blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2018-05-30

konwersja

wołowinę z tego straganu wykorzystuję do zrobienia pysznego pho po kunmińsku.
Wizytę na targu zaczynam od straganu tuż przy głównym wejściu. To stragan z wołowiną, już przetworzoną: gotowaną do miękkości w aromatycznym bulionie. Można kupić mięso, ozór, a także ścięgna, przypominające wołową gumę do żucia. Oprócz tego na straganie pojawia się świeże pieczywo - naany oraz muzułmańskie pączki youxiang. Stragan obsługuje muzułmańska rodzina, kilka kobiet i paru mężczyzn. Ponieważ często u nich kupuję, piękne, zachustowane kobietki znają mnie już dobrze. Wymieniłyśmy się wechatami; mówią, że przyślą mi swoje pociechy na naukę angielskiego. Z ich wechatów wiem, że kiedy tylko kończą pracę na straganie, natychmiast zdejmują chusty. Cóż, taki chwyt marketingowy: im bardziej stragan wygląda na muzułmański, tym bardziej kunmińczycy wierzą, że znajdą tam przepyszną wołowinę, a także oryginalne wypieki. W pracy więc muzułmanki te są zachustowane, chociaż poza pracą chust nie używają.
Pracuje na tym straganie również młody chłopak, który zawsze zaczyna ze mną gawędzić. Zaczynał od zwykłego "skąd jesteś?" i "świetnie mówisz po chińsku!", ale z czasem zaczął się spoufalać.
- jesteś piękna!
- nieważne, za ile robisz zakupy, ważne, byśmy zostali przyjaciółmi!
- a dużo jest w Polsce muzułmanów?
- a lubisz muzułmanów?
- a może chciałabyś zostać muzułmanką?
- jeśli zostaniesz muzułmanką, zaproszę Cię do domu i przedstawię rodzicom.
Z czasem doszło do tego, że każdą moją wizytę zaczynał od próby konwersji i od tłumaczenia mi, że islam jest najlepszą religią świata. Mówił, że muzułmanów jest dużo, coraz więcej. Że to religia przyjaźni, miłości i pokoju. Że kiedy zostanę muzułmanką, na całym świecie będę miała siostry i braci. Że jeśli będę wyznawała tę samą religię, co on, łatwo się zaprzyjaźnimy i jego dom stanie się moim domem.
Za którymś razem nie wytrzymałam: "jeśli będziemy wyznawać tę samą religię, będziemy przyjaciółmi? To przejdź na katolicyzm!".
Próby konwersji skończyły się jak nożem uciąć. Odtąd chłopak odstępuje przywilej obsługiwania mnie kobietom. Które jakoś nigdy nie próbowały mnie nawracać i zawsze miło się nam rozmawia na całkiem niereligijne tematy.

2018-05-26

naleśniki z różami

Na fali różanego wariactwa wymyśliłam sobie naleśniki z różami. Wyszły przepyszne, ale nie całkiem naleśnikowate. Albo inaczej: było to coś między naszymi naleśnikami a tymi grubymi pankejkami z Hameryki. Pewnie gdybym bardziej rozdrobniła kwiaty, dałoby się zrobić cieńsze, ale wtedy nie byłyby takie piękne! Ciasto pożyczyłam z Kwestii Smaku, zmieniłam tylko mleko na jogurt.
Po wielu latach prób i błędów nauczyłam się wreszcie przewracać je w powietrzu jak Mama. Prawdę powiedziawszy, zawsze gdy robię naleśniki, myślę o Mamie, gwiżdżącej i tańczącej do muzyczki z radia podczas smażenia na dwie patelnie naleśników na starej kuchence gazowej. Kochana Mamo! Wszystkiego najlepszego w dniu Twojego święta!
Składniki:
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • pół szklanki porwanych płatków róż
  • 2 jajka
  • 1 szklanka jogurtu
  • 3/4 szklanki wody (najlepiej gazowanej)
  • szczypta soli
  • łyżka cukru
Wykonanie:
  1. Mąkę wsypać do miski.
  2. Dodać porwane kwiaty i dobrze wymieszać z mąką.
  3. Dodać jajka, mleko, cukier, wodę i sól; zmiksować na względnie gładkie ciasto (nie będzie idealnie gładkie ze względu na kwiaty).
  4. Naleśniki smażyć na dobrze rozgrzanej patelni nasmarowanej tłuszczem do smażenia. Przewrócić na drugą stronę gdy spód naleśnika będzie już ładnie zrumieniony i ścięty. <3 br="">
Są cudowne. Niestety, okazało się, że Tajfuniątko nadal nie lubi naleśników. Woli zdrową kaszkę ;)

