Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pekin 北京. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pekin 北京. Pokaż wszystkie posty

2026-04-21

Her Lotus Year

Nigdy nie interesowała mnie historia brytyjskiej rodziny królewskiej. Byłam za mała, kiedy wszyscy żyli tym, co powiedziała, co zrobiła i jak wyglądała księżna Diana, ale gdy już dorosłam, temat nadal nie wzbudzał mojej ciekawości. Ze względu na fiksację Azją jedynymi interesującymi mnie tematami są byłe brytyjskie kolonie w Azji, azjatyccy imigranci na Wyspach Brytyjskich i ich wpływ na rozwój miejsca, a także wizyta Królowej w Kunmingu. Obejrzałam wprawdzie z wielką przyjemnością znakomity film Jak zostać królem, jednak nawet nie zapamiętałam nazwiska kobiety odpowiedzialnej za abdykację Edwarda VIII. Po cóż zresztą miałabym je pamiętać? 
Właściwie nie wiem, dlaczego sięgnęłam po Her Lotus Year, książkę próbującą zrekonstruować rok, który owa kobieta, Wallis Simpson, spędziła w młodości w Chinach. Gdybym czytała ją na papierze, pewnie głównie skupiłabym się na zdjęciach. Czytałam w telefonie, bez zdjęć, głównie w środkach lokomocji, więc zajęło mi to okropnie dużo czasu. Przeczytawszy całość bardzo dokładnie, muszę przyznać, że dawno żadna lektura nie wpłynęła tak mocno na moją wyobraźnię. Nie wiem, jak dużo czasu Paul French spędził na kwerendzie, ale mamy tu absolutnie rewelacyjne pokazanie miejsc, w których Wallis była i odwzorowanie realiów w tamtych czasach. A były to przecież czasy zupełnie niezwykłe - Republika, warlordzi, Europejczycy łudzący się, że to stulecie też będzie do nich należało... Czytałam z wypiekami na twarzy. 
I teraz łyżka dziegciu: najmniej w tym wszystkim interesowała mnie właśnie Wallis. Hipotezy stworzone przez autora ani mnie ziębiły, ani grzały. Jej losy stały się dla mnie tylko pretekstem do pokazania paru miejsc w Chinach tamtych czasów. I to właśnie jest najcudowniejsza część tej książki - wraz z ewentualną listą lektur dodatkowych, stworzoną na podstawie bardzo bogatej bibliografii.
Książkę zdecydowanie polecam. Nie dla Wallis, choć o niej też można się sporo dowiedzieć, a dla Chin czasów Republiki, cudnie opisanych i jak żywo stających przed oczami.

2021-10-25

zupa pryszczowa 疙瘩汤

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Nie brzmi apetycznie, wiem. Ale tu nie chodzi (całe szczęście!) o prawdziwe pryszcze, a o kluseczki z ciasta pszennego, które stanowią najważniejszy element tej zupy. Co może zresztą prowadzić do zabawnych nieporozumień, ale o tym za chwilę. Mamy więc kluseczki, "pryszcze" w zupie. Jakiej? Jaka podleci. Wodzionka, wywar na żeberkach czy innych kościach, rosół, pomidorówka, a nawet rybna. Dawniej w północnych Chinach była nieodłączną częścią kolacji albo wręcz synonimem kolacji - to już zależało głównie od stopnia zamożności domu. Kluski, żeby się najeść plus zupa, żeby się rozgrzać, a jak się dobrze uda, to też mięso i warzywa, żeby było smaczne i pożywne. Dopiero później weszła na salony, czyli do restauracji z północnym jedzeniem - na południu się takiej nie uświadczy. Jednak w wersjach restauracyjnych oczywiście nie jest już bieda-zupą na gwoździu, a atrakcyjnym, mięsno-warzywnym wywarem o wyrazistym smaku. Pewnie każda restauracja podaje odmienną wersję... i właśnie stąd te nieporozumienia. Otóż ja na przykład dawniej znałam zupę pryszczową jako coś zbliżonego do polskiej pomidorówki z lanym ciastem - taką mnie karmili koledzy z Shandongu. Ponieważ wszystkim moim polskim gościom, tęskniącym za rodzimą kuchnią, bardzo ta zupa smakowała, zaprowadziłam raz w Pekinie czwórkę Polaków do nieznanej mi wcześniej knajpy z lokalną kuchnią, ponieważ reklamowała się, że ma pryszczówkę. Miała. Klusek było, owszem, sporo, ale pływały one we wrzątku mocno doprawionym pieprzem... 

Dlatego warto dopytać - na mięsie czy wege, co jest dodane, jaki jest jej główny składnik i tak dalej. Albo po prostu zrobić ją w domu bo to przecież żadna sztuka.

Składniki:

  • Wieprzowina w paseczkach albo np. porcja rosołowa czy też żeberka - w zależności od tego, czy mamy czas długo gotować, czy nam się spieszy. W wersji wege wystarczy pominąć.
  • Dodatek umami: pokrojone w paseczki grzyby albo pomidory, albo jedno i drugie. 
  • 300 g mąki pszennej + ok. 130 ml zimnej wody
  • zielona cebulka
  • rozkłócone jajko

Wykonanie:

  1. Ugotować wywar albo - jeśli korzystamy z samego mięsa w paseczkach, obsmażyć je najpierw.
  2. Obsmażyć pokrojone w paseczki grzyby lub/i pomidory i dodać je do wywaru albo obsmażać je po prostu w tym samym woku, w którym smażyliśmy mięso. Jeśli jest to ta druga opcja, po obsmażeniu należy dolać tyle wody, ile zupy chcemy otrzymać (ja zazwyczaj mierzę ilość miseczkami, w których będziemy jeść).
  3. Zagotować i doprawić solą oraz pieprzem.
  4. W międzyczasie mąkę połączyć z wodą. Mieszać pałeczkami, aż zrobić się kostropate ciasto, takie wałeczki, jakie zostają na rękach po zagniataniu ciasta. No, pryszcze. Woda powinna być chłodna, nie może jej być za dużo i trzeba ją wlewać powoli, cały czas mieszając - dzięki temu pryszcze będą malutkie i się szybko ugotują. Jeśli zrobią się zbyt duże, to będą się rozlatywać na zewnątrz, podczas, gdy środek będzie jeszcze surowy. Tymczasem złotą zasadą zupy pryszczowej jest to, żeby pryszcze ugotować szybko, żeby zupa się nie zrobiła od nich sztywna i brzydka w kolorze.
  5. Pryszcze wrzucić na gotującą się zupę i gotować je, aż przestaną być surowe - najwyżej kilka minut - ciągle mieszając.
  6. Powoli wlać na gotującą się zupę po pałeczkach rozkłócone jajko. Powinno od razu się ściąć.
  7. Na sam koniec dorzucić drobno posiekaną zieloną cebulkę. Zupa gotowa.

Wszystkiego najlepszego z okazji światowego dnia makaronu!

Tutaj poczytacie o ramenie.

2020-03-05

Księżycowy Królik 月兔

Dzisiejszy wpis powstał w ramach współpracy z japonia-info.pl, czyli pod egidą Unii Azjatyckiej.

Księżycowy Królik względnie Nefrytowy Zając 玉兔 a także Złota Trusia 金兔 (i wszystkie pośrednie wersje) to - na pewno się nie zdziwicie - Królik, który mieszka na Księżycu. Dowolność w tłumaczeniu wynika z tego, że 兔 tù to wprawdzie zazwyczaj królik, ale zając to po prostu "dziki królik" 野兔 yě​tù, więc w sumie co za różnica? Zwłaszcza, że rodzina zającowatych zwie się po prostu 兔科. W dodatku - informacje o kłapouchym stworzeniu zamieszkującym księżyc pojawiły się w księgach znacznie wcześniej niż króliki na ziemiach chińskich...
Nasz Księżycowy Królik zazwyczaj siedzi w Księżycowym Pałacu z moździerzem i tłuczkiem, by pomóc pięknej bogini Chang'e wyrabiać eliksir nieśmiertelności i inne medykamenty. Ech, takie już nasze szczęście - japońskie i koreańskie króliki wyrabiają pyszne mochi, a nasz się zajmuje lekarstwami... Poza Chang'e i Królikiem, dawniej na Ksieżycu mieszkała też ropucha 蟾蜍, ale chyba się wyniosła, bo wspominają o niej tylko najdawniejsze przekazy. Często w literaturze nazywało się księżyc Ropuchotrusią 蟾兔. Nie wierzycie?
三五明月满,
3-5 - księżyc jasny i pełny,
四五蟾兔缺。
4-5 - Ropuchotrusia uszczknięta*.
/wyjątek z siedemnastego z "Dziewiętnastu Starych Poematów"/

Inne warianty to po prostu Biały Królik a nawet sam Królik - nie należy się więc dziwić "blaskowi królika", który oświetla srebrem piękny krajobraz i tego typu sformułowaniom.
Skąd jednak się ten Królik tam w ogóle wziął? Jedna z legend, zaczerpnięta wprost z buddyjskich dźatak, opowiada o tym, jak różne zwierzęta miały praktykować dobroczynność w trakcie dni uposatha, czyli (upraszczając) w trakcie pełni księżyca. Gdy staruszek pukał do drzwi ich domostw, dawały mu jałmużnę - taką, jaką potrafiły zebrać i upolować - a w jednym wypadku nawet ukraść (oj, nie odbiło się to dobrze na jego karmie...). Gdy jednak podszedł do królika, ten nie potrafił dla niego zebrać żadnego pożywienia odpowiedniego dla ludzi, bo przecież królik sam jada trawę. Postanowił więc się poświęcić i rzucić w ogień, by staruszek mógł go zjeść. Nie spłonął jednak i nie wylądował na półmisku. Okazało się, że struszek-żebrak tak naprawdę jest Śakrą, władcą nieba. Poruszony dobrocią królika zabrał go na Księżyc, by wszyscy mogli zobaczyć, jaki jest on wspaniały.
Tutaj możecie posłuchać tej pięknej dźataki:

a tutaj innych, równie ciekawych.
W Chinach legenda o Księżycowym Króliku jest związana ze Świętem Środka Jesieni, czyli ze świętem służącym patrzeniu na księżyc i jedzeniu ciasteczek księżycowych. Skojarzenie królika z księżycem jest tak silne, że w czasie pierwszej wyprawy na księżyc Chińczycy pytali, czy Amerykanie przypadkiem nie znaleźli na księżycu futrzaka wraz z piękną Chang'e:
Houston: Among the large headlines concerning Apollo this morning, is one asking that you watch for a lovely girl with a big rabbit. An ancient legend says a beautiful Chinese girl called Chang-O has been living there for 4,000 years. It seems she was banished to the Moon because she stole the pill of immortality from her husband. You might also look for her companion, a large Chinese rabbit, who is easy to spot since he is always standing on his hind feet in the shade of a cinnamon tree. The name of the rabbit is not reported.
Michael Collins: Okay. We'll keep a close eye out for the bunny girl.
Chiński łazik z misji Chang’e 3 (misja odnalezienia Bogini Księżyca?), przeznaczony do przemieszczania się po powierzchni Księżyca został nazwany właśnie Nefrytowym Królikiem Yutu. Z Księżycowym Królikiem walczy Sun Wukong w Wędrówce na Zachód. Generalnie - gdzie mógł, tam się wcisnął. Podejrzewam jednak, że nawet najzagorzalsi fani Księżycowego Królika nie mogli podejrzewać, że zostanie on... bogiem.
źródło
Tu'er Ye 兔儿爷 - Zajęczy Pan czy też Zajęczy Bóg to bóstwo z wierzeń ludowych mieszkańców Pekinu. Od swego pierwowzoru różni się atrybutem: ten pierwszy miał tylko moździerz, ten drugi jeździ konno, tygryśno (na powyższym zdjęciu), jelenno lub smoczno. Zaczęto go czcić jakoś na początku XX wieku i choć potem kult zamarł, na początku XXI wieku zaczął się odradzać. Tu też mam dla Was piękną legendę:
Pewnego roku na Pekin spadła zaraza. Niemal w każdym domu ktoś chorował, nie pomagały żadne lekarstwa. Gdy usłyszała o tym piękna Chang'e, mieszkająca w Księżycowym Pałacu, bardzo się zasmuciła. Dlatego też wysłała Negrytowego Królika, by zszedł na ziemię leczyć ludzi. Królik zmienił się w młodą dziewczynę i zaczął chodzić od domu do domu, skutecznie lecząc chorych. Chcieli mu płacić - dziewczę jednak jako jedyną zapłatę przyjmowało ubrania. Dlatego też w każdym domu pojawiała się inaczej ubrana - raz jak handlarka, raz jak uczony, raz jak wróżbita... Tak, tak - były to przebrania zarówno męskie, jak i żeńskie. Gdy całe miasto było już wyleczone, królik wrócił do Księżycowego Pałacu, na zawsze jednak pozostając w sercach pekińczyków, którzy zaczęli tworzyć figurki z jego podobizną. Ponieważ jednak każdy widział królika w odrobinę innym wcieleniu, również figurki są bardzo urozmaicone, zarówno jeśli chodzi o wierzchowca, jak i jeśli chodzi o jego płeć i ubranie. Na równi z Tu'er Ye jest więc czczona Tu'er Nainai 兔儿奶奶 czyli Zajęcza Pani. Uroczystości ku czci tego bóstwa dołączyły do innych związanych z Księżycowym Królikiem - czyli odbywają się w Święto Środka Jesieni, święto bodaj najsilniej związane z Księżycem.
Może gdybyśmy się solidnie pomodlili, Zajęczy Bóg pomógłby nam poradzić sobie z koronawirusem?...

Jeśli chcecie poczytać o niesamowitych japońskich królikach, zapraszam tutaj.
*warto wiedzieć, że te cyfry to po prostu stare oznaczenia: 3-5 oznaczało piętnasty dzień miesiąca księżycowego, czyli pełnię, a 4-5 to był dwudziesty dzień miesiąca księżycowego.

2016-01-31

Podróż na wschód Azyi VIII

Sapieha wrócił do Chin, tym razem zwiedza Północ.

Oszustwo i złodziejstwo Chińczyków przechodzą rzeczywiście wszelkie granice przyzwoitości! Opędzić się formalnie nie można od czyhających, jak szakale, na gratkę złodziei; pieniędzy wprost nie kradną, można na stole wszystko zostawić; ale przy każdej bułce, każdym kawałku chleba,
każdej świecy, którą się spala, wszyscy koło gościa wiszący słudzy i boye ciągną swe zyski, co squisem tu zowią, a ciągną zyski te z niepojętą doprawdy bezczelnością. [teraz turyści płacą takie samo frycowe, ale w dodatku niczego na stole zostawić nie można :D]
*
Jednomyślnie, wszyscy tu rezydujący odmawiają np. Chińczykom wszelkich własności charakteru, któreby pod miano c n o t y dały się podsumować! Ks. Favier tak się wyraża o nich: alfą i omegą każdej myśli, słowa i uczynku Chińczyka jest: egoizm i bezgraniczna pycha. Jeżeli Chińczyk okazuje rzekomo przywiązanie do swych dzieci lub rodziców, to powodem li tylko egoizm, boć i on kiedyś będzie starym, będzie pomocy dzieci potrzebował, więc kaptuje zawczasu dzieci. Przytem będąc niesłychanie zabobonnym, boi się, by złe obchodzenie się z ojcem lub matką nieszczęścia na dom jego nie sprowadziło.
Okrucieństwo Chińczyka przechodzi wszelkie wyobrażenie. W czasie egzekucyi setki tysięcy ludu przychodzi paść oczy mękami egzekwowanego! [Ach, ci źli Chińczycy! No i egzekucje - w Europie, broń Boże, cywilizowani ludzie nie chodzili na rynek, żeby oglądać palenie i wieszanie, a skąd!]
*
Favier nigdy inaczej o Chinach się nie wyraża, jak, że to »królestwo szatana«. Istotnie zdaje się, że ma racyę; studyując historyę, rzeczywiście przychodzi się do przekonania, że nigdzie tak powolnych katolicyzm nie czynił postępów, jak właśnie w Chinach; ilekroć się zaś wzmógł, tyle razy całe piekło jakby wypadało na ziemię, i burzyło, paliło i bezcześciło sługi Chrystusowe. Wielkiej zaiste łaski Bożej, wielkiego zaparcia się siebie, jakiejże cierpliwości potrzeba, by w takim kraju żyć jako misyonarz, bez żadnych wygód, ba, często całe miesiące i lata wśród brudu i smrodu chińskiego chłopa, tylko o chińskiej strawie. [Nie bardzo wierzę, by smród chińskiego chłopa był gorszy niż smród polskiego. A już jeśli chodzi o strawę - zdecydowanie przedkładam chińskie potrawy biedoty nad biedny polski groch z kapustą. Inna rzecz, że w Chinach Północnych było pod tym względem oczywiście gorzej niż na moim ukochanym południu :)]
*
Na przeciwległych wzgórzach pomiędzy drzewami po chwili widnieje już letni pałac. Droga nasza ciągle do niego nas zbliża. Płakać się istotnie chce. Raz, że to takie wszystko poniszczone, powtóre, że go widzieć nie można. Pagody, wieże, zdala wśród zieloności ogrodów cesarskich widoczne, pojedyńcze pawilony rozrzucone tu i ówdzie po wzgórzach. Przejeżdżamy koło głównego wejścia: rozległe szopy, potężne kloce drzewa częścią z Ameryki, częścią z południa Chin sprowadzonego, setki robotników, robota gorączkowa: pałac letni restaurują. Przed głównem wejściem owe przepyszne dwa lwy bronzowe, z liczby niewielu pozostałości po tej wspaniałej rezydencyi, zniszczonej najprzód przez Anglików i Francuzów w 1860 r. — doniszczonej przez Globtrotterów, którzy łamali, psuli co było można, by »zabrać pamiątki« — dalej przez pospólstwo chińskie, bezpośrednio po opuszczeniu pałacu przez wojska  sprzymierzonych — wreszcie przez rozmaitych wiernych poddanych Jego cesarskiej chińskiej Mości, którzy zabudowań pałacu używali za kamieniołomy. Dziś pałac dla Chińczyków i białych zarówno zamknięty; mowy nawet być nie może o zwiedzeniu go.[dziś Pałac Letni można zwiedzać - ponoć jest to piękny park. A choć budowle nieautentyczne, i tak robi wrażenie. O skradzionych i wywiezionych dobrach starają się Chińczycy nie pamiętać.]
*
[...] patrząc pewnie już po raz ostatni na Pekin — mimowoli żal mi się zrobiło za nim, za wszystkiem co się z nim kończyło; jednej tylko części Pekinu najmniej żałowałem, to rezydencyi dyplomatów europejskich. Chciałem poświęcić krótką notatkę t. zw. ciału dyplomatycznemu w Pekinie — koniec końców nie warto; wszystko to, z dwoma może wyjątkami, tak podrzędne umysłowo figury... I nie może być inaczej. Wielki błąd popełniają niektóre rządy, zostawiając swoich reprezentantów długiemi latami lub przez całe życie w Chinach. Zgubne to pociąga za sobą skutki; skwaśnienie, stetryczenie, znudzenie bezgraniczne — bo też ciasno tu i nudno okropnie po dłuższym pobycie. [pozostawię bez komentarza opis dyplomatów w Pekinie :D]
*
Nader ciekawe byłoby studyum porównawcze o pojęciu, jakie pojedyncze indywidua, pojedyncze człony ludzkości mają o uczciwości. W każdym razie panuje w tej mierze najkolosalniejsza rozmaitość. To co w oczach Żyda lub Chińczyka jest uczciwem, przynajmniej względnie uczciwem, to w oczach przeciętnego chrześcijanina jest wprost złodziejstwem. A jednak jest pojęcie ogólne, kardynalne uczciwości, tak jak jest ogólne, kardynalne pojęcie czystości. Tylko, podobnie jak pojedyńcze rasy, według własnej wygody lub stopnia lenistwa, regulują pojęcie czystości, i jedne uważają dobrze wymydlone i wymyte czystą wodą ręce, twarz i nogi za czystość ciała, a drugie widzą tęż czystość w namazaniu nieumytych policzków czerwonym pudrem a szyi białym, i pomazaniu również czerwoną farbą paznogci lub dłoni — podobnie stopniują i zastosowują pojedyncze rasy uczciwość. Chińczyk, swoje wyobrażenie o uczciwości miaruje według tego, czy ma do czynienia z Chińczykiem czy z białym, i czy biały mniej lub więcej dokładnie się rachuje lub nie.[szkoda, że Sapieha nigdy nie widział, jak zakopiańscy górale, wspaniali chrześcijanie, traktują chińskich turystów...]

Niewiele dobrego, poza opisem rozmaitych pięknych krajobrazów, miał do powiedzenia Sapieha o Chinach i o tym, jaki mają one wpływ na białego człowieka. Ciekawam straszliwie, co powiedziałby dzisiaj... 

