Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chongqing 重慶. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chongqing 重慶. Pokaż wszystkie posty

2020-10-06

jaśminowa pasta do zębów

Zawsze najbardziej kochałam herbaciane "murzyńskie pasty do zębów" (nigdy nie przestanę się dziwić, że nadal mają taką oficjalną nazwę). Ostatnio jednakowoż zostały one zdetronizowane przez pastę o smaku herbaty jaśminowej!!
Jest to produkt firmy Leng Suan Ling 冷酸灵 - "wrażliwa na zimne i kwaśne" - jak łatwo się domyślić, specjalizują się oni w pastach dla zębów wrażliwych. Historia tej pasty sięga lat pięćdziesiątych. W 1956 roku rafineria i trzy wielkie fabryki mydeł umiejscowione w Chongqingu postanowiły nawiązać współpracę. Zaczęły wytwarzać słynne mydło Czarny Kot 黑猫肥皂, inspirowane zapewne tym mydłem:
a także proszek do zębów. Rok później zaczęto wytwarzać pasty do zębów marki Wschodni Wiatr 东风 oraz Ogromny Smok 巨龙. Dziesięć lat później ta chongqińska firma była czołowym producentem pasty do zębów w rejonie południowo-zachodnim. Cały czas prowadzono wspólnie ze stomatologami badania w celu ulepszenia antypróchniczych właściwości pasty. No i tak właśnie minęło kilkadziesiąt lat, a firma nadal jest obecna na rynku i świetnie sobie radzi. Ostatnio nawet sponsorują chongqińskich koszykarzy i graczy w go czyli weiqi. Ja jednak miałabym w nosie całą historię, bo ważne jest tylko to, że moje przewrażliwione zębiska wyjątkowo dobrze się z tą pastą czują, a i smak jest cudny! Wprawdzie nie jadam pasty do zębów jak jedna z moich przyjaciółek, której tubka wystarcza bodaj na tydzień, ale przyznam, że nudzą mnie już te wszystkie miętowe smaki...