2018-05-25

Yunnan w dziesięciu słowach

I znów duma przyćmiewa spojrzenie - "mój" temat wygrał w głosowaniu blogerów kulturowych i językowych. W ramach dzisiejszej akcji W 80 blogów dookoła świata wybieramy słowa najlepiej oddające specyfikę naszych krajów/regionów i języków, które w tych krajach występują. Pomysł prześladował mnie już od dawna - mianowicie od momentu zapoznania się z Chinami w dziesięciu słowach autorstwa Yu Hua. Wybrał słowa, które pozwoliły mu pokazać subiektywnie historię i przemiany współczesnych Chin. Ja... cóż, nie jestem autorem na miarę Yu Hua, więc będą tylko i aż skojarzenia. Moje, yunnańskie. Pierwsze będą skojarzenia stricte językowe.

JEŚĆ
Jestem obżartuchem, łakomczuchem i smakoszem. Yunnańska kuchnia to moja wielka miłość - co stali bywalcy na pewno zdołali już zauważyć. Jednak tym razem mowa nie o całej kuchni, a o pewnym yunnańskim przyzwyczajeniu językowym, które jest bardzo powszechne w tutejszych dialektach. Otóż całe Chiny używają słówka jeść 吃 chī dla spożywania pokarmów, inne czynności związane z przyjmowaniem czegoś doustnie pozostawiając innym czasownikom. Mamy więc, tak samo jak w polskim, pić 喝 hē oraz palić (papierosy czy fajkę) 抽烟 chōu​yān/吸烟 xī​yān. Jednak w wielu yunnańskich oraz syczuańskich dialektach wszystko się "je". Można więc nie tylko całkiem normalnie spożywać posiłek (吃饭), ale również "jeść" wodę 吃水, alkohol 吃酒 czy herbatę 吃茶, a także "jeść" papierosy 吃烟. Co ciekawe, takie użycie słowa "jeść" było dawniej powszechne w całych Chinach, o czym świadczy występowanie tego typu zbitek w mingowskich i qingowskich powieściach.

MEME
Kolejną ciekawostką językową jest zbitka 么么 me​me. W całych Chinach jest to slangowa onomatopeja oddająca pocałunek. Czyli taki chiński "cmok". Jednak w Yunnanie 么么 meme albo pełniej 么么三 memesa! to wykrzykniki oznaczające zdziwienie, lekki przestrach, a czasem zakłopotanie albo nawet lekką dezaprobatę. Można tak na przykład krzyknąć, gdy ktoś o mały figiel nie wyrżnął o ziemię albo gdy rzucił dobrze zarabiającego chłopaka, albo gdy Tajfuniątko oblało się sokiem od stóp do głów...

BANDŻA
Spolszczyłam sobie kolejne yunnańskie słówko, ponieważ po pierwsze się da (mamy w polskim wszystkie potrzebne brzmienia), a po drugie bardzo często go używam. Yunnańczyk nie powie, że jesteś "byczy" (太牛了) ani wspaniały (太棒了). Zawsze użyje rodzimej zbitki 板扎 bǎn​zhā. Nie pytajcie, co dokładnie to słowo znaczy ani jaka jest jego etymologia. Wiedzcie tylko, że połączenie deski 板 z ukłuciem 扎 jest wyrazem najwyższego uznania.

CAONAI
Skoro mamy słowa uznania, musimy też znać słowa krytyki. Każde zachowanie, które nas denerwuje, każdy człowiek, który nas drażni, każde paskudztwo, na widok którego się wzdragamy - to wszystko możemy opisać słówkiem 曹奈 caonai, przy czym pamiętajcie, że w Yunnanie wiele osób ma problem z rozróżnianiem "n" i "l", w związku z czym często wyjdzie z tego caolai.

