Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

2026-01-25

撇菜根 korzenie czosnku

Do wielu dań Lincangu i Pu'er dodaje się pewną bardzo charakterystyczną przyprawę czy też warzywo:
Widzicie te białe śmiesznie powykręcane cosie? To właśnie korzonki szerokolistnego czosnku 宽叶韭 (Allium hookeri). Jest to roślina występująca w Indiach, na Sri Lance, w Birmie, Bhutanie i południowozachodnich Chinach - czyli właśnie u nas. Ich najważniejszą częścią są właśnie grubaśne (jak na czosnek) korzonki i szerokie, długie liście. Jest chętnie uprawianym warzywem w Południowej i Południowo-Wschodniej Azji. Jada się głównie korzonki (liście też można, ale po co? korzonki są lepsze), nie tylko jako przyprawę, dodawaną do dań smażonych czy zup, ale również w sałatkach oraz ukiszone. Zaostrzają apetyt i doskonale nadają się na przekąskę pomiędzy daniami głównymi. 
Kiszone najczęściej przyrządza się z dodatkiem płatków chilli, solą, cukrem i odrobiną octu oraz sosu sojowego. Kiszenie sprawia, że ich naturalna goryczka zostaje "naprawiona", a smak jest bogatszy. Po ukiszeniu jada się je jako dodatek do bułeczek na parze mantou, do kleiku ryżowego albo po prostu jako przystawkę. Tutaj możecie zerknąć, jak wygląda przygotowanie takiej kiszonki. 
Jest to zdecydowanie warzywo, na które warto zwrócić uwagę podczas wizyty w regionie.

2024-08-03

Ukłon świata - Hanka Saqib

Ta baśniowa autobiografia (termin ukuty przeze mnie specjalnie na potrzeby rzeczonej książki) nie jawiła mi się jako potencjalna lektura dla mnie. Po przeczytaniu entuzjastycznej recenzji blogerki, do której mam spore zaufanie jeśli chodzi o gust literacki, postanowiłam jednak wyjść ze swej strefy komforu czytelniczego, zwłaszcza wiedząc o tym, że znajdę tu liczne wątki azjatyckie oraz o związkach międzykulturowych. 
No i się nie zawiodłam. Były tu i fragmenty, w których jakbym czytała o sobie, i fragmenty, w których zazdrościłam autorce wyobraźni, i fragmenty, w których cieszyłam się, że moje życie jest jednak znacznie nudniejsze. Jeśli szukacie literatury podróżniczej z bardzo osobistym zacięciem, albo jeśli po prostu interesują Was ścieżki ludzi innych od Was samych - możecie spokojnie dać jej szansę. 

PS.2 Tak okrutnie tęsknię za Wietnamem...

2024-05-09

飛天 czyli Apsara अप्सर

飛天 znaczy dokładnie wzlecieć do nieba. Jest to tytuł jednego z bardziej znanych kawałków na "orkiestrę ludową", czyli orkiestrę złożoną z chińskich instrumentów. Utwór powstał dokładnie wtedy, kiedy ja, czyli ponad czterdzieści lat temu, a jego autorami są 徐景新 Xu Jingxin i 陈大伟 Chen Dawei - dwójka bardzo sławnych szanghajskich kompozytorów, znanych głównie z tworzenia muzyki filmowej oraz "ludowej" - czyli właśnie tej operującej chińskimi instrumentami. 
Co ciekawe, "wzlecieć do nieba" to tylko bardzo dosłowne tłumaczenie tytułu. Tak naprawdę chodzi o indyjskie bóstwo - Apsarę, a jeszcze konkretniej - o wizerunek grającej na flecie Apsary, który pojawił się w formie malowidła na ścianie słynnych buddyjskich grot Dunhuang. Apsary były często kojarzone z muzyką - stąd np. w Angkor Wat wyrzeźbione apsary tańczą, a w Tajlandii Taniec Apsar nadal żyje. Po tej apsarze z Dunhuang być może ciężko to stwierdzić, ale w mitologii indyjskiej apsary były boginkami wody, mgieł i chmur, zwiewnymi i lekkimi, a także niezwykle urodziwymi i wdzięcznymi. Nic dziwnego, że takie bóstwo staje się inspiracją dla dzieł muzycznych!
   
Słuchając tego dzieła, zwróćcie uwagę na niezwykłe instrumentarium: poza zwykłymi chińskimi instrumentami typu guzheng, sheng czy bambusowy flet, są tu też chmurne gongi 云锣,maleńki flecik koudi czy brzmiące kamienie 磬.

2021-07-14

Wór babcinych opowieści Sudha Murty

Przeczytałam piękną książkę. Raczej dla dzieci, ale mnie też urzekła kolorytem. Indie mnie szalenie pociągają, a niestety nie znam się na nich wcale. Obcy jest mi nie tylko język, ale również mitologia (z małymi wyjątkami), literatura, muzyka. No, kuchnię trochę znam, ale nie aż tak dobrze, jak bym chciała. Może właśnie dlatego z taką przyjemnością czytam bajki, które są takie zupełnie inne niż nasze? Ostatnio opowiadam je na dobranoc Tajfuniątku. Ależ jest nimi zachwycona! 

Sudha Murty, Grandma's Bag of Stories

2021-04-10

A Monsoon Feast

Trafiłam na świetną książkę. Traktuje o innych kawałkach Azji, niż te, o których zwykle czytam, ale opowiadania są tak niezwykłe i przykuwające uwagę, że aż marzy mi się, by i w "moich" stronach powstał taki zbiór. Siedem opowiadań - siedmiu autorów plus przedmowa, bardzo warta przeczytania, ale do niej jeszcze wrócę. Siedem opowiadań z dwóch zakątków Azji: Kerali i Singapuru. Nigdy nie byłam ani w jednym, ani w drugim miejscu - ale po lekturze mam w głowie kalejdoskop żywych obrazów i wielką chęć, by przeczytać więcej, dowiedzieć się, dotknąć, posmakować. Opowiadanie opowiadaniu nierówne. Ciężko mi jednak wybrać, które z nich najbardziej przypadło mi do gustu - są tak różne, że ciężko mi znaleźć odpowiednie kryteria, by je ocenić. Jak porównać to, jak polityka przekłada się na życie zwykłego człowieka do tego, jak rodziny potrafią krzywdzić dzieci? Przedsmak znajdziecie tutaj - jednak bardzo zachęcam do przeczytania całości, a nie tylko części.
 
Wracając do przedmowy - są dwie, ale mnie chodzi o tę, której autorem jest Shashi Tharoor. Zwraca on uwagę na to, że autorami wybranymi do tego zbioru są pisarze azjatyccy, którzy piszą po angielsku. Nie dla wszystkich jest on językiem ojczystym i posługują się nim z różną swobodą. Wszyscy z nich jednak wybrali właśnie angielski, by opowiadać o swoim miejscu na ziemi, o bohaterach opowiadań i tym samym - poniekąd - o sobie. Autor przedmowy odpowiada na pytanie, dlaczego Singapurczyk czy Keralczyk wybierają angielski - i tym samym przedstawia zbiór w całkiem nowym świetle. Och, po prostu musicie to sami przeczytać!

2021-03-11

Bykogłowy i Końskogęby 牛頭馬面

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.  

Dziś witają Was... strażnicy piekła! TADAM! Bykogłowy 牛頭 [牛头] niútóu i Końskogęby 馬面 [马面] mǎmiàn mają ludzkie ciała, ale - jak łatwo się domyślić - przerażają twarzą. Są to pierwsze stworzenia, które spotykamy, gdy wchodzimy do chińskiego piekła; zgodnie z podaniami, to oni odprowadzają nowoprzybyłych zmarłych na miejsce. W różnych legendach są albo tylko dwoma stworzeniami, albo całą grupą stworzeń o zwierzęcych obliczach. Zresztą - może lepiej powiedzieć, że odprowadzają nie do piekieł, a raczej na Sąd Ostateczny (bo to właśnie tutaj zostaną osądzeni i albo nagrodzeni, albo ukarani). Trzeba jednak pamiętać, że w Chinach piekło nie jest prostą opozycją do nieba. Chętniej tłumaczyłabym je jako czyściec, do którego trafiają po prostu wszystkie dusze, tylko jedne na dłużej, a inne na krócej, w zależności od tego, jak zostaną ocenieni przez Króla Piekła, Yanluo Wanga, chińskiego odpowiednika Jamy. Ponoć to właśnie Król Piekła stworzył Bykogłowego i Końskogębego, poruszony faktem, że po całym życiu wypełnionym ciężką pracą dla człowieka, i tak wylądowali w piekle. Ci dwaj nie są tylko strażnikami i eskortą, ale również posłańcami królewskimi. 