2016-10-27

李公樸 Li Gongpu

Kiedy po upadku ostatniej dynastii Chin do władzy doszła partia narodowa Guomindang, wydawało się, że nadejdą dobre czasy. Partia ta obiecywała przecież wolność prasy i głoszenia poglądów a także nietykalność polityków innych opcji. W praktyce policja Guomindangu robiła naloty na domy oponentów, ze szczególnym uwzględnieniem członków Chińskiej Ligi Demokratycznej. Początkowo ograniczali się do plądrowania domostw i zastraszania mieszkańców, im bardziej jednak bali się o własne tyłki - to znaczy im bardziej komuniści i inni oponenci rośli w siłę - tym bardziej drastycznych środków używali. Gdy wrzała wojna, narodowcy imali się już wszelkich sposobów.
W Kunmingu niechęć narodowców do demokratów zaczęła się od zamknięcia prodemokratycznych gazet. To pociągnęło za sobą falę protestów ze strony inteligencji i studentów. Protesty zostały spacyfikowane bardzo drastycznie, co najlepiej widać na przykładzie młodego Li Gongpu.
Li urodził się w 1902 roku w biednej rodzinie z Jiangsu. Ambitny i pracowity, zdołał pójść drogą edukacji - w 1925 roku wstąpił na uniwersytet. Tam zaraził się myślą Sun Yat-sena i "nową kulturą". Wstąpił do Guomindangu; niedługo w nim jednak wytrwał - już wtedy ideowo nie całkiem mu było z tą partią po drodze. Jeszcze bardziej oddalił się od nacjonalistów po dwóch latach studiów w Stanach - studiował oczywiście nauki polityczne. Gdy skończył studia, pojechał jeszcze zweryfikować nowo nabytą wiedzę w Nowym Jorku i Europie, by w 1930 roku wrócić do Chin. Praca redaktorska, której się wówczas podjął, pomagała mu krystalizować i głosić poglądy polityczne: "skończyć z wewnętrznymi wojnami!", "wypuścić więźniów politycznych!". Nie podobało się to narodowcom, oj nie. Li wraz z szóstką podobnych mu zapaleńców, chcących ocalić własny kraj, wpakowano po prostu w 1936 roku do więzienia. Mieli jednak narodowcy tyle przyzwoitości, żeby ich wypuścić, gdy zaczęła się wojna z Japonią (1937) i zająć poważniejszymi sprawami...
Nie koniec to jednak problemów Li. W 1938 zdarzyło mu się spotkać z komunistyczną śmietanką śmietanki z Mao na czele. Kolejne projekty edukacyjne zaczął realizować już pod egidą komunistów.
W 1941 roku Li trafia do Yunnanu i organizuje Młodzieżowe Towarzystwo Czytelnicze i wydaje "Młodzieżową Gazetę", a już rok później stwarza Księgarnię przy Północnej Bramie, by apostołować marksizm i leninizm. I ta ścieżka okazała się ślepa. Gdy w 1944 roku w Kunmingu powstaje yunnański oddział Chińskiej Ligi Demokratycznej, Li staje się jednym z jej najważniejszych członków. Jest pracowity, nie osiada na laurach: zaczyna wykładać na Uniwersytecie Yunnańskim, a później organizuje i w Chongqingu uniwersytet, który ma być kolebką nowego, wykształconego społeczeństwa (początek 1946 roku). Bulwersujące, prawda? Tak bezczelnie działać społecznie! Zostaje więc bardzo dotkliwie pobity i niedługo wraca do Kunmingu, zapewne w obawie o własne życie. Ucieczka ta nic nie daje. 11 lipca 1946 roku zostaje postrzelony w brzuch przez agentów Guomindangu, gdy wychodzi z żoną z teatru; dzień później umiera od rany w uniwersyteckim szpitalu. Miał wówczas zaledwie 44 lata.
Był to cios nie tylko dla Ligi, ale i dla wszystkich intelektualistów w Kunmingu. Bardzo tą śmiercią poruszony był przyjaciel Li i słynny poeta - Wen Yiduo. Wygłosił on nad grobem przyjaciela słynny "Ostatni wykład", zapewne nie podejrzewając nawet, że gorzkie słowa, jakimi opisze przyczyny nagłego odejścia Li, sprawią, że sam zostanie zamordowany przez tychże agentów jeszcze tego samego popołudnia. Pozostali członkowie Ligi Demokratycznej znaleźli schronienie w konsulacie USA w Kunmingu.
Dziś miejsce, w którym został zamordowany Li, zostało upamiętnione w ten sposób:
Kiedy jednak zapytałam kilku całkiem dobrze wykształconych Yunnańczyków, czy wiedzą, kto zacz - większość nie wiedziała. Części coś tam kołatało, że profesor i że zamordowany przez narodowców, ale dlaczego zamordowany i co to w ogóle za człowiek - tego już nikt nie wiedział. I tylko nie wiem, czy te kwiaty, które pojawiają się czasem przed pamiątkową tablicą, przynosi jakiś specjalnie wyznaczony członek partii, czy ktoś, kto naprawdę pamięta, dlaczego umarł Li Gongpu.