2015-03-01

Bèi​ Yù​míng 貝聿銘

Jestem niedokształcona. Przyznaję się do tego z bólem i wstydem. Jak mogłam nic nie wiedzieć o tym człowieku?
Dobrze, że czytam. To, że czytanie otwiera nowe światy, to banał - ale prawdziwy. Dziękuję Mistrzowi Terzaniemu za Bei Yuminga znanego jako I. M. Pei:

Odosobnionym przykładem czegoś interesującego, nowego i oryginalnego jest hotel Pachnące Wzgórza, zaprojektowany przez I.M. Peia, amerykańskiego architekta chińskiego pochodzenia, który udzielił w ten sposób Chinom jedynej lekcji godzenia w architekturze tradycji z nowoczesnością, jakiej ten kraj wysłuchał w ciągu dziesięcioleci. Po dwóch latach wysiłków i trudów Pei opuścił Pekin pod koniec października 1982 roku, oddając swoje „dziecko” w ręce chińskiej biurokracji, której wystarczyły następne dwa lata, aby zamienić tę piękną budowlę w jeszcze jeden brudny i zaniedbany biwak dla synów partyjnych urzędników. W sadzawce u wejścia mętną wodę pokrywają zeschłe liście, fotele opleciono plastikowymi paskami, żeby nie siadali na nich kelnerzy, bambusy w holu pożółkły w swoich ogromnych koszach, bo ktoś zapomniał je podlewać, popękane już w części okien szyby sklejono taśmą samoprzylepną.
[Zakazane Wrota, Tiziano Terzani]

A było to tak: Nixon stwierdził, że nie można Chin dłużej ignorować i odwiedził je w 1972 roku, co zaowocowało ożywionymi kontaktami. Na fali nowej chińsko-amerykańskiej sympatii znaleźli drogę do Chin między innymi... Chińczycy, dla których była to pierwsza możliwość wizyty w kraju po wojnie. Tak właśnie Pei, członek delegacji Ameykańskiego Instytutu Architektury przyjechał do Chin w 1974 roku, prawie 40 lat po tym, jak wyemigrował do Stanów. Przyjęto go serdecznie, pozwolono, by poprowadził parę wykładów, jednak gdy wspomniał, że zamiast przaśnej architektury w stylu radzieckim można wykorzystać elementy chińskiej tradycji, uznano go za reakcjonistę, sprzeciwiającego się postępowi.
A jednak w 1978 roku Pei został poproszony o zaprojektowanie czegoś dla ojczyzny. Architekt zakochał się w Pachnących Wzgórzach, bodaj najpiękniejszym parku w Pekinie. Znajdował się tam zrujnowany hotel; na jego miejscu miał powstać nowy, Peiowski. Nie miał być nowoczesny, nie miał być całkiem tradycyjny. Szukając oryginalnej ścieżki, architekt wybrał się w poszukiwaniu inspiracji do rodzinnej siedziby, Suzhou. To właśnie między tradycyjnymi domostwami, otoczonymi przewspaniałymi ogrodami, znalazł on to, co trzeba. Dużo szkła, dużo widoków na zieleń, tradycyjne chińskie połączenie natury z dziełem rąk człowieka. W trakcie budowy wycięto część parkowych drzew - ale zostawiono, ile tylko się dało. Tak samo zachowano stary wodny labirynt, jeden z zaledwie pięciu w całych Chinach. Pei się naprawdę starał... a wyszło jak zwykle. Brak właściwych technologii i kompletny chaos, w którym pracowały tysiące robotników prowadziły do popełniania kolejnych błędów w konstrukcji. Pei chodził ponoć jak struty i krzyczał na oficjeli, a potem szorował wraz z żoną podłogi, gdy zbliżał się zaplanowany dzień otwarcia.
Hotel otwarto w 1982 roku i... szybko stał się taką samą ruiną, jak jego poprzednik. Może dlatego, że Chińczycy nie wiedzieli, jak się obchodzić z luksusowym budynkiem? Może dlatego, że ich to nie obchodziło? Może po prostu dlatego, że nie dbają o wygląd niczego? Przecież można zburzyć i postawić nowe. Czego jak czego, ale pieniędzy na burzenie i stawianie od nowa akurat w Chinach nie brakuje.
I tak to dzieło człowieka, który stworzył słynną piramidę dla Luwru i setki równie interesujących projektów, popadło w zniszczenie i zapomnienie.

2014-12-14

Pekin oczami Terzaniego

Dzięki jednej z Czytelniczek dowiedziałam się o lekturze, która powinna być lekturą obowiązkową każdego sinofila. Mówię oczywiście o Zakazanych Wrotach Tiziano Terzaniego, których lektura... bolała.
Będę się z Wami dzielić fragmentami, które szczególnie mnie uderzyły. Na pierwszy ogień idzie Pekin.

