W północnej części najważniejszej ulicy miasteczka Strumienia Żółtego Smoka znajduje się świątynia Uspokajania Rzeki. Była to po prostu świątynia dla żeglarzy, poświęcona Księciu Spokojnej Rzeki. Któż to taki? I tu zaczyna się robić ciekawie. Jest to mianowicie bóstwo nie dość, że taoistyczne, to jeszcze w dodatku przybyłe z Hunanu! Generał Yang Si 杨泗将军 (Topolowy Śluz, bue...) ponoć nadawał się jak nikt do uspokajania wzburzonej rzeki. Plotka głosi, że zabił kiedyś smoczego syna (a przecież wiemy, że smoki zajmują się zawodowo mąceniem wody) i odtąd uzyskał niespotykaną władzę nad rzekami. Podczas wielkich migracji ludności za Mingów i Mandżurów Hunańczycy przywlekli ze sobą wierzenia. Widocznie wypełnili jakiś brak w kulturze rdzennych Syczuańczyków, bo ci z otwartymi ramionami przyjęli naszego generała i postawili mu figurę w świątyni, a każdego roku szóstego dnia szóstego miesiąca księżycowego urządzają dlań wielką fetę. I choć od tego czasu taoistyczy ołtarz generała zmienił się w maleńką buddyjską świątynię, w której czci się Maitreję oraz Amitabhę wraz z wiernymi poplecznikami: Awalokiteśwarą i Mahāsthāmaprāptą, nazwa świątyni pozostała ta sama, a i w świadomości ludzi to właśnie jest najodpowiedniejsze miejsce do modlitw o spokojną i pomocną ludziom rzekę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huanglongxi 黃龍溪. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huanglongxi 黃龍溪. Pokaż wszystkie posty
2016-04-15
2016-04-14
święte czarcie ziele
W bardzo wielu buddyjskich ogrodach przyświątynnych napotkać można czarcie ziele, czyli inaczej bieluń dziędzierzawą.
O tym, że jest to czarcie ziele, dowiedziałam się dopiero niedawno, bo dopiero niedawno trafiłam na tabliczkę z nazwą. Do tej pory pod bieluniem zazwyczaj widniały tylko tabliczki "nie dotykać, trucizna!", więc raczej ciężko było znaleźć. Nie wiedziałam też, dlaczego buddyści tak namiętnie sadzą trujące rośliny.
Odpowiedź przyszła wraz z nazwą. Otóż bieluń zwie się w sanskrycie mandara. Skojarzenie z mandalą prawidłowe. W Indiach jest ponoć uważany za roślinę świętą i sadzony nagminnie w świątyniach. Właśnie stamtąd tradycja przywędrowała do Chin; również podobieństwo nazw zostało zachowane w chińskim języku: 曼陀羅 màntuóluó to nasze czarcie ziele, a 曼荼羅 màntúluó to mandala. Szkoda, że po polsku skojarzenie nie zostało zachowane :(
PS. Zdjęcia oczywiście z jednej ze świątyń w miasteczku Strumienia Żółtego Smoka.
O tym, że jest to czarcie ziele, dowiedziałam się dopiero niedawno, bo dopiero niedawno trafiłam na tabliczkę z nazwą. Do tej pory pod bieluniem zazwyczaj widniały tylko tabliczki "nie dotykać, trucizna!", więc raczej ciężko było znaleźć. Nie wiedziałam też, dlaczego buddyści tak namiętnie sadzą trujące rośliny.
Odpowiedź przyszła wraz z nazwą. Otóż bieluń zwie się w sanskrycie mandara. Skojarzenie z mandalą prawidłowe. W Indiach jest ponoć uważany za roślinę świętą i sadzony nagminnie w świątyniach. Właśnie stamtąd tradycja przywędrowała do Chin; również podobieństwo nazw zostało zachowane w chińskim języku: 曼陀羅 màntuóluó to nasze czarcie ziele, a 曼荼羅 màntúluó to mandala. Szkoda, że po polsku skojarzenie nie zostało zachowane :(
PS. Zdjęcia oczywiście z jednej ze świątyń w miasteczku Strumienia Żółtego Smoka.
