore miasto chińskich kawalerów bez nadziei na znalezienie żony, to po dziś dzień świekry dbają o to, żeby po łóżku synowej fikołkowali chłopcy, najlepiej bliźnięta.
Z punktu widzenia dzieci zabawa jest o tyle fajna, że jak dobrze fikołkniesz, to sypnie kasa, a i cukierków można się nachapać.
Skąd jednak ta wielowiekowa tradycja się wzięła?
Dawno, dawno temu, na północnym wschodzie, gdzie zimy srogie, warunki życia ciężkie, więc i ludzi mało, każdy męski potomek był na wagę złota. Wiadomo było, że tylko facet poradzi sobie z polowaniem, uprawą ziemi, a potem z zaopiekowaniem się rodzicami, gdy się zestarzeją. W domu państwa Zhao jednak rok za rokiem pojawiały się dziewczynki, aż w końcu było ich sześć - trzeba je wydać za mąż, wyposażyć, więc koszta rosną, a kto się będzie opiekował na starość rodzicami? Już nie mówiąc o tym, że wszyscy się z biednych Zhao naśmiewali...
Pewnego dnia pani Zhou, zmęczona poranną pracą, ucięła sobie drzemkę. We śnie ukazał się jej siwowłosy staruszek, który powiedział jej, że jeśli chce powić syna, winna pożyczyć dziecko płci męskiej i przetoczyć je trzykroć przez łóżko kang. Po tym stwierdzeniu staruszek rozwiał się jak dym, a pani Zhao się obudziła i oczywiście natychmiast pobiegła do męża, żeby mu sen opowiedzieć. Ten zaś uznał, ze staruszek ze snu to zapewne jeden z Nieśmiertelnych i oczywiście trzeba go posłuchać. Pożyczyli od krewnych bliźnięta płci męskiej i fiu!! przetoczyli ich po kangu po trzy razy. I, wierzcie lub nie, po 10 miesiącach pani Zhao powiła bliźnięta, ślicznych chłopców. Ich cudowne poczęcie przeszło plotką po kraju i teraz w całych już Chinach, w każdym domu nowożeńców, jeszcze przed nocą poślubną przyprowadza się chłopców, by pohulali po przyszłym łożu małżeńskim...

Update 1.4.2012 A jednak z tym zamążpójściem poszło szybciej niż sądziłam...

Update 1.4.2017 Mała Deng się nie wywiązała, po naszym łóżku nie fikołkował żaden chłopczyk. To pewnie dlatego na świat przyszło Tajfuniątko płci żeńskiej...

2012-04-07

ZIelonoherbaciane OREO 抹茶口味奧利奧


W 1996 roku firma Kraft Foods (ta, ktora przejela Wedla, by go potem opchnac Azjatom i ta, ktora teraz czerpie zyski ze sprzedazy naszych cudnych Prince Polo) najechala Chiny ze swoimi "najpopularniejszymi na swiecie" ciasteczkami OREO. Szturmem zdobyli rynek chinski; problem tylko w tym, ze rynek ten, jak na ogolna liczbe Chinczykow, byl zdecydowanie zbyt niszowy. Zaczeli walczyc. Obnizyli ilosc cukru w produktach, bo Chinczycy wola krakersy od biszkopcikow. Zaczeli jako Oreo (ktore, jak powszechnie wiadomo, musza byc okragle i akurat tak nieduze, zeby po odkreceniu gornego ciasteczka mozna bylo wygodni zlizac/zdrapac zebami nadzienie) sprzedawac rowniez zwykle andruty i inne takie. Zatrudnili do reklam byla chinska gwiazde koszykowki, Yao Minga. W koncu, w 2010 roku zaczeli produkowac smaki, ktore podbily serca Chinczykow - sa to smaki "lodowe" (czyli w trakcie jedzenia jest Ci w buzi chlodno i przyjemnie; nie wiem, co dodaja do tych ciastek, zeby uzyskac taki efekt - i chyba wole nie wiedziec...), z ktorych najlepiej sprzedaja sie waniliowy i zielonoherbaciany. Zielonoherbaciane sa PYSZNE. Inne nie wiem, bo ja w ogole z reguly nie kupuje ciasteczek (za jedno opakowanie mozna zjesc calkiem przyjemny obiad). Ale, sami rozumiecie, ZIELONA HERBATA... Mmmmmm...