Jednak większość źródeł podaje, że tak naprawdę obaj pochodzą z Indii, z tradycji buddyjskiej a nawet wcześniejszej niż buddyjska. Bykogłowy zwał się Gośīrṣa, co oznacza właśnie głowę byka; w Chinach pojawił się bardzo wcześnie za sprawą Dharmarakszy, tocharskiego poligloty, który namiętnie tłumaczył buddyjskie sutry na chiński. Ciekawostką jest to, że początkowo to on był władcą piekła, ale w którymś momencie stał się strażnikiem. Jeszcze ciekawsze jest pochodzenie Aśvaśīrṣy - Końskogębego. Ponoć wywodzi się on od samego Wisznu! Miałby być jego końskogłowym wcieleniem - Hajagriwą (dosł. końską szyją). A że Wisznu jest poniekąd prototypem buddyjskiego Awalokiteśwary oraz taoistycznego Końskiego Króla 馬王 - mamy tutaj pełen synkretyzm religijny. Co zaskakujące, obaj zostali opisani w Sutrze Bohaterskiej, ale wówczas jeszcze inaczej się nazywali. To znaczy Bykogłowy pozostał już Bykogłowym, ale Końskogęby był dawniej nazywany Końskogłowym 馬頭. Nie wiadomo, w którym momencie i dlaczego stał się Końskogębym - być może właśnie dlatego, że Hajagriwa jest w Chinach nazywany Końskogłową Guanyin 馬頭觀音 i trzeba go/ją było odróżnić od strażnika piekieł? 

Pojawili się na chwilę w Wędrówce na Zachód - Sun Wukong ich pokonał (a jakże!) i wykreślił z piekielnego rejestru żyjących dusz wszystkich nieludzi z niezwykłymi mocami, dzięki czemu zapewnił sobie i zwojemu potomstwu pewien rodzaj nieśmiertelności. 

Znalazłam też jedną legendę, zgodnie z którą to właśnie strażnicy podczas przeprawy przez piekielny most Naiheqiao 奈何橋 decydują, kogo przepuścić, a kogo zepchąć z mostu, rzucić na pożarcie jadowitym wężom i innym potworom. Dlatego też zdarza się, że ludzie palą dla nich piekielną forsę, by zapewnić swoim zmarłym ich łaskawość w trakcie przeprawy (nie posmarujesz, nie pojedziesz...). 

Tutaj poczytacie o ich japońskich wersjach.

2020-08-23

Ramajana

O tym najsłynniejszym sanskryckim eposie słyszeli na pewno wszyscy. Dlatego bez zbędnych wstępów przedstawiam coś, o czym może nie wiedzieliście: Ramajanę jako animację indyjsko-japońską. Enjoy!

2020-08-15

domowa paratha பராட்டா

Nieczęsto ją robimy, bo tłusta. Ale bywa też tak, że paratha MUSI wylądować na talerzu, często jako samodzielne danie śniadaniowe, a nie jako dodatek do curry czy innych dań indyjskich.

Składniki:
  • 2 szklanki mąki pszennej
  • niepełna szklanka wody
  • łyżka oleju
  • szczypta soli
  • ewentualnie szczypiorek lub cebulka zielona, drobno posiekane
  • olej/masło klarowane do smażenia i do smarowania
Wykonanie:
  1. Zagnieść ciasto z mąki, oleju, soli i wody (oraz ewentualnie cebulki). W zależności od mąki, ilość wody może się różnić. Ciasto powinno być miękkie i elastyczne, ale nie może się kleić.
  2. Przykryć ciasto ściereczką i odstawić na kwadrans lub dwa.
  3. Podzielić ciasto na kuleczki - trzeba je będzie rozwałkować na takie placki, które się Wam zmieszczą na patelni, więc nie mogą być zbyt duże. Mnie z podanej ilości mąki wychodzi 8 placków. W czasie wałkowania trzeba podsypywać mąką.
  4. Rozwałkować cienko pierwszy placek. Posmarować dokładnie olejem bądź roztopionym masłem i złożyć na pół.
  5. Znów rozwałkować, posmarować i złożyć.
  6. Znów rozwałkować i smażyć na średnim ogniu na płaskiej patelni do zezłocenia, po czym odwracamy na drugą stonę i również złocimy. W razie potrzeby dodajemy tłuszcz. Placki nie powinny być spieczone, tylko delikatnie usmażone, tak, żeby dawały się zwijać jak krokiety.
Śniadaniową parathę można podać z jogurtem naturalnym lub dowolnym dipem. Ja, by śniadanie było bardziej pożywne, smażę omlety i nadziewam nimi nasze parathy.

Ciekawostka: pierwszy raz z tego typu plackami spotkałam się w... Xishuangbanna, gdzie bardzo popularne są tajskie przekąski. A w Tajlandii również robi się tego typu placki, tylko nazywane nie paratha, a roti. Oczywiście, różnią się w szczegółach, ale idea pozostaje podobna, z tym, że w Tajlandii i Xishuangbanna te placki najczęściej są przyrządzane na słodko, a nie na słono.

2020-06-27

paalak paneer पालक पनीर twaróg w sosie szpinakowym

Odkąd nauczyłam się robić najłatwiejszy ser świata, czyli indyjski paneer, na naszym stole zagościł ser w sosie szpinakowym. Z tą potrawą spotkałam się w tutejszej indyjskiej restauracji i pojęcia nie miałam, dlaczego szpinakowy sos jest taki pyszny i w ogóle nie mdły. Sprawia to dodatek imbiru, chilli i kminu, na równi z garam masala, które świetnie podkręca smak.

Składniki:
  • solidny pęk szpinaku albo szpinak mrożony - w tym daniu się doskonale sprawdzi!
  • chilli - po uważaniu. Gdy gotuję wersję dla Tajfuniątka, pomijam.
  • kawałek imbiru
  • kilka ząbków czosnku
  • kumin - łyżeczka
  • cebula
  • garam masala - łyżeczka albo łyżka - zależy, jak bardzo intensywny smak lubicie
  • kawałek masła - łyżka lub dwie
  • ewentualnie łyżka śmietany
  • ser paneer albo inny delikatny twaróg
Wykonanie:
  1. Szpinak obgotować kilka minut w małej ilości osolonej wody, a gdy wystygnie - zmiksować na gładko.
  2. Utrzeć albo zblendować chilli z imbirem i czosnkiem.
  3. Na odrobinie oleju obsmażyć kumin.
  4. Gdy kumin zapachnie, dodać posiekaną drobno cebulę i ją zeszklić.
  5. Dodać pastę imbirowo-czosnkowo-chilli i obsmażyć na małym ogniu.
  6. Dodać masę szpinakową, wymieszać i dusić kilka minut.
  7. Doprawić garam masala i ewentualnie solą - to ostatnie zależy od tego, czy ser jest słodki czy słony.
  8. Dodać ser pokrojony w kostkę. Mojego nie trzeba kroić, wystaczy połamać w palcach.
  9. Kropką nad i jest dodanie masła i ewentualnie śmietany.
  10. Zamieszać i podać.
Najlepszy jest oczywiście z azjatyckim płaskim pieczywem, które maczamy w sosie, ale szczerze mówiąc, mnie tak samo smakuje jako sos do spaghetti czy ryżu.