2016-04-13
Świątynia Przypływu Dźwięku 潮音寺
Drugą świątynią, do której zajrzeliśmy w miasteczku Strumienia Żółtego Smoka, była świątynia Przypływu Dźwięku. Łatwo ją przegapić, mieści się bowiem przy ulicy, a nie gdzieś na końcu gościńca. Jeśli ktoś nie jest wyczulony na czerwone mury i ozdobne bramy chińskich świątyń, można przejść mimo. A byłaby szkoda, bo jest to ciekawy przykład żeńskiego buddyjskiego klasztoru. To, że jest żeńskim klasztorem można właściwie dość łatwo poznać nawet, jeśli żadna mniszka nie wpadnie nam w oczy.
Po pierwsze: wielka tablica informacyjna przy wejściu poinformuje nas, że dawniej świątynia ta zwała się Salą Radosnego Czynienia Dobra. Buddyjskie mniszki dużo bardziej od mnichów angażowały się w działalność dobroczynną, więc ta nazwa nas nie dziwi.
Po drugie: pierwszy ołtarz poświęcony jest oczywiście chińskiemu kobiecemu wcieleniu Awalokiteśwary, czyli Guanyin. Kobiece atrybuty tego arhata pozwoliły mu... jej stać się patronką chińskich kobiet, bóstwem, do którego zwracają się kobiety pragnące potomstwa albo dziękujące za to, że potomstwo zjawiło się na świecie bezpiecznie i zdrowo. Podobno to właśnie ona wysłuchuje wszystkich próśb. Idealny patron kobiet :)
Po trzecie: drugi ołtarz jeszcze wzmaga "kobiecą atmosferę" całego obiektu. Jest to bowiem ołtarz chińskiego wcielenia Maitrei. Maitreja zaś to budda doskonale współczujący, dużo bliższy zwykłemu człowiekowi niż wszyscy inni buddowie. Jest tak zwłaszcza w Chinach, gdzie Maitreja jest przedstawiany jako wesoły brzuchacz, bardzo często otoczony dziećmi. Ech, temu ciepłemu i wesołemu facetowi naprawdę można powierzyć wszystkie troski :)
W tej świątyni odbywały się "oficjalne" modły - to znaczy urzędnicy i włodarze modlili się tu o deszcz, zbiory i zdrowie dla bydła.
Dziś ta świątynia opustoszała. Nie jest tak imponująca, jak świątynia Starego Smoka, a i mniszek tu niewiele. Szkoda.
Po pierwsze: wielka tablica informacyjna przy wejściu poinformuje nas, że dawniej świątynia ta zwała się Salą Radosnego Czynienia Dobra. Buddyjskie mniszki dużo bardziej od mnichów angażowały się w działalność dobroczynną, więc ta nazwa nas nie dziwi.
Po drugie: pierwszy ołtarz poświęcony jest oczywiście chińskiemu kobiecemu wcieleniu Awalokiteśwary, czyli Guanyin. Kobiece atrybuty tego arhata pozwoliły mu... jej stać się patronką chińskich kobiet, bóstwem, do którego zwracają się kobiety pragnące potomstwa albo dziękujące za to, że potomstwo zjawiło się na świecie bezpiecznie i zdrowo. Podobno to właśnie ona wysłuchuje wszystkich próśb. Idealny patron kobiet :)
Po trzecie: drugi ołtarz jeszcze wzmaga "kobiecą atmosferę" całego obiektu. Jest to bowiem ołtarz chińskiego wcielenia Maitrei. Maitreja zaś to budda doskonale współczujący, dużo bliższy zwykłemu człowiekowi niż wszyscy inni buddowie. Jest tak zwłaszcza w Chinach, gdzie Maitreja jest przedstawiany jako wesoły brzuchacz, bardzo często otoczony dziećmi. Ech, temu ciepłemu i wesołemu facetowi naprawdę można powierzyć wszystkie troski :)
W tej świątyni odbywały się "oficjalne" modły - to znaczy urzędnicy i włodarze modlili się tu o deszcz, zbiory i zdrowie dla bydła.
Dziś ta świątynia opustoszała. Nie jest tak imponująca, jak świątynia Starego Smoka, a i mniszek tu niewiele. Szkoda.
