Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Singapur 新加坡. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Singapur 新加坡. Pokaż wszystkie posty

2024-04-26

Artichoke

Trafiłam na niezwykłą postać. Przypadkiem oczywiście. Moją uwagę zwróciło nietypowe połączenie imienia z nazwiskiem: Bjorn Shen. Słusznie zwróciło moją uwagę, choć z innych powodów niż myślałam. To nie szwedzko-chiński mieszaniec (tak podejrzewałam), a Chińczyk (jego pełne imię to 沈觀遠 Shen Guanyuan) z Singapuru czy też Singapurczyk o chińskich korzeniach, który na potrzeby komunikacji z obcokrajowcami przyjął zachodnie imię Bjorn. A kontaktów z obcokrajowcami ma sporo, ponieważ prowadzi sztandarową restaurację Karczoch. Restauracja prowadzi kuchnię inspirowaną Bliskim Wschodem, ale z absolutnie obłędnym twistem. Co powiecie na humus doprawiony miso? Albo na skrzydełka kurczaka zataarowo-miodowe? Przez to menu zrobiłam się niedawno głodna o dziesiątej wieczorem! Oprócz tego przez cztery lata był też jurorem w singapurskim MasterChefie. 
Postać ciekawa, restauracje warte odwiedzenia (teraz ma ich już więcej) mimo zaporowych cen. Oprócz tego można też poszukać jego książki z przepisami i życiem, a także zerknąć na filmik, z którego lepiej zrozumiecie, jakiego typu jest on osobą:
 

2021-04-10

A Monsoon Feast

Trafiłam na świetną książkę. Traktuje o innych kawałkach Azji, niż te, o których zwykle czytam, ale opowiadania są tak niezwykłe i przykuwające uwagę, że aż marzy mi się, by i w "moich" stronach powstał taki zbiór. Siedem opowiadań - siedmiu autorów plus przedmowa, bardzo warta przeczytania, ale do niej jeszcze wrócę. Siedem opowiadań z dwóch zakątków Azji: Kerali i Singapuru. Nigdy nie byłam ani w jednym, ani w drugim miejscu - ale po lekturze mam w głowie kalejdoskop żywych obrazów i wielką chęć, by przeczytać więcej, dowiedzieć się, dotknąć, posmakować. Opowiadanie opowiadaniu nierówne. Ciężko mi jednak wybrać, które z nich najbardziej przypadło mi do gustu - są tak różne, że ciężko mi znaleźć odpowiednie kryteria, by je ocenić. Jak porównać to, jak polityka przekłada się na życie zwykłego człowieka do tego, jak rodziny potrafią krzywdzić dzieci? Przedsmak znajdziecie tutaj - jednak bardzo zachęcam do przeczytania całości, a nie tylko części.
 
Wracając do przedmowy - są dwie, ale mnie chodzi o tę, której autorem jest Shashi Tharoor. Zwraca on uwagę na to, że autorami wybranymi do tego zbioru są pisarze azjatyccy, którzy piszą po angielsku. Nie dla wszystkich jest on językiem ojczystym i posługują się nim z różną swobodą. Wszyscy z nich jednak wybrali właśnie angielski, by opowiadać o swoim miejscu na ziemi, o bohaterach opowiadań i tym samym - poniekąd - o sobie. Autor przedmowy odpowiada na pytanie, dlaczego Singapurczyk czy Keralczyk wybierają angielski - i tym samym przedstawia zbiór w całkiem nowym świetle. Och, po prostu musicie to sami przeczytać!

2020-12-04

2019-05-30

tajska wyciągana herbata ชาชัก

Teh tarik czyli dosłownie "wyciągana herbata" to bawarka, tradycyjnie podawana na gorąco, często spotykana na straganach Azji Południowo-Wschodniej, szczególnie w Malezji, Singapurze i Brunei; pojawia się jednak również w Tajlandii, i to w dwóch wersjach: gorącej i z lodem. Dlaczego nazywa się "wyciągana" i na czym to wyciąganie polega ujrzycie na filmie poniżej:

Robi się ją z mocnej czarnej herbaty wymieszanej ze sporą ilością skondensowanego, słodzonego mleka. Moc herbaty może wiązać się z wysoką jakością oraz ilością suszu, ale częściej - jest to po prostu herbata czarna parzona wielokrotnie tą samą wodą. Czyli: zaparzasz łyżkę suszu w szklance herbaty, odlewasz napar i tym naparem parzysz ją powtórnie. I jeszcze raz. I jeszcze, aż będzie mieć kolor smoły. Od razu odpowiem na pytanie: tak, smak naparu różni się od naparu, który przyrządzimy zaparzając taką samą ilość suszu w takiej samej ilości wody, ale jednokrotnie i długo. Sprawdzałam, bo chciałam pójść na łatwiznę. To było zupełnie nie to. Wspaniały smak mocnej, słodkiej bawarki wynika właśnie z wielokrotnego "wyciągania" herbaty między naczyniami. Jest ona dzięki temu świetnie napowietrzona, a po drodze stygnie do temperatury, w której można się jej od razu napić, już nie mówiąc o tym, że to najlepsza metoda, by naprawdę solidnie wymieszać herbatę z gęstym skondensowanym mlekiem.
Dlaczego jednak tego mleka dodają tak dużo i dlaczego akurat skondensowane?
Po pierwsze: trzeba zabić smak herbaty. Do jej wykonania używa się zazwyczaj najpodlejszego gatunku.
Po drugie: wszyscy kochają cukier ;)
Po trzecie: mam niejasne wrażenie, że przechowywanie świeżego mleka przyprawiłoby właścicieli straganów o solidny ból głowy.
Istnieje wiele odmian wyciąganej herbaty: może być doprawiona imbirem, miodem czy innymi cudami. Można oczywiście poprosić o wersję bez cukru. Ale... abstrahując od tego, że sprzedawca niekoniecznie Was zrozumie, to jeszcze najprawdopodobniej nie będzie dysponował niesłodzoną wersją skondensowanego mleka.
Choć obecnie uchodzi za napój "tradycyjny", jej historia sięga zaledwie czasów II WŚ - muzułmańscy imigranci z Indii przyrządzali ją w Malezji dla pracowników plantacji kauczuku. Połączona z placuszkiem roti stanowi fantastyczne danie śniadaniowe. Gdybym codziennie ją piła (a chciałabym, bo pyszna!), zapewne szybko nabawiłabym się poważnej otyłości, cukrzycy i czego tam jeszcze. Całe szczęście w Kunmingu stragany z wyciąganą herbatą są rzadkim widokiem. Więc tylko podczas krótkich i (zbyt) rzadkich wypadów do Bangkoku pozwalam sobie na to herbaciane szaleństwo. Tylko rano, bo jeśli wypiję późnym popołudniem, to nie śpię do rana...

