Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajlandia 泰國 ประเทศไทย. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajlandia 泰國 ประเทศไทย. Pokaż wszystkie posty

2026-07-19

madan มะดัน

Za granicą - obojętnie za którą: kraju, prowincji, czasem nawet miasta czy wręcz dzielnicy - uwielbiam odwiedzać nie tylko targi, ale również supermarkety oraz moje ukochane 7-11. Zawsze znajduje się w nich coś unikalnego, niespotykanego w innych miejscach, choć niby marka ta sama. Po pierwsze mogę tam znaleźć jedzenie, które jest mi całkowicie nieznane. Po drugie - i chyba nawet ważniejsze - w przeciwieństwie do tego na targowiskach, sklepowe jest zazwyczaj opisane, często kilkujęzycznie. Dzięki temu odkryłam madan - tajski owoc wyglądający jak skrzyżowanie śliwki z zielonym chilli. Odkryłam go w postaci piklowanej, odpestkowany, zapakowany w opakowanie próżniowe, jednak teraz już będę wiedzieć, że istnieje, więc na straganie też go nie przeoczę. Jest to kuzyn moich ukochanych mangostanek czyli smaczelin - one też należą do rodzaju Garcinia, tyle, że mangostany to Garcinia mangostana, a madan to Garcinia schomburgkiana
Madan jest rośliną wieloletnią, zimozieloną. Owoce są podłużne, zielone i bardzo kwaśne, bogate w witaminy C oraz A. Mogą być jedzone na surowo, chętnie maczane w papryce z solą, a także kiszone/marynowane, kandyzowane i suszone. Owoce są również wykorzystywane jako przyprawa w tajskich zupach i sosach. Młode pędy i liście są jadane jako warzywo. Roślina jest też używana jako zioło: owoc działa wykrztuśnie, łagodzi stany zapalne gardła, a korzenie i liście wzmacniają organizm. Więcej o owocku możecie się dowiedzieć tutaj:

2020-10-17

tajska sałatka z krewetek พล่ากุ้ง phla kung

Uwielbiam tajskie sałatki. Są wyraziste w smaku, często - bardzo pikantne, no i bardzo wiele z nich zawiera lubiany przeze mnie dodatek białkowy. Nie inaczej rzecz się ma z tym daniem. Jest doskonałym wyborem dla wielbicieli owoców morza i tajskiej kuchni. Na dobrą sprawę - krewetki można zastąpić innymi owocami morza, na przykład kalmarami czy przegrzebkami, ale ja najbardziej lubię tę podstawową wersję.

Składniki:
  • porcja krewetek średniej wielkości
  • pół szklanki słonej wody
  • chilli
  • pasta chilli
  • sos rybny
  • sok z limonki
  • cukier
  • pałeczka świeżej trawy cytrynowej
  • szalotka lub czerwona cebula, zielona cebulka - solidna łyżka
  • niedbale posiekana kolendra i mięta
  • czosnek
  • niecały litr wrzącej wody 
  • sałata/kapusta do przybrania talerza
Wykonanie:
  1. Krewetki obrać ze skorupek i rozciąć wzdłuż grzbietu, żeby wyciągnąć przewód pokarmowy. Namoczyć je dziesięć minut w słonej wodzie, a potem solidnie wypłukać i odsączyć.
  2. Wymieszać chilli z pastą chilli, sosem rybnym, sokiem z limonki i cukrem. Spróbuj - to będziesz wiedzieć, czego jest za mało. Powinna być mocno ostra, słodka, kwaśna - ale jeśli macie mniejszą tolerancję na pikantne przysmaki, po prostu dodajcie mniej chilli.
  3. Posiekać trawę cytrynową (sam dół należy odciąć, można też zdjąć kilka wierzchnich warstw). Wrzucić do miski wraz z posiekaną szalotką, cebulką, kolendrą, miętą i czosnkiem.
  4. Krewetki zblanszować we wrzątku (wystarczy około pół minuty-minuta) - do momentu, gdy zrobią się całe różowe*. Odsączyć i natychmiast wymieszać z sosem i zieleniną - dopóki krewetki są ciepłe, lepiej się do nich przylepią przyprawy.
  5. Oczywiście można sałatkę jeść od razu... ale jeszcze lepsza będzie za godzinkę-dwie, gdy się przegryzie. Najlepiej więc najpierw wymieszać wszystko w misce, a dopiero tuż przed podaniem ozdobić talerz sałatą czy kapustą.