2015-01-28

更夫 gengfu

Gengfu to nie żadna tradycyjna chińska potrawa ani strój. Gengfu to zawód, wymarły na równi z naprawiaczem misek. Był to taki człowiek, który spacerował nocami po miastach, łupiąc w bambusowe kołatki albo w mały gong czy bębenek, by oznajmić, która jest godzina. Odmianami gengfu "zegarowego" byli też tacy, którzy ostrzegali, żeby uważnie pogasić świece i nie zaprószyć ognia tudzież żeby szczelnie pozamykać drzwi, bo w okolicy grasują złodzieje. Pan Zegarynka mógł więc pełnić przy okazję rolę nocnej straży. Oczywiście we współczesnych Chinach gengfu można już zobaczyć tylko w telewizji, na scenie albo... na kunmińskiej ulicy, w postaci rzeźby:
Pan Zegarynka często dobierał sobie drugiego do towarzystwa; jeden dzierżył gong, a drugi kołatki i we dwóch hałasowali po nocach. Wprawdzie praca na nocną zmianę nie bardzo by mi się uśmiechała, ale w sumie musieli dzwonić/stukać tylko pięć razy w ciągu wieczoru, przy czym ten ostatni raz był już o świtaniu i bił się o natężenie dźwięku z kogucim pieniem. Oczywiście, nie samym dzwonieniem żył Zegarynek, do wtóru wołał: uważajcie na łatwopalne przedmioty! Zamknijcie dobrze drzwi i okna! Nadchodzi zimno, pogaście światła, zamknijcie drzwi! Wcześnie zasypiać, wcześnie wstawać - tak się hartuje organizm!
Ubrani w tradycyjne kurtki magua, dzierżąc w jednej dłoni latarenkę, a w drugiej przeszkadzajkę, łazili po ulicach i dawali znać, która godzina. Co ciekawe - godzina chińska, a nie europejska.
Tradycyjnie dzień dzielił się dla Chińczyków na 12 pór. Pokombinowali tak, by odpowiadały one znakom chińskiego zodiaku - była więc godzina węża, godzina smoka, godzina psa itd. Dzisiaj używa się tutaj podziału dzwudziestoczterogodzinnego, ale pamiątka po dawnym sposobie liczenia czasu została w języku - jednostką czasu było dawniej dwugodzinne 時辰 shichen. W dzisiejszym chińskim godzinę określa się jako xiaoshi 小時 czyli "małą shi". Małą, bo przecież jest o połowę krótsza...
Dla każdej pory był inny sygnał dźwiękowy - trochę jak w alfabecie Morse'a. Luogeng o siódmej wieczorem był jednym dźwiękiem długim, jednym krótkim, drugi geng o dziewiątej to dwa krótkie itd. Ostatni wybijany geng to ten o trzeciej nad ranem; szóstego o piątej już nie wybijano. Dlaczego? Ponoć wszyscy już zaczęli wstawać... Wieść gminna niesie, że i sam cysorz wstawał o takiej nieludzkiej godzinie... Jakoś bardziej mnie przekonuje druga, okultystyczna wersja: otóż diabły i inne demony zbierają się po piątym gengu czyli właśnie po trzeciej nad ranem; niemądrze byłoby im przeszkadzać dudnieniem. Tyle, że pierwotnie zawód gengfu pochodzić miał od szamana, który tą kocią muzyką potrafił złe duchy odgonić, więc coś by się tu nie zgadzało. A może istnieje bardziej prozaiczne wytłumaczenie? Ileż można łazić i budzić ludzi, gengfu również musieli sypiać, prawda? Kiedy rzuciłam takim domniemaniem, słuchacze się oburzyli. Przecież bycie gengfu to bardzo odpowiedzialne zajęcie! Całą noc nie spał, upływ czasu mierzył zegarem wodnym albo spalaniem trociczek (skojarzyło mi się oczywiście z "położyć dziewuchę na sosnowej desce i wsadzić ją w piec na trzy zdrowaśki"). Inna rzecz, że nawet takiemu pracowitemu i rzetelnemu gengfu zdarzały się pomyłki - na przykład zapominał się i wystukiwał sygnał niewłaściwej godziny. Pozostał po tym ślad w języku - powiedzenie "bić na trzeci geng o czasie luo" 落手打三更 oznacza "pomylić się". Inna rzecz, że w zasadzie był to jednak zawód bardzo szanowany. W miastach nie było bowiem kościołów z dzwonnicami ani ratusza z zegarem - tylko gengfu mogli podać godzinę i tym samym wskazywać ludziom rytm życia. Mogę sobie doskonale wyobrazić żonę, która usłyszawszy pierwsze bicie, wie, że małżonek niebawem wróci z pracy i zaczyna smażyć kolację... Nie tylko zresztą w miastach gengfu urzędowali. Co większe wsi również mogły pochwalić się takimi ludźmi - choć oczywiście w większości rytm snu i pracy był dyktowany tylko wschodem i zachodem słońca.
Później pojawiły się zegarki, a zawód przestał być potrzebny - tak jak nie ma już naprawiaczy misek czy wędrownych sprzedawców igieł. Bodaj jedynym miejscem w Chinach, w którym można zobaczyć gengfu jest tzw. Stare Miasto Porcelanowy Port 磁器口古镇 w Chongqingu, czyli tzw. "Mały Chongqing", który jest połączeniem skansenu z chińskokulturowym Disneylandem ;) Gengfu chodzi tamtędy każdego wieczoru, dodając osobliwego uroku starym uliczkom.
Ciekawostka: gengfu był m.in. ojciec Sun Yat-sena. Wyobrażacie sobie przyszłego Ojca Narodu jako małego chłopca, czekającego nad ranem na powrót taty z nocnej służby?
Zawsze, gdy przechodzę obok naszego kunmińskiego Ostatniego Zegarynka, przed oczyma duszy mojej widzę krążącego ciasnymi kunmińskimi uliczkami gengfu. Oczywiście w mojej wyobraźni wygląda zawsze jak któryś z bohaterów Straży Nocnej Pratchetta...