2019-03-03

Poselstwo lorda Elgin do Chin i Japonii w latach 1857, 58, 59

James Bruce dostał misję: jechać do Chin i sprawić, by Chińczycy zaczęli przestrzegać tego, do czego się zobowiązali podpisując traktat nankiński, czyli ten po pierwszej wojnie opiumowej. Nie chcieli, stąd druga wojna opiumowa, a wraz z nią akty barbarzyństwa takie jak zbombardowanie Kantonu oraz rabunek i spalenie starego Letniego Pałacu. Rozkazy wydawał właśnie James Bruce, czyli "lord Elgin".
Trafiłam na zapiski sekretarza Jamesa Bruce'a - Laurence'a Oliphanta, pokazujące nie tylko samą wojnę opiumową, ale też dające pojęcie o ówczesnym Hongkongu, Singapurze, Malezji, Indiach itd. Zapiski są fascynujące, a ponieważ nie obowiązują ich prawa autorskie, możecie się nimi nacieszyć tak samo jak ja. Serdecznie polecam przeczytanie całości, a ja, starym zwyczajem, rzucam Wam na pożarcie kilka smacznych kąsków.
Nie chodziło tu już o to, czy słuszną czy niesłuszną była opozycya nasza przeciw władzom chińskim, lecz chodziło już o utrzymanie praw międzynarodowych, którym wszelkie inne względy ustąpić musiały, i która obudziła uczucie dumy i patryotyzmu w piersi każdego Anglika.
***
Gubernator generalny Ye Mingchen za nic w świecie nie chciał pozwolić, żeby uzgodnienia traktatowe weszły w życie; jego rezydencja została więc zbombardowana, a on w zamian wyznaczył wysoką cenę za głowę każdego Anglika.
***
Nawet małe dzieci bezkarnie nam urągały [...] Nasz pobyt w Hongkong nie był wcale ani powabnym, ani bezpiecznym.
***
Obecnie 70000 Chińczyków zamieszkuje Singapore, a ani jeden Europejczyk nie zna ich języka.
***
[...] cała ludność jedną tchnie myślą, jeden ma tylko cel, a tym celem pieniądz. [...] Ludzie tacy są nieocenieni, i warto ich jakim bądź kosztem zjednać dla siebie, staną się oni bowiem niewątpliwą rękojmią pomyślności krajowej.
***
Liście imbiru zbierać można 3 lub 4 razy rocznie, trwałość zaś plantacyi imbiru nie przechodzi lat piętnastu. [pierwsze słyszę o zbieraniu liści imbiru w celach użytkowych...]
***
Siedząc tak jak na wystawie, przypatrywaliśmy się z naszej strony przyrządzaniu przeznaczonego dla nas betelu, i z podziwieniem zauważałem, iż go zaprawiono imbirem. Używany bowiem betel w Ceylonie, obchodzi się bez tego przydatku. Uczyniwszy zadosyć temu koniecznemu obyczajowi, i napełniwszy nasze usta jego czerwonym sokiem, ze skwapliwością zapiliśmy go doskonałą herbatą, podawaną w małych chińskich czarkach, z dodatkiem różnych słodkich przysmaków.
***
Obecnie prowincya Jahora liczy już przeszło 2000 plantacyj, a liczba ich codziennie się zwiększa; wszyscy ci uprawiacze ziemi, są po większej części wychodźcami chińskimi, i żałować mocno należy, iż nie są ich właścicielami. Dopóki bowiem ludzie ci nie osiedlą się stale na jakiej ziemi, ziemia ta nierównie mniej przynosić będzie, niżby przynosiła, będąc własnością tak pracowitej i przemyślnej ludności. [Chodzi pewnie o prowincję Johor, tuż przy granicy z Singapurem]
***
Wszystko zdaje się zapowiadać świetną przyszłość miasta Singapore, wzrost jego jednak szybszy lub wolniejszy, zależyć głównie będzie od wewnętrznej administracyi. Wprawdzie wypadki obecne zły wpływ wywarły na dalszy rozwój jego pomyślności, lecz miejscowe położenie w innym stawia go stosunku od wszystkich miast, będących pod rządem kompanii indyjskiej; napływ albowiem Chińczyków, który zdaje się równoważyć ludność anglo-saksońską, nowego dostarcza żywiołu do pomyślności krajowej. Prawdę powiedziawszy, staranna uprawa tak malajskiego jak i filipińskiego archipelagu, polega głównie na pracowitości Chińczyków. W skutku ich czynnej i ciągłej pracy, wyspy malajskie, filipińskie, siamskie i kochinchińskie, produkują obecnie cukier i ciągną korzyści z kopalni cyny. Cukier na mniejszą uprawiany jest skalę, lecz samej cyny wywożą do 8,000 ton rocznie. Jasnym to jest dowodem, że w Singapore osiadła czynna i pracowita ludność, która umie ciągnąć z ziemi stosowne do swej pracy korzyści, i która potrafi ocenić system rządu, wspierającego przemysł i handel krajowy.
***
Mimo te wszystkie powody niechęci, jakich codziennie doświadczaliśmy na wodach Kantonu, stosunki nasze z mieszkańcami lądu były na stopie wzajemnego zaufania; ludzie ci dostarczali nam codziennie mięsa i jarzyn podostatkiem,i każdy nasz okręt miał własny, że tak powiem, statek, który go zaopatrywał w potrzebną żywność.
***
Miejscowy garnizon, złożony głównie z osady okrętu Raleigh, mimo trudów wojennych, używał także i przyjemności świata cywilizowanego; jakoż w ciągu naszego tamże śniadania, spożywając pasztety sztrasburskie i spijając szampana, przysłuchiwaliśmy się z przyjemnością doskonale wykonanej muzyce, którą odgrywała kapela z fregaty wyżej wymienionej. Przyznać jednak należy, że przy tych rozkoszach cywilizacyi, brakowało nam, w niektórych przynajmniej rzeczach, komfortu europejskiego, i tak: siedzieliśmy na krzesłach improwizowanych z przewróconych pak i pudeł, przy stole, który by każdego miłośnika starożytności zachwycił swą patryarchalną prostotą, był to bowiem prawdopodobnie wierzch kamienny jakiego dawnego ołtarza z przyległej pagody.
***
Jakkolwiek Hong-Kong mało miało dla nas powabów, przykrzej nam przecież było stać na kotwicy i poglądać tylko z daleka na jego mury. [...] Smutno doprawdy pomyśleć, iż Hong-Kong tak bogato uposażone od natury, w tak pięknem znajdujące się położeniu, tak mało innych posiada powabów. Miasto to podobne do pięknej kobiety, co powabną powierzchownością jedna sobie wielbicieli, których jednocześnie odpycha szorstkiem i niemiłem obejściem.
***
Chcąc nieco spocząć po dosyć długiej przechadzce, weszliśmy do chińskiej restauracyi, gdzie po raz pierwszy zapoznałem się z kuchnią krajową, i mimo nowości większej części podanych nam potraw, potrafiłem jako tako głód mój zaspokoić, to jajami, które od roku przynajmniej przechowane były w mule, to obieranemi i gotowanemi rzodkiewkami w gęstej bardzo zupie, to ciastem mieszanem z orzechami, to różnemi morskiemi żyjątkami różnorodnie przyprawionemi, a zawsze z bardzo ostrym sosem, który nam podawano w maluteczkich kubkach. Wprawdzie tak potrawy, jak i półmiski były także niezmiernie małych rozmiarów, a kawałki kwadratowe papieru ciemnego koloru, zastępowały miejsce obrusów. [nie skrzywił się na stuletnie jaja, dzielny człowiek :D]