Ponieważ nie zawsze mam dostęp do tajskich past chilli, czasem wzbogacam smak tak bardziej po kunmińsku. To znaczy: krewetki tuż po ugotowaniu, a jeszcze przed wymieszaniem z przyprawami, oblewam łyżką właśnie przygotowanego oleju chilli. Najprostszy olej chilli to kilka suszonych chilli wrzuconych na bardzo rozgrzaną łyżkę oleju. Gdy tylko zapachnie - można polewać krewetki i natychmiast dodać resztę przypraw. Przypalone chilli, które widać na zdjęciu, to właśnie chilli z oleju, którym przyprawiliśmy nasze krewetki. Nadaje potrawie wspaniały aromat

*Jeśli ktoś woli solidnie ugotowane, oczywiście można zrobić i takie. Albo je najpierw obsmażyć czy upiec. Pełna dowolność.

2019-11-23

heblowane lody 刨冰

Lepki upał Taipei. Nocny targ. Miłe zakupy, zawsze zakończone porcją lodów. Nie byle jakich, a takich, jakich jeszcze w życiu nie jadłam: wielkie bryły lodu nadziane na szpikulec podobny do tego, z jakiego u nas się odrzyna mięso kebabowe. Nożyki, które ścierają lód na szron, wprost do miski. Na wierzch owoce, rozmaite dodatki i porcja skondensowanego mleka. Ochłodzenie i podniebienna rozkosz.
Lody heblowane 刨冰 bàobīng albo po hokkieńsku tarte 礤冰 tsuabing to lody w wersji azjatyckiej, szalenie popularne w miejscach gorących. W Chinach są ponoć znane od VII wieku naszej ery. Światu zachodniemu stały się lepiej znane w 1972 roku, gdy prezydent Nixon przyjechał do Pekinu, a heblowane lody zostały podane podczas uroczystej kolacji z Mao Zedongiem i Zhou Enlaiem.
Dodatki do heblowanego lodu są rozmaite. Teraz to już dla mnie normalka, ale gdy po raz pierwszy byłam na Tajwanie, z przerażeniem patrzyłam na lody obsypane fasolką azuki czy mung. Mniejszą konsternację budziły kandyzowane owoce, pokrojone w galaretkę galaretki owocowe czy tapiokowe perełki albo wręcz tangyuany, zazwyczaj te malutkie, bez nadzienia, białe lub czerwone. Jednak ja najbardziej lubiłam po prostu owoce, z mango na czele, ewentualnie z posypką z prażonych fistaszków. Te z obrzydliwie słodkimi polewami i sokami zostawiałam zawsze Tajwańczykom, którzy wydawali się za nimi przepadać. Odmawiam także uznania kukurydzy, taro i batatów za "owoce", którymi można dosmaczać lody.
I proszę! Tyle lat później krew z mojej krwi, kość z mojej kości również szaleje na punkcie heblowanych lodów! Nie na Tajwanie, nie w Kunmingu nawet, a w Tajlandii. Bo oczywiście heblowane lody rozprzestrzeniły się w całej Azji, z Tajlandią, Wietnamem i Malezją na czele. Japończycy twierdzą, że to oni wymyślili... ale wszyscy wiemy, że kuchnia japońska to mizerna reprodukcja chińskiej, prawda?.. W kwestii heblowanych lodów lubię tylko rdzennie japońską wersję z matchą.
A Tajfuniątko wybrało oczywiście mango:

2019-11-17

T&K Seafood

Mówiłam, że jeszcze się wybiorę do bangkockiego Chinatown, prawda? No to się wybrałam. Miała być piękna wycieczka - zarezerwowałam sobie na nią całe popołudnie! - ale gdy tylko wsiedliśmy do taksówki, lunął deszcz. Było takie urwanie chmury, że ulice pozmieniały się w potoki. Bangkok zakorkowany, strugi deszczu takie, że już podczas wysiadania z taksówki zmokłam od stóp do głów. No i wycieczka zamieniła się w zwykłe obżarstwo w naszej ulubionej knajpie.
Dwa sosy: z czerwonego chilli oraz z zielonego chilli z trawą cytrynową i czosnkiem.
widzicie, jak się leje strumieniami?...
Dla ZB ostrygi...
...dla mnie przegrzebki z czosnkiem...
...a dla Tajfuniątka ryba na parze :)
langusta pieczona z masełkiem i czosnkiem
mój ukochany omlet - potrawa obowiązkowa!
Nie. Biorąc pod uwagę obfitość dań i ich fantastyczny smak, wycieczka zmieniła się w obżarstwo całkiem wyjątkowe, nawet jak na nas! :D

2019-11-16

omlet po tajsku ไข่เจียว

Jeśli chcecie zabłysnąć jakąś tajską potrawą, nie zaczynajcie od zupy tom yam czy innych skomplikowanych sałatek z pomelo. Zróbcie omlet. Najłatwiej powiedzieć, że to omlet taki jak każdy, ale że zamiast soli dodajemy sosu rybnego. Niby prawda, ale jednak żeby to był "prawdziwy" tajski omlet, trzeba się trochę postarać. Smaży się go bowiem w głębokim tłuszczu, a podaje na ryżu i często doprawia ostrym sosem chilli. Czyli po takim omlecie nie powinniście być głodni.