2016-04-12
Świątynia Starego Smoka 古龍寺
Świątynia ta to najstarsza świątynia w miasteczku Strumienia Żółtego Smoka. Przed nią pyszni się żelazna stupa Tysiąca Buddów, a nad bramą wejściową do świątyni znajduje się scena. Akurat scena nad wejściem do świątyń wcale nie jest rzadkością, przypomnijcie sobie chociażby świątynię bendżu Czerwona Góra. Cóż, przedstawienia dla ludu, bazujące na wydarzeniach z świętych ksiąg nie są wyłącznie domeną chrześcijan... Dawnymi czasy plac mieszczący się przed świątynią był centralnym punktem miasteczka: to tu odbywały się targi, spotkania i przedstawienia. Ich świadkiem od niepamiętnych czasów był figowiec, który dziś liczy sobie ponoć ponad 1700 lat. Nie jest to zresztą jedyne stare drzewo posadzone przy tej świątyni. Drugim jest "Wielki Nieśmiertelny Figowiec Kwitnący (ficus virens)", mający ponoć lat 900. Tutejsi wierzą, że wystarczy go pogłaskać po korze, by uzdrowić każdą ludzką chorobę.
Świątynię tę opisuje się więc słowami: starożytna świątynia, starożytna scena, starożytne drzewa", krótkim tym opisem dając znać, czego nie należy przegapić w trakcie zwiedzania.
Młodszym, ale równie ciekawym elementem jest qingowski yamen (urząd w świątyni?!). Duilian, który zdobi jego bramy, zawiera nazwy sześciu miejsc, które podlegały opiece owego yamenu.
Mnie w całym tym kompleksie świątynnym najbardziej podobały się drzewa, starzy mnisi, czekający słońca i herbaciarenka, w której można było przesiedzieć choćby i cały dzień.
Świątynię tę opisuje się więc słowami: starożytna świątynia, starożytna scena, starożytne drzewa", krótkim tym opisem dając znać, czego nie należy przegapić w trakcie zwiedzania.
Młodszym, ale równie ciekawym elementem jest qingowski yamen (urząd w świątyni?!). Duilian, który zdobi jego bramy, zawiera nazwy sześciu miejsc, które podlegały opiece owego yamenu.
Mnie w całym tym kompleksie świątynnym najbardziej podobały się drzewa, starzy mnisi, czekający słońca i herbaciarenka, w której można było przesiedzieć choćby i cały dzień.
2016-04-07
Strumień Żółtego Smoka - zakupy
Jak już wspominałam, Stare Miasto w Strumieniu Żółtego Smoka jest tyleż pięknym kawałkiem architektury, co tutejszą wersją Krupówek. Tak jest wszędzie - gdy tylko pojawiają się turyści, zwykłe domy zmieniają się w sklepy, oferujące mydło i powidło. Staruszki nie plotą już peleryn i nie haftują bucików, a sprzedają, co tylko znajdzie nabywcę. Ech, globalizacja...
Ale skoro już tu jesteśmy, omińmy szerokim łukiem sklepy z rzeczami, które można dostać wszędzie w Chinach i skoncentrujmy się na sklepach i straganach, które oferują towary niecodzienne i zaskakujące.
1. Ekologiczne poduszki.
Zamiast anilanowych/wełnianych/puchowych poduszek można sobie na zamówienie i od ręki zrobić gryczaną, herbacianą, ryżową - no, jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia właściciela sklepu. Ja sobie herbaciane poduszki robię w domu, ale - z kupną jest zdecydowanie mniej kłopotu :) A jak ładnie pachną!
2. Suszone kwiaty pitayi.
O ile w owocach zakochałam się od pierwszego pobytu na Tajwanie, o tyle o kwiatach nigdy wcześniej nie słyszałam ani nie widziałam ich w sprzedaży. Jak się okazuje, są świetnym ziołem przeciwzapalnym i przeciwkaszlowym, a także wspaniałą przyprawą do zup i duszonych mięs.
3. Lotosowe papierosy.
Wyrób szczególnie popularny w Birmie, Tajlandii i Laosie, obecnie w sprzedaży w Yunnanie, Syczuanie i pewnie wielu innych miejscach Chin. Podobno papierosy te ślicznie pachną i dobrze się je pali.
4. Ziarna tzw. wiciokrzewu chińskiego 使君子。
Combretum indicum, bo o nim tu mowa, to panaceum, w którym wszystkie składniki rośliny są na coś lekarstwem. Najczęstsze jednak w sprzedaży są ziarna, które są cudownym lekiem na "życie wewnętrzne". Z ich pomocą można się pozbyć pasożytów z owsikami i glistami ludzkimi na czele. Dodatkowo ziarna te łagodzą przebieg biegunki. Świetne zielsko. Rzadko jednak dostępne na targach czy w sklepach zielarskich, więc jeśli się trafia na straganie za jedynego yuana za kupkę - należy koniecznie skorzystać.