***
Główniejsze ulice Manilly, są Escolta i Rosario, gdzie najlepsze i najpiękniejsze sklepy zajęte są przez Chińczyków, którzy z wolna usuwają metysów od współzawodnictwa handlowego, nad któremi zresztą niesłychaną mają wyższość, będąc z natury czynnemi i przemyślnemi ludźmi. Chińczyk nie używa wypoczynku w dni nawet świąteczne, nie dba o wygody, żyje on w swoim małym sklepie, zysk tylko mając na celu. Metys zaś w ogóle lubi się stroić i część dnia na to poświęca, nie zamieszkuje nigdy swego sklepu, a nawet w czasie gdy się tam znajduje, mało dba o przedaż swego towaru. Najczęściej w południe zasypia sobie szczęśliwie, i wcale nie rad z tego, jeżeli kto z kupujących przerwie jego spoczynek. Bardzo często widzieć można o tej porze właściciela sklepu, śpiącego w jakim kącie swego zakładu, a pozostawioną w jego miejscu jaką dziewczynę (dla usługi przychodniów) wyciągniętą najswobodniej na stole, z włosami na dół spadającemi, z piersią na pół odkrytą, śpiącą tak słodko, tak spokojnie, iż mało kto ma odwagę wyrwać ją z tego błogiego stanu, i woli raczej udać się do przyległego sklepu dla zakupienia potrzebnego mu towaru. W tym zaś przyległym sklepie spotyka się wcale nie śpiącego Chińczyka, którego bystre sporzenie śledzi każdy krok, każdy ruch przychodniów, z mocnem postanowieniem (jeżeli przypadkiem nie posiada towaru którego tenże żąda) sprzedania mu czego-bądź innego, byle go choć w części z pieniędzy obłowić. Manilla, równie jak Singapore, zawdzięcza w wielkiej części swój wzrost i swoje powodzenie przychodniom chińskim.
***
-Francuzi zachowują się najspokojniej w Kwang-tung, lecz głównem ich zajęciem, oprócz handlu, jest rozszerzanie ich wiary.
-Jaka część ludności skłania się do ich nauki, czy znajdują zwolenników pomiędzy klassą uczonych?
-Znajdują oni głównie zwolenników w prostym ludzie, któremu dowodzą, iż cnotliwem postępowaniem pozyskają szczęście, a nadzieja szczęścia szybko ich nęci. Nie tak łatwa sprawa z ludźmi oświeconemi, oczytanemi i obeznanemi z zasadami filozofii; to też sługa W.C.M. nie słyszał, by jakikolwiek uczony nawrócił się na ich wiarę.
***
Większa część tych magazynów mieściła w sobie składy herbaty, cukru i innych artykułów handlowych, które co najśpieszniej, pod dozorem właścicieli, wyniesione zostały; mimo to jednak nie wszystko tak prędko dało się usunąć, a zasmarowane twarze i lepkie ręce naszych żołnierzy, dowodziły nam, że nie każdy potrafił oprzeć się pokusie pokosztowania pozostałych przysmaków.
***
Na kilka dni wprzódy pan Parkes z niemałem niebezpieczeństwem osobistem zajęty był rozsyłaniem i przylepianiem proklamacyi tak na wyspie Honan, jak wzdłuż brzegu rzeki przytykającego do miasta, w której zawiadamiał mieszkańców, by opuszczali miasto, chroniąc się przed mającem nastąpić bombardowaniem. Lecz obojętność i lekceważenie, z jakiem proklamacye te czytano, zrywając je z murów i rzucając na ziemię, małą czyniły nadzieję, by z jej przestróg chciano korzystać.
***
Przechodząc przez miasto, spostrzegałem na przedmieściach gromady chińskich żołnierzy, zwanych czarną gwardyą, którzy rabowali na pół zniszczone domy; czasami i nasi ludzie pomagali im w tem zajęciu. W jednam miejscu widziałem, jak z nawpół w gruzy rozsypanego jakiegoś składu, przy którym tłumy ludzi były zgromadzone, ci co stali na wierzchu, lub dostali się do wnętrza, wyrzucali na ulicę bogate futra i kosztowne jedwabne wyroby, lecz z powodu pośpiechu w dopełnieniu polecenia lorda Elgin do jenerała Straubenzee, nie byliśmy w możności przeszkodzić tej grabieży; to nas jednak przekonało, że nie tak łatwo przyjdzie nam uporządkować administracyę wewnętrzną miasta liczącego przeszło półtora miliona mieszkańców, nie znając ani obyczajów, ani praw miejscowych, a nadto jeszcze nie rozumiejąc narodowego języka.
***
Kilku ludzi, z któremi p. Wade rozmawiał, powiedziało mu, iż są żołnierza mi tatarskiemi; ludzie ci wydali nam się daleko piękniejszemi od Chińczyków. [hmmm, prawdę powiedziawszy, mnie też swego czasu podobał się taki jeden Mandżur...]
***
Tatarzy osiedli w Kantonie dopiero od lat stu mniej więcej; przybyli oni tu głównie z Kirinu i Mandiuryi, przysłani tam byli dla utrzymania porządku wpośród niespokojnej i wyuzdanej ludności tej prowincyi. [wyuzdanej!!!??? Jaka szkoda, że Laurence nie opisuje tego chińskiego rozpasania :D]
***
Tutaj także znaleźliśmy całe archiwum cesarskiego komissarza, gdzie były bardzo ciekawe i zajmujące korrespondencye pomiędzy Pekinem a Kantonem, szczególniej też we względzie tyczącym się barbarzyńców. Dowodziły one, iż pomimo całowiekowego prawie stosunku handlowego, pomimo uporczywej wojny, zakończonej traktatem handlowym, pomimo nastąpionego ztąd częstego zetknięcia się z wysokiemi urzędnikami pekińskiemi, rząd cesarski równie był niewiadomy naszego położenia i widoków, jak i przedtem. Pomiędzy temi papierami znajdowały się traktaty angielskie, francuzkie i amerykańskie, które może nigdy do wiadomości Cesarza nie doszły.
***
Przedstawia raport, jako barbarzyńcy angielscy niepokojeni wewnątrz i naciskani coraz to silniej zewnątrz od otaczających narodów, są w zupełnej niemożności nacierania na Chiny, że kilkakrotne odbywali narady, w celu otworzenia na nowo handlu, że na wszystkie w tym względzie zgodzą się warunki, i że przywódzca ich nie wróci już do Kantonu [...] - no, przy takich raportach to nic dziwnego, że cesarstwo upadło...
***
Jakoż osiągnęliśmy już przynajmniej jednę korzyść, wpływem naszego zajęcia otrzymaną, a tą było, grzeczniejsze i pełne uszanowania obejście się ludności miejscowej, poprzednio jawną wzgardą i niechęcią nacechowanej; dziś przeciwnie, każdy Chińczyk powstawał z pokorą gdy jaki Europejczyk przechodził, kłaniając mu się czy to spuszczeniem swych długich warkoczy na sposób chiński, czy tśż odkrywając głowę, stosownie do naszych pojęć.
***
Postanowiono zatem przenieść ich do obszerniejszego yamunu, należącego do tatarskiego jenerała, który go jednak dotąd nie zajmował. Mimo swego zniszczenia, nosił on na sobie cechę mieszkania wysokiego urzędnika Niebieskiego Państwa. Pierwszą wskazówką takiego mieszkania, jest długi mur, na którym są pomalowane smoki olbrzymiej wielkości; mur ten często jest w stronie przeciwległej mieszkaniu, tak, że ulica przechodzi pomiędzy nim, a jedną stroną dziedzińca tegoż yamunu. Tuż przy murze stoją dwa wysokie czerwone słupy, konieczny znak mieszkania każdego urzędnika. Obszerny mur kwadratowy opasuje dziedziniec, w którego jednej ścianie jest wchód do wnętrza, gdzie 2ch rzeźbionych lwów na granitowych podstawach, broni wstępu do głównej bramy; obok nich stoi kilku wymalowanych olbrzymów, dziwacznie ubranych, którzy patrzą z pogardą na otaczające ich tłumy, trzymając w lewej ręce ostrze swych dzid. [w ogóle opisy miejsc są świetne w tej książce]
***
Ludność nadbrzeżna, albo lepiej mówiąc, przewoźnicy, najpierwsi pogodzili się z naszą obecnością, i każda łódź okrętowa przybijająca do brzegu, otaczaną była hurmem przez właścicieli sampanów, pomiędzy któremi chęć zysku zgłuszyła widać prędko miłość ojczyzny, jeżeli przypuścimy, iż uczucie to istniało rzeczywiście kiedy pomiędzy temi ludźmi.