Składniki:
  • 2 duże jajka
  • pół łyżeczki soku z limonki
  • łyżeczka sosu rybnego
  • łyżka wody
  • łyżka mąki kukurydzianej albo ziemniaczanej
  • sporo oleju
Wykonanie:
  1. Roztrzepać jajka z sokiem z limonki, sosem rybnym, wodą i mąką, aż będą się pienić.
  2. Rozgrzać olej w woku, aż zacznie lekko dymić.
  3. Wlać masę jajeczną do woka jednym ruchem, dbając o to, by to zrobić z dość dużej wysokości.
  4. Masa jajeczna natychmiast "urośnie"; po pół minuty trzeba odwrócić omlet, a po następnej pół minucie można już zgasić ogień, odsączyć omlet i podawać.

2019-11-02

Tom kha kai ต้มข่าไก่ tajska zupa kokosowa

Jadłam już wiele wersji tej zupy. Były różne dodatki, rozmaite stopnie ostrości, ale jedno jest niezmienne: jest to jedna z najlepszych zup świata.
Ja najbardziej lubię tę bodaj najbardziej tradycyjną, z piersią kurczaka pokrojoną w cieniusieńkie plasterki i z nieprawdopodobną ilością galangalu. Gdy nie można dostać galangalu, używam imbiru, najlepiej młodego. Zupa jest banalnie prosta; ważne jest tylko, żeby nie bać się dużej ilości przypraw.

Składniki:
  • trawa cytrynowa - kilka źdźbeł świeżej albo łyżka suszonej
  • galangal - kawałek wielkości palca
  • kilka liści kaffiru albo skórka limonki (tylko ta zielona, bez białej)
  • chili świeże do smaku
  • litr bulionu drobiowego
  • mleko kokosowe - co najmniej szklanka, najwyżej litr
  • pierś kurczaka
  • pieczarki - dwa razy mniej niż kurczaka, pokrojone w grube plastry
  • sok z limonki do smaku
  • sos rybny do smaku
  • świeża kolendra do przybrania
Wykonanie:
  1. Trawę cytrynową zmiażdżyć/połamać; galangal/imbir obrać i zmiażdżyć płazem tasaka, liście kaffiru połamać, chilli można posiekać albo zostawić w całości.
  2. Wrzucić przyprawy do bulionu i zagotować. Jeśli boicie się ostrości chilli, poczekajcie z dodaniem go aż do momentu, gdy będziecie dodawać mleko kokosowe.
  3. Do gotującego się bulionu wrzucić pokrojonego w cieniusieńkie plasterki kurczaka i plastry pieczarek.
  4. Gotować kilka minut i dodać mleko kokosowe. Doprawić sosem rybnym i sokiem z limonki.
  5. Zagotować i podać, przybierając gałązkami świeżej kolendry.
Najlepsze w tej zupie jest jednak to, że jest cudowną bazą dla rozmaitych zup o różnych składnikach. Ponieważ Tajfuniątko nie jada jeszcze grzybów, zamiast pieczarek można dorzucić na przykład marchewkę, cukinię czy bakłażana. Jeśli zupa ma być w wersji dla dziecka, można wyrzucić chilli i zostawić delikatną - ale nie mdłą! - zupę kokosową z milionem lubianych przez dziecko składników. Tajfuniątko uwielbia takie rosołki; zalewa nimi ryż bądź makaron i zajada aż się uszy trzęsą.
wersja dziecięca: bez chilli, za to z cebulą, cukinią, marchewką i groszkiem, położone na ryżu (ryż skąpany w tej zupie jest rewelacyjny!)
wersja dziecięca nr 2: z ziemniakami, krótko obgotowaną, chrupiącą dynią, a także groszkiem (oczywiście) i pomidorami.