2020-03-21

Amla - yunnańska oliwka 滇橄榄

Amle dojrzewają podobno dopiero na jesieni, jednak w Kunmingu da się je przyuważyć na straganach już w marcu. Ręcznie zbierane, kwaśne, gorzkie i cierpkie jagody liściokwiatu garbnikowego przywędrowały do Yunnanu zapewe z Indii, w których jest roślina ta jest uprawiana na wielką skalę. Niemal nikt tych okropnych owoców nie spożywa bezpośrednio, a dopiero po ukiszeniu czy też wymoczeniu w słonej wodzie i obtoczeniu w płatkach chilli. Można ją jeść gotowaną (na przykład jako jeden ze składników dalu) - choć mówiąc szczerze, smak amli nie podbił mojego serca - no, może z wyjątkiem amli kandyzowanej (taką też się sprzedaje; można ją zajadać po posiłku jak lekarstwo na dobre trawienie). Skoro jednak owoce są takie niedobre, dlaczego się je w ogóle uprawia? Otóż są używane w tradycyjnej indyjskiej medycynie, zarówno świeże, jak i suszone. Zresztą - używa się nie tylko samych owoców, ale też nasion, liści, korzeni, kory i kwiatów. Jest oczywiście remedium na najróżniejsze schorzenia, przedłuża życie, obniża gorączkę, poprawia trawienie, leczy z zaparć, oczyszcza krew, ratuje przed kaszlem, wzmacnia serce, poprawia wzrok, działa na porost włosów, a nawet pomaga na mózg! Tyle o tradycji. Współczesne badania pokazują, że owoce amli wykazują działanie antywirusowe i antybakteryjne.
Poza tym używa się jej do produkcji atramentów, szamponów i olejków do włosów (podobno dzięki nim włosy są nie tylko mocniejsze, ale również mniej siwe), a także do produkcji utrwalaczy barwników do tkanin. Z liści można po wysuszeniu zrobić pięknie pachnące wnętrze poduszki.
W Yunnanie jest amla ważnym składnikiem diety i lekarstw wielu grup etnicznych, przede wszystkim Dajów, Hani i Yao. Chyba jednak żadna z naszych religii nie traktuje amli jak świętego drzewa. Za to w hinduizmie jest ona ważna: teksty tantry hinduistycznej, wymieniają to drzewo jako jedno z pięciu, które tradycyjnie wymagane są w miejscu wykonywania sadhany. Inne przekazy mówią o drzewie liściokwiatu jako o siedzibie Lakszmi.
W Yunnanie często się mówi o jej właściwościach prozdrowotnych: pomaga na kaszel i ból gardła, gasi pragnienie itd. Często się ją u nas kisi, dodając do zalewy oprócz soli również lukrecji chińskiej i miodu.
Można też na jej bazie przyrządzić leczniczą nalewkę, pamiętając, by cukru lub miodu dodać naprawdę dużo.
A ja tymczasem otwieram kolejną paczuszkę z kandyzowaną amlą, która doskonale sprawdza się jako cukierki na ból gardła:

Nawet gotowanie w syropie cukrowym nie pozbawia amli całej goryczki i cierpkości. A jednak Tajfuniątko ją uwielbia! Dziwne dziecko...

2020-03-12

ryba z futrem

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl oraz kirgiski.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Szukając dla Was chińskich fantastycznych zwierząt (i jak je znaleźć), natrafiłam na świetną książkę o symbolach w buddyzmie tybetańskim. Tam dowiedziałam się o istnieniu Trzech Zwycięskich Stworzeń Harmonii.
źródło
Te trzy zwierzęta zostały stworzone z trzech par zwierząt, które z natury są sobie wrogie. Są to lew-garuda, ryba z futrem oraz ślimak-makara.
  • Lew-garuda to połączenie lwa i ptaka garudy, jego najważniejszego rywala. Połączenie wygląda jak skrzydlaty lew ze szponami wystającymi z lwich łokci - coś w rodzaju naszego gryfa. Lew jest królem zwierząt na ziemi, a garuda - królem przestworzy. Dlatego ich harmonijne połączenie to zarazem harmonijne połączenie nieba i ziemi.
  • Ślimak-makara to złożenie ślimaka z czymś, co się ślimakami żywi - makarą. Przedstawiana jest jako makara, która schroniła się w ślimaczej muszli.
  • Ryba z futrem to połączenie ryby z wydrą - ma wydrze ciało i rybi łeb.
Najczęściej pojawiają się wszystkie trzy naraz; ich wizerunki i figurynki są stawiane w domach i firmach, a nawet noszone w formie breloczków. Przynoszą harmonię i - podobno - bogactwo. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu, można je znaleźć w zachodnich sklepach sprzedających gadżety fengshui. Trudno mi sobie wprawdzie wyobrazić, co ma wspólnego stworzenie z tybetańskiego bestiariusza buddyjskiego z fengshui, zwłaszcza w jego zachodniej wersji, ale - nie będę się czepiać. W sumie moglabym sobie takie figurki postawić w domu po prostu dlatego, że podoba mi się ich symbolika i kreatywność ludzi, którzy je wymyślili.
No i tak sobie szukam dla Was ładnego zdjęcia ryby z futrem i nagle odkrywam... że ryby z "futrem" istnieją naprawdę! Jak się okazało, jeśli tzw. bawełniana pleśń (Saprolegnia) zainfekuje rybę, wyrastają jej kępki sierści pleśni. I ta pleśń sobie rośnie, w końcu uśmiercając rybę, która w momencie wyrzucenia na brzeg jest pokryta białym "futrem". Oprócz tego istnieje ryba Mirapinna esau (z wielorybinkowatych), której potoczna nazwa to właśnie "włochata ryba" (hairyfish), ponieważ jej ciało porastają struktury podobne do włosów. Czyli takie stworzenia niekoniecznie są wymyślone!
Czekam więc na odkrycie pozostałych dwóch hybryd, choć nie ukrywam, że ptakolew wydaje mi się dość groźny...

Tutaj możecie poczytać o zupełnie niesamowitym japońskim sumie, a tutaj o złotej rybie z Morza Aralskiego.

2020-03-05

Księżycowy Królik 月兔

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Księżycowy Królik względnie Nefrytowy Zając 玉兔 a także Złota Trusia 金兔 (i wszystkie pośrednie wersje) to - na pewno się nie zdziwicie - Królik, który mieszka na Księżycu. Dowolność w tłumaczeniu wynika z tego, że 兔 tù to wprawdzie zazwyczaj królik, ale zając to po prostu "dziki królik" 野兔 yě​tù, więc w sumie co za różnica? Zwłaszcza, że rodzina zającowatych zwie się po prostu 兔科. W dodatku - informacje o kłapouchym stworzeniu zamieszkującym księżyc pojawiły się w księgach znacznie wcześniej niż króliki na ziemiach chińskich...
Nasz Księżycowy Królik zazwyczaj siedzi w Księżycowym Pałacu z moździerzem i tłuczkiem, by pomóc pięknej bogini Chang'e wyrabiać eliksir nieśmiertelności i inne medykamenty. Ech, takie już nasze szczęście - japońskie i koreańskie króliki wyrabiają pyszne mochi, a nasz się zajmuje lekarstwami... Poza Chang'e i Królikiem, dawniej na Ksieżycu mieszkała też ropucha 蟾蜍, ale chyba się wyniosła, bo wspominają o niej tylko najdawniejsze przekazy. Często w literaturze nazywało się księżyc Ropuchotrusią 蟾兔. Nie wierzycie?
三五明月满,
3-5 - księżyc jasny i pełny,
四五蟾兔缺。
4-5 - Ropuchotrusia uszczknięta*.
/wyjątek z siedemnastego z "Dziewiętnastu Starych Poematów"/