***
Zaraz tuż obok zniesionego muru, wznosił się gmach egzaminacyjny, zajmując dosyć wielką przestrzeń; składał się on z szeregów małych komórek po każdej stronie dość szerokiego i brukowanego przejścia; przypominało to nieco wnętrze jakiego ogromnego kościoła. Każda taka komórka miała osobny dach, pokryty dachówką, i podzieloną była na małe przegródki, jedną tylko osobę po mieścić mogące, które w czasie egzaminu zajmować mieli uczniowie; ilość ich dochodziła do 8000. W istocie uczniowie w czasie tych piętnastu dni, które tu przepędzali , byli zupełnie odsunięci od wszelkiego możliwego roztargnienia. Ważkie przejście oddzielało ich od rozrzuconego wału, który stanowił tylną część pewnego szeregu komórek, a grube przegrody dzieliły każdego z nich od najbliższego sąsiada, tak, że żadnej między sobą styczności mieć nie mogli. Każdy co chce być doktoryzowanym, musi przejść przez taki egzamin; jedyny tu wyjątek stanowić tylko może wiek ucznia; i człowiek, który już przeżył lat kopę i jeden jeszcze dziesiątek, czyli mówiąc po prostu, który ma lat 70, ma prawo do tego stopnia, bez poprzedniego już egzaminu. [pierwsze słyszę, by każdy siedemdziesięciolatek stawał się urzędnikiem z racji samego wieku. Za to opis sal egzaminacyjnych świetny]
***
Przenośne kuchnie urządzone także były w pośrodku ulicy, a starannie pokrajane mięsiwa, piekąc się i smażąc na gorących żelaznych patelniach, roznosiły daleko woń drażniącą podniebienia zgłodniałych biedaków. W odkrytych kotłach gotowały się wyborowe mięsiwa, tuż obok zastawione były stoły z różnemi gatunkami ciasta i słodyczy, przy których prezydował krupier, wyrzucający trzciny z pudełka lub toczący gałki, jak to bywa przy grze w ruletę; tak więc biesiadnicy mogli zarazem doświadczać wzruszeń, czyli przyjemności gry, połączonej z pewniejszą rozkoszą ga stronomiczną, o ile ta tajemnie jeszcze podwyższoną była nadzieją, spożycia darmo tych wszystkich łakoci, jeżeli los mu się okaże przychylnym; mniej bowiem szczęśliwy przychodzień mógł tu i pieniądze swe stracić, i głodnym jeszcze odejść od suto zastawionego stołu. [tak, Chińczycy to urodzeni hazardziści :D]
***
[...] słowem, widzieliśmy tu rzeczy nie mające żadnej, przynajmniej dla nas, wartości, otoczone taką troskliwością, ja- kąby Europejczycy zaledwie swe żony i matki otaczać mogli. Prawdę mówiąc, dziwić się tak bardzo nie można obojętności Chińczykow dla kobiet, zwłaszcza przypatrzywszy się z bliska tutejszej żeńskiej ludności, gdy jeszcze do ich naturalnej brzydoty, dodamy kalectwo nóg, i zupełny, choć pozorny wprawdzie, brak rąk; niewiasty bowiem chińskie rzadko bardzo nadziewają rękawy swych sukien. Trudno doprawdy wyobrazić sobie coś mniej powabnego od tej części ludności chińskiej, i po zaspokojeniu pierwszej ciekawości, przechadzka po ulicach w Chinach wcale nie jest powabną. [a to by się zdziwił Laurence, gdyby się dowiedział o tym, jak to Europejczycy teraz chorują na "żółtą gorączkę" i zachwycają się Chinkami. Prawda, że od tego czasu trochę się zmieniło: Chinki noszą ubrania z normalnymi rękawami i nie krępują stóp...]
***
Kończy wreszcie swą odezwę do ludu Kantonu powtórnem przykazaniem, by przy spotkaniu cudzoziemca obchodzili się z nim z wszelką możliwą grzecznością, by nie wykrzykiwali ani Fan-kwei, ani żadnego innego obelżywego wyrazu, i nie rozlepiali na murach żadnych odezw tymże duchem tchnących, bo po tem ostrzeżeniu władz, policya miejscowa przestrzegać będzie ściśle wypełnienia pomienionych rozkazów, i każdy ktoby je przekroczył, surowo karanym będzie.[O Fan-kwei pisałam tutaj, więc się nie będę powtarzać]
***
Howkwa (nazwisko kupca) uraczył nas wyśmienitą herbatą, którą nam podano bez cukru i bez śmietanki; następnie zasiedliśmy do stołu zastawionego owocami i konfiturami, a gospodarz częstował nas z całą uprzejmością i gościnnością europejską. [taaaak, herbata bez cukru i bez śmietanki zawsze tak samo szokuje Anglików, nawet dzisiaj :D]
***
Doprawdy, widząc przemyślność i pracowitość tego ludu, każdy myślący człowiek zapytuje sam siebie mimowolnie, czy wprowadzenie pojęć i obyczajów europejskich okaże się korzystnem dla tych ludzi, którzy pracą i wytrwałością zdobyli sobie byt jakiego używają, i o ile z pozoru przynajmniej sądzić można, zdają się być zupełnie z niego zadowoleni. Wprawdzie zdanie to oparte jest tylko na prostem domniemaniu, trudno albowiem sądzić o tem człowiekowi, który nie zna języka, ani praw miejscowych, gdy ludzie od dawna kraj ten zamieszkujący, 1 zapewne lepiej odemnie mogący zbadać ducha i dążności Chińczyków, przeciwnego są w ogóle zdania. Sądząc jednak według mego osobistego pojęcia, przypuszczam, że tak w Chinach, jak i w Anglii nie można wszystkiego pod jednę i tęż samę podciągać miarę, i że trudno ocenić całość, jednej tylko przypatrując się cząstce. Tak więc błądziłby równie ten, coby według stanu prowincyi Kent, oceniał położenie całego kraju, jak i ten, co brałby usposobienie ludności Kiangsu, za normę uczuć wszystkich Chińczyków.[kocham go za ten akapit!]
***
Co do mnie, zawdzięczałem osobiście panu Moncrieff, memu gospodarzowi z Shanghai, posiadanie bardzo wygodnego statku, i pierwsze me kroki we wnętrzu Niebieskiego Państwa, bardzo przyjemne pozostawiły mi po sobie wrażenia; a gdy obecnie, w skutku zawartego traktatu, kraj ten stanął otworem dla reszty świata, sądzę, że ludy cywilizowane Europy ocenią wartość i dogodność tych wewnętrznych kommunikacyi wodnych, które tak wielce przyłożą się do ułatwienia handlowych tranzakcyi. Rzadko w której wędrówce po nieznanych krajach, można spotkać tyle dogodności i wygody, ile się jej napotyka w Cesarstwie Chińskiem.[och!]
***
Wydatki spowodowane powstaniem znacznej części kraju, nie dozwoliły rządowi łożyć pieniędzy na naprawę tak korzystnego i wspaniałego dzieła. W następstwie tych okoliczności, mnogie i ogromne cesarskie dżonki, używane poprzednio do przewozu zboża, obecnie na wpół już zepsute, zalegają tylko brzegi niepotrzebnie. Budowa ich jest, że tak po wiem, arcydziełem sztuki Chińskiej, są albowiem niesłychanej trwałości i objętości: każda z nich pomieścić może od 200 do 300 tonn ryżu. Dzisiaj marnieją bezużytecznie, gdyż nikt z prywatnych nie może dotknąć własności Cesarskiej. Kosztowny budulec, który je składa, na pół już zgniły, w części pokryty jest zielonym porostem, a w części przez robactwo zjedzonym. [brrr. Pies ogrodnika w najgorszym, bo państwowym, wydaniu...]
***
Zauważyłem także dużo kobiet pomiędzy widzami. Soo-chow sławne jest na całe Chiny pięknością swych kobiet, a te, które widziałem, przekonały mnie o słuszności tego twierdzenia, gdyż nigdzie, w całem Państwie Niebieskiem, nie ujrzałem tak regularnych rysów i tak pięknych kształtów. Kobiety Kantonu przeciwnie słyną swoją brzydotą; w prowincyach północnych są podobno nieco piękniejsze, lecz o tem sądu osobistego mieć nie mogę, bo się starannie kryły przed okiem barbarzyńców. Inaczej się dzieje w Soo-chow, gdzie kobiety lubią i same widzieć, i być nawzajem widziane, w czem zresztą mają zupełną słuszność. Chińskie przysłowie mówi: że aby być szczęśliwym na ziemi, trzeba się urodzić w Soo-chow, żyć w Kantonie, a umrzeć w Liauchau, a to dla następujących powodów: ci co się rodzą w Soo-chow są zwykle obdarzeni pięknością; ci co żyją w Kantonie,są bogaci i mogą używać wszelkich przyjemności życia; ci zaś, co umierają w Liauchau, pochowani są po śmierci w doskonałych trumnach, których dostarczają bliskie i obszerne lasy.