5. Suszona trukwa:
Jedno z moich ulubionych warzyw nie mniej przydatne jest, gdy już się zestarzeje i zeschnie. Zmienia się wtedy bowiem w gąbkę, idealną do czyszczenia garów, milion razy lepszą od każdego druciaka.
I co, znaleźlibyście coś dla siebie? :)
Ale skoro już tu jesteśmy, omińmy szerokim łukiem sklepy z rzeczami, które można dostać wszędzie w Chinach i skoncentrujmy się na sklepach i straganach, które oferują towary niecodzienne i zaskakujące.
1. Ekologiczne poduszki.
Zamiast anilanowych/wełnianych/puchowych poduszek można sobie na zamówienie i od ręki zrobić gryczaną, herbacianą, ryżową - no, jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia właściciela sklepu. Ja sobie herbaciane poduszki robię w domu, ale - z kupną jest zdecydowanie mniej kłopotu :) A jak ładnie pachną!
2. Suszone kwiaty pitayi.
O ile w owocach zakochałam się od pierwszego pobytu na Tajwanie, o tyle o kwiatach nigdy wcześniej nie słyszałam ani nie widziałam ich w sprzedaży. Jak się okazuje, są świetnym ziołem przeciwzapalnym i przeciwkaszlowym, a także wspaniałą przyprawą do zup i duszonych mięs.
3. Lotosowe papierosy.
Wyrób szczególnie popularny w Birmie, Tajlandii i Laosie, obecnie w sprzedaży w Yunnanie, Syczuanie i pewnie wielu innych miejscach Chin. Podobno papierosy te ślicznie pachną i dobrze się je pali.
4. Ziarna tzw. wiciokrzewu chińskiego 使君子。
Combretum indicum, bo o nim tu mowa, to panaceum, w którym wszystkie składniki rośliny są na coś lekarstwem. Najczęstsze jednak w sprzedaży są ziarna, które są cudownym lekiem na "życie wewnętrzne". Z ich pomocą można się pozbyć pasożytów z owsikami i glistami ludzkimi na czele. Dodatkowo ziarna te łagodzą przebieg biegunki. Świetne zielsko. Rzadko jednak dostępne na targach czy w sklepach zielarskich, więc jeśli się trafia na straganie za jedynego yuana za kupkę - należy koniecznie skorzystać.
5. Suszona trukwa:
Jedno z moich ulubionych warzyw nie mniej przydatne jest, gdy już się zestarzeje i zeschnie. Zmienia się wtedy bowiem w gąbkę, idealną do czyszczenia garów, milion razy lepszą od każdego druciaka.
I co, znaleźlibyście coś dla siebie? :)
2016-04-05
Strumień Żółtego Smoka - przekąski 黃龍溪的美食
Ponieważ do Strumienia Żółtego Smoka nie warto jechać na godzinkę czy dwie, (lepiej tam zostać na przynajmniej parę godzin), warto wiedzieć, na co się rzucić, gdy turysta zgłodnieje.
1. Pierwsza i najważniejsza przekąska to oczywiście jednonitkowy makaron, czyli taki, że cała miseczka jest wypełniona wielometrowym makaronem. O przekąsce tej pisałam już tutaj.
2. Druga przekąska to słynny syczuański słodycz, smoczoocze ciasteczka - przekąska typu ciasto francuskie z dodatkiem pasty sezamowej.
Inne przekąski nie są lokalne, ale ponieważ są pyszne, to równie dobrze można ich spróbować właśnie w Strumieniu Żółtego Smoka.
3. Ciasteczka ubijane drewnianym młotkiem 木锤酥 - przekąska pochodząca z Gór Żółtych. Są to takie... bogate sezamki, ubijane drewnianym młotem. Bierze się po prostu suszone owoce, orzechy, fistaszki, sezam a nawet kandyzowane kwiaty wończy, układa na pieńku i wali młotkiem tak długo, aż się z tego zrobią sezamki :)
4. Kurczak żebraka 叫花雞 - tradycyjnie był to owinięty liśćmi lotosu kurczak oblepiony gliną, którego się piekło w ognisku. Dziś zamiast gliny występuje folia aluminiowa albo ciasto. Chodzi o to, żeby kurczak był szczelnie opakowany i przez to soczysty. Danie pochodzące z Chin południowych, dziś trudno powiedzieć z której części. W niektórych regionach Chin nadal się go tradycyjnie przyrządza - zerknijcie choćby tutaj.