2012-04-05

Wodospady Dziewięciu Smoków 九龍瀑布

Jakieś dwadzieścia kilometrów od Luopingu znajduje się kolejne magiczne miejsce. Jest to rzeka Dziewięciu Smoków, gniewna – bo jakżeby inaczej z taką furią i hukiem spadała pięćdziesięciometrowym wodospadem? Wodospadów jest zresztą więcej – to cała grupa, niektóre to całkiem malutkie wodospadziątka,
a inne to zapierające dech w piersiach wodospadziska. Są trzy naprawdę dość spore.
Najwyzszy to „wodospad Boga-Smoka” (神龍瀑), wysoki na 56 metrów, szeroki na dwa razy tyle, niezależnie od pory roku piękny i wart zobaczenia. Drugim co do wielkości jest “Wodospad Kochanków” (情人瀑),wysoki na 43 metry i wąziutki; jest ponoć najpiękniejszy, ale według mnie wszystkie są równie urocze. Jakaż szkoda, że nie przyjechałam tu miesiąc wcześniej! Drugiego dnia drugiego miesiąca księżycowego okoliczne mniejszości etniczne (Buyi, Yi, Shui, Zhuang itd.) przybywają nad te wodospady świętować, tańczyć, śpiewać i łączyć się w pary. W łączeniu się w pary może być pomocna ta piosenka:
Płyną wody powoli a daleko
unosząc z sobą bambusa łodygę
Bambus o pustym sercu popłynie daleko i nie utonie
Lecz kochankowie o sercach pełnych miłości na zawsze tu zostaną.
Sama bym tam została, jakby mi który tak zaśpiewał...
No i odgrywają, jak przed wiekami, lokalne legendy: o Gongu Wojennym Boga-Smoka “神龙战铜鼓”、O Perle i Koniuszym “珍珠与马郎”、O Walce Białego i Czarnego Smoka“黑龙斗白龙”. Tego jednak mi ujrzeć nie było dane tym razem, dlatego i legend Wam nie opowiem. Może za rok? :) Na pocieszenie mam legendę o powstaniu naszych Wodospadów Dziewięciu Smoków.
Dawno, dawno temu, kiedy Luoping był jeszcze bezkresnym morzem, przybyły tu smoki: dziewięć czarnych i jeden biały. Zaczęły walczyć o panowanie nad morzem, bo, jak wiadomo, smoki są władcami wód wszelakich i mieszkają zazwyczaj na dnie akwenów. W końcu wygrał biały smok, jednak czarne smoki nie pozwoliły mu się długo cieszyć zwycięstwem: wybiły na dnie morza dziurę i calusieńka woda sobie odpłynęła, pozostawiając suchy piach. Straciwszy w ten sposób dach... znaczy wodę nad głową, biały smok ze złości zmienił się w górę – jest to dzisiejszy najwyższy szczyt Luopingu, 白腊 Biały Grudzień - i z nim już nie było problemów. Czarne smoki potworzyły w tym czasie rzeczki – każdy jedną, żeby ocalić piękną krainę od suszy, która nastała po wycieku morza; był wśród nich jednak najstarszy, któremu ani się śniło pomagać: z całą złośliwością sprawił, że nie padał tam deszcz i wszystko wysychało. Usłyszawszy o tym, Pan Przestworzy wysłał Boga Wiatru, Generała Deszczu, a także oba Bóstwa Piorunów, żeby temu zaradzili. Nastały więc dni, gdy nieprzerwanie padał deszcz, huczały pioruny, a woda, która przybyła w ten sposób, podtopiła złego czarnego smoka, który mógł już tylko się złościć na dnie. Efektem jego złości, gdy szarpał się na dnie rzeki, było wypiętrzenie trzech wielkich wodospadów, które do dzisiaj przypominają nam tę historię.
Poza drugim dniem drugiego miesiąca księżycowego są jeszcze dwie okazje, by się nacieszyć szczególną, etniczną atmosferą tego miejsca: wspomniany już przeze mnie trzeci dzień trzeciego miesiąca oraz połowa września (Święto Wodospadów). Ale jeśli po prostu przyjedziecie bez okazji, łatwiej będzie ominąć tłumy turystów, a to też jest coś warte :)  
Tak czy owak, przyjechać warto. Dla chlapania siebie i innych krystalicznie czystą wodą, dla podpłynięcia pod wodospad bambusowym katamaranem 竹筏,
dla romantycznych pocałunków przy Wodospadzie Kochanków... Ekhm, to ostatnie jest zdecydowanie łatwiejsze, jeśli jakiegoś kochanka się przywiezie z sobą ;) No i można cyknąć kilka fotek, zwłaszcza, jeśli się umie. Ja nie bardzo umiem, ale kilka i tak cyknęłam, a co!