***
Chaou był jednym z najprzyjemniejszych Chińczyków, jakich tylko spotkałem; obejście jego było pełne godności i uprzejmości zarazem, a to w chwili, gdy z tak przykremi walczyć musiał okolicznościami. Ale Chińczycy posiadają wielkie nad sobą panowanie, umieją oni przybrać wyraz wesołości i swobody, gdy w najcięższem znajdują się utrapieniu, i okazywać powierzchowną przychylność tym właśnie osobom, które z przyjemnością na śmierćby zaćwiczyli, gdyby to było w ich możności. Obecnie gospodarz obsypywał nas grzecznościami, napełniał nasze talerze stosami przysmaków, i poił ustawicznie gorącem winem, zmuszając nas za każdym razem do wywracania do góry dnem naszych szklanek, by nikt nie mógł uniknąć nowej kolei.[słynne chińskie opanowanie - jakież musiało być wielkie, skoro imponowało nawet Anglikom! No i - chińska kultura picia w całej krasie...]
***
W końcu zapragnęliśmy pożegnać naszego gospodarza, i w tym celu zaczęliśmy hałaśliwą ceremonię tsing-tsing, która zależy na głośnem ściskaniu rąk własnych przed sobą i na pochylaniu się tak niskiem, iż przychodzi do nieprzyzwoitości; w końcu bowiem głowa niżej się znajduje od innej części ciała.[umarłam ze śmiechu na tę nieprzyzwoitość :D] Jak u nas w Europie przy pożegnaniu ściska się rękę gościa lub przyjaciela, tak tu czynność ta do własnych tylko rąk się ogranicza.
***
W Chinuoh trudniej jak w każdym innym kraju, cudzoziemcowi dokładne od razu mieć pojęcie o rzeczy; wszystko tu jest oparte na pewnych zasadach, wszystko z dawna obrachowane i ocenione, to też dorywczo o niczem sądzić się nie godzi: najmniejszy szczegół, najdrobniejsza okoliczność, ma tu swoje właściwe znaczenie, którego na pierwszy rzut oka dostatecznie ocenić niepodobna. Tutaj o rzeczy tylko z faktów sądzić należy, nie rozbierając sposobów, jakiemi przyszło się do takich rezultatów; tak właśnie, jak patrząc na rój pszczół, podziwiamy skutki tej ogólnej pracy, chociaż szczegóły jej nie mogą być przez nas dostrzeżone, a tem mniej naśladowane.[dobrze, że zdawał sobie sprawę z tego, że widzi, ale nie rozumie. Fajna lekcja pokory dla tych, którzy przyjeżdżają i opisują, choć nie rozumieją.]
***
Przybywszy do Shanghai, pozostawałem wtem mieście całe dziesięć dni, podejmowany od miejscowych magnatów kupieckich, używając swobodnie tak ich gościnności, jak i wzmacniającego i miłego tutejszego zimowego powietrza. Jest to niezawodnie najmilsze miejsce ze wszystkich, jakie w Cesarstwie Chińskiem zasiedli Europejczycy, towarzystwo jest tu równie liczne, jak w Hong-Kong, lecz nierównie swobodniejsze w obejściu, bo nie jest zakłócone miejscowemi i politycznemi wypadkami gdyż jako zgromadzenie napływowe cudzoziemców, zajmuje się tylko sprawami handlowemi i używa większej swobody, niż jakiekolwiek inne miasto. Shanghai szczyci się też ogólnie pozorem dobrobytu i wspaniałości gmachów zamieszkanych przez swych Krezusów, którzy żyją z największą wystawnością.
***
[...] następnie podano nam prawdziwie posilne mięsiwa, jak np. indyka i baraninę, pokrajane na pobliskim stoliku w kawałki małej objętości, które już można było spożywać nie dotykając noża i widelca, z pomocą samego tylko kształtnego kijoka ze słoniowej kości, z zaostrzonym końcem, który jest w ogólnem w Chinach użyciu, i doprawdy że wartoby w tem pójść za przykładem Chińczyków, a gdyśmy już raz przestali przecinać sami stawy drobiu na półmiskach, moglibyśmy i nie krajać więcej mięsa na talerzach. Lecz tutaj zatrzymałbym się w naśladowaniu wykwintnych obyczajów mieszkańców Niebieskiego państwa [...].
***
[...] następnie zaś podają jeszcze herbatę migdałową, czy też herbatę z migdałami, czego już dokładnie nie wiem, ale to wiem, że jest wyśmienitą w smaku.[...] [pożądam wiadomości o tradycyjnej chińskiej herbacie z migdałami!]
***
Niektóre z znajdujących się tu świątyń były w stanie zupełnego upadku, inne były naprawiane ze składek dobrowolnie na ten cel dawanych, i należy oddać sprawiedliwość zgromadzonym Bonzom, iż jeżeli mało dbają o siebie, starannie przecież utrzymują przybytki modlitwy pieczy ich powierzone; chociaż wielu z członków zgromadzenia Poo-too [Putuo] pochodzi ile nam mówiono z zbiegłych zbrodniarzy, którzy szukali schronienia w tych świętych przybytkach i pokutują za swe przeszłe życie, życiem poświęconem próżnowaniu, plugastwu, przesądom i wstrzemięźliwości.
***
W Szanghai jest szkoła założona przez pastorów protenstanckich, do której uczęszcza 400 dzieci, gdzie im wykładają same tylko początkowe nauki według miejscowego pojęcia i zwyczaju, lecz ich nie uczą po Angielsku, bo nauka ta niewielkie zapewniała im korzyści i mało była cenioną tak od samych Chińczyków, jak i od cudzoziemców. W ogóle w Hong-kong osądzono, iż znajomość Angielskiego języka, raczej im jest szkodliwą niż pożyteczną, doświadczenie albowiem przekonało, iż ci co go umieli, mimo wszczepionych wraz z tą nauką zasad moralności, zwykle jednak na złe nauki tej używali. W szkole wszakże założonej przez Missyonarzy Amerykańskich uczą tego języka, szczególniej zaś dziewczynki ćwiczą się w tej mowie, a wiele z nich doszło już do głębokiego jej poznania, i godzi się nawet wnosić, że znajomość ta wyda błogie w przyszłości owoce.[międzykulturowe małżeństwa? :D]
***
Następujący wyciąg z papierów urzędowych, o których dopiero co wspomniałem, a które pan Wade wiernie przetłumaczył, lepiej nam go jeszcze i bliżej dadzą poznać i wyjaśnią powody jego dla nas niechęci, oto są jego słowa: „Twoi niewolnicy Najjaśniejszy Panie otrzymawszy twój rozkaz względem załatwienia interesów z barbarzyńcami, starali się tak tę rzecz ułożyć, aby ciż barbarzyńcy nie ważyli się pod pozorem domagania się odpowiedzi na swe poprzednie odezwy, nowemi odezwami przerywać spokojności Twojej Świętej Osoby. „Barbarzyńcy Angielscy pełni podstępnych zamiarów, są przytem dzikiego umysłu i wielkiej gwałtowności. Amerykanie we wszystkiem ich naśladują. Każdy jednak ruch, początek każdej sprawy, każdego przedsięwzięcia, zawsze głównie Anglikom przypisać należy. Samo odczytanie listy czynionych nam propozycyi najlepiej dowodzi, iż obrażają one wszelkie dotąd przyjęte pojęcia, wszelkie szlachetne uczucia; lecz ludzie ci są tak uparci, a nadto mają pojęcia tak błędne i sprośne, że z trudnością przychodzi im uznać co jest prawe i słuszne.
/Poselstwo lorda Elgin do Chin i Japonii w latach 1857, 58, 59, Laurence Oliphant/
Jak Wam się podoba?