NE
Dla każdego ucznia języka chińskiego jedną z najgorszych zmór są partykuły. Jest ich od cholery, mają milion zastosowań i zazwyczaj chodzi nie o to, które mamy na myśli. Mam dla Was dobrą informację: ukochaną partykułą Yunnańczyków jest 呢 ne. Poza zwykłymi znaczeniami, tzn. w pytaniach, w pytaniach o lokalizację, sygnalizowaniu zastanawiania się nad odpowiedzią, pokazywaniu, że właśnie trwa jakaś czynność oraz przy silnym potwierdzeniu, yunnańskie ne może również zastępować partykułę dzierżawczą 的 de oraz, w niektórych przypadkach 了 le używane dla zakończonych czynności. Prawda, że to wiele ułatwia?

Jeśli chcecie poczytać więcej o dialektach, zapraszam do zakładki dialekt Kunmingu. Jednak Yunnan wyróżnia się w Chinach nie tylko słownictwem i brzmieniem dialektów. Yunnańskość to również:

ETNODYWERSYFIKACJA*
Czyli ogromna różnorodność mieszkających tu z dawien dawna ludów. Setki lat żyły całkiem niezależnie od siebie - nie tylko dlatego, że tak chciały. Po prostu ciężko się było przedostać przez wielkie wąwozy z rwącymi rzekami albo wiecznie ośnieżone szczyty. Stąd do mniej więcej połowy dwudziestego wieku, gdy modernizacja zaczęła wreszcie powoli wkraczać do Yunnanu, ludy te niewiele o sobie nawzajem wiedziały. Czasem walczyły, czasem handlowały, ale generalnie rzecz biorąc nie bardzo się między sobą mieszały. Gdy po dojściu komunistów do władzy w Yunnanie nagle wylądowało całkiem sporo intelektualistów i naukowców, postanowili oni trochę uporządkować wiedzę o ludziach tu występujących. Niestety, nie wpadli na to, że najpierw wypadałoby je dokładnie zbadać, a dopiero potem porządkować. Stąd odgórny podział na 26 grup etnicznych Yunnanu. Do jednego worka trafiały czasem plemiona czy szczepy, które w ogóle nie czują się z sobą związane kulturowo i nawet nie do końca rozumieją wzajemnie swoje języki... Ale to już inna historia. Dla nas, laików, którzy nie zamierzają badać różnic między, powiedzmy, Dajami z różnych pagórków, ta ogromna różnorodność kulturowa ma przełożenie przede wszystkim na materialne i niematerialne dziedzictwo kulturowe, które grupy owe przekazują z pokolenia na pokolenie. Stąd kolejny punkt:

RĘKODZIEŁO
Dla przeciętnego Europejczyka "made in China" to synonim tandety. Tak. Wiele tandety pochodzi z Chin. Jest tu jednak również wiele wspaniałych marek, do których najwybredniejszy konsument z Zachodu nie może się przyczepić. Jednak to, co w Chinach najwspanialsze, niestety jest bardzo rzadkie. Mowa tu u rękodziele, które trwało przez wieki, by potem zostać zniszczone przez komunistyczną urawniłowkę. No, całe szczęście nie zdołali zniszczyć do końca, ale tradycyjne warsztaty odbudowuje się powoli. Czasem w pięknych manufakturach został zaledwie jeden mistrz, który dopiero na starość ma możliwość przekazać wiedzę maleńkiej grupie czeladników... Ważne jednak, że w Yunnanie tego rękodzieła jest jeszcze sporo, począwszy od ceramiki (piękna ciemna ceramika z Jianshui, biała ceramika z Yiliang czy nasze yunnańskie koty) poprzez piękne materiały tie-dye (rozmaitych materiałów jest zresztą sporo), hafty, tkactwo i produkcję od A do Z lokalnych strojów ludowych i obuwia. A to nie koniec! Przecież są jeszcze grzebienie rzeźbione w bawolich rogach, bambusowe fajki wodne i cała masa innych wspaniałych cacek.

