blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników.

2018-04-19

小司机 Mały kierowca

Kolejna piosenka dziecięca ze Starych Czasów. Chyba jeszcze bardziej hardkorowa niż Jaskółeczka...

小汽车呀真漂亮
Małe autko piękne jest
真呀真漂亮
naprawdę piękne
嘟嘟嘟嘟嘟嘟嘟喇叭响
tutu tutu tutu tu - klakson brzmi
我是汽车小司机
Jestem małym kierowcą
我是小司机
małym kierowcą
我为革命运输忙运输忙
Na potrzeby rewolucji w pocie czoła wożę towary.
车轮快如飞
Koła są prędkie jak lot
马达放声唱
motor głośno śpiewa
一路歌声一路笑
Cała droga w pieśni i śmiechu
胜利捷报传四方
Wszędzie rozwozimy wieści o zwycięstwie

Śpiewając ją Tajfuniątku, zmieniamy "rewolucję" na "wszystkich". Ostatni wers omijam ;)

2018-04-17

waltornista

Uwielbiam chińskie parki m.in. dlatego, że w nich zawsze się coś dzieje. Tańce, taichi, śpiewy... Niby już przywykłam i się tak nie ekscytuję, nie wyciągam od razu aparatu - ale tym razem musiałam. Wszystkiego się spodziewałam, ale nie waltornisty-samouka :D

2018-04-14

flaszowiec łuskowaty 番荔枝

Pierwszy raz jadłam ten owoc dawno, dawno temu i jakoś w ogóle nie zapadł mi w pamięć. Może dlatego, że wtedy jeszcze wszystko było dla mnie takie nowe? Dziś sama się sobie dziwię, bo parę miesięcy temu flaszowiec łuskowaty wskoczył na podium i zdeklasował nawet moje ukochane smaczeliny, o innych chlebowcach czy nieśplikach nawet nie wspominając. 
Po pierwsze: jest tak słodki, że nawet krówki przegrywają z nim w przedbiegach. Po drugie: mimo tej słodkości jest szalenie soczysty i orzeźwiający. Po trzecie: składa się z takiej ilości witaminy C, B i innych wartościowych elementów, że nawet nie mam wyrzutów sumienia, kiedy go spożywam :)
No a poza tym - jak tu się oprzeć owocowi, którego pierwsza chińska nazwa to "barbarzyńskie liczi" 番荔枝, a druga - głowa buddy 佛頭果... Jeśli kiedyś nań traficie, kupujcie śmiało. Pamiętajcie tylko, żeby nie zjeść pestki (są trujące) i że trzeba obrać ze skóry (albo, jak ja, przepołowić owoc i wyżerać miąższ bezpośrednio, skórkę zostawiając w świętym spokoju).