Inne warianty to po prostu Biały Królik a nawet sam Królik - nie należy się więc dziwić "blaskowi królika", który oświetla srebrem piękny krajobraz i tego typu sformułowaniom.
Skąd jednak się ten Królik tam w ogóle wziął? Jedna z legend, zaczerpnięta wprost z buddyjskich dźatak, opowiada o tym, jak różne zwierzęta miały praktykować dobroczynność w trakcie dni uposatha, czyli (upraszczając) w trakcie pełni księżyca. Gdy staruszek pukał do drzwi ich domostw, dawały mu jałmużnę - taką, jaką potrafiły zebrać i upolować - a w jednym wypadku nawet ukraść (oj, nie odbiło się to dobrze na jego karmie...). Gdy jednak podszedł do królika, ten nie potrafił dla niego zebrać żadnego pożywienia odpowiedniego dla ludzi, bo przecież królik sam jada trawę. Postanowił więc się poświęcić i rzucić w ogień, by staruszek mógł go zjeść. Nie spłonął jednak i nie wylądował na półmisku. Okazało się, że struszek-żebrak tak naprawdę jest Śakrą, władcą nieba. Poruszony dobrocią królika zabrał go na Księżyc, by wszyscy mogli zobaczyć, jaki jest on wspaniały.
Tutaj możecie posłuchać tej pięknej dźataki:

a tutaj innych, równie ciekawych.
W Chinach legenda o Księżycowym Króliku jest związana ze Świętem Środka Jesieni, czyli ze świętem służącym patrzeniu na księżyc i jedzeniu ciasteczek księżycowych. Skojarzenie królika z księżycem jest tak silne, że w czasie pierwszej wyprawy na księżyc Chińczycy pytali, czy Amerykanie przypadkiem nie znaleźli na księżycu futrzaka wraz z piękną Chang'e:
Houston: Among the large headlines concerning Apollo this morning, is one asking that you watch for a lovely girl with a big rabbit. An ancient legend says a beautiful Chinese girl called Chang-O has been living there for 4,000 years. It seems she was banished to the Moon because she stole the pill of immortality from her husband. You might also look for her companion, a large Chinese rabbit, who is easy to spot since he is always standing on his hind feet in the shade of a cinnamon tree. The name of the rabbit is not reported.
Michael Collins: Okay. We'll keep a close eye out for the bunny girl.
Chiński łazik z misji Chang’e 3 (misja odnalezienia Bogini Księżyca?), przeznaczony do przemieszczania się po powierzchni Księżyca został nazwany właśnie Nefrytowym Królikiem Yutu. Z Księżycowym Królikiem walczy Sun Wukong w Wędrówce na Zachód. Generalnie - gdzie mógł, tam się wcisnął. Podejrzewam jednak, że nawet najzagorzalsi fani Księżycowego Królika nie mogli podejrzewać, że zostanie on... bogiem.
źródło
Tu'er Ye 兔儿爷 - Zajęczy Pan czy też Zajęczy Bóg to bóstwo z wierzeń ludowych mieszkańców Pekinu. Od swego pierwowzoru różni się atrybutem: ten pierwszy miał tylko moździerz, ten drugi jeździ konno, tygryśno (na powyższym zdjęciu), jelenno lub smoczno. Zaczęto go czcić jakoś na początku XX wieku i choć potem kult zamarł, na początku XXI wieku zaczął się odradzać. Tu też mam dla Was piękną legendę:
Pewnego roku na Pekin spadła zaraza. Niemal w każdym domu ktoś chorował, nie pomagały żadne lekarstwa. Gdy usłyszała o tym piękna Chang'e, mieszkająca w Księżycowym Pałacu, bardzo się zasmuciła. Dlatego też wysłała Negrytowego Królika, by zszedł na ziemię leczyć ludzi. Królik zmienił się w młodą dziewczynę i zaczął chodzić od domu do domu, skutecznie lecząc chorych. Chcieli mu płacić - dziewczę jednak jako jedyną zapłatę przyjmowało ubrania. Dlatego też w każdym domu pojawiała się inaczej ubrana - raz jak handlarka, raz jak uczony, raz jak wróżbita... Tak, tak - były to przebrania zarówno męskie, jak i żeńskie. Gdy całe miasto było już wyleczone, królik wrócił do Księżycowego Pałacu, na zawsze jednak pozostając w sercach pekińczyków, którzy zaczęli tworzyć figurki z jego podobizną. Ponieważ jednak każdy widział królika w odrobinę innym wcieleniu, również figurki są bardzo urozmaicone, zarówno jeśli chodzi o wierzchowca, jak i jeśli chodzi o jego płeć i ubranie. Na równi z Tu'er Ye jest więc czczona Tu'er Nainai 兔儿奶奶 czyli Zajęcza Pani. Uroczystości ku czci tego bóstwa dołączyły do innych związanych z Księżycowym Królikiem - czyli odbywają się w Święto Środka Jesieni, święto bodaj najsilniej związane z Księżycem.
Może gdybyśmy się solidnie pomodlili, Zajęczy Bóg pomógłby nam poradzić sobie z koronawirusem?...

Jeśli chcecie poczytać o niesamowitych japońskich królikach, zapraszam tutaj.
*warto wiedzieć, że te cyfry to po prostu stare oznaczenia: 3-5 oznaczało piętnasty dzień miesiąca księżycowego, czyli pełnię, a 4-5 to był dwudziesty dzień miesiąca księżycowego.

2019-10-26

ćapati चपाती 洽巴提

Zazwyczaj piekę chleb, bułki czy inne rogale, ale czasem po prostu nie starcza czasu. Wtedy cudownie szybką alternatywą są indyjskie placuszki ćapati, w których nie ma drożdży, więc nie trzeba na nie prawie w ogóle czekać.

Składniki:
  • 2 szklanki mąki pełnoziarnistej
  • łyżka oleju
  • szczypta soli
  • ciepła woda - ile weźmie ciasto, około niecałej szklanki
Wykonanie:
  1. Połączyć składniki, wyrabiać, powoli dodając wodę. Ciasto ma być miękkie i elastyczne.
  2. Wyrabiać około dziesięć minut.
  3. Zostawić na pół godziny, by odpoczęło.
  4. Dzielić na kulki nieco większe od orzechów włoskich, a potem po kolei wałkować na cieniusieńkie placuszki.
  5. "Piec" na rozgrzanej patelni. W zależności od grubości placków i rozgrzania patelni czas "pieczenia" może się wahać od pół minuty do nawet dwóch minut z każdej strony. Ale - łatwo jest rozpoznać. Kiedy tylko pojawią się bąble, można przewracać na drugą stronę.
  6. Na gorący placek najlepiej od razu włożyć kawałek masła, wtedy nie stwardnieje, a będzie ładnie pachniał i fantastycznie smakował.
Gdy pierwszy raz upiekłam ćapati w domu, miały być do curry, ale... Tajfuniątko wszystkie pożarło na sucho. Jeszcze w trakcie pieczenia. Po jednym. Tak niby nic nie jadła...


2019-09-09

zapożyczenia z sanskrytu

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Żeby nie było, że Chińczycy to tylko eksportują kulturę i język, przyjrzyjmy się dziś wpływom buddyjskim na język chiński. Gdy ta filozofia i religia zawitały do Chin, wraz z nimi pojawiła się potrzeba przetłumaczenia pojęć z sanskrytu. Ów kontakt językowo-kulturowy mocno wpłynął na chińszczyznę. Po pierwsze, pojawiło się w chińskim dużo zapożyczeń; w dodatku były one używane nie tylko w kontekście religijnym, ale przeniknęły też do codziennego języka. Po drugie, sanskryt wpłynął na chińską gramatykę. Po trzecie, poznanie/nauka sanskrytu zwiększyła świadomość własnego języka u Chińczyków. Zaczęli się oni zastanawiać nad własną fonologią i powoli zaczęli wykształcać sposób mówienia o brzmieniu własnego języka.
W chińskim jest obecnie tylko trochę ponad 100 sanskryckich słów, przetłumaczonych przy pomocy mniej niż 300 chińskich znaków - a przynajmniej tyle zostało wyłowionych przez badaczy. Większość to zapożyczenia fonetyczne, jednak jest wśród nich kilka perełek. Poniżej minisłowniczek:

Chińskie słowo - Wymowa - Znaczenie - Pierwotne słowo - Wymowa
  • 阿鼻地狱 Ā​bí​dì​yù/無間地獄, Wújiàn dìyù Avīci (najgłębsze z piekieł) अवीचि​ Avīci
  • 阿賴耶識 ālàiyēshí Osiem Świadomości आलयविज्ञान ālaya-vijñāna
  • 阿蘭若/蘭若 ā​lán​rě/lán​rě - mała świątynia buddyjska lub ustronie zazwyczaj ulokowane w lesie lub górach अरण्य araṇya
  • 阿羅漢/羅漢 ā​luó​hàn/luó​hàn arhat अर्हत् arhat
  • 貝多/貝葉 bèi​duō​/bèi​yè liście winodani wachlarzowatej lub wachlarzowca właściwego, służące do spisywania sutr पत्त्र pattra (dosłownie: liść)
  • 比丘尼 bǐ​qiū​ní bhiksuni (buddyjska mniszka) भिक्षुणी bhikṣuṇī
  • 波羅蜜多 bōluómìduō pāramitā (buddyjska cnota) पारमिता pāramitā doskonałość
  • 剎多羅 chàduōluó świątynia buddyjska क्षेत्र kṣétra
  • 剎那 chànà moment क्षण kṣaṇa
  • 刹土 chàtǔ ziemia, państwo क्षेत्र kṣétra
  • 阿彌陀佛 Ē​mí​tuó​ Fó Amitabha अमिताभ Amitābha
  • 袈裟 jiā​shā (kasha) kaszaja काषाय,转写:kāṣāya
  • 觉树 juéshù Drzewo Bodhi महाबोधि mahabodhi
  • 彌勒佛 Mílèfó Maitreja मैत्रेय Maitreya
  • 尼姑 ní​gū bhiksuni (buddyjska mniszka) भिक्षुणी bhikṣuṇī
  • 涅槃 nièpán nirwana निर्वाण nirvānā
  • 蘋果 píngguǒ jabłko बिम्बा bimbā
  • 菩提薩托/菩提薩埵/菩薩 pú​tísàtuō/pútísàduǒ/pú​sà bodhisattwa बोधिसत्त्व bodhisattva
  • 菩提树 pú​tí​shù Drzewo Bodhi महाबोधि mahabodhi
  • 僧伽/和合僧 sēng​qié/hé​hésēng Sangha संघ Saṃgha
  • 舍利 shèlì śarīra (buddyjska relikwia) शरीर śarīra ciało
  • 聲聞(弟子) shēngwéndì​zǐ śrawaka (uczeń Buddy) श्रावक śrāvaka
  • 釋迦牟尼 Shì​jiā​móu​ní Budda Siakjamuni सिद्धार्थ गौतम
  • 娑婆世界 suōpóshì​jiè świat doczesny सहा Sahā
  • 塔婆 tǎpó stupa स्तूप stūpa --> obecnie najczęściej skracana do 塔 tǎ
  • 曇花 tánhuā epifyllum उदुम्बर udumbara figowiec groniasty
  • 天魔/魔羅 Tiānmó/Móluó demon (buddyjski) मार Māra
  • 文殊师利 Wén​shūshīlì Mandziuśri मञ्जुश्री Mañjuśrī
  • 無常 wú​cháng nietrwałość अनित्य anitya
  • 無量無數 wú​liàngwú​shù niepoliczalny, niezmierny अपरिमित aparimita
  • 無明 wú​míng awidja (niewiedza) from अविद्या avidyā
  • 須彌山 xūmíshān Góra Meru सुमेरु sumeru
  • 阎摩王/阎王/閻羅王 Yán​mówáng/Yán​wáng/Yán​luó​ Wáng Yama (król piekła) यम राज Yama Rājā
  • 夜叉 yè​chā jakszowie यक्ष yakṣa​
Ten niewielki słowniczek nie wyczerpuje oczywiście listy słów zapożyczonych z sanskrytu, myślę jednak, że może zobrazować mniej więcej, na czym te zapożyczenia polegają i jak tłumacze poradzili sobie z przełożeniem terminów sanskryckich na chiński. Warto zwrócić uwagę na kilka aspektów.

"a" znika!
"A" postawione przed imieniem albo stopniem pokrewieństwa to w chińskim wyraz familiarności (np. 妹妹 to młodsza siostra a 阿妹 siostrzyczka) albo... głupoty (阿斗 Ā​dǒu, A Q). Dlatego kiedy tylko się da, Chińczycy starają się ominąć "a" w transkrypcji, stąd luohan najczęściej pojawia się bez a, lanre najczęściej pojawia się bez a, a Amitabha zostawiono a, ale na wszelki wypadek wymawia się je "e". Co ciekawe, niebuddyjscy Chińczycy często nie wiedzą, że akurat w tym wypadku czyta się 阿 jako "e"...
Brak unifikacji
Dziś większość wyrazów jest już zunifikowana, jednak bodaj każdy tłumacz buddyjskich tekstów pozostawił po sobie pamiątkę w postaci innych wersji wyrazów. Oprócz tego, że każdy inaczej rozumiał sanskrycki termin, to jeszcze pochodzili z różnych epok i różnych krain; zapewne ich ojczyste języki też mogły się różnić (pamiętajmy, że nie ma i nigdy nie było "jednego chińskiego"). Stąd na przykład nirwana bywa tłumaczona tak:
  • 涅槃 niè​pán
  • 泥洹 nìhuán
  • 涅槃那 niè​pánnà
  • 涅盤那 niè​pánnà
  • 泥盤那 nì​pánnà
  • 暱縛男 nìfùnán
  • 熄滅 xī​miè (wygaszenie)
  • 滅度 miè​dù (stłumienie zgryzot)
  • 寂滅 jì​miè (wyblaknięcie)
  • 無為 wú​wéi (taoistyczne (sic) niedziałanie)
  • 解脫 jiě​tuō (uwolnienie od doczesnych zmartwień)
  • 自在 zì​zai (uwolnienie)
  • 不生不滅 bù shēng bù miè (nieżycie-nieśmierć)
Widać, że część to tłumaczenia fonetyczne, których autorzy próbowali oddać brzmienie i dobrać odpowiednie znaki, a część to tłumaczenia, które próbują oddać znaczenie zapożyczonego słowa. Takich słów nawet w powyższym słowniczku jest dużo; aż dziw, że buddyści w ogóle potrafią się w tym połapać! Z drugiej strony, ciekawie byłoby zaobserwować, jak sposób przetłumaczenia dawnego terminu wpływał/wpływa na rozumienie całej doktryny i powstawanie kolejnych buddyjskich odłamów. To coś jak z kłótniami na temat ducha świętego w chrześcijaństwie...
Cóż to za dziwaczne brzmienie!
Niektóre tłumaczenia fonetyczne wydają się bardzo odległe od sanskryckiego pierwowzoru. Dzieje się tak nie tylko ze względu na specyfikę języka chińskiego (brak możliwości tworzenia nowych sylab, nieobecność niektórych brzmień itd.), ale również dlatego, że te słowa w dzisiejszej wymowie brzmią zupełnie inaczej niż brzmiały 2000 lat temu. Do takich wyrazów należą choćby joga 瑜伽/瑜珈, którą dziś się wymawia yú​jiā, a w starym chińskim mniej więcej "iiuka". To samo dotyczy mandali 曼陀羅 màn​tuó​luó - dwa ostatnie znaki kiedyś naprawdę czytało się "dala". Jeszcze inny powód może być taki, że niektóre sanskryckie słowa nie trafiły do chińskiego bezpośrednio, a poprzez język pali. Jeśli wiemy, że nirwana w pali to nibbana, nagle fonetyczne tłumaczenie 泥畔 nìpàn zaczyna być dużo lepiej zrozumiałe.
Zakradły się cichcem i wsiąkły!
Większość terminów pozostaje wyłącznie w użyciu buddystów, jednak istnieją też słowa, które tak mocno wsiąkły w język chiński, że istnieją nawet przysłowia/powiedzenia na nich oparte i są używane w mowie potocznej. Należą do nich na przykład:
  • 剎那 chànà moment
  • 蘋果 píngguǒ jabłko
  • 無常 wú​cháng nietrwałość, wraz ze sformułowaniami typu
  • 喜怒無常 xǐ​nù​wú​cháng humorzasty, kapryśny (radość i gniew nietrwałe) czy
  • 反覆無常 fǎn​fù​wú​cháng zmienny, niepewny, niestały (wciąż i wciąż nietrwały)
Jeśli kiedyś znajdę czas, chętnie zgłębię temat. A tymczasem polecam Wam lekturę uzupełniającą o chińskich zapożyczeniach z sanskrytu, a tutaj jest słownik chińskiej terminologii buddyjskiej wraz z sanskrytem i angielskim.
Tutaj zaś znajdziecie siostrzany wpis o zapożyczeniach z sanskrytu w japońszczyźnie.