2015-12-06

Podróż na wschód Azyi I

Dzisiejszy wpis zawdzięczacie Kayce, która przesłała mi wspaniałą lekturę na listopadowy, chłodny wieczór. Jest to dzienniczek Pawła księcia Sapiehy (swoją drogą, bardzo ciekawa postać), który w latach 1888-1889 wybrał się do - jak widać po tytule - Azji Wschodniej i przekazywał wrażenia z podróży. Całość możecie znaleźć na przykład tutaj, a tymczasem ja będę się z Wami dzielić tymi fragmentami, które mnie w jakiś sposób zaciekawiły. Dziś - początek podróży i wrażenia z Singapuru.

Biegeleben [...] chce mi ofiarować swój mundur dragoński, abym mógł w nim paradować przed rozmaitymi nabobami i kacykami syamskimi.[no tak, w Europie jest się królami, arystokracją i szlachtą, a w Azji można być co najwyżej nababami albo kacykami...]
*
Jutro więc raniutko mamy nareszcie stanąć w Bombaju. Niestety, tylko 2 czy 3 dni będziemy mieli na zwiedzenie; ja osobiście może już więcej tego kontynentu nie zobaczę, a to z powodu szalonego planu, który mi podano: jechać z ministrem naszym aż do Tokio, a potem albo na Pekin, Kiachtę, albo na Władywostok, Irkutsk, Jekaterynburg, Moskwę do domu wracać! Szalona ta podróż trwać ma dwa miesiące z czubem, ale ciekawa! Straszą mnie, że okropnie monotonna! Z Yokohamy, jak mi dziś mówił kapitan, ma być do portu w Tien-tsin 2 do 3 dni; potem się przesiada na statek chiński i nim płynie aż do Pekinu. [Z dzisiejszej perspektywy Tianjin to już prawie Pekin, wtedy się jeszcze trzeba było przesiadać na inny statek :D]
*
[...] a te biało i czerwono oturbanione Indyany czyhają tylko, by ci zprzed nosa porwać kosz z chlebem, sól, pieprz, cukier lub musztardę i zanieść swemu panu, na którego usługi tu jedynie są; są to prywatni «boy'e». Indyanina takiego płaci się 1 — 2 rupij dziennie. Za to musi się ubrać, pożywić i cały dzień być cieniem swego pana. Angliki miewają po 20 — 30 takich cieniów, do każdej czynności inny. Gubernator, urzędnicy wyżsi podobno po 100 — 200 takich sługusów utrzymują. Jestto konieczne, bo popierwsze samemu coś sobie robić nie wypada, i gorąco; a powtóre Indyanin taki od wylewania jednego gatunku naczyń, już drugiego, choćby najpodobniejszego, nie tknie się.[no tak, nie dość, że samemu nic robić nie wypada, to jeszcze gorąco... ;)]
*
Portugalczycy przez nieobserwowanie tej zasady absolutnego rozdziału między białym a kolorowym człowiekiem, wsiąkli w społeczeństwo indyjskie, utworzyła się rasa mieszańców, których stanowisko wobec krajowców naturalnie zupełnie jest odmienne. Anglicy nie chcą tego dopuścić. Biały, żeniący się z kobietą, jak tu mówią, «kolorową», ipso facto wychodzi z kasty białych, traci prawo do wyższych urzędów, nie przyjmują go u siebie biali, staje się w całem słowa znaczeniu un déclassé, bo od białych odepchnięty, między tamtymi z pewnością nigdy przyjętym nie zostanie.[Zawsze jestem ciekawa najbardziej, czy ci biali, którzy popełnili taki rasowy "mezalians" aby na pewno tego żałowali ;)]
*
[Cejlon] Ale wnet po przyjeździe, jakiż czarodziejski widok odsłonił się nagle przed nami! Nasz język, język ludu północ zamieszkującego, jest przecież za ubogi, by w nim wrażenia, zbierane w krajach podzwrotnikowych, opisywać. Choć, przepraszam, zbyt ogólnie się wyraziłem: to nie język temu winien, ale ten, co nim władać dostatecznie nie umie. Cóż ja biedny mam powiedzieć o tej wyspie, którą, niestety, na zawsze opuszczam? Chwalić, opisywać w tych razach, jest to rodzaj bluźnierstwa. To są rzeczy tak wspaniałe, że trzeba je widzieć własnem okiem, by dopiero mieć pojęcie o tem, ile nam północnym mieszkańcom potrzebaby czasu, by oko nasze przyzwyczaiło się patrzeć na te wspaniałości, by pamięć nasza potrafiła zachować choćby mgliste wspomnienie tych przepychów...[dobrze prawi, polać mu! Często nie potrafiłam właściwego dać rzeczy słowu. Ale to nie zawsze wina języka - częściej moja, bo niedouczonam...]
*
[Cejlon] Przed laty uprawiano tu kawę; na początku tego dziesięciolecia rzuciła się zaraza, owad jakiś dopomógł; dziś ani śladu kawy niema na całej wyspie, rzucono się więc do uprawy ryżu i herbaty. Udaje się to doskonale, herbata jednak tutejsza, jak i indyjska, znacznie się rożni od chińskiej, ma smak i aromat bardzo silny, korzenny, nieprzyjemny. [i tak zostało po dziś dzień. Dlatego Anglicy i Hindusi nie pijają herbaty czystej, naturalnej, tylko zawsze słodką z mlekiem - jakoś smak tego paskudztwa trzeba poprawić...]
*
[Półwysep Malajski] Zresztą jest ten półwysep do dziś niepodległym, wnętrze jego wcale prawie nieznane, a nawet rzadko zamieszkałe. Siedzą tu Malajczycy, rasa zbliżona raczej do semickich. Lud to ciemno - oliwkowo – bronzowy, dziki, zły, leniwy. [No tak. Ciekawe, jak to okupant zawsze potrafi sobie wytłumaczyć, że tylko pomaga tym złym, głupim, leniwym, dzikim etc. plemionom... Jeszcze ciekawsze, jak łatwo takie sądy uznane zostają za Prawdę]
*
Penang, to pierwsza na naszej drodze ku Wschodowi placówka chińska; powiedzmy dokładniej: to już dziś prawie wyłącznie chińskie miasto.[...] w barkach, dopływających pod statek, widzisz poważnie z parasolem siedzących kupców Chińczyków, w powozach jeżdżą Chińczycy, na poczcie i telegrafie urzędnik Chińczyk, w sklepie Chińczyk, w pałacach, pałacykach i willach — wszędzie już zbogaceni i bogacący się Chińczycy. Tutaj już obok nielicznych Europejczyków, zagarnęli handel i rzemiosła Chińczycy. Wyznaję, że z ciekawością i pewnym strachem przypatruję się tej rasie — boć ich narodem nazwać trudno [no pewnie, tylko w Europie bywają narody :P] — i stawiam sobie pytanie, czy się spełni proroctwo Hübnera i wielu innych, że oni to są przyszłymi władcami świata. Obok Hindusów, a nawet Malajczyków, Chińczycy ci na herkulesów patrzą. Tu wyłącznie imigrują Chińczycy czystej krwi, tj. mieszkańcy środkowych a głównie południowych prowincyj cesarstwa Niebieskiego. Kolor ich ciała niekoniecznie odpowiada utartej nazwie «ludzi żółtych»; często jest prawie biały, zwłaszcza u bogatszych, zresztą silnio opalony, z zakrojem oliwkowo - żółtawo - cynamonowym. Twarze brzydkie [sobie się przyjrzyj, gamoniu], choć nie takie karykaturalne, jak je sobie zwykle wyobrażamy. To co się widywało z Chińczyków w Europie, zupełnie zdaniem mojem nie daje wyobrażenia o ogóle. Co dotąd widziałem i widzę (mamy ich około 80-ciu na statku, robotników wracających już z zarobkowania kilkoletniego do ojczyzny), to typ rosły, barczysty, twarz podługowata raczej niż okrągła, oczy prawdziwe chińskim sztychem wycięte, nosy proste, dość długie i wyraziste, w profilu nie brzydkie, zprzodu trochę rozpłaszczone i perkate, włosy krucze, płeć niebrzydka, budowa często atletyczna. Bogaty Chińczyk, przyznaję, że bardzo brzydki i niesympatyczny, bo tłusty, twarz zwykle obrzękła, oczy sadłem zalane, o brzydkim, zwierzęcym wyrazie. [tłuści bogacze nie tylko w Chinach są brzydcy i nalani...]
Choć co prawda trudno bardzo ogólnikowo o Chińczykach mówić, boć ich jest 400 milionów — wieleż w tem typów i odcieni być musi? [wreszcie jakieś cokolwiek mądrzejsze zdanie!...] Między tymi niewieloma, których widzę, wieleż już różnorodnych typów? Spoglądają na Europejczyka śmiało, jeżeli nie bezczelnie i hardo; tu już ustały owe spojrzenia lękliwe, choć często skrycie nienawistne, ale zawsze pokorne, Egipcyan, Hindusów lub Singalejczyków — przypominające tak często spojrzenie sarny lub gazeli. Tutaj też zdaje mi się można na czas pewien pożegnać się z tem, co prawdziwe, według naszych pojęć, malownicze, klasyczne w liniach i układzie. Chińczyk nie ma ani w sobie, ani w otoczeniu nic malowniczego [nic dziwnego, skoro jest taki brzydki ;)]. Jego dom bogaty na zewnątrz, pełen tajemniczości, ale nie malowniczy — każdy dom wygląda na sklep, każdy sklep na dom prywatny. Grupa Hindusów lub Singalejczyków, kapłanów Buddy w żółtych togach, lub brahminów, a choćby fellachów, czy oni śpią, czy jedzą, czy rozmawiają lub marzą, ma zawsze w sobie coś poetycznego, będzie zawsze w liniach i układzie szlachetnie piękną. Tego o grupie ani Malajczyków, ani Chińczyków powiedzieć nie można; nawet Chińczyk, drzemiący na pokładzie, rozwalony na swojej rogóżce, nie umie być malowniczym — a proszę sobie przypomnieć owych Somalisów, co z nami jechali, w białych greckich togach: istne hebany adonisy! Tamto rasa wielkich panów, choć nagich — to rasa dorobkiewiczów [no przecież na Płw. Malajski nie emigrowała szlachta, tylko chamstwo, właśnie po to, żeby się dorobić...]. Pieniądz, za którym się przez generacye goni, wybija swe piętno nietylko na duszy, bardziej może jeszcze na ciele. A do jakiego stopnia u Chińczyka żądza pieniędzy dominuje, jak zasadniczym czynnikiem w jego życiu jest chciwość, służy mi za dowód, że od wyjazdu z Penang wszyscy na zabój grają. Kucharz chiński — którego każda kompania nawigacyjna utrzymuje osobno dla jadących każdorazowo Chińczyków, i który tem samem jest prowodyrem między nimi — kucharz ten otworzył natychmiast rodzaj rulety na pokładzie. Dzień cały i część nocy ruleta oblężona. Stawki sięgają do 25 dolarów (50 złr. w. a.). Często podobno się zdarza, że taki cooli przez kilkoletnią pracę uciuławszy jakiś kapitalik, który wiezie do domu, by tam z żoną i dziećmi żyć w spokoju, zostawi w rulecie okrętowej owoc długiej i ciężkiej pracy, i ledwie dotarłszy du brzegów ojczyzny, a często i przedtem, zawracać musi i nanowo tułacze rozpoczynać życie, by coś na stare lata zarobić [a to trafna obserwacja: Chińczycy to okropni hazardziści, a jak grają w karty czy w madżonga - to zawsze na pieniądze]. Mówią mi, że jeden z nich, zgrawszy się tak na statku, odebrał sobie życie. W to nie bardzo wierzę, boć wiadomo, jak Chińczyk dba o życie, a jeszcze bardziej dba o to, by złożyć głowę do wiecznego spoczynku na ziemi rodzinnej [w przeciwieństwie do wszystkich innych nacji, przepraszam, ras, które o życie wcale nie dbają ;)].
*
[Singapur][...]czekała nas jeszcze potyczka ze służbą chińską, która jest skądinąd wyborna, ale nietylko ani słówka po żadnemu nie umie, lecz nawet nazwiska swego pana przez Europejczyka wymówionego nie rozumie, bo mu nadaje nazwisko w swoim stylu, więc koniecznie jednozgłoskowe (mnie nazywano, jak się potem przekonałem, master Sa!)[mojego tatę nazywali Bai :D].
*
Odtąd, aż z powrotem do Bombayu, niewielu, może i żadnych nie będą mieli pasażerów austryackich, a zapewne tylko stado niezliczone Chińczyków, których nienawidzą, bo oni zapowietrzają statek na całe miesiące. Dziwną bo istotnie, zupełnie odrębną mają woń, po której Chińczyka między tysiącem poznaćby można; całe Chiny tak samo pachną.[a to ciekawe szalenie, bo przecież Chińczycy twierdzą, że to biali śmierdzą :D]
*
Nasi książęta syamscy obiadują zawsze z nami w towarzystwie tłumacza i sekretarza. Starszy z książąt, lat około 19 — 20 (wczoraj mu się przedstawiliśmy), wygląda wprawdzie na małpę, ale jest zupełnie cywilizowany.[sam wyglądasz na małpę!...]
*
Wogóle Chińczyk, choćby najuboższy, zupełnie inaczej Europejczyka, nawet tu, poza swym krajem, traktuje, niż np. Hindus. U tego uniżoność, pokora — Chińczyk tylko w potrzebie i to wielkiej umie być pokornym, zresztą jest sztywny i dumny. Dlaczego - bo też miałby być pokornym, kiedy przyparty do muru bez ogródki mówi, że rządu angielskiego się nie boi, ani go zbytnio słuchać nie myśli, bo za pieniądze zawsze sobie z nim poradzić można. Może przesadzone nieco to twierdzenie, coś prawdy jednak w tem jest. [A wolałby biały mieć do czynienia z pokornymi Obcymi niż z hardymi i bogatymi...]
*
Przy tym ostatnim obiedzie podano wszelkie możliwe i niemożliwe łakocie i przysmaki, na jakie się podrównikowe okolice tylko zdobyć mogą. Między innemi korzenie lotusu — nieświetne [po pierwsze nie korzenie, tylko kłącza, a po drugie pyszne - się nie znasz :P], biały łosoś i doskonały burian planta, niby najlepszy owoc na świecie — czosnkiem go tak czuć, że ani weź w usta [mnie się bardziej kojarzy z cebulą :D]; ale mangostiny pyszne [no ba! Smaczelina rządzi!]!