MUZYKA
Skoro jesteśmy już przy różnorodności kulturowej i etnicznej oraz sztukach, muszę wspomnieć o muzyce. Chińczycy mawiają, że Yunnańczycy rodzą się z umiejętnością tańca i śpiewu. To nie tylko tańce weselne i pieśni pracy, ale również np. śpiewane improwizowane dialogi, które są yunnańską tradycyjną formą podrywu (tzw. 对歌). W ogóle, improwizowane pieśni nadal są ważnym elementem kultury wiejskiej Yunnanu - można ich posłuchać podczas wiejskich wesel oraz rozmaitych lokalnych świąt. Tak samo tańce - w każdym obfitującym w mniejszości etniczne mieście, w każdej wiosce mieszkańcy zbierają się, by potańczyć ludowiznę, czasem zresztą do bardzo współczesnych wersji muzycznych typu folk-disco. Poza tańcami i śpiewami mamy jeszcze unikatowe yunnańskie instrumenty muzyczne, jak moja ukochana fletogruszka 葫芦丝 czy tykwosheng 葫芦苼 albo trójstrunna gitara ze smoczą głową 龙头三弦. Generalnie - jeśli lubicie sztuki audiowizualne, to Yunnan jest świetnym miejscem, by się nimi nacieszyć. Jeśli zaś nie macie czasu na naukę gry na nowych instrumentach, a śpiewy i tańce wolicie obserwować z bezpiecznej odległości, a nie angażować się w nie osobiście, polecam wspaniałe przedstawienie Odbicie Yunnanu.

CHWASTY
Nie wiem, czy Chińczycy w ogóle znają słowo "chwast"...
Sprawdziłam. Znają. To znaczy: istnieje w słownikach. Problem tylko w tym, że rośliny, które uchodzą za chwasty (a nawet za chwasty trujące) w Polsce, w Yunnanie znajdują się na straganach warzywnych i w aptekach. Orlica, bylica, głowienka, liście mlecza, lebioda, szarłat, pałka wodna, gryka tatarka (ta gorzka), płoczyniec, marchwica i dziesiątki innych roślinek zajmuje poczesne miejsce w kuchniach grup etnicznych Yunnanu. Na początku aż mi się w oczach mieniło, gdy patrzyłam w skrzące zielenią pęczki różnych roślin. Teraz przywykłam, a nawet - kiedy tylko zobaczę nowe zielsko w knajpianej wystawce, natychmiast je zamawiam. Po pierwsze po to, żeby dowiedzieć się, jak się nazywa, a po drugie po to, żeby wiedzieć, jak je przyrządzić. A kiedy tylko po udanej kolacji wracam do domu, natychmiast guglam za innymi zastosowaniami tych roślin. Są bowiem chętnie używane w tradycyjnej chińskiej medycynie, którą uwielbiam i dzięki której wyleczyłam się z kilku bardzo uciążliwych dolegliwości.

HERBATA
Ostatnia na liście - i pierwsza w moim sercu. Yunnańska herbata, albo dokładniej: yunnańskie herbaty to powód sam w sobie, żeby tutaj zamieszkać. W Yunnanie występują zarówno zwykłe uprawy herbaciane złożone z niewielkich krzewów, jak i starodrzew herbaciany czyli prarodzice całej herbaty świata. To tutaj się wszystko zaczęło. Yunnańskie herbaty pu'er i czarne to klasa sama w sobie, a zielone, chociaż mniej znane, są wprost wspaniałe. Jest to doskonałe miejsce, by zakochać się w herbacie i odkryć herbacianą pasję. Ja sama wpadłam z kretesem - dlatego poszłam na kurs herbaciany, a później zaczęłam pracować jako mistrzyni ceremonii herbacianej w jednej z tutejszych herbaciarń. Gdy wróciłam do Polski, zaczęłam prowadzić wykłady w ramach projektu Akademia Herbaty. Okazjonalnie prowadzę wykłady dla polskich Instytutów Konfucjusza, a także kilku uniwersytetów w Yunnanie. A to wszystko właśnie dlatego, że wylądowałam akurat tutaj, wśród herbacianych wzgórz, przy targowiskach herbaty. Nie wyobrażam sobie już życia bez herbaty...
I bez Yunnanu.
Im dłuższy jest ten wpis, tym bardziej widzę, jak bardzo wrosłam w tutejszą rzeczywistość. W dialekty, w grupy etniczne, w kuchnię, w sposób życia. Czuję się Yunnanką. Zmieszczenie mojego Yunnanu w dziesięciu słowach jest tak bardzo niemożliwe! Możliwe jest za to w jednym słowie. Nie wiem, czy wiecie, że synonimem słowa Yunnan jest "miłość".