Miasto posiadało magiczny urok. Jego czarowi nie sposób było się oprzeć. „Pekin to ostatnie na świecie schronienie tego, co nieznane i cudowne” – napisał Pierre Loti w 1900 roku. „To miasto, które budzi szacunek” – tak określił je w 1930 roku Arnold Toynbee.
W 1949 roku, kiedy Pekin zajęli komuniści, był on jeszcze miastem jedynym w swoim rodzaju: wielkim przykładem architektury, którego zniewalające piękno zdawało się stworzone po to, by żyć wiecznie. Teraz już tak nie jest.
Pekin umiera.
Zniknęły mury, zniknęły bramy, zniknęły łuki triumfalne. Zniknęła większość świątyń, pałaców i ogrodów. Pod bezlitosnymi razami kilofów, pod naporem koparek znika codziennie cząstka odwiecznego Pekinu.
Miasto straciło swój wewnętrzny porządek, mający odzwierciedlać geometrię wszechświata. Tam, gdzie kiedyś panowały harmonia i doskonałość, królują dzisiaj nieład i chaos.
– Gdy tonie Wenecja, cały świat płacze i protestuje. Gdy znika Pekin, nikt nie zwraca na to uwagi – mówi Philippe Jonathan, młody francuski urbanista, który pracuje na uniwersytecie Qinghua i prowadzi teraz prawie sam jeden kampanię „Ratujmy Pekin”. – Los tego miasta powinien zainteresować wszystkich – dodaje – ponieważ wielkość Pekinu nie jest sprawą wyłącznie chińską, dotyczy kultury całej ludzkości.
Dzieło zniszczenia trwa nadal. Rząd oświadcza, że jest zdecydowany chronić i restaurować to, co pozostało ze starej stolicy Chin, a jednocześnie Ministerstwo Kultury każe zburzyć jeden z najwspanialszych pałaców miasta, aby wybudować na jego miejscu gmach-sypialnię dla swoich urzędników. Grupa architektów stara się opracować projekt pozwalający uratować jedną z najpiękniejszych, uświęconych tradycją dzielnic Pekinu, otaczającą Wieżę Bębnów, a jednocześnie wyburza się tam w największym pośpiechu wiekowe domy i sklepy z ich fasadami z intarsjowanego drewna oraz barwionymi belkami pod szarym dachem, aby wznieść na ich miejscu nowe, szkaradne bloki z cegieł i cementu. W południowo-wschodniej części miasta cesarskiego restauruje się z przeznaczeniem na muzeum trzynastowieczne obserwatorium astronomiczne, wyposażone jeszcze we wspaniałe instrumenty wykonane przez europejskich jezuitów w siedemnastym stuleciu, a jednocześnie tuż obok rośnie szpetny wieżowiec mieszkalny, który zasłania jego widok i sprawia, że ten sędziwy, o sławnej przeszłości zabytek wydaje się mały i śmieszny. – Tak, to prawda, powinniśmy byli budować ten wieżowiec gdzie indziej – mówi Liu Keli z pekińskiego Biura Ochrony Zabytków. – Popełniliśmy błąd.
Błąd. Błędy. O dziesięciu latach rewolucji kulturalnej, kiedy to miliony młodzieży z Czerwonej Gwardii krążyły po Chinach, rozbijając, paląc, niszcząc wszystko to, co stare, mówi się teraz: „To był błąd”. Błędem nazywa się dziś także „wielki skok naprzód”, mocą którego Mao zmusił ludzi, aby rzucali do pieców odlewniczych wszelkie przedmioty z metalu – także stare wazy i posągi – w celu przerobienia ich na rondle i patelnie. Błędem było zburzenie starych murów Pekinu, błędem było zniszczenie bram miasta, jego łuków triumfalnych i świątyń.
Poczynając od 1949 roku, nieprzerwany szereg błędów sprawił, że to cudowne niegdyś miasto zamieniło się w pozbawione jakiegokolwiek uroku skupisko baraków, mieszaninę dawnych, rozpadających się teraz budowli i świeżo wzniesionych, paskudnych gmachów, pretendujących do miana nowoczesnych.
– Zniszczenie Pekinu to największa zbrodnia, jaką popełnili komuniści – mówi amerykański uczony chińskiego pochodzenia, który po trzydziestoletniej nieobecności przyjechał odwiedzić swoje rodzinne miasto i zastał je „zmasakrowane, oszpecone tak bardzo, że nie sposób go rozpoznać”.
***
W dawnych Chinach mury stanowiły coś, z czego mieszkańcy byli niesłychanie dumni. Najsurowszą karą, jaką cesarz mógł wymierzyć miastu, w którym popełniono wyjątkowo ciężką zbrodnię – na przykład ojcobójstwa – było częściowe lub całkowite zburzenie jego murów.
Mury Pekinu były najbardziej imponujące, najbardziej majestatyczne, najbardziej legendarne. Nie ośmieliła się ich naruszyć nawet ekspedycja międzynarodowa, przybyła w 1900 roku do Pekinu, aby przerwać oblężenie dzielnicy misji dyplomatycznych i ukarać Chiny za powstanie bokserów.
Komuniści nie zawahali się. Dzieło zniszczenia rozpoczęto w 1950 roku. Brygady robotnicze pracowały nocą, ponieważ obawiano się wrogiej reakcji ludności, która w burzonych murach widziała magiczną ochronę. „Czułem się wtedy tak, jakby krajano mnie na kawałki, jakby obdzierano mnie żywcem ze skóry” – napisał Liang Sicheng, najsłynniejszy chiński architekt, którego oskarżono później o prawicowość i prześladowano, póki nie zmarł w niełasce w 1973 roku.
Pomysł zburzenia murów wywołał żywą dyskusję między tymi, którzy chcieli je zachować jako „sznur pereł na szyi Pekinu”, a tymi, którzy za wszelką cenę chcieli je zniszczyć, bo były „łańcuchem na nogach stolicy” i jako taki „uniemożliwiały jej rozwój”.
***
W 1958 roku rząd polecił spisać wszystkie zabytki Pekinu o jakiejkolwiek wartości historycznej, religijnej, kulturalnej i artystycznej; powstała lista złożona z ośmiu tysięcy pozycji. Postanowiono zachować siedemdziesiąt osiem, pozostałe mogły zniknąć. Podczas rewolucji kulturalnej nie darowano także i tym siedemdziesięciu ośmiu, częściowo je niszcząc.
W 1982 roku dokonano nowego spisu celem stwierdzenia, co da się jeszcze uratować i co warto odbudować. Do wspomnianych siedemdziesięciu ośmiu zabytków dodano siedemdziesiąt. W niektórych przypadkach trzeba było odbudowywać je od podstaw – jak Bramę Desheng w północnej części miasta, zrekonstruowaną całkowicie przy użyciu cementu, ponieważ ze wspaniałej budowli ceglano-drewnianej prawie nic nie zostało.
***
Niszczono stare komnaty, zamieniając je w ohydne sypialnie. Cenne meble wyrzucano lub palono, aby ustawić na ich miejscu zwyczajne łóżka i stoły. Kamienne ogrody przekształcano w boiska do siatkówki, ulubionego sportu żołnierzy. Dwanaście z najpiękniejszych pałaców książęcych Pekinu zaadaptowano na siedziby instytucji rządowych, między innymi Ministerstwa Zdrowia, Centralnego Konserwatorium Muzycznego, pewnego wydawnictwa oraz Zarządu Działalności Kulturalnej i Widowiskowej wojska.
***
Plany miasta sprzed 1949 roku są neibu (tylko na użytek wewnętrzny), innymi słowy – tajne. – Komuniści nie chcą, aby ludzie uświadomili sobie ogrom zniszczeń – wyjaśnia mi zaprzyjaźniony intelektualista.
***
W dzisiejszym Pekinie nie istnieje ani jedna prawdziwa świątynia – taka, jakich dziesiątki widuje się w Hongkongu, w Makau lub w jakimkolwiek kraju południowowschodniej Azji, gdzie mieszkają Chińczycy; świątynia swobodnie odwiedzana, gdzie nie płaci się za wstęp, dokąd chodzi się pomodlić, zapalić bogom laseczkę kadzidła, zapytać bambusowe pręty o swoją przyszłość, porozmawiać sobie albo porozmyślać.[...] Są one po prostu miejscami rozrywki, celem niedzielnych spacerów. Nie przez przypadek zarządza nimi ten sam dział Urzędu Miejskiego Pekinu, któremu podlegają parki publiczne i ogród zoologiczny.
***
Pekin był miastem, które cechowała prywatność, miastem, gdzie życie każdej rodziny skupiało się na dziedzińcu otoczonym murami, które chroniły ją, oddzielając od reszty świata. Te „domy przy dziedzińcu” (po chińsku siheyuan, co znaczy dziedziniec łączący cztery budynki) stały szeregiem jedne obok drugich wzdłuż ulic i zaułków, tworzących na wzór szachownicy tkankę łączną miasta. Ulic było około trzech tysięcy, a zaułków – hutong, jak zwą je pekińczycy – „tyle, ile jest włosów w sierści bawoła”.
Owych „domów przy dziedzińcu”, charakterystycznych dla architektury Chin Północnych poczynając od XII wieku, były dziesiątki tysięcy. Na zewnątrz niewielkie, pomalowane na czerwono drewniane drzwi, z kamiennymi rzeźbami po obu stronach, odcinające się na tle jednostajnej szarzyzny murów hutongu. Wewnątrz, za ustawionym naprzeciw wejścia murkiem, który zagradzał drogę złym duchom, poruszającym się wyłącznie w linii prostej, delikatna harmonia czterech niskich, jednopiętrowych budynków: czerwono-zielona fasada, dach z szarych, wygiętych dachówek, okna z białego papieru, osadzonego w powycinanych w geometryczne desenie, drewnianych ramkach. Pośrodku dziedzińca drzewo. Za pierwszym dziedzińcem drugi, potem jeszcze jeden, i jeszcze, zależnie od zamożności rodziny. Siheyuan był oazą prywatności, schronieniem indywidualizmu, który nowy reżim musiał zwalczyć, aby naprawdę zawładnąć Pekinem.
W 1966 roku Mao spuścił ze smyczy Czerwoną Gwardię, powierzając jej, obok innych, także i to zadanie. „Ten dom jest dla was za duży. Waszej rodzinie wystarczy w zupełności jeden pokój; pozostałe mają służyć ludowi” – mówili młodzi aktywiści. Powtarzali zawsze to samo, zawsze z takim samym rezultatem. Bandy młodzieży z czerwoną opaską na rękawie (nosić ją mieli prawo jedynie synowie i córki robotników, chłopów oraz wojskowych), a za nimi tłumy ludzi, wdzierały się do „domów przy dziedzińcu”, aby inscenizować „procesy ludowe” przeciw właścicielom i członkom ich rodzin. Domy opróżniano, konfiskowano majątek. Ładowano na ciężarówki i wywożono stare, antykwarycznej wartości meble, obrazy, porcelanowe wazony, ubrania, biżuterię, zbiory książek i rodzinne albumy. Resztę wyrzucano na dziedziniec, rozbijano i palono. Każdy dom zamieniał się w pole bitwy; bito ludzi do krwi, często zabijano. Procesy trwały niekiedy długie dni. W obawie o to, co zdarzy się jutro, wielu wolało zniszczyć swoją własność, sprzedać swoje biblioteki na kilogramy jako papier pakowy lub popełnić samobójstwo. Po zakończeniu procesu przybyłe spoza Pekinu albo z zatłoczonych kwater przyfabrycznych rodziny umieszczano w „domach przy dziedzińcu” obok dawnych właścicieli, którzy stawali się nagle ubodzy i zdesperowani jak wszyscy. Tam, gdzie przedtem mieszkała jedna rodzina, znalazło się ich pięć, czasem dziesięć. Zajmowały każdy kąt, ścinały drzewa, majstrowały sobie budy służące za kuchnie i komórki. Czerwona Gwardia wykonała swoje zadanie skrupulatnie, dom za domem, zaułek za zaułkiem. Nowy reżim przeniknął w ten sposób do serca stolicy.
Dzisiaj nie ma już ani jednej ulicy, która zachowałaby tę skromną elegancję dawnego Pekinu, to milczące piękno długich, szarych murów okraszonych miejscami lśniącą czerwienią drzwi, drżącym listowiem drzew pomiędzy wygięciami dachów, pod którymi obdarzeni niezwykłą siłą ludzie przez wieki utrzymywali przy życiu wspaniałą cywilizację. Nie istnieje już ani jeden dziedziniec nacechowany wyrafinowaną atmosferą, dokąd uczony zapraszał swoich przyjaciół, aby cieszyć się z nimi rozkwitaniem chryzantem i spędzać noce na pisaniu wierszy dla księżyca.
– Świątynie i pałace stanowiły wyjątkowy aspekt tego miasta, ich zniszczenie oznacza ogromną stratę – mówi jeden z chińskich historyków – lecz to, co Pekin naprawdę zabiło, to zniszczenie codzienności, „domu przy dziedzińcu”.
Zaułki hutong wyglądają teraz nędznie, brudno, nieporządnie. „Domy przy dziedzińcu” – ongiś wzór pełnej spokoju harmonii – zamieniły się w zrujnowane, chaotyczne obozowiska, w meandry baraków. Ludzie stłoczeni na tych kilku metrach ubitej ziemi, które pozostały jeszcze wolne na dziedzińcach, gotują tam, myją się, pracują i bawią z dziećmi wśród rozstawionych w nieładzie rowerów, kuchenek, stosów cegieł i węgla, nad którymi suszy się porozwieszana bielizna. Nad odrapanymi wejściami do wielu „domów przy dziedzińcu” – nikt nie troszczy się już o to, aby je odmalować – widnieją jeszcze stare slogany: „Socjalistyczny dziedziniec to szczęście”. Na innych ścianach wypisano hasła nowsze i bardziej realistyczne: „Załóż kłódkę na rower i uważaj na złodziei”. [...] Rewolucja kulturalna odbyła się w latach sześćdziesiątych, ale starzy mieszkańcy „domów przy dziedzińcu” nadal uważają nowych lokatorów za intruzów, zaś ci ostatni widzą jeszcze w dawnych właścicielach „wrogów klasowych”, których słusznie wywłaszczono. W dalszym ciągu jedni podejrzewają drugich, ludzie mówią szeptem nawet w gronie rodziny, z obawy, że zostaną podsłuchani i ewentualnie zadenuncjowani przez sąsiadów. Pewien cudzoziemiec chciał podarować kurczaka choremu chińskiemu przyjacielowi, ale ten odmówił, tłumacząc, że gdyby na dziedzińcu rozszedł się zapach pieczonego drobiu, inni lokatorzy zasypaliby go pytaniami i donieśli władzom o jego „nielegalnych kontaktach”.
***
Reaktywowano również operę pekińską, zapewniającą najbardziej popularną w Chinach Północnych formę rozrywki, a podczas rewolucji kulturalnej w praktyce nieistniejącą. Nie jest teraz ona jednak tym, czym dawniej była, i nigdy ma już taka nie być. Opera pekińska ze swoim bogatym repertuarem (około dwóch tysięcy sztuk) była przez prawie tysiąc lat najważniejszym „pasem transmisyjnym” chińskiej kultury ludowej. Od wędrownych trup aktorskich, występujących podczas świąt religijnych lub na jarmarkach, Chińczycy uczyli się swojej historii, swojej literatury, przyswajali sobie poezję. Ta forma sztuki odzwierciedlała oczywiście feudalizm i wywierała wpływ na światopogląd widzów. Dlatego po 1949 roku komuniści uznali za konieczne ustanowić nad nią kontrolę. Zredukowali przede wszystkim repertuar, ograniczając go do około tuzina oper. Nie można było rzecz jasna wystawiać sztuk, w których szlachta i urzędnicy starego reżimu
występowali na scenie w pozytywnych rolach, kiedy w rzeczywistości tysiące właścicieli ziemskich i im podobnych stawiano przed sądami ludowymi, oskarżano o wszelkie możliwe zbrodnie i najczęściej wysyłano przed oblicze Stwórcy strzałem w tył głowy. Ostateczny szturm na operę pekińską przypuszczono podczas rewolucji kulturalnej: aktorzy zostali wtedy uwięzieni albo wysłani do obozów reedukacji przez pracę.
W ciągu ostatnich trzech lat opera pekińska – nie tylko ona zresztą – została ponownie odkryta. Jednak pod pretekstem, że w swoim dawnym kształcie nie może podobać się dzisiejszej młodzieży, „zmodernizowano” ją i w konsekwencji „zamordowano” – według określenia pewnej zagranicznej badaczki tej starej formy sztuki chińskiej. Tradycyjne tematy dostosowano do aktualnej linii politycznej. Wyeliminowano duchy i zjawy, ponieważ „nie są rzeczywiste, stanowią tylko wytwór przesądu”. Oglądani na scenie cesarze i mandaryni nie mogą mieć więcej niż po jednej żonie, ponieważ bigamia jest nielegalna, zaś młodzieniec, który w oryginalnym tekście śpiewał: „Mam lat dwadzieścia i nie mam jeszcze żony”, śpiewa teraz „Mam lat trzydzieści...”, bo zdaniem partii w takim właśnie wieku należy się żenić.
***
W dawnej dzielnicy handlowej śródmieścia małe przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w sprzedaży lub w wytwarzaniu pewnych artykułów skupiały się przy poszczególnych ulicach. Były tam więc zaułki Nefrytu, Lampionów, Jedwabnych kwiatów, Futer, Kapeluszy, Trumien. Niektóre z tych ulic istnieją jeszcze i zachowały nawet tradycyjne nazwy, ale po sklepach i warsztatach nie ma już śladu.
Małe firmy, których właściciele wstawali co rano z całą rodziną, zastanawiając się, jak sobie radzić dalej, jak wykonać określoną pracę i zrównoważyć przychód z rozchodem, zespolono w wielkie przedsiębiorstwa państwowe, gdzie ludzie wykonują bezosobowo i bez żadnego zaangażowania swoje zadania w ramach działalności kolektywnej.
***
Niektórym rodzinom, zrehabilitowanym po powrocie do władzy Deng Xiaopinga, zwrócono część zagarniętego mienia, ale dzisiaj nikt nie wie już, co z taką starzyzną robić. Ludzie nie mają na nią miejsca w małych mieszkaniach, młodzieży się nie podoba. Jedynym rozwiązaniem jest sprzedaż, ale nie w drodze prywatnej transakcji – to jest zabronione. Wolno za to odstąpić swoją własność państwu za ułamek sumy, za którą sprzeda ją ono potem cudzoziemcom w upoważnionych sklepach.
***
Przeciętni Chińczycy nie mają w praktyce dostępu do wielu miejsc w Pekinie, dobrze znanych cudzoziemcom przyjeżdżającym tam nawet na bardzo krótko. Chodzi między innymi o hotele, restauracje i najlepsze sklepy.
– Dawniej wstęp był wzbroniony psom i Chińczykom, a teraz tylko Chińczykom – zauważył parę lat temu mój amerykański znajomy chińskiego pochodzenia. Poszliśmy wtedy do Pawilonu Modłów o Urodzaj (na użytek turystów zrobiono z niego dziś sklep Marco Polo) w parku Świątyni Nieba. Mój znajomy miał na sobie niebieskie spodnie i robotniczą kurtkę; wzięto go za kogoś miejscowego i brutalnie wyrzucono za drzwi.
***
– Chiny są jeszcze ubogie. Gdybyśmy musieli żyć tak, jak wszyscy inni, nie moglibyśmy należycie pracować – wyjaśnił mi raz wysoki urzędnik państwowy, kiedy chcąc sprawdzić posiadane informacje, sporządzałem listę wszystkich jego przywilejów.
***
Osiemnastego października 1982 roku uroczyście obchodzono w Zakazanym Mieście sto dwudziestą drugą rocznicę zdewastowania starego Pałacu Letniego (Yuanmingyuan) przez wojska angielskie i francuskie pod koniec drugiej wojny opiumowej. [...] Zniszczenie zabytku, z którego nie zachowały się nawet fundamenty, stanowi niewątpliwie straszliwy przykład zemsty cudzoziemców na Chinach. Tyle tylko, że nie można mówić o tym pałacu, nie wspominając, że zbudowali go w dużej części Europejczycy, wśród których był włoski jezuita Giuseppe Castiglione. Nie wolno też przemilczać, że budowlę ograbiono i spalono, ponieważ Chińczycy torturowali przedtem i zabili parlamentariuszy, którzy z białą flagą udali się do nich na rozmowy. Ten fakt w Chinach chętnie się pomija, nie uwzględniono go też w powstałym niedawno filmie, w którym cudzoziemcy odgrywają tę samą rolę, co Niemcy w powojennych filmach amerykańskich. W każdym razie idiotyczne jest twierdzenie, że ów epizod dowodzi właściwej cudzoziemcom woli zniszczenia chińskiej cywilizacji.
Zniszczenie starego Pekinu z jego murami, świątyniami, pałacami, ogrodami
i domami to tragedia, którą Chińczycy urzeczywistnili własnymi rękami, bez żadnej pomocy ze strony podejrzanych „obcych”.