Przyjemność tę będę Wam dawkować powoli - w następnym odcinku wrażenia z Bangkoku :)

2015-04-08

Tamto lato 一樣的夏天

Dzisiaj błahostka Stefanie Sun; przyjemna na leniwe popołudnie, gdy gorąco i duszno.


窗外的雨剛剛停 
Właśnie ustał deszcz za oknem
午後氣息 濃濃地才散去
Popołudniowa duchota ledwo się rozeszła
迷迷糊糊張開眼 
Otwieram zamglone oczy
剛剛的夢 我似乎 在瞬間看見你
Chyba mignąłeś mi w tym śnie, który właśnie śniłam
Oh my god 已經 不知多久沒想起 Oh~ Oh~
Oh my god Sama nie wiem, jak długo już o tym nie myślałam

我淡淡地想著你 
Beznamiętnie wspominam
那年夏天 最後的那一天
Jakim byłeś ostatniego dnia tamtego lata
你輕輕地唱著歌 
Cichutko nuciłeś
未曾感受的溫柔 模糊我的雙眼
Nieznane wcześniej uczucie zamgliło mi oczy
終於也可以 開始一個人看明天
W końcu i ja mogę samotnie patrzeć w przyszłość
Oh~ Oh~yeah 你放下我 走向前
Zostawiłeś mnie i poszedłeś przed siebie
Oh~ 不見 不見了你給的回憶
I nie widzę Cię nawet we wspomnieniach.

為什麼 曾經深刻的 消失了 沒有原因
Dlaczego głębokie uczucie znika? Bez powodu.
我的心 已經沒有 想起你的空隙
W sercu nie mam już ani szczeliny na Ciebie
Oh I 沒想起不是忘記
Nie wspominać nie znaczy "zapomnieć"
OH I 沒想起你是平靜
Nie wspominać Ciebie to znaczy "spokój"
想起了你 是想起那樣一個夏天
A wspomnienie o Tobie stało się wspomnieniem tamtego lata

2013-01-21

別找我麻煩 nie wkurzaj mnie

Radio to jednak wspaniała sprawa. Gdyby nie ono, być może nigdy nie trafiłabym na piosenkę Singapurki o wdzięcznym mianie Tanya Chua, która dyktuje ostatnio rytm mojego życia...


是故意的嗎
To tak specjalnie?
是我得罪誰了嗎
Czy zrobiłam coś nie tak?
這一天竟然
Dziś nieoczekiwanie
每件事情都失算
wszystko idzie na opak
只想轉個彎
chciałam zrobić małe kółko
卻繞到了飛機場
a dojechałam aż do lotniska
發現沒錢在身上 啊~啊~
gdzie zdałam sobie sprawę, że nie mam przy sobie grosza. Ach!

烏雲烏雲快走開
Czarna chmuro, spadaj!
你可知道我不常帶把傘
Przecież wiesz, że nieczęsto mam z sobą parasol
帶把傘 OH~WOO~
Mam parasol, ooo
烏雲烏雲快走開
Czarna chmuro, spadaj!
感覺你在挑戰我的樂觀
Mam wrażenie, że rzucasz wyzwanie mojemu optymizmowi
的樂觀 OH~WOO~
optymizmowi
你還想怎麼樣
czego jeszcze chcesz?
搞得我快抓狂
już prawie przez Ciebie oszalałam
求你幫個忙
błagam
烏雲烏雲別找我麻煩*
czarna chmuro, nie wkurzaj mnie!