2014-10-18

maocai 冒菜

Maocai to chengduńska przekąska, w której zakochał się ZB. Urzeka prostotą. Otóż: przygotowujemy gar zupy drętwo-ostrej (czyli przyprawionej chilli i pieprzem syczuańskim), wrzucamy do środka cokolwieki, gotujemy je w tej zupie, a następnie podajemy, ewentualnie dolewając jeszcze zupy, z miseczką ryżu. Zupa w zasadzie nie służy do jedzenia; chodzi raczej o to, żeby to właśnie nią smakowały i pachniały gotowane w niej warzywa czy mięsa. I znów: tylko wyobraźnia jest granicą ilości składników. Możemy tak gotować owoce morza, wołowinę i kurczaka; kapustę pekińską, glony i kłącza lotosu. Wszystko. Zupę można dodatkowo doprawić - wówczas na dnie miseczki pojawiają się przyprawy. Może to być imbir, czosnek, cebulka, jakiś sos, kolendra czy drobno posiekany seler, a nawet moje ukochane sfermentowane słone fasolki. Ze względu na niewątpliwe podobieństwo, mawia się, że maocai to po prostu jednoosobowy gorący kociołek. A może to gorący kociołek jest wieloosobowym maocaiem?... Bardzo podobna potrawa istnieje też w Chongqingu - oni ją nazywają po prostu 麻辣烫 malatang, czyli "podgrzewaniem w drętwo-ostrej [zupie]". Oni zawsze muszą być inni...
Sam pomysł ponoć wziął się ze skąpstwa i z lenistwa. Syczuańczykom nie chciało się gotować w domu, więc kupowali w restauracjach prototyp fast-fooda: mięso już zamarynowane i wstępnie ugotowane, które trzeba było w domu tylko podgrzać i można było szamać. Właściciele knajp, zamiast marnować doskonałą zupę, powstałą przez gotowanie rozmaitych mięs, pododawali przyprawy, ugotowali w niej warzywa i stwierdzili, że to można sprzedać... Oczywiście, są i bardziej romantyczne legendy - na przykład o lekarzu polowym, który długo myślał, zanim wynalazł zupę dla żołnierzy - smaczną i zdrową. Ale ja jakoś bardziej wierzę w lenistwo i skąpstwo :D
Z takiej zwykłej ni to zupy, ni to marynaty, stopniowo wykształciły się różne typy maocaiów: podobne do gorącego kociołka, lekko pikantne, w rosole itd. Z czasem zaczęła też wzrastać liczba produktów, które mogą zostać zmaocaiowane. Tak naprawdę trudno zjeść dwa razy takiego samego maocaia. Bo przecież może być mięsny albo wege, zupa może wypalać mordę (to tak zwany "typ gorącokociołkowy") albo być doskonała do picia (typ sosowo-zupny), do wyboru do koloru. Leniwi chengduńczycy, którzy nie opracowali sobie własnego przepisu na smaczną zupę, często biorą ją na wynos w miseczkach z przykrywką czy nawet w reklamówkach. Przecież w domu wystarczy wrzucić ulubione warzywka czy mięso i ugotować trochę ryżu...
Do zupy, poza ryżem oczywiście, zwłaszcza jeśli jest to zupa raczej delikatna, podaje się zazwyczaj suchą maczajkę - zazwyczaj składa się ona z mielonego chilli, odrobiny soli i pieprzu syczuańskiego, ale oczywiście wariantów są miliony.
Jeśli chcecie popełnić maocaia w domu, ugotujcie solidnie przyprawioną zupę gotowaną na kościach. Wśród przypraw niech się znajdą: smalec wołowy, pasta fasolkowa, sfermentowane słone fasolki, odrobina cukru, pieprz syczuański, pieprz zwykły, suszone chilli, kapka octu, łyżka alkoholu, starty imbir, sól, kardamon, cynamon i co Wam jeszcze wpadnie do głowy. Gdy zupa będzie się gotować, przygotujcie warzywka do zupy. Pokrójcie w plastry kłącze lotosu, ziemniaka, sałacianego bambusa, pieczarki, beninkazę szorstką, kalafiora, tofu i dorzućcie ze dwa listki kapusty pekińskiej i garść kiełków soi. Mięso pokrójcie dość drobno, żeby się szybko zniesurowiło. Ponadziewajcie każdy rodzaj osobno na grillowe szpikulce. I gdy zupa zawrze, a Wy już zdejmiecie szumowiny, wsadzajcie po kolei szpikulce, od tych, które potrzebują się gotować najdłużej po liście, które dorzucamy na końcu. Gdy wszystko się już będzie nadawać do spożycia, ściągnijcie żarcie ze szpikulców do miski i zalejcie je do pełna zupą. Voilà!