5. Domowe miękkie tofu/tofu z wody - czyli takie nieodciśnięte, które może być spożywane na słodko lub słonoostro.
6. 狼牙土豆 "Ziemniaki jak wilcze zęby", czyli tutejsza wersja frytek na bardzo, bardzo ostro :)
7. 豆豉 sfermentowane słone fasolki - niemal każdy region szczyci się specyficznym sposobem wykonania i smakiem, więc warto próbować tej przyprawy w każdym odwiedzanym przez nas miejscu.
Czego byście najchętniej spróbowali? :)
1. Pierwsza i najważniejsza przekąska to oczywiście jednonitkowy makaron, czyli taki, że cała miseczka jest wypełniona wielometrowym makaronem. O przekąsce tej pisałam już tutaj.
2. Druga przekąska to słynny syczuański słodycz, smoczoocze ciasteczka - przekąska typu ciasto francuskie z dodatkiem pasty sezamowej.
Inne przekąski nie są lokalne, ale ponieważ są pyszne, to równie dobrze można ich spróbować właśnie w Strumieniu Żółtego Smoka.
3. Ciasteczka ubijane drewnianym młotkiem 木锤酥 - przekąska pochodząca z Gór Żółtych. Są to takie... bogate sezamki, ubijane drewnianym młotem. Bierze się po prostu suszone owoce, orzechy, fistaszki, sezam a nawet kandyzowane kwiaty wończy, układa na pieńku i wali młotkiem tak długo, aż się z tego zrobią sezamki :)
4. Kurczak żebraka 叫花雞 - tradycyjnie był to owinięty liśćmi lotosu kurczak oblepiony gliną, którego się piekło w ognisku. Dziś zamiast gliny występuje folia aluminiowa albo ciasto. Chodzi o to, żeby kurczak był szczelnie opakowany i przez to soczysty. Danie pochodzące z Chin południowych, dziś trudno powiedzieć z której części. W niektórych regionach Chin nadal się go tradycyjnie przyrządza - zerknijcie choćby tutaj.
5. Domowe miękkie tofu/tofu z wody - czyli takie nieodciśnięte, które może być spożywane na słodko lub słonoostro.
6. 狼牙土豆 "Ziemniaki jak wilcze zęby", czyli tutejsza wersja frytek na bardzo, bardzo ostro :)
7. 豆豉 sfermentowane słone fasolki - niemal każdy region szczyci się specyficznym sposobem wykonania i smakiem, więc warto próbować tej przyprawy w każdym odwiedzanym przez nas miejscu.
Czego byście najchętniej spróbowali? :)
2016-03-31
jednonitkowy makaron 一根麵
Pamiętacie tę słynną scenę z Zakochanego Kundla, gdy kundel z piękną sunią je makaron z jednej miski, okazuje się, że wybrali tę samą nitkę i przypadkiem się całują?
Oczywiście Disney zgapił to od Chińczyków.
Małe miasteczko przy Strumieniu Żółtego Smoka poszczycić się może nie tylko wielowiekową historią, pięknym krajobrazem i śliczną architekturą, ale i stworzeniem - ponoć już za Songów! - "makaronu długowieczności", który charakteryzuje się tym, że w jednej miseczce dostajemy tylko jedną nitkę makaronu. Nitkę? Nitę! Wyobraźcie sobie sami: dostajecie miseczkę pełną makaronu, a cały ten makaron to jest jedna nitka!...
Oczywiście, dawnymi czasy takiego makaronu nie jadało się codziennie, a wytwarzało na specjalne okazje. Na przykład z okazji urodzin podawano taki makaron z jajkami. Makaron to jedynka, jajka to zera - ile jajek solenizant dostał, tyleset/tysięcy/dziesiątek tysięcy lat mu życzono.
Miseczkę takiego makaronu dostawali też nowożeńcy. Mieli go po disneyowsku spożywać zaczynając od dwóch przeciwnych koniuszków...