Dużo tego wyszło. To dlatego, że czytając miałam przed oczami nie prawie obcy mi Pekin, a Kunming. Mury miejskie zburzone dłońmi młodzieży - na rozkaz czerwonogwardzistów maczał w tym palce i mój świekr, nienawidzący tamtego kawałka swojego życia. Zburzone paifangi, że niby trzeba poszerzyć drogi i usprawnić komunikację. Po latach stawianie podróbek owych paifangów w każdym możliwym miejscu - jak Szmaragdowy Kogut i Złoty Koń chociażby. Zniszczone w zasadzie całe stare miasto. U nas też są jeszcze stare nazwy ulic - Bankowa, Kowalska... Oczywiście o dawnych "cechach" nikt już nie pamięta. Tak samo, jak w Pekinie, ludzie musieli się pozbyć staroci. Świekr opowiadał o szachach z kości słoniowej, sztućcach zdobionych masą perłową, jedwabnych wachlarzach, mahoniowych meblach... Wszystko rozkradzione, wyprzedane, spalone, zanim przyszli czerwonogwardziści. Bieda - nie tylko zwykły głód, ale i głód piękna, z którego Mao obdzierał chiński świat. Tyle wspaniałości jest już nie do odtworzenia, tyle pięknej kultury, tyle piękna!...
Tak. Chińczycy mogą sobie nienawidzić ludzi Zachodu czy Japończyków, ale prawda jest taka, że sami sobie zgotowali ten los. Sami sprawili, że są teraz kojarzeni głównie z malwersacjami, charkaniem na ziemię i śmierdzącymi toaletami. Chiny są żywym dowodem na to, że gorszy pieniądz wypiera lepszy.
A ja... Ja kocham te Chiny, które widzę oczyma duszy mojej. Kocham kulturę herbaty, o której większość współczesnych Chińczyków ma pojęcie co najwyżej blade. Kocham poezję. Kocham przysłowia. Kocham kulturę kulinarną. Kocham tradycyjne parki i architekturę. Każdą komórką ciała marzę o tym, żeby przenieść się choć na chwilę o jakieś sto lat wstecz.
Chiny moich snów i Chiny prawdziwe różnią się jak ogień i woda. Od czasu, o którym pisał Terzani, wszystko zmieniło się na jeszcze gorsze. Jeszcze więcej piękna udało się zniszczyć, jeszcze większe buraki siedzą na najwyższych stołkach. Moja miłość do Chin jest miłością nieodwzajemnioną, niespełnioną, wzdychaniem nastolatki do księcia na białym koniu. Ale - będę nadal szukać wątłych nici piękna, smaków krajobrazów, w nadziei, że życia mi na to nie starczy.

2014-11-09

pekińskie myśli nieuczesane

*
Czekamy na autobus. Dzięki internetowym mapom czuję się jak stara pekinka, znam numer i trasę. Autobus podjeżdża, a ja próbuję, jak w Kunmingu, wejść przednimi drzwiami. Kierowca na mnie wrzeszczy i się okazuje, że w Pekinie wchodzi się środkowymi, a wychodzi przednimi i tylnymi. Zgromadzeni w środku ludzie patrzą na mnie jak na kompletnego wieśniaka.
*
Restauracja, taka z domowym żarciem. Zamawiamy sześć dań, bo jest nas pięcioro. Po jakiejś chwili potrawy zaczynają wjeżdżać na stół, a za nimi zastawa w postaci talerzyków. Zaskoczona pytam kelnerkę, gdzie miseczki. Z kolei ona zadziwiona odpowiada, że przecież miseczki są tylko dla tych, którzy zamówili zupę (okazało się nawet, że wtedy się podaje również łyżki, co w Kunmingu jest rzadkością). Całe szczęście zamówiliśmy i zupę, więc po chwili miseczki też lądują na stole.
*
Ta sama restauracja. Jemy, a ja nie wiem, co mi tak nie pasuje. Ach tak! W zastawie stołowej brak szklaneczek na herbatę. Pytam kelnera, jak to działa, a on z uśmiechem podaje mi kartę. Ach! Więc tutaj żeby się napić herbaty do obiadu, trzeba ją osobno zamówić! W Yunnanie nie do pomyślenia. Cóż, wejdziesz między wrony... Zamawiamy zieloną. Po chwili kelnerka podchodzi i mówi, że zielonej parzonej nie ma, ale jeśli chcemy, możemy kupić butelkowaną, taką słodzoną.
Wolę Yunnan, u nas nie brakuje herbaty...
*
Sprawdzam lokalizację na mapie. Uff, tylko siedem przystanków autobusowych.
Czterdzieści minut później stwierdzam, że długość przystanków autobusowych w Kunmingu też mi się bardziej podoba...
*
Jesteśmy na przedmieściach. Patrzę prosto w tarczę słoneczną, bez użycia okularów przeciwsłonecznych. Jeden z wycieczkowiczów twierdzi, że to nie smog, a mgła, bo przecież jesteśmy jeszcze daleko od miasta.
*
Starszy Pan potraktował łokciem moją Mamę, bo mu zajęła miejsce (stojące!) w autobusie. Za to inna Starsza Pani, na oko dziewięćdziesięcioletnia, zaprowadziła mnie, pełna uśmiechów, na przesiadkowy autobus. Niestety, w trakcie tych paru dni w Pekinie spotkałam zdecydowanie więcej ludzi w typie Starszego Pana niż Starszej Pani.
*
Kolejna knajpa, zamawiamy herbatę, 20 yuanów za czajnik. Okazuje się, że do metalowego czajnika wrzucono garść wiórów herbaty jaśminowej i zalano wrzątkiem. Garść musiała być mała; takiego naparu z ledwo wyczuwalnym smakiem nie nazywa się w Yunnanie w ogóle herbatą, tylko herbacianą wodą 茶水, albo i samą wodą. Dostaje się taki czajnik na stół jeszcze przed realizacją zamówienia, oczywiście za darmo. Płaci się tylko za prawdziwą herbatę, właściwie zaparzoną...
*
Uwielbiam trolejbusy!
*
W każdej pierogarni i parowej bułeczkarni na stolikach jest ocet do doprawienia bułeczek i pierożków. Jednak o sos sojowy i chilli trzeba osobno poprosić, nie są też normą osobne miseczki na sos. O siekanym czosnku, cebulce i liściach kolendry, które są do sosów dodawane w Kunmingu nagminnie - nikt nawet nie słyszał.
*
Szukamy lokalnego żarcia. Idziemy hutongiem. Idziemy. Idziemy. Idziemy. Mijamy pralnie, fryzjera, ze trzy hotele. W końcu, zaniepokojona, pytam przechodzącego robotnika, gdzie tutaj są jakieś knajpy. Patrzy na mnie zdziwiony. "Przy głównej ulicy" - mówi. Pytam, czy jak człowiek zgłodnieje, to musi tak daleko iść, a robotnik, jeszcze bardziej zdziwiony, odpowiada: "nie, przecież małe posiłki je się w domu, tylko na duże, wieloosobowe kolacje chodzimy do knajp". Ech, nie mogłabym mieszkać w Pekinie...

2014-04-27

Nie ma drugiego takiego kraju VII

Niedziela=czytanie. To pewnie dlatego, że w soboty i niedziele ZB jest całymi dniami w pracy. W sobotę robię zakupy, pyszne żarcie, piorę, prasuję, a jeśli mi się bardzo nudzi, to nawet czasem sprzątam. W soboty robiłam lampiony, w soboty nalewkuję, przestawiam sprzęty w mieszkaniu itd. Niedziela to ukochane seriale, filmy, książki i muzyka. I radio. Trójka i jazz, konkretnie. Czasem Dwójka. Książki różne, ale głównie te o Chinach, bo niestety zawsze mam za dużo książek kupionych, stoją i czekają na swoją kolej. Ech... Są też artykuły gazetowe. Niby codziennie mam czas czytać, ale tak na poważnie to czytam tylko w weekendy, na co dzień to tylko wiadomości. No więc niedziela to rozrywki yntelektualne. Jeszcze jakiś czas pomęczę Panią Pastorową, a potem pewnie będę się dzielić innymi inszościami. Dzisiaj będzie o geografii Chin.

TRZY WSPANIAŁE MIASTA

Pekin na północy.
Nankin pośrodku.
Kanton na południu.

Pekin jest największy.
Nankin jest najuczeńszy.
Kanton jest najbogatszy.

W Pekinie znajduje się pałac cesarski. Ogrody są niezmiernie wielkie, są w nich góry i jeziora, i zagajniki wewnątrz murów, a także domy dla krewnych cesarza.
W Nankinie znajduje się chińska wieża. Jest zrobiona z porcelanowych cegieł i składa się z dziewięciu pomieszczeń, jedno nad drugim. Jest wysoka na dwieście stóp, zdumiewająca wysokość. Do czego służy? Do niczego – albo do czegoś gorszego niż nic. To świątynia Buddy, pełna jego podobizn*.
W Kantonie jest tak dużo ludzi, że nie wystarcza dla nich miejsca na ziemi; dlatego tysiące żyją na wodzie, w łódkach. Wielu z nich nigdy nie przespało nocy na brzegu. Dzieci często wypadają za burtę, ale ponieważ mają do szyi przytroczone wydrążone tykwy, dryfują i są szybko wyławiane.
Bardzo długi czas Chińczycy nie pozwalali obcokrajowcom przybywać do ich miast. Wiele zagranicznych statków przypływało do Kantonu, by kupić herbatę i jedwab; ale kupcom zabroniono wchodzić do miasta, żyli więc na małej wysepce w pobliżu i na niej zbudowali miasto zwane Macao. Później chiński cesarz zgodził się, by obcy mogli wpływać do pięciu portów, które nazywają się: Shang-hae, Ning-po, Foo-choo, Amoy i Hong-Kong**. Ten ostatni port, Hong-Kong jest wyspą w pobliżu Kantonu, na której Anglicy wybudowali miasto i nazwali je Wiktoria.