Poniżej znajdziecie linki do wpisów innych blogerów biorących udział w naszej akcji:
Angielski: Angielski C2 - Kraj w 10 słowach; Angielska Herbata - 10 arcybrytyjskich słówek; Englishake - 10 najważniejszych słów po angielsku
Duński - Ukryty Kot - Dania w 10 słowach
Fiński - Suomika - Finlandia w 10 słowach
Gruziński: Gruzja okiem nieobiektywnym - 10 słów, które na pewno usłyszycie w Gruzji
Hiszpański: Hiszpański dla Polaków - Hiszpania w 10 słowach i kilkunastu powiedzeniach
Irlandzki: W Krainie Deszczowców - Irlandia w 10 słowach
Niemiecki: Viennese breakfast - Austria w 10 słowach na „a”
Rosyjski: Dagatlumaczy - blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim - Rosja w 10 słowach
Szwedzki: Szwecjoblog - Szwecja w 10 słowach
Turecki: Turcja okiem nieobiektywnym - Turcja w 10 słowach

Jeśli zaś spodobała Wam się nasza akcja i chcielibyście dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

*wiem, że użycie wymyślonego słowa to pewne nadużycie, ale na pewno mi wybaczycie :)

2018-05-24

tańce o zmierzchu

Z powodu modernizacji dawnego placu tanecznego, na którym wywijali kunmińscy Yi, tańce zostały przeniesione wgłąb parku Szmaragdowego Jeziora. Doszliśmy tam dopiero o zmierzchu.
Tajfuniątko było zachwycone. Tańcami, muzyką, strojami... no i przede wszystkim tym, że o zmierzchu była nadal na spacerze, zamiast przygotowywać się do spania :D
Wracając, ujrzeliśmy tradycyjnie ubraną Yijkę, spóźnioną, spieszącą na tańce skuterem. W mroku można było ją poznać tylko po nakryciu głowy :)

2018-05-19

różane muffinki

Aktualnie mam kompletnego świra na punkcie jadalnych róż. Stąd następny przepis z płatkami. Ciasto muffinkowe pożyczyłam z Kwestii Smaku, dodałam tylko trochę mniej mąki, bo część zastąpiłam różami. Zmniejszyłam też ilość cukru, ponieważ... zastąpiłam go różami ;)

Składniki:
  • 1 mały (do 200 g) kubeczek jogurtu naturalnego
  • 2 kubeczki mąki
  • 1 kubeczek drobno podartych płatków róż
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 kubeczek cukru
  • 3 jaja
  • 1 kubeczek oleju roślinnego
  • cukier puder do posypania po wierzchu
Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Zanim się nagrzeje, doskonale zdążycie przygotować resztę.
  2. Do miski przesiać mąkę razem z proszkiem do pieczenia, dodać cukier i podarte róże. Dokładnie wymieszać.
  3. Dodać jajka, jogurt i olej. Krótko i delikatnie wymieszać na jednolitą masę.
  4. Piec przez około 35 minut lub do suchego patyczka.
Wyszły mi z tego trzy blachy muffinek. Połowa zniknęła od razu, a druga połowa po kolacji ;)





2018-05-17

Hua Tuo 華佗

Hua Tuo to chiński lekarz żyjący na przełomie dynastii Han i Epoki Trzech Królestw. Ponoć to właśnie on pierwszy wpadł na pomysł, że pacjentów poddawanych operacjom chirurgicznym można znieczulić. A znieczulał przy pomocy opium, konopi, haszyszu i dużej ilości alkoholu. To musiało być znacznie przyjemniejsze niż dawać się kroić na żywo... Co ciekawe, był to "lekarz od wszystkiego" - to znaczy nie tylko znał się na anatomii, chirurgii i anestezji, ale również na tradycyjnej medycynie: akupunkturze, moksie, ziołach i ćwiczeniach daoyin. Przy czym muszę zwrócić Waszą uwagę, że skoro na początku naszej ery Hua Tuo przeprowadzał operacje jamy brzusznej, znał się na znieczuleniach, dezynfekcji i szyciu po operacji, to pojęcie "tradycyjna medycyna chińska" i jej wyraźne oddzielenie od tzw. medycyny zachodniej, zwykle z właśnie takimi rzeczami wiązanej, trochę traci rację bytu, prawda?
Postulował również regularne ćwiczenia, zachowanie higieny itd. Jakie ćwiczenia? Oczywiście - taichi :) Podobno to właśnie jemu zawdzięczamy ćwiczenia pięciu zwierząt: tygrysa, jelenia, niedźwiedzia, małpy i ptaka. Mam do nich wielki sentyment, ponieważ to właśnie od tych ćwiczeń zaczęła się moja przygoda z taichi. Przypomniałam sobie o tym słynnym medyku (i o ćwiczeniach, które niestety zaniedbałam) pół roku temu, przy okazji wizyty w szpitalu. Po tym, jak ZB został potrącony przez łajdaka, który zignorował czerwone światło, trochę się nabiegałam, by umawiać kolejne wizyty i odbierać wyniki. Całe szczęście - nic poważnego mu nie jest. Jeszcze tylko ścięgno Achillesa szwankuje, napawając ZB obawą, że dni półzawodowej gry w badmintona już za nim.
Wracając do Hua Tuo - jego statua stoi na szpitalnym dziedzińcu, dając chorym nadzieję, że pracujący w tej placówce lekarze będą równie uważni i dociekliwi, co ich patron.
A ja... chyba wrócę do ćwiczeń taichi. Zwłaszcza do niedźwiedzia i małpy ;) Do żadnych innych już się chyba nie nadaję...