2018-04-12

Wysoka Wiosna

Kiedy jeżdżę do pracy autobusem, metrem czy taksówką, zawsze mam z sobą książkę. Zazwyczaj papierową. Ebooka mogę czytać wieczorem w łóżku, bo ma podświetlany ekran, a do książki papierowej trzeba zapalać światło. Zapalone światło budzi Tajfuniątko, więc daję spokój. Stąd ebook do łóżka a książka do komunikacji miejskiej. Tak się składa, że zdecydowana większość literatury na papierze, jaką obecnie posiadam, to książki napisane po chińsku. Kiedyś dla zabawy i z pasji tłumaczyłam ciekawe teksty; dziś nie mam czasu, by w domu siąść z książką, ołówkiem i słownikiem, więc pozostają mi książki czytane dla samej przyjemności czytania. Ostatnio czytam cudowną "Młodość", opowiadającą o wojskowej trupie artystycznej z czasów Rewolucji Kulturalnej i wojny chińsko-wietnamskiej.
Jadę więc sobie autobusem, siedzę w ostatnim rzędzie, z książką w dłoni. Wysiądę dopiero na ostatnim przystanku, więc mogę się spokojnie pogrążyć w lekturze. Miejsce obok mnie jest puste; z doświadczenia wiem, że autobus wypełni się po brzegi, zanim jakiś "bohater" odważnie usiądzie razem z obcokrajowcem. W końcu siada obok mnie starszy pan. Zezuje w moją książkę; odkąd odkrył, że jest po chińsku, wierci się niespokojnie, nie wiedząc, jak zagaić. W końcu mówi: "Niewielu obcokrajowców czyta chińskie książki dla przyjemności. Twój chiński musi być bardzo dobry. Brawo!". Uśmiecham się do niego, przymykając książkę. Spodziewałam się standardowego zestawu "skąd jesteś?", "lubisz Chiny?", "jak długo już tu mieszkasz?". Nie spodziewałam się, że nadal książka będzie w centrum jego zainteresowania.
Ach, Yan Geling! To musi być ta najnowsza, Młodość! Film też widziałaś? Kręcony w Yunnanie, bardzo ładne widoki! Ach, ciekawe, że akurat na Ciebie trafiłem i że akurat tę książkę masz w dłoni. Przecież ja znałem tę dziewczynę! Też w tamtych czasach byłem żołnierzem. Bieda była w rodzinie, nie bardzo miałem wybór. Nie jestem z Yunnanu, tylko z Jiangsu [do dziś ma wymowę całkiem nieyunnańską], ale przysłali mnie tu na służbę. Tylko, że nie należałem do zespołu artystycznego, byłem takim naprawdę walczącym żołnierzem. Z frontu chińsko-wietnamskiego wróciłem z raną w nodze. Do dziś z jej powodu kuleję.
Zamyślił się. Pewnie przywołałam niezbyt dobre wspomnienia. Za chwilę jednak rozchmurzył się i mówił dalej. Wypytał, na jakim uniwersytecie uczyłam się chińskiego i co teraz porabiam. O sobie też rzekł parę słów.
Ja też skończyłem studia na Uniwersytecie Yunnańskim. Kiedy przestałem być żołnierzem, poszedłem na filozofię, bo tam się było dość łatwo dostać. Zawsze jednak najbardziej kochałem kaligrafię. Kaligrafia jest lepsza niż filozofia, lepsza niż religia... w moim wieku to nawet ważniejsza niż przyjaźń czy miłość. Kaligrafia pomaga zrozumieć harmonię świata i samemu się w tę harmonię włączyć. Oczyszcza umysł, ćwiczy ciało. Gdybyś chciała, mógłbym Cię uczyć. Serio! Jeżdżę po całym świecie nauczać kaligrafii - byłem już w Stanach, w Rosji i w wielu innych krajach. Teraz tak dużo Chińczyków mieszka poza granicami kraju! Często zapraszają nauczycieli tradycyjnych chińskich sztuk, by kultywować chińskie dziedzictwo. Ale młodzież niechętnie się uczy. Czasami mam w klasie więcej obcokrajowców niż Chińczyków...
Na pożegnanie wręczył mi wizytówkę. Nazywa się Wysoka Wiosna. Piękne, poetyckie miano dla kogoś, kto z konieczności był żołnierzem, z rozsądku - studentem filozofii, a z zamiłowania jest kaligrafem. Kto przyjechał do Yunnanu wojować, a został tu z miłości - na studiach poznał dziewczynę i tak jakoś się potoczyło.
Choć jestem obcokrajowcem, a mój interlokutor tubylcem, myślę, że to Wysoka Wiosna przebył dłuższą i dziwniejszą drogę, zanim dane było nam się spotkać w kunmińskim autobusie...

2018-04-07

smażony szpinak

To była pierwsza prawdziwie chińska potrawa, którą nauczyłam się samodzielnie smażyć. Z prawdziwym zdumieniem odkryłam, że przepisu nie ma jeszcze na blogu!

Składniki:
  • szpinak - całe liście
  • posiekany czosnek - duuuuużo!
  • trochę soli, ewentualnie trochę cukru
Wykonanie:
  1. Na rozgrzany olej wrzucić czosnek i odrobinę posolić. Smażyć, aż czosnek zapachnie - nie czekać aż zbrązowieje!
  2. Dorzucić szpinak i smażyć w ruchu, aż szpinak zmniejszy objętość; ewentualnie dodać cukier i na mniejszym ogniu posmażyć jeszcze minutę czy dwie.
W mojej ukochanej Łatwej kuchni chińskiej Ken Hom napisał, że najlepiej pozbyć się łodyg i że po usmażeniu trzeba odlać powstały sos. Nie zgadzam się z ani jedną z tych sugestii. Nie tylko łodyg nie trzeba się pozbywać - jeśli uda Wam się dostać gdzieś szpinak z korzonkami, to oskrobcie je i smażcie razem z liśćmi i łodygami. Trzeba tylko smażyć nieco dłużej. Zakochacie się w smaku korzonków!
Jeśli zaś chodzi o powstały sos, to idealnie nadaje się do doprawienia ryżu, który przecież w kuchni chińskiej gotuje się bez soli czy innych przypraw.