DWIE RZEKI

Jedna nazywa się Yeang-te-sang albo „Syn Oceanu”***. Jest największa w Azji.
Druga to Rzeka Żółta, nazwana tak, gdyż miękka glina zmieszana z wodą nadaje jej żółtą barwę.

JEZIORA

Są tam ogromne jeziora, pokryte łodziami i rybakami. Ale najlepszymi rybakami są tresowane kormorany, które łapią ryby dla swych panów.

DWA WIELKIE CUDA

Wielki Kanał jest cudem. Łączy dwie rzeki, dzięki czemu Chińczycy mogą przebyć wodą drogę z Kantonu do Pekinu.
Wielki Mur jest większym cudem, ale nie aż tak użytecznym jak kanał. Mur został zbudowany na północy Chin, by zatrzymać Mandżurów. Jest długi na 1500 mil, wysoki na 20 stóp i szeroki na 25. Nie było jednak w Chinach wystarczająco dużo żołnierzy, by zatrzymać wrogów na zewnątrz i Mandżurowie przeszli przez mur.
Cesarz jest Mandżurem. Cesarzowa nie ma małych stóp, jak Chinki. To Mandżurowie zmusili Chińczyków do golenia głów, choć zwykli oni związywać włosy w węzeł na czubku głowy. Wielu Chińczyków wolało stracić głowę niż włosy. Czyż to nie okrutne ścinać im głowy tylko dlatego, że nie chcieli ich ogolić? Ale Mandżurowie byli bardzo okrutni wobec Chińczyków****.

Przez długą chwilę nie mogłam sobie z głowy wybić wizji dzieci z wydrążonymi tykwami przymocowanymi do szyi, dryfujących wokół Hongkongu... :D

* chodzi oczywiście o pagodę; choć pani Mortimer nie podaje nazwy „wieży”, mówi rzecz ważną – że została ona zrobiona z porcelany. Musi więc chodzić o sławną w owym czasie, dziś już nieistniejącą, Porcelanową Wieżę w Nankinie.
** kolejno: Szanghaj, Ningbo, Fuzhou, Xiamen i Hongkong.
*** mowa oczywiście o Jangcy, przy czym warto zauważyć, że tłumaczenie „Syn Oceanu”, przytoczone za Matteo Riccim, jest błędne – ach te chińskie homofony, z 揚子江 zrobiono 洋子江 ...
**** W oryginale mowa o „Tartarach”. Jest to pojęcie bardzo szerokie, ponieważ obejmuje swojskich Tatarów, Mongołów, mieszkańców zachodniego Turkiestanu i zachodniej Syberii, aż po Mandżurię. I wprawdzie Mur nie powstał po to, żeby bronić Chiny przed Mandżurami – a w każdym razie nie tylko po to i nie w tym czasie, w którym obrona przed Mandżurami była potrzebna, ale skoro w następnym zdaniu mamy, że cesarz jest Tartarem, pozwoliłam sobie przetłumaczyć nieszczęsnych Tartarów na Mandżurów.

2014-02-22

涮菜 tonknięte żarcie

Drodzy Państwo! Czy znacie czasownik tonknąć? I przymiotnik odczasownikowy tonknięty?
Nie dziwię się, że nie. Język śląski różni się wszak bardzo od poprawnej polszczyzny. Tonknąć znaczy zanurzyć, ale tylko na chwilę. Na przykład w upalne lato można się tonknąć w stawie, albo można biszkopty do tiramisu tonknąć w kawie. Jeśli prawdą jest teoria, że wszyscy dążymy do ekonomizacji języka, to długaśne "zanurzyć na chwilę" proponuję zastąpić swojskim tonknięciem.
Po co mi tonknięcie?
Przede wszystkim do gorącego kociołka. Czyli: zupa, cały czas podgrzewana, na środku stołu, do której wrzucamy poszatkowane cokolwieki, żeby się szybko ugotowały. Po wyjęciu maczamy je w sosach i spożywamy; tego typu kolacja potrafi trwać ładnych parę godzin, zwłaszcza w zimie, kiedy najbardziej się przydaje cały czas gorące żarcie. Oczywiście, ziemniaki czy inne grzyby trzeba wrzucić do zupy i długo gotować. Ale już takiemu cieniutko pokrojonemu kurczaczkowi czy innej wołowinie w półprzezroczystych plasterkach albo i zwykłej mięcie wystarczy tonknięcie.
Z tego tonkania wzięła się nazwa jednej z tradycyjnych pekińskich potraw - tonkniętej baraniny/jagnięciny 涮羊肉. Potrawa nie rdzennie pekińska - Chińczycy przejęli ją od Mongołów. Ponoć gdy Kubilaj-chan rwał się do boju i czasu nie starczało na przygotowanie pełnowartościowego posiłku, kucharz ciął mięso w cieniutkie plasterki, wrzucał do wrzątku i podawał w miseczce z solą. Do dziś tzw. mongolskie huoguo bazuje na tym pomyśle: jest rosół, jest mięso w plastereczkach, są warzywa i miseczka z sosem. Ten typ gorącego kociołka jest popularny w prawie całych Chinach.
Prawie.
W Yunnanie na przykład pierwsza taka huoguownia pojawiła się w latach '50 na jednej z najbardziej kulinarnych ulic Kunmingu - Xiangyunjie 祥云街, do dziś obfitującej w rozmaite przekąski. Jednak "Pekińska tonknięta baranina" upadła już w latach '60, a na jej miejscu pojawiła się knajpka z kluskami ryżowymi, najukochańszym żarciem kunmińczyków. Za to w krótkim czasie powyrastały jak grzyby po deszczu kunmińskie odpowiedniki "tonkniętej baraniny" - tzw. "tonknięte warzywa" czyli shuancai 涮菜. Do warzyw z czasem zaczęto dodawać kurzą/świńską krew, tofu, makarony wszelkiego rodzaju itd., ale zasada pozostała ta sama: z wielkiego stolika różności
wybieramy smakołyki i wpakowujemy je do koszyczka z rączką,
który następnie wsadzimy do gara z wrzątkiem. Gdy już się ugotuje, czyli zazwyczaj po chwileczce, możemy ugotowane pyszności maczać w miseczce z sosem:
i wtranżalać, aż miło!
Oczywiście, tonknięte żarcie występuje nie tylko w Kunmingu - słynne jest to syczuańskie chociażby. Ale już w takim Anhui czy Szanghaju ciężko na nie trafić. Gdy oprowadzałam Chińczyków z innych regionów po Kunmingu (tak, ja, Polka, oprowadzam czasami Chińczyków po Chinach) to właśnie ten sposób podania najbardziej ich dziwił.
Tuż koło domu mamy miłą szuancajownię, do której zdarza mi się wpaść po badmintonie albo po zakupach na targu; jest tanio, jest duży wybór, są sosy wedle uznania i jest przemiła właścicielka. Najlepsze, że wiedzą o niej nieliczni, bo oznakowanie dość szczelnie zasłoniły korony drzew...

2013-09-23

大宅門 Brama Wielkiej Rezydencji

U schyłku dynastii Qing w rodzinie pekińskich medyków i farmaceutów urodził się urwipołeć, który nie umiał płakać. Mała zaraza cały czas broiła, więc w końcu wygoniony został z domu. Niegłupi jednak był, choć krnąbrny, więc udał się do Jinanu i utworzył swoje własne imperium farmaceutyczne. Potem pogodził się z rodem, bił się z Japończykami, no, normalne życie mężczyzny z tamtych czasów.
Historia jego życia do tego stopnia przemówiła Chińczykom do wyobraźni, że stała się kanwą serialu, o którym dzisiaj piszę.
Serial zaprezentowano widzom w dwóch rzutach, historia została więc rozbita na 70 odcinków. Niby tego typu historię można sprzedać również w dwugodzinnym filmie (który zresztą powstał), ale moim zdaniem to właśnie jest przykład serialu, który bije film na głowę. Dlaczego?
1) Historia jest interesująca, trzyma w napięciu. To oczywiście powinno być podstawą każdego serialu, ale wiemy, jak to wygląda w praktyce. Dość powiedzieć, że kilka razy klęłam w złości na postać, która się źle zachowywała. Płaczu nie liczę w ogóle, bo ja to miękkie serce mam...
2) Żywy język. Każda postać inaczej mówi. To właśnie stąd nauczyłam się większości ładnych obelg, ale też miłych uchu komplementów - bo naprawdę sposób mówienia i charaktery postaci się bardzo różnią.
3) Świetni aktorzy. Polakowi nic te nazwiska nie powiedzą. Dla każdego Chińczyka obsada sama w sobie jest gwarancją dobrego widowiska. Ja kilkoro z nich widziałam wcześniej. I - nie poznałam. A to chyba największy komplement. Dodatkowym smaczkiem są pojawiające się w drobnych rólkach sławy takie jak Zhang Yimou, który na potrzeby roli ogolił sobie dwukrotnie głowę (bo zawalił scenę i musiał powtarzać ujęcie) czy Chen Kaige.
4) Reżyser jest świetny. Guo Baochang, w Polsce znany być może raczej z tego, że wystąpił jako aktor w "Błękitnym latawcu". W Chinach jest znany, podziwiany i szanowany. Po obejrzeniu tego serialu rozumiem dlaczego. Dopracował ujęcia do ostatniego szczegółu. Jest precyzyjny i nie dopuszcza bylejakości.
5) Właśnie. Szczegóły. Ubrania, jedzenie, przyrządy, zwyczaje. Ileż ja się o Chinach dowiedziałam z tego serialu! Wcześniej o niektórych elementach słyszałam, ale absolutnie nie potrafiłam ich sobie wyobrazić. Teraz lepiej rozumiem życie w dawnych, tradycyjnych chińskich domostwach. Chyba pierwszy raz w życiu serial był dla mnie lekcją kultury.
6) Pokazuje cudownie skomplikowane relacje międzyludzkie, współzawodnictwo bądź jego brak między licznymi paniami domu (ważniejsze poniżają mniej ważne, mniej ważne próbują przez pana domu zmienić status quo), wpływ możnych na życie maluczkich (za trafną acz niepomyślną diagnozę lekarz trafia do więzienia), współzawodnictwo handlarzy... No całą masę różnych dość egzotycznych dla Polaka zagadnień.
Jest jeszcze wiele innych plusów. A jednak jest coś, za co serialu nienawidzę. Od pewnego momentu (kilka odcinków przed końcem pierwszej serii) zaczyna mnie drażnić i to tak, że sinieję ze złości. Chodzi o Japonię.
W serialu przedstawione są dwie wojny z Japonią. Podczas tej wcześniejszej młody jeszcze bohater zaprzyjaźnia się z równie młodym Japończykiem, przeciwnikiem, ale hołdującym zasadom, pla pla pla. Przy rozstaniu obiecują sobie dozgonną przyjaźń i to, że jeśli kiedyś ich państwa nie będą z sobą walczyć, to w Japonii powstanie filia zakładu farmaceutycznego naszego Chińczyka.
Po wojnie syn Japończyka przyjeżdża do Chin, przywożąc żonę i córkę, przyjaźń kwitnie, ale za chwilę wybucha następny konflikt i wtedy obietnice wiecznej przyjaźni zostają w imię idei patriotycznych wyrzucone do kosza. Jeszcze to się da zrozumieć, chociaż ciężko - biorąc pod uwagę to, że poprzednio też była wojna i jakoś nikomu to w zawieraniu przyjaźni nie przeszkadzało. Potem do wszystkiego zostaje wmieszany komunizm, i jeszcze to, że chińskie leki nie mogą leczyć Japończyków, bo to jest wbijanie noża w plecy ojczyźnie itd. Ja wiem, że Chińczycy nie składają przysięgi Hipokratesa, ale... Te fragmenty opowieści zrobione są tak nachalnie, tak siermiężnie, że naprawdę robi mi się niedobrze.
Nie rozumiem tak pojmowanego patriotyzmu. Nie rozumiem sytuacji, w której ktoś mi mówi, z kim mogę się przyjaźnić, a z kim nie. Nie ma złych nacji. Są źli i głupi ludzie, wszędzie na świecie. W serialu jest ładnie pokazane, jak to rodzinie wybacza się, prędzej czy później, wszystko - bo to rodzina, nawet jeśli złożona z bandy sku zwyrodnialców, a dobrymi i szlachetnymi ludźmi z innych stron się gardzi i na nich klnie - nawet jeśli mają zerowy wpływ na politykę własnego państwa i nie chcą się bić. Nigdy, nigdy nie nazwałabym tego patriotyzmem.
No dobrze. Wracając do serialu - może właśnie dlatego, że wzbudza we mnie wiele emocji, chętnie go Wam polecam. Link poniżej odsyła do pierwszego odcinka pierwszej serii - a resztę już na pewno sami znajdziecie. Polecam każdej osobie ćwiczącej chiński :)