是註定的嗎
Czy tak mi przeznaczono
我穿上了白襯衫
że gdy założyłam białą koszulę
那一杯咖啡
ten kubek kawy
偏在我身上倒翻
po prostu musiał się na nią wylać?
不如跑一趟
może lepiej poszukać...
商店它卻剛打烊
ale sklepy właśnie pozamykano
妙不可言的下場 啊~啊~
niewypowiedzianie trafny epilog, ach!

烏雲烏雲快走開
Czarna chmuro, spadaj!
你可知道我不常帶把傘
Przecież wiesz, że nieczęsto mam z sobą parasol
帶把傘 OH~WOO~
Mam parasol, ooo
烏雲烏雲快走開
Czarna chmuro, spadaj!
感覺你在挑戰我的樂觀
Mam wrażenie, że rzucasz wyzwanie mojemu optymizmowi
的樂觀 OH~WOO~
optymizmowi
你還想怎麼樣
czego jeszcze chcesz?
搞得我快抓狂
już prawie przez Ciebie oszalałam
求你幫個忙
błagam
烏雲烏雲別找我麻煩*
czarna chmuro, nie wkurzaj mnie!

2012-06-25

我要的幸福 Szczęście, którego pragnę


Kocham tę piosenkę przede wszystkim za rytm. Pasuje do porannej kawy i tworzy złudzenie słońca za oknem. Poza tym uwielbiam Stefanie Sun już od daaaaaawna, m.in. za to, że jej live jest zazwyczaj tak samo dobry, jak nagrania studyjne...

為愛情付出
Inwestować w miłość
為活著而忙碌
dla życia zaiwaniać aż furczy
為什麼而辛苦
dla-czego muszę się męczyć
我仔細記錄
Chcę sobie dokładnie zapamiętać

用我的雙眼 
Korzystam z pary oczu
在夢想裡找路
by w marzeniach znaleźć drogę
該問路的時候 
Gdy trzeba zapytać o drogę
我不會裝酷
nie zgrywam twardziela

我還不清楚
Jeszcze nie jestem pewna
怎樣的速度
Jaka prędkość
符合這世界 變化的腳步
pasuje krokom zmian tego świata
生活像等待 創作的黏土
życie przypomina glinę czekającą lepienia
幸福 我要的幸福 漸漸清楚
Szczęście, szczęście, którego pragnę powoli się uwyraźnia.

夢想 理想 幻想 狂想 妄想
Marzenia ideały fantazje iluzje próżne nadzieje
我只想堅持每一步 該走的方向
Ja chcę tylko wytrwać, by każdy krok stawiać w kierunku, w którym iść powinnam
就算一路上 偶而會沮喪
nawet jeśli czasem na drodze pojawi się zwątpienie
生活是自己 選擇的衣裳
Życie to strój, który sami wybieramy
幸福 我要的幸福 沒有束縛
Szczęście, szczęście, którego pragnę jest nieskrepowane
幸福 我要的幸福 在不遠處
Szczęście, szczęście, którego pragnę jest już niedaleko.

2011-08-04

巫啟賢 - 寂寞是因為思念誰 samotność wynika z tęsknoty za Kimś

Eric Moo (czy Wam tez sie Moo kojarzy wyłącznie z rykiem krów?) albo - po naszemu - Wu Qixian, czyli najsmutniejszy głos Singapuru - dziś staruszek, ale nadal wzruszający młodzież (tak, zaliczam siebie do tej grupy) do łez. Tak naprawdę lubimy go nie przez Singapur, tylko dlatego, że mieszka na Tajwanie. Inna rzecz, ze pukamy się w czoło, że wyjechał ze słonecznej i leniwej Malezji i okolic... 你知不知道思念一个人的滋味 czy znasz smak tęsknoty za Kimś? 就像喝了一杯冰冷的水 to jak wypić szklankę lodowatej wody 然后用很长很长的时间 a po długim, długim czasie 一颗一颗流成热泪 kropla za kroplą ronić gorące łzy 你知不知道寂寞的滋味 czy znasz smak samotności? 寂寞是因为思念谁 samotność wynika z tęsknoty za Kimś 你知不知道痛苦的滋味 czy znasz smak bólu? 痛苦是因为想忘记谁 ból wynika z tego, że chcemy o Kimś zapomnieć 你知不知道忘记一个人的滋味 czy znasz smak zapomnienia? 就像欣赏一种残酷的美 to jak cieszyć się okrutnym pięknem 然后用很小很小的声音 a potem szeptem 告诉自己坚强面对 powiedzieć sobie, że trzeba stawić mu czoła.

2010-02-25

Stefanie Sun 孫燕姿

No ileż można słuchać tego chińskiego rocka? Musiałam odpocząć przy czymś lżejszym. Ona też używa perkusji i gitary, a czasami nawet nie jest za słodka. Muzyczka fajna przy sprzątaniu i innych takich, ja ostatnio slucham jej niemal notorycznie. Ta urodzona w Singapurze panienka podbiła zresztą nie tylko mnie, ale też cały chińskojęzyczny świat, więc się nie wstydzę :P
(Klip kiepskiej jakości; niestety, oficjalny został zdjęty z youtube)


站在你背後
Stoję za Tobą
感動又難過 
Wzruszona i smutna:
這個人一開始也愛過
początkowo również on kochał!
不知為什麼 
Nie wiem, dlaczego
突然間覺得 
Nagle poczułam,
沒有你沒有愛最快樂 
że bez Ciebie, bez miłości byłabym najszczęśliwsza...

如果你問我 
Jeśli spytasz mnie
想要些什麼 
Czego chcę
我會說我想要風平浪靜
Powiedziałabym, że spokoju
慢慢的摸索 
powoli błądzić po omacku
一天天的過 
żyć dzień za dniem
但是我們想的畢竟不同
Nasze pragnienia jednak się rozmijają.


Oh~ Oh~ Oh~ Oh~ Oh~ 
想什麼 要什麼 別問我
czego pragniesz? czego chcesz? Nie pytaj!
Can you leave me alone?
Na Na Na Na Na Na......

我不想要誰給我快樂 
Nie chcę, by ktoś dawał mi szczęście
因為快樂總帶給我不快樂
Bo szczęście zawsze przynosi mi nieszczęście
我們不是做錯 
Nie popełniliśmy błędu
只是不知所措
Tylko żeśmy się pogubili 

So please
這一刻 讓我走
W tej chwili pozwól mi odejść
Can you leave me alone?

2009-12-04

Król szczurów 鼠王

Jestem wtórną analfabetką. Są książki, których się boję. Wiem, że jak zacznę czytać, to będą mi się śnić po nocach i nie będą to przyjemne sny. Takie "Medaliony" na przykład. Zaczęło się zresztą dużo wcześniej, od demonicznego Pinokia, ale w tzw. dorosłym życiu to właśnie literatura wojenna, obozowa zajmuje pierwszy plac. Do dziś nie udało mi się wziąć do ręki "Zdążyć przed Panem Bogiem".
O "Królu szczurów" się nasłuchałam. W ogóle styl Clavella jest przyjemny, daję mu się wessać i potem mi wyobraźnia choruje. "Tai-pan" był git. Kilka godzin i po bólu. Do nikogo się nie przywiązałam, ale śledziłam bieg wydarzeń z przyjemnością. Ale "Król Szczurów"... Trzeba mi było wiele samozaparcia i niskiej ceny w antykwariacie, żeby się na to rzucić.
Rzuciłam się. I teraz śnią mi się po nocach koreańscy strażnicy (wszyscy maja rysy pewnego koreańskiego żołnierza), ryż z pastą krewetkową, krwawa biegunka i to jak dobrze można żyć z handlu.
Brzydzę się sprzedażą. Normalnie nie zwracam na to uwagi - trzeba jeść, trzeba żyć, nieważne. Kiedy czytam o ludziach, którzy "są bardziej przedsiębiorczy od innych", "przecież nie robią nic, czego nie mógłby zrobić ktoś inny, ale to ja pierwszy na to wpadłem", wszystko zaczyna mnie swędzieć, jakbym pchły miała. Wiem, że tak funkcjonuje świat, a idealiści klepią biedę. Ale...
Przeczytałam i nie płakałam - znowu się nie przywiązałam do żadnego bohatera; Clavell potrafi postawić czytelnika z boku, chociaż bardzo blisko. Książki nie zapomnę. A teraz mam ochotę na wszystko inne Clavella.