2019-06-05

karonda มะม่วงหาวมะนาวโห่ 彩虹櫻桃

Zobaczyłam nieznane owoce. Oczywiście kupiłam. Całe szczęście tym razem były podpisane, i po angielsku, i po chińsku. Tyle, że po chińsku były podpisane jako wiśnie, a wiśniami na pewno nie były. Bardzo mocno trzymałam kciuki, by nazwa angielska była poprawna.
Była.
Karonda lub karanda to gorzko-kwaśny owoc, który w Tajlandii często podaje się na ostro - z dipem na bazie chilli i soli. Jego smak może być szokiem dla osób, które przygotowane są na słodki owoc, a dostają coś gorzko-kwaśnego, ale ja, jako koneserka gorzkiej przepękli i śliwca pierzastego oczywiście się tej goryczki nie przestraszyłam. Może nie będę jadła karondy garściami, ale do sałatki mogłabym dodać. Zwłaszcza, że ponoć owocki te są bardzo zdrowe - przede wszystkim pomagają palaczom oczyszczać organizm, ale niepalący też mogą sobie pomóc - owoce odświeżają oddech, pomagają przy chorobach wieńcowych i chorobach żołądka oraz wspomagają odporność. Są bogate w żelazo, witaminę C i A, a także wapń i fosfor. Od wieków znajdują zastosowanie w medycynie ajurwedycznej. Gdybym miała do nich swobodny dostęp, zapewne na wzór Tajów marynowałabym je na słodko albo robiła z nich soki czy też dodawała do gąszczów. Ponoć lecznicze zastosowanie mają wszystkie części rośliny Szkoda, że rosną raczej w bardzo ciepłym klimacie - Tajlandia, Indie, Sri Lanka, Bangladesz, Afganistan itd. Ponieważ są to rośliny łatwe w uprawie i mało wymagające, jeśli chodzi o glebę, a w dodatku silnie ukorzenione, często używa się ich tak, jak naszych jeżyn - przy nasypach i tego typu pagórkach, by "coś je trzymało".
Dopiero przeglądając wikipedię, zrozumiałam, skąd wiśnia w chińskiej nazwie. Otóż jedną z ich chińskich nazw jest bezpośrednie tłumaczenie nazwy owocu na Sri Lance: tęczowa wiśnia. Zwykła chińska nazwa to po prostu "kolczasty żółty owoc" 刺黄果.

2019-03-06

różne oblicza tuszu

Wybrałam się niedawno do Muzeum Sztuki, które mieści się w kunmińskim Pałacu Kultury... tfu, w dawnej siedzibie Muzeum Yunnańskiego. Kocham ten budynek, a wystawy okazały się być fascynujące. Dziś o pierwszej z nich: wystawa o tuszu. A dokładniej o tym, jak tusz - czyli tradycyjny chiński środek barwiący - przeniknął do malarstwa innych narodów i co z tego wynikło. W Chinach malarstwo tuszowe i kaligrafia są uważane za skarb narodowy; ciekawe, jak oni zareagowali na bardzo niestandardowe (z chińskiego punktu widzenia) wykorzystanie tego środka ekspresji twórczej. Mnie wiele z tych prac urzekło. Oczywiście, pojawiły się tu również prace Chińczyków.
Daleki szczyt nad zamglonym jeziorem, Xu Li 徐里, Chiny
Cynobrowy bambus tańczy ze szkarłatną orchideą, 郎森 Lang Sen, Chiny
Ptasia rodzina, Dina Chhan, Kambodża
Ryba i czapla, Zhou Jingxin 周京新, Chiny

Poranny szron nad szmaragdowym stawem, Zhang Lichen 张立辰, Chiny
Poetyczne drzewo, Aung Moe Nyo Htoo, Myanmar
Ukryta świątynia, Im Pesey, Kambodża
Wąska droga do nieba, Im Pesey, Kambodża
Życie na Pustyni Thar I, Syed Ali Abbas, Pakistan
Życie na Pustyni Thar II, Syed Ali Abbas, Pakistan
Rodzina, Tin Htay Aung, Mjanma
Razem, Prithvi Shrestha, Nepal
Nieśmiertelna, Sou-Kiman, Kambodża
Amor i Psyche, Sou-Kiman, Kambodża
Sierota, Rajat Subhra Bandopadhyay, Indie
Południe, Duan Huili 殷会利, Chiny
Jedność w różnorodności, Gi Ok Jeon, Korea
Ruch w czasoprzestrzeni, Gi Ok Jeon, Korea
Miłość, Jamal Ahmed, Bangladesz
Współistnienie 7, Choongkamkow, Malezja
Współistnienie 6, Choongkamkow, Malezja
Ostatni śnieg, Noriko Ambe, Japonia
Ostatni śnieg, Noriko Ambe, Japonia
Najbardziej zachwyciła mnie instalacja Noriko Ambe - papier-śnieg, a może wycięte zeń znaki-śnieg? A może te wycięte znaki tylko śnieg brudzą? Czy są nam one potrzebne?...
No i kambodżańscy tancerze, którzy wyglądają tak egzotycznie, a są Erosem i Psyche. Miłość (ta pustka wokół ptaków, tak znacząca!). Ludzie z Pustyni Thar... Długo się zachwycałam tymi obrazami i mam nadzieję, że Wam się też spodobają.

2017-12-15

Złote Koniuszki

Nie wiem, czy wiecie, ale właśnie dziś jest Międzynarodowy Dzień Herbaty.  Z tej okazji pierwszy od dawna wpis herbaciany. W dodatku - dziś będzie nie o herbacie chińskiej, a cejlońskiej, co jest o tyle sensowne, że tu raczej się z obchodami Dnia Herbaty nie spotkałam. Albo inaczej: tu codziennie jest dzień herbaty.
Od razu powiem: nie bardzo przepadam za cejlońską herbatą. W sprzedaży dostępne są przede wszystkim rozmaite mieszanki i mocno poniszczone w trakcie obróbki herbaty czarne. Dla chińskiej herbaciarki, która jakość herbaty ocenia przede wszystkim po wyglądzie i stanie liści, takie "zmiotki z podłogi" to żadna gratka. Zwłaszcza, że zazwyczaj nadają się tylko do jednokrotnego parzenia, albo... na prezent dla kogoś, kto takie herbaty lubi.
Z tym większym zdumieniem przywitałam królewski dar od jednej z Cioć, w dodatku całkiem nieherbacianej. W maleńkim pudełku znajdowała się perła wśród pereł - Złote Koniuszki, czyli najlepsza cejlońska biała herbata, rzadko spotykana, wytwarzana zaledwie na kilku plantacjach, a przez to okropnie droga. Składa się niemal wyłącznie z pokrytych białym puszkiem długich pędów; od białych herbat chińskich różni się lekko owocowo-miodowym aromatem. Akurat ta nasza pochodziła z Błękitnych Pól Herbacianych i mogę ją z ręką na sercu polecić każdemu herbaciarzowi.
Herbaty nie są tradycyjnym napojem Cejlończyków. Dopiero Brytyjczycy, gdy już ukradli sadzonki herbaciane Chińczykom, zaczęli obsadzać nimi tereny, nad którymi sprawowali kontrolę. Nie wiedzieli oni jednak, że z tych samych krzaczków herbacianych można stworzyć każdy rodzaj herbaty; umieli tylko wytwarzać czarną i taka właśnie była wytwarzana na Cejlonie. Zresztą - może nawet umieli wytwarzać inne, ale im nie smakowały? Nie od dziś wiadomo, że europejskim podniebieniom bardziej przypadła do gustu mocna czarna herbata, oczywiście posłodzona, niż delikatne herbaty zielone czy białe. Dopiero w ostatnich latach ludzie uczą się parzyć i pijać różne typy herbat... Ale odeszłam od naszego cejlońskiego złota.
Pochodzi ono z krzewów herbacianych rosnących na wysokościach między 2200 a 2500 m.n.p.m. Pędy na Złote Koniuszki zbiera się ponoć tylko raz do roku, oczywiście tylko ręcznie. Następnie, również ręcznie, leciutko się je roluje i pozostawia na słońcu, by zwiędły i wyschły.
Tak przygotowane liście możemy wielokrotnie parzyć w wodzie o temperaturze około 70-80 stopni. Ja oczywiście zaparzyłam ją na sposób chiński, w gaiwanie.
Wiele parzeń, miodowy kolor... To było bardzo miłe herbaciane popołudnie.
A z okazji Międzynarodowego Dnia Herbaty życzę Wam takich często!