Bierzcie i ćwiczcie :)

2018-05-15

Dżakarandy nad Rzeką Panlong

ZB pracuje siedem dni w tygodniu. Pięć dlatego, że musi, a dwa poświęca dobrze płatnej pasji. Wiecie, on naprawdę lubi uczyć gry na saksofonie. Czasem ma sporo uczniów, a czasem są puchy. Egzaminy, sezon grypowy, wakacje... Cudownym zrządzeniem losu w niedzielę ostatniego ucznia miał w trakcie drzemki Tajfuniątka, a wrócił do domu tuż po tym, jak się obudziła. Dzięki temu mogliśmy się wspólnie wybrać na cudny spacer dżakarandową aleją. Dżakarandy właśnie w najlepszym stadium - wszystkie już zakwitły, a część nawet zaczęła już gubić kwiaty. Fioletowa mgła mieni się w słońcu i pokrywa alejki jednobarwnym dywanem. Tym razem wybraliśmy miejsce piękniejsze niż zwykła, pełna samochodów, ulica. Ku wielkiej uciesze Tajfuniątka spacerowaliśmy brzegiem kunmińskiej Rzeki-Matki Panlong. Skąd ta radość? Ano stąd, że cały chodnik był po nocnej burzy upstrzony głębokimi kałużami. Wzuło więc dziecko odrobinę tylko za duże kalosze (dodatkowa skarpeta pomogła) i pognało chodnikiem z dużym rozbryzgiem. A ja mogłam poświęcić się cykaniu fotek najładniejszym drzewom Kunmingu.
To, że dżakarandy są przepiękne, wiedziałam nie od dziś. Za to po raz pierwszy miałam okazję poczuć ich obezwładniająco słodki aromat. Zawsze oglądałam dżakarandy rosnące przy ulicach albo w skupiskach zbyt małych, by ich zapach mógł zdominować otoczenie. Tym razem szłam tuż pod milionami kwiatów i z całego serca zazdrościłam pszczołom. Zbieranie takiego nektaru musi być nagrodą dla najpracowitszych pszczółek.
Po nieciekawych trzech dniach wreszcie wyszło słońce. I dobrze! Okazało się bowiem, że Tajfuniątkowe kalosze są zdecydowanie zbyt niskie. Zdołała wlać do każdego z pół litra wody i jeszcze upierała się, że ma suche nogi. A sami spójrzcie, dokąd zmoczyła spodnie. Powinna skakać po kałużach w stroju płetwonurka... Po zwiedzeniu wszystkich kałuż zdjęliśmy jej więc kalosze, skarpety i spodnie, owinęliśmy moją bluzą i wróciła do domu już na barana. Na barana lubi prawie tak mocno jak po kałużach, więc była przeszczęśliwa.
Ku mojemu zdumieniu ten niewielki spacerek to było prawie osiem kilometrów! I ponad połowę drogi Tajfuniątko szło całkiem samo. Szło? Biegło, rozciapując wszystkie napotkane kałuże!!!
To był bardzo miły, rodzinny spacer. W sam raz na obchody chińskiego Dnia Matki. Niestety, z kwiatka, który Tajfuniątko miało mi wręczyć, zostało tylko tyle:
Ale... liczą się intencje, prawda? W tym roku po raz pierwszy moja własna, prywatna i osobista córka złożyła mi życzenia z okazji Dnia Matki. Nie myślałam, że będzie mnie to aż tak rozczulać :)