Makaron taki przygotowywano też z okazji ważnych świąt, wybycia dziecka w świat - no, każda okazja była dobra. Latem spożywano go na zimno, zimą - na gorąco. Mógł być podany prawie bez dodatków albo z bardzo bogatą "czapeczką". Czapeczka w Syczuanie nie nazywa się czapeczką, a shaozi 绍子, tak na marginesie ;)
Najważniejszy bowiem był sam makaron. A wytworzenie go to spore wyzwanie! Niby wszystko się zgadza: mamy mąkę pszenną, odrobinę soli i gorącą wodę. Wyrabiamy ciasto godzinę, dajemy mu odpocząć pół godzinki i... znów wyrabiamy. I odpoczywamy. I wyrabiamy. I tak siedem-osiem razy. Wtedy możemy zacząć wałkować. Z kawałka ciasta grubości ramienia musimy - nie dzieląc przecież tego ciasta na mniejsze kawałki! - rozwałkować do grubości zwykłego makaronu, zwijając go przy okazji w "ptasie gniazdo". Takie gniazdo makaronowe przykrywamy następnie wilgotną ściereczką i znów dajemy makaronowi odpocząć, tym razem aż cztery godziny. Po tym czasie makaron można wreszcie ugotować. Jak jednak włożyć zwiniętą w gniazdko nitkę makaronu do wrzątku, żeby się nam wszystko nie posklejało? Och, to jest chyba moja ulubiona część tego przedstawienia:
Smak? No, makaronowy. Nie jestem znawczynią. Ale wykonanie tego makaronu, precyzja kucharza i cała ta otoczka - bardzo, bardzo mi się spodobały!
Oczywiście Disney zgapił to od Chińczyków.
Małe miasteczko przy Strumieniu Żółtego Smoka poszczycić się może nie tylko wielowiekową historią, pięknym krajobrazem i śliczną architekturą, ale i stworzeniem - ponoć już za Songów! - "makaronu długowieczności", który charakteryzuje się tym, że w jednej miseczce dostajemy tylko jedną nitkę makaronu. Nitkę? Nitę! Wyobraźcie sobie sami: dostajecie miseczkę pełną makaronu, a cały ten makaron to jest jedna nitka!...
Oczywiście, dawnymi czasy takiego makaronu nie jadało się codziennie, a wytwarzało na specjalne okazje. Na przykład z okazji urodzin podawano taki makaron z jajkami. Makaron to jedynka, jajka to zera - ile jajek solenizant dostał, tyleset/tysięcy/dziesiątek tysięcy lat mu życzono.
Miseczkę takiego makaronu dostawali też nowożeńcy. Mieli go po disneyowsku spożywać zaczynając od dwóch przeciwnych koniuszków...
Makaron taki przygotowywano też z okazji ważnych świąt, wybycia dziecka w świat - no, każda okazja była dobra. Latem spożywano go na zimno, zimą - na gorąco. Mógł być podany prawie bez dodatków albo z bardzo bogatą "czapeczką". Czapeczka w Syczuanie nie nazywa się czapeczką, a shaozi 绍子, tak na marginesie ;)
Najważniejszy bowiem był sam makaron. A wytworzenie go to spore wyzwanie! Niby wszystko się zgadza: mamy mąkę pszenną, odrobinę soli i gorącą wodę. Wyrabiamy ciasto godzinę, dajemy mu odpocząć pół godzinki i... znów wyrabiamy. I odpoczywamy. I wyrabiamy. I tak siedem-osiem razy. Wtedy możemy zacząć wałkować. Z kawałka ciasta grubości ramienia musimy - nie dzieląc przecież tego ciasta na mniejsze kawałki! - rozwałkować do grubości zwykłego makaronu, zwijając go przy okazji w "ptasie gniazdo". Takie gniazdo makaronowe przykrywamy następnie wilgotną ściereczką i znów dajemy makaronowi odpocząć, tym razem aż cztery godziny. Po tym czasie makaron można wreszcie ugotować. Jak jednak włożyć zwiniętą w gniazdko nitkę makaronu do wrzątku, żeby się nam wszystko nie posklejało? Och, to jest chyba moja ulubiona część tego przedstawienia:
Smak? No, makaronowy. Nie jestem znawczynią. Ale wykonanie tego makaronu, precyzja kucharza i cała ta otoczka - bardzo, bardzo mi się spodobały!