2013-05-21

kaczka po pekińsku 北京烤鴨

Nie spróbowałam podczas pobytu w Pekinie. Ale, szczerze powiedziawszy, niespecjalnie żałuję. Yunnan też słynie ze swoich kaczek; są trochę inaczej podane i moim zdaniem smaczniejsze, ale ponieważ niedaleko domu mamy piekarnię kaczek po pekińsku, w których jedną kaczkę można nabyć za jedyne 30 yuanów (około 15 złotych).
Nie jest to dużo, ale też nie jest to kaczka po staropolsku, która ledwo wchodzi do gęsiarki. Kaczuszki są malutkie i chudziutkie, więc niedużo toto waży. Dla mnie i dla Fana na kolację wystarczy połówka. Oczywiście, w zestawie są naleśniczki do zawijania mięska
i szczypior czosnku dętego - podobno tradycja nakazuje do kaczki podawać dymkę, ale u nas zawsze jest to "duża cebula z Zhangqiu", sprowadzana prosto z Shandongu - a także słodki mączny sos do maczania mięska.
Kaczka jak kaczka. Skórka chrupiąca, dobrze spieczona - na sto procent nie była pieczona nad żywym ogniem, a już na pewno nikt się nie wysilił, by w piecu napalić drewnem drzew owocowych. Ale przypieczona fajnie. Mnie jednak bardziej zastanowiło i zachwyciło krojenie. Otóż: ta pani, która trzymała w dłoni nóż, pokroiła kaczkę na dokładnie tyle plasterków mięsa, ile zostało mi wręczonych naleśniczków. Ja rozumiem, że lata praktyki, ale i tak mnie zaskoczyła :) No i to sprawne oddzielenie mięska ze skórą,
którym zajmuję się ja, od kości mniejszych i większych,
które obgryza mój Pan i Władca...
Technika spożywania: bierzemy naleśnik na dłoń.
Maczamy mięsko w sosie i kładziemy na naleśniku.
Dokładamy czosnek dęty.
Zakrokietowujemy.
i wsadzamy krokiecik do dzioba. Mniam!

2013-02-11

tykwa w cukrze 冰糖葫蘆

Nie bójcie się, to tylko nazwa. Tak naprawdę to nie tykwa, tylko kwaskowate owoce:
od pigwowca okazałego i głogu przez cząstki mandarynek aż po głożynę pospolitą, truskawki, banany, jabłka i winogrona a nawet orzechy włoskie, ponadziewane na patyczki i obtoczone w karmelolukrze z "kamiennego cukru". Jest to tradycyjna pekińska przekąska, jednak rozpowszechniła się w całych Chinach - o czym najlepiej świadczy jej obecność nawet w Yuxi, z którego pochodzi zdjęcie :) Widać wszystkim Chińczykom przypadł do gustu słodko-kwaśny, miękko-chrupki smak "tykw".
Wszystko zaczęło się jeszcze za czasów dynastii Song, ale największą popularnością zaczęła się cieszyć za Mandżurów - można było tykwy nabyć w herbaciarniach, teatrach, na ulicach, wszędzie, gdzie tylko byli ludzie. Jej fanatycy twierdzą, że nie tylko poprawia apetyt (bzdura, jest za słodka), cerę (bzdura, jest za słodka), ale również poprawia sprawność intelektualną, usuwa zmęczenie i tak dalej.
Tradycyjnie przyrządzano ją z okazji nadejścia Chińskiego Nowego Roku, ale w dzisiejszych czasach pełno jej na ulicach w każdej porze roku.
Najbardziej tradycyjna jest ta głogowa. Z głogu trzeba wydrążyć pestki, nadziać go pastą z fasolki azuki posypaną sezamem, nawlec na szpikulec i obtoczyć w polewie z kamiennego cukru z wodą, usmażonego w proporcjach 1:1. Cukier oczywiście w kilka chwil zastygnie, tworząc chrupiącą i przeraźliwie słodką glazurę. Dziś jednak pełno odmian: czasami owoce ponadziewane są innymi owocami suszonymi albo marmoladą; inne owoce zaś pozostają nienadziane - jak choćby mandarynki czy winogrona. Co do truskawek i bananów - moim zdaniem nie mają sensu: są po prostu za słodkie. O ile kwaskowaty głóg czy pigwowiec doskonale się łączą z cukrową polewą, łamiąc nawzajem swoje smaki, o tyle połączenie dwóch bardzo słodkich składników jest jakieś... nie moje.
A skąd ta przekąska się w ogóle wzięła? Opowieści jest oczywiście wiele, ale mnie najbardziej do gustu przypadła ta:
To było za czasów panowania cesarza Guangzonga (1189–1194). Jego ukochana konkubina zachorowała. Zżółkła na twarzy, okropnie schudła, przestała przyjmować pokarmy. Nadworny lekarz próbował dosłownie wszystkiego - a jednak nawet najdroższe medykamenty nie były w stanie przywrócić konkubinie zdrowia. Zaniepokojony cesarz zaczął błagać lekarzy z różnych stron kraju o próbę wyleczenia ukochanej. W końcu znalazł się jeden wojownik, który, zbadawszy puls konkubiny rzecze: "potrzeba tylko usmażyć głóg w cukrze kamiennym, przed każdym posiłkiem spożyć pięć do dziesięciu sztuk, a w ciągu dwóch tygodni choroba się cofnie". Na początku nikt nie dowierzał, że to w ogóle może coś dać. A jednak - takie przyrządzenie głogu okazało się zbawienne i konkubina w dwa tygodnie wróciła do zdrowia. Medyczne właściwości tej słodkiej a taniej i prostej w przygotowaniu przekąski szybko zostały rozpropagowane wśród ludu. Zaraz też się pojawili uliczni sprzedawcy cudownego leku, nawlekający głóg na patyczki.

Gdybyście chcieli wykonać najprostszą wersję, przygotujcie:
*owoce, np. mandarynki, kwaśne jabłka, winogrona
*cukier (z braku "kamiennego" można zastąpić dowolnym innym)
*wodę
*patyczki
*deskę do krojenia zmoczoną zimną wodą
1)owoce umyjcie i pokrójcie na cząstki mniej więcej tej samej wielkości. Niektórzy nawet skórki obierają, ale ja uważam skórki za jadalne. Jeśli Wasze owocki mają pestki, jak na przykład owoce głogu, to trzeba je wydrążyć, a do środka włożyć farsz - choćby czekoladowy, jeśli tego z fasolek azuki nie chce Wam się przyrządzać.
2)Nawleczcie owoce na patyczki.
3)Na nieprzywierającej patelni przyrządźcie glazurę: na szklankę cukru szklanka wody. Oczywiście, proporcje możecie zmieniać w zależności od osobistych preferencji smakowych. Trzeba najpierw doprowadzić na dużym ogniu do wrzenia, a potem na małym do zmiany koloru. Jeśli używacie cukru "kamiennego", to pamiętajcie, że nie skarmelizuje się on na brązowo, tylko na lekko żółto, więc nie przesadźcie z czasem, bo karmel będzie gorzki, nie słodki. Jak sprawdzić, czy to już? Wsadzić widelec, wyciągnąć go i zobaczyć, czy woda z cukrem spływa z niego bez zmian, czy robi się "lane ciasto" - gęste i łatwo przywierające. Podobno wystarcza dziesięć minut - ale to zależy od ognia, więc ciężko powiedzieć, trzeba obserwować.
4)Przechylcie patelnię tak, żeby łatwo można było zanurzyć "szaszłyki", obtoczcie równo z każdej strony, ale nie przesadzajcie - grubaśna pokrywa cukrowa raczej utrudni spożycie niż poprawi smak.
5)Ułóżcie szaszłyczki na desce. Po kilku minutach glazura zastygnie i można zajadać.
Dlaczego deska powinna być zmoczona zimną wodą? Ułatwi krzepnięcie cukru.
!dobrze wykonana glazura cukrowa nie przylepia się do zębów, jest chrupka.
!po przygotowaniu polewy trzeba się sprężać z maczaniem owoców - na ogniu jej zostawić nie można, bo się przypali, a po zgaszeniu zaraz zacznie zastygać.
!Nie można ich zbyt długo przechowywać, więc najlepiej przygotować tyle, ile dacie radę zjeść od razu.
A tu film instruktażowy:

Wszystkiego najlepszego w roku Węża!