2018-04-06

Share Week 2018

Trwa kolejna edycja akcji Share Week 2018, czyli akcji, podczas której blogerzy polecają blogerów. Nie dlatego, że są modni, popularni itd., tylko dlatego, że uważamy, że warto ich czytać. Oczywiście - czytam więcej blogów niż te trzy, które tutaj przedstawię. Ale - te trzy są szczególne. Przynajmniej dla mnie.

1. Znaki-Krzaki
Jest to blog o etymologii znaków chińskich. Przedstawione są ich dzieje aż od inskrypcji na żółwich skorupach po wersje współczesne. Dla takiego maniaka chińskich znaków jak ja to prawdziwa gratka. Niby część tych historii i obrazków już znam, ale po pierwsze nie wszystkie, a po drugie - pismo chińskie trzeba cały czas ćwiczyć, ponieważ inaczej się zapomina. Więc ćwiczę krzaki ze znakami-krzakami.

2. Następna blogująca
Jeśli myśleliście, że blog o językoznawstwie musi być nudny, to znaczy, że nie znacie blogu Jagody Ratajczak. Świetnie się go czyta, a przy okazji można się sporo nauczyć. I choć autorka skupia się na angielskim, jej przemyślenia często dają pożywkę mojemu zastanawianiu się nad szeroko pojętą chińszczyzną.

3. Polki na Obczyźnie
Nasz portal emigracyjno-podróżniczy polecam nie tylko dlatego, że należę do Klubu Polki na Obczyźnie, który ten portal stworzył. Polecam dlatego, że sama go regularnie odwiedzam. Okazuje się, że dużo nas łączy. Choć różnimy się jak woda, ogień i parę innych składników, emigracja coś w nas zmieniła i jest ta tajemnicza płaszczyzna, na której się rozumiemy po prostu z racji emigracyjnych doświadczeń. Dlatego wpisy na blogu, który jest częścią portalu, często towarzyszą mi w porannej kawie. Nie zawsze się zgadzam z autorkami, ale zawsze się cieszę, że mogę te wpisy poczytać.

A może Wy też moglibyście mi coś polecić?

2018-04-05

水晶宫 Kryształowy Pałac

Pewnego dnia, w wąskiej uliczce, która doprawdy nie wyróżnia się niczym szczególnym poza tym, że położona jest w obrębie Starego Kunmingu i że całkiem niedaleko znajduje się dawna rezydencja Zhu De, znalazłam Kryształowy Pałac.
Kryształowy Pałac to, zgodnie z chińskimi legendami, nazwa siedziby Smoczego Króla, czyli władcy mórz i deszczu, a także pana życia i śmierci. Smoka dobrze widać przed powyższym pałacem, ma nawet kokardę na szyi. Ponieważ włada morzami, jego pałac zdobią żaby i żółwie, niestety dość zdewastowane. Z kolei yunnańskość akurat tego Króla Smoków podkreślają słonie podtrzymujące dach. Ciekawe, bo przecież według legend Smoczy Król Zachodu mieszkał w Jeziorze Qinghai czyli Kuku-nor, zbadanym dawno temu przez Przewalskiego (tak, tego od konia), a nie w Yunnanie. Inna rzecz, że zgodnie z inną legendą, w Kunmingu już mieszka jeden Smoczy Król, konkretnie - Czarny Smok, mieszkający oczywiście w Stawie Czarnego Smoka. Ten z kolei powinien być ponoć Smokiem Północy i mieszkać w Bajkale. Ciekawe, czy sobie nie wchodzą w kompetencje. W ogóle, zamieszanie z tymi smokami. Pewnie w każdym chińskim mieście i w każdej nieco większej sadzawce jakiś mieszkał...
Takich perełek jest w Kunmingu trochę. Niedużo, niestety. W dodatku - powoli znikają, bo modernizacja jest ważniejsza niż poszanowanie tradycji. Szkoda. Bardzo chciałabym kiedyś zobaczyć powyższy pałac w stanie rzeczywiście pałacowym a nie chylącym się ku ruinie...