2016-03-30
Smoczoocze ciasteczka 龍眼酥
Dawno, dawno temu żył sobie w Meishan słynny poeta Su Shi. Wstawał rano, przyglądał się pięknemu krajobrazowi i strzelał wierszyk. Wiersze były różne - smutne, wesołe, pełne patosu... Te najweselsze pisał, gdy obżerał się smoczooczymi ciasteczkami.
No dobra. To żadna prawda objawiona, to tylko moja idée fixe, że ludzie są szczęśliwi tylko, jeśli jedzą pyszności. A do niewątpliwych pyszności trzeba zaliczyć smoczoocze ciasteczka, czyli właśnie przekąskę z Meishan. Są to takie niby francuskie ciastka, utoczone na kształt... no, smoczego oka. Okrągłe znaczy. I duże, większe niż ludzkie. Czasem ze źrenicą z kandyzowanej wisienki... Chrupiące, aromatyczne, pyszne! W dodatku faktycznie powstały za czasów dynastii Song, czyli Su Shi teoretycznie mógł się nimi obżerać. Ja bym się obżerała - pyszność sporządzona z mąki, pasty sezamowej, smalcu i cukru jest wprost uzależniająca. Jeśli kiedyś odwiedzicie Syczuan - jest to przekąska, którą trzeba zjeść. Oczywiście - najlepiej w Meishan, ale my natknęliśmy się na smoczoocze ciasteczka w miasteczku przy Strumieniu Żółtego Smoka.
No dobra. To żadna prawda objawiona, to tylko moja idée fixe, że ludzie są szczęśliwi tylko, jeśli jedzą pyszności. A do niewątpliwych pyszności trzeba zaliczyć smoczoocze ciasteczka, czyli właśnie przekąskę z Meishan. Są to takie niby francuskie ciastka, utoczone na kształt... no, smoczego oka. Okrągłe znaczy. I duże, większe niż ludzkie. Czasem ze źrenicą z kandyzowanej wisienki... Chrupiące, aromatyczne, pyszne! W dodatku faktycznie powstały za czasów dynastii Song, czyli Su Shi teoretycznie mógł się nimi obżerać. Ja bym się obżerała - pyszność sporządzona z mąki, pasty sezamowej, smalcu i cukru jest wprost uzależniająca. Jeśli kiedyś odwiedzicie Syczuan - jest to przekąska, którą trzeba zjeść. Oczywiście - najlepiej w Meishan, ale my natknęliśmy się na smoczoocze ciasteczka w miasteczku przy Strumieniu Żółtego Smoka.
2016-03-29
Strumień Żółtego Smoka 黃龍溪
Miasteczko przy Strumieniu Żółtego Smoka jest położone około 40 kilometrów od Chengdu. Powstało ponoć ponad 2000 lat temu, jako jeden z portów rzeki Jin (w dalekiej przeszłości transport wodny był w niektórych częściach Chin podstawą egzystencji ludności). Choć z dzisiejszej perspektywy 40 kilometrów to pikuś, dawnymi czasy jeśli łódź wyruszyła z Chengdu rankiem, dopiero około południa miała szansę dotrzeć do naszego portu. Jeśli zaś łódź wyruszyła koło południa, wiadomo było, że będzie musiała cumować tu do rana. Poza tym był to port u zbiegu dwóch rzek; biorąc to wszystko pod uwagę, nie dziwi, że miejsce to było ważnym punktem na mapach wilków morskich rzecznych. Oparło się Modernizacji i Nowoczesności - przynajmniej na tyle, na ile to było możliwe. To znaczy: nie uświadczycie tam wieżowców, a to już, jak na Chiny, bardzo dużo. Sądzę, że stało się tak z powodów polityczno-społeczno-naturalnych. To znaczy: powstań, grasujących bandytów i licznych powodzi, które się tu przydarzyły za czasów Mandżurów. Jeśli do tego dodać dwudziestowieczne rozmiłowanie w budowaniu dróg lądowych, nie dziwi, że miasteczko to pogrążyło się w stagnacji. Dzięki temu do czasów obecnych przetrwało siedem ulic i dziewięć uliczek z dawnych czasów. Zwłaszcza te boczne uliczki są ciekawe: w dawnych czasach poszczególne cechy trzymały się razem, a nazwy uliczek dają temu wyraz. Mamy więc ulicę Piskorzową, Nosicieli Wody, Tytoniową, Koromyślną, Smoczołapią, Suoyi, Drągową, Sterników i Zegarynkową. Przy tych szesnastu ulicach stoi 76 tradycyjnych domostw tego regionu, a oprócz tego trzy buddyjskie świątynie. O autentyczności miejsca mogą świadczyć tysiącletnie drzewa figowca chińskiego - takie okazy raczej trudno przesadzić dla uzyskania wrażenia "starości".
Chińskie przewodniki podają, że miasteczko jest zupełnie wyjątkowe, bo utrzymały się tu rozmaite chińskie zwyczaje i tradycje. I tak: można tu spotkać Pana Zegarynkę, zobaczyć tradycyjne tańce, wyścigi smoczych łodzi itd. Tyle, że... w zwykły dzień powszedni nic takiego tutaj nie spotkamy, a w święta te tradycyjne zabawy mają miejsce bodaj w całych Chinach, więc ani za ich autentyczność, ani za "potrzebę serca" tutejszych mieszkańców, którzy tak niby kochają tradycję ręczyć niestety nie mogę. Zwłaszcza, że z czasem z tego "autentycznego mingowsko-qingowskiego miasteczka" zrobił się ni to skansen, ni to plan filmowy*, ni to Krupówki. Dawne prywatne domy powoli zaczęły się zmieniać w stragany i sklepy; zamiast tzw. zwykłego życia możemy tu co najwyżej poobserwować innych turystów i sztuczki handlarzy. Niewątpliwie stare domy i ulice są oczywiście konserwowane; niestety nie zawsze w autentycznym stylu. Powstają i nowe budynki - całe szczęście utrzymane w stylu, ale już betonowe, a nie gliniano-kamienno-drewniane. Oczywiście to nie domy mnożących się gwałtownie mieszkańców - wiemy, że od czasu wprowadzenia polityki jednego dziecka Chińczycy nie mają we zwyczaju się gwałtownie mnożyć. Mnożą się za to knajpy, hostele, hotele i spa. Za dziesięć lat, gdy na nowiutkich budynkach osiądzie kurz, łatwo będzie wmawiać turystom, że tak, oczywiście, ten budynek tu stoi już trzysta lat.
No dobrze, skoro nie możemy poobserwować Zwykłych Ludzi, to co właściwie możemy tu robić?
Po pierwsze: pójść na spacer. Uliczki faktycznie są urokliwe, zwłaszcza jeśli na zwiedzanie wybierzemy dzień raczej mało pogodny, zimnawy i w środku tygodnia - to zagwarantuje nam święty spokój i małą ilość ludzi.
Po drugie: przyjrzeć się zrekonstruowanym artefaktom, np. wodnym młynom, którymi opatrzone są większe ulice.
Po trzecie: popróbować lokalnych specjałów, a jest ich niemało. Hmmm... mam wrażenie, że o nich będzie osobny wpis ;)
Po czwarte: pójść nad przystań, zobaczyć, jak rzeka i architektura miejska pięknie współgrają. Przyjrzeć się rzece, tak spokojnej, tak niezmiennie zmiennej.
Po piąte: pójść do którejś ze świątyń i z czarką lokalnej herbaty w dłoniach siedzieć pod tysiącletnim figowcem, ciesząc się ciszą, spokojem i... przebrzmiałą pięknością tego miejsca. Ileż to wieków temu można już było siąść z czarką herbaty i, wdychając trociczkowy dym, kontemplować spokojne piękno? Dziękować Rzece za to, że oddała w stanie nienaruszonym ojca, męża lub syna. Prosić, by tym razem przywieźli do domu jeden więcej sznur miedziaków, bo dziecko w drodze. Pytać mnichów, jakie imię doda noworodkowi siły.
Byłam tam dwa lata temu (tak, właśnie tyle czasu nie potrafiłam się zebrać do napisania tego wpisu); niedawno całkiem przypadkiem trafiłam na te zdjęcia; nagle sobie przypomniałam spokój, który mnie tam ogarnął i bardzo za Strumieniem Żółtego Smoka zatęskniłam. Na tym stosunkowo niewielkim obszarze spędziliśmy dnia owego około sześć godzin, oddychając głęboko z dala od zasmogowanego Chengdu.
Ja chcę jeszcze raz!
*tak, kręci się tu filmy historyczne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)