2019-10-20

jaszczurki

Uwielbiam łazić po torach kolejowych i patrzeć, dokąd mnie one zaprowadzą. W każdym kraju, ba, w każdym mieście i w każdej dzielnicy okolice torów wyglądają inaczej. Idąc torami czuję się, jakbym widziała dane miejsce od kuchni, w sekrecie, zupełnie nieoficjalnie.
Dlatego mijam stację Makkasan, mijam targ, mijam skrzyżowanie i wchodzę na zarośnięte tory. Tyły niewielkich, biednych budyneczków otoczone są przydasiami - oponami, garnkami, miotłami. Idę dalej. Otwarte okna, ciekawskie twarze dzieci. Otwarte drzwi - czy to jeszcze tył domu, czy już front, skoro tu właśnie toczy się życie? Babcia praży chilli w wielkim woku na palniku, który stoi z dala od domu, po drugiej stronie torów. Przecież zapach chilli jest tak mocny, że oczy łzawią. Nie ma sensu go prażyć w kuchni i zasmradzać dom, skoro można na wolnym powietrzu. Obok wnuczka, wymalowana thanaką. Czy to naturalizowane Birmanki? Trudno powiedzieć, język tajski jest mi tak samo obcy, jak birmański. Uśmiechają się do nas, babcia czyni zapraszający gest. Przygotowują posiłek i chętnie się podzielą z obcymi. Nasz wzrok jednak przykuwają ogromne jaszczurki, które najwyraźniej czują się tu jak w domu. Babcia śmieje się z nas, że robimy zdjęcia takim pospolitym stworzeniom. Gdy gestem pytam, czy mogę im zrobić zdjęcie, uśmiecha się do nas i pozuje. Nie, nie zjemy z wami lunchu; po takiej ilości chilli pewnie umarłabym w męczarniach, a poza tym ZB nie czułby się tam komfortowo. Ja to co innego - setki razy jadałam posiłki z obcymi, jako gość i jako zapraszająca. Wiem, że to fajne przeżycie. Cóż, na takie zabawy trzeba będzie poczekać, aż znów będę sama jeździć na wakacje. Może na emeryturze?...
a Tajfuniątko się wcale nie boi...
Taka ot migawka z podróży. Ale... Gdybyście mnie zapytali, dlaczego warto podróżować, odpowiedziałabym: właśnie dlatego.

2019-10-13

targ przy stacji Makkasan

Tuż koło wejścia na stację Makkasan znajduje się targ. Nie wielkie targowisko typu Chatuchak, a raczej targunio zaspokajające podstawowe potrzeby spożywcze Tajów mieszkających w pobliżu.
świeża trawa cytrynowa za grosze. Kupiłam, przywiozłam do Kunmingu, zamroziłam. Rewelacyjna!
są i przekąski. Nieekologiczne, pakowane w plastik i ekologiczne - w liściach bananowca i w pandanie
moje ukochane tajskie bakłażanki
ZB kupił również kilka rodzajów chilli (tak, tych yunnańskich mu za mało...)
pomelo sprzedawane od razu z maczajką: solą z cukrem i chilli.
Owoc w wężowej skórze czyli oszpilna jadalna
smaczeliny, rambutany, do wyboru do koloru. Tajfuniątko najbardziej kocha rambutany, może ich spożyć dowolną ilość...
parkia wspaniała zaiste wspaniała!
Zawsze idę na targ i żałuję, że nie mam kuchni. A potem stukam się w głowę, bo przecież najbardziej lubię w Tajlandii się żywić na mieście. A potem stwierdzam, że byłoby świetnie nie tyle mieć kuchnię, co móc buszować bezkarnie po czyjejś kuchni i uczyć się od Tajów, co z czym do czego i jak - bo przecież ja nie mam pojęcia, co to za warzywa i jak je najsensowniej przyrządzić...

2019-10-06

Stacja Makkasan

Nasz "brak zwiedzania" zaprowadził nas do zabytkowej stacji kolejowej Makkasan. Nie mówię o stacji szybkiej kolei lotniskowej Makkasan, znajdującej się, co ciekawe, w zupełnie innym miejscu. Nasza stacja znajduje się jeden przystanek szybkiej kolei dalej, przy Ratchathewi. Jadąc szybką kolejką, można sobie nasz dworzec zobaczyć z góry. My właśnie tak go ujrzeliśmy i postanowiliśmy go odwiedzić. Jak przystało na zabytek, jest maleńki i urokliwy. Otwarto go w styczniu 1908 roku, ale historia kolei w tym miejscu sięga roku 1897, kiedy to otwarto tu Zajezdnię Makkasan. Zajezdnię niestety zniszczono w czasie II WŚ, ale została odbudowana i służy obecnie za "szpital dla pociągów" - niestety, w przeciwieństwie do dworca, nie jest otwarta dla zwiedzających.
Dokąd można stąd pojechać? Na przykład do Aranyaprathet, na granicę z Kambodżą. Do odległej o 120 kilometrów prowincji Prachinburi, słynnej z dwóch parków narodowych. Do regionu Sattahip, słynnego z przepięknych wysp... należących do Tajskiej Marynarki Wojennej. Do Prachinburi, które warto byłoby odwiedzić. Do targowiska Hua Takhe. Och, z tej stacji mam ochotę pojechać wszędzie!