2012-10-13

papierowe parasole 油紙傘

A teraz, moi mili, posłuchajcie historii o wielkiej miłości.
Za dynastii Qin, w małej łódeczce na środku Jeziora Deszczu i Wiatru, mieszkało najpiękniejsze dziewczę, jakie kiedykolwiek ludzkie oczy widziały. Gdy dodać, że muzyka wydobyta spod jej palców trącających struny lutni mogłaby wzruszyć nawet głaz, nie dziwota, że zakochał się w niej i jej muzyce pewien młody uczony. Miłość się rodziła powoli; przyszedł jednak czas, że gdy tylko młodzieniec zapalał świecę w oknie, piękność zaczynała na lutni wygrywać najsłodsze miłosne melodie; gdy tylko muzyka nikła, i świeca w jego oknie gasła. Piękność i Uczony długi czas miłowali się wzajemnie z daleka.
W pewną sztormową noc Uczony zapalił jak zwykle swą świecę, nie usłyszał jednak lutniowej odpowiedzi, wsiadł więc w łódkę i powiosłował w kierunku "domu" swej ukochanej. Jej łódź majaczyła gdzieś na horyzoncie, oddalana coraz bardziej gniewnymi bałwanami sztormu, a Uczony ze wszystkich sił starał się ją dogonić. Nie było mu jednak dane to szczęście – nagły podmuch uniósł jego łódź w nieznanym kierunku. Gdy sztorm ucichł, Piękność zaczęła szukać – na próżno. Plotka głosiła, że wiatr go uniósł w Hanowe Niebo. Nie myśląc długo, Piękność z długich rękawów swej szaty uczyniła wiatr, który ją uniósł aż do tego Nieba, a gdy i tam nie mogła znaleźć ukochanego, zmieniła się w księżyc, zawsze czekający swej miłości.
Razu pewnego, gdy księżycowa pełna twarz stała na bezchmurnym niebie, Uczony usłyszał tak drogie mu dźwięki lutni. Tak! To z księżyca dobiega słodka melodia - i już myśli nad sposobem dostania się na księżyc. Rozporniki zrobił z bambusowych prętów, które przykrył papierem nasączonym olejem tungowym. Tak powstał parasol, który jeszcze przed wschodem słońca uniósł Uczonego na księżyc. Wreszcie mogli być razem! Od tej pory Uczony chroni swą Piękność przed wiatrem i deszczem. I tylko czasem zamiast księżyca widzimy gwiazdy i chmury – to apaszki i bransolety, które ukochany podarował ukochanej.
Odtąd parasol stał się symbolem wspólnego przeznaczenia i prezentem darowanym ukochanej, niełamalną obietnicą wspólnego życia, apaszka mówi, że ukochany chce Cię chronić od zimna i zawsze być blisko, a bransoletka dopowiada, że będziecie iść przez życiowe wichry i burze trzymając się za ręce i chroniąc się wzajemnie.
Parasole były znane już w starożytnym Egipcie. To Chińczycy wymyślili jednak parasol składany, który jest pierwowzorem dzisiejszych parasoli. Pierwsze wzmianki o składanym parasolu pojawiły się w 21 roku n.e., kiedy to Wang Mang wymyślił parasol dla czterokołowej karety. Jednak przypuszczać można, że składane parasole powstały dużo wcześniej, skoro pierwsze ilustracje również pochodzą z I w.n.e. Zwłaszcza, że przedmiot parasolopodobny – z rozpornikami i możliwością składania – został opisany już w księdze Obyczajów Zhou, czyli 2400 lat temu.
Potem powędrował parasol do Korei, przez nią do Japonii, a z drugiej strony Szlakiem Jedwabnym do Persji i dalej, do Europy, a także na południe, do Wietnamu, Tajlandii, Laosu, Malezji, a za sprawą ludu Hakka i na Tajwan.
Lubię znak parasola w Chinach. Jest hieroglifem doskonałym:
Po prostu nie da się go nie zapamiętać. Ponieważ pod dużym człowiekiem mieści się czwórka innych ludzi, Chińczycy traktowali parasol jak idealny prezent ślubny – że niby ród ma się szybko i w spokoju mnożyć...
W Europie umasowiły się parasole dopiero w XVII wieku; jesteśmy więc prawie dwa tysiące lat za Chińczykami.
Oczywiście, dzisiaj parasol nie jest już niczym szczególnym, każdy ma jakiś w domu (my ze ZB mamy z osiem, bo zawsze zapominamy wziąć z domu, a wszyscy wiemy, jak to bywa z pogodą w górach...), ja jednak chcę wrócić do papierowych parasoli, które w Europie istnieją już tylko w formie małych parasolek do drinków, a w Chinach nadal są wyrabiane i sprzedawane; ba! Są przy dzisiejszych parasolach tym, czym jedwabna suknia przy dresie...
Zgodnie z tradycją nie są bowiem parasole tylko ochroną przed słońcem i deszczem, od wieków pełniły ważną funkcję podczas ślubnej ceremonii – swatki chroniły czerwonymi zazwyczaj parasolami wybrane przez siebie panny młode, gdy te wysiadały z lektyki przed domem przyszłego męża – i znów, chroniły nie tylko przed słońcem i deszczem, a przede wszystkim przed złymi duchami.
Fioletowe parasole są zaś symbolem długowieczności, często więc były podarkami dla osób starszych. Białych parasoli oczywiście używano w trakcie pogrzebów. Do dziś są przeróżne parasole używane jako rekwizyty taneczne oraz przy japońskiej ceremonii herbacianej.

A wszystko zaczęło się od Chmurnej de domo (雲氏), żony Lubana 魯班. Ona to kazala posiekać bambus na pręty i pokryć je skórą zwierzęcą tak, by zamknięte przypominały laskę, a otwarte – przykrywkę (劈竹為條,蒙以獸皮,收攏如棍,張開如蓋). Oczywiście, skórę przeważnie zastępowały pióra bądź jedwab, dopiero później Chińczycy wpadli na pomysł wykorzystania papieru. Nie wiadomo dokładnie, kiedy został wymyślony, ale za to wiemy, że za Tangów był już mocno popularny, skoro zaczęli pomysł kopiować Koreańczycy i Japończycy. I za Songów, i za Mingów był niezmiennie popularny, o czym świadczą wzmianki w literaturze popularnej. Skąd to powodzenie? Dlaczego akurat parasol, i to papierowy, zdobył nieśmiertelną sławę? Przecież wszystko jest z pozoru takie proste: bierzesz bambus, moczysz w wodzie, suszysz i tniesz na odpowiednie kawałki, z których składasz szkielet parasola. Potem naklejasz papier, naoliwiasz go, suszysz na słońcu i potem już tylko ozdabiasz w zgodzie z własnym gustem. Zwykłą ozdobą są tradycyjne chińskie kaligrafie z kwiatami, ptakami i pejzażami. Mogą to być też znane sceny z literatury chińskiej bądź po prostu kilka znaków. Kolorystycznie są ubogie – dominują czernie, zielenie i znany z porcelany chińskiej błękit. Naoliwiony papier jest bardzo wytrzymały; niestraszne mu ani deszcze, ani parzące słońce. Dlatego jeśli się trafi w rejony znane z parasolnictwa, warto się zastanowić nad kupnem. Wprawdzie nawet w Chinach po pojawieniu się na rynku współczesnych parasoli, rynek tych tradycyjnych się zapadł, ale powróciły – traktowane przede wszystkim jak dzieło sztuki, którym są w istocie, nie tylko jako ochrona przed deszczem...
Produkcja parasoli wymaga precyzji i doświadczenia. Narzędzia są wytwarzane przez znających się na parasolnictwie kowali, materiały wybierane są długo i uważnie. Jedne z najlepszych parasoli wytwarza się z bambusów powiązanych włosiem, na których zamiast materiału rozpięte są kwiaty brzoskwini nasączone persymonowym barwnikiem. Są one przyczepiane do szkieletu pojedynczo – wyobraźcie sobie, jak żmudna do musi być robota! W dodatku ten typ persymon jest na wyginięciu. Dlatego śpieszmy się kochać parasole... Niewielu jest bowiem i twórców, którzy potrafią je jeszcze wykonywać.
Miejsca:
*Yuhang w prowincji Zhejiang – parasole produkowane od ponad dwustu lat.
*Luzhou w prowincji Sichuan – parasole produkowane od ponad czterystu lat, wyjątkowo odporne na silny wiatr.
*Wuyuan w prowincji Jiangxi
*Changsha w prowincji Hunan – zaledwie od stu lat
*Hankou w Prowincji Hubei – też kilkaset lat
*Fuzhou i Nanping w prowincji Fujian – parasol jest jednym z tutejszych skarbów, wraz z laką i grzebieniami z rogu bawoła, zajmują się tym od czasów zupełnie legendarnych ;)
*No i Tengchong w moim ukochanym Yunnanie – wprawdzie dopiero od dwustu lat, ale za to z jakim skutkiem! Swego czasu w niektórych wioskach 80% ludności wiedziało ponoć jak się wytwarza parasole. Teraz parasolowych artystów jest zaledwie kilku, w dodatku tworzenie parasoli nie jest ich głównym źródłem dochodu, w związku z czym produkcja jest niewielka.
Ja sama poza sklepami i przedstawieniami teatralnymi spotkałam się z tradycyjnymi papierowymi parasolami tylko raz – były ozdobą parku przy świątyni buddyjskiej.
Dlatego, gdy przyuważyłam w pekińskim Wangfujing, między stertami tandety ten oto sklep,
zachwyciłam się, a potem zanabyłam przy pomocy portfela ZB prezent dla Mamy. Spójrzcie sami, jakie cuda tworzą...

2012-09-19

Wangfujing 王府井

W Pekinie byliśmy na tyle krótko, że należy nam wybaczyć wizytę w Studni Książęcego Dworu (jak od biedy można by przetłumaczyć tę nazwę) - nie lubię chodzić na zakupy, a w tak skomercjalizowanych miejscach to już w ogóle. Ale mieliśmy tylko dwie godziny na te drobne zakupy, miasta nie znamy, a tam duże zagęszczenie straganów. Niestety, choć Wangfujing jest kreowane na miejsce słynne z przekąsek,
prawie żadnego żarcia-śmy nie kupili, bo pachniało tak, jakby już raz było jedzone, więc nadal nie wiem, jak smakują "tradycyjne przekąski pekińskie", no ale niech już będzie. Trochę fotek cyknęłam - a to szaszłyki ze skorpionków,
a to pieczone gołąbki,
a to żołądki wołowe/owcze, o których jeszcze napiszę, więc na razie nie daję zdjęcia.
Miejsca opisywać nie będę jakoś szczegółowo, bo nawet wiki to za mnie zrobiła. Od siebie dodam, że ceny nieprawdopodobne, badziewie, jakich mało i straszna szkoda, że już prawie nie ma tam sklepów, w których mógłby coś kupić nieturysta. Z wyjątkami - o jednym z tych wyjątków w którymś z następnych postów.
Jedyne moje zdjęcie stamtąd obrazuje dobrze mój stan ducha w Pekinie...

2012-09-13

Ołtarz Słońca 日壇

O ołtarzu tym napisano tyle, że naprawdę bez sensu byłoby podawać encyklopedyczne informacje. Mogę co najwyżej własne wrażenia podeprzeć popełnionymi w parku przyołtarzowym zdjęciami.
Zakochałam się. Może dlatego, że było tuż po deszczu, dzięki czemu i ludzi mało,
i jeszcze na liściach i płatkach lotosu perliły się kropelki wody, uwidaczniając efekt lotosu?
Może dlatego, że w ogóle chińskie parki są urocze? Może dlatego, że zawsze mnie rozczulają te parkowe pawiloniki, w których przysiadają zmęczeni staruszkowie?
A może po prostu dlatego, że po raczej przytłaczającym Pekinie-mieście miałam okazję odpocząć w Pekinie-lesie?
I to w dodatku nad jeziorem?
Głęboko mnie natomiast rozczarował fakt, że sam ołtarz znajduje się hen za zamkniętymi bramami i nie mogłam go sobie ostukać i wyoglądać.
Ale... Cieszę się, że tam poszłam. Na pewno jeszcze nieraz tam wyląduję :)