PS. W Kunmingu jak grzyby po deszczu wyrosły ostatnio maocaiownie. Szkopuł w tym, że to, co w Chengdu było tanią przekąską, tutaj stało się ekskluzywnym daniem, trzykrotnie droższym. Coś jak z sushi w Polsce ;)

2014-02-09

chongcińskie ziemniaczki 重慶的土豆

Chongqing to dla mnie głównie park. Cóż, byłam w tym mieście tylko raz, i to w dodatku tylko jeden dzień. Poza parkiem liczyło się jedno: jedzenie. Nie w knajpie - byłam tam za krótko, żeby szukać dobrej knajpy, już nie mówiąc o tym, że nie mam w Chongqingu przyjaciół - czyli o najfajniejszych miejscach się nie dowiem, bo niby skąd? Z internetu?
Dlatego - uliczne żarcie:
U nas ziemniaczki podaje się inaczej, pokrojone w niechlujną kostkę, usmażone al dente i obficie posypane chilli i kolendrą. W chongcińskiej wersji mamy jeszcze kiszonki i dużo pieprzu syczuańskiego. Jeśli się pamięta o tym, żeby powiedzieć pani, że ma być wersja bez glutaminianu, to jest naprawdę pyszne...

2014-01-15

重慶 miasto Podwójnego Szczęścia

Byłam tam tylko jeden dzień, w jednym, malutkim skrawku miasta, w dzielnicy Yubei, położonej najbliżej lotniska. Dlatego dla mnie Chongqing nie jest jedną z największych metropolii w Chinach; ogromnym, zanieczyszczonym, smutnym molochem. Dla mnie Chongqing jest tym parkiem:
Może go jeszcze odwiedzę? :)

2013-10-30

droga do domu 回家的路

Ostatnie dwa i pół tygodnia spędziłam z jaskiniowcami, czyli z uczestnikami wyprawy speleologicznej. Wspaniali ludzie, pełni pasji i poczucia humoru, z którymi się świetnie bawiłam. I choć nawet im się nie udało mnie namówić do poszerzenia kręgu zainteresowań jeszcze o cioranie się w błocku po grotach (oni chyba to najbardziej lubią; jeden z uczestników wyprawy codziennie jak mantrę powtarzał: brudne dziecko-szczęśliwe dziecko), to wydaje mi się, że się wszyscy i tak polubiliśmy :)
Bazą była wioska Skrzyżowanie 十字路; jeździliśmy (tak, ja też!) po okolicznych wsiach, szukając dziur w ziemi. Mam niewiele zdjęć - pogoda była ohydna, z wyjątkiem dwóch czy trzech dni. O ile jaskinie mnie nie kręcą, to krajobrazy nie do końca ucywilizowanego Hubei, dokładnie prefektury autonomicznej Enshi a jeszcze dokładniej okręgu Lichuan - są piękne. Uwielbiam góry, wiecie? Uwielbiam na nie patrzeć, uwielbiam po nich łazić, uwielbiam w nich się wyciszać i uspokajać.
Problem pojawił się, gdy zaczęłam wracać do domu. Niby droga do jest taka sama, jak droga z, ale w kierunku do byłam podekscytowana i zaciekawiona, a poza tym miałam pod ręką stado fajnych ludzi. Teraz wracam. I właśnie do mnie dociera, jak wygląda podróż.
Wczoraj w Skrzyżowaniu wsiadłam w wynajęty bus, żeby dojechać do Lichuanu. W bus, bo nie ma pksów ani żadnego innego transportu publicznego. Jedyną alternatywą byłoby złapanie stopa. Lichuan nie jest daleko - kilkadziesiąt kilometrów. Droga jest w takim stanie, że jedzie się minimum trzy godziny. Jeśli zaś na drodze zdarzy się jakiś wypadek, jest ona automatycznie zakorkowana na godzinę lub dwie, więc zawsze trzeba wyjeżdżać z duuużym zapasem czasu.
Dotarłam do Lichuanu, przenocowałam. Za chwilę idę na pociąg. Dobrze, że za poprzednim pobytem kupiłam już bilet na kuszetkę, bo wczoraj biletów leżących nie było już na tydzień naprzód.
Dlaczego kuszetka? Bo w drodze do najbliższego dużego miasta spędzę siedem godzin.
Wieczorem dojadę do Chongqingu, czyli już w Syczuanie. Przenocuję i wsiądę w samolot do Kunmingu.
Tak to droga do domu zajmie mi prawie trzy dni. Oczywiście, nie jest to aż tak straszne, jak na przykład droga na yunnańską wieś, której ostatniego etapu nie dało się przebyć autem, można było tylko konno albo motorem - jeśli nie padało, bo w deszcz to tylko na piechotę - ale... Tego typu wycieczka po prostu dobrze robi na ujrzenie skali Chin...