2015-12-06

Podróż na wschód Azyi I

Dzisiejszy wpis zawdzięczacie Kayce, która przesłała mi wspaniałą lekturę na listopadowy, chłodny wieczór. Jest to dzienniczek Pawła księcia Sapiehy (swoją drogą, bardzo ciekawa postać), który w latach 1888-1889 wybrał się do - jak widać po tytule - Azji Wschodniej i przekazywał wrażenia z podróży. Całość możecie znaleźć na przykład tutaj, a tymczasem ja będę się z Wami dzielić tymi fragmentami, które mnie w jakiś sposób zaciekawiły. Dziś - początek podróży i wrażenia z Singapuru.

Biegeleben [...] chce mi ofiarować swój mundur dragoński, abym mógł w nim paradować przed rozmaitymi nabobami i kacykami syamskimi.[no tak, w Europie jest się królami, arystokracją i szlachtą, a w Azji można być co najwyżej nababami albo kacykami...]
*
Jutro więc raniutko mamy nareszcie stanąć w Bombaju. Niestety, tylko 2 czy 3 dni będziemy mieli na zwiedzenie; ja osobiście może już więcej tego kontynentu nie zobaczę, a to z powodu szalonego planu, który mi podano: jechać z ministrem naszym aż do Tokio, a potem albo na Pekin, Kiachtę, albo na Władywostok, Irkutsk, Jekaterynburg, Moskwę do domu wracać! Szalona ta podróż trwać ma dwa miesiące z czubem, ale ciekawa! Straszą mnie, że okropnie monotonna! Z Yokohamy, jak mi dziś mówił kapitan, ma być do portu w Tien-tsin 2 do 3 dni; potem się przesiada na statek chiński i nim płynie aż do Pekinu. [Z dzisiejszej perspektywy Tianjin to już prawie Pekin, wtedy się jeszcze trzeba było przesiadać na inny statek :D]
*
[...] a te biało i czerwono oturbanione Indyany czyhają tylko, by ci zprzed nosa porwać kosz z chlebem, sól, pieprz, cukier lub musztardę i zanieść swemu panu, na którego usługi tu jedynie są; są to prywatni «boy'e». Indyanina takiego płaci się 1 — 2 rupij dziennie. Za to musi się ubrać, pożywić i cały dzień być cieniem swego pana. Angliki miewają po 20 — 30 takich cieniów, do każdej czynności inny. Gubernator, urzędnicy wyżsi podobno po 100 — 200 takich sługusów utrzymują. Jestto konieczne, bo popierwsze samemu coś sobie robić nie wypada, i gorąco; a powtóre Indyanin taki od wylewania jednego gatunku naczyń, już drugiego, choćby najpodobniejszego, nie tknie się.[no tak, nie dość, że samemu nic robić nie wypada, to jeszcze gorąco... ;)]
*
Portugalczycy przez nieobserwowanie tej zasady absolutnego rozdziału między białym a kolorowym człowiekiem, wsiąkli w społeczeństwo indyjskie, utworzyła się rasa mieszańców, których stanowisko wobec krajowców naturalnie zupełnie jest odmienne. Anglicy nie chcą tego dopuścić. Biały, żeniący się z kobietą, jak tu mówią, «kolorową», ipso facto wychodzi z kasty białych, traci prawo do wyższych urzędów, nie przyjmują go u siebie biali, staje się w całem słowa znaczeniu un déclassé, bo od białych odepchnięty, między tamtymi z pewnością nigdy przyjętym nie zostanie.[Zawsze jestem ciekawa najbardziej, czy ci biali, którzy popełnili taki rasowy "mezalians" aby na pewno tego żałowali ;)]
*
[Cejlon] Ale wnet po przyjeździe, jakiż czarodziejski widok odsłonił się nagle przed nami! Nasz język, język ludu północ zamieszkującego, jest przecież za ubogi, by w nim wrażenia, zbierane w krajach podzwrotnikowych, opisywać. Choć, przepraszam, zbyt ogólnie się wyraziłem: to nie język temu winien, ale ten, co nim władać dostatecznie nie umie. Cóż ja biedny mam powiedzieć o tej wyspie, którą, niestety, na zawsze opuszczam? Chwalić, opisywać w tych razach, jest to rodzaj bluźnierstwa. To są rzeczy tak wspaniałe, że trzeba je widzieć własnem okiem, by dopiero mieć pojęcie o tem, ile nam północnym mieszkańcom potrzebaby czasu, by oko nasze przyzwyczaiło się patrzeć na te wspaniałości, by pamięć nasza potrafiła zachować choćby mgliste wspomnienie tych przepychów...[dobrze prawi, polać mu! Często nie potrafiłam właściwego dać rzeczy słowu. Ale to nie zawsze wina języka - częściej moja, bo niedouczonam...]
*
[Cejlon] Przed laty uprawiano tu kawę; na początku tego dziesięciolecia rzuciła się zaraza, owad jakiś dopomógł; dziś ani śladu kawy niema na całej wyspie, rzucono się więc do uprawy ryżu i herbaty. Udaje się to doskonale, herbata jednak tutejsza, jak i indyjska, znacznie się rożni od chińskiej, ma smak i aromat bardzo silny, korzenny, nieprzyjemny. [i tak zostało po dziś dzień. Dlatego Anglicy i Hindusi nie pijają herbaty czystej, naturalnej, tylko zawsze słodką z mlekiem - jakoś smak tego paskudztwa trzeba poprawić...]
*
[Półwysep Malajski] Zresztą jest ten półwysep do dziś niepodległym, wnętrze jego wcale prawie nieznane, a nawet rzadko zamieszkałe. Siedzą tu Malajczycy, rasa zbliżona raczej do semickich. Lud to ciemno - oliwkowo – bronzowy, dziki, zły, leniwy. [No tak. Ciekawe, jak to okupant zawsze potrafi sobie wytłumaczyć, że tylko pomaga tym złym, głupim, leniwym, dzikim etc. plemionom... Jeszcze ciekawsze, jak łatwo takie sądy uznane zostają za Prawdę]
*
Penang, to pierwsza na naszej drodze ku Wschodowi placówka chińska; powiedzmy dokładniej: to już dziś prawie wyłącznie chińskie miasto.[...] w barkach, dopływających pod statek, widzisz poważnie z parasolem siedzących kupców Chińczyków, w powozach jeżdżą Chińczycy, na poczcie i telegrafie urzędnik Chińczyk, w sklepie Chińczyk, w pałacach, pałacykach i willach — wszędzie już zbogaceni i bogacący się Chińczycy. Tutaj już obok nielicznych Europejczyków, zagarnęli handel i rzemiosła Chińczycy. Wyznaję, że z ciekawością i pewnym strachem przypatruję się tej rasie — boć ich narodem nazwać trudno [no pewnie, tylko w Europie bywają narody :P] — i stawiam sobie pytanie, czy się spełni proroctwo Hübnera i wielu innych, że oni to są przyszłymi władcami świata. Obok Hindusów, a nawet Malajczyków, Chińczycy ci na herkulesów patrzą. Tu wyłącznie imigrują Chińczycy czystej krwi, tj. mieszkańcy środkowych a głównie południowych prowincyj cesarstwa Niebieskiego. Kolor ich ciała niekoniecznie odpowiada utartej nazwie «ludzi żółtych»; często jest prawie biały, zwłaszcza u bogatszych, zresztą silnio opalony, z zakrojem oliwkowo - żółtawo - cynamonowym. Twarze brzydkie [sobie się przyjrzyj, gamoniu], choć nie takie karykaturalne, jak je sobie zwykle wyobrażamy. To co się widywało z Chińczyków w Europie, zupełnie zdaniem mojem nie daje wyobrażenia o ogóle. Co dotąd widziałem i widzę (mamy ich około 80-ciu na statku, robotników wracających już z zarobkowania kilkoletniego do ojczyzny), to typ rosły, barczysty, twarz podługowata raczej niż okrągła, oczy prawdziwe chińskim sztychem wycięte, nosy proste, dość długie i wyraziste, w profilu nie brzydkie, zprzodu trochę rozpłaszczone i perkate, włosy krucze, płeć niebrzydka, budowa często atletyczna. Bogaty Chińczyk, przyznaję, że bardzo brzydki i niesympatyczny, bo tłusty, twarz zwykle obrzękła, oczy sadłem zalane, o brzydkim, zwierzęcym wyrazie. [tłuści bogacze nie tylko w Chinach są brzydcy i nalani...]
Choć co prawda trudno bardzo ogólnikowo o Chińczykach mówić, boć ich jest 400 milionów — wieleż w tem typów i odcieni być musi? [wreszcie jakieś cokolwiek mądrzejsze zdanie!...] Między tymi niewieloma, których widzę, wieleż już różnorodnych typów? Spoglądają na Europejczyka śmiało, jeżeli nie bezczelnie i hardo; tu już ustały owe spojrzenia lękliwe, choć często skrycie nienawistne, ale zawsze pokorne, Egipcyan, Hindusów lub Singalejczyków — przypominające tak często spojrzenie sarny lub gazeli. Tutaj też zdaje mi się można na czas pewien pożegnać się z tem, co prawdziwe, według naszych pojęć, malownicze, klasyczne w liniach i układzie. Chińczyk nie ma ani w sobie, ani w otoczeniu nic malowniczego [nic dziwnego, skoro jest taki brzydki ;)]. Jego dom bogaty na zewnątrz, pełen tajemniczości, ale nie malowniczy — każdy dom wygląda na sklep, każdy sklep na dom prywatny. Grupa Hindusów lub Singalejczyków, kapłanów Buddy w żółtych togach, lub brahminów, a choćby fellachów, czy oni śpią, czy jedzą, czy rozmawiają lub marzą, ma zawsze w sobie coś poetycznego, będzie zawsze w liniach i układzie szlachetnie piękną. Tego o grupie ani Malajczyków, ani Chińczyków powiedzieć nie można; nawet Chińczyk, drzemiący na pokładzie, rozwalony na swojej rogóżce, nie umie być malowniczym — a proszę sobie przypomnieć owych Somalisów, co z nami jechali, w białych greckich togach: istne hebany adonisy! Tamto rasa wielkich panów, choć nagich — to rasa dorobkiewiczów [no przecież na Płw. Malajski nie emigrowała szlachta, tylko chamstwo, właśnie po to, żeby się dorobić...]. Pieniądz, za którym się przez generacye goni, wybija swe piętno nietylko na duszy, bardziej może jeszcze na ciele. A do jakiego stopnia u Chińczyka żądza pieniędzy dominuje, jak zasadniczym czynnikiem w jego życiu jest chciwość, służy mi za dowód, że od wyjazdu z Penang wszyscy na zabój grają. Kucharz chiński — którego każda kompania nawigacyjna utrzymuje osobno dla jadących każdorazowo Chińczyków, i który tem samem jest prowodyrem między nimi — kucharz ten otworzył natychmiast rodzaj rulety na pokładzie. Dzień cały i część nocy ruleta oblężona. Stawki sięgają do 25 dolarów (50 złr. w. a.). Często podobno się zdarza, że taki cooli przez kilkoletnią pracę uciuławszy jakiś kapitalik, który wiezie do domu, by tam z żoną i dziećmi żyć w spokoju, zostawi w rulecie okrętowej owoc długiej i ciężkiej pracy, i ledwie dotarłszy du brzegów ojczyzny, a często i przedtem, zawracać musi i nanowo tułacze rozpoczynać życie, by coś na stare lata zarobić [a to trafna obserwacja: Chińczycy to okropni hazardziści, a jak grają w karty czy w madżonga - to zawsze na pieniądze]. Mówią mi, że jeden z nich, zgrawszy się tak na statku, odebrał sobie życie. W to nie bardzo wierzę, boć wiadomo, jak Chińczyk dba o życie, a jeszcze bardziej dba o to, by złożyć głowę do wiecznego spoczynku na ziemi rodzinnej [w przeciwieństwie do wszystkich innych nacji, przepraszam, ras, które o życie wcale nie dbają ;)].
*
[Singapur][...]czekała nas jeszcze potyczka ze służbą chińską, która jest skądinąd wyborna, ale nietylko ani słówka po żadnemu nie umie, lecz nawet nazwiska swego pana przez Europejczyka wymówionego nie rozumie, bo mu nadaje nazwisko w swoim stylu, więc koniecznie jednozgłoskowe (mnie nazywano, jak się potem przekonałem, master Sa!)[mojego tatę nazywali Bai :D].
*
Odtąd, aż z powrotem do Bombayu, niewielu, może i żadnych nie będą mieli pasażerów austryackich, a zapewne tylko stado niezliczone Chińczyków, których nienawidzą, bo oni zapowietrzają statek na całe miesiące. Dziwną bo istotnie, zupełnie odrębną mają woń, po której Chińczyka między tysiącem poznaćby można; całe Chiny tak samo pachną.[a to ciekawe szalenie, bo przecież Chińczycy twierdzą, że to biali śmierdzą :D]
*
Nasi książęta syamscy obiadują zawsze z nami w towarzystwie tłumacza i sekretarza. Starszy z książąt, lat około 19 — 20 (wczoraj mu się przedstawiliśmy), wygląda wprawdzie na małpę, ale jest zupełnie cywilizowany.[sam wyglądasz na małpę!...]
*
Wogóle Chińczyk, choćby najuboższy, zupełnie inaczej Europejczyka, nawet tu, poza swym krajem, traktuje, niż np. Hindus. U tego uniżoność, pokora — Chińczyk tylko w potrzebie i to wielkiej umie być pokornym, zresztą jest sztywny i dumny. Dlaczego - bo też miałby być pokornym, kiedy przyparty do muru bez ogródki mówi, że rządu angielskiego się nie boi, ani go zbytnio słuchać nie myśli, bo za pieniądze zawsze sobie z nim poradzić można. Może przesadzone nieco to twierdzenie, coś prawdy jednak w tem jest. [A wolałby biały mieć do czynienia z pokornymi Obcymi niż z hardymi i bogatymi...]
*
Przy tym ostatnim obiedzie podano wszelkie możliwe i niemożliwe łakocie i przysmaki, na jakie się podrównikowe okolice tylko zdobyć mogą. Między innemi korzenie lotusu — nieświetne [po pierwsze nie korzenie, tylko kłącza, a po drugie pyszne - się nie znasz :P], biały łosoś i doskonały burian planta, niby najlepszy owoc na świecie — czosnkiem go tak czuć, że ani weź w usta [mnie się bardziej kojarzy z cebulą :D]; ale mangostiny pyszne [no ba! Smaczelina rządzi!]!

Przyjemność tę będę Wam dawkować powoli - w następnym odcinku wrażenia z